Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zorza polarna - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 lipca 2026
3483 pkt
punktów Virtualo

Zorza polarna - ebook

Na końcu świata można zacząć od nowa… albo odkryć to, co miało pozostać ukryte.

Po tragedii na ulicach Baltimore – śmierci partnera, której nie potrafi sobie wybaczyć – Nate Burke przyjmuje posadę szefa policji w niewielkim, odciętym od świata miasteczku Lunacy na krańcu Alaski. Początkowo jego praca sprowadza się do drobnych interwencji – kolizji z udziałem łosia czy sąsiedzkich sprzeczek. I gdy Nate zaczyna się zastanawiać, czy nie popełnił błędu, przenosząc się tutaj, niespodziewany sylwestrowy pocałunek pod rozświetlonym zorzą niebem sprawia, że postanawia zostać jeszcze trochę.

Z kolei Meg Galloway całe życie spędziła w Lunacy i doskonale zna smak samotności. Od kiedy jej ojciec zniknął bez śladu, nauczyła się polegać wyłącznie na sobie. Jednak po spotkaniu z nowym szefem policji pozwala sobie na chwilę bliskości, choć nie zamierza komplikować swojego życia. W mężczyźnie jest jednak coś szczególnego, co powoli przełamuje jej dystans…

Tymczasem Nate dowiaduje się, że przed laty w pobliskich górach doszło do zbrodni, której nigdy nie rozwiązano. Policjant nabiera przekonania, że sprawca wciąż może być na wolności. A to, co odkryje, może zniszczyć wszystko, co udało mu się tu odbudować – w tym również uczucie, które dopiero zaczyna kiełkować.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68872-77-4
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Zapi­ski z wyprawy, 12 lutego 1988 r.

W samo połu­dnie wylą­do­wa­li­śmy na Sun Gla­cier. Pod­czas lotu pozby­łem się fran­co­wa­tego kaca, a roz­ta­cza­jące się wokół widoki przy­wo­łały mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Niebo czy­ste, błę­kitne jak krysz­tał. Tego typu błę­kit wci­skają na wido­kówki, a chcąc jesz­cze bar­dziej sku­sić tury­stów, dodają deli­katną mgiełkę wokół zim­nego, bia­łego słońca. Zakła­dam, że to dobry znak i rze­czy­wi­ście powi­nie­nem wybrać się na wspi­naczkę. Wiatr wieje z pręd­ko­ścią około dzie­się­ciu węzłów, bal­sa­miczne powie­trze może mieć około dwu­dzie­stu stopni poni­żej zera. Lodo­wiec jest sze­roki jak dupa Kur­wia­stej Kate i zimny jak jej serce.

Muszę przy­znać, że Kate ład­nie nas wczo­raj poże­gnała. Nawet dała nam coś, co można by nazwać gru­pową zniżką.

Nie mam poję­cia, co my tu, do dia­bła, robimy, cho­ciaż z dru­giej strony każdy czło­wiek musi gdzieś być i coś robić. Zimowa wspi­naczka na No Name jest tak samo dobra jak wszystko inne, a może nawet lep­sza.

Męż­czy­zna musi od czasu do czasu wybrać się na tygo­dniową wyprawę w poszu­ki­wa­niu przy­gód, jed­nak pod warun­kiem, że owe przy­gody nie mają nic wspól­nego z alko­ho­lem i roz­wią­złymi kobie­tami. Jakże ina­czej można doce­niać alko­hol i kobiety, jeśli cza­sem się od nich nie uciek­nie?

Fakt, że spo­tka­łem dwóch rów­nie narwa­nych jak ja kum­pli, nie tylko przy­niósł mi szczę­ście w kar­tach, ale rów­nież znacz­nie popra­wił mi nastrój. Nie­wiele rze­czy działa na mnie tak odpy­cha­jąco jak nor­malna robota za dniówkę, czyli zwy­czajny kie­rat typo­wych wołów robo­czych, ale muszę przy­znać, że pewna pani umie pocią­gnąć za odpo­wied­nie sznurki.

Nie­ocze­ki­wa­nie wpa­dło mi w ręce nieco gotówki, co powinno usa­tys­fak­cjo­no­wać moje dziew­czyny, uwa­żam więc, że teraz mam prawo urzą­dzić sobie kil­ku­dniową wyprawę z kum­plami, zro­bić coś tylko dla sie­bie.

Muszę sobie przy­po­mnieć, że wciąż jesz­cze żyję, a czyż jest lep­szy spo­sób na to niż zma­ga­nie się z naturą i bez­sen­sowne ryzy­ko­wa­nie życia albo koń­czyn w towa­rzy­stwie innych męż­czyzn? W dodatku robie­nie tego z czy­stej głu­poty, nie za pie­nią­dze, nie z obo­wiązku i nie dla­tego, że jakaś kobieta koniecz­nie chce spraw­dzić, czy aby na pewno jestem face­tem z jajami, świad­czy o tym, że jesz­cze tli się we mnie jakaś iskierka.

Na Ala­sce robi się coraz tłocz­niej. Drogi bie­gną tam, gdzie nie­gdyś w ogóle ich nie było, ludzie miesz­kają na bez­lud­nych dotych­czas tere­nach. Kiedy przy­je­cha­łem tu po raz pierw­szy, zalud­nie­nie było znacz­nie mniej­sze, a cho­lerni sta­nowi nie wty­kali nosa w nie swoje sprawy.

Jakieś zezwo­le­nie na wspi­naczkę? Na wędrówkę po górach? Chrza­nić zezwo­le­nie i chrza­nić sta­no­wych, ich prze­pisy i papierki! Góry stały tu wcze­śniej, nim pie­przeni biu­ro­kraci wymy­ślili, w jaki spo­sób zbić na nich mają­tek. I będą stały na­dal, gdy urzęd­nicy powę­drują do pie­kła.

Tym­cza­sem jestem tutaj, na ziemi, która nie należy do nikogo. Święta zie­mia nie może do nikogo nale­żeć.

Gdyby tylko ist­niał jakiś spo­sób, żeby można było zamiesz­kać na tej górze, roz­bił­bym na niej namiot i ni­gdy nie scho­dził w dolinę. Nie­stety, nie­za­leż­nie od tego, czy ktoś uważa tę zie­mię za świętą, czy nie, jest w sta­nie zabić czło­wieka, co wię­cej, potrafi zro­bić to bez­li­to­śnie i o wiele szyb­ciej niż naj­bar­dziej dokucz­liwa żona.

Posta­no­wi­łem więc spę­dzić tu tydzień w towa­rzy­stwie męż­czyzn, któ­rzy myślą podob­nie jak ja, wspi­na­jąc się na szczyt, który nie ma nazwy i wznosi się nad mia­stecz­kiem, nad rzeką i jezio­rami, na gra­nicy, którą wymy­ślili urzęd­nicy. Wyzna­czyli ją na ziemi, która drwi z ich mizer­nych prób ujarz­mie­nia i zacho­wa­nia w nie­na­ru­szo­nym sta­nie.

Ala­ska nie należy do nikogo, sama sobie jest panią, nie­za­leż­nie od tego, ile pojawi się na niej dróg, zna­ków i prze­pi­sów. To ostat­nia z dzi­kich kobiet i Bóg ją za to kocha. Ja też.

Nim zdą­ży­li­śmy zało­żyć bazę, słońce scho­wało się za maje­sta­tycz­nymi szczy­tami, a my zanu­rzy­li­śmy się w typowo zimo­wej ciem­no­ści. Stło­czeni w namio­cie, naje­dli­śmy się do syta, wypa­li­li­śmy trawkę i poga­da­li­śmy o jutrze.

Jutro czeka nas wspi­naczka.1

W dro­dze do Lunacy, 28 grud­nia 2004 r.

Igna­tious Burke leciał mię­dzy ośnie­żo­nymi zbo­czami gór w stronę mia­steczka zwa­nego Lunacy. Tkwił uwię­ziony w trzę­są­cej się puszce na zupę, bez­tro­sko nazy­wa­nej przez nie­któ­rych samo­lo­tem, a za skutą lodem szybą dmu­chał lodo­waty wiatr. W takich oto warun­kach doznał nagle olśnie­nia.

Wcale nie był tak przy­go­to­wany na śmierć, jak mu się wyda­wało.

Była to potworna myśl, zwłasz­cza że jego los spo­czy­wał w rękach obcego czło­wieka, który miał na sobie kanar­ko­wo­żółtą, wato­waną kurtkę i nie­mal cał­ko­wi­cie ukry­wał twarz w fał­dach pomarsz­czo­nej skóry.

Na lot­ni­sku w Ancho­rage spra­wiał wra­że­nie dobrego pilota, ale pew­nie tylko dla­tego, że naj­pierw ser­decz­nie uści­snął dłoń Nate’a, a dopiero potem wska­zał kciu­kiem puszkę na zupę ze śmi­głami.

– Mów mi Palant – zapro­po­no­wał.

Wtedy Nate po raz pierw­szy poważ­nie się zanie­po­koił.

Co za idiota wsiada do fru­wa­ją­cej puszki, którą pilo­tuje facet zwany Palan­tem?

Nie­stety, o tej porze roku jedy­nym pew­nym spo­so­bem dosta­nia się do Lunacy był samo­lot. Tak przy­naj­mniej twier­dziła pani bur­mistrz Hopp, kiedy Nate oma­wiał z nią szcze­góły podróży.

Samo­lot ostro skrę­cił w prawo. Czu­jąc ucisk w żołądku, Nate zaczął się zasta­na­wiać, jak pani bur­mistrz Hopp rozu­mie słowo „pewny”.

W końcu doszedł do wnio­sku, że to i tak nie ma więk­szego zna­cze­nia. Życie lub śmierć – czymże to jest wobec wiecz­no­ści? Kiedy w Bal­ti­more-Washing­ton wcho­dził na pokład ogrom­nego odrzu­towca, uznał, że tak czy ina­czej jego życie powoli dobiega kresu.

Poli­cyjny psy­cho­ana­li­tyk radził Nate’owi, żeby nie podej­mo­wał waż­nych decy­zji, póki nie pokona depre­sji, mimo to bez żad­nego kon­kret­nego powodu zło­żył poda­nie o sta­no­wi­sko komi­sa­rza poli­cji w Lunacy. O wybo­rze zade­cy­do­wał fakt, że nazwa miej­sco­wo­ści wydała mu się jak naj­bar­dziej odpo­wied­nia. W końcu „lunacy” to sza­leń­stwo, obłęd.

Przyj­mu­jąc sta­no­wi­sko, jedy­nie wzru­szył ramio­nami w geście, który mówił: „A kto by się tym przej­mo­wał”.

Teraz jed­nak, wal­cząc z mdło­ściami i drżąc z powodu nagłego olśnie­nia, Nate zdał sobie sprawę, że nie tyle mar­twi go sama śmierć, co spo­sób, w jaki mógłby zgi­nąć. Po pro­stu nie chciał roz­sta­wać się z tym świa­tem, paku­jąc się w pie­przo­nym mroku w zbo­cze góry.

Gdyby został w Bal­ti­more, słu­chał rad psy­cho­ana­li­tyka i zwierzch­ni­ków, mógłby przy­naj­mniej wyko­ny­wać swoje obo­wiązki. To nie byłoby wcale takie straszne.

Prawda wyglą­dała tak, że w któ­rymś momen­cie po pro­stu go ponio­sło i oddał legi­ty­ma­cję. Być może nie spa­lił za sobą mostów, ale z pew­no­ścią je pod­pa­lił, a teraz skoń­czy mar­nie jako krwawa plama gdzieś w górach Ala­ski.

– Tam zawsze tro­chę tele­pie – wyja­śnił Palant z typowo tek­sa­skim akcen­tem.

Nate prze­łknął klu­chę, która utkwiła mu w gar­dle.

– Ale tu jest lepiej.

Palant uśmiech­nął się i puścił do Nate’a per­skie oko.

– To był pikuś. Powi­nien pan zoba­czyć, co się dzieje przy czo­ło­wym wie­trze.

– Dzię­kuję, nie sko­rzy­stam. Ile drogi nam jesz­cze zostało?

– Nie­dużo.

Samo­lo­cik pod­ska­ki­wał i drżał. Nate pod­dał się i zamknął oczy. Modlił się, żeby przed nie­zbyt dostojną śmier­cią wcze­śniej nie obrzy­gać sobie butów.

Ni­gdy wię­cej nie wsią­dzie do samo­lotu. Jeśli prze­żyje, wyje­dzie z Ala­ski… albo opu­ści ją na pie­chotę… lub wypeł­znie. Na pewno już ni­gdy nie wzbije się w powie­trze.

Samo­lot gwał­tow­nie zanur­ko­wał. Nate mimo woli otwo­rzył oczy. Przez przed­nią szybę ujrzał efekt wspa­nia­łego zwy­cię­stwa słońca nad mro­kiem, zdu­mie­wa­jącą jasność, która zabar­wiła niebo na per­łowo, a świat w dole pokryła bia­łymi i błę­kit­nymi smu­gami, gwał­tow­nymi wznie­sie­niami, lśnią­cymi sku­pi­skami pokry­tych lodem jezior i dłu­gimi rzę­dami obsy­pa­nych śnie­giem drzew.

Na wscho­dzie widać było giganta, któ­rego miej­scowi nazy­wają Denali albo po pro­stu Góra. Cho­ciaż Nate spraw­dził w prze­wod­ni­kach tylko naj­waż­niej­sze rze­czy na temat Ala­ski, dowie­dział się, że jedy­nie przy­by­sze z zewnątrz nazy­wają ją McKin­ley.

Przy­glą­da­jąc się jej z samo­lotu, uznał, że jest zbyt ogromna, by mogła być realna. Gdy pro­mie­nie słońca roz­prze­strze­niły się po błę­kit­nym nie­bie niczym boże palce, wszę­dzie się poja­wiły cie­nie, nie­bieskie plamy na bia­łym tle.

Coś drgnęło w sercu Nate’a. Na chwilę zapo­mniał o pod­cho­dzą­cym do gar­dła żołądku, cią­głym war­ko­cie sil­nika, nawet o prze­ni­kli­wym chło­dzie, który pano­wał we wnę­trzu samo­lotu.

– Jest ogromna, no nie?

– Taak. – Nate ode­tchnął głę­boko. – Rze­czy­wi­ście jest ogromna.

Cho­ciaż skie­ro­wali się na zachód, ani na chwilę nie stra­cili z oczu potęż­nego szczytu. Teraz Nate zauwa­żył, że to, co wcze­śniej uznał za pokrytą lodem drogę, było wijącą się, zamar­z­niętą rzeką. Nad jej brze­gami stały domy i zabu­do­wa­nia, auta i cię­ża­rówki.

Miał wra­że­nie, że wła­śnie zna­lazł się w zamar­z­nię­tej, śnież­nej kra­inie, którą trzeba potrzą­snąć, żeby obu­dzić ją do życia, kra­inie, gdzie wszystko jest białe, nie­ru­chome i pogrą­żone w ocze­ki­wa­niu.

Nagle coś stuk­nęło o pod­łogę.

– Co to?

– Pod­wo­zie. To Lunacy.

Samo­lot tak gwał­tow­nie obni­żył lot, że Nate kur­czowo chwy­cił się sie­dze­nia i zaparł się nogami.

– Co takiego? Lądu­jemy? Gdzie?

– Na rzece. O tej porze roku jest cał­ko­wi­cie zamar­z­nięta. Nie ma się czym mar­twić.

– Ale…

– Lądu­jemy na pło­zach.

– Takich więk­szych nar­tach?

Nate nagle sobie przy­po­mniał, że nie­na­wi­dzi spor­tów zimo­wych.

– Nie lep­sze byłyby łyżwy?

Palant wybuch­nął grom­kim śmie­chem. Samo­lot dotknął lodu.

– To byłoby straszne gówno. Samo­lot na łyż­wach! Kre­tyń­ski pomysł.

Samo­lot pod­sko­czył, prze­śli­zgnął się kawa­łek, po czym z wdzię­kiem zatrzy­mał się na środku rzeki. Palant wyłą­czył sil­niki. W nagłej ciszy Nate usły­szał bicie wła­snego serca.

– Nie­za­leż­nie od tego, ile by panu zapła­cili, zawsze będzie to za mało – wydu­kał Nate. – Nie ma szans, żeby mogli zapła­cić panu tyle, ile powinni.

– Do dia­bła, tam! – Palant pokle­pał Nate’a po ramie­niu. – Nie cho­dzi o pie­nią­dze. Witamy w Lunacy, panie komen­dan­cie.

– Cie­szę się, że tu jestem.

Nate zre­zy­gno­wał z poca­ło­wa­nia ziemi. Oba­wiał się, że nie tylko wyglą­da­łoby to śmiesz­nie, ale na doda­tek mógłby do niej przy­mar­z­nąć. Wysta­wił zdrę­twiałe nogi z samo­lotu i modlił się, żeby zechciały go donieść do jakie­goś cie­płego, spo­koj­nego i w miarę nor­mal­nego miej­sca.

Na razie musiał się sku­pić na poko­na­niu spo­rego kawałka lodu bez poła­ma­nia sobie nóg lub skrę­ce­nia karku.

– Niech się pan nie mar­twi, panie komen­dan­cie, o swój bagaż! – zawo­łał Palant. – Zaraz go przy­niosę.

– Dzięki.

Nate z tru­dem utrzy­my­wał rów­no­wagę. W pew­nej chwili zauwa­żył, że ktoś stoi na brzegu. Osoba ta miała na sobie brą­zową kurtkę z kap­tu­rem obszy­tym czar­nym futer­kiem. Nie­cier­pli­wie paliła papie­rosa, wypusz­cza­jąc co chwila nie­wiel­kie obłoczki dymu. Trak­tu­jąc ją jako dro­go­wskaz, Nate wędro­wał po lodzie, sta­ra­jąc się zacho­wać resztki god­no­ści.

– Igna­tious Burke?

Głos był zachryp­nięty, wyraź­nie nale­żał do kobiety i uno­sił się w powie­trzu wraz z obło­kami dymu. Nate po raz ostatni pośli­zgnął się, odzy­skał rów­no­wagę i z biją­cym ser­cem wyszedł na brzeg.

– Ana­sta­sia Hopp – przed­sta­wiła się.

Wycią­gnęła rękę i nie zdej­mu­jąc ręka­wiczki, jakimś cudem uści­snęła mu dłoń.

– Tro­chę pan zzie­le­niał. Palan­cie, czyż­byś po dro­dze pró­bo­wał zaba­wiać naszego nowego komen­danta?

– Nie, psze pani, ale tro­chę wiało.

– Zawsze wieje. Widzę, że jest pan przy­stojny. Nawet gdy ma pan nud­no­ści. Pro­szę, to panu pomoże.

Wyjęła z kie­szeni srebrną pier­siówkę i wci­snęła mu ją do ręki.

– Eee…

– Niech się pan nie wzbra­nia. Jesz­cze nie jest pan na służ­bie. Odro­bina brandy na pewno nie zaszko­dzi.

Nate w głębi duszy zgo­dził się z panią bur­mistrz, odkrę­cił więc butelkę i pocią­gnął z niej spory łyk. Natych­miast poczuł, jak płynny ogień spływa mu pro­sto do żołądka.

– Dzięki.

– Pokażę panu pokój w Lodge, gdzie będzie pan mógł nieco odsap­nąć.

Pro­wa­dziła Nate’a wydep­taną ścieżką.

– Póź­niej, gdy prze­sta­nie się panu krę­cić w gło­wie, opro­wa­dzę pana po mia­steczku. Kawał drogi z Bal­ti­more.

– Taak, spory kawał.

Wszystko wyglą­dało jak na pla­nie fil­mo­wym. Zie­lone i białe drzewa, rzeka, śnieg, budynki z drew­nia­nych bali, dym uno­szący się kłę­bami z komi­nów i rur. Wszystko senne i roz­ma­zane. W tym momen­cie Nate zdał sobie sprawę, że widzi świat w ten spo­sób nie tylko z powodu mdło­ści, ale i wyczer­pa­nia. Pod­czas podróży samo­lo­tem w ogóle nie spał. Obli­czył, że po raz ostatni znaj­do­wał się w pozy­cji hory­zon­tal­nej nie­mal dwa­dzie­ścia cztery godziny temu.

– Piękny, jasny dzień – powie­działa. – Góry w peł­nej kra­sie… Takie obrazki przy­cią­gają do nas tury­stów.

Rze­czy­wi­ście widok przy­po­mi­nał kartkę pocz­tową, może dla­tego tro­chę przy­tła­czał. Nate czuł się tak, jakby nagle zna­lazł się na pla­nie fil­mo­wym… albo w czy­imś śnie.

– Widzę, że odpo­wied­nio się pan ubrał. – Mówiąc to, zmie­rzyła go wzro­kiem od stóp do głów. – Wielu przy­by­szów z oko­lic poło­żo­nych poni­żej czter­dzie­stego ósmego rów­no­leż­nika poja­wia się tu w ele­ganc­kich płasz­czach i bot­kach. Potem odmra­żają sobie tyłki.

Wszystko, co miał na sobie, łącz­nie z grubą bie­li­zną i zawar­to­ścią wali­zek, zamó­wił bez­po­śred­nio u Eddiego Bau­era zgod­nie z suge­stiami i listą, które Hopp prze­ka­zała mu pocztą elek­tro­niczną.

– Bar­dzo dokład­nie napi­sała mi pani, czego mogę się tu spo­dzie­wać.

Przy­tak­nęła.

– Bar­dzo dokład­nie napi­sa­łam rów­nież, czego my się spo­dzie­wamy. Nie zawiedź mnie, Igna­tio­usie.

– Nate. Nie mam zamiaru, pro­szę pani.

– Mów mi Hopp. Wszy­scy tak mnie tu nazy­wają.

Weszła na długą drew­nianą werandę.

– To Lodge. Hotel, bar, restau­ra­cja, cen­trum życia towa­rzy­skiego. W ramach two­jego wyna­gro­dze­nia wyna­ję­li­śmy ci tu pokój. Jeśli będziesz chciał zamiesz­kać gdzie indziej, masz wolną rękę. Wła­ści­cielką Lodge jest Char­lene Hidel. Podaje dobre posiłki i dba o czy­stość. Zaj­mie się tobą. Spró­buje rów­nież dorwać się do two­ich por­tek.

– Słu­cham?

– Jesteś przy­stoj­nym męż­czy­zną, a Char­lene ma sła­bość do męż­czyzn. Jest dla cie­bie nieco za stara, cho­ciaż z pew­no­ścią wcale tak nie uważa. Sam zade­cy­du­jesz, czy jej ulec, czy nie. Wszystko w two­ich rękach.

Kiedy się uśmiech­nęła, Nate dostrzegł pod kap­tu­rem okrą­głą jak jabłko, rumianą twarz. Hopp miała błysz­czące, orze­cho­wo­brą­zowe oczy, wąskie, duże usta o ruchli­wych kąci­kach.

– Jak na całej Ala­sce, tak i tutaj mamy sporą nad­wyżkę męż­czyzn, ale to wcale nie ozna­cza, że wkrótce wokół cie­bie nie zacznie krą­żyć sporo kobiet. Jesteś świe­żym kąskiem i wiele z nich będzie miało ochotę spraw­dzić, do czego się nada­jesz. W wol­nym cza­sie możesz robić, co zechcesz, Igna­tio­usie. Tylko nie uga­niaj się za dziew­czy­nami, gdy będziesz na służ­bie.

– Zapi­szę to sobie.

Jej śmiech zabrzmiał jak klak­son. Były to dwa krót­kie wybu­chy. Chcąc je pod­kre­ślić, pokle­pała go po ramie­niu.

– Może powi­nie­neś…

Jed­nym szarp­nię­ciem otwo­rzyła drzwi i wpro­wa­dziła Nate’a do cudow­nie cie­płego pomiesz­cze­nia.

Poczuł zapach dymu, kawy, sma­żo­nej cebuli i dam­skich per­fum typu „prze­leć mnie”.

Prze­stronne pomiesz­cze­nie tylko sym­bo­licz­nie podzie­lone zostało na restau­ra­cję z pię­cioma bok­sami oraz kil­koma sto­li­kami i bar. Przy barze stał rzą­dek wyso­kich krze­seł z czer­wo­nymi, wytar­tymi przez lata sie­dze­niami.

Z pra­wej strony, w spo­rej niszy, Nate zoba­czył ogromny stół bilar­dowy i poły­sku­jące świa­tła szafy gra­ją­cej.

Na prawo od niej znaj­do­wało się coś, co przy­po­mi­nało lobby. Stało tam biurko, a w szafce z prze­gród­kami leżały klu­cze i kilka kopert.

W kominku pło­nęły polana, a fron­towe okna zostały zamon­to­wane pod pew­nym kątem, żeby lepiej było widać zachwy­ca­jącą pano­ramę gór.

Obsłu­gu­jąca gości kel­nerka była w ciąży. Czarne, lśniące włosy splo­tła w długi war­kocz. Na widok jej zachwy­ca­jąco pięk­nej twa­rzy Nate zamru­gał powie­kami. Miał przed sobą ala­skij­ską wer­sję Madonny o łagod­nych, ciem­nych oczach i zło­ci­stej skó­rze.

Nale­wała kawę dwóm klien­tom, któ­rzy oku­po­wali jeden z bok­sów. Przy sąsied­nim sto­liku sie­dział mniej wię­cej czte­ro­letni chło­piec. Kolo­ro­wał rysunki w ksią­żeczce. Miej­sce przy barze zaj­mo­wał męż­czy­zna w twe­edo­wej mary­narce. Palił papie­rosa i czy­tał znisz­czony egzem­plarz _Ulis­sesa._

W głębi lokalu widać było jakie­goś męż­czy­znę z brą­zową brodą, która opa­dała mu na klatkę pier­siową i na wybla­kłą fla­ne­lową koszulę w kratkę. Spra­wiał wra­że­nie, jakby toczył pełną zło­ści dys­putę z samym sobą.

Wszyst­kie głowy odwró­ciły się w stronę wcho­dzą­cych. Gło­śno powi­tano Hopp, która zrzu­ciła kap­tur, odsła­nia­jąc gęste, szpa­ko­wate włosy. Potem spoj­rze­nia prze­nio­sły się na Nate’a. Była w nich cie­ka­wość i spe­ku­la­cja. Tylko wła­ści­ciel brody nie krył wro­go­ści.

– To Igna­tious Burke, nasz nowy komen­dant poli­cji – oświad­czyła Hopp, roz­pi­na­jąc zamek bły­ska­wiczny kurtki. – Pano­wie w bok­sie to Dex Trilby i Hans Fin­kle, wła­ści­cie­lem ponu­rej miny jest Bing Kar­lo­vsky. Kel­nerka nazywa się Rose Itu. Jak dzi­siaj spi­suje się maleń­stwo, Rose?

– Bar­dzo kopie. Witamy w Lunacy, panie Burke.

– Dzięki.

– To jest Pro­fe­sor.

Hopp pode­szła do baru i pokle­pała po ramie­niu Twe­edową Mary­narkę.

– Czy w two­jej książce coś się zmie­niło od czasu, kiedy po raz ostatni ją czy­ta­łeś?

– Zawsze warto spraw­dzić – odparł Pro­fe­sor, zsu­wa­jąc na czu­bek nosa oku­lary w meta­lo­wej oprawce, by lepiej przyj­rzeć się Nate’owi. – Długa podróż.

– Tak – zgo­dził się Nate.

– Widzę, że jesz­cze się nie skoń­czyła.

Pro­fe­sor pod­su­nął oku­lary i wró­cił do lek­tury.

– A to uro­cze dia­blątko to Jesse, synek Rose.

Chło­piec przez cały czas miał głowę pochy­loną nad książką. Kiedy uniósł wzrok, spod gęstej, czar­nej grzywki bły­snęły duże, ciemne oczy. Wycią­gnął rękę i pocią­gnął Hopp za brzeg kurtki. Pochy­liła się, żeby usły­szeć szept chłopca.

– Nie martw się. Damy mu.

Drzwi za barem się otwo­rzyły. Poja­wił się w nich ogromny ciem­no­skóry męż­czy­zna w bia­łym far­tu­chu.

– To Wielki Mike – przed­sta­wiła Hopp. – Pra­cuje tu jako kucharz. Nie­gdyś był mary­na­rzem, póki gdzieś na Kodiaku nie wpa­dła mu w oko jedna z tutej­szych dziew­cząt.

– Zła­pała mnie jak pstrąga – wyznał Wielki Mike z pro­mien­nym uśmie­chem na ustach. – Witamy w Lunacy.

– Dzięki.

– Znaj­dzie się coś smacz­nego i gorą­cego dla naszego nowego komi­sa­rza poli­cji?

– Dzi­siaj mamy dobrą zupę rybną – powie­dział Wielki Mike. – Powinna panu dobrze zro­bić. Chyba że woli pan, panie komen­dan­cie, kawał czer­wo­nego mię­cha.

Nate dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że mówią do niego „panie komen­dan­cie”. W tym samym momen­cie poczuł na sobie spoj­rze­nia wszyst­kich obec­nych.

– Chęt­nie zjem zupę rybną.

– Zaraz ją przy­niosę.

Mike wró­cił do kuchni, a Nate usły­szał, jak dźwięcz­nym bary­to­nem wyśpie­wuje _Baby, It’s Cold Out­side._

Tak jak w fil­mie lub na kartce pocz­to­wej – pomy­ślał Nate. Lub w teatrze. Tak czy ina­czej w miej­scu, któ­rym czło­wiek się zachwyca, cho­ciaż sam Nate czuł się jak zaku­rzony rekwi­zyt.

Hopp wska­zała Nate’owi miej­sce, po czym poma­sze­ro­wała do lobby, obe­szła biurko i wyjęła klucz z jed­nego ze schow­ków.

W tym momen­cie w głębi za biur­kiem otwo­rzyły się drzwi. Poja­wiła się w nich seks­bomba.

Była blon­dynką. Nate zawsze uwa­żał, że ten kolor wło­sów naj­le­piej pasuje do seks­bomb. Falu­jąca kaskada opa­dała aż do wyjąt­kowo impo­nu­ją­cych piersi, które dosko­nale uwy­dat­niał głę­boki dekolt obci­słego, nie­bie­skiego swe­terka. Nate dopiero po minu­cie dotarł spoj­rze­niem do twa­rzy. Stało się tak dla­tego, że swe­te­rek był wetknięty w obci­słe dżinsy, które z pew­no­ścią miaż­dżyły wszyst­kie organy wewnętrzne.

Nate jed­nak się nie skar­żył.

Jasno­nie­bie­skie oczy seks­bomby były tak nie­winne, że pozo­sta­wały w jaskra­wym kon­tra­ście z wydat­nymi, czer­wo­nymi ustami. Kobieta wyraź­nie nie oszczę­dzała na maki­jażu. Przy­po­mi­nała Nate’owi laleczkę Bar­bie.

Bar­bie – pogrom­czy­nię męż­czyzn.

Na prze­kór ogra­ni­cze­niom, jakie stwa­rzał strój, wszystko, co mogło podry­gi­wać, podry­gi­wało, gdy obcho­dziła biurko i stu­ka­jąc wyso­kimi obca­sami, wędro­wała do jadalni. Tam sta­nęła przy barze i przy­brała odpo­wied­nią pozę.

– Cześć, przy­stoj­niaczku!

Jej głos przy­po­mi­nał gar­dłowy pomruk – musiała go ćwi­czyć – i zde­cy­do­wa­nie był obli­czony na to, że odcią­gnie krew z głowy męż­czy­zny i obniży jego IQ do poziomu zie­lo­nej rzepy.

– Bądź grzeczna, Char­lene. – Hopp zadzwo­niła klu­czy­kami. – Ten chło­piec jest zmę­czony i pra­wie chory. Nie ma sił, żeby się w tej chwili przed tobą bro­nić. Komen­dant Burke, Char­lene Hidel. To jej hotel. W ramach two­jego wyna­gro­dze­nia, Nate, mia­sto opłaca ci tu pokój i jedze­nie, więc nie musisz się czuć zobo­wią­zany do żad­nych dodat­ko­wych usług.

– Jesteś taka wstrętna, Hopp.

Na prze­kór tym sło­wom Char­lene uśmie­chała się jak gła­skany kociak.

– Może zapro­wa­dzę pana, panie komen­dan­cie, na pię­tro, i pokażę pań­ski pokój? A potem przy­niosę coś cie­płego do zje­dze­nia?

– Zapro­wa­dzę go.

Hopp z pełną roz­wagą mocno zaci­snęła klu­czyk w dłoni, tak że spo­mię­dzy pal­ców zwi­sała tylko duża czarna ety­kietka z nume­rem pokoju.

– Palant zaraz przy­dźwiga jego bagaże. Nie zaszko­dzi­łoby, gdyby za chwilę Rose przy­nio­sła panu komen­dan­towi zupę rybną, którą obie­cał mu Mike. Chodź, Igna­tio­usie. Będziesz zawie­rał bliż­sze zna­jo­mo­ści, gdy nieco odzy­skasz siły.

Oczy­wi­ście, mógł sam się bro­nić, ale nie widział sensu. Powę­dro­wał za Hopp scho­dami na pię­tro tak posłusz­nie, jak szcze­nię wędruje za swoim panem.

Opusz­cza­jąc salę, usły­szał, że ktoś powie­dział: _che­echako,_ jakby wyplu­wał nie­świeże mięso. Domy­ślił się, że to obe­lga, ale puścił ją mimo uszu.

– Char­lene w grun­cie rze­czy jest nie­szko­dliwa – wyja­śniła Hopp – ale lubi draż­nić się z męż­czy­zną, jeśli tylko wyczuje, że ma u niego choćby mini­malną szansę.

– Pora­dzę sobie, mamu­siu.

Znów wybuch­nęła dono­śnym śmie­chem, po czym wsu­nęła klucz do zamka pokoju 203.

– Jej facet odszedł od niej mniej wię­cej pięt­na­ście lat temu. Zosta­wił ją z córeczką, którą musiała samot­nie wycho­wać. Dość dobrze sobie pora­dziła, jeśli cho­dzi o Meg, cho­ciaż teraz nie­mal bez prze­rwy drą ze sobą koty. Char­lene miała wielu męż­czyzn, cho­ciaż z roku na rok wybiera coraz młod­szych. Powie­dzia­łam ci wcze­śniej, że jest dla cie­bie za stara. – Hopp obej­rzała się przez ramię. – Prawdę mówiąc, z jej punktu widze­nia praw­do­po­dob­nie to ty jesteś za stary dla niej. Masz trzy­dzie­ści dwa lata, prawda?

– Tyle mia­łem, gdy wyjeż­dża­łem z Bal­ti­more. Ile lat minęło od tego czasu?

Hopp potrzą­snęła głową i otwo­rzyła drzwi.

– Char­lene jest star­sza od cie­bie przy­naj­mniej o kil­ka­na­ście lat. Ma doro­słą córkę pra­wie w twoim wieku.

– Myśla­łem, że wy, kobiety, drwi­cie sobie z tej, która upo­luje męż­czy­znę młod­szego od sie­bie.

– Chyba bar­dzo mało wiesz o kobie­tach. Prawdę mówiąc, jeste­śmy wku­rzone, że to nie my upo­lo­wa­ły­śmy go jako pierw­sze. Tak, tak to już jest.

Weszła do obi­tego boaze­rią pokoju z żela­znym łóż­kiem, szafą i lustrem po jed­nej stro­nie, małym sto­li­kiem, dwoma krze­słami i nie­wiel­kim biur­kiem po dru­giej.

Pokój był czy­sty, skromny, i nie­mal tak inte­re­su­jący jak torebka bia­łego ryżu.

– Tu jest maleńka kuch­nia.

Hopp odsu­nęła czarno-nie­bie­ską zasłonę, za którą stała mała lodówka, dwu­pal­ni­kowy pie­cyk i zlew roz­miaru dłoni Nate’a.

– Na twoim miej­scu jada­ła­bym posiłki na par­te­rze, chyba że bar­dzo lubisz goto­wać. Dobrze dają jeść.

Omio­tła wzro­kiem pomiesz­cze­nie.

– To nie Ritz, cho­ciaż Char­lene ma lep­sze pokoje. Nie­stety, nasze fun­du­sze są ogra­ni­czone. – Prze­szła na drugą stronę pokoju i otwo­rzyła drzwi. – Tu jest łazienka.

– O kur­czę!

Uniósł głowę.

Zlew był więk­szy od kuchen­nego, cho­ciaż nie­wiele. Nie było wanny, uznał jed­nak, że kabina z prysz­ni­cem w zupeł­no­ści mu wystar­czy.

– Pań­skie bagaże, panie komen­dan­cie.

Palant przy­dźwi­gał dwie walizki i torbę, jakby nic w nich nie było. Rzu­cił je na łóżko. Mate­rac ugiął się pod ich cię­ża­rem.

– Gdyby jesz­cze mnie pan potrze­bo­wał, będę na dole jadł posi­łek. Prze­no­cuję tutaj i jutro rano wrócę do Tal­ke­etny.

Dotknął pal­cem czoła, uda­jąc, że salu­tuje, i wyszedł.

– Cho­lera, zacze­kaj! – Nate zaczął grze­bać w kie­szeni.

– Dam mu napi­wek – zapew­niła Hopp. – Póki dla nas pra­cu­jesz, jesteś gościem rady miej­skiej Lunacy.

– Doce­niam to.

– Mam zamiar dopil­no­wać, żebyś na to wszystko zapra­co­wał, więc na razie zbyt­nio się nie ciesz.

– Obsługa hote­lowa!

Char­lene ze śpie­wem wnio­sła tacę do pokoju. Pod­cho­dząc do sto­lika, koły­sała bio­drami, co przy­po­mi­nało cho­dzący metro­nom.

– Przy­nio­słam panu dobrą zupę rybną, panie komen­dan­cie, i porządną kanapkę, odpo­wied­nią dla męż­czy­zny. Kawa jest gorąca.

– Wspa­niale pach­nie. Jestem pani wdzięczny, pani Hidel.

– Mów mi Char­lene.

Zatrze­po­tała rzę­sami. Nate był pewien, że to rów­nież ćwi­czyła.

– Wszy­scy tutaj sta­no­wimy jedną wielką szczę­śliwą rodzinę.

– Gdyby naprawdę tak było, nie potrze­bo­wa­li­by­śmy komen­danta poli­cji.

– Och, nie strasz go, Hopp. Czy pokój ci odpo­wiada, Igna­tio­usie?

– Nate. Tak, dzię­kuję. Jest ładny.

– Zjedz coś i odpocz­nij – pora­dziła Hopp. – Jak nabie­rzesz nieco sił, po pro­stu do mnie zadzwoń. Pokażę ci mia­sto. Twoim pierw­szym ofi­cjal­nym obo­wiąz­kiem będzie uczest­nic­two w zebra­niu miesz­kań­ców jutro po połu­dniu. Mamy zamiar przed­sta­wić cię w ratu­szu wszyst­kim oso­bom, które zechcą przyjść. Jeśli będzie ci na tym zale­żało, wcze­śniej możesz zoba­czyć poste­ru­nek, poznać dwóch swo­ich zastęp­ców i Peach. Wtedy dosta­niesz gwiazdę.

– Jaką gwiazdę?

– Jesse chciał, żebyś koniecz­nie nosił gwiazdę. Chodź, Char­lene. Dajmy mu teraz święty spo­kój.

– Gdy­byś cze­go­kol­wiek potrze­bo­wał, zadzwoń na dół. – Char­lene prze­słała mu zachę­ca­jący uśmiech. – Będę cze­kać.

Sto­jąca za jej ple­cami Hopp wbiła wzrok w sufit. Pra­gnąc posta­wić na swoim, poło­żyła dłoń na ramie­niu Char­lene i pocią­gnęła ją w stronę drzwi. Roz­legł się stu­kot obca­sów na drew­nia­nej pod­ło­dze, kobiecy pisk, potem trza­śnię­cie drzwi.

Zza nich Nate usły­szał cichy, obra­żony głos Char­lene:

– Co się z tobą dzieje, Hopp? Ja tylko sta­ram się być miła.

– Kiedy wła­ści­cielka stara się być miła, hotel łatwo zamie­nia się w bur­del. Może pew­nego dnia to zro­zu­miesz.

Nate odcze­kał, aż kobiety się oddalą, dopiero potem pod­szedł do drzwi i prze­krę­cił klucz w zamku. Następ­nie zdjął kurtkę i opu­ścił ją na pod­łogę, to samo zro­bił z czapką. Roz­wi­nął sza­lik, rzu­cił go. Roz­piął ocie­planą kami­zelkę i doło­żył ją na zrzu­cone ubra­nia.

Gdy został w koszuli, spodniach, cie­płej bie­liź­nie i butach, pod­szedł do sto­lika, wziął zupę, łyżkę i zabrał posi­łek w stronę ciem­nego okna.

Zega­rek obok łóżka poka­zy­wał wpół do czwar­tej, a było już ciemno jak o pół­nocy. Jedząc zupę, przy­glą­dał się latar­niom ulicz­nym, po chwili zaczął rów­nież dostrze­gać zarysy budyn­ków. Zauwa­żył świą­teczne deko­ra­cje: kolo­rowe świa­tełka, święte Miko­łaje, kar­to­nowe reni­fery.

Tylko ni­gdzie nie widział żad­nych ludzi – ani śladu życia, ani śladu ruchu.

Jadł auto­ma­tycz­nie, zbyt zmę­czony i zbyt głodny, żeby zwra­cać uwagę na smak.

Wszystko, co jest za tym oknem, sta­nowi jedy­nie deko­ra­cję fil­mową – pomy­ślał. Budynki to kar­to­nowe fasady, a ludzie, któ­rych spo­tkał na par­te­rze, są jedy­nie posta­ciami z ilu­zo­rycz­nego świata.

Może to wszystko jest jedną wielką ilu­zją, zro­dzoną z depre­sji, żalu i zło­ści, pod­łej mie­sza­niny uczuć, które rzu­ciły go na wiatr i kazały wylą­do­wać w tej zapa­dłej dziu­rze?

Wkrótce obu­dzi się w swoim miesz­ka­niu w Bal­ti­more i będzie pró­bo­wał wykrze­sać z sie­bie tyle ener­gii, by prze­brnąć przez następny dzień.

Zjadł kanapkę, sto­jąc w oknie i spo­glą­da­jąc na pusty, czarno-biały świat z dziw­nymi świą­tecz­nymi świa­teł­kami.

Może warto byłoby wyjść na zewnątrz, do tego pustego świata? Zostać jed­nym z boha­te­rów nie­co­dzien­nej ilu­zji? Potem roz­pły­nąć się w ciem­no­ści, jak ostat­nia scena nie­mego filmu. Żeby było już po wszyst­kim.

Kiedy doszedł do wnio­sku, że wła­ści­wie chciałby, aby było już po wszyst­kim, w jego polu widze­nia poja­wiła się jakaś postać. Miała na sobie krzy­kliwe, jasno­czer­wone ubra­nie, które wyraź­nie odci­nało się od pozba­wio­nej barw sce­ne­rii i wnio­sło w nią ele­ment ruchu.

Ruchu, zde­cy­do­wa­nia i ener­gii. Życia z wyraź­nym celem, podą­ża­nia w okre­ślo­nym kie­runku. Postać szła szyb­kim, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem i zosta­wiała wyraźne ślady na śniegu.

Jakby chciała poka­zać, że tu była. Że żyje.

Nate nie wie­dział, czy to męż­czy­zna, kobieta, czy dziecko, jed­nak coś w barw­nej pla­mie i w pew­no­ści kro­ków wyraź­nie go zacie­ka­wiło.

Postać, jakby wyczuła, że ktoś ją obser­wuje, zatrzy­mała się i unio­sła głowę.

Nate znów odniósł wra­że­nie, że świat został zdo­mi­no­wany przez czerń i biel. Biała twarz, czarne włosy. Roz­myte z powodu ciem­no­ści i odle­gło­ści.

Przez długą chwilę pano­wał bez­ruch i cisza. Potem postać znów ruszyła przed sie­bie, w stronę wej­ścia do Lodge, i znik­nęła Nate’owi z pola widze­nia.

Nate zasło­nił okno i odsu­nął się od niego.

Po chwili zasta­no­wie­nia zdjął walizki z łóżka i rzu­cił je na pod­łogę. Roze­brał się do naga i nie zwa­ża­jąc na chłód panu­jący w pokoju, wpeł­znął pod grubą war­stwę koców, tak jak niedź­wiedź wpełza do gawry.

Miał trzy­dzie­ści dwa lata i roz­czo­chraną masę gęstych, kasz­ta­no­wych wło­sów wokół pocią­głej, drob­nej twa­rzy, na któ­rej widać było ogromne wyczer­pa­nie. Roz­pacz prze­sło­niła oczy szarą chmurą. Pod jed­no­dnio­wym zaro­stem skóra była blada ze zmę­cze­nia. Pomimo peł­nego żołądka Nate wciąż był osła­biony jak czło­wiek, który jesz­cze nie do końca zdo­łał poko­nać grypę.

Wolałby, żeby Bar­bie-Char­lene zamiast kawy przy­nio­sła mu butelkę cze­goś moc­niej­szego. Nie prze­pa­dał za alko­ho­lem, co z pew­no­ścią uchro­niło go przed nało­giem, mimo to po kilku głęb­szych łatwiej uwol­niłby mózg od zbęd­nych myśli i zapadł w sen.

Usły­szał wycie wia­tru. Poprzed­nio pano­wał bez­ruch powie­trza, teraz mocne podmu­chy przy­wo­dziły na myśl jęczące dusze. Oprócz tego Nate sły­szał skrzy­pie­nie ścian budynku i wła­sny oddech.

Trzy samotne dźwięki, samotne trio.

Nie słu­chaj ich – pomy­ślał. Wycisz się.

Posta­no­wił, że prze­śpi się kilka godzin. Potem umyje się po podróży i napom­puje kawą.

Wtedy będzie czas, żeby zade­cy­do­wać, co, do dia­bła, dalej robić.

Gdy wyłą­czył świa­tło, cały pokój zalała nie­prze­nik­niona ciem­ność. Po kilku sekun­dach wzięła w obję­cia rów­nież i jego.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij