Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce - ebook
Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce - ebook
Zośka i Rudy – bohaterowie szkolnej czytanki, bohaterowie narodowi. Kamienie na szaniec – książka legenda, lektura, którą wszyscy znają, ale mało kto zastanawia się nad znaczeniem przekazywanych przez nią treści.
Esej Kornelii Sobczak to pierwsza próba zmierzenia się na poważnie ze słynnym dziełem Aleksandra Kamińskiego i ujawnienia jego roli w budowaniu mitu, jakim dzisiaj owiani są bohaterowie Kamieni na szaniec. Sobczak pokazuje konteksty, które często pomija się w opowieści o czasach II wojny światowej i latach ją poprzedzających. Nie waha się podjąć wątków, które do tej pory wywoływały największe emocje, czyli spekulacji o homoerotycznym związku Zośki i Rudego oraz o przynależności Bytnara do skrajnie prawicowej organizacji ONR. Stara się także prześledzić i przeanalizować, w jaki sposób dobre programy wychowawcze, piękne idee i szlachetne zamiary rozbijają się o rafy nacjonalizmu, militaryzmu oraz wzorców kulturowych opartych na kulcie męskości i na narodowej wizji wspólnoty. Nic nie jest tutaj oczywiste, a często okazuje się zupełnie inne, niż przyzwyczailiśmy się myśleć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
PODZIĘKOWANIA 7
WYKAZ SKRÓTÓW 9
WSTĘP 11
Dla kogo jest ta książka 11
O "Kamieniach na szaniec" 12
Po co w ogóle zajmować się dziś "Kamieniami na szaniec"? 17
Rozdział pierwszy: O MIŁOŚCI 23
Afera 23
Janeczek 32
Domniemania 40
Zośka 41
Rudy 53
Seks 61
Alibi 72
Możliwości 77
Rozdział drugi: O PRZYJAŹNI 81
Wyjaśnienie 81
Aresztowanie 82
Bicie 86
Ciało 89
Odbijanie 93
Karność 100
Akcja! 105
Konsekwencje 112
Heniek 118
Słup 121
Rozdział trzeci: O DZIEWCZYNACH 125
Liczenie 125
Urka, Irka 129
Danka 145
Hanka 153
Kamyk 161
Rozdział czwarty: O POLSCE 167
Lato 167
Zima 168
Wycieczka 170
Komplikacje 177
Zajścia 183
Jesień 188
Wiosna 190
Zarządzenie 203
Rozdział piąty: O POLITYCE 215
Rudy 215
ONR 217
Batory 221
Młodzi 234
Potworowski 240
Kamiński 243
Zakończenie 247
OBJAŚNIENIA 251
Instytucje 252
Ludzie 273
Życiorys wspólny 278
PRZYPISY KOŃCOWE 301
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68823-01-1 |
| Rozmiar pliku: | 5,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pragnę bardzo serdecznie i gorąco podziękować Justynie, Idzie, Klarze i Sarze – bez Was pisanie z adhd nie byłoby w ogóle możliwe. Klarze dziękuję także za jej entuzjastyczną chęć czytania tego, co akurat napiszę, kreatywną wiarę we mnie i imponującą pomysłowość w motywacji. Za upartą wiarę i niestrudzoną motywację dziękuję też Piotrusiowi, jak również za to, że jest ucieleśnieniem koleżeńskości, uczynności i lojalności. Jego wspaniałej rodzinie: Laurze, Wandzie, Jerzykowi i Danusi, chciałabym zadedykować trzeci rozdział tej książki – myślałam o Was, pisząc go. Pracując nad rozdziałami czwartym i piątym myślałam o Weronice, której dziękuję za lekturę ich fragmentów, ale przede wszystkim za porozumienie, konstruktywną zgodę i poczucie komfortu, jakie daje mi nasza przyjaźń. Janeczce dziękuję za wszystkie miłe słowa i walkę o sprawiedliwość społeczną. Marcinowi przesyłam harcerskie pozdrowienie i podziękowanie za jego wyjątkowe spojrzenie na kwestię wychowania.
Arturowi dziękuję za wspólną wyprawę do Górek Wielkich i w okolice (_we can always have_ polskie Stonehenge), a Asiuli za najwspanialsze _Meisjesvakantie_ po zakończeniu pisania. Koleżankom i kolegom z redakcji „Dialogu” dziękuję za wyrozumiałość okazaną mi podczas ostatnich stadiów powstawania tej książki.
Krzysztofowi, Justynie P. oraz Sylwii dziękuję za okazane zaufanie, cierpliwość i miłą współpracę.
Ponadto wyrazy nieustającej miłości niech zechcą przyjąć: Neko, Mama Ewa, Iwo, Maciuś z Rodzinką, Olga.
A na zakończenie dziękuję mojej muzie, Igorowi, bez którego uporu, zachęty, mentalnej, duchowej i materialnej pomocy ta książka nigdy by nie powstała.WSTĘP
Dla kogo jest ta książka?
Dla wszystkich tych, których historia Polski fascynuje, oraz dla tych, których frustruje – a najlepiej, jak robi jedno i drugie równocześnie. To książka dla tych, którzy nie mogą się uwolnić od _Kamieni na szaniec_, i dla tych, którzy nie rozumieją ich fenomenu. Moim celem nie było obalenie pomników bohaterów Polski Walczącej, raczej delikatne odbrązowienie i poszerzenie cokołu, na którym je ustawiono, pokazanie tła, które często ginie w opowieściach o tamtych ludziach i czasach. Jednocześnie bardzo zależało mi na tym, żeby nie mówić Czytelniczkom i Czytelnikom, co mają myśleć, ale raczej, przedstawiając szerszy kontekst, zaproponować możliwości innych spojrzeń, podpowiedzieć, na co można zwrócić uwagę.
Nie chciałem pisać pracy naukowej, ale książkę, jak to się mówi, „do czytania”. Dla młodzieży, dla rodziców nastolatków przerabiających w szkole _Kamienie na szaniec_, dla nauczycielek, które muszą je omawiać. Z nadzieją, że znajdą tu coś ciekawego, świeżego, dającego do myślenia, bo i dla mnie dowiadywanie się rzeczy związanych z bohaterami tej książki było przede wszystkim zajęciem ciekawym. Ale też często bolesnym, czasem łamiącym serce, czasem wymagającym konfrontacji z własnymi wyobrażeniami, sentymentami, miłościami, przekonaniami.
Książka składa się z pięciu rozdziałów, z których każdy stanowi odrębną całość, choć rozdziały czwarty i piąty są ze sobą powiązane ściślej niż trzy pozostałe. Nie trzeba jednak czytać ich w ustalonej kolejności. Dla ułatwienia i wygody czytania na końcu zamieszczam objaśnienia – ściągę z ludzi i instytucji pojawiających się w każdej z części książki.
O _Kamieniach na szaniec_
Jeśli czytacie teraz te słowa, to pewnie choć trochę kojarzycie, czym i o czym są _Kamienie na szaniec_: książka legenda, książka ramota, książka lektura. Takie zresztą było moje wyjściowe założenie – że każdy ten tytuł mniej więcej kojarzy, że wszyscy się jakoś, kiedyś z _Kamieniami…_ zetknęli, a jej protagoniści: Rudy, Alek i Zośka, funkcjonują w zbiorowej wyobraźni w charakterze na poły mitycznym, na poły historycznym, gdzieś pomiędzy czytanką a panteonem bohaterów narodowych. Dla porządku jednak przypomnijmy. Książkę napisano i wydano latem 1943 roku w Warszawie, po słynnej akcji pod Arsenałem, w której, z inicjatywy Zośki, odbito aresztowanego i torturowanego przez gestapo Rudego, zaś Alek odniósł śmiertelną ranę. Pierwsze _Kamienie na szaniec_ były skromnych rozmiarów – sześćdziesiąt osiem stron w formacie pozwalającym się schować do kieszeni. W 1944 roku było już drugie wydanie, poszerzone o dwa rozdziały, ale opowieść tę wciąż dało się przeczytać w jeden wieczór. Współczesne wydania _Kamieni na szaniec_, ze wstępem, ilustracjami, uwagami i bibliografią, nie przekraczają dwustu pięćdziesięciu stron przyjaznego dla oka druku.
Jest to opowieść o życiu i śmierci trzech przyjaciół, harcerzy i żołnierzy Polski Podziemnej: Alka (Macieja Aleksego Dawidowskiego), Rudego (Jana Bytnara) i Zośki (Tadeusza Zawadzkiego). Czas akcji obejmuje wspomnienie „słonecznych dni” przedwojennych, wrześniową zawieruchę i okupacyjne lata 1939–1943, podczas których bohaterowie szukają odpowiednich form walki z okupantem, angażując się najpierw w uliczną propagandę (mały sabotaż), a potem w walkę z bronią w ręku (wielka dywersja), by w końcu w tej walce zginąć, lecz nie wszystek umrzeć: pozostawiają po sobie zgrany zespół towarzyszy broni, wzorzec harcerskiego stylu pracy i walki oraz wyjątkowo żywą pamięć.
Książka najpierw stała się podziemnym bestsellerem¹, szybko – legendą, a w okresie powojennym – lekturą szkolną. Nigdy właściwie nie rozstrzygnięto – i tak już musi pozostać – jej skomplikowanego statusu gatunkowego: czy jest dokumentem, fabularyzowanym reportażem, czy może szlachetną agitką na kanwie prawdziwych wydarzeń? W nakładaniu się tych gatunków i funkcji leży zapewne siła i moc oddziaływania książki. Najtrafniej ujął to chyba Tomasz Strzembosz, nie szukając syntezy gatunkowej, ale wymieniając wszystko to, czym były (i są) _Kamienie na szaniec_: „To zarazem pierwsze historyczne opracowanie, próba świadectwa, dydaktyczna opowieść dla współczesnych i dla potomnych oraz osobista relacja, dokument historyczny (dokument świadomości i dokument epoki), żarliwe wyznanie dopiero co przeżytej prawdy o ludziach”².
Autor _Kamieni…_, Aleksander Kamiński, nie był zawodowym literatem, choć z pewnością posiadał talent pisarski. Pisarstwo traktował jednak zawsze służebnie, widząc w nim narzędzie pracy pedagogicznej, którą prowadził przez całe życie: jako wychowawca młodzieży w bursach uczniowskich, instruktor harcerski, twórca metody zuchowej, redaktor naczelny najważniejszego podziemnego tytułu prasowego – „Biuletynu Informacyjnego”, Komendant Organizacji Małego Sabotażu „Wawer” (tej od rysowania kotwic na murach i hasła „tylko świnie siedzą w kinie”), szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej ak na Warszawę. Po wojnie Kamiński kontynuował działalność społeczną i naukową jako wybitny pedagog związany z Uniwersytetem Łódzkim. Zmarł w 1978 roku w Warszawie, trzydzieści pięć lat po swoich bohaterach, od których był dwie dekady starszy.
Osoba autora jest wyjątkowo silnie spleciona z książką. _Kamienie na szaniec_ są nie tylko dokumentem i świadectwem historycznym, ale wyrastają z emocji i uczuć Kamińskiego, są wykładem jego sposobu myślenia o zadaniach harcerzy i harcerstwa wobec społeczeństwa, o ideach braterstwa i służby. Jako takie stanowią bardzo cenny dokument pewnej formacji ideowej. Bez pobieżnego choćby nakreślenia jego postaci trudno byłoby w pełni zrozumieć, czym miały być _Kamienie na szaniec._
Pierwszy raz przeczytałam _Kamienie…_ w wieku 12 lat jako lekturę szkolną i do dziś pamiętam smak i temperaturę łez, które ciekły mi po twarzy nieprzerwanie od zdania: „Pewnej nocy gestapo aresztowało jednego z towarzyszy broni Rudego…”³, aż do słów „Warszawa, kwiecień 1944 roku”⁴. I pamiętam też swoje ówczesne przekonanie, że teraz to ogólnie kicha i nuda, nie ma żadnej wojny, nie zostanę bohaterem, wszystko do kitu (chociaż pan Kamiński napisał, że trzeba nie tylko „pięknie umierać”, ale i „pięknie żyć”, więc może jest dla mnie jakaś nadzieja nawet w czasach pokoju). Mój dom nie był jakoś specjalnie patriotyczny – rodziców cechowała raczej duża nieufność wobec romantycznych porywów i wzniosłych frazesów. Ich ulubioną książką o wojnie było _Cafe pod Minogą_ Wiecha, __ ulubionym bohaterem Leon Kuraś z serialu _Polskie drogi_. W obu przypadkach chodziło o docenienie „radzenia sobie”, umiejętności zadbania o najbliższych i zachowywania humoru w najpodlejszych okolicznościach, o bohaterstwo niewzniosłe i niepatetyczne. Być może właśnie dlatego tak mnie „brały” romantyczne lektury.
Jednocześnie wydawało mi się wówczas, że jestem socjalistą, przy czym socjalizm pociągał mnie bardziej od strony uczuciowej niż rozumowej, jako idea protestu przeciwko ludzkiej krzywdzie, postulat równości i braterstwa, walki z wyzyskiem, jako atrakcyjna czerwień powiewającego sztandaru, miks _Międzynarodówki_, __ piosenek o odbudowie Warszawy i hitów z brytyjskiego musicalu _Nędznicy_.
Wiedziałem więc, że istnieje tradycja lewicowego patriotyzmu i złościło mnie, że prawica zawłaszcza miłość do ojczyzny, a lewica przełomu wieków w ogóle nie była romantyczna ani porywająca. Irytowało mnie też, choć nie umiałem jeszcze tego właściwie nazwać, że ci, którzy – podobnie jak ja – kochali _Kamienie na szaniec_, robili to zawsze w taki egzaltowany, napuszony sposób. W późniejszych latach było jeszcze gorzej: często ludzie, którzy deklarowali cześć i chwałę dla bohaterów polskiego podziemia, byli jednocześnie pełni nienawiści do innych i obcych, stowarzyszeni ze skrajną prawicą. Jakby w ogóle tego Kamińskiego nie czytali.
W roku 2004 otwarto w Warszawie Muzeum Powstania Warszawskiego i wkrótce potem wybuchła „moda na powstanie”. Kotwice Polski Walczącej zaczęły się pojawiać na co drugim samochodowym zderzaku i co trzeciej umięśnionej łydce, a warszawiacy śpiewali radośnie zakazane piosenki – bardzo mnie to dziwiło. Przecież nie pasuje to do powagi bohaterów Kamińskiego, do ich wstrzemięźliwości w używaniu patriotycznej frazeologii i symboliki, do ich skupienia na konkretnej pracy – którą nazywali służbą – a nie na performowaniu patriotyzmu.
Po latach udało mi się odnaleźć opis analogicznego nieporozumienia w pracy Andrzeja Mencwela _Przedwiośnie czy Potop_. Wokół _Potopu_ Henryka Sienkiewicza i _Przedwiośnia_ Stefana Żeromskiego zorganizowane są dwa typy polskich postaw. Żeromski jest patronem „progresywnego reformizmu polskiego”, którego dziedzictwo chce Mencwel przypomnieć i przeciwstawić „konserwatywnemu tradycjonalizmowi”, cechującemu wielbicieli _Potopu_. Z tym że ten potop (pisany małą literą) miał, w intencjach Sienkiewicza, oznaczać powszechne powstanie przeciwko szwedzkiemu najeźdźcy – powszechne, a więc i ludowe, chłopskie. Wyobraźnią czytelników zawładnęły jednak „partyzanckie podchody Kmicica i, nade wszystko, «obrona Częstochowy», która stała się porzekadłem tak popularnym, że powtarzanym często przez sprawozdawców sportowych”⁵. Moim zdaniem _Kamienie na szaniec_ powinny się znaleźć po stronie _Przedwiośnia_, czyli tego progresywnego reformizmu, przeciw determinizmowi krwi i ofiary, nacjonalizmowi i sarmackiemu rąbaniu szablą, niesprawiedliwości społecznej, po stronie wezwania do, niekoniecznie spektakularnej, ale na pewno wytrwałej służby Polsce, rozumianej jako konkretna, międzyludzka wspólnota. A jednak w powszechnym odbiorze książka Kamińskiego jest __ przeciągana na stronę _Potopu_: jej ładunek pozytywny, społeczny jest pomijany, zostają bohaterskie wyczyny, piękni bohaterowie i heroiczne śmierci. _Kamienie na szaniec_ są _Przedwiośniem_, które wciąż czytamy jak _Potop_.
Nie jest to przypadek nadzwyczajny. W opowieściach o historii Polski to, co bojowe i straceńcze, męskie i waleczne, wypiera to, co cywilne i społeczne, opiekuńcze i nastawione na podtrzymanie życia, polepszenie jego warunków⁶. Z czasów drugiej wojny światowej wolimy czcić nieudane powstanie i wmawiać sobie, że w jakiś przedziwny sposób zawdzięczamy mu wolność, niż przypominać o gigantycznym wysiłku tajnego nauczania, jaki podjęto wówczas w skrajnie niesprzyjających warunkach. Świadomość różnego rodzaju wysiłków opiekuńczych (opieka nad dziećmi, więźniami, gwałtownie zubożałą ludnością, aprowizacja głodnych miast), podejmowanych przede wszystkim przez kobiety, niemal w ogóle nie funkcjonuje w szerszej pamięci zbiorowej. Z okresu powojennego też wolimy czcić „wyklętych”, niż opowiadać o heroicznym wysiłku odbudowy kraju i awansie klasowym, który stał się udziałem ogromnej części społeczeństwa. Z historii Solidarności – związku zawodowego, który upominał się o prawa pracownicze i godne warunki życia robotników – zrobiono powtórkę z konspiracji i dość abstrakcyjny „antykomunizm”. Przykłady można by mnożyć.
Po co w ogóle zajmować się dziś _Kamieniami na szaniec_?
Pytanie jest poniekąd zbyteczne, bo dopóki _Kamienie…_ są w kanonie lektur szkolnych, to i tak musimy się nimi zajmować. Na razie nie zapowiada się, żebyśmy mogli uciec od polityki historycznej. Co rozumiem przez to pojęcie? Po pierwsze, że pewna określona wizja historii jest elementem polityki państwa. Po drugie, że ta właśnie wizja jest uprzywilejowana w dyskursie publicznym i propagandzie, a często także w edukacji. I nie chodzi tu bynajmniej tylko o to, co się pisze i mówi, ale również o to, co i jak się przedstawia i performuje: jakie święta się obchodzi, jakie rocznice celebruje, jakie muzea otwiera, czyimi imionami nazywa ulice i tak dalej. Równie ważne jest jednak to, o czym się nie opowiada i nie pamięta, co jest lekceważone, a co aktywnie i pracowicie zapominane. Po trzecie, polityka historyczna to także instytucjonalne, organizacyjne i finansowe wsparcie dla mediów (przekaźników) tej polityki, czyli mówiąc mniej uczenie: wszystkie narodowe instytuty tego i owego, wspieranie takich, a nie innych muzeów, polityka edukacyjna, finansowanie badań naukowych na faworyzowane tematy i cała ta machina pamięci i propagandy, którą przez ostatnie dekady rozbudowywano z osobliwą pomysłowością.
Polityka historyczna może być mniej lub bardziej obecna w budowaniu tożsamości państwowej czy wspólnotowej. Możemy śmiało powiedzieć, że w ostatnich latach (a nawet dekadach) była obecna niezwykle intensywnie. Wizja Polski jako kraju udręczonego przez historię, gnębionego przez sąsiadów, oszukanego przez sojuszników, wizja narodu męczeńskiego i bohaterskiego, niezłomnego i niewinnego stanowiła kluczowy składnik tożsamości zbiorowej kształtowanej za czasów ośmiu lat rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale nie była wynalazkiem tej formacji, ona po prostu zintensyfikowała emocjonalną siłę tej wizji (czasem do granic parodii), co było możliwe za sprawą nowych środków wyrazu i przekazu patriotycznej wizji historii.
Co składa się na współczesną politykę historyczną? W sferze wartości: antykomunizm, dobre imię Polski, obsesyjna obrona paradygmatu polskiej niewinności i niezłomności. W sferze tematów i bohaterów: powstania (zwłaszcza warszawskie), żołnierze wyklęci, Polscy Sprawiedliwi, a ostatnio „Zawołani po imieniu”⁷ i rzeź wołyńska. Jakie są jej cechy? Wsobność i asekuracyjność, powierzchowność i infantylizm, abstrakcyjność i ignorowanie kontekstu. Dwie pierwsze oznaczają, że polska polityka historyczna koncentruje się na… no cóż, Polsce wyabstrahowanej z szerszych procesów dziejowych (a jednocześnie nieustannie poniewieranej przez wrogie siły), traktowanej jako wspólnota etniczna i religijna, bez uwzględniania historyczności samych kategorii narodu i państwa. Polska staje się metafizycznym bytem niosącym przez wieki swoją polską esencję, niezależnym od zmian politycznych, ustrojowych, społecznych czy kulturowych. Zarazem owa wsobność nastawiona jest nie tylko do wewnątrz, ale również trzyma nieustanną gardę wobec „świata”, najczęściej zachodniego, który pragnie umniejszyć polskie cierpienia, nie docenia heroizmu, oskarża Polaków o obojętność wobec Zagłady lub nawet współudział, nie pamięta zasług. Asekuracja i interwencja to główne postawy przyjmowane wobec – realnej bądź wyimaginowanej – opinii zewnętrznej.
Powierzchowność i infantylizm przejawiają się w sposobie opowiadania historii i doborze środków przekazu. Stoi za tym przekonanie, że głównym odbiorcą treści lansowanych przez politykę historyczną powinna być młodzież, a zatem że przekaz ma być „atrakcyjny”, „nowoczesny” (cokolwiek to znaczy) i „multimedialny” (jeśli muzea – to interaktywne, jeśli książki – to ilustrowane, jeśli filmy – to musi być _bullet time_, współczesna muzyka i piękni aktorzy). Nie ma tematów zbyt poważnych, aby nie mogły stać się muralem czy grą planszową. Pierwszą instytucją, która świadomie podjęła się przedstawiania tragicznej historii w sposób atrakcyjny, rozpraszający grozę i aktywujący pragnienie przygody, było Muzeum Powstania Warszawskiego, którego _spiritus movens_ i pierwszy dyrektor Jan Ołdakowski inspirował się kanadyjskim Muzeum Wielorybnictwa. Ołdakowski nigdy nie ukrywał, że traktuje historię jako produkt do sprzedania – jeśli nie za pieniądze, to za emocje. „Założyliśmy, że przyszłym muzeum powinna rządzić podobna filozofia jak naszą knajpą. Tyle że zamiast piwa do zaproponowania będziemy mieli opowieść o historii. Działaliśmy zgodnie ze starą zasadą marketingu, która głosi, że ryby łapie się na to, co lubi ryba, a nie na to, co lubi rybak”⁸ – opowiadał. mpw stało się wielkim przedsięwzięciem pamięci, którego działalność wykracza poza muzealne sale i aktywnie kształtuje przestrzeń zarówno fizyczną, jak i debaty publicznej.
Przez abstrakcyjność i ignorowanie kontekstu rozumiem posługiwanie się hasłami typu „wolność”, „honor”, „bohaterstwo” i wiązanie ich z konkretnymi wydarzeniami historycznymi przy jednoczesnym pomijaniu kontekstu politycznego i społecznego tych wydarzeń. I tak na przykład powstanie warszawskie było zwycięską walką o wolność, choć właściwie nie wiadomo, w jaki sposób śmierć miasta i ludzi przyczyniła się do odzyskania tejże wolności, zwłaszcza że dla wielu wyznawców polityki historycznej następne czterdzieści lat było zniewoleniem. Klarowność związków przyczynowo-skutkowych nie jest jednak niezbędnym składnikiem polityki historycznej.
Innym przykładem jest dyskurs wokół Zagłady Żydów, Sprawiedliwych i upamiętniania Polaków zamordowanych za pomoc Żydom podczas drugiej wojny światowej. W tej opowieści również mamy pewne sprzeczności i niedomówienia. Polacy ratujący Żydów przedstawieni są jako wyjątkowi bohaterzy, ale zarazem reprezentanci postawy typowej dla całego narodu (czyli gotowości do niesienia pomocy Żydom). Nie mówi się przy tym o przedwojennym antysemityzmie panującym w Polsce i pomija niewygodne pytania o to, kto donosił na bohaterów – ponieważ najczęściej byli to właśnie sąsiedzi Polacy. Pominięta jest też zasadnicza sprzeczność: skoro tylu Polaków ratowało Żydów, to dlaczego było to takie bohaterstwo i dlaczego tak niewielu Żydów zostało ocalonych? Ten przykład dobrze ilustruje też wsobność polskiej polityki historycznej – w centrum zainteresowania są Polacy jako bohaterskie ofiary, natomiast ratowani Żydzi pozostają najczęściej bezimienni i obsadzeni w rolach trzecioplanowych.
Polityka historyczna podlega oczywiście różnym korektom i przeobrażeniom. Można korygować ją w sposób addytywny – do historii wojen dodawać historię społeczną i gospodarczą, „cywilną”: do dzielnych chłopców – mężne sanitariuszki, do pamięci o bohaterach – zadumę nad ofiarami. Można też podejmować próbę kontrowania bohaterskiej wizji historii przez pokazywanie, że historia wojen powinna być historią ofiar, a historia potęgi i rozwoju jest historią dominacji i eksploatacji. Można też wywrócić stolik. „Nie zdemontujesz domu pana przy użyciu jego narzędzi” – mówiła amerykańska feministka Audre Lorde, co można rozumieć jako wezwanie do kwestionowania kategorii, jakie porządkują nasz świat. „Czy lewica w ogóle potrzebuje polityki historycznej?” – spytał kiedyś, chyba prowokacyjnie, Jan Sowa, ale jest to zasadne pytanie. Skoro polityka historyczna to narzędzie konstytuowania wspólnoty, to wpływając na jej kształt, można wpłynąć na wartości dla tej wspólnoty istotne. Zawsze jednak będzie to jakieś działanie odgórne, praca selekcji faktów i wygładzania chropawych szczegółów. Może więc, szukając wartości, wokół których można by wytworzyć inną wspólnotę, powinniśmy koncentrować się na zupełnie innych zadaniach niż „odzyskiwanie” historii? Pozostaje jednak pytanie, co zrobić z tym dorobkiem kulturalnym i tym dziedzictwem historycznym, które już mamy. Podrzeć, wyrzucić, zacząć jeszcze raz? Przemeblować kanon lektur albo w ogóle zrezygnować z jakichkolwiek kanonów? A może drobiazgowo i mozolnie tłumaczyć młodzieży, że to były „inne czasy, inne zwyczaje”, cierpliwie słuchając ich krytyki i zdumienia wobec starych tekstów? To nigdy nie były dla mnie pytania retoryczne i niezmiernie mnie irytowało traktowanie ich jako takich.
Odpowiedź na powyższe pytania jest procesem i nie może być łatwa. Jasne, że to niemożliwe, aby historyczka lub historyk kultury mogli być bezstronnymi obserwatorami przeszłości. Powinni jednak wkładać maksymalnie dużo wysiłku w zrozumienie sposobów myślenia ludzi, którzy tę historię tworzyli. Tylko że jednocześnie nie powinni tracić zdolności dziwienia się, że kiedyś tak mogło być, że ludzie mogli tak właśnie myśleć i działać.
Wydaje mi się, że można robić dwie rzeczy naraz: jako aktywiści czy społecznicy możemy szukać nowych narzędzi do demontażu „domu pana”, a jako badacze przyglądać się temu, jak skonstruowany jest ten dom. Ze świadomością, że mieszka w nim sporo osób i pewnie niektórzy go lubią – może dach przecieka, ale przynajmniej daje trochę cienia. Trzeba przy tym zadawać pytanie, co w architekturze tego domu powoduje, że niektórzy się w nim nie mieszczą, a dla innych to wcale nie dom, tylko na przykład więzienie. Wierzę, że można jednocześnie podważać i ocalać. Denaturalizować aksjomaty i kwestionować kategorie, które wyznaczają horyzonty mentalne i etyczne naszej kultury (jak na przykład bohaterstwo, męstwo, odwaga, rywalizacja, pracowitość, honor), i z wrażliwością przyglądać się konkretom i szczegółom w heroicznej historii. Pytanie: „jak to jest zrobione?”, zadawane na poziomie mikro, adresowane do pozornie przypadkowych słów, niepozornych pominięć, nieświadomych klisz może nam pozwolić lepiej przyjrzeć się naszej kulturze niż wielkie syntezy. Do tego taka książka jak _Kamienie na szaniec_ świetnie się nadaje. Na jej przykładzie bardzo dobrze widać, jak wielki wpływ na ludzkie zachowania mają silnie zinternalizowane wartości, które nie są poglądami, lecz uczuciami, i jak kształt kultury nie tylko wyznacza pewne modele postępowania, ale też uniemożliwia pomyślenie o innych.Redakcja: Sylwia Mieczkowska
Korekta: Daria Jabłońska
Projekt okładki: Maja Madejska
Opieka redakcyjna: Justyna Pelaska
Współpraca redakcyjna: Vendula Czabak
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
ul. Jasna 10, lok. 3
00–013 Warszawa
[email protected]
krytykapolityczna.pl/wydawnictwo
Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w kawiarni KP „Prześniona” (ul. Jasna 10, Warszawa), księgarni internetowej KP (krytykapolityczna.pl/wydawnictwo) oraz w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.