Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Życie dla brudnego różu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 lutego 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Życie dla brudnego różu - ebook

„Życie dla brudnego różu” to odważna opowieść o próbie odzyskania kontroli nad swoim życiem. Piotr, prezenter znanej telewizji internetowej, mierzy się ze stopniowo zatracającym go uzależnieniem od alkoholu. Po nieudanych wcześniejszych podejściach do leczenia decyduje się na odwyk w zamkniętym, publicznym ośrodku. Czytelnik towarzyszy bohaterowi w surowym świecie placówki w sosnowym lesie: konfrontacji z bolesnymi wspomnieniami oraz byciem osobą LGBTQ+ w miejscu, gdzie inność wciąż bywa piętnem. Z czasem pojawiają się też jaśniejsze akcenty. Piotr zbliża się do innych pacjentów, poznaje ich historie oraz dostrzega wspólny ciężar. Zaczyna rozumieć, że alkohol służył mu do zagłuszania lęku przed prawdą o sobie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397979406
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Budzisz się.

Drżą ci ręce, drży cały twój organizm.

Czasami nerwowo łapiesz uciekający oddech, innym razem ból głowy jest na tyle nie do wytrzymania, że realnie myślisz nad popełnieniem samobójstwa.

Najczęściej jedno przeplata się z drugim.

W środku twojej głowy – pisk.

Ostry, świdrujący, przenikający do najmniejszego zakamarka czaszki. Jak dentystyczne wiertło borujące spróchniały ząb.

Nie zatrzymuje się, nie ma litości.

Na twojej prawej dłoni widnieje pieczątka w kształcie klucza.

I chociaż miałeś nadzieję, że istnieje cień szansy, że wreszcie odkryjesz prawdę o sobie, to po chwili dociera do ciebie, że to jedynie pamiątka wczorajszej imprezy.

Potem czujesz ból.

Zauważasz, że pasmo zaschniętych strupów ozdabia twoją skórę niczym medale nieudolności.

Zaczynają wracać urwane kadry, ułamki obrazów. Widzisz twarze. Znane. Obce. Rozmyte.

A najgorsze, że choć sam je ledwo pamiętasz, to one ciebie doskonale.

Leżysz tak w bezruchu.

Czas się rozciąga. Minuty przypominają godziny.

W końcu się podnosisz i standardowo – nerwowo przetrząsasz rzeczy. Karta? Dowód? Portfel?

Brzęk pustych puszek, niczym echo wstydu, odbija się od ścian. To scena upadku.

Odnajdujesz wszystko, czego szukałeś.

No prawie wszystko… Oprócz utraconej już dawno temu godności. W środku znowu czujesz znaną sobie pustkę.

Gdyby to była normalna historia, to pewnie teraz powinienem się przedstawić. Wyznać wesoło: _cześć, jestem Piotrek…_ Ale nie mam na to siły.

Zatem darujmy sobie autoprezentację jak w każdej standardowej opowieści, bo ta historia zdecydowanie do takich nie należy. Zresztą, czy komukolwiek by się chciało czekać kilka dni, aż dojdę do siebie?

A ja czekałem i to wielokrotnie…

Upadanie. Wstawanie. Upadanie. Wstawanie.

Ileż tak można?

Sam sobie napisałem najgorszy rozdział. Znajduję się obecnie na etapie życia, w którym nie potrafię już funkcjonować bez alkoholu. Dwie otwarte, dzienne terapie za mną, a ja wciąż piję. Nie jestem może jak Bożena – znajoma mojej babci, która pod koniec swojej choroby alkoholowej nie wstawała już nawet z łóżka. Prowadzę programy w telewizji internetowej, w której piją chyba wszyscy – od prezenterów po operatorów. Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że cokolwiek jeszcze udaje nam się poskładać do kupy i wypuścić na naszym kanale na YouTubie. Niedawno mieliśmy zdjęcia w Londynie przy festiwalu filmowym. Było całkiem znośnie, zanim znowu się najebałem i narobiłem wstydu.

Pod skórą noszę w sobie ogromne poczucie winy.

Bo chcę od życia więcej. Bo wiem, że mogę więcej.

Tylko że coś mnie stale ciągnie w dół.

Tym czymś jestem ja sam.

Każdy normalny człowiek złapałby mnie teraz za rękę i zapytał:

_„Co ty robisz ze swoim życiem?”_

Jednak to tak nie działa, bo gdyby działało, to już dawno sam bym się za nią złapał.

Próbowałem wszystkiego. Więc teraz jestem tutaj… znowu.

***

Obudziłem się, słysząc krople deszczu uderzające o parapet. Zostałem wyrwany z letargu kolejny raz. Od poprzedniego minęło kilka miesięcy. Czuję się, jakbym był postacią filmu science fiction. Więźniem dziury czasowej wciąż powtarzającym te same błędy i jednocześnie świadomym, że ten pierdolony Dzień Świstaka i tak się nigdy nie skończy.

Nie zmieniło się nic.

Zupełnie nic.

Marzę, aby to był jednak sen.27

Na ścianie w moim pokoju wisi biała kartka ze zdaniem: „Gdy będziesz pił, to nigdy nie pójdziesz do przodu, nigdy nie spełnisz swoich marzeń”. Brzmi jak frazes. Pseudo- coachingowe gówno, które mógłby wygłosić jakiś zadufany w sobie coach. Tyle że sam to napisałem, gdy ręce trzęsły mi się od zespołu abstynencyjnego, pot mieszał się ze łzami, a jedyne, co byłem w stanie zrobić, to nabazgrać tych kilka słów.

Myślałem, że jestem młody, więc wszystko mi wolno. Przecież tak robią inni – koledzy, koleżanki. Świetnie się bawią, tańczą do rana, rzygają na przystankach, budzą się u nieznajomych.

Patrzę na tę kartkę i próbuję sobie przypomnieć, kiedy to się właściwie zaczęło.

Może wtedy, gdy jako nieśmiały chłopak pracowałem w call center i nie umiałem otworzyć ust bez setki wódki „na odwagę”, którą wypijałem jednym haustem tuż przed pracą. Z czasem stał się to także sposób, aby nie czuć upokorzenia, kiedy klienci wylewali na mnie swoje frustracje, gdy, żeby przeżyć w Warszawie musiałem namawiać ich do kupna szitu, którego nie powstydziłby się żaden odpust. Czasem były to wielorazowe szwajcarskie maszynki do golenia. Innym razem abonament na bawełniane majtki „od firmy z wieloletnią tradycją”. Natomiast w okolicy świąt i sylwestra luksusowa biżuteria reklamowana jako doskonały prezent dla bliskich, który pozostanie w rodzinie dla kolejnych pokoleń. Nic więc dziwnego, że z każdym kolejnym dniem na moim biurku coraz częściej zaczął pojawiać się niepozorny gazowany napój, którego sporą część stanowiła procentowa wkładka. Kiedyś, po kilku godzinach pracy, byłem tak zalany, że nie potrafiłem nawet odpowiedzieć „dzień dobry”. Nikt, poza jedną koleżanką, nic nie zauważył.

Liczyły się tylko cyfry: dwa zamówienia gówna na godzinę. Alkohol koił.

Zamieniał ból w śmiech, lęk w odwagę.

Nikt nie nauczył mnie przeżywania emocji na trzeźwo. W moim domu się o uczuciach nie mówiło. Ucieczka więc zawsze stawała się moim pierwszym odruchem.

Może zaczęło się to nieco później – w innej pracy, w której szef darł się na mnie tak niemiłosiernie, że podczas przerwy biegłem kilometr do sklepu, byle tylko kupić alkohol. To był codzienny popołudniowy sprint, bo musiałem się zmieścić w 30-minutowej przerwie. Potem zamykałem się w łazience i jednym haustem wypijałem całą zawartość szklanej buteleczki, mając zapas na kolejne dwie porcje takiej ulgi. Wtedy tak bardzo potrzebowałem mieć to wszystko głęboko w dupie.

Chyba tak naprawdę wszystko zaczęło się, gdy obudziłem się w swoje 25. urodziny Bez planów, bez perspektyw, w przepoconej pościeli, wśród pustych butelek po winie. Nie wiedząc, kim jestem, ani dokąd w życiu zmierzam. Wtedy też poszedłem na pierwszą terapię, po której piłem jeszcze więcej.

A może było to we mnie od zawsze i wystarczyło tylko odpalić lont?

Ile czasu można przeleżeć na dywanie, pod który zostały zamiecione nawarstwiające się od tak wielu lat brudy?

Jaką karę powinienem wymierzyć sobie za to, że tak długo nie byłem ze sobą szczery?

Czy karą samą w sobie nie jest już sam brak szczerości?

Mam 27 lat.

Jestem alkoholikiem.

Nie mogę już patrzeć na swoje odbicie w lustrze, tak źle się ze sobą czuję. Jakby tego było mało, stanowię zagrożenie dla samego siebie do tego stopnia, że klub 27 nie jest dla mnie tylko opowieścią o gwiazdach z Hollywood, a realnym problemem.

Wszystko dlatego, że alkohol daje mi znacznie więcej niż innym ludziom. Gdy piję, to świat staje się różowy i ja nie chcę, aby kiedykolwiek przestał taki być.

A życie, kurwa, nie jest różowe.

Żeby to zrozumieć, trzeba przestać pić.

Są ludzie tak długo skąpani w brudnym różu, że nie widzą już żadnych innych barw. Gdy wymiotują czerwonym winem, błagają Boga o litość. Przysięgają na największe świętości, że to już koniec, by zaraz potem wziąć kolejny łyk.

No i ci, którzy zwyczajnie muszą przestać. Wtedy z przerażeniem odkrywają, że świat bez alkoholu jest dla nich czarny. Czasem jest to tak bardzo głęboka czerń, że śmierć wydaje się jaśniejsza.

Nie chciałem mieć wyboru pomiędzy różem a czernią, dlatego sam wysłałem się na zamknięty odwyk.POCZĄTEK

Miejsce ukryte pośrodku sosnowego lasu.

Miejscowość, w której próżno szukać nazw ulic na budynkach. Na domiar złego mój coraz bardziej zawodny telefon postanowił się wyłączyć, choć jeszcze przed chwilą bateria pokazywała dziesięć procent. Jakby tego było mało, bankomat, który według Google Maps miał być tuż obok, okazał się jedynie legendą sprzed śmierci mojego smartfona.

Pech? Jak zwykle. Przynajmniej ładnie. Cisza, drzewa, spokój. Początek marca, temperatura bliska zeru, gdzieniegdzie jeszcze zalegał śnieg. Nawet o tej porze roku krajobraz robił wrażenie.

Nauczyłem się wyciągać plusy z każdej, nawet najbardziej patowej sytuacji. Tylko szkoda, że na podziwianie tych widoków pozostało piętnaście minut, bo za tyle mam się stawić w recepcji.

Na szczęście (albo i nie), wszystkie drogi w tej leśnej mieścinie prowadzą do jednego miejsca — na odwyk. A konkretnie: do szpitala z Oddziałem Leczenia Uzależnień NFZ, którego logo przypomina nieudolnie przerobiony logotyp NASA — z tą różnicą, że zamiast podboju kosmosu, ratują tych, którzy zbyt często lądowali na dnie butelki.

Sam budynek wygląda raczej jak PRL-owski kompleks wypoczynkowy dla emerytów niż mroczna jama z filmów Smarzowskiego. To zresztą był jeden z powodów, dla których wybrałem właśnie ten ośrodek. Skoro już mam spędzić tu kilka tygodni z innymi alkoholikami, to przynajmniej niech mi tynk nie sypie się na głowę.

Wkroczyłem do tego ośrodka ciągnąc za sobą czarną lakierowaną walizkę na kółkach. Głos plastiku odbijał się echem od ścian dużego holu. Poza Oddziałem Leczenia Uzależnień był tu jeszcze oddział rehabilitacyjny i leczenia nerwic. Będzie gdzie wracać, gdy już rozprawię się z piciem.

Już od progu przywitał mnie… alkomat. „Biiip!”. Zielona dioda — zero promili. Ulga. Pada pytanie: „Czy korzystał pan ostatnio z innych środków psychoaktywnych?”.

Nie, nigdy nie miałem do nich większego pociągu, choć nie oszukujmy się — show-biznes narkotykami stoi. Bankiety pełne zatkanych nosów i ludzi, którzy za wszelką cenę chcą zatrzymać imprezę mimo iż ta się kończy. To jak próba reanimacji trupa — błyskawica w sercu Frankensteina.

— Proszę wypełnić formularz.

Gdy wyszedłem moim oczom ukazał się przedziwny pokój pielęgniarek z ludźmi za szybą, którzy byli drżący, wyniszczeni. Detoks. To tutaj alkoholik styka się z piekłem. Róż zamienia się w czerń. Czerń w ból. A ból… w krzyk duszy. Jeden z pacjentów trzymał się poduszki, jakby to była ostatnia rzecz, która chroni go przed ostatecznym rozpadem. Sam dobrze znałem ten stan. Drżące dłonie, spocone ciało, strach, że serce za chwilę przestanie bić. Pamiętam oczy w lustrze — bez blasku, pełne łez i cierpienia.

Dlaczego? Dlaczego to sobie robię? Samo wspomnienie tamtych chwil powinno mnie odstraszyć raz na zawsze. Jednak obsesja picia przewyższa chęć do życia. Masochizm w czystej postaci.

Rejestracja znajdowała się na końcu długiego korytarza. Z trudem ciągnąłem za sobą walizkę, która wydawała z siebie żałosny stukot na tle otaczającej mnie zewsząd szpitalnej ciszy. W pewnym momencie mijałem salę z telewizorem i krzyżem na ścianie, w której siedziała grupka ludzi w różnym wieku — głównie faceci. Na ich twarzach malowały się smutne historie.

Przemawiał do nich siwy mężczyzna, tonem bardziej kaznodziejskim niż terapeutycznym.

Pomyliłem drogę — wracałem więc, przechodząc ponownie przez salę. Liczyłem, że nikt nie zwróci na mnie uwagi.

— Człowieku, co ty wyprawiasz? Teraz jest zebranie z samym szefem szefów! – padło szeptem z jednego z kątów.

Postanowiłem posłuchać. Nie warto podpadać już pierwszego dnia.

Zebranie dobiegło końca. Niedługo potem trafiłem pod właściwy adres. Pokój, do którego mnie zaproszono, był… no cóż, nie napawający optymizmem. Obdrapane ściany, lamperia niczym odpadająca łuska. Może to próba dla tych, którzy jeszcze się wahają? „Jeśli teraz nie zrezygnujesz, potem będzie już tylko lepiej”. Czar nowoczesnego ośrodka prysł.

Pozostało podpisać kontrakt: zobowiązanie do abstynencji i – o zgrozo – zakaz nawiązywania kontaktów seksualnych z innymi uczestnikami. Serio? Ktoś przyjeżdża na odwyk w takich celach? W zamian za podpisanie kontraktu otrzymuję niebieski zeszyt A4, w którym trochę jak w podstawówce znajdują się ćwiczenia. Z tą różnicą, że zamiast nauczyć mnie pisać i czytać mają za zadanie sprawić abym zrozumiał siebie, swoje emocje i to przez co się tutaj znalazłem. Chorobę.

— Tylko proszę, dajcie mnie do kogoś spokojnego – poprosiłem niepewnie odnosząc się do czekającego na mnie miejsca w dwuosobowym pokoju.

— Bez obaw, dobieramy według wieku – odpowiedziała pielęgniarka.

W mojej głowie od razu pojawił się obraz: łysy koleś z Pragi, ortalionowy dres, trzy paski. Pewnie agresor, homofob… psychopata. Nie da się ukryć, że w moim wieku najbardziej ludziom odpierdala.

Dostałem klucze.

Pokój 58. Mój nowy dom. 14 metrów kwadratowych z widokiem na bramę. Moje schronienie przed światem pełnym flaszek, zaproszeń na „jednego” i znajomych, którzy jeszcze nie zorientowali się, że przegapili swój ostatni pociąg. Meble? Nie z Ikei, ale przynajmniej bez grzyba na ścianach. Niedługo miał się zjawić mój współlokator. Nie było nikogo w moim wieku, więc ostatecznie do pokoju przydzielono mi faceta starszego o dekadę. Dobrze. To mnie nawet uspokoiło. Miałem nadzieję, że przyjdzie ktoś inteligentny,oczytany i wrażliwy na sztukę z kim będę mógł prowadzić długie dyskusje na temat ostatnich wystaw w Zachęcie. Niedługo się bardzo zdziwię.

Za oknem – stara, metalowa furtka. Otwarta. Ścieżka ucieczki. Moje zabezpieczenie, bezpieczna przystań, gdybym jednak postanowił się wycofać. Świadomość, że mogę uciec paradoksalnie daje siłę, by zostać.

Przed przyjazdem w głowie kłębiły mi się pytania. Czy wypada wziąć suszarkę do włosów? Jakie perfumy? Jakie książki? Unikałem tych z różowymi okładkami i słowem „miłość” w tytule. Nie chciałem się zdradzić. Nie tu. Nie teraz. Nie jestem gotowy. Coming out na odwyku? Brzmi jak słaby żart. A ja kiepsko kłamię. Więc lepiej nie prowokować pytań.

_Oddychaj, Piotrze. Wdech. Wydech._

Spojrzałem przez okno. Natura zawsze mnie koiła — o ile byłem trzeźwy na tyle, by ją zauważyć. A to, niestety, zdarzało się coraz rzadziej. Szpital otoczony był starymi drewnianymi domami, wśród wysokich sosen. Dawniej zanudziłbym się tu na śmierć. Dziś potrzebowałem tej ciszy bardziej niż czegokolwiek innego.

Otworzyły się drzwi. Do pokoju wszedł mój współlokator. Nie był łysy. Nie miał ortalionu. Był wysokim brunetem, na którego urodzie etanol pozostawił swoje piętno.

— Nazywam się Grzesiek – rzucił pewnym tonem.

— yyyy, Piotrek – odpowiedziałem, nieco mniej pewnie.

— Widzę, że kolejnego mi przysłali.

— Kolejnego?

— Tak. Z ostatnim mieszkałem dwa tygodnie. Stary ćpun, trzydzieści lat na amfie. Odwiozła go matka do MONAR-u – podobno tam łatwiej o towar. A ty? Alkohol? Narkotyki? Cały pakiecik?

— Alkohol.

— No to luzik.

Zapoznam was z osobą Grześka i zdradzę kilka faktów, które z pewnością chciałbym znać już wtedy. Więc był on człowiekiem z warszawskiej północy, tak zwaną starą gwardią alkoholików, wedle których, gdy nie pijesz denaturatu, to sam żadnym uzależnionym nie jesteś. Miałem wrażenie, że jego życie ogranicza się głównie do jedzenia i wydalania z siebie tego, co zje. A jadł naprawdę dużo i ciągle. Kilka razy dziennie wypróżniał się również, a robił to niemal tak głośno, jak głośno mlaskał przy jedzeniu. Na tyle, że było to słychać przez zamknięte drzwi toalety. Ba! Przez zamknięte drzwi toalety można było nawet wywnioskować konsystencję jego ekskrementów, a przynajmniej po odgłosie wypróżniania można było domyślić się ciągłych problemów z żołądkiem, z którymi najwyraźniej się zmagał. Po spuszczeniu wody w kiblu nie było słychać odkręconego kranu, domyślałem się więc, że nigdy nie mył rąk, starałem się mu więc swoich nie podawać. Jednak najbardziej nie lubiłem, gdy zaraz po wyjściu z toalety brał do ręki moje leżące na półce książki. Wyobrażałem sobie wtedy, że przed chwilą tymi samymi łapami strzepywał sobie resztki moczu.

Gdyby jeszcze brał je w dłonie, aby coś przeczytać. Tymczasem on wertował je namiętnie, jakby w poszukiwaniu obrazków, a potem zawiedziony odkładał z powrotem na półkę. Omal byłbym zapomniał o bekaniu… a była to prawdziwa symfonia dźwięków. Po zjedzeniu najbardziej tłustych i obrzydliwych rzeczy, jakie można sobie tylko wyobrazić, słał w przestrzeń kilka dźwięków, które w niczym nie przypominały żadnych znanych mi ludzkich odgłosów. Czasami po takim koncercie marzyłem o tym, aby zmienić pokój, jednak ciągle istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że mogę trafić na kogoś jeszcze gorszego. Chociaż gdy zobaczyłem kupę na swoim ręczniku, byłem ku tej decyzji nadzwyczaj blisko. Czasem po wyjściu z toalety posyłał w moim kierunku mądrości typu: „Nie jesteś prawdziwym alkoholikiem, bo nigdy nie piłeś F16”. Był to słynny alkohol niespożywczy, o którym w przerwach opowiadali sobie inni uzależnieni z wypiekami na twarzy. Coś jak denaturat, tylko poziom niżej i używane jako paliwo do samolotów, stąd nazwa.

Więc moje dni mijały na takich odgłosach i takich docinkach. Czasami w myślach rzucałem w kierunku Boga pretensjonalne „Czemu mi to robisz?”. Podobne do tego, podczas rzygania, gdy wino wlane na pusty żołądek się nie przyjęło. Wesoło, co? A to dopiero sam początek.

Pierwszy posiłek w odwykowej jadłodajni.

Stołówka, jak stołówka, klimat mocno PRL-owski. Pośród tłumu oczekującego w kolejce na główne danie wyłapuję wzrokiem trzy kobiety. Dostrzegam również, że to one wiodą tu prym, a mężczyźni starają się im przypodobać, oddając co lepsze kąski ze swoich talerzy. Grzesiek zajął mi miejsce obok siebie.

Obiad dwudaniowy. Na pierwsze danie zupa o smaku nijakim, jak się wkrótce okaże, podawana tu codziennie, tylko o zmiennym zabarwieniu. Na drugie jakiś kotlet.

Sztućce były pilnowane przez kucharki, chyba tylko po to, aby ktoś nie zabrał ich w celu popełnienia harakiri. Brakuje tylko łyżek doczepionych do stołów metalowymi łańcuchami niczym z filmu Barei. Wychodzę.

Wracam, w końcu jestem głodny.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij