Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Życie dla brudnego różu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
25,62
2562 pkt
punktów Virtualo

Życie dla brudnego różu - ebook

„Życie dla brudnego różu” to opowieść o próbie odzyskania kontroli nad własnym życiem. Znany prezenter, Piotr, stopniowo zatraca się w nałogu. Po kolejnej nieudanej terapii decyduje się zamknąć w publicznym ośrodku otoczonym sosnowym lasem. Czytelnik towarzyszy bohaterowi w surowym świecie miejsca, gdzie inność napotyka na niezrozumienie. Poznając pacjentów, Piotr zaczyna rozumieć, że alkohol służył mu do zagłuszania lęku przed prawdą o sobie. Książka przeznaczona dla osób pełnoletnich.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-188-2
Rozmiar pliku: 1 023 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ

ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ

_ㅤㅤㅤㅤㅤ Klaudii i Małgorzacie_ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ

ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤ

ㅤㅤ ㅤㅤㅤ ㅤㅤㅤ

Budzisz się.

Drżą ci ręce, drży cały twój organizm.

Czasami nerwowo łapiesz uciekający oddech, innym razem ból głowy jest na tyle nie do wytrzymania, że realnie myślisz nad popełnieniem samobójstwa.

Najczęściej jedno przeplata się z drugim. W środku twojej głowy — pisk.

Ostry, świdrujący, przenikający do najmniejszego zakamarka czaszki. Jak wiertło dentystyczne borujące spróchniały ząb.

Nie zatrzymuje się, nie ma litości.

Na twojej prawej dłoni widnieje pieczątka w kształcie klucza.

I chociaż miałeś nadzieję, że istnieje cień szansy, iż wreszcie odkryjesz prawdę o sobie, to po chwili dociera do ciebie, że to jedynie pamiątka wczorajszej imprezy.

Potem czujesz ból.

Zauważasz, że pasmo zaschniętych strupów ozdabia twoją skórę niczym medale nieudolności.

Zaczynają wracać urwane kadry, ułamki obrazów.

Widzisz twarze. Znane. Obce. Rozmyte.

A najgorsze, że choć sam je ledwo pamiętasz, to one pamiętają ciebie doskonale.

Leżysz tak w bezruchu.

Czas się rozciąga. Minuty przypominają godziny. W końcu się podnosisz i jak zwykle nerwowo przetrząsasz rzeczy. Karta? Dowód? Portfel?

Brzęk pustych puszek odbija się od ścian niczym echo wstydu. To scena upadku.

Odnajdujesz wszystko, czego szukałeś.

No prawie wszystko — oprócz utraconej już dawno temu godności. W środku znowu czujesz znaną sobie pustkę.

Gdyby to była normalna historia, to pewnie teraz powinienem się przedstawić. Wyznać wesoło: „Cześć, jestem Piotrek”. Ale nie mam na to siły…

Zatem darujmy sobie autoprezentację rodem ze standardowej opowieści, bo ta historia zdecydowanie do takich nie należy. Zresztą czy komukolwiek chciałoby się czekać kilka dni, aż dojdę do siebie?

A ja czekałem i to wielokrotnie…

Upadanie.

Wstawanie.

Upadanie.

Wstawanie.

Ileż tak można?

Sam sobie napisałem najgorszy rozdział. Znajduję się obecnie na etapie życia, w którym nie potrafię już funkcjonować bez alkoholu. Dwie otwarte terapie dzienne za mną, a ja wciąż piję. Nie jestem może jak Bożena — znajoma mojej babci, która pod koniec swojej choroby alkoholowej nie wstawała już nawet z łóżka. Prowadzę programy w telewizji internetowej, w której piją chyba wszyscy — od prezenterów po operatorów. Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że cokolwiek jeszcze udaje nam się poskładać do kupy i wypuścić na naszym kanale na YouTubie. Niedawno mieliśmy zdjęcia w Londynie przy festiwalu filmowym. Było całkiem znośnie, aż znów się najebałem i narobiłem wstydu.

Pod skórą noszę w sobie ogromne poczucie winy.

Bo chcę od życia więcej. Bo wiem, że mogę więcej.

Tyle że coś mnie stale ciągnie w dół.

Tym czymś jestem ja sam.

Każdy normalny człowiek złapałby mnie teraz za rękę i zapytał: „Co ty robisz ze swoim życiem?”.

Jednak to tak nie działa, bo gdyby działało, to już dawno sam bym się za nią złapał.

Próbowałem wszystkiego. Więc teraz jestem tutaj… znowu.

* * *

Obudziłem się, słysząc krople deszczu uderzające o parapet. Kolejny raz zostałem wyrwany z letargu. Od poprzedniego minęło kilka miesięcy. Czuję się, jakbym był postacią z filmu science fiction. Więźniem dziury czasowej wciąż powtarzającym te same błędy i jednocześnie świadomym, że ten pierdolony Dzień Świstaka i tak się nigdy nie skończy.

Nie zmieniło się nic. Zupełnie nic. Marzę, aby to był jednak sen.27

Na ścianie w moim pokoju wisi biała kartka ze zdaniem: „Gdy będziesz pił, to nigdy nie pójdziesz do przodu, nigdy nie spełnisz swoich marzeń”. Brzmi jak frazes. Pseudocoachingowe gówno, które mógłby wygłosić jakiś zadufany w sobie coach. Tyle że sam to napisałem, gdy ręce trzęsły mi się od zespołu abstynencyjnego. Pot mieszał się ze łzami, a jedyne, co byłem w stanie zrobić, to nabazgrać te kilka słów.

Myślałem, że jestem młody, więc wszystko mi wolno. Przecież tak robią inni — koledzy, koleżanki. Świetnie się bawią, tańczą do rana, rzygają na przystankach, budzą się u nieznajomych.

Patrzę na tę kartkę i próbuję sobie przypomnieć, kiedy to się właściwie zaczęło.

Może wtedy, gdy jako nieśmiały chłopak pracowałem w call center i nie umiałem otworzyć ust bez setki wódki „na odwagę”, którą wypijałem jednym haustem tuż przed pracą. Z czasem stał się to także sposób na to, by nie czuć upokorzenia, kiedy klienci wylewali na mnie swoje frustracje. Żeby przeżyć w Warszawie, musiałem namawiać ich do kupna szitu, którego nie powstydziłby się żaden odpust. Czasem były to wielorazowe szwajcarskie maszynki do golenia, innym razem abonament na bawełniane majtki „od firmy z wieloletnią tradycją”. Natomiast w okolicy świąt i sylwestra — luksusowa biżuteria reklamowana jako doskonały prezent dla bliskich, który pozostanie w rodzinie dla kolejnych pokoleń. Nic więc dziwnego, że na moim biurku coraz częściej pojawiał się niepozorny gazowany napój, którego sporą część stanowiła procentowa wkładka. Kiedyś po kilku godzinach pracy byłem tak zalany, że nie potrafiłem nawet odpowiedzieć „dzień dobry”. Nikt, poza jedną koleżanką, nic nie zauważył. Liczyły się tylko cyfry: dwa zamówienia gówna na godzinę. Alkohol koił. Zamieniał ból w śmiech, lęk w odwagę.

Nikt nie nauczył mnie przeżywania emocji na trzeźwo. W moim domu nie mówiło się o uczuciach. Ucieczka zawsze stawała się więc moim pierwszym odruchem.

Może zaczęło się to nieco później — w innej pracy, w której szef darł się na mnie tak niemiłosiernie, że podczas przerwy biegłem kilometr do sklepu, byle tylko kupić alkohol. To był codzienny popołudniowy sprint, bo musiałem się zmieścić w trzydziestominutowej przerwie. Potem zamykałem się w łazience i jednym haustem wypijałem całą zawartość szklanej buteleczki, a w zapasie miałem kolejne dwie porcje takiej ulgi. Wtedy tak bardzo potrzebowałem mieć to wszystko głęboko w dupie.

Chyba tak naprawdę wszystko zaczęło się, gdy obudziłem się w swoje dwudzieste piąte urodziny — bez planów, bez perspektyw, w przepoconej pościeli, wśród pustych butelek po winie. Nie wiedząc, kim jestem ani dokąd w życiu zmierzam. Wtedy też poszedłem na pierwszą terapię, po której piłem jeszcze więcej.

A może było to we mnie od zawsze i wystarczyło tylko odpalić lont?

Ile czasu można przeleżeć na dywanie, pod który zostały zamiecione nawarstwiające się od tak wielu lat brudy?

Jaką karę powinienem wymierzyć sobie za to, że tak długo nie byłem ze sobą szczery?

Czy nie jest nią już sam brak szczerości?

Mam dwadzieścia siedem lat.

Jestem alkoholikiem.

Nie mogę już patrzeć na swoje odbicie w lustrze, tak źle się ze sobą czuję. Jakby tego było mało, stanowię zagrożenie dla samego siebie, do tego stopnia, że Klub 27 nie jest dla mnie tylko opowieścią o gwiazdach z Hollywood, a realną perspektywą.

Wszystko dlatego, że alkohol daje mi znacznie więcej niż innym ludziom. Gdy piję, świat staje się różowy, a ja nie chcę, aby kiedykolwiek przestał taki być.

A życie, kurwa, nie jest różowe.

Żeby to zrozumieć, trzeba przestać pić.

Są ludzie tak długo skąpani w brudnym różu, że nie widzą już żadnych innych barw. Gdy wymiotują czerwonym winem, błagają Boga o litość. Przysięgają na największe świętości, że to już koniec, by zaraz potem wziąć kolejny łyk.

No i ci, którzy zwyczajnie muszą przestać. Wtedy z przerażeniem odkrywają, że świat bez alkoholu jest dla nich czarny. Czasem jest to tak bardzo głęboka czerń, że nawet śmierć wydaje się jaśniejsza.

Nie chciałem mieć wyboru pomiędzy różem a czernią, dlatego sam wysłałem się na zamknięty odwyk.Początek

Miejsce ukryte pośrodku sosnowego lasu. Miejscowość, w której próżno szukać nazw ulic na budynkach. Na domiar złego mój coraz bardziej zawodny telefon postanowił się wyłączyć, choć jeszcze przed chwilą bateria pokazywała dziesięć procent. Jakby tego było mało, bankomat, który według Google Maps miał być tuż obok, okazał się jedynie legendą sprzed śmierci mojego smartfona.

Pech? Jak zwykle. Przynajmniej ładnie. Cisza, drzewa, spokój. Początek marca, temperatura bliska zeru, gdzieniegdzie jeszcze zalegał śnieg. Nawet o tej porze roku krajobraz robił wrażenie.

Nauczyłem się wyciągać plusy z każdej, nawet najbardziej patowej sytuacji. Szkoda tylko, że na podziwianie tych widoków miałem tylko piętnaście minut, bo za tyle miałem się stawić w recepcji.

Na szczęście (albo i nie) wszystkie drogi w tej leśnej mieścinie prowadzą do jednego miejsca: na odwyk. A konkretnie do szpitala z oddziałem leczenia uzależnień NFZ, którego logo przypomina nieudolnie przerobiony logotyp NASA — z tą różnicą, że zamiast podbijać kosmos ratują tych, którzy zbyt często lądują na dnie butelki.

Sam budynek wygląda raczej jak PRL-owski kompleks wypoczynkowy dla emerytów niż jak mroczna jama z filmów Smarzowskiego. To zresztą był jeden z powodów, dla których wybrałem właśnie ten ośrodek. Skoro już mam spędzić tu kilka tygodni z innymi alkoholikami, to przynajmniej niech tynk nie sypie mi się na głowę.

Wkroczyłem do tego ośrodka, ciągnąc za sobą czarną lakierowaną walizkę na kółkach. Głos plastiku odbijał się echem od ścian dużego holu. Poza oddziałem leczenia uzależnień był tu jeszcze oddział rehabilitacyjny i leczenia nerwic. Będzie gdzie wracać, gdy już rozprawię się z piciem.

Już od progu przywitał mnie… alkomat.

„Biiip!”

Zielona dioda — zero promili. Ulga. Pada pytanie: „Czy korzystał pan ostatnio z innych środków psychoaktywnych?”.

Nie, nigdy nie miałem do nich większego pociągu, choć, nie oszukujmy się, show-biznes narkotykami stoi. Bankiety pełne zatkanych nosów i ludzi, którzy za wszelką cenę chcą zatrzymać kończącą się imprezę. To jak próba reanimacji trupa — błyskawica w sercu Frankensteina.

— Proszę wypełnić formularz.

Gdy wyszedłem, moim oczom ukazał się przedziwny pokój pielęgniarek, a za szybą ludzie, którzy drżeli i byli wyniszczeni. Detoks. To tutaj alkoholik styka się z piekłem. Róż zamienia się w czerń. Czerń w ból. A ból… w krzyk duszy. Jeden z pacjentów trzymał się poduszki, jakby to była ostatnia rzecz, która chroni go przed ostatecznym rozpadem. Sam dobrze znałem ten stan. Drżące dłonie, spocone ciało, strach, że serce za chwilę przestanie bić. Pamiętam oczy w lustrze — bez blasku, pełne łez i cierpienia.

Dlaczego? Dlaczego to sobie robię? Samo wspomnienie tamtych chwil powinno mnie odstraszyć raz na zawsze. Jednak obsesja picia przewyższa chęć do życia. Masochizm w czystej postaci.

Rejestracja znajdowała się na końcu długiego korytarza. Z trudem ciągnąłem za sobą walizkę, która wydawała z siebie żałosny stukot zakłócający otaczającą mnie zewsząd szpitalną ciszę. W pewnym momencie mijałem salę z telewizorem i krzyżem na ścianie, w której siedziała grupka ludzi w różnym wieku, głównie facetów. Na ich twarzach malowały się smutne historie. Siwy mężczyzna przemawiał do nich tonem bardziej kaznodziejskim niż terapeutycznym.

Pomyliłem drogę, zawróciłem więc, przechodząc ponownie przez salę. Liczyłem, że nikt nie zwróci na mnie uwagi.

— Człowieku, co ty wyprawiasz? Teraz jest zebranie z samym szefem szefów! — padło szeptem z jednego z kątów.

Postanowiłem posłuchać. Nie warto podpadać już pierwszego dnia.

Zebranie dobiegło końca. Niedługo potem trafiłem pod właściwy adres. Pokój, do którego mnie zaproszono, no cóż, nie napawał optymizmem: obdrapane ściany, lamperia niczym odpadająca łuska. Może to próba dla tych, którzy się jeszcze wahają? _Jeśli teraz nie zrezygnujesz, potem będzie już tylko lepiej._ Czar nowoczesnego ośrodka prysł.

Pozostało podpisać kontrakt: zobowiązanie do abstynencji i, o zgrozo, zakaz nawiązywania kontaktów seksualnych z innymi uczestnikami. Serio? Ktoś przyjeżdża na odwyk w takich celach? W zamian za podpisanie kontraktu otrzymuję niebieski zeszyt A4 z ćwiczeniami. Trochę jak w podstawówce, z tą różnicą, że zadania zamiast nauczyć mnie pisać i czytać miały pomóc mi zrozumieć siebie, swoje emocje i powód mojego pobytu: chorobę.

— Tylko proszę, dajcie mnie do kogoś spokojnego — poprosiłem niepewnie, odnosząc się do czekającego na mnie miejsca w dwuosobowym pokoju.

— Bez obaw, dobieramy według wieku — odpowiedziała pielęgniarka.

W mojej głowie od razu pojawił się obraz: łysy koleś z Pragi, ortalionowy dres, trzy paski. Pewnie agresor, homofob, psychopata… Nie da się ukryć, że w moim wieku najbardziej ludziom odpierdala.

Dostałem klucze.

Pokój numer 58. Mój nowy dom. Czternaście metrów kwadratowych z widokiem na bramę. Moje schronienie przed światem pełnym flaszek, zaproszeń na „jednego” i znajomych, którzy nie zorientowali się jeszcze, że przegapili swój ostatni pociąg. Meble? Nie z Ikei, ale przynajmniej bez grzyba na ścianach. Niedługo miał się zjawić mój współlokator.

Nie było nikogo w moim wieku, więc ostatecznie do pokoju przydzielono mi faceta starszego o dekadę. Dobrze. To mnie nawet uspokoiło. Miałem nadzieję, że przyjdzie ktoś inteligentny, oczytany i wrażliwy na sztukę, z kim będę mógł prowadzić długie dyskusje na temat ostatnich wystaw w Zachęcie. Niedługo bardzo się zdziwię. Za oknem stara metalowa furtka. Otwarta. Ścieżka ucieczki. Moje zabezpieczenie, bezpieczna przystań, gdybym jednak postanowił się wycofać.

Świadomość, że mogę uciec, paradoksalnie daje mi siłę, by zostać.

Przed przyjazdem w głowie kłębiły mi się pytania. Czy wypada wziąć suszarkę do włosów? Jakie perfumy? Jakie książki? Unikałem tych z różowymi okładkami i słowem „miłość” w tytule. Nie chciałem się zdradzić. Nie tu. Nie teraz. Nie jestem gotowy. Coming out na odwyku? Brzmi jak słaby żart. A ja kiepsko kłamię. Więc lepiej nie prowokować pytań.

_Oddychaj, Piotrze. Wdech. Wydech._

Spojrzałem przez okno. Natura zawsze mnie koiła, o ile byłem na tyle trzeźwy, by ją zauważyć. A to, niestety, zdarzało się coraz rzadziej.

Szpital otoczony był starymi drewnianymi domami wśród wysokich sosen. Dawniej zanudziłbym się tu na śmierć. Dziś potrzebowałem tej ciszy bardziej niż czegokolwiek innego.

Otworzyły się drzwi. Do pokoju wszedł mój współlokator. Nie był łysy. Nie nosił ortalionu. Był wysokim brunetem, na którego urodzie odcisnął swoje piętno etanol.

— Nazywam się Grzesiek — rzucił pewnym tonem.

— Yyyy, Piotrek — odpowiedziałem nieco mniej pewnie.

— Widzę, że kolejnego mi przysłali.

— Kolejnego?

— Tak. Z ostatnim mieszkałem dwa tygodnie. Stary ćpun, trzydzieści lat na amfie. Matka odwiozła go do MONAR-u, tam podobno łatwiej o towar. A ty? Alkohol? Narkotyki? Cały pakiecik?

— Alkohol.

— No to luzik.

Zapoznam was z osobą Grześka i zdradzę kilka faktów, które z pewnością chciałbym znać już wtedy. Był to facet z warszawskiej północy, należący do tak zwanej starej gwardii alkoholików, wedle których jeśli nie pijesz denaturatu, to nie jesteś uzależniony. Miałem wrażenie, że jego życie ogranicza się głównie do jedzenia i wydalania z siebie tego, co zje. A jadł naprawdę dużo i ciągle. Wypróżniał się kilka razy dziennie, a robił to niemal tak głośno, jak głośno mlaskał przy jedzeniu. Na tyle, że było to słychać przez zamknięte drzwi toalety. Ba! Przez zamknięte drzwi toalety można było nawet wywnioskować konsystencję jego ekskrementów, a już na pewno domyślić się ciągłych problemów z żołądkiem, z którymi najwyraźniej się zmagał. Po spuszczeniu wody w kiblu nie było słychać odkręcania kranu, zrozumiałem więc, że nigdy nie mył rąk, i starałem się nie podawać mu dłoni. Jednak najbardziej nie lubiłem, gdy zaraz po wyjściu z toalety brał do ręki moje leżące na półce książki. Wyobrażałem sobie wtedy, że przed chwilą tymi samymi łapami strzepywał sobie resztki moczu.

Gdyby jeszcze brał je w dłonie, żeby coś przeczytać. Tymczasem on wertował je namiętnie, jakby w poszukiwaniu obrazków, a potem zawiedziony odkładał z powrotem na półkę. Omal byłbym zapomniał o bekaniu… A była to prawdziwa symfonia dźwięków. Po zjedzeniu najbardziej tłustych i obrzydliwych rzeczy, jakie można sobie tylko wyobrazić, słał w przestrzeń kilka dźwięków, które w niczym nie przypominały żadnych znanych mi ludzkich odgłosów. Czasami po takim koncercie marzyłem, by zmienić pokój, jednak ciągle istniało spore prawdopodobieństwo, że mogę trafić na kogoś jeszcze gorszego. Chociaż gdy zobaczyłem kupę na swoim ręczniku, byłem nadzwyczaj blisko takiej decyzji. Czasem po wyjściu z toalety posyłał w moim kierunku mądrości typu: „Nie jesteś prawdziwym alkoholikiem, bo nigdy nie piłeś F-16”. Był to słynny alkohol niespożywczy, o którym w przerwach opowiadali sobie z wypiekami na twarzy inni uzależnieni. Coś jak denaturat, tylko poziom niżej i używane jako paliwo do samolotów, stąd nazwa.

Moje dni mijały więc na takich odgłosach i docinkach. Czasami w myślach rzucałem w kierunku Boga pretensjonalne: „Czemu mi to robisz?”. Podobne do tego podczas rzygania, gdy wino wlane na pusty żołądek się nie przyjęło. Wesoło, co? A to dopiero początek.

Pierwszy posiłek w odwykowej jadłodajni. Stołówka jak stołówka, klimat mocno PRL-owski.

Pośród tłumu oczekującego w kolejce na danie główne wyłapuję wzrokiem trzy kobiety. Dostrzegam również, że to one wiodą tu prym, a mężczyźni starają się im przypodobać, oddając co lepsze kąski ze swoich talerzy. Grzesiek zajął mi miejsce obok siebie.

Obiad dwudaniowy. Na pierwsze danie zupa o nijakim smaku, jak się wkrótce okaże, podawana tu codziennie, tylko o zmiennym zabarwieniu. Na drugie jakiś kotlet.

Sztućce były pilnowane przez kucharki, chyba tylko po to, aby ktoś nie zabrał ich w celu popełnienia harakiri. Brakuje tylko łyżek doczepionych do stołów metalowymi łańcuchami niczym z filmu Barei. Wychodzę.

Wracam, w końcu jestem głodny.

Moje wątpliwości dotyczące tego, co będzie dalej, bardzo szybko zostały rozwiane. Po obfitym posiłku najedzeni alkoholicy udawali się na dziedziniec, a raczej do jego głównego punktu, czyli oddziałowej palarni, czyli czegoś przypominającego drewnianą wiatę: cztery słupy z blaszanym daszkiem. Byłem jedną z nielicznych niepalących osób na oddziale, mimo to wolałem się trzymać Grześka, który oczywiście palił. Miałem wrażenie, że niczym w więziennej społeczności także i tutaj panują jakieś wewnętrzne zasady i obowiązuje hierarchia. Musisz trzymać się ze swoimi. Raczej nie jest wskazane chodzenie tam samemu, zwłaszcza nocą.

Standardowo zaczynasz od przywitania się ze wszystkimi. Uścisk dłoni symbolizuje twoją siłę. Tuż przed przybyciem na terapię kilka osób radziło mi wziąć ze sobą paczkę fajek, nawet jeżeli nie palę. Papierosy są odwykową walutą i ponoć podobnie jak w więzieniu można dzięki nim wiele załatwić. Ja swojej paczki papierosów zapomniałem. Może i by mi się przydała.

Padają pytania o imię, wiek, pracę oraz moje ulubione: „Skąd pochodzisz?”. Tak jakby miejsce mojego urodzenia, na które nie miałem przecież żadnego wpływu, miało określać to, jakim jestem człowiekiem. Ważę słowa, nie chcę, aby przypadkiem wymknęło mi się na przykład coś o byłym chłopaku.

O godzinie 14:00 rozpoczynam swoje pierwsze zajęcia. Zazwyczaj nowe osoby zaczynają je dzień po przybyciu na oddział, natomiast mnie ten zaszczyt kopnął już tego samego dnia. Biorę ze sobą niebieski zeszyt, który otrzymałem przy podpisywaniu kontraktu. To tam znajdują się wszystkie informacje i zadania, które muszę wykonać, aby odzyskać upragnione zdrowie.

Wchodzę do sali. Pokój całkiem spory, może 25 na 25 metrów kwadratowych. Białe ściany przyozdobione lamperią w kolorze sraki. Przez wielkie okno wpada światło, rozlewając się po podłodze pokrytej płytkami jak z miejskiego szaletu. Jakby na siłę próbowało tu wnieść jakieś oświecenie. Jest w tym miejscu zupełnie jak nieproszony gość.

Rozglądam się. Jest nas około dwudziestu osób, może nieco więcej. Kilka kobiet, reszta mężczyźni. Większość z nich nie podnosi wzroku — wpatrują się w posadzkę, jakby była jedynym pewnym punktem w ich życiu. W takim miejscu niemal nikt nie pojawia się z własnej woli. Większość to zesłańcy, którzy trafiają tam przez sąd, policję, rodzinę. Część próbuje odzyskać dzieci, inni uzyskać tylko papierek, który dobrze wygląda w aktach. Nieliczni, jak ja, pojawiają się tu z własnego wyboru.

Jest i Grzesiek — mój osobliwy współlokator. Mimo jego obrzydliwych nawyków i grubiaństwa widać, że zależy mu na dzieciach. Gdy wspomina o nich w rozmowach, coś się w nim zmienia. Nagle pojawia się człowiek.

Pośród twarzy wyłapuję Annę — kobietę około pięćdziesiątki, elegancką, choć przygaszoną. Zmaga się nie tylko z chorobą alkoholową, ale i z depresją. Czułem, że znajdziemy wspólny język. Jest też Jadwiga — siwa, delikatna, wyglądająca bardziej na wolontariuszkę w jadłodajni niż alkoholiczkę, ale życie lubi zaskakiwać. W ich głosach nie ma agresji. Jest bezradność, czasem cicha rozpacz. Mój wzrok przyciąga Czesiek — łysy paker, którego, kierując się uprzedzeniami, z miejsca spisałem na straty. Zakodowałem sobie, że nie warto pokładać w nim nadziei. Dziś już wiem, jak bardzo się myliłem. Poznaję też Zuzę — młodą, również dwudziestosiedmioletnią alkoholiczkę. Jest i Ilona, która chce odzyskać dzieci. Jacka zwinęli spod monopolowego. Big, czyli Marcin — były diler. Artur — policjant, który przed emeryturą musi „zaliczyć terapię”, bo podobno tak właśnie często się dzieje. Arek — wojskowy z dwudziestoletnim stażem. Mundurowych jest tu sporo. Mówią, że taka praca wyciska z człowieka wszystko, co ludzkie. Zostaje tylko pustka, którą trzeba czymś zalać.

Zajęcia prowadzi Barbara — terapeutka, z którą podpisywałem kontrakt. Temat pierwszych zajęć to wiele mówiąca „psychozabawa”. Nazwa, która brzmi niewinnie, kryje w sobie więcej niż niejeden wykład akademicki.

Barbara rozdaje nam po cztery kartki formatu A2.

— Cofnijcie się myślami do czasu sprzed uzależnienia. Na każdej kartce zapiszcie po jednej rzeczy: wasze cele, wartości, marzenia i osoby, na których wam zależało.

Zamieram. Jak cofnąć się do świata, który zagłuszałem przez lata? Co mają powiedzieć ci, którzy piją od dzieciństwa? Grzesiek — pijący od trzynastego roku życia — pisze bzdury, opowiada o kradzieżach, chwali się, kogo to nie znał i z nie kim pił. Może to właśnie jego system wartości?

Wracam myślami do siebie z czasów, zanim to wszystko się zaczęło. Na kartkach zapisuję: „uczciwość”, „dobra praca”, „szczerość” i imię dziadka — osoby, która wiele dla mnie znaczyła.

Barbara mówi:

— Teraz oddajcie trzy kartki, zostawcie jedną.

Oddajemy. Zostaje mi ta z dziadkiem Stanisławem, który też borykał się z alkoholizmem, w wyniku czego zmarł niemal dwadzieścia lat temu. Był dla mnie ważny, był moim mentorem. Czasem w nocy czuję jego obecność — jakby próbował mi coś powiedzieć.

Barbara zbiera resztę kartek, drze je na strzępy i rzuca na środek sali, tworząc z nich papierową górę.

— To, co wam zostało, to jedyne, czego nie zdołało zniszczyć wasze uzależnienie — mówi. — Resztę… można próbować odzyskać, ale nawet jak je posklejacie, nie będą już takie same. Tak działa ta choroba. Niszcząc zaufanie, bliskość, marzenia, pozostawia tylko strzępy.

A potem pyta:

— Kto chciałby spróbować odzyskać swoje cele i wartości?

Nikt się nie rusza. Tylko ja klękam przy tej papierowej hałdzie. Grzebię jak szaleniec. Słyszę szepty, widzę przewracanie oczami, ale szukam. Nie odpuszczam. Kilka minut później mam swoje skrawki papieru. Nie wszystkie, ale znaczną ich część. Patrzę na nie: pogniecione, rozdarte, niepełne.

— To co teraz? — pytam. — Teraz mam je posklejać?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij