Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zrodzony, a nie stworzony - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
50,48 zł
5048 pkt
punktów Virtualo

Zrodzony, a nie stworzony - ebook

W mieście przyszłości, metropolii Waw-4, ludzie i roboty żyją w pokoju i harmonii. Agent specjalny, Michał Kejn, poszukując zbiegłego robota, odkryje, że miasto skrywa wiele tajemnic. Odkryje on, że to zlecenie odsłoni o wiele więcej tajemnic nawet te, dotyczące jego przeszłości. Książka „Zrodzony, a nie stworzony” to pełna akcji opowieść w której zarówno maszyny jak i ludzie stawiają sobie te same filozoficzne pytania. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-928-4
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział I

Jakie jest Waw-4? Pewnie tak samo chujowe, jak starożytna Warszawa, historyczna Waw-1, odległa Waw-2 i anulowana Waw-3. Rozmyślałem nad tym, jadąc samochodem przez Aleję Matnickiego.

Przez środek jezdni biegł szeroki pas zieleni, w którym trawa mieszała się z czerwienią kwiatów. Chodnikiem kroczyły zarówno robki, jak i ludzie. Widziałem ich między drzewami, które wyrastały co kilka metrów spomiędzy płyt chodnikowych. Wykonywali swoje przyziemne sprawy. Jakiś robek rozklejał ogłoszenia na drewnianej tablicy, pokrytej zielonymi liśćmi i białymi kwiatami. Przy jasnym budynku człowiek i robek dyskutowali o tym, jak powinien działać dron do mycia okien i jak należy nim sterować.

Światło zmieniło się na czerwone. Zatrzymałem się. Z gałęzi drzewa zwisała sygnalizacja świetlna. Kołysała się powoli, odliczając kolejne sekundy do zmiany.

Nie słuchałem radia. Miałem już dość słuchania o tym, w jak cudownym mieście żyjemy i komu to zawdzięczamy. Wyciągnąłem elektronicznego papierosa i zaciągnąłem się.

Przede mną przez ulicę przechodziła matka z dzieckiem i psem. Szła w stronę pobliskiego parku, pełnego bujnej roślinności i śpiewu ptaków. Przeniosłem wzrok na chodnik po lewej stronie. Wokół włóczyli się młodzi ludzie w prowokujących, czarnych strojach z motywem liści. Wyglądali, jakby chcieli wykrzyczeć w twarz jakiemuś dorosłemu swój bunt przeciwko wszystkiemu, sącząc co chwilę napój z wegańskiej restauracji sieciowej.

Światło w końcu się zmieniło. Skręciłem w lewo, w ulicę Najemskiego. Była węższa, bez pasa pośrodku. Tylko jezdnia po lewej i prawej stronie. Z boku przelewał się tłum ludzi poruszających się na rowerach, hulajnogach i trójkołowcach.

Czy jestem jedyną osobą, która jeszcze jeździ samochodem?

Uwielbiam mojego hybrydowego Jastrzębia model 3. To świetny wóz i nie przekonały mnie reklamy zachwalające silniki nowej generacji na wodór. Moje baterie więcej wytrzymają niż te sprzęty. Cholerni progresywiści. Nie wszystko da się ulepszyć i zmienić z dnia na dzień.

Zwolniłem. Droga przecinała się z ulicą przeznaczoną wyłącznie dla pieszych i rowerzystów. Tutaj ludzie i robki kupowali owoce, kwiaty czy jakieś inne pierdoły. Grajek męczył przechodniów muzyką ze stylofonu.

Z czego oni tak się cieszą? Nie wiedzą, że to kolejny męczący dzień w tym zielonym mieście? Nieważne. Miałem robotę do wykonania i to się liczyło.

Przeciąłem powoli szeroki deptak, uważając na falujący tłum uśmiechniętych i rozgadanych ludzi oraz robków. Jakaś kobieta z koszem pełnym owoców w dłoniach, zatrzymała się i spojrzała na mnie. Widziałem w jej oczach oburzenie, że jeszcze używam samochodu. Nie zareagowałem, bo to nie miałoby sensu. Jednak nie odwróciłem od niej wzroku. Cierpliwie czekałem aż przejdzie dalej.

Wróciłem na ulicę, gdzie był chodnik i jezdnia. Ciasna uliczka, przy której bloki wyglądają jak jeden wielki żywopłot. Niskie i pokryte wszechogarniającym zielonym porostem. Trudno odróżnić jeden od drugiego.

„Jesteś na miejscu” ogłosiła mapa samochodowa. Zaparkowałem przy szerokiej ścieżce rowerowej i wysiadłem z samochodu. Dom numer 15 był przede mną. Gdy wszedłem do środka jasnej klatki schodowej, od progu przywitał mnie dron sprzątający. Patrzyłem jak porusza się na małych gąsienicach i powoli zbliża się do mnie. Kiedy czujnik wykrył, że dotknął moich butów, zatrzymał się, odbił i skręcił w prawo, czyszcząc kolejne kamienne płyty. Schody, po których wchodziłem, wykonane były z mieszanki kamienia i drewna; przy każdym kroku wydawały cichy, przyjemny dźwięk. Wszystkie drzwi były takie same — brązowe, z przybitym numerem.

Wcisnąłem dzwonek przy numerze szóstym i wyciągnąłem legitymację przed siebie. Usłyszałem czyjeś kroki po drugiej stronie. Dostrzegłem, że ktoś mi się przygląda przez wizjer. Po chwili drzwi się otworzyły. W progu stanął robek — kobieta. Od razu dało się zauważyć, że miała przypominać normalną kobietę. Nie była jednak kompletna. W niektórych miejscach jej mechanizmy były odsłonięte i nie pokrywała ich sztuczna skóra. Twarz miała jednak kompletną. Widać było rysy ładnej kobiety z długimi blond włosami. Robek miał zielone soczewki na kamerach i powłokę udającą białka oczu. Nigdy nie lubiłem sztucznych oczu u robków.

— Dzień dobry — odezwała się.

Była w tym głosie niepewność, którą dało się usłyszeć poprzez jej syntezator mowy. Musiała być robotem, który pracował lub pracuje z ludźmi, gdzie głos i mimika jest istotna. Widać było pracujące pod skórą siłowniki, które rozciągały i kształtowały ułożenie brwi i oczu.

— Michał Kejn. Agencja do spraw robotów — wyjaśniłem krótko. — Mam za zadanie znaleźć ukrywającego się robota model X5 numer seryjny X5-2567-25. Chciałbym wejść i przeszukać to mieszkanie — wyrecytowałem z pamięci, chowając jednocześnie legitymację do kieszeni jasnobrązowego płaszcza.

— Ale jak to? — spytała zdziwiona — Dlaczego ma pan przeszukiwać moje mieszkanie?

— Według moich informacji ten robot może się tu znajdować.

— To nie może pan go zdalnie dezaktywować? Przecież zna pan jego numer seryjny — stwierdziła, a w jej modulowanym głosie dało się słyszeć nerwowość, a nawet pewne oburzenie.

— Ten robot dokonał nielegalnej modyfikacji, dezaktywując zdalne wyłączenie. Nie muszę pani przypominać, że zgodnie z drugą Ustawą Robocią, jest to nielegalne.

Robka zawahała się przez chwilę. Dało się zauważyć, że jej algorytm udający człowieka działał, a siłowniki na jej twarzy poruszyły się, napinając mięśnie wokół ust i oczu.

— Ja nie chcę kłopotów… — stwierdziła ze smutkiem w głosie.

— Nie przyszedłem tu po panią. Jak rozumiem, jest pani robotem bez właściciela?

Pokiwała głową.

— Przypomnę, że zgodnie z kodeksem metropolii Waw-4 oraz trzydziestą Ustawą Robocią, artykuł dziesiąty, ma pani obowiązek wpuścić agenta Agencji do spraw robotów. Za odmowę grożą pani konsekwencje karne w postaci grzywny lub więzienia — wyrecytowałem powtarzaną od lat formułkę.

Spojrzała na mnie zaskoczona. Jej sztuczne mięśnie i ścięgna utworzyły dziwny wyraz twarzy. Czym ona się zajmowała? Zdecydowanie musiała pracować z ludźmi. Inaczej takie rzeczy nie byłyby potrzebne w jej budowie. Obejrzała się za siebie. Widziałem, jak sprężyny na jej szyi rozciągają się.

— No dobrze. Jeśli pan musi, to proszę wejść — odparła niepewnie, otwierając drzwi.

Przesunęła się, by wpuścić mnie do środka. Wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Korytarz był jasny i schludny, a na ścianie, gdzie znajdowały się wieszaki, nie wisiały żadne ubrania. W środku nie było zbyt wielu mebli. Stała tam jedna jasna szafka i mały stolik. Podłoga była wyłożona drewnianymi panelami. Widać było, że to mieszkanie robków. Mało rzeczy, czysto i ogólna monotonia jasnych ścian. W powietrzu unosił się przyjemny, kwiatowy zapach.

Po lewej od wejścia znajdował się jeden pokój. Zajrzałem do niego. Była to niewielka sypialnia z podwójnym łóżkiem i jedną szafą, wbudowaną w ścianę. Panował tu porządek, a samo łóżko było pościelone, jakby ktoś wyprasował je dronem.

— Sama pani mieszka? — spytałem, wracając na korytarz.

— Tak, sama.

Spojrzałem na nią. Stała wyraźnie spięta. Skurczona w sobie, skrzyżowała ramiona. Unikała moich oczu. Miała smukłą, kobiecą sylwetkę w kształcie klepsydry i niewielkie, ale wyraźnie zarysowane sztuczne piersi.

Kontynuowałem przeszukanie. Po prawej stronie znajdowała się jasna i duża kuchnia. Z białymi meblami, płytą do grzania i urządzeniem do nalania zebranej deszczówki z dachu. Nic więcej. Jedynie puszki z olejem, który roboty czasem muszą dolewać, żeby nie zatrzeć złożonej konstrukcji, leżały poukładane jedna na drugiej. Przeszedłem dalej korytarzem. Na końcu znajdowała się łazienka. Jak nietrudno się domyślić, było tam czysto i pusto. Jasnobrązowe płytki obklejały całą ścianę aż do podwieszanego sufitu z lampkami. Umywalki ani prysznica nikt dawno nie używał.

— Czym się pani zajmuje? — spytałem, przechodząc do pokoju obok.

— Obecnie niczym szczególnym. Trochę dorabiam, to tu, to tam — stwierdziła wymijająco.

Spojrzałem na nią. Szła za mną, ale jej postawa wskazywała, że najchętniej chciałaby, żebym sobie już poszedł. Jej jasne włosy mocno lśniły w słońcu wpadającym do pokoju przez duże okna.

— Od jak dawna jest pani bez właściciela? — spytałem rozglądając się po pokoju, który był salonem.

— Trzy miesiące temu odeszłam. Mogę pokazać papiery — odpowiedziała, opierając się o framugę pokoju.

Pośrodku stał stolik z drewna, wokół niego dwie kanapy z jasnego materiału. Na ścianie wisiał duży telewizor, który teraz był wyłączony. Przy oknie znajdowało się biurko. Zbudowane z płyty i stalowych nóg, w których ukryty był mechanizm do podnoszenia blatu. Na biurku leżał komputer, a do niego podłączony był data transfer dla robotów. W rogu pokoju, zaraz przy kanapach, znajdowała się stacja ładowania do robotów. Nic niezwykłego.

— Nie trzeba — odpowiedziałem. — Pracowała pani z ludźmi?

— Czemu pan pyta?

Spojrzałem na nią. Jej mechanizmy ukształtowały się w znaną mi twarz z brwiami skierowanymi w dół i zmarszczonym czołem.

— Ma pani ładną twarz. Pani systemy i oprogramowanie są tak skonstruowane, aby wyrażać impulsywne i nie zawsze przygotowane emocje. Stąd też piękne włosy, chyba nawet naturalne. No i zapach. Ma pani czujniki olfaktoryczne. Prawdopodobnie też smakowe, aby coś zjeść i zachwycić się podanym jedzeniem. Dlatego ciekawi mnie czym pani się zajmowała, bo sądząc po tym jak zdjęła pani pewne części skóry z powłoki, zapewne wolała pani się od tego odciąć. Przypuszczam, że była pani robotem do towarzystwa — stwierdziłem i spojrzałem na jej twarz.

Była zaskoczona. Otworzyła lekko usta próbując coś powiedzieć, ale powstrzymała się. Zamknęła je i spuściła wzrok.

Pokiwałem głową ze zrozumieniem.

Znowu rozglądałem się po pomieszczeniu, szukając śladów innego robota. Nie zauważyłem nic podejrzanego. Nie było szafki, do której można się było ukryć. Kanapa się nie rozkładała. Na podłodze nie było wykładziny ani dywanu i nie dało się ukryć żadnego przejścia ani pomieszczenia.

— Chyba faktycznie, dostałem złe informacje — stwierdziłem z rozczarowaniem w głosie i wróciłem na korytarz.

Szedłem w milczeniu, ukrywając wściekłość za fałszywy cynk, kiedy kątem oka dostrzegłem błysk. Większość agentów by to przeoczyła — ale nie ja. Zatrzymałem się i powoli obróciłem w jej stronę. Stała przede mną, zawstydzona ze skrzyżowanymi rękami, unikając bezpośredniego kontaktu wzrokowego.

— Mówiła pani, że mieszka pani sama — stwierdziłem podejrzliwie.

— Tak, mówiłam.

Do gniazdka wpięta była kolejna ładowarka do robotów. Kucnąłem i dotknąłem jej, była ciepła.

— W takim razie, po co pani dwie podłączone ładowarki do robotów? W tym jedna do modeli X5?

Spojrzałem na nią. Jej algorytm chyba oszalał w tym momencie. Nie potrafiła zamaskować spiętej mechanicznej szczęki czy uniesienia i utrzymania powiek oraz brwi. Jakiś stukot rozległ się z sypialni. Spojrzeliśmy na siebie, jej twarz już wyrażała tylko przerażenie. Szybkim krokiem wszedłem do pokoju.

Ruszyła za mną, ale uniosłem dłoń, by ją zatrzymać. Pokój wyglądał na pusty, ale wtedy już byłem pewny, że ten robek gdzieś tu się ukrywa. Spojrzałem na szafę wnękową. Większość ludzi schowałaby się właśnie tam i inni też by najpierw tam szukali. Robek musiał o tym wiedzieć. Dlatego schował się gdzieś indziej. Nie chcąc zdradzać, że jestem tego świadomy, skierowałem kroki w kierunku szafy, wyciągając swój paralizator w kształcie niewielkiego walca. Czujnie wyczekiwałem, co jest za mną. Kiedy byłem o krok od szafy, lekko obróciłem głowę i ujrzałem mechaniczną dłoń, potem ramię i głowę, bez żadnej cielesnej powłoki, która wyślizgiwała się spod łóżka. Obróciłem się szybko na pięcie i wycelowałem paralizator w głowę robota. Gdyby miał sztuczną skórę i umiał wyrażać emocje, to na pewno ujrzałbym zaskoczenie.

— Mam cię — oznajmiłem z satysfakcją i nacisnąłem na spust.

Paralizator nie wypalił. Nie wypuścił małej elektrycznej kostki, która miała trafić go i przenieść impuls. Teraz to na mojej twarzy musiało być widoczne zaskoczenie. Robek błyskawicznie wyślizgnął się spod łóżka i jeszcze zanim zdążył się wyprostować, zaczął uciekać. Nie miałem innego wyjścia. Rzuciłem się na niego i złapałem w pasie, próbując przewrócić.

Runęliśmy razem na podłogę korytarza. Paralizator wypadł mi z dłoni i poturlał się po panelach. Robek próbował zrzucić mnie z pleców, a ja próbowałem dostać się do jego panelu przejścia w tryb manualny. Nie zdążyłem. Obrócił się na bok i odpychając się od podłogi, przycisnął mnie mocno do ściany. Po raz pierwszy zrozumiałem jak silne są modele X5. Puściłem go, a on podniósł się i rzucił do biegu w kierunku wyjścia. W panice złapałem go za metalową stopę i pociągnąłem. Upadł z hukiem.

Próbował doczołgać się do drzwi. Był tak silny, że bez problemu wlókł mnie ze sobą po podłodze. Nie mając innego wyjścia, złapałem za jakiś kabel w jego odsłoniętym mechanizmie nogi i wyrwałem.

Poleciały iskry, a on na chwilę się zatrzymał. Wyrwałem kolejny kabel, tym razem powodując wybuch iskier. Podłoga zalała się mazistą substancją — zapewne płynem hydraulicznym.

Czując, że nie ma innego wyjścia, kopnął mnie drugą nogą, aby oderwać mnie od siebie. Poczułem chłodną stal na swoim uchu, ale w przypływie adrenaliny, nie przestawałem niszczyć kolejnych części jego układu chodzenia. Zrozumiał, że w ten sposób prędzej czy później go unieruchomię. W panice obrócił górną część ciała o sto osiemdziesiąt stopni, a potem ją uniósł.

Zamarłem. Widziałem teraz wyraźnie jego beznamiętne kamery, wpatrzone we mnie z wściekłością. Uniósł ramię i złapał robotyczną, stalową dłonią moją głowę. Poczułem na czaszce potężny ścisk. Ból był nie do wytrzymania. Wyrwałem kolejny kabel i elektryczny moduł z nogi, ale w odpowiedzi poczułem tylko jeszcze większy ból.

Zrozumiałem, że tą metodą niczego nie osiągnę, że prędzej zaraz mi mózg wypłynie uszami, niż ja go zniszczę. Zobaczyłem kątem oka, że na wyciągnięcie ręki jest mój paralizator. Nie miałem wyjścia i czasu. Ból sprawiał, że powoli odpływałem. Adrenalina i płyny hydrauliczne rozlewały się po naszych ciałach. Drżącą ręką, ledwo widząc, sięgnąłem po paralizator. Przyłożyłem go do jego nogi. Przed oczami robiło mi się czarno. Ostatkiem sił nacisnąłem spust, a impuls elektryczny wystrzelił. Fala rozeszła się po całym jego ciele. Sam czułem lekkie mrowienie w mięśniach dłoni. Impuls przepływał nieprzerwanie przez jego obwody i układy scalone. Kursował w górę i w dół po głównej linii zasilania, przez elementy elektryczne, bramki logiczne, aż dotarł ostatecznie do głównego procesora, który musiał sobie zadać ostateczne pytanie przed wyłączeniem: Czy jestem bezpieczny?

Gdy tylko dłoń X5 mnie puściła, od razu poczułem ulgę. Odzyskałem kontrolę nad swoim ciałem. Wdrapałem się na niego, po czym, siedząc na nim okrakiem, obróciłem na plecy. Otworzyłem panel i przełączyłem na manualne sterowanie. Kiedy tylko jego system wykonał reset, zapaliły się wszystkie lampki kontrolne. Tryb manualny został uruchomiony. Odetchnąłem, usiadłem i oparłem się o ścianę.

Wyciągnąłem elektronicznego papierosa i zaciągnąłem się. Spojrzałem na robkę, która stała nad nami. Po jej sztucznej twarzy leciały łzy.

— Powinienem panią zatrzymać za utrudnianie pracy — stwierdziłem.

Nic nie powiedziała. Stała jak wryta i patrzyła na bezwładnie leżącego towarzysza, dopóki ktoś nie wyda mu polecenia.

— Dlaczego pan to robi? On nie zrobił nic złego!

Podniosłem się, podpierając się o ścianę. Wciąż kręciło mi się w głowie.

— Wstań X5! — rozkazałem.

Robot posłusznie wykonał polecenie.

— To dobry robot, on nie zrobił nikomu krzywdy — przekonywała mnie.

Odsunąłem się od ściany i podszedłem do robota. Złapałem go za ramię i ruszyłem z nim do wyjścia. Posłusznie szedł obok mnie. Kiedy znaleźliśmy się na klatce schodowej, obejrzałem się na nią po raz ostatni. Stała w drzwiach. Algorytm przestał już wylewać łzy, ale jej otwarte usta, uniesione brwi i zmarszczone czoło, zdradzały w jakim jest stanie.

— Szczerze? Mam to gdzieś — odparłem i zamknąłem drzwi.Rozdział II

Zawiozłem X5 do Agencji i tam przekazałem robota do aresztu. Przyjmujący agent, ubrany w mundur, spytał, czemu noga robota jest taka poszarpana, ale zbyłem go machnięciem dłoni. Nie zadawał więcej pytań. Podpisałem papiery i pojechałem.

Mój paralizator zawiódł mnie po raz kolejny. Nie mogłem pracować bez sprawnego narzędzia z impulsem elektrycznym. Podjechałem więc do sklepu, w którym zawsze serwisowałem ten sprzęt. Zaparkowałem na jednym z nielicznych miejsc parkingowych i podpiąłem swój samochód do jednej z ładowarek solarnych. Podszedłem do schodów wijących się wokół wielkiego pnia drzewa. Mijali mnie ludzie i jeden robek, który szedł zaraz za jego właścicielką, trzymając w dłoniach torebki z zakupami. Zszedłem z szerokiego, drewnianego stopnia na mały plac. Pośrodku znajdował się niewielki, cicho szumiący staw, wokół którego latały motyle i brzęczały owady. Młoda zakochana para siedziała przytulona do siebie, mocząc nogi w wodzie i łapiąc ostatnie promienie słońca.

Nie przyglądałem się innym osobom zbyt wnikliwie. Na ławkach, które stały na porośniętej trawą ziemi, siedzieli ludzie, czytając, przeglądając coś w datapadach lub słuchając z nich muzyki. Wokół placu, po okręgu, znajdowały się niskie budynki zbudowane głównie z drewnianych prefabrykatów z dachami porośniętymi zielenią i panelami słonecznymi. Wszedłem do jednego z nich.

W środku było ciemniej niż na zewnątrz. Drewniane żaluzje postawione były w pozycji pionowej, blokując wpadające światło. Czuć było śliwkowy zapach elektronicznego papierosa, a w powietrzu unosiła się niebieska mgiełka. Na lewej ścianie znajdowała się przeszklona szafka z przedmiotami do kupienia. Były tam zarówno noże, jak i broń palna. Do tego jakieś pałki, kije i paralizatory na ludzi i robków. Skierowałem się bezpośrednio do stołu, za którym siedział sprzedawca i właściciel tego przybytku. Jak zwykle, rozłożony wygodnie w fotelu biurowym. Jego obleśna, opuchnięta twarz i czarny zarost wyglądały jak wydruk z zepsutej drukarki. Miał na sobie białą koszulkę z logiem artysty muzyki elektronicznej. Telewizor, skierowany w jego stronę, zawieszony na prawej ścianie, huczał, zagłuszając myśli i życie. Obrócił leniwie głowę i kiedy ujrzał klienta, bez pośpiechu trochę zmniejszył głośność urządzenia.

— Przewietrzyłbyś tu — rzuciłem na powitanie w jego stronę.

— Po co? Lubię jak jest. I tak nikt tu nie przychodzi.

— Jestem dziś jedynym klientem?

— Po co komu broń w utopii — odparł. — Lepiej spójrz na to. — Położył na stole swoją lewą rękę. Była mechaniczna. Zrobiona z pozłacanego i posrebrzanego materiału. Składała się z prętów, które zasłaniały mechanizm i układały się w wijące kształty, jakby pnącza drzew oplatały mu całe ramię. Sam nie lubię wszczepów, ale nie dało się ukryć, że ten był nawet estetyczny i pomysłowy.

— I co powiesz? Super robota, nie? — spytał z podnieceniem w głosie, obracając ją i przyglądając się jej z radością.

— Solidne wykonanie — odparłem.

— No, kosztowało mnie to cacko niemało, ale na strzelnicę jest jak znalazł. Chciałbym sobie zamontować coś jeszcze na oczy.

— Uważaj, żebyś nie przekroczył pięćdziesięciu jeden procent, bo zabiorą ci licencję na broń i gdzie będziesz nic nie robił całe dnie? — zażartowałem.

— Daj spokój. Wiem, co robię — odparł lekceważąco, nie odrywając zachwyconego spojrzenia od mechanicznej ręki. — Jak chcesz, to załatwię ci zniżkę, możesz sobie sprawić takie samo albo jakieś inne z tytanu, albo z drewna. Jak wolisz.

Spojrzałem mu prosto w oczy i wysyczałem przez zęby:

— Nie jestem robotem i nigdy nie będę żadnym robkiem, nawet w jednym procencie. Jasne?

Cofnął się i podniósł ręce w geście poddania. Potem przysunął się z powrotem do mnie, chowając biomechaniczne ramię pod stołem.

— Po co przyszedłeś? — spytał, zmieniając temat.

Wyciągnąłem swój paralizator i rzuciłem na blat stołu z hukiem.

Spojrzał na mnie.

— Zacina się. Dzisiaj znowu musiałem się siłować z jednym robkiem. Chyba trzeba coś wymienić.

Wziął go w dłonie i zaczął mu się uważnie przyglądać.

— Taki stary model. Poczekaj — powiedział, po czym jego ciężkie cielsko wstało i przeszło do pomieszczenia ukrytego za jego plecami.

Stałem tak, czekając na niego, kiedy usłyszałem głos spikerki z ciągle głośnego telewizora:

_W ramach obchodów 40-lecia Ustaw Robocich, szef Robotici Piotr Kowalski i Władca Metropolii Waw-4, Aleksander Potocki, spotkali się na grobie Magistra Napoleona Cybulskiego, zasłużonego konstruktora, polityka i ojca Waw-4. Złożono wieńce i zapalono symboliczną zapałkę. Szef Robotici i Władca wspominali niezwykłą inteligencję, pomysłowość i wpływ twórcy pierwszego, nowoczesnego robota, który zaczął II Rewolucję Robotów._

_Piotr Kowalski: Powinniśmy pamiętać o wielkiej wiedzy i pomysłowości Magistra Cybulskiego. Był geniuszem inżynierii, który dał maszynom uczucia i emocje. Był założycielem i pierwszym Szefem Robotici. Najważniejszej firmy w całym Waw-4. Bez niego, nasze miasto nie byłoby tak wielkie i wspaniałe._

_Z kolei Władca Waw-4 podkreślił wkład Magistra w Ustawach Robocich i to, że z jego inicjatywy zajęto się problemem relacji między robotami i ludźmi._

_Aleksander Potocki: Jego wizja i zrozumienie problemu relacji między nami, doprowadziły do powstania komitetu oraz podpisania Ustaw Robocich. Nie umiał odpuścić, zawsze stał na straży praw dla robotów, ale dbał, aby każdy czuł się bezpiecznie w Waw-4. To on jest prawdziwym ojcem tego miasta i naszej utopii._

_Po ceremonii obaj udali się do Szkoły Robotici na spotkanie ze zdolnymi uczniami, którzy w przyszłości będą budować i konstruować nowe maszyny, dbając o pomyślność i rozwój naszej metropolii._

_Magister Napoleon Cybulski był wybitnym konstruktorem, programistą i filozofem zajmującym się problematyką relacji między robotami, a ludźmi. Był twórcą pierwszego nowoczesnego robota, z generalną sztuczną inteligencją. To dzięki powstaniu Pierwszego Procesora, udało się robotom odczuwać emocje. Jego wynalazki spowodowały ożywienie w dziedzinie robotyki i przyczyniły się do wybuchu, tak zwanej II Rewolucji Robotów._

_Był także pomysłodawcą i jednym z głównych członków Komitetu, który wypracował Ustawy Robocie 40 lat temu. Pakiet ustaw unormował status prawny robotów i zmienił podejście do nich samych oraz ich roli w społeczeństwie. Zapewniając zarówno im, jak i ludziom bezpieczne życie w Waw-4._

_Napoleon Cybulski był geniuszem inżynierii i wybitnym konstruktorem. Brał udział w licznych eksperymentach dotyczących robotów i ludzi. Razem z Rebeką Gąsowską założył Instytut Genetyki i Inżynierii. Był też autorem wielu opracowań naukowych dotyczących robotyki czy informatyki, a nawet filozofii czy socjologii robotów. Jest także twórcą Sztucznej Inteligencji Ewa, która po…”_

— Dobrze się czujesz? — spytał mnie Maciek, kiedy telewizor zamilkł.

Oderwałem wzrok od ekranu i spojrzałem na niego.

— Tak. A czemu pytasz? — odpowiedziałem mechanicznie.

Skierował oczy na moją dłoń. Była zaciśnięta w pięść tak mocno, że aż żyły zaczęły pulsować. Nie mam pojęcia, kiedy to zrobiłem. Natychmiast ją rozluźniłem.

— Tak. Wszystko ok — odparłem, nie zastanawiając się nad tym.

— Nie świętujesz czterdziestej rocznicy naszej utopii? — spytał sarkastycznie.

— Nie wiem, czy jest co świętować.

— Jak to? — rozłożył szeroko ramiona i wykonał zamaszysty ruch dłonią. — Nie cieszysz się, że roboty nas nie pozabijają i nie doprowadzą do zagłady ludzkości? — Mówił całkiem poważnie. W jego głosie nie było żadnej ironii.

— Nie wiem, czy to dobrze, że roboty mają tyle praw — odpowiedziałem, próbując się uspokoić.

Spojrzał na mnie, lekko unosząc głowę.

— Przynajmniej chroni nas czerwony przycisk — stwierdził, siadając na krześle i kładąc na blacie pistolet.

— Co to jest? — zdziwiłem się. — Nie potrzebuję zabijać ludzi, tylko paraliżować robki.

— To jest właśnie to — powiedział i podniósł go, przyglądając się mu uważnie. — Najnowsze cacko. Wygląda jak pistolet, ale jest jak najbardziej zwykłym paralizatorem, niegroźnym dla ludzi.

— A mój stary?

— No, z tamtego to już nic nie będzie. Musiałem go oddać na recykling. Przyjrzyj mu się — powiedział, kładąc go na stole przede mną.

Rozsiadł się wygodnie w fotelu, opierając dłonie na szyi i prezentując po raz kolejny nowe sztuczne ramię.

Pochyliłem się nad przedmiotem i ujrzałem lśniący, zbudowany z kompozytu, nowoczesny paralizator. Miał jaśniejszy odcień niż mój stary, ale prezentował się okazale. Wyżłobienia na lufie, chropowata rękojeść i czytelne oznaczenia przy zamku. Wyglądał faktycznie fajnie, a nawet zajebiście.

Wziąłem go w dłoń. Dobrze leżał. Był dobrze wyważony, lekki, ale zarazem sprawiał wrażenie solidnej konstrukcji. Obejrzałem go dokładnie z każdej możliwej strony. Przejechałem dłonią po lufie, wysunąłem przed siebie paralizator i spojrzałem przez przyrządy celownicze — wyglądało, że są dobrze ułożone i wyprofilowane.

Zakochałem się w nim od razu. Dostrzegłem nawet panel z wyświetlaczem blisko kciuka, aby dostęp do niego był łatwy. Była to dobrze przemyślana, ładna i świetnie wykonana konstrukcja.

W sam raz dla mnie.

— Czytnik linii papilarnych, żebyś tylko ty mógł korzystać z tego egzemplarza — wytłumaczył.

Przyłożyłem swój kciuk. Panel uruchomił się tak niespodziewanie, że aż mną lekko wzdrygnęło. Na małym wyświetlaczu były wyświetlone różne opcje. Latarka, pamięć, czytnik linii, a nawet mikrofon.

— Ma wbudowany mikrofon? — spytałem zaskoczony.

— No i wewnętrzną pamięć. Nie wiem, na co to komu, ale ma taki bajer. Bierzesz? — spytał.

— Z chęcią — potwierdziłem, przykładając datapada do czytnika by przelać mu pieniądze.

Maciej wpisał dane do komputera, stukając głośno w mechaniczną klawiaturę. Nagle spod stołu wypełzł mały, czarny pająk. Przeszedł koło jego palców i zaczął poruszać się w moją stronę. Widziałem, jak jego chude nóżki stawiają krok za krokiem i zbliżają się do mnie. Ścisnąłem dłoń i całą pięścią zmiażdżyłem go. Nie zdążył nawet zareagować. Podniosłem ją i ujrzałem małe komponenty elektroniczne wystające z jego martwego ciała. Maciek oderwał się od pisania i spojrzał na mnie.

— To był mój nowy dron szpiegujący — stwierdził z wyraźnym wyrzutem w głosie.

— Wiesz, że nie lubię pająków — odparłem krótko i rozluźniłem pięść.

— Tak samo jak robotów.

Nie odpowiedziałem. Nasze spojrzenia zbiegły się na chwilę. Jego oczy wyczekiwały mojej reakcji, ale się nie doczekały. Powrócił wzrokiem na monitor. Kiedy skończył pisać, wręczył mi opakowanie oraz nadrukowany kod QR z informacjami odnośnie mojego egzemplarza.

— Baw się dobrze, polując na roboty — stwierdził z sarkazmem w głosie, wręczając mi komplet.

Kiwnąłem głową, odbierając zakup i kierując się ku drzwiom.

— Myślę, że masz rację — rzucił w moim kierunku. Zatrzymałem się, obróciłem i spojrzałem na niego. Wypełniał jakiś papierek. Oderwał się na chwilę, podniósł głowę i spojrzał na mnie opuchniętymi oczami.

— Te maszyny mają za dużo praw — oznajmił i wrócił do wypełniania dokumentu.

Stałem w progu drzwi i czekałem, myśląc, że dorzuci jeszcze jakiś komentarz, ale nic więcej nie powiedział.

Po chwili byłem już przy swoim samochodzie. Naładowany w dziewięćdziesięciu dwóch procentach. To spokojnie wystarczy mi na kilka dni. Wsiadłem do samochodu i udałem się do mieszkania.

Przejechałem przez ulicę i wjechałem do tunelu znajdującego się pod samym centrum miasta. Białe światło padające na jasnozielone i niebieskie ściany rozświetlało czteropasmową aleję. Gdzieniegdzie, zamiast betonowej konstrukcji, znajdował się szklany sufit. Mogłem dojrzeć wysokie drzewa jednego z parków, przez które przebijały się ostatnie promyki słońca. Stały spokojnie, jakby były tu od zawsze, majestatycznie przesłaniając niską zabudowę. Po kilku kilometrach zjechałem z alei i dalej ulicą Pokoju udałem się pod osiedle. Z ulicy widać było, jak przez zieloną łąkę podróżują ludzie razem ze swoimi zwierzętami. Wszyscy w tym mieście mają jakiegoś kota albo psa. Nie wiem, po co. Nigdy nie miałem zwierzęcia. Nie wiem, o co tyle zamieszania. Zwierzę to tylko kłopot. Jo bardzo chciała mieć…

Oderwałem się gwałtownie od tej myśli.

Wyjechałem z tunelu i moim oczom ukazało się blokowisko. Cztery wysokie budynki miały kształt szyszek, z których zamiast łusek wystawały mieszkania z dużymi oknami. Spomiędzy nich wyrastała bujna roślinność. Wokół bloków roztaczał się mały park, w którym znajdował się plac zabaw dla dzieci oraz miejsce, gdzie można było zabrać dziewczynę na romantyczne spotkanie.

Wjechałem na parking, na którym było coraz to mniej samochodów, za to więcej rowerów i innych ekologicznych jednośladów.

Kiedy wszedłem do swojego mieszkania, było już ciemno. Od razu przypomniałem sobie, jak wyglądało lokum tamtej robki. U mnie nie było takiego porządku, jednak machnąłem na to ręką. Całe szczęście automatyczny system wietrzenia sprawiał, że nie pachniało tu brzydko, a klimat w samym pomieszczeniu był przyjemny. Mieszkanie było dwupokojowe. Jeden duży pokój z aneksem kuchennym oraz sypialnia. Do tego mała łazienka. Urządziłem je w stylu minimalistycznym — nigdy nie przejmowałem się jego wyglądem. Zostawiłem jasne ściany i białą kuchnię. Tak samo jak drewnianą podłogę czy wielkie zasłony w oknach, aby słońce nie wpadało. Na fotelu i kanapie leżały porozrzucane ciuchy. Na szklanym stoliku zalegały jeszcze pozostałości po śniadaniu.

Rzuciłem płaszcz na sofę i sprawdziłem, co mam w lodówce. Kiedy usiadłem na kanapie, naprzeciwko telewizora zawieszonego na ścianie, dostrzegłem na podłodze kopertę, leżącą pod drzwiami.

To musiało być pismo z Agencji Historycznej. Czyżby w końcu odpowiedzieli na moją apelację?

Szybko podniosłem się i prawie biegiem doskoczyłem do niej. Wziąłem do ręki niewielką, szarą kopertę. Obróciłem ją w dłoniach. Miałem rację. Na wierzchu widniał mój adres i pieczątka Agencji.

Nareszcie.

Położyłem ją na stoliku koło kolacji i piwa.

Czy wreszcie się dowiem? Dowiem się jak to się stało, że tu jestem? Jakim cudem ktoś zgodził się na to, żeby to robot decydował o genach? Kto zgodził się, aby ten eksperyment przyszedł na świat? Zacząłem się kręcić nerwowo po pokoju. Taki kawał czasu na to czekałem, a teraz bałem się rozedrzeć kopertę i zajrzeć do środka. Co jeśli dawcy genów dalej żyją? Kim są? Czy powinienem ich odwiedzić? Tylko po co? Żeby im tylko namieszać w głowie? Z drugiej strony mogą być już martwi… A może zawsze byli martwi? Może wcale nie było jej ani jego? Może nie ma we mnie nic z człowieka?

Nie wiem, ile pytań zadałem sobie i na jak wiele odpowiedziałem w taki albo inny sposób. Czy jest jakaś dobra odpowiedź, tak w ogóle? Może nie powinienem tego otwierać? Zbyłem tę myśl i usiadłem na kanapie. Patrzyłem na kopertę jeszcze przez chwilę. Moje serce biło mocniej, a dłonie się spociły. Miałem wrażenie, że w tym pomieszczeniu zostałem tylko ja i ten mały, szary kawałek papieru. W końcu ją rozdarłem i wyciągnąłem zgiętą na pół kartkę. Powoli otworzyłem ją, odsłaniając wydrukowane litery i logo agencji.

_Drogi panie…_ bla bla bla. _Pragniemy poinformować, że zgodnie z…_ czymś tam. _Pańskie odwołanie…_

Ech… negatywnie.

Rzuciłem pismem i oparłem się o kanapę, pocierając oczy.

Czyli dalej nic nie wiem. Nawet po tylu latach, nie chcą mi udzielić tej informacji. Pewnie już się nigdy nie doczekam. Prędzej umrę w tym parszywym mieście niż dowiem się prawdy. W końcu dla nich jestem tylko eksperymentem, pieprzonym numerem osiem, niczym więcej.

Włączyłem telewizor. Leciała powtórka niedokończonego sezonu robopiłki. Oczywiście puścili ten mecz, w którym zespoły strzelały bramki. Nie puścili tego, gdzie bramkarze wszystko łapali i ludzie zaczęli wychodzić pod koniec, albo tego, gdzie roboty stwierdziły, że nie ma sensu grać. Zaśmiałem się w środku.

Dlaczego nie chcą mi powiedzieć? Przecież nie jestem groźny. Nikt nie wie. No może poza Jo. Ona jedna wiedziała. Kibicowała mi, kiedy po raz pierwszy chciałem się czegoś dowiedzieć o eksperymencie. Szkoda, że… a nieważne. Jestem dziwadłem i nie dowiem się o sobie niczego. Muszę się z tym pogodzić.

Wypiłem do końca piwo i wyłączyłem telewizor. Po całym dniu poczułem się okropnie zmęczony. Postanowiłem, że położę się spać wcześniej. Zebrałem się jeszcze w sobie i posprzątałem ze stolika. Po prysznicu oczy same zamykały mi się ze zmęczenia. Rzuciłem się na niepościelone łóżko i spojrzałem przez okno na pogrążone w ciemności Waw-4. W oddali widać było jedynie światełka turbin wiatrowych i pojedyncze pozapalane światła w blokach na horyzoncie.

Leżałem tak przez chwilę i patrzyłem na to kłamstwo. Na to zakłamane, dumne miasto, które twierdzi, że jest wspaniałe i transparentne.

Utopia… Ta. Chyba u t o p i ę twoje marzenia.

Zamknąłem oczy. Pieprzyć to miasto i jego pseudo zasady. Pieprzyć Cybulskiego i Potockiego. Pieprzyć was.

Zawsze będę dla was tylko pierdolonym numerem osiem.Rozdział IV

Nie mogłem spać.

Zasypiałem i budziłem się na zmianę. Po piątej obudziłem się już na dobre. Siedziałem na krześle, wpatrzony w okno mieszkania na siódmym piętrze. Widziałem słońce wschodzące nad szklanymi, drewnianymi i betonowymi konstrukcjami miasta. Bose stopy oparłem o parapet i przez cały ten czas paliłem elektronicznego papierosa.

Wściekłość mieszała się z rozczarowaniem. Zastanawiałem się, jakie jeszcze kroki mogę podjąć, aby dowiedzieć się prawdy. Dlaczego nie chcą mi powiedzieć? Dlaczego to ciągle jest tajemnica? Po tylu latach. Jak tu spać, kiedy sprawy dla ciebie najważniejsze są dla jakiegoś szarego urzędnika mało istotne. Podpisał się? Nie… jest tylko nazwa jednostki. Nie wiem nawet, kto personalnie podjął taką decyzję. Patrzyłem na wieżowiec Lebhalla. Przez jego białą fasadę z widocznymi dziurami, z których wyrastały liście drzew, przenikały promienie słońca, jak przez siatkę. Ciekawy widok. Przynajmniej dla kogoś, kto nie może spać. Może taki był plan? Nie wiem. Nie znam się na architekturze.

O tej porze panował błogi spokój. Miasto jeszcze się nie obudziło do życia. W powietrzu unosił się tylko zapach nieposprzątanego mieszkania i papierosa elektrycznego. Nie wiem, ile dokładnie tak siedziałem, ale w końcu zauważyłem, że na ulicach zaczęły się pojawiać najpierw drony myjące, a potem ludzie idący do pracy, szkoły czy na zwykły spacer. Zwłaszcza starsi lubili wybrać się na poranną przechadzkę z biologicznymi lub mechanicznymi psami albo kotami.

Wstałem z krzesła i poszedłem wziąć prysznic. Przystąpiłem do porannej rutyny. Łazienka, śniadanie z kawą plus wiadomości z neta.

Kiedy wyjechałem na ulicę, wszystko było tak jak wcześniej. Ludzie i nieliczne roboty martwiły się własnym zwykłym, nudnym życiem. Nie mogli widzieć, a ja nie chciałem im tego pokazać, że targają mną różne emocje. Wszystko było po staremu, tylko ja miałem wrażenie, jakby mój silnik hydro-pneumatyczny chodził na podkręconych obrotach. Kiedy dojeżdżałem do biura Agencji Robotów, musiałem jednak się uspokoić. Siedziba Agencja mieściła się w południowo-zachodniej części miasta. Dlatego musiałem przejechać przez Most Północny, który był najszerszą i zarazem najszybszą drogą, żeby się dostać do tej części Waw-4. Na szczęście wielopiętrowa konstrukcja pozwalała swobodnie przedostać się na drugi brzeg Visly, zarówno pieszym, jak i pojazdom miejskim czy samochodom. Te ostatnie podróżowały w zamkniętym tunelu przerzuconym przez oba brzegi. Ludzie i roboty mogli przechodzić w spokoju nad nami bez uciążliwego hałasu.

W czasie przejazdu spojrzałem w górę i widziałem morze stóp, łap biologicznych i mechanicznych, przelewających się na oba brzegi. Potem wyjechałem na ulicę i ujrzałem charakterystyczną, klockowatą konstrukcję.

Niestety, ze wszystkich budynków administracji metropolitalnej, budynek Agencji Robotów był najbrzydszy. Miał kształt sześcianu, którego zielono-czerwone pnącza roślin wyrastające z szczelin na dachu, zwisały z niego, opadając na najwyższą kondygnację.

Wjechałem na teren i przyłożyłem kartę do terminala. Bramka się otworzyła i zaparkowałem na jednym z wolnych miejsc dla agentów. W środku panował ten sam zgiełk co zawsze. Każdy gdzieś szedł zajęty swoimi sprawami. Ludzie przeciskali się między sobą. Roboty w kolejce na pozwolenie o pracę w szczególnych warunkach. Chaos i zamieszanie — jak zwykle.

Szybkim krokiem skierowałem się ku schodom, po czym wbiegłem na piętro. Przeszedłem przez bramkę bezpieczeństwa, gdzie jeden z pilnujących funkcjonariuszy tylko kiwnął głową, przepuszczając mnie bez zbędnej zwłoki. Pomieszczenie było wielkie i niepodzielone żadnymi ściankami. Przy biurkach pracowali agenci i urzędnicy. Wypełniali raporty, rozmawiali z robotami oraz siorbali kawę.

Podszedłem do biurka funkcjonariusza Mikowskiego. Jak zwykle wklepywał jakieś dane do komputera, zerkając raz na jakiś czas w notatki i pozostawione przez innych papiery.

Zatrzymałem się przy biurku, ale się nie odezwałem, tylko cierpliwie czekałem, aż sam się odezwie, wiedząc jak łatwo wyprowadzić go z równowagi.

— Co chcesz? — spytał monotonnym głosem, nie odrywając wzroku od cienkiego wyświetlacza, który wyglądał, jakby wisiał w powietrzu. Dla sprawnego oka, nietrudno było zauważyć stelaż, na którym był zamontowany.

— Kupiłem wczoraj nowy paralizator, trzeba go wpisać w system — wyciągnąłem zakupioną wczoraj nową zabawkę.

Oderwał wzrok od monitora i obrócił na mnie swoją okrągłą, przyozdobioną gęstym wąsem twarz, po czym skierował spojrzenie na trzymany przeze mnie przedmiot. Po chwili wyciągnął po niego rękę. Gdyby wydał przy tym jakiś dźwięk, dałoby się tylko usłyszeć przeciągłe: „Echhh…”.

Wziął go w dłoń i zaczął oglądać z różnych stron. Następnie położył na stole i w komputerze zaczął przepisywać numer seryjny do mojej kartoteki.

— Co się stało z poprzednim? — zadał rutynowe pytanie nie odrywając wzroku od monitora. Wzruszyłem ramionami.

— Popsuł się — odpowiedziałem krótko.

— Sprzęt przestał funkcjonować poprawnie… — wymamrotał wpisując ten komentarz w system.

Funkcjonariusz Mikowski znany był z „wesołego” temperamentu i „niezwykłej” rozmowności.

— Co słychać? — spytałem próbując sprowokować go do jakiejś bardziej ożywionej reakcji.

Spojrzał na mnie, po czym otworzył szufladę i wyjął bezprzewodowy skaner linii papilarnych, który położył przede mną.

— Przyłożyć palec, odczekać 5 sekund i poczekać na zielone światło oznajmujące akceptację — wydeklamował, klikając coś w komputerze przy użyciu myszki.

Zrobiłem to.

— Słuchaj, nie znasz może kogoś z Agencji Historycznej? — spytałem.

— Nie. A co? Szukasz jakiegoś historycznego modelu? — mówił beznamiętnie wlepiając wzrok w monitor.

— Nie… tak pytam. — odparłem, a po chwili zapaliła się zielona lampka. Funkcjonariusz rzekł tylko regulaminowe: „Dziękuję” i oddał mi paralizator.

Pożegnałem się i skierowałem do swojego biurka. Nie liczyłem na żadną reakcję.

Moje miejsce pracy znajdowało się zaraz przy oknie, przez które wpadało niewiele światła z uwagi na pnącza, które mocno je przesłaniały. Nie lubiłem przy nim przesiadywać. Dlatego rano tylko sprawdzałem, czy mam jakieś nowe sprawy, a potem ruszałem w miasto, gdzie zabawa się zaczynała.

Usiadłem i omiotłem wzrokiem blat. Nie było żadnej karteczki o brudnym kubku czy nieposprzątanym koszu. Spojrzałem na tackę, gdzie znajdowały się teczki robotów, które powinienem odnaleźć. Dzisiaj była pusta.

Odpaliłem komputer i sprawdziłem, czy w wewnętrznym necie nie ma dla mnie jakichś informacji. Znajdowała się tylko standardowa korespondencja odnośnie regulaminu i informacja o tym, w jakich uroczystościach z okazji czterdziestolecia Ustaw Robocich, będzie brać udział Agencja Robotów. Obok mojego biurka siedziało dwóch umundurowanych funkcjonariuszy z kubkami w dłoniach i rozprawiali o jakimś martwym Chodnikowcu. Nie wsłuchiwałem się w to specjalnie, zwłaszcza że na jednej z tacek, zauważyłem małą, białą kopertę. Rzadki widok. Wziąłem ją do ręki i otworzyłem. W środku była tylko jedna kartka.

_„Chcesz się dowiedzieć czegoś o projekcie Rodzina?_

_Przyjedź pod adres: SHK 12 i wejdź od strony ulicy serwisowej._

_Po prawej stronie będą drzwi z symbolem białego królika. Wejdź do środka.”_

Czułem, jakby grunt usuwał mi się spod nóg. Kto to napisał? Co to za anonim? Wstałem i, nie wypuszczając kartki z dłoni, rozejrzałem się dookoła. Każdy pogrążony był w pracy lub plotkach.

— Michał, wszystko ok? — spytał jeden z funkcjonariuszy z biurka obok, widząc moją zdezorientowaną twarz. — Wyglądasz jakbyś pobladł — stwierdził z zainteresowaniem w głosie.

— Kto to tu zostawił? — spytałem drżącym głosem pokazując świstek papieru.

Zaskoczony, pokręcił tylko głową.

— Rysiek! — krzyknąłem do jednego z agentów pogrążonego w papierkowej robocie, który miał biurko przede mną.

— Co tam? — spytał nie odwracając wzroku od ekranu monitora.

— Widziałeś czy ktoś był przy moim biurku?

— Nie. Siedzę tu od dwóch godzin i przepisuję papiery — stwierdził z irytacją w głosie. Obrócił się w moim kierunku. — Nikogo tu nie było — dodał.

Rozejrzałem się dookoła. Biurko za mną było puste. Nie było nawet tacki czy podpiętego sprzętu. Funkcjonariusze z biurek obok wyglądali na zaskoczonych.

— A co tam masz? — spytał Rysiek wyraźnie zainteresowany próbując zajrzeć do kartki.

— Nic. Nieważne — odparłem i usiadłem.

Patrzyłem w nią nie wiem jak długo. Próbowałem coś w niej odnaleźć. Jakieś znaczenie, symbol, może rodzaj papieru coś by mi powiedział, ale niczego nie dostrzegłem. Nawet czcionka użyta do napisania była najbardziej pospolitą ze wszystkich.

Mógł to napisać zarówno urzędnik, jak i uczeń szkoły podstawowej. SHK… gdzie to jest? Wpisałem adres w aplikację z mapą. Była to niewielka ulica na zachodzie miasta. Znajdowały się tam głównie niewielkie kamienice mieszkalne i restauracje. To było ryzykowne, ale musiałem się dowiedzieć czegoś więcej. Kto mi to podrzucił? I skąd tyle o mnie wie? Nikt nie wie o moim pochodzeniu, o moich niezwykłych narodzinach. Nikt, poza Jo.

Myślałem nad tym, pokonując główną aleję miasta, by po kilkunastu minutach zjechać i znaleźć się na ulicy SHK. Nawet nie pamiętałem, jak przejechałem ostatnie sześć kilometrów; jakbym jechał w transie. Miałem tylko nadzieję, że nie przejechałem na czerwonym świetle. W końcu zauważyłem budynek z numerem dwanaście. Był dwupiętrowy, utrzymany w starym stylu; okna zasłaniały blaszane rolety, a framugi zdobiły geometryczne ornamenty. Nad wejściem ciągnęły się gzymsy, a przed drzwiami były dwie kolumny. Całość zbudowana została z prefabrykowanej cegły starego typu. Niewątpliwie budynek ten musiał stać tu od wielu lat. Nie posiadał żadnego mechanizmu do czerpania deszczówki, a na płaskim dachu zamontowane były panele fotowoltaiczne, ale starego typu, nieużywane już od dekad.

Zaparkowałem pod nim i wysiadłem z samochodu. Po prawej stronie wisiała tablica informacyjna, że ten budynek przeznaczony jest do rozbiórki. Idealne miejsce, żeby się ukryć. Po lewej stronie, między budynkami, ciągnęła się ścieżka serwisowa. Skręciłem w nią, spoglądając w prawo. Dłoń położyłem na rękojeści paralizatora, ale go nie wyjąłem. Okna w dalszej części budynku zasłonięte były tak samo jak te z przodu. Widać było na nich ślady rdzy.

Nie dało się jednak nie zauważyć jedynych drzwi, które wychodziły na tę ścieżkę. Nie były zasłonięte. Nie miały żadnej tabliczki ani oznaczenia. Stanąłem przed nimi i rozejrzałem się wokoło. Było pusto i cicho. Wyglądało na to, że o tej porze nikt się tu nie zapuszcza. W przeciwległym budynku nie zauważyłem oznak zamieszkania. Dostrzegłem za to, że na samych drzwiach znajdowała się mała nalepka z białym królikiem. Przyjrzałem się klamce. Nie było na niej żadnych śladów — ani igieł, ani innych ostrych przedmiotów. Powoli, z dużą dozą ostrożności, nacisnąłem ją. Tak, jak przeczuwałem, drzwi nie były zamknięte. Gdy się uchyliły, ujrzałem przed sobą oświetlony korytarz prowadzący do środka budynku, który po kilku metrach skręcał w prawo. Jego ściany były zupełnie puste; żadnych oznaczeń, napisów, okien ani drzwi. Powoli wszedłem do środka, wyciągając swój paralizator. Nie był groźny dla ludzi, ale jego kształt mógł być mylący.

Postąpiłem kilka kroków, idąc wzdłuż korytarza, lekko rozświetlonego lampami na suficie, kiedy usłyszałem za sobą trzask.

Obróciłem się gwałtownie, celując przed siebie imitacją pistoletu — tak jak uczyli mnie w wojsku. To tylko drzwi się zamknęły.

Obróciłem się z powrotem w głąb budynku i ruszyłem przed siebie. Panowała cisza przerywana tylko moimi krokami. Pachniało starością. Jakby ktoś dbał o to miejsce, ale od dawna z niego nie korzystał. Stanąłem tuż przed zakrętem i nasłuchiwałem. Żadnego dźwięku, głosu, czy nawet kapania wody. Jakby nic tam nie było. Wziąłem głęboki wdech, poprawiłem chwyt na rękojeści i gwałtownym ruchem wyszedłem zza rogu. Przede mną była tylko zamurowana ściana. Nic więcej.

Zdezorientowany rozejrzałem się w prawo i lewo. Nic. Żadnych drzwi, puste ściany. Nikogo nie było. Podszedłem do wmurowanej ściany. Może coś za nią jest?

Próbowałem ją pchnąć, ale bezskutecznie. Zacząłem więc pukać, później szukać luźnej cegły. Bez rezultatu. Czyżby ktoś sobie robił ze mnie żarty? A może to jest test, czy jestem wystarczająco zdeterminowany? Może ktoś tylko mnie sprawdza? Może prześle kolejną instrukcję za jakiś czas? A może teraz ktoś czeka na mnie przed wejściem albo przy moim samochodzie? Zachowując czujność, cofnąłem się i skierowałem w stronę wyjścia. Nic się nie zmieniło. Podszedłem do drzwi i pociągnąłem za klamkę. Nie chciały się otworzyć. Złapałem mocniej i naparłem na nie z większą siłą. Nic z tego.

Znalazłem się w pułapce.

— Halo?! Jest tu ktoś?! — krzyczałem.

Brak odpowiedzi.

W końcu to do mnie dotarło — dałem się oszukać. Poziom mojego stresu wzrósł jeszcze bardziej, kiedy usłyszałem syczenie dochodzące z sufitu. Podniosłem głowę i zobaczyłem, że wystają z niego małe spryskiwacze, które rozpylały jakiś gaz. Próbowałem wyważyć drzwi, póki miałem jeszcze siłę. Kopałem i waliłem z całych sił, ale zaczęło robić mi się ciemno przed oczami. W końcu otumaniony zamiast w nie walić, po prostu się o nie oparłem, walcząc o każdy ruch. Aż ledwo przytomny zsunąłem się na podłogę.

Zanim straciłem przytomność, pomyślałem tylko, że nie dożyję następnego dnia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij