Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zuchwałe dziewczyny - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
2999 pkt
punktów Virtualo

Zuchwałe dziewczyny - ebook

Wycofana Lux i pewny siebie Nico dostają propozycję nie do odrzucenia. Mają popłynąć na bezludną wyspę u wybrzeży Hawajów z dwiema tajemniczymi turystkami. Choć kobiety początkowo nie wzbudzają ich zaufania, to uczucie szybko zostaje przykryte przez ekscytację nadchodzącą wyprawą.

Pomimo mrocznej historii wyspy pełnej katastrof morskich, morderstw, a nawet przypadków kanibalizmu, miejsce wydaje się rajem. Jednak okazuje się, że ktoś inny już odkrył ten tajemniczy atol. Wkrótce obcy ludzie uwięzieni na dzikiej wyspie zaczną się zastanawiać, czy ktokolwiek z nich wróci z tej wyprawy żywy…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-072-3
Rozmiar pliku: 5,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Morska woda i krew smakują tak samo.

Nigdy o tym nie myślała. Aż do teraz: do chwili, gdy jednocześnie zalewają ją krew buchająca z rany na skroni i morska woda wdzierająca się do ust.

Obie są ciepłe i mają ostry posmak.

I obie chcą nią zawładnąć.

Jest ciemno, ale słychać uderzenia fal o burtę i odgłosy zajadłej kłótni na pokładzie. Jeszcze przed chwilą ta kłótnia miała dla niej znaczenie, ale teraz liczy się tylko pulsowanie w głowie, szczypanie soli i ból głęboko w piersi.

W pewnym sensie łatwiej byłoby odpuścić. Pozwolić, by to się wydarzyło. Czy właśnie nie to cały czas robiła? Czy nie to doprowadziło ją tutaj – w ten odległy punkcik pośrodku Pacyfiku, gdzie – zamroczona – samotnie tonie?

Bierze głęboki wdech.

Boli. Woda wdziera się tam, gdzie powinno wpadać powietrze.

Ale po bólu przychodzi coś w rodzaju spokoju. To już koniec. Po wszystkim.

Zanurza się.

I nie wypływa.Przed drugą wojną światową wyspa Meroe była znana z powodu wraku, od którego wzięła swą nazwę. Odcięci od świata marynarze HMS „Meroe” spędzili na niej ponad pięć miesięcy, a garstka ocalałych stanęła przed sądem za zabójstwo kolegów. Proces otaczały ponure plotki o kanibalizmie, na tyle makabryczne, że gazety je przemilczały. Skazano tylko jednego z ośmiu ocalałych – kapitana marynarki nazwiskiem Thornton. Jego egzekucja przez powieszenie przyciągnęła wielotysięczny tłum, w którym znalazły się takie znakomitości owych czasów jak lord Byron czy J.M.W. Turner. Wyspa Meroe była przedmiotem mało przyjemnego przypisu dolnego w rocznikach żeglugi morskiej aż do lat 40. XX wieku, kiedy to ze względu na swe strategiczne położenie okazała się miejscem przydatnym dla sił alianckich na Pacyfiku. Od tamtego czasu była mniej lub bardziej bezludna, choć w ostatnich latach stała się popularnym celem rejsów co odważniejszych żeglarzy.

Ukryte historie, „Traveler’s Press”, 2010ROZDZIAŁ PIERWSZY

Czasem się zastanawiam, czy ludzie, którzy są na wakacjach, naprawdę myślą, że trafili na inną planetę.

Albo w ogóle do innego wymiaru.

To jedyne przychodzące mi do głowy wyjaśnienie miliona kretyńskich sytuacji, jakich jestem świadkiem od pół roku, czyli od kiedy pracuję w kurorcie Haleakala na Maui. I nie mówię tu tylko o różnego typu dziwactwach, jakich można by się spodziewać w takim miejscu – w stylu propozycji „spędzenia wspólnego wieczoru” otrzymanej od spalonej słońcem pary, widoku grupy kobiet w identycznych topach z napisem „Idziemy po swoje!”, które wydają parę tysięcy dolarów na szoty tequili, by skończyć potężną kłótnią ze szlochami przy barze w lobby, ani też o arogancji dupków z Wall Street, którzy zostawiają kreski koksu na łazienkowym blacie, a potem oskarżają pokojówkę, która u nich sprząta, o ich wciągnięcie.

Z takimi rzeczami dawałam sobie w ten czy w inny sposób radę, ale teraz mam na myśli chwile naprawdę odjechane, jak ta, kiedy pewien facet zaproponował mi dwieście dolców za zjedzenie na jego oczach całego ananasa (nie zjadłam), lub przygoda ze starszą panią, która przez cały swój tygodniowy pobyt nie opuściła apartamentu, oglądając filmy dla dorosłych i żywiąc się wyłącznie dostarczanymi przez obsługę frytkami (szczerze mówiąc, czemu nie?). Należało też do nich sprzątanie pokoju, w którym chłopaki z bractwa studenckiego zostawili na dywanie koncentryczne smugi moczu (przedstawiłam szefostwu dowody fotograficzne, a tatuś któregoś z młodzieńców bezzwłocznie wyciągnął kartę kredytową, by pokryć koszty).

Nie do innych chwil należy też ta obecna, kiedy stojąc pośrodku Apartamentu Makai i patrząc na rozłożony na łóżku cały zestaw zabawek erotycznych, zastanawiam się, gdzie na skali pomiędzy pojęciami „ohyda”, „trwoga” oraz „odchył” plasuje się ten przypadek.

– Ale popierdzielone – mruczy Maia stojąca obok mnie z naręczem mokrych ręczników. – Stonehenge z dildami zamiast kamieni.

Prycham i wciągam gumowe rękawiczki.

– Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o dilda, widzę tylko dwa, nie, trzy. To – wskazuję na jaskraworóżowy dysk po prawej – jest wibrator, a to fioletowe… w sumie nie wiem co, ale tak czy siak, brawo dla tych ludzi, najwyraźniej świetnie się bawią na wyspie.

Maia kręci głową i cofa się w stronę wózka z praniem. Jest niższa ode mnie, więc spódnica uniformu sięga jej za kolano. Powinna przez to wyglądać mało elegancko albo jak ktoś pozbawiony gustu, ale w jej przypadku to niemożliwe – jest jak seksowna aktorka z telewizyjnego show, która łaskawie zgodziła się zagrać hotelową pokojówkę.

– Nie mam nic przeciwko dobrej zabawie, Lux. Po prostu czasem wydaje mi się, że ludzie zapominają, że ktoś to zobaczy.

– Albo przeciwnie, właśnie chcą, żebyśmy to zobaczyły – odparowuję, wyciągając ze swojego wózka plastikowy worek z logo hotelu. – Może to jest część całości.

– Fu – wzdryga się Maia, a ja podnoszę różowy wibrator i wrzucam go do worka.

– Świętoszka.

– Szajbuska – odparowuje Maia i znika w łazience.

Uśmiecham się i wracam do swojej pracy.

Maia jest tu nowa, pracuje w kurorcie od zeszłego miesiąca. Bardzo ją lubię i boję się, że za parę tygodni odejdzie. Sama siedzę tu wystarczająco długo, by wiedzieć, że personel hotelowy dzieli się przeważnie na trzy kategorie: ekipa „dożywocie”, czyli panie, które pracują tu od dziesięciu i więcej lat i będą pracować przez kolejnych trzydzieści, ekipa „to tylko na chwilę, ale jestem tu już rok” i wreszcie dziewczyny takie jak Maia, które myślą, że praca w pięciogwiazdkowym hotelu będzie niezbyt męczącą frajdą i pozwoli im zarobić całkiem porządną kasę.

Sama też miałam być w tej grupie, ale po pół roku chyba zaczynam wpadać do tej drugiej.

Przyleciałam na Hawaje za facetem – co brzmi, jak sądzę, idiotycznie – ale mam wrażenie, że każda kobieta, której Nico Johannsen zaproponowałby spotkanie na Maui, bez wahania kupiłaby bilet na samolot.

Poza tym nie chodziło o samego faceta. Bardziej o to, co ten facet proponował. Możliwość podróżowania, wizję rejsu dookoła świata i wreszcie – szansę na nowe doświadczenia.

Na przygodę.

– Na spełnienie marzeń – mruczę pod nosem, przyglądając się łóżku i nie wiedząc, co właściwie zrobić. Czy powinnam ułożyć te wszystkie zabawki na ręczniku na blacie w łazience, tak jak to robimy z pędzlami do makijażu?

Nagle ogarnia mnie przemożne pragnienie, by odejść. Zedrzeć z siebie ten uniform, porzucić wózek sprzątaczki, wyjść z hotelu i wrócić do domu.

Tylko co nim jest?

Formalnie mieszkam w maleńkim wiejskim domku na południowej stronie wyspy. Dzielimy go z Nikiem z dwoma chłopakami, z którymi Nico pracuje w porcie, i ich dziewczynami. Tyle że nawet nie mamy własnego pokoju – śpimy na materacu rozkładanym na noc w salonie. Cały dom przesycony jest zapachem soli i kremu z filtrem, a pościel zawsze jest wilgotna i zapiaszczona. Na sześć osób mamy dwie łazienki, w których wiszą ociekające wodą kostiumy kąpielowe i ręczniki z plamami pleśni, ponieważ w tym miejscu nic nigdy do końca nie wysycha.

Moim domem miała być łódź Nica – „Susannah”.

Na myśl o niej ogarnia mnie smutek. Wystarczy, że wyobrażę ją sobie w suchym doku z tą pieprzoną dziurą w kadłubie. Po tym, jak się poznaliśmy, Nico przypłynął tu nią z San Diego, a ja przyleciałam do niego samolotem. Kupiłam bilet w jedną stronę, spakowałam całe życie do jednej walizki na kółkach i jednego plecaka.

Ale kiedy dotarłam do Wailuku, dowiedziałam się nie tylko o tym, że podczas rejsu padł silnik „Susannah”, lecz również o tym, że podczas transportu łodzi do mariny, gdzie miał być naprawiany, doszło do wypadku i „Susannah” spadła z przyczepy, dziurawiąc kadłub. A Nico nie miał kasy na remont.

Wróć, Nico nie poprosił o kasę na remont. Jego rodzina miała Bóg jeden wie ile pieniędzy, bo prowadziła ogromną kancelarię prawną, zajmującą się szkodami osobistymi, procesami sądowymi i tak dalej, ale Nico chciał żyć wyłącznie po swojemu i na własnych warunkach.

To cecha naprawdę godna podziwu, o ile nie rujnuje mi planów i nie trzyma mnie tutaj, w hotelu, przy sprzątaniu gadżetów erotycznych obcych ludzi.

„Może ta łódź jest przeklęta” – wyszeptałam w ciepłą, słoną skórę jego szyi nie dalej jak wczoraj w nocy, kiedy leżeliśmy przytuleni na materacu, a deszcz stukał w blaszany dach. „A może to przez ciebie – odmruczał. – Kiedyś uważano, że kobieta na pokładzie przynosi pecha”. „A może to ty jesteś dupkiem”, odpowiedziałam. Tylko się zaśmiał i mnie pocałował, a potem nasz lichy, zapiaszczony materac przestał się wydawać taki lichy. Nico był w tym dobry, potrafił odwrócić moją uwagę, a jego niesłabnący optymizm skutecznie wyprowadzał mnie z karuzeli zamartwiania się, zwątpień i pytań: „co teraz, u diabła?”. Nico nie przejmował się przyszłością, a jeśli nieżyczliwy głos z tyłu głowy posykiwał mi od czasu do czasu, że Nico nie musiał przejmować się takimi rzeczami, bo ja to za niego robię, ignorowałam go.

Albo przynajmniej próbowałam.

Tak czy inaczej, przed „Susannah” i Hawajami byłam w Kalifornii, ale tam nigdy nie czułam się jak w domu, nigdy. Kiedy miałam dwanaście lat, przeprowadziłam się tam z mamą z Nebraski, a kiedy jedenaście lat później mama umarła, zostałam w San Diego, bo nie miałam pojęcia, dokąd mogłabym pójść.

Teraz, jako dwudziestopięciolatka, mam wrażenie, że całe moje życie zaczyna przypominać serię złych decyzji i straconych szans. Jakbym skręciła w lewo, podczas gdy powinnam była iść w prawo. Albo poruszała się zygzakiem zamiast łagodnym wężykiem.

Zdzieram pościel z łóżka i wpycham ją na dolną półkę wózka. Słyszę, jak drzwi apartamentu się otwierają – to Maia wychodzi do holu po ręczniki lub szampon o zapachu banana i hibiskusa.

– To co, jak myślisz, zbudować tym posrańcom na łóżku radosnego penisa z ręczników? – wołam do niej. – Wiem, powinien być łabędź, ale znając ich gusta…

Za moimi plecami ktoś chrząka. Odwracam się i widzę stojącą w korytarzu parę – mężczyznę w jaskrawej czerwono-zielonej hawajskiej koszuli i kobietę w sukience z tego samego materiału. Trzymają w rękach szklaneczki mai tai, a twarze mają czerwone – z zażenowania albo od słońca, albo może z obu powodów. Kieruję w ich stronę słaby uśmiech.

– Aloha?

Godzinę później stoję na parkingu hotelu Haleakala w dżinsowych krótkich spodenkach i tiszercie, podczas gdy mój służbowy uniform oraz plakietka z nazwiskiem zostały w pokoju mojego szefa, pana Chena. I mimo że powinnam być spanikowana jak cholera, z uśmiechem wystawiam twarz do słońca.

Koniec z pościelą. Koniec z ręcznikami. Koniec z czyimiś palcami „przypadkowo” ocierającymi się o mój tyłek. Już od miesiąca nosiłam się z myślą, by rzucić tę robotę, ale kiedy decyzja zapada bez mojego udziału, czuję się dziwnie uwolniona. To nie moja wina, że Sandersonowie weszli, kiedy weszli. A przede wszystkim, że zostawili na łóżku to, co zostawili.

To nie moja wina, że nie mam już pracy.

Teraz muszę tylko przekazać to Nicowi.ROZDZIAŁ DRUGI

– No, muszę powiedzieć, że pierwszy raz tracę pracę z powodu dilda.

Ponieważ jestem oficjalnie bezrobotna, mogę spotkać się z Nikiem na lunchu w jego ulubionej knajpce. Siedzi teraz naprzeciwko mnie, pachnie słoną wodą i smarem do silników i jest taki przystojny, że czuję to głęboko w brzuchu i w kolanach. Na włosach koloru piasku zawiązał czerwoną bandanę, by nie wchodziły mu w oczy, skórę ma gładką i opaloną, a wypukłości bicepsa podkreśla tatuaż.

Ten tatuaż, jeśli mam być szczera, jest kretyński. To typowa odznaka plemienna białego miastowego lalusia, która tak naprawdę nie ma wielkiego sensu, ale trzy dni po tym, jak się poznaliśmy, uzupełnił ją o „L” z ozdobnymi zawijasami, specjalnie dla mnie. Jak by nie patrzeć – urocze.

On sam był uroczy.

I nadal jest, rzecz jasna, ale kiedy go poznałam, wyglądało to inaczej. Kiedy nasz związek był świeży i gwałtownie się rozwijał, spokój, którym promieniował Nico, działał na mnie jak cudowny balsam po latach walki z rakiem mamy: szpitalami, skutkami ubocznymi chemii, pełnymi wrzasków kłótniami przez telefon z tatą.

Nico należy do facetów, którzy potrafią powiedzieć coś w stylu: „Nie bierz na siebie tego, czego nie musisz nieść”, a ty mu wierzysz – jakby wymyślił jakiś lepszy, bardziej oświecony sposób życia – i o dziwo nie masz ochoty przyłożyć mu w nos.

W każdym razie nie zawsze masz ochotę mu przyłożyć w nos.

A teraz Nico siorbie swój napój gazowany i kiwa do mnie głową.

– Ta praca i tak była do dupy.

– Totalnie do dupy.

– Zawsze możesz znaleźć inną, choćby jutro – ciągnie, wskazując na mnie szklanką.

Nawijam na widelec nitkę makaronu i wzruszam ramionami.

– A może byśmy sprawdzili, ile zaoszczędziliśmy? Może wreszcie dałoby się naprawić „Susannah”?

Nico nie odpowiada. Robi tylko ruch głową, który widziałam u niego tysiąc razy i który jest czymś w rodzaju połączenia „ehe” z „później o tym pogadamy”. Zalewa mnie gwałtowna fala frustracji.

Nie da się uciec przed faktem, że Nico jest tu szczęśliwy. Twierdzi, że chce podróżować, tak jak planowaliśmy, ale z upływem czasu widzę, że coraz lepiej się czuje w tym miejscu i zapuszcza korzenie. Lubi pracę w marinie, przy łodziach. Wszędzie nawiązuje znajomości, bo taki jest, więc wszyscy go uwielbiają (stąd nasze darmowe mieszkanie). Jeżeli o kimkolwiek da się powiedzieć, że kwitnie tam, gdzie go zasadzą, to właśnie o nim.

Co do mnie, to nie wiem, czy gdziekolwiek kwitłam. Czasem się zastanawiam, czy w ogóle potrafię. Może właśnie dlatego tak bardzo przemawia do mnie myśl, by nie zostać nigdzie zasadzoną na stałe. Albo może po prostu mam dość sprzątania cudzego gówna – czasem w dosłownym znaczeniu.

Dziobię jedzenie widelcem i spoglądam w stronę baru, przy którym w końcu zmalała kolejka. Jest prawie druga, co oznacza, że zaraz zamykają. Nico wróci do mariny, a ja… chyba do domu? Usiądę na kanapie i będę czekać na jego powrót?

To prawie bardziej dołujące niż sprzątanie hotelowych pokojów. Nagle czuję małe, najmniejsze ukłucie żalu z powodu tego, co się dzisiaj stało. Może powinnam była przeprosić Sandersonów, popłaszczyć się przed nimi? Błagać pana Chena o jeszcze jedną szansę? Ale nie wolno mi iść tą drogą, bo jeśli zacznę żałować jednej rzeczy, to pojawi się tysiąc innych decyzji do zakwestionowania. To, że rzuciłam studia, to, jak się ułożyły sprawy z tatą, lata stracone na imprezowaniu z przyjaciółmi, którzy tak naprawdę przyjaciółmi nie byli. To bezcelowe dryfowanie przez życie – dopóki nie spotkałam Nica.

– Poznałem dziś dwie dziewczyny – mówi on, przerywając moje rozmyślania.

Patrzę na niego, unosząc brwi.

– A mówisz mi to, bo?

– Bo są na wakacjach i szukają sobie chłopaka, a ja uznałem, że to o wiele fajniejsze niż naprawianie silników, więc wygląda na to, że niedługo też będę miał nowe zajęcie.

Grożę mu palcem i wciągam kilka nitek makaronu.

– Uhm, jasne, Nico. Serio.

Nico szczerzy do mnie zęby, puszcza oko i odsuwa od siebie pusty talerz.

– Serio, Lux, poznałem dwie dziewczyny. Amerykanki, ze Wschodniego Wybrzeża.

Mówi to z takim lekceważeniem, że marszczę czoło.

– Nie wszyscy możemy być bogami z południowej Kalifornii, Nicholasie.

Myślę, że się zaśmieje, ale nie, po zmarszczce u nasady nosa poznaję, że jest zirytowany. Nie wiem, czy to z powodu przytyku do jego pochodzenia, czy dlatego, że zwróciłam się do niego pełnym imieniem. Nieważne, macham ręką, bo nie chcę kłótni.

– Przepraszam, mów dalej.

Nico nie podejmuje wątku.

– Tak czy inaczej, chciały wynająć łódź na parę dni, ale kolesia, którego ktoś im polecił, nie znalazły, więc zamiast niego zagadały ze mną. Myślę, że może mnie zatrudnią.

Nie należę do zazdrośnic (jeśli ma się chłopaka, który wygląda jak Nico, trzeba się tego nauczyć, o ile nie chce się oszaleć), ale czuję dziwne mrowienie niechęci.

– Zatrudnić cię, żebyś zabrał je w rejs? Na przykład wokół wyspy?

Nico wzrusza ramionami i odchyla się na oparcie. Na dworze zaczęło padać, to lekka mżawka, która – wiem to – za parę minut minie, pozostawiając w powietrzu wilgoć i słodki zapach.

– No, chyba tak. Spytały, czy chcę się spotkać wieczorem i o tym pogadać, a ja powiedziałem, że przyjdę z dziewczyną.

– No proszę, jaki z ciebie lojalny podrywacz – droczę się, a on się uśmiecha, wyciąga rękę, sięga po moją dłoń i całuje ją w kostki.

– Bardziej przerażony, że skrócisz mi fiuta przez sen, jeśli bez ciebie spotkam się na drinka aż z dwiema babkami.

– Lojalny i mądry.

Deszcz nabiera siły, mocno tłucze w dach, a Nico wygląda na dwór, a potem z powrotem odwraca się do mnie. Ma piękne oczy, głęboko brązowe, a gdy się uśmiecha, w kącikach robią się zmarszczki.

– Uznałem, że nawet jeśli mnie nie zatrudnią, to postawią nam parę piw, a przecież i tak nie mam na dziś żadnych planów.

– Ani ja – dodaję i parskam śmiechem. – W zasadzie to już w ogóle nie mam żadnych planów, na nigdy.

Nie cierpię tego i moje słowa wcale nie brzmią żartobliwie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij