Zostań blisko - ebook
W październikowy piątek Emilia Rudzka wraca do mieszkania w Gdańsku tylko po okulary. Drzwi są uchylone, a na chodniczku leży wydruk jej własnych pytań do spółki, którą sprawdza na zlecenie właściciela. W poprzek ktoś dopisał markerem: POMYLIŁAŚ SIĘ. POPRAW TO. Do poniedziałku ma ją chronić Paweł Wrona. Kłopot w tym, że jego podpis widnieje na protokole doczepianym do faktur, o które Emilia pyta. Zamiast zapewnień żąda od niego dokumentów i jedzie z nim do domu nad jeziorem pod Stężycą. On sprawdza zamki, ona jego papiery, i żadne nie potrafi przestać patrzeć na drugie. Siedemdziesiąt dwie godziny, zamknięte po zmroku rolety i jeden stół, przy którym ona tropi pieniądze, a on pilnuje, by nikt jej nie znalazł. Paweł wie, że dopóki odpowiada za jej bezpieczeństwo, nie powinien zrobić kroku bliżej. A ktoś wciąż wie o jej pracy więcej, niż powinien.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 986 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wróciłam do domu po okulary. Tylko po nie: po dwóch godzinach nad skanami faktur litery zaczęły mi się rozjeżdżać. W kawiarni na Grunwaldzkiej zostawiłam szalik na krześle w nadziei, że nikt nie zajmie mi ulubionego stolika. Dziesięć minut w jedną stronę, dwie na górze, dziesięć z powrotem. Laptop miałam w torbie, bo z nim się nie rozstaję i dawno przestałam się z tego tłumaczyć.
Siąpiła ta październikowa mżawka, która moczy powoli i metodycznie. Kiedy weszłam na klatkę, włosy kręciły mi się już przy uszach, a z pierwszego piętra ciągnęło smażoną cebulą.
Na trzecim piętrze doszłam do moich drzwi, włożyłam klucz do górnego zamka, bo zawsze otwieram najpierw górny zamek. Włożyłam klucz, przekręciłam i nic. Żadnego oporu.
Przez sekundę byłam gotowa uwierzyć, że rano zamknęłam tylko na dolny. Ta wersja była wygodna i miała jedną wadę: pamiętałam, jak wychodząc, szarpnęłam za klamkę. Dwa razy, bo zawsze szarpię dwa razy. Pochyliłam się. Metalowy szyld wokół wkładki był przekręcony o parę milimetrów, a na jego krawędzi błyszczała świeża rysa, jasna jak zadrapanie na nowym samochodzie.
Dotknęłam kluczem dolnego zamka. Tylko dotknęłam. Drzwi odsunęły się ode mnie na szerokość dłoni.
Ktoś tylko przymknął drzwi. Zapadka nie złapała.
Przedpokój wyglądał zwyczajnie. Buty, wieszak, zielona kurtka przeciwdeszczowa, której rano nie wzięłam, bo uwierzyłam prognozie. Na chodniczku, dokładnie naprzeciwko szpary w drzwiach, leżała kartka A4, zadrukowaną stroną do góry. Nie rzucona. Położona tak, żeby było ją widać z progu.
Telefon miałam w ręce, zanim zdążyłam to postanowić. Pierwsze zdjęcie wyszło rozmazane, bo ręka mi latała. Drugie było lepsze. Do środka nie weszłam. Nie zawołałam też „halo?”, jak ludzie w filmach, choć coś we mnie bardzo chciało, jakby uprzejmość wobec kogoś, kto może stać w mojej kuchni, mogła cokolwiek załatwić.
Zeszłam dwa stopnie tyłem, zanim się odwróciłam. Na parterze zorientowałam się, że idę na palcach. Na ulicy stanęłam pod daszkiem apteki naprzeciwko, skąd widziałam drzwi klatki, i zadzwoniłam na 112. Mówiłam za cicho. Dyspozytorka dwa razy poprosiła o adres, a ja za drugim razem ją przeprosiłam, jakbym zawracała jej głowę. Nie, nie weszłam do środka. Nie, nie wiem, czy ktoś tam jest. Tak, zaczekam na zewnątrz.
Dopiero potem powiększyłam zdjęcie.
Znałam ten tekst co do przecinka. Druga strona pytań, które w czwartek rano wysłałam do spółki. Punkt czwarty, ten o usługach ochrony: dlaczego ten sam skan protokołu odbioru, podpisany przez niejakiego Pawła Wronę, jest podpięty pod faktury za kilka kolejnych okresów, jakby jeden podpis potwierdzał pracę wykonaną w różnych miesiącach. Z literówką w słowie „załączniki”, którą zauważyłam pół minuty po wysłaniu i która potem chodziła za mną do wieczora. Ktoś wydrukował moje zdanie razem z moim błędem. W poprzek strony, czarnym markerem, drukowanymi literami, dopisał: POMYLIŁAŚ SIĘ. POPRAW TO.
Stałam pod tym daszkiem i przez chwilę myślałam wyłącznie o okularach. Leżały na stole w kuchni, obok kubka. Widziałam je tak wyraźnie, jakbym tam była. Dalej chciałam je zabrać.
Pytania poszły przez kancelarię, z prośbą o wyjaśnienia, bo na tym polega porządna robota: najpierw się pyta, potem ocenia. Gdzieś po drodze ktoś je wydrukował i przyniósł do mnie. Do mnie, pod ten adres, z tym jednym akapitem, a nie z całym dokumentem.
Iga odebrała po pierwszym sygnale.
— Gdzie jesteś?
— Na ulicy, naprzeciwko. Ktoś był w mieszkaniu i zostawił mi moje pytania. Z komentarzem.
Nie dopytywała o nic, co mogło poczekać.
— Policja?
— Jedzie.
— Nie wchodź tam. Jak skończą, przyjedź do mnie. I niczego nie dotykaj.
— Nie dotykam. Mam zdjęcia.
Przez sekundę milczała.
— No jasne, że masz.
Radiowóz przyjechał po dziesięciu minutach. Dwóch policjantów, jeden starszy i opanowany, w sposób, który trochę mnie uspokajał, a trochę irytował. Starszy poszedł na górę, a ja czekałam na dole z młodszym, który spisywał moje dane i dwa razy zapytał, czy na pewno nie przekraczałam progu. Na pewno. Potem starszy zawołał nas na górę. Mieszkanie było puste. Szuflady zamknięte, telewizor na miejscu, słoik z drobnymi na parapecie nietknięty. Ktokolwiek tu był, niczego nie szukał, przyszedł coś zostawić.
Kartkę zabrali.
— Wie pani, czego to dotyczy? — zapytał starszy.
— Tak. Mojej pracy.
Okulary pozwolił mi zabrać. Chowałam je do etui powoli, żeby nikt nie zauważył, że dalej trzęsą mi się ręce, a wieczko zatrzasnęłam mocniej, niż było trzeba. Ktoś wszedł do mojego domu, żeby mi powiedzieć, jak mam poprawić własną pracę.
*
Do Oliwy pojechałam taksówką i całą drogę trzymałam torbę na kolanach.
Kancelaria Igi zajmowała parter starej willi niedaleko parku. O tej porze roku za oknem jej gabinetu stały buki, mokre i miedziane, i zwykle to lubiłam. Teraz zauważyłam tylko, że okno jest niepotrzebnie wielkie.
Iga postawiła przede mną herbatę, o którą nie prosiłam, i zamiast za biurkiem usiadła obok. Znałyśmy się wystarczająco długo, żebym wiedziała, co to znaczy.
Jej telefon zawibrował na blacie.
— Lena. Powiedziałam jej — mruknęła. Szybko odebrała i rzuciła: — Jest u mnie, cała. — Podała mi aparat.
— Boże. — Lena mówiła szybko, jakby szła pod górę. — Na pewno cała? Mam przyjechać? Mogę coś za ciebie załatwić, cokolwiek.
— Nie trzeba.
— Zawsze tak mówisz.
— No bo zawsze nie trzeba.
Zaśmiała się krótko, bez przekonania.
— Dobra. Ale dzwoń. Naprawdę.
Oddałam telefon Idze i dopiero wtedy sięgnęłam po herbatę.
— Najpierw pliki — powiedziała Iga.
— Laptop jest szyfrowany i cały czas był ze mną. Kopię masz u siebie, wysyłam ci ją co wieczór od pierwszego dnia. Źródła zabezpieczył właściciel. — Upiłam łyk. Herbata była za słodka. — Mogli mi dziś wynieść laptopa razem z drzwiami i niczego by nie wymazali.
— Właśnie.
— No właśnie. Czyli nie chodzi im o pliki.
Iga położyła telefon ekranem do dołu.
— Właściciel dzwonił przed dziewiątą. Zanim ci się to przydarzyło.
— W sprawie poniedziałku.
— W sprawie poniedziałku. Kolejna płatność za usługi ochrony w hotelach, o które pytałaś, była już zatwierdzona przez dyrektora finansowego. Milion dwieście. Właściciel ją wstrzymał, wyjątkowo, bo przeczytał twoje pytania i woli poczekać na odpowiedzi.
Właściciel Przystani Północ sam zlecił kontrolę. Coś mu się nie zgadzało w wydatkach własnej spółki, więc przez kancelarię Igi wynajął mnie, żebym sprawdziła, gdzie naprawdę poszły pieniądze. Nie byłam pracownicą spółki. Byłam kimś z zewnątrz, kto właśnie zaczął zadawać niewygodne pytania.
— Milion dwieście — powtórzyłam, bo niektóre liczby trzeba usłyszeć na głos. — Czyli jeśli napiszę, że źle przeczytałam dokumenty…
— To właściciel straci powód, żeby dalej trzymać te pieniądze. Nie musi ich od razu puścić. Ale zrobi się nacisk, zamieszanie, a komuś może wystarczyć kilka dni zamieszania.
— Pomyliłaś się, popraw to. — Odstawiłam kubek. — Nawet mi napisali, co mam zrobić.
Iga przesunęła w moją stronę wydruk.
— Chcę mu dziś wysłać krótką notatkę. Twoje wstępne ustalenia, na piśmie, żeby to wstrzymanie wisiało na czymś więcej niż rozmowa telefoniczna.
Przeczytałam. W drugim akapicie skreśliłam „nadużycie” i dopisałam nad nim „niewyjaśnione powtórzenie dokumentów”.
— Ostrożna jesteś.
— Na razie mam podejrzenie. Dowodu nie mam. Jak napiszę więcej, niż wiem, pierwszy lepszy prawnik mi to rozbierze na części. — Podpisałam. — Wysyłaj.
— I druga sprawa. — Iga nie zmieniła tonu, co było jej sposobem na to, żeby nie dać mi okazji do sprzeciwu. — Do poniedziałku nie chcę, żebyś była sama.
Pierwszy był odruch, żeby powiedzieć, że dam sobie radę. Drugi był ten, że nie miałabym czym tego poprzeć. Mogłam pójść do hotelu, zameldować się pod własnym nazwiskiem i siedzieć za drzwiami, które otwiera plastikowa karta. Mogłam zatrzymać się u znajomych, ryzykując, że ktoś przyjdzie także pod ich drzwi. Mogłam wrócić do siebie, jak tylko wymienią zamek. Każda z tych opcji wymagała założenia, że ten ktoś poprzestanie na jednej kartce. Nie lubię założeń, których nikt nie sprawdził.
— Co to konkretnie znaczy?
— Ochrona. Profesjonalna, z licencją, a nie kuzyn z siłowni. Miejsce do wyboru, w mieście albo poza nim. Pracujesz dalej, tylko gdzieś, gdzie nikt nie zna twojego adresu.
— Kto płaci?
— Właściciel. Zgodził się pół godziny temu.
— Szybko.
— Wstrzymał milion dwieście przez twoje pytania. Chyba nie chce, żeby ci się coś stało, zanim dostanie odpowiedzi. — Wzruszyła ramionami. — Zresztą nie pytałam go o motywy.
— A kto konkretnie?
— Znam kogoś. Pracowałam z nim dwa razy, przy sprawach, które nie mają nic wspólnego z tą. Za każdym razem było nudno.
— To ma być rekomendacja?
— W jego branży? Najlepsza. Może tu być o jedenastej. Jeśli się zgodzisz.
Naprawdę czekała na moją zgodę, znałam ją. Obie jednak wiedziałyśmy, że to wyłącznie kurtuazja, bo istniała tylko jedna sensowna odpowiedź.
— Zgadzam się. — Wyjęłam notes. — Jak się nazywa?
— Paweł Wrona. — Iga już wybierała numer.
Zapisałam imię i przy „W” długopis stanął.
Paweł Wrona. Od dwóch tygodni oglądałam co wieczór jego podpis: niebieski tusz, długi pochyły ogonek przy „a”, pod protokołem odbioru usług ochrony. Ten sam skan, przypięty do faktur z kolejnych miesięcy.
Obok mnie Iga powiedziała do telefonu, że aktualne i że czekamy.
Człowiek, który miał mnie pilnować do poniedziałku, podpisał dokument, o który ktoś kazał mi przestać pytać.ROZDZIAŁ 2
Przyjechałem dziesięć minut przed czasem i spędziłem je w samochodzie po drugiej stronie ulicy, patrząc na willę, w której Iga Wysocka prowadziła kancelarię. Nic się nie działo. Kurier z paczką, kobieta z psem, który nie chciał iść dalej, starszy pan grabiący liście, choć padało. Dokładnie tyle miało się dziać.
Iga otworzyła mi sama. W gabinecie było za ciepło, pachniało herbatą i mokrymi płaszczami, a przy stole siedziała kobieta, która zajęła jedyne krzesło z widokiem na drzwi. Zauważyłem to wcześniej niż jej twarz i policzyłem na jej korzyść.
— Emilia Rudzka — powiedziała Iga. — Paweł Wrona.
Nie wstała. Podała mi rękę nad stołem: krótko, sucha dłoń, uścisk mocniejszy, niż się spodziewałem. Drugą dłoń trzymała na zamkniętym laptopie. Obok leżało etui na okulary i notes, a w notesie, na samej górze strony, moje nazwisko, podkreślone dwa razy.
Miała ciemne włosy do brody, jeszcze wilgotne i wyraźnie obrażone na pogodę. Była blada tak, jak ludzie są bladzi kilka godzin po czymś złym, kiedy adrenalina już zeszła, a nic nie przyszło na jej miejsce. Patrzyła na mnie, jak ja patrzę na obcy budynek: którędy się wchodzi, co jest nośne, a co tylko udaje.
Usiadłem naprzeciwko, plecami do dużego okna. Nie podobało mi się to, ale krzesło z widokiem na drzwi było zajęte.
— Iga mówiła panu, gdzie widziałam pana nazwisko — powiedziała.
— Mówiła.
— To może pan zacznie od tego, a nie od tego, jak zamierza mnie chronić.
Pierwsza myśl nie była szczególnie szlachetna. Dwanaście lat w zawodzie i rzadko kto przesłuchiwał mnie przy herbacie. Druga była taka, że na jej miejscu zacząłbym dokładnie tak samo, tylko mniej uprzejmie.
— Dwa lata temu, jesienią, moja firma miała kontrakt z Przystanią Północ — powiedziałem. — Sześć tygodni ochrony, normalnie rozliczonej. Na koniec podpisałem protokół odbioru. Od tamtej pory nie mam z nimi żadnej umowy, nie wystawiam im faktur i nikt mi tam nic nie płaci.
— Sprawdziłam daty, zanim do niego zadzwoniłam — wtrąciła Iga. — Jego umowa skończyła się przed okresami, o które pytasz.
— W czym sprawdziłaś?
— W dokumentach spółki.
— Czyli w tych, którym od tygodnia nie ufam.
Powiedziała to bez złośliwości, jak ktoś, kto poprawia pomyloną cyfrę. Iga się nie obraziła.
— Dlatego mówię ci, co sprawdziłam. Nie mówię, że jest czysty.
— Dziękuję — powiedziałem.
Iga nawet nie mrugnęła.
Znała mnie z dwóch zleceń dla swoich klientów, żadnego nie położyłem i najwyraźniej uznała, że to wystarczy, żeby do mnie zadzwonić. Nie żeby ręczyć za mnie w ciemno.
Emilia Rudzka zamilkła na moment. Nabrała powietrza, jakby miała zacząć, i zrezygnowała; chyba szukała innego słowa. Kiedy w końcu się odezwała, przez sekundę patrzyłem na jej usta zamiast słuchać.
Świetny moment, Wrona.
— Ktoś już pana o ten protokół pytał? Bo odpowiada pan tak, jakby to nie był pierwszy raz.
Dobra była. Irytująco dobra.
— Kilka miesięcy po końcu kontraktu odezwał się do mnie ktoś, kto miał wgląd w te papiery. Niskie stanowisko, dużo do stracenia. Powiedział, że mój protokół pojawia się w późniejszych paczkach dokumentów.
— Kto?
— Tego tu nie powiem. Treść pani ode mnie dostanie całą. Nazwisko nie. Ten człowiek ryzykował więcej niż ja. Jeśli jego relacja będzie potrzebna, załatwię to przez Igę, tak żeby jego nazwisko nie krążyło po skrzynkach.
Zapisała coś. Nie widziałem co i nie podobało mi się to.
— I co pan zrobił?
— Zapytałem spółkę. Dział finansowy odpisał, że stare dokumenty trzymają jako materiał archiwalny, poglądowy, a późniejsze prace wykonuje inna firma. Potwierdziłem im na piśmie datę końca mojej umowy i jej zakres. Wprost wyłączyłem wszystko, co było później. Korespondencję mam.
— I na tym pan skończył.
— Na tym skończyłem.
Wtedy ta odpowiedź brzmiała rzetelnie. Była porządna, na firmowym papierze, z podpisem. Tutaj, przy tym stole, naprzeciwko kobiety, której ktoś rano zostawił w przedpokoju pytanie o mój podpis, brzmiała gorzej. Nie powiedziałem tego na głos. Nie miałem jeszcze gotowego zdania, które by to uczciwie opisało.
— Chcę to zobaczyć — powiedziała. — Umowę, protokół, pana pismo i ich odpowiedź. Nie musi mnie pan do niczego przekonywać. Wolę coś, co sama sprawdzę.
— Dostanie pani.
Nie kiwnęła głową. Zanotowała.
Spodziewałem się, że zapyta, czy może mi ufać. Ona poprosiła o dokumenty. Nie wiedziałem jeszcze, czy mi się to podoba, czy mnie wkurza, i podejrzewałem, że jedno i drugie naraz.
Resztę załatwiliśmy szybciej, niż się obawiałem. Dałem jej trzy możliwości: hotel w mieście, z recepcją i ludźmi, którzy co dzień się zmieniają; mieszkanie w Gdyni, w budynku, którego nie kontroluję; albo prywatny dom nad jeziorem pod Stężycą, wynajmowany przez sprawdzonego operatora, bez recepcji i bez sąsiadów pod ścianą. Półtorej godziny jazdy.
— Dlaczego nie hotel?
— Bo w hotelu nie wiem, kto jutro będzie sprzątał korytarz.
— Kto wie o tym domu?
— Operator, Iga, pani i tylko te osoby z mojego zespołu, które rzeczywiście mają tam dyżur. Dziś noc bierze Ola Kurek.
— A reszta?
— Reszta wie, że jesteś bezpieczna poza Gdańskiem — powiedziała Iga. — Tyle wystarczy.
— Na jak długo?
— Na początek do poniedziałku, do jedenastej — odpowiedziałem. — Siedemdziesiąt dwie godziny. Potem siadamy i decydujemy, co dalej.
Pomyślała nad tym dłużej niż nad czymkolwiek wcześniej.
— Jest tam stół, przy którym da się pracować?
— Jest.
— Dom — zdecydowała Emilia. — Segregatory zostają u Igi w sejfie, laptop jedzie ze mną.
Dokładnie to bym jej zaproponował. Zachowałem komentarz dla siebie.
*
Jeździłem szarym kombi, którego nikt nie pamiętał pięć minut po tym, jak je minął, i właśnie o to chodziło. Emilia usiadła z przodu, z torbą z laptopem na kolanach, i nie oparła się, dopóki nie zjechaliśmy z obwodnicy. Przez pierwsze kilometry częściej patrzyłem w lusterka niż na nią i tak powinno zostać.
— Proszę mi od razu powiedzieć, co mi wolno — odezwała się za Żukowem. — Wolę całą listę teraz niż dopisywaną po drodze.
— Telefon zostaje u pani. Laptop też. Wyłącza pani udostępnianie lokalizacji w aplikacjach i nie wrzuca pani zdjęć. Z Igą rozmawia pani, kiedy chce. Z resztą świata też, byle bez adresu.
— Myślałam, że zabierze mi pan telefon.
— A co bym z nim zrobił?
Prawie się uśmiechnęła. Prawie.
— I meldunek — dodałem. — Co trzy godziny krótka wiadomość do Igi. Jeśli nie przyjdzie, Iga dzwoni do mnie. Jeśli ja nie odbieram, dzwoni do Oli.
— Co trzy godziny, nawet jak siedzę w środku czegoś?
— Nawet wtedy.
— To bez sensu.
Moje procedury słyszały już różne rzeczy, ale to rzadko. Już miałem jej wyliczyć, ilu ludziom ten schemat się przydał, kiedy przekręciła się do mnie, na ile pozwalał pas.
— Iga i tak dostaje ode mnie pliki. Mogę po każdym bloku pracy wysyłać jej krótką notatkę, co zrobiłam. Wychodzi mniej więcej co trzy godziny. Wtedy meldunek coś znaczy, a ja nie piszę „żyję” jak dziecko z kolonii.
Zastanowiłem się. Jej wersja była lepsza od mojej: trudniej ją było zapomnieć i trudniej udawać.
— Z jednym warunkiem. Jak blok się przeciąga, i tak pisze pani o czasie. Jedno słowo.
— Jakie?
— Dowolne. Byle od pani.
— Zgoda.
Wyjęła okulary z etui i napisała pierwszą notatkę, zanim minęliśmy następną wieś. Pisała szybko, bez poprawiania. W kancelarii trzymała długopis tak mocno, że bielały jej palce. Teraz ręce miała spokojne.
Kombi miało ręczną skrzynię. Przy każdej zmianie biegu wiedziałem, gdzie jest jej kolano, i przy każdej trzymałem rękę dokładnie tam, gdzie powinna być. Na rondzie w Kartuzach zobaczyłem kątem oka, że patrzy na moją dłoń na drążku. Może na bliznę przy knykciu, stara sprawa, blada. Może nie na bliznę. Kiedy się zorientowała, że widzę, przeniosła wzrok na szybę i poprawiła pasek torby, który nie wymagał poprawiania.
Wróciłem do drogi.
Za Kartuzami rozpadało się na dobre. Wycieraczki robiły swoje, ona patrzyła na mokre buki przy drodze i milczała, a ja łapałem się na tym, że ta cisza mi odpowiada. Że w ogóle mi się podoba, jak ta kobieta siedzi w moim samochodzie. To akurat była informacja, z którą nie wiedziałem, co zrobić, więc odłożyłem ją na później.
— Ten protokół — powiedziała w końcu. — Ma pan oryginał? Nie skan i nie kopię z maila. Kartkę, na której pan się podpisał.
— W biurze w Gdyni. W segregatorze.
— To chcę tę kartkę. Pana wyjaśnienie już słyszałam.
Powiedziałem, że Iga może ją odebrać z biura jeszcze dziś. Zapisała to w notesie, pod moim dwa razy podkreślonym nazwiskiem, jak termin do rozliczenia.
Złapałem się na tym, że jestem ciekaw, co ona wyczyta z papieru, który sam podpisałem i którego od prawie dwóch lat nie wyjmowałem z segregatora.