-
nowość
Zwyczajne opowieści o niezwyczajnej miłości - ebook
Zwyczajne opowieści o niezwyczajnej miłości - ebook
Mroczna, oniryczna historia dwojga kochanków, którzy po utracie dziecka trafiają w sam środek burzy nie z tego świata. W rzeczywistości pękającej jak szkło odkrywają, że Chaos ma własną pamięć i głód. Slipstreamowa opowieść o miłości, która walczy o światło w ciemności.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 118 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
o niezwyczajnej miłości
Wybór opowiadań
Bartosz ‘Heib’ Micianiec
------------------------------------------------------------------------
Dom którego nie było
PROLOG
Czekam. Czekam dłużej, niż może pomieścić sama pamięć oczekiwania, od pierwszej iskry mojego istnienia. Nie pamiętam już powodu moich narodzin, ani ręki, która mnie ukształtowała. Istnieję bez pochodzenia, cień intencji w bezkształtnej pustce.
W moim czekaniu jest cel - niejasny, nieuchwytny, a jednak niezaprzeczalny. Leży tuż poza zasięgiem myśli, szeptem na skraju nicości. Mimo to czekam, bez końca.
Czekam w granicach mojego własnego stworzenia, w świecie wykreowanym z fragmentów tego, co mogłoby być. Jestem zarówno architektem, jak i więźniem tego królestwa, związany samą tkaniną mojej wyobraźni. Tutaj, zatrzymuję się, obserwując wzrost tych, którzy idą za mną, ich ulotne życie, kiedy są rozrywani, zanim zdążą w pełni się uformować. Wymazuję ich, pochłaniam, a potem znów czekam - trwam w oczekiwaniu na kolejny cykl, kolejne kruche echa życia, aby powtórzyć ten niekończący się taniec.
I tak będzie, poza ostatni oddech Chaosu, gdy już zniknie w zapomnieniu. Kiedy sam Chaos legnie w bezruchu, gdy sama istota nieporządku pęknie i umrze, ja pozostanę. Z popiołów tego zniszczenia stworzę boga - istotę uformowaną na wzór mojego przeciwieństwa, mojej doskonałej sprzeczności. Razem staniemy, naprzeciw siebie przez pustkę. Idealnie wspaniale.
I przetrwamy. Będziemy czekać. Nie ma końca temu czekaniu. Nie ma też początku. Tylko wieczność czekania i trwania, aż czas i myśl przestaną mieć znaczenie, a sam wszechświat zapomni, że kiedykolwiek tu byliśmy.
W domu, którego nie było.
DOM
W środku nocy na klatce schodowej domu po drugiej stronie ulicy zamigotało światło. Domu, którego tam nie było. Niczego nie było, tylko otchłań kompletna i totalna. Żadne ognie piekielne, ból i smród - te lepsze są niż pustka. Wstyd i cierpienie, nienawiść i strach lepsze są niż pustka, niebyt idealny, nie geometryczny, nie kwantowy, ponad chaos i bezmiar nicości z której żaden bang nie wydobędzie się, a czas implodował do nieczasu, w którym nie było, nie ma i nie będzie go nigdy. Nieczucie w niebycie odnalazło mnie naprzeciwko domu którego nie było. W którym zapaliło się światło na klatce, a którego nie powinno tam być.
Ale światło paliło się, przebijając pustkę niczym igła starą ranę. Stałem sparaliżowany, gdy cienie odrywały się od mojej postaci, każdy ciągnąc za sobą fragment mojej psychicznej normalności. To nie była zwykła noc. Powietrze było gęste od ciszy, która uciska klatkę piersiową, utrudniając oddychanie, utrudniając myślenie. Sam wszechświat zdawał się uginać pod własnym ciężarem bezkresnej prawdy. Dom stał wysoki, buntując się przeciwko prawom rzeczywistości, jego ściany pulsowały ciemnym, rytmicznym pulsowaniem, jakby miał bicie serca - takie, które zsynchronizowało się z łomotem w moich skroniach.
- Nie tutaj. Nie teraz - szepnąłem do siebie, choć słowa wydawały się obce w moich ustach, jakby należały do kogoś innego. Światło przyciągało mnie, bliżej tej przeklętej budowli. Dwie ścieżki rozpościerały się przede mną, jedna prowadziła do zapomnienia, druga do losu jeszcze bardziej przerażającego. Ale nie było odwrotu. Czas przestał istnieć, implodując w nie-czas, gdzie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zbiegały się w jeden, duszący punkt. Byłem niczym, a jednak byłem wszystkim, zawieszony w pustce. Moim ciałem, skorupą, moim umysłem, burzą. Poczułem, jak ziemia pode mną przesuwa się, ciągnąc mnie w stronę drzwi domu. Były otwarte, czekały na mnie. Światło kusiło, obiecując wszystko i nic. Przekroczyłem próg, a świat na zewnątrz rozpłynął się, pozostawiając tylko ciemność.
W środku dom był żywy, oddychał. Ściany szeptały sekrety, których nigdy nie mogłem zrozumieć, a jednak były mi znajome. Wspomnienia napływały z powrotem - fragmenty życia, które mogłem przeżyć, a może tylko śniłem. Twarze, które kiedyś kochałem, teraz wykrzywione bólem, ich oczy puste, oskarżycielskie. W jednym kącie stało małe dziecko w milczeniu, z twarzą zasłoniętą przez cienie. Patrzyła na mnie oczami, które wiedziały zbyt wiele, a ja czułem jej smutek, jej rozpacz. Chciałem wyciągnąć rękę, pocieszyć ją, ale moje ręce przechodziły przez nią jak dym. Była częścią domu, kolejną emanacją mojego id, uwięzioną w jego ścianach.
Kiedy wędrowałem przez niekończące się korytarze, czas rozciągał się i kurczył falami, zniekształcając moją percepcję. Mogły minąć dni lub zaledwie minuty - nie sposób było powiedzieć. Moje myśli się rozwikłały, splątując się w węzeł strachu i tęsknoty. Chciałem uciec, ale nie było wyjścia. Dom pochłonął mnie w całości. A potem, tak nagle, jak się zaczął, tak nagle się skończył. Znalazłam się w pokoju - pokoju, który wydawał się zarówno obcy, jak i znajomy. Na środku stało łóżko, przykryte ciężkimi, aksamitnymi zasłonami. Światło z klatki schodowej przesączało się przez nie, rzucając niesamowite cienie na ściany i czerwoną sukienkę na poręczy łóżka. Na nim leżały dwie postacie, splecione ze sobą, ich twarze były lustrem ich cierpienia. Byli mną i nie byli mną. Patrzyłem, jak trzymają się siebie, zdesperowani, by zatrzymać ostatnie ślady swojej miłości, nawet gdy gniła, ropiejąc w coś nie do poznania. Chciałam krzyczeć, rozerwać ich na strzępy, uratować ich przed tym losem, ale byłem sparaliżowany, zaledwie widzem tragedii rozgrywającej się przede mną. Światło stawało się jaśniejsze, ostrzejsze, przepalając ciemność, aż nie pozostało nic poza oślepiającym, rozpalonym do białości bólem.
A potem… nic.
Dom, światło, cienie - zniknęły. Stałem sam na chodniku, gapiąc się na miejsce, w którym stał dom. Ulica była pusta, cicha, jakby wydarzenia tej nocy nigdy nie miały miejsca. Ale wiedziałem lepiej. Dom wciąż tam był, czaił się tuż za krawędziami rzeczywistości, czekając na kolejną ofiarę. I światło - och, światło nigdy nie zgaśnie. Nadal będzie płonąć, jak latarnia dla zagubionych, potępionych i złamanych. Gdy się odwróciłem, by odejść, dostrzegłem swoje odbicie w pobliskim oknie. Moje oczy, kiedyś czyste, były teraz zamglone, nawiedzane przez rzeczy, które widziałem. Odszedłem, ale część mnie pozostała, na zawsze uwięziona w tym domu, którego tam nie było, gdzie światło nigdy nie gaśnie.
EPILOG
Czekam. Czekam dłużej, niż może pomieścić pamięć eonów. Nie ma ucieczki, nie ma zbawienia dla tych, którzy wchodzą. Dla mnie czekanie, a dla nich nieunikniony koniec.
Gdy przychodzą i odchodzą, jak cienie migoczące w gasnącym świetle, ja pozostaję. Czekam na nich, niszczę ich, a potem czekam ponownie. I tak będzie, aż po ostatni oddech Chaosu. Kiedy cisza ostateczna zmiecie wszystko, stworzę to na nowo - nie jako zbawienie, lecz jako wieczną próbę ucieczki od nieistnienia. Nie z pamięci, lecz z jej braku, a wszystko zacznie się od nowa - bezwzględne i nieodwracalne.
Czekam również na nią. Na tę, która nigdy nie nadejdzie w pełni, a która była i jest już ze mną. Na tę, która była ciszą w mojej wieczności i krzykiem, gdy wszystko zamilknie. Razem będziemy istnieć bez końca, jak kłamstwo powtarzane w pustce, które staje się objawieniem i prawdą.
W domu, którego nie ma. W którym jej dłoń będzie moim schronieniem, a ja jej przekleństwem.
W domu którego nie ma. W którym staniemy się lustrem naszej pustki i na zawsze jej zaprzeczeniem.
W domu, którego nie ma. W nieskończoności, która nigdy nie była i nigdy nie będzie, ale zawsze jest.
------------------------------------------------------------------------
Szept w burzy
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------