-
nowość
-
promocja
Życie od nowa - ebook
Życie od nowa - ebook
Czasem trzeba upaść na samo dno, by dostrzec drogę na powierzchnię.
Dno nie wygląda tak samo dla każdego. Ale wszyscy, którzy go sięgają, mierzą się z identycznym problemem: jak się od niego odbić.
Patrycja też tam była. Lata niepowodzeń, toksyczne związki, rozwód, samotność, ciągłe poczucie bycia niewystarczającą, a do tego dzieciństwo pełne lęku, które zostawiło po sobie głębokie rany. To wszystko sprowadziło ją na skraj.
Mimo to przetrwała i dziś może podzielić się swoją historią.
„Życie od nowa” to nie poradnik. To szczera, intymna opowieść, w której osoby znajdujące się w kryzysie mogą odnaleźć pocieszenie i nadzieję. Historia o drodze przez ból, terapii, odwadze, by zmierzyć się z własnymi porażkami, i o sile, która rodzi się z kruchości.
Bo nigdy nie jest za późno, by wypłynąć na powierzchnię – nawet jeśli jeszcze nie widzisz ku niej drogi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Wywiad |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-360-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Piszę tę książkę, bo przez wiele lat żyłam w cieniu przeszłości. Nie rozumiałam, że można inaczej. Zapierałam się rękami i nogami, aby nie dopuścić do siebie pomocy. Jestem dzieckiem alkoholika, córką emocjonalnie nieobecnej mamy, a teraz dorosłą kobietą. Kobietą, która od dziecka próbowała być silna, ale w środku zawsze czuła się pusta, zagubiona samotna i beznadziejna. Byłam jak gnijący od środka owoc – na zewnątrz piękny, błyszczący i pachnący, a w środku zżerany przez samego siebie – swoje robaczywe myśli.
Wiele już doświadczyłam: matkowanie własnemu ojcu, trudne relacje, rozwód, nowe początki. Aż w końcu nadszedł dzień, którego nigdy sobie nie wyobrażałam. Ten moment – który wydawał się końcem wszystkiego – okazał się początkiem mojego prawdziwego życia.
Dziś wiem, że zmiana jest możliwa. Terapia, leki, a przede wszystkim odwaga, żeby poprosić o pomoc, to nie oznaki słabości, ale siły, której tak naprawdę zawsze się bałam.
Jeśli czytasz te słowa i czujesz, że Twoje życie straciło kolory – chcę Ci powiedzieć jedno: Jeszcze nie wszystko stracone. Masz w sobie więcej siły, niż myślisz. Zasługujesz na to, żeby żyć czerpać z życia garściami, a nie tylko przetrwać każdy kolejny dzień.
Ta książka jest moją opowieścią o tym, że za ciemnymi chmurami chowa się słońce. Czasami trzeba na nie trochę poczekać. W końcu się pojawi, gdy przeminą gradobicia i burze. Ja też w to kiedyś nie wierzyłam, ale zmieniłam zdanie.
Ta książka nie jest idealna, bo i ja nie jestem idealna. Ale jest prawdziwa.
Zbieżność imion, osób i miejsc NIE jest przypadkowa. To jest moje życie.I
Dziecko z bagażem
Mama zawsze mi opowiadała, że kiedy urodziłam się dziesiątego lipca 1989 roku, tata świętował to wydarzenie przez trzy dni na zorganizowanych przez siebie tzw. pępkowych. Nic dziwnego – pierwsze dziecko, w dodatku córka, to powód do dumy. Na początku mieszkaliśmy razem z dziadkami od strony taty w ich mieszkaniu na jednym z bydgoskich osiedli w wieżowcu na siódmym piętrze. Do dzisiaj mam ogromny sentyment do tego miejsca i za każdym razem, kiedy tamtędy przejeżdżam, patrzę w okna swojego starego domu.
Jako mała dziewczynka chodziłam najpierw do żłobka, potem do przedszkola i, nie wiedzieć czemu, moje wspomnienia z tamtego okresu ograniczają się tylko do momentów, kiedy odbierał mnie tata. Może dlatego, że widziałam nagranie na kasecie VHS, jak właśnie jestem odbierana z przedszkola przez tatusia – bo tak go zawsze nazywałam – i stąd moje jedyne wspomnienie. Nie ma co się dziwić, bo miałam trzy lata, więc nawet fizjologia naszego mózgu nie pozwala na wcześniejsze rejestrowanie wspomnień. Jest jednak jedno wydarzenie, które zapamiętałam bardzo dobrze, choć byłam naprawdę mała. Tata zabrał mnie na pierwszą w moim życiu pizzę. Jaka ona była pyszna! Małą Margheritę „Bambino” pamiętam do dziś.
Kiedy skończyłam cztery lata, przeprowadziliśmy się z rodzicami do kawalerki. Rodzice postanowili się wyprowadzić, bo między nimi a dziadkami, zwłaszcza babcią, doszło do konfliktu. Kilka miesięcy później urodziła się moja siostra – Magdalena. Długo w tym mieszkaniu nie zabawiliśmy. Niewiele później babcia mojego taty zachorowała i dziadkowie postanowili wziąć ją do siebie, a do jej mieszkania wprowadziliśmy się my.
W kawalerce na piątym piętrze, w której mieszkała czteroosobowa rodzina, zrodziło się wiele wspomnień. Mieszkając tam, zaczęłam chodzić do zerówki do pani Tereni. Och, jak ja ją dobrze pamiętam. Surowa, ale kochana. Była moją pierwszą „ulubioną panią”, za którą mocno tęskniłam po zakończeniu przedszkola. Koleżanek i kolegów miałam bardzo dużo. Zawsze byłam otwartym dzieckiem, nigdy nie miałam problemów z nawiązywaniem nowych znajomości, byłam lubiana przez rówieśników. Z perspektywy czasu myślę, że to ja miałam większy problem z nimi. Byłam zazdrosna o to, że zawsze ktoś był odbierany przez mamę, a ja tylko przez tatę. Zazdrościłam im spędzania czasu z rodzicami na podwórku, kiedy ja zazwyczaj zostawałam sama.
Nie sprawiałam problemów. Szybko nauczyłam się czytać i pisać, ale mimo to nie spełniałam oczekiwań rodziców. Któregoś dnia pani Terenia zadała nam jako zadanie domowe narysować obrazki rzeczy, które zaczynają się na literę „A”. Nie wiem, co dokładnie narysowałam, ale jedna z ilustracji przedstawiała znany na tamte czasy proszek do prania Ariel. Z dumą wzięłam zeszyt do ręki i poszłam do taty, żeby pokazać mu zadanie.
– Zobacz, tatuś, odrobiłam zadanie domowe i narysowałam obrazki – powiedziałam, oddając mu zeszyt.
Tata na to z zażenowaniem odpowiedział sześcioletniej dziewczynce:
– A ty już nie potrafisz nic innego narysować oprócz proszku?
Zrobiło mi się przykro, spuściłam głowę, a potem zamazałam ten rysunek, bo nie spodobał się tacie. Moja siostra była mała, miała dwa lata, więc rodzice – a zwłaszcza mama – skupiali się na niej bardziej. Madzia była w moim odczuciu „tą lepszą córką” dla mamy, mnie mimo wszystko ciągnęło do taty.
Mama pracowała w tamtym czasie jako krawcowa na dwie zmiany. Tata był elektrykiem i również pracował w systemie zmianowym: ranki, popołudniówki i nocki… Jakoś trzeba było pogodzić godziny pracy rodziców z opieką nade mną i siostrą. Czasami, kiedy mama jeszcze nie wróciła, a tata już musiał wychodzić na nockę, zostawałam z dwuletnią Magdaleną sama w domu o dwudziestej pierwszej. Specjalnie przedłużałam wyjście taty w nieskończoność. A to długo myłam z nim zęby, a to suszyłam włosy i dostawałam reprymendę, że potrząsa się włosami, a nie suszarką, bo ta się zepsuje. Kiedy tata wychodził w końcu z domu, pojawiał się ten okropny ból brzucha. Byłam przerażona. Bałam się każdego dźwięku dochodzącego z klatki schodowej i bardzo czekałam, aż mama wróci do domu.
Pewnego grudniowego wieczora sytuacja się odwróciła. Tata został z nami, a mamy nie było bardzo długo. Słyszałam, jak dzwoni dzwonkiem do drzwi, puka, ale tata jej nie otworzył. Do dziś nie wiem, dlaczego nie wpuścił jej do mieszkania.
Były to czasy telefonów stacjonarnych, następnego dnia mama zadzwoniła do nas i powiedziała, że chce ze mną rozmawiać. Okazało się, że pojechała spać do babci – mamy mojego taty – bo nie miała gdzie się podziać.
– Cześć, Patrycja, zostawiłam u babci prezent dla ciebie na Mikołaja. Jak przyjedziesz, to zabierz go sobie – usłyszałam w słuchawce.
Nie miałam pojęcia, co się stało, że tata nie chciał wpuścić mamy. Przecież była po pracy, było już późno, zimno, a ona nie mogła wejść do domu. Byłam zbyt mała, żeby dociekać, tata pewnie powiedział mi coś, w co uwierzyłam i temat dla mnie był zakończony, ale trauma – jedna z wielu – pozostała. W tamtym czasie między rodzicami zaczęło coraz częściej dochodzić do kłótni.
Tej samej zimy, w którąś niedzielę, mieliśmy wszyscy jechać do rodziców mojej mamy – do babci Krysi i dziadka Antka. Mieszkali na wsi oddalonej od Bydgoszczy o ponad sześćdziesiąt kilometrów. Kochałam tam jeździć, bo babcia była moją ostoją, a jej dom bezpiecznym miejscem, w którym czułam się najlepiej na świecie. Każda wizyta – nawet jednodniowa – budziła we mnie radość i ekscytację. Tym razem było tak samo. Mama od rana przygotowywała mnie i Magdę na wyjazd. Tata po upojonej alkoholem nocy poszedł się kąpać. Zawsze tak robił, żeby alkohol szybciej z niego wyparował.
– Pospiesz się, chcemy już wychodzić i jechać! – Mama krzyczała pretensjonalnym głosem na niego przez drzwi łazienkowe.
Podniesiony ton mamy czy taty zawsze budził we mnie lęk, bo wiedziałam, że zaraz znowu się pokłócą i finał będzie taki sam jak zwykle – mama będzie bawiła się z Madzią, a tata z butelką. A ja będę sama.
– Zaraz wychodzę – odpowiedział tata, a właściwie wybełkotał, siedząc w wannie.
Mama zdążyła nas ubrać w kombinezony i kurtki zimowe, bo zima była bardzo sroga. Nie spieszyło mu się, więc mama, która zawsze pokazuje, że „ona potrafi”, zabrała kluczyki do samochodu, wsadziła nas do auta i sama zawiozła nas do dziadków w śnieżycę, po oblodzonych drogach. Nie wiem, czy tata zrobił to celowo, ale gdy wróciłyśmy wieczorem do domu, impreza rozkręciła się w najlepsze. Nigdy nie zapomnę widoku kolegi mojego taty śpiącego na naszym dywanie, pustych butelek wódki i kieliszków na stole oraz przekąsek w postaci ogórków kiszonych i kawałków kiełbasy. Tata spał na krześle, niewzruszony naszym powrotem do domu. Mama próbowała obudzić „Korka” – taką ksywę miał najlepszy w tamtych czasach kompan mojego ojca do picia – ale ten oblech był nieprzytomny i nie dało się go ruszyć z miejsca.
Mama zabrała nas do swojej teściowej, naszej babci Ani. Następnego dnia byłam wściekła na tatę za to, co zrobił. Od tamtego momentu znienawidziłam Korka, bo zepsuł mi tatusia. Tatusia, który jak był trzeźwy, to kupował mi pyszne rogale z nadzieniem czekoladowym, jadł ze mną w windzie gorący chleb z piekarni, żartował ze mnie w prima aprilis. Tamtej nocy wszystko się zmieniło. Po feralnym dniu tata zadzwonił do babci i chciał ze mną rozmawiać.
– Cześć, Patrysia, czemu jesteś na mnie zła? – zapytał.
– Za to, co mi zrobiłeś! – wykrzyczałam.
– Ale co ja ci zrobiłem? – Tata jak zwykle w takich sytuacjach nie widział niczego złego i robił z siebie głupka.
– ZROBIŁEŚ! – krzyknęłam i odłożyłam słuchawkę. Miałam wtedy sześć i pół roku, więc chyba sama nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co mówię, ale pamiętam, że płakałam i bolało.
Zbliżał się koniec roku szkolnego i tym samym zakończenie zerówki, po której następnym etapem była szkoła. Uroczystość pożegnania przedszkola była szczególna, więc trzeba było ładnie się ubrać. Poszłam z mamą kupić nowe buty, eleganckie lakierki, żeby strój był wyjątkowy. Wyjątkowo było na pewno, bo wybrałam sobie białe, lakierowane czółenka na niskim obcasie z kokardką na czubku. Poza tym, że jak szłam to moje lakierki stukały jak u dorosłej pani na szpilkach, to jeszcze… były co najmniej o rozmiar za małe, ale bałam się o tym powiedzieć mamie, bo nie kupiłaby mi ich, a przecież były takie piękne i tak cudnie pukały!
Moja mama była mistrzem zakupów. Miałyśmy jak na tamte czasy z Meg najlepsze jakościowo, najpiękniejsze ubrania… Zawsze byłyśmy ubrane tak samo albo bardzo podobnie. Biała koszulka, dżinsowa spódniczka i białe rajstopy to był ulubiony outfit naszej mamy, w który nas stroiła. Wkładała całe serce w to, żebyśmy zawsze były czyste i pięknie ubrane. Na tym kończy się emocjonalne zaangażowanie mamy na tamten czas.
Przyszedł czas szkoły podstawowej i… mojej wyprowadzki. Tak, tylko mojej. Ze względów „logistycznych” rodzice postanowili, że przeprowadzę się do dziadków od strony taty, a oni z Magdą zostaną w mieszkaniu w Fordonie. Do dzisiaj nie rozumiem powodów tej decyzji, bo mama pracowała stosunkowo niedaleko mojej szkoły, a Magda chodziła do przedszkola na tym samym osiedlu, na którym mieszkali dziadkowie, ale to ja musiałam się wyprowadzić i mieszkać sama, bez rodziców. Nie mogę powiedzieć, że było mi u nich źle. Babcia jeszcze pracowała, jednak dziadek był na emeryturze, więc poświęcał mi każdą wolną chwilę.
Wieczorami, kiedy babcia Ania wracała z pracy, lubiłam z nią spędzać czas. Nie przepadałam tylko za chwilami, gdy szła zmienić opatrunek babci Stasi, mamie dziadka, która miała coś z biodrem. Nikt nigdy mi nie pokazał, jak wyglądała ta rana i nie wolno mi było w tym czasie wchodzić do pokoju, więc wyobrażałam sobie, że prababcia nie ma pół brzucha i zieje tam wielka, zakrwawiona dziura. Potwornie się tego bałam.
Dziadek Andrzej zawsze traktował mnie czule i z miłością. Rano gotował mi zupę mleczną, robił bułkę maślaną z dżemem i kupował wszystko, co chciałam. Byłam jego „Tusią”, której nieba by uchylił, ale to jednak nie było to, czego w tamtym czasie potrzebowałam. Zazdrościłam mojej siostrze, że każdego dnia ma przy sobie rodziców, a ja widuję się z nimi tylko w weekendy. To z dziadkami przeżywałam pierwszą jedynkę, którą dostałam za niedokończony szlaczek. Płakałam jak bóbr.
– Uczeń bez jedynki to jak żołnierz bez karabinu – pocieszali mnie z czułością.
W końcu, kiedy uczęszczałam do drugiej klasy szkoły podstawowej, rodzice i dziadkowie zdecydowali się na zamianę mieszkań. Moje marzenie w końcu się spełniło, bo zamieszkałam z rodzicami w dużym, czteropokojowym mieszkaniu, które notabene dobrze znałam, ale od tamtego momentu miałyśmy z Magdą własne pokoje, rodzice salon – w sumie była to sypialnia taty, bo mama całe życie spała z moja siostrą.
Mieszkając na Połczyńskiej, jak zawsze miałam dużo koleżanek. Najbardziej zaprzyjaźniłam się z mieszkającą cztery piętra niżej Dominiką. Byłyśmy nierozłączne. Dominika wiedziała o mnie wszystko. Widziała różne stany mojego taty i nigdy nie oceniała mnie przez jego pryzmat. Jej mama nigdy nie pracowała, więc opiekowała się Domą i zawsze miała dla niej pyszny obiad po szkole. U mnie tego nie było. Obiad był najczęściej w sobotę i w niedzielę, a w tygodniu tylko wtedy, jeśli tata był w stanie coś przygotować, a jeśli nie to nie. Po prostu nie było. Jak sama zrobiłam sobie kanapki do szkoły to miałam, a jak nie to trudno. Mama ich nie robiła.
Najbardziej uwielbiałam, jak wpadała do nas na kilka dni babcia Krysia. Wtedy było wiadomo, że szykuje się najlepszy obiad na świecie i lodówka pełna pyszności. Przyjeżdżała zawsze popołudniowym PKS-em, jak kończył się odcinek Esmeraldy, Fiorelli albo Przyjaciółek i Rywalek – kochałam oglądać brazylijskie seriale. Tata darł się na mnie wtedy:
– Lepiej byś obejrzała jakiś program przyrodniczy, a nie ciągle oglądasz te jakieś Znienawidzone!
Co jak co, ale mojemu tacie trzeba przyznać, że ma łeb jak sklep. Zawsze go podziwiałam za umiejętność rozwiązywania krzyżówek, ale nie panoramicznych, gdzie hasła odgaduje pięcioletnie dziecko, ale tych najtrudniejszych, jak na przykład Jolki. Wszystko wiedział! Często odliczał drobne i wysyłał mnie do kiosku pod blokiem, żebym mu kupiła „Rozrywkę”, czyli zbiór najtrudniejszych krzyżówek, które on rozwiązywał bez problemu.
Zamiłowanie do teleturniejów o wiedzy, jak 1 z 10 albo Milionerzy, mam ewidentnie po nim. Jest jednak jedna rzecz, której tata nie przekazał mi w genach – matematyka. On – orzeł matematyczny, ja – totalny głąb. O tyle o ile tata starał się tłumaczyć mi najprostsze zasady matematyczne, moje postępy w nauce były żadne. Nigdy nie rozumiałam, o czym do mnie mówi. Zawsze kończyło się tak samo – ja płakałam nad książkami, tata na mnie wrzeszczał, że nic nie umiem, i koło się zamykało. Do samego końca edukacji ciągnęła się za mną ta matematyczna zmora.
W szkole byłam raczej przeciętną uczennicą. Nigdy nie wybijałam się w nauce, chyba, że z angielskiego – to był mój konik i od dziecka lubiłam i szybko przyswajałam nowy język. W przypadku reszty przedmiotów szłam po linii najmniejszego oporu. Prawda jest taka, że wszystko ogarniałam sama: naukę do sprawdzianów, zadania domowe, projekty. Moi rodzice średnio angażowali się w pomoc przy lekcjach. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek siedziała z mamą i czegoś się z jej pomocą uczyła.
– Idź do pokoju się uczyć, jak się nauczysz to przyjdź i cię przepytam – powtarzała zawsze jedno i to samo zdanie.
Nierzadko bywało tak, że jak już myślałam, że umiem, szłam do mamy, aby mnie przepytała. Wystarczyło, że zacięłam się na jednym słowie, a ona rzucała moim zeszytem przez pokój i mówiła:
– W tej chwili wyjdź się uczyć. Jak się nie nauczysz, to wiesz, co z tobą będzie.
Mimo jej słów nigdy nie było konsekwencji, gdy faktycznie dostawałam nienajlepszą ocenę. Uderzyła mnie tylko raz. Było to w drugiej albo trzeciej klasie szkoły podstawowej po tym, jak podrobiłam jej podpis w dzienniczku ucznia pod informacją o zebraniu dla rodziców. Zapomniałam dać go jej dzień wcześniej, żeby przeczytała i podpisała. Wychowawczyni sprawdzała, czy każdy ma podpis, no i bach. Potem wmawiałam mamie, że to przecież ona podpisywała. Dostałam za to w twarz.
To był pierwszy i ostatni raz kiedy mama podniosła na mnie rękę. Myślę, że ze względu na swoje wychowywanie nie znała innych metod, a wychowanie bliskościowe było tylko abstrakcją i trudnym terminem w słowniku. Tata nigdy nie używał siły. W ciągu alkoholowym był spokojny, pił w samotności przy ulubionej muzyce Budki Suflera czy The Scorpions.
Byłam już na tyle świadoma, że kiedy wracałam ze szkoły i słyszałam muzykę dobiegającą z naszego mieszkania przez otwarty balkon, to wiedziałam na sto procent, w jakim stanie jest tata. To był jego rytuał: muzyka puszczona na cały regulator z kina domowego Yamaha, kupionego za gratyfikacje i ukrytego w sypialni – a właściwie jak to z mamą i siostrą nazywałyśmy „Rezydencji Mecenasa Prado” – butelka albo butelki wódki i piwa. Tata był wtedy miły, rozgadany, uśmiechnięty i chętny do rozdawania pieniędzy na bzdury, które mu wciskałam, że są mi potrzebne.
Czasami taki stan trwał kilkanaście dni bez przerwy. Mama siedziała wtedy zazwyczaj w kuchni przed telewizorem i malowała paznokcie albo oglądała ulubione programy. Miała też „swoje życie” i swoje sprawy. Pamiętam, jak w któreś wakacje pojechaliśmy z rodzicami nad morze do Unieścia. Spędziliśmy tam kilka dni razem, ale tata musiał szybciej wrócić do Bydgoszczy, bo kończył mu się urlop. Na jeszcze parę dni zostałyśmy same z mamą i Magdą. Tego samego dnia, w którym tata wyjechał, mama zabrała nas na miasto. Dziwnym przypadkiem spotkała swojego „znajomego”, pana Andrzeja. Spędziłyśmy z nim parę godzin. Zabrał nas na lody jagodowe z polewą z białej czekolady. Mama i pan Andrzej tak się do siebie uśmiechali, że prawie zwymiotowałam. Im byłam starsza, tym więcej widziałam i rozumiałam. To było moje życie, moja codzienność, która stała się normalnością. Do dzisiaj skręca mnie w brzuchu, jak widzę jagodowy smak lodów.
*
Z biegiem czasu najważniejsze dla mnie stały się podwórko i moi znajomi. Każdą wolną chwilę spędzałam między dwoma blokami, bo zawsze ktoś wychodził na dwór i siedziało się na placu zabaw albo na klatkach schodowych aż do wieczora. Nie mieliśmy w tamtych czasach dostępu do internetu i smartfonów. Z moim kolegą Grzenasem potrafiliśmy przegadać całą noc, siedząc na półpiętrze. Tematy nigdy nam się nie kończyły.
W wakacje było najlepiej, bo można było przebywać na dworze od rana do wieczora i tak w kółko. W tamtym okresie największą karą dla mnie był zakaz wychodzenia na dwór. Kary zawsze dawała mama, bo tata nie ingerował w moje wychowanie. Nie mogłam przez to zrozumieć, jak to możliwe, że ojcowie moich kolegów albo koleżanek na coś im nie pozwalają. Przecież model rodziny jest taki, że tata nie ma nic do gadania, a mama wszystkim zarządza. Tak było u nas zawsze. To ona stała na czele rodziny i decydowała o najważniejszych kwestiach.
Teraz, kiedy jestem już dorosła, wiem, że wychowywała nas tak, jak umiała. Nie chciała źle i nie mam jej tego za złe. Myślę, że po latach to zrozumiała, bo jest mądrą kobietą. Jeśli dorośli sami nie dostali miłości w odpowiedniej ilości, to nie mają zasobów, aby przekazać ją dalej swoim dzieciom. Tak na pewno było z moją mamą. Mimo że była nieobecna emocjonalnie, to starała się jakoś utrzymać nas w ryzach, za co bardzo jej dziękuję. Mama była surowa. Z nią nigdy nie było dyskusji. Ani ja, ani Magda nie miałyśmy odwagi się jej sprzeciwić, bo myślę, że po prostu bałyśmy się reakcji. Wymagała ode mnie i mojej siostry dużo, ale na pewno zapunktowało to w naszym dorosłym życiu. Mam na myśli sprawy związane z utrzymaniem domu i ogólnym rozgarnięciem życiowym.
W przypadku rodziny takiej jak moja trudno jest postępować inaczej. Tata czasami był, a czasami odpływał na całe tygodnie. Był tak nieprzewidywalny, że nigdy nie można było nic zaplanować. Pewnego roku mieliśmy jechać na urlop do Kołobrzegu, bodajże w niedzielę rano. Mama już nas spakowała, wszystko było gotowe, a tata wrócił po paru dniach imprezowania z dziurą w nodze i zranioną głową. Okazało się, że miał po pijaku wypadek na rowerze i został potrącony przez samochód. Oczywiście nie widział w tym nic złego i pojechał z nami na wakacje, jak gdyby nigdy nic.
Trzeba natomiast oddać tacie, że jednego roku stanął na wysokości zadania – zabrał mnie i moją siostrę na cały tydzień wakacji bez mamy! To było coś! Szacun dla niego, że przygotował wszystko, co było nam potrzebne
Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.