Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Życie od nowa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 kwietnia 2026
2479 pkt
punktów Virtualo

Życie od nowa - ebook

Czasem trzeba upaść na samo dno, by dostrzec drogę na powierzchnię.

Dno nie wygląda tak samo dla każdego. Ale wszyscy, którzy go sięgają, mierzą się z identycznym problemem: jak się od niego odbić.

Patrycja też tam była. Lata niepowodzeń, toksyczne związki, rozwód, samotność, ciągłe poczucie bycia niewystarczającą, a do tego dzieciństwo pełne lęku, które zostawiło po sobie głębokie rany. To wszystko sprowadziło ją na skraj.

Mimo to przetrwała i dziś może podzielić się swoją historią.

„Życie od nowa” to nie poradnik. To szczera, intymna opowieść, w której osoby znajdujące się w kryzysie mogą odnaleźć pocieszenie i nadzieję. Historia o drodze przez ból, terapii, odwadze, by zmierzyć się z własnymi porażkami, i o sile, która rodzi się z kruchości.
Bo nigdy nie jest za późno, by wypłynąć na powierzchnię – nawet jeśli jeszcze nie widzisz ku niej drogi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Wywiad
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-360-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Mam na imię Pa­try­cja. Mam trzy­dzie­ści sześć lat. Je­stem mamą, ma­co­chą, żoną, cór­ką, sio­strą, wnucz­ką. Nie je­stem te­ra­peut­ką, ale ko­bie­tą, któ­ra prze­ży­ła swo­je wła­sne pie­kło – i dzię­ki nie­mu od­na­la­zła dro­gę do ży­cia, któ­re te­raz za­czy­na sma­ko­wać ina­czej.

Pi­szę tę książ­kę, bo przez wie­le lat ży­łam w cie­niu prze­szło­ści. Nie ro­zu­mia­łam, że moż­na ina­czej. Za­pie­ra­łam się rę­ka­mi i no­ga­mi, aby nie do­pu­ścić do sie­bie po­mo­cy. Je­stem dziec­kiem al­ko­ho­li­ka, cór­ką emo­cjo­nal­nie nie­obec­nej mamy, a te­raz do­ro­słą ko­bie­tą. Ko­bie­tą, któ­ra od dziec­ka pró­bo­wa­ła być sil­na, ale w środ­ku za­wsze czu­ła się pu­sta, za­gu­bio­na sa­mot­na i bez­na­dziej­na. By­łam jak gni­ją­cy od środ­ka owoc – na ze­wnątrz pięk­ny, błysz­czą­cy i pach­ną­cy, a w środ­ku zże­ra­ny przez sa­me­go sie­bie – swo­je ro­ba­czy­we my­śli.

Wie­le już do­świad­czy­łam: mat­ko­wa­nie wła­sne­mu ojcu, trud­ne re­la­cje, roz­wód, nowe po­cząt­ki. Aż w koń­cu nad­szedł dzień, któ­re­go ni­g­dy so­bie nie wy­obra­ża­łam. Ten mo­ment – któ­ry wy­da­wał się koń­cem wszyst­kie­go – oka­zał się po­cząt­kiem mo­je­go praw­dzi­we­go ży­cia.

Dziś wiem, że zmia­na jest moż­li­wa. Te­ra­pia, leki, a przede wszyst­kim od­wa­ga, żeby po­pro­sić o po­moc, to nie ozna­ki sła­bo­ści, ale siły, któ­rej tak na­praw­dę za­wsze się ba­łam.

Je­śli czy­tasz te sło­wa i czu­jesz, że Two­je ży­cie stra­ci­ło ko­lo­ry – chcę Ci po­wie­dzieć jed­no: Jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne. Masz w so­bie wię­cej siły, niż my­ślisz. Za­słu­gu­jesz na to, żeby żyć czer­pać z ży­cia gar­ścia­mi, a nie tyl­ko prze­trwać każ­dy ko­lej­ny dzień.

Ta książ­ka jest moją opo­wie­ścią o tym, że za ciem­ny­mi chmu­ra­mi cho­wa się słoń­ce. Cza­sa­mi trze­ba na nie tro­chę po­cze­kać. W koń­cu się po­ja­wi, gdy prze­mi­ną gra­do­bi­cia i bu­rze. Ja też w to kie­dyś nie wie­rzy­łam, ale zmie­ni­łam zda­nie.

Ta książ­ka nie jest ide­al­na, bo i ja nie je­stem ide­al­na. Ale jest praw­dzi­wa.

Zbież­ność imion, osób i miejsc NIE jest przy­pad­ko­wa. To jest moje ży­cie.I

Dziecko z bagażem

Mama za­wsze mi opo­wia­da­ła, że kie­dy uro­dzi­łam się dzie­sią­te­go lip­ca 1989 roku, tata świę­to­wał to wy­da­rze­nie przez trzy dni na zor­ga­ni­zo­wa­nych przez sie­bie tzw. pęp­ko­wych. Nic dziw­ne­go – pierw­sze dziec­ko, w do­dat­ku cór­ka, to po­wód do dumy. Na po­cząt­ku miesz­ka­li­śmy ra­zem z dziad­ka­mi od stro­ny taty w ich miesz­ka­niu na jed­nym z byd­go­skich osie­dli w wie­żow­cu na siód­mym pię­trze. Do dzi­siaj mam ogrom­ny sen­ty­ment do tego miej­sca i za każ­dym ra­zem, kie­dy tam­tę­dy prze­jeż­dżam, pa­trzę w okna swo­je­go sta­re­go domu.

Jako mała dziew­czyn­ka cho­dzi­łam naj­pierw do żłob­ka, po­tem do przed­szko­la i, nie wie­dzieć cze­mu, moje wspo­mnie­nia z tam­te­go okre­su ogra­ni­cza­ją się tyl­ko do mo­men­tów, kie­dy od­bie­rał mnie tata. Może dla­te­go, że wi­dzia­łam na­gra­nie na ka­se­cie VHS, jak wła­śnie je­stem od­bie­ra­na z przed­szko­la przez ta­tu­sia – bo tak go za­wsze na­zy­wa­łam – i stąd moje je­dy­ne wspo­mnie­nie. Nie ma co się dzi­wić, bo mia­łam trzy lata, więc na­wet fi­zjo­lo­gia na­sze­go mó­zgu nie po­zwa­la na wcze­śniej­sze re­je­stro­wa­nie wspo­mnień. Jest jed­nak jed­no wy­da­rze­nie, któ­re za­pa­mię­ta­łam bar­dzo do­brze, choć by­łam na­praw­dę mała. Tata za­brał mnie na pierw­szą w moim ży­ciu piz­zę. Jaka ona była pysz­na! Małą Mar­ghe­ri­tę „Bam­bi­no” pa­mię­tam do dziś.

Kie­dy skoń­czy­łam czte­ry lata, prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z ro­dzi­ca­mi do ka­wa­ler­ki. Ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li się wy­pro­wa­dzić, bo mię­dzy nimi a dziad­ka­mi, zwłasz­cza bab­cią, do­szło do kon­flik­tu. Kil­ka mie­się­cy póź­niej uro­dzi­ła się moja sio­stra – Mag­da­le­na. Dłu­go w tym miesz­ka­niu nie za­ba­wi­li­śmy. Nie­wie­le póź­niej bab­cia mo­je­go taty za­cho­ro­wa­ła i dziad­ko­wie po­sta­no­wi­li wziąć ją do sie­bie, a do jej miesz­ka­nia wpro­wa­dzi­li­śmy się my.

W ka­wa­ler­ce na pią­tym pię­trze, w któ­rej miesz­ka­ła czte­ro­oso­bo­wa ro­dzi­na, zro­dzi­ło się wie­le wspo­mnień. Miesz­ka­jąc tam, za­czę­łam cho­dzić do ze­rów­ki do pani Te­re­ni. Och, jak ja ją do­brze pa­mię­tam. Su­ro­wa, ale ko­cha­na. Była moją pierw­szą „ulu­bio­ną pa­nią”, za któ­rą moc­no tę­sk­ni­łam po za­koń­cze­niu przed­szko­la. Ko­le­ża­nek i ko­le­gów mia­łam bar­dzo dużo. Za­wsze by­łam otwar­tym dziec­kiem, ni­g­dy nie mia­łam pro­ble­mów z na­wią­zy­wa­niem no­wych zna­jo­mo­ści, by­łam lu­bia­na przez ró­wie­śni­ków. Z per­spek­ty­wy cza­su my­ślę, że to ja mia­łam więk­szy pro­blem z nimi. By­łam za­zdro­sna o to, że za­wsze ktoś był od­bie­ra­ny przez mamę, a ja tyl­ko przez tatę. Za­zdro­ści­łam im spę­dza­nia cza­su z ro­dzi­ca­mi na po­dwór­ku, kie­dy ja za­zwy­czaj zo­sta­wa­łam sama.

Nie spra­wia­łam pro­ble­mów. Szyb­ko na­uczy­łam się czy­tać i pi­sać, ale mimo to nie speł­nia­łam ocze­ki­wań ro­dzi­ców. Któ­re­goś dnia pani Te­re­nia za­da­ła nam jako za­da­nie do­mo­we na­ry­so­wać ob­raz­ki rze­czy, któ­re za­czy­na­ją się na li­te­rę „A”. Nie wiem, co do­kład­nie na­ry­so­wa­łam, ale jed­na z ilu­stra­cji przed­sta­wia­ła zna­ny na tam­te cza­sy pro­szek do pra­nia Ariel. Z dumą wzię­łam ze­szyt do ręki i po­szłam do taty, żeby po­ka­zać mu za­da­nie.

– Zo­bacz, ta­tuś, od­ro­bi­łam za­da­nie do­mo­we i na­ry­so­wa­łam ob­raz­ki – po­wie­dzia­łam, od­da­jąc mu ze­szyt.

Tata na to z za­że­no­wa­niem od­po­wie­dział sze­ścio­let­niej dziew­czyn­ce:

– A ty już nie po­tra­fisz nic in­ne­go na­ry­so­wać oprócz prosz­ku?

Zro­bi­ło mi się przy­kro, spu­ści­łam gło­wę, a po­tem za­ma­za­łam ten ry­su­nek, bo nie spodo­bał się ta­cie. Moja sio­stra była mała, mia­ła dwa lata, więc ro­dzi­ce – a zwłasz­cza mama – sku­pia­li się na niej bar­dziej. Ma­dzia była w moim od­czu­ciu „tą lep­szą cór­ką” dla mamy, mnie mimo wszyst­ko cią­gnę­ło do taty.

Mama pra­co­wa­ła w tam­tym cza­sie jako kraw­co­wa na dwie zmia­ny. Tata był elek­try­kiem i rów­nież pra­co­wał w sys­te­mie zmia­no­wym: ran­ki, po­po­łu­dniów­ki i noc­ki… Ja­koś trze­ba było po­go­dzić go­dzi­ny pra­cy ro­dzi­ców z opie­ką nade mną i sio­strą. Cza­sa­mi, kie­dy mama jesz­cze nie wró­ci­ła, a tata już mu­siał wy­cho­dzić na noc­kę, zo­sta­wa­łam z dwu­let­nią Mag­da­le­ną sama w domu o dwu­dzie­stej pierw­szej. Spe­cjal­nie prze­dłu­ża­łam wyj­ście taty w nie­skoń­czo­ność. A to dłu­go my­łam z nim zęby, a to su­szy­łam wło­sy i do­sta­wa­łam re­pry­men­dę, że po­trzą­sa się wło­sa­mi, a nie su­szar­ką, bo ta się ze­psu­je. Kie­dy tata wy­cho­dził w koń­cu z domu, po­ja­wiał się ten okrop­ny ból brzu­cha. By­łam prze­ra­żo­na. Ba­łam się każ­de­go dźwię­ku do­cho­dzą­ce­go z klat­ki scho­do­wej i bar­dzo cze­ka­łam, aż mama wró­ci do domu.

Pew­ne­go gru­dnio­we­go wie­czo­ra sy­tu­acja się od­wró­ci­ła. Tata zo­stał z nami, a mamy nie było bar­dzo dłu­go. Sły­sza­łam, jak dzwo­ni dzwon­kiem do drzwi, puka, ale tata jej nie otwo­rzył. Do dziś nie wiem, dla­cze­go nie wpu­ścił jej do miesz­ka­nia.

Były to cza­sy te­le­fo­nów sta­cjo­nar­nych, na­stęp­ne­go dnia mama za­dzwo­ni­ła do nas i po­wie­dzia­ła, że chce ze mną roz­ma­wiać. Oka­za­ło się, że po­je­cha­ła spać do bab­ci – mamy mo­je­go taty – bo nie mia­ła gdzie się po­dziać.

– Cześć, Pa­try­cja, zo­sta­wi­łam u bab­ci pre­zent dla cie­bie na Mi­ko­ła­ja. Jak przy­je­dziesz, to za­bierz go so­bie – usły­sza­łam w słu­chaw­ce.

Nie mia­łam po­ję­cia, co się sta­ło, że tata nie chciał wpu­ścić mamy. Prze­cież była po pra­cy, było już póź­no, zim­no, a ona nie mo­gła wejść do domu. By­łam zbyt mała, żeby do­cie­kać, tata pew­nie po­wie­dział mi coś, w co uwie­rzy­łam i te­mat dla mnie był za­koń­czo­ny, ale trau­ma – jed­na z wie­lu – po­zo­sta­ła. W tam­tym cza­sie mię­dzy ro­dzi­ca­mi za­czę­ło co­raz czę­ściej do­cho­dzić do kłót­ni.

Tej sa­mej zimy, w któ­rąś nie­dzie­lę, mie­li­śmy wszy­scy je­chać do ro­dzi­ców mo­jej mamy – do bab­ci Kry­si i dziad­ka Ant­ka. Miesz­ka­li na wsi od­da­lo­nej od Byd­gosz­czy o po­nad sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów. Ko­cha­łam tam jeź­dzić, bo bab­cia była moją osto­ją, a jej dom bez­piecz­nym miej­scem, w któ­rym czu­łam się naj­le­piej na świe­cie. Każ­da wi­zy­ta – na­wet jed­no­dnio­wa – bu­dzi­ła we mnie ra­dość i eks­cy­ta­cję. Tym ra­zem było tak samo. Mama od rana przy­go­to­wy­wa­ła mnie i Mag­dę na wy­jazd. Tata po upo­jo­nej al­ko­ho­lem nocy po­szedł się ką­pać. Za­wsze tak ro­bił, żeby al­ko­hol szyb­ciej z nie­go wy­pa­ro­wał.

– Po­spiesz się, chce­my już wy­cho­dzić i je­chać! – Mama krzy­cza­ła pre­ten­sjo­nal­nym gło­sem na nie­go przez drzwi ła­zien­ko­we.

Pod­nie­sio­ny ton mamy czy taty za­wsze bu­dził we mnie lęk, bo wie­dzia­łam, że za­raz zno­wu się po­kłó­cą i fi­nał bę­dzie taki sam jak zwy­kle – mama bę­dzie ba­wi­ła się z Ma­dzią, a tata z bu­tel­ką. A ja będę sama.

– Za­raz wy­cho­dzę – od­po­wie­dział tata, a wła­ści­wie wy­beł­ko­tał, sie­dząc w wan­nie.

Mama zdą­ży­ła nas ubrać w kom­bi­ne­zo­ny i kurt­ki zi­mo­we, bo zima była bar­dzo sro­ga. Nie spie­szy­ło mu się, więc mama, któ­ra za­wsze po­ka­zu­je, że „ona po­tra­fi”, za­bra­ła klu­czy­ki do sa­mo­cho­du, wsa­dzi­ła nas do auta i sama za­wio­zła nas do dziad­ków w śnie­ży­cę, po ob­lo­dzo­nych dro­gach. Nie wiem, czy tata zro­bił to ce­lo­wo, ale gdy wró­ci­ły­śmy wie­czo­rem do domu, im­pre­za roz­krę­ci­ła się w naj­lep­sze. Ni­g­dy nie za­po­mnę wi­do­ku ko­le­gi mo­je­go taty śpią­ce­go na na­szym dy­wa­nie, pu­stych bu­te­lek wód­ki i kie­lisz­ków na sto­le oraz prze­ką­sek w po­sta­ci ogór­ków ki­szo­nych i ka­wał­ków kieł­ba­sy. Tata spał na krze­śle, nie­wzru­szo­ny na­szym po­wro­tem do domu. Mama pró­bo­wa­ła obu­dzić „Kor­ka” – taką ksy­wę miał naj­lep­szy w tam­tych cza­sach kom­pan mo­je­go ojca do pi­cia – ale ten ob­lech był nie­przy­tom­ny i nie dało się go ru­szyć z miej­sca.

Mama za­bra­ła nas do swo­jej te­ścio­wej, na­szej bab­ci Ani. Na­stęp­ne­go dnia by­łam wście­kła na tatę za to, co zro­bił. Od tam­te­go mo­men­tu znie­na­wi­dzi­łam Kor­ka, bo ze­psuł mi ta­tu­sia. Ta­tu­sia, któ­ry jak był trzeź­wy, to ku­po­wał mi pysz­ne ro­ga­le z na­dzie­niem cze­ko­la­do­wym, jadł ze mną w win­dzie go­rą­cy chleb z pie­kar­ni, żar­to­wał ze mnie w pri­ma apri­lis. Tam­tej nocy wszyst­ko się zmie­ni­ło. Po fe­ral­nym dniu tata za­dzwo­nił do bab­ci i chciał ze mną roz­ma­wiać.

– Cześć, Pa­try­sia, cze­mu je­steś na mnie zła? – za­py­tał.

– Za to, co mi zro­bi­łeś! – wy­krzy­cza­łam.

– Ale co ja ci zro­bi­łem? – Tata jak zwy­kle w ta­kich sy­tu­acjach nie wi­dział ni­cze­go złe­go i ro­bił z sie­bie głup­ka.

– ZRO­BI­ŁEŚ! – krzyk­nę­łam i odło­ży­łam słu­chaw­kę. Mia­łam wte­dy sześć i pół roku, więc chy­ba sama nie do koń­ca zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, co mó­wię, ale pa­mię­tam, że pła­ka­łam i bo­la­ło.

Zbli­żał się ko­niec roku szkol­ne­go i tym sa­mym za­koń­cze­nie ze­rów­ki, po któ­rej na­stęp­nym eta­pem była szko­ła. Uro­czy­stość po­że­gna­nia przed­szko­la była szcze­gól­na, więc trze­ba było ład­nie się ubrać. Po­szłam z mamą ku­pić nowe buty, ele­ganc­kie la­kier­ki, żeby strój był wy­jąt­ko­wy. Wy­jąt­ko­wo było na pew­no, bo wy­bra­łam so­bie bia­łe, la­kie­ro­wa­ne czó­łen­ka na ni­skim ob­ca­sie z ko­kard­ką na czub­ku. Poza tym, że jak szłam to moje la­kier­ki stu­ka­ły jak u do­ro­słej pani na szpil­kach, to jesz­cze… były co naj­mniej o roz­miar za małe, ale ba­łam się o tym po­wie­dzieć ma­mie, bo nie ku­pi­ła­by mi ich, a prze­cież były ta­kie pięk­ne i tak cud­nie pu­ka­ły!

Moja mama była mi­strzem za­ku­pów. Mia­ły­śmy jak na tam­te cza­sy z Meg naj­lep­sze ja­ko­ścio­wo, naj­pięk­niej­sze ubra­nia… Za­wsze by­ły­śmy ubra­ne tak samo albo bar­dzo po­dob­nie. Bia­ła ko­szul­ka, dżin­so­wa spód­nicz­ka i bia­łe raj­sto­py to był ulu­bio­ny out­fit na­szej mamy, w któ­ry nas stro­iła. Wkła­da­ła całe ser­ce w to, że­by­śmy za­wsze były czy­ste i pięk­nie ubra­ne. Na tym koń­czy się emo­cjo­nal­ne za­an­ga­żo­wa­nie mamy na tam­ten czas.

Przy­szedł czas szko­ły pod­sta­wo­wej i… mo­jej wy­pro­wadz­ki. Tak, tyl­ko mo­jej. Ze wzglę­dów „lo­gi­stycz­nych” ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li, że prze­pro­wa­dzę się do dziad­ków od stro­ny taty, a oni z Mag­dą zo­sta­ną w miesz­ka­niu w For­do­nie. Do dzi­siaj nie ro­zu­miem po­wo­dów tej de­cy­zji, bo mama pra­co­wa­ła sto­sun­ko­wo nie­da­le­ko mo­jej szko­ły, a Mag­da cho­dzi­ła do przed­szko­la na tym sa­mym osie­dlu, na któ­rym miesz­ka­li dziad­ko­wie, ale to ja mu­sia­łam się wy­pro­wa­dzić i miesz­kać sama, bez ro­dzi­ców. Nie mogę po­wie­dzieć, że było mi u nich źle. Bab­cia jesz­cze pra­co­wa­ła, jed­nak dzia­dek był na eme­ry­tu­rze, więc po­świę­cał mi każ­dą wol­ną chwi­lę.

Wie­czo­ra­mi, kie­dy bab­cia Ania wra­ca­ła z pra­cy, lu­bi­łam z nią spę­dzać czas. Nie prze­pa­da­łam tyl­ko za chwi­la­mi, gdy szła zmie­nić opa­tru­nek bab­ci Sta­si, ma­mie dziad­ka, któ­ra mia­ła coś z bio­drem. Nikt ni­g­dy mi nie po­ka­zał, jak wy­glą­da­ła ta rana i nie wol­no mi było w tym cza­sie wcho­dzić do po­ko­ju, więc wy­obra­ża­łam so­bie, że pra­bab­cia nie ma pół brzu­cha i zie­je tam wiel­ka, za­krwa­wio­na dziu­ra. Po­twor­nie się tego ba­łam.

Dzia­dek An­drzej za­wsze trak­to­wał mnie czu­le i z mi­ło­ścią. Rano go­to­wał mi zupę mlecz­ną, ro­bił buł­kę ma­śla­ną z dże­mem i ku­po­wał wszyst­ko, co chcia­łam. By­łam jego „Tu­sią”, któ­rej nie­ba by uchy­lił, ale to jed­nak nie było to, cze­go w tam­tym cza­sie po­trze­bo­wa­łam. Za­zdro­ści­łam mo­jej sio­strze, że każ­de­go dnia ma przy so­bie ro­dzi­ców, a ja wi­du­ję się z nimi tyl­ko w week­en­dy. To z dziad­ka­mi prze­ży­wa­łam pierw­szą je­dyn­kę, któ­rą do­sta­łam za nie­do­koń­czo­ny szla­czek. Pła­ka­łam jak bóbr.

– Uczeń bez je­dyn­ki to jak żoł­nierz bez ka­ra­bi­nu – po­cie­sza­li mnie z czu­ło­ścią.

W koń­cu, kie­dy uczęsz­cza­łam do dru­giej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej, ro­dzi­ce i dziad­ko­wie zde­cy­do­wa­li się na za­mia­nę miesz­kań. Moje ma­rze­nie w koń­cu się speł­ni­ło, bo za­miesz­ka­łam z ro­dzi­ca­mi w du­żym, czte­ro­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu, któ­re no­ta­be­ne do­brze zna­łam, ale od tam­te­go mo­men­tu mia­ły­śmy z Mag­dą wła­sne po­ko­je, ro­dzi­ce sa­lon – w su­mie była to sy­pial­nia taty, bo mama całe ży­cie spa­ła z moja sio­strą.

Miesz­ka­jąc na Po­łczyń­skiej, jak za­wsze mia­łam dużo ko­le­ża­nek. Naj­bar­dziej za­przy­jaź­ni­łam się z miesz­ka­ją­cą czte­ry pię­tra ni­żej Do­mi­ni­ką. By­ły­śmy nie­roz­łącz­ne. Do­mi­ni­ka wie­dzia­ła o mnie wszyst­ko. Wi­dzia­ła róż­ne sta­ny mo­je­go taty i ni­g­dy nie oce­nia­ła mnie przez jego pry­zmat. Jej mama ni­g­dy nie pra­co­wa­ła, więc opie­ko­wa­ła się Domą i za­wsze mia­ła dla niej pysz­ny obiad po szko­le. U mnie tego nie było. Obiad był naj­czę­ściej w so­bo­tę i w nie­dzie­lę, a w ty­go­dniu tyl­ko wte­dy, je­śli tata był w sta­nie coś przy­go­to­wać, a je­śli nie to nie. Po pro­stu nie było. Jak sama zro­bi­łam so­bie ka­nap­ki do szko­ły to mia­łam, a jak nie to trud­no. Mama ich nie ro­bi­ła.

Naj­bar­dziej uwiel­bia­łam, jak wpa­da­ła do nas na kil­ka dni bab­cia Kry­sia. Wte­dy było wia­do­mo, że szy­ku­je się naj­lep­szy obiad na świe­cie i lo­dów­ka peł­na pysz­no­ści. Przy­jeż­dża­ła za­wsze po­po­łu­dnio­wym PKS-em, jak koń­czył się od­ci­nek Esme­ral­dy, Fio­rel­li albo Przy­ja­ció­łek i Ry­wa­lek – ko­cha­łam oglą­dać bra­zy­lij­skie se­ria­le. Tata darł się na mnie wte­dy:

– Le­piej byś obej­rza­ła ja­kiś pro­gram przy­rod­ni­czy, a nie cią­gle oglą­dasz te ja­kieś Znie­na­wi­dzo­ne!

Co jak co, ale mo­je­mu ta­cie trze­ba przy­znać, że ma łeb jak sklep. Za­wsze go po­dzi­wia­łam za umie­jęt­ność roz­wią­zy­wa­nia krzy­żó­wek, ale nie pa­no­ra­micz­nych, gdzie ha­sła od­ga­du­je pię­cio­let­nie dziec­ko, ale tych naj­trud­niej­szych, jak na przy­kład Jol­ki. Wszyst­ko wie­dział! Czę­sto od­li­czał drob­ne i wy­sy­łał mnie do kio­sku pod blo­kiem, że­bym mu ku­pi­ła „Roz­ryw­kę”, czy­li zbiór naj­trud­niej­szych krzy­żó­wek, któ­re on roz­wią­zy­wał bez pro­ble­mu.

Za­mi­ło­wa­nie do te­le­tur­nie­jów o wie­dzy, jak 1 z 10 albo Mi­lio­ne­rzy, mam ewi­dent­nie po nim. Jest jed­nak jed­na rzecz, któ­rej tata nie prze­ka­zał mi w ge­nach – ma­te­ma­ty­ka. On – orzeł ma­te­ma­tycz­ny, ja – to­tal­ny głąb. O tyle o ile tata sta­rał się tłu­ma­czyć mi naj­prost­sze za­sa­dy ma­te­ma­tycz­ne, moje po­stę­py w na­uce były żad­ne. Ni­g­dy nie ro­zu­mia­łam, o czym do mnie mówi. Za­wsze koń­czy­ło się tak samo – ja pła­ka­łam nad książ­ka­mi, tata na mnie wrzesz­czał, że nic nie umiem, i koło się za­my­ka­ło. Do sa­me­go koń­ca edu­ka­cji cią­gnę­ła się za mną ta ma­te­ma­tycz­na zmo­ra.

W szko­le by­łam ra­czej prze­cięt­ną uczen­ni­cą. Ni­g­dy nie wy­bi­ja­łam się w na­uce, chy­ba, że z an­giel­skie­go – to był mój ko­nik i od dziec­ka lu­bi­łam i szyb­ko przy­swa­ja­łam nowy ję­zyk. W przy­pad­ku resz­ty przed­mio­tów szłam po li­nii naj­mniej­sze­go opo­ru. Praw­da jest taka, że wszyst­ko ogar­nia­łam sama: na­ukę do spraw­dzia­nów, za­da­nia do­mo­we, pro­jek­ty. Moi ro­dzi­ce śred­nio an­ga­żo­wa­li się w po­moc przy lek­cjach. Nie przy­po­mi­nam so­bie, abym kie­dy­kol­wiek sie­dzia­ła z mamą i cze­goś się z jej po­mo­cą uczy­ła.

– Idź do po­ko­ju się uczyć, jak się na­uczysz to przyjdź i cię prze­py­tam – po­wta­rza­ła za­wsze jed­no i to samo zda­nie.

Nie­rzad­ko by­wa­ło tak, że jak już my­śla­łam, że umiem, szłam do mamy, aby mnie prze­py­ta­ła. Wy­star­czy­ło, że za­cię­łam się na jed­nym sło­wie, a ona rzu­ca­ła moim ze­szy­tem przez po­kój i mó­wi­ła:

– W tej chwi­li wyjdź się uczyć. Jak się nie na­uczysz, to wiesz, co z tobą bę­dzie.

Mimo jej słów ni­g­dy nie było kon­se­kwen­cji, gdy fak­tycz­nie do­sta­wa­łam nie­naj­lep­szą oce­nę. Ude­rzy­ła mnie tyl­ko raz. Było to w dru­giej albo trze­ciej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej po tym, jak pod­ro­bi­łam jej pod­pis w dzien­nicz­ku ucznia pod in­for­ma­cją o ze­bra­niu dla ro­dzi­ców. Za­po­mnia­łam dać go jej dzień wcze­śniej, żeby prze­czy­ta­ła i pod­pi­sa­ła. Wy­cho­waw­czy­ni spraw­dza­ła, czy każ­dy ma pod­pis, no i bach. Po­tem wma­wia­łam ma­mie, że to prze­cież ona pod­pi­sy­wa­ła. Do­sta­łam za to w twarz.

To był pierw­szy i ostat­ni raz kie­dy mama pod­nio­sła na mnie rękę. My­ślę, że ze wzglę­du na swo­je wy­cho­wy­wa­nie nie zna­ła in­nych me­tod, a wy­cho­wa­nie bli­sko­ścio­we było tyl­ko abs­trak­cją i trud­nym ter­mi­nem w słow­ni­ku. Tata ni­g­dy nie uży­wał siły. W cią­gu al­ko­ho­lo­wym był spo­koj­ny, pił w sa­mot­no­ści przy ulu­bio­nej mu­zy­ce Bud­ki Su­fle­ra czy The Scor­pions.

By­łam już na tyle świa­do­ma, że kie­dy wra­ca­łam ze szko­ły i sły­sza­łam mu­zy­kę do­bie­ga­ją­cą z na­sze­go miesz­ka­nia przez otwar­ty bal­kon, to wie­dzia­łam na sto pro­cent, w ja­kim sta­nie jest tata. To był jego ry­tu­ał: mu­zy­ka pusz­czo­na na cały re­gu­la­tor z kina do­mo­we­go Yama­ha, ku­pio­ne­go za gra­ty­fi­ka­cje i ukry­te­go w sy­pial­ni – a wła­ści­wie jak to z mamą i sio­strą na­zy­wa­ły­śmy „Re­zy­den­cji Me­ce­na­sa Pra­do” – bu­tel­ka albo bu­tel­ki wód­ki i piwa. Tata był wte­dy miły, roz­ga­da­ny, uśmiech­nię­ty i chęt­ny do roz­da­wa­nia pie­nię­dzy na bzdu­ry, któ­re mu wci­ska­łam, że są mi po­trzeb­ne.

Cza­sa­mi taki stan trwał kil­ka­na­ście dni bez prze­rwy. Mama sie­dzia­ła wte­dy za­zwy­czaj w kuch­ni przed te­le­wi­zo­rem i ma­lo­wa­ła pa­znok­cie albo oglą­da­ła ulu­bio­ne pro­gra­my. Mia­ła też „swo­je ży­cie” i swo­je spra­wy. Pa­mię­tam, jak w któ­reś wa­ka­cje po­je­cha­li­śmy z ro­dzi­ca­mi nad mo­rze do Unie­ścia. Spę­dzi­li­śmy tam kil­ka dni ra­zem, ale tata mu­siał szyb­ciej wró­cić do Byd­gosz­czy, bo koń­czył mu się urlop. Na jesz­cze parę dni zo­sta­ły­śmy same z mamą i Mag­dą. Tego sa­me­go dnia, w któ­rym tata wy­je­chał, mama za­bra­ła nas na mia­sto. Dziw­nym przy­pad­kiem spo­tka­ła swo­je­go „zna­jo­me­go”, pana An­drze­ja. Spę­dzi­ły­śmy z nim parę go­dzin. Za­brał nas na lody ja­go­do­we z po­le­wą z bia­łej cze­ko­la­dy. Mama i pan An­drzej tak się do sie­bie uśmie­cha­li, że pra­wie zwy­mio­to­wa­łam. Im by­łam star­sza, tym wię­cej wi­dzia­łam i ro­zu­mia­łam. To było moje ży­cie, moja co­dzien­ność, któ­ra sta­ła się nor­mal­no­ścią. Do dzi­siaj skrę­ca mnie w brzu­chu, jak wi­dzę ja­go­do­wy smak lo­dów.

*

Z bie­giem cza­su naj­waż­niej­sze dla mnie sta­ły się po­dwór­ko i moi zna­jo­mi. Każ­dą wol­ną chwi­lę spę­dza­łam mię­dzy dwo­ma blo­ka­mi, bo za­wsze ktoś wy­cho­dził na dwór i sie­dzia­ło się na pla­cu za­baw albo na klat­kach scho­do­wych aż do wie­czo­ra. Nie mie­li­śmy w tam­tych cza­sach do­stę­pu do in­ter­ne­tu i smart­fo­nów. Z moim ko­le­gą Grze­na­sem po­tra­fi­li­śmy prze­ga­dać całą noc, sie­dząc na pół­pię­trze. Te­ma­ty ni­g­dy nam się nie koń­czy­ły.

W wa­ka­cje było naj­le­piej, bo moż­na było prze­by­wać na dwo­rze od rana do wie­czo­ra i tak w kół­ko. W tam­tym okre­sie naj­więk­szą karą dla mnie był za­kaz wy­cho­dze­nia na dwór. Kary za­wsze da­wa­ła mama, bo tata nie in­ge­ro­wał w moje wy­cho­wa­nie. Nie mo­głam przez to zro­zu­mieć, jak to moż­li­we, że oj­co­wie mo­ich ko­le­gów albo ko­le­ża­nek na coś im nie po­zwa­la­ją. Prze­cież mo­del ro­dzi­ny jest taki, że tata nie ma nic do ga­da­nia, a mama wszyst­kim za­rzą­dza. Tak było u nas za­wsze. To ona sta­ła na cze­le ro­dzi­ny i de­cy­do­wa­ła o naj­waż­niej­szych kwe­stiach.

Te­raz, kie­dy je­stem już do­ro­sła, wiem, że wy­cho­wy­wa­ła nas tak, jak umia­ła. Nie chcia­ła źle i nie mam jej tego za złe. My­ślę, że po la­tach to zro­zu­mia­ła, bo jest mą­drą ko­bie­tą. Je­śli do­ro­śli sami nie do­sta­li mi­ło­ści w od­po­wied­niej ilo­ści, to nie mają za­so­bów, aby prze­ka­zać ją da­lej swo­im dzie­ciom. Tak na pew­no było z moją mamą. Mimo że była nie­obec­na emo­cjo­nal­nie, to sta­ra­ła się ja­koś utrzy­mać nas w ry­zach, za co bar­dzo jej dzię­ku­ję. Mama była su­ro­wa. Z nią ni­g­dy nie było dys­ku­sji. Ani ja, ani Mag­da nie mia­ły­śmy od­wa­gi się jej sprze­ci­wić, bo my­ślę, że po pro­stu ba­ły­śmy się re­ak­cji. Wy­ma­ga­ła ode mnie i mo­jej sio­stry dużo, ale na pew­no za­punk­to­wa­ło to w na­szym do­ro­słym ży­ciu. Mam na my­śli spra­wy zwią­za­ne z utrzy­ma­niem domu i ogól­nym roz­gar­nię­ciem ży­cio­wym.

W przy­pad­ku ro­dzi­ny ta­kiej jak moja trud­no jest po­stę­po­wać ina­czej. Tata cza­sa­mi był, a cza­sa­mi od­pły­wał na całe ty­go­dnie. Był tak nie­prze­wi­dy­wal­ny, że ni­g­dy nie moż­na było nic za­pla­no­wać. Pew­ne­go roku mie­li­śmy je­chać na urlop do Ko­ło­brze­gu, bo­daj­że w nie­dzie­lę rano. Mama już nas spa­ko­wa­ła, wszyst­ko było go­to­we, a tata wró­cił po paru dniach im­pre­zo­wa­nia z dziu­rą w no­dze i zra­nio­ną gło­wą. Oka­za­ło się, że miał po pi­ja­ku wy­pa­dek na ro­we­rze i zo­stał po­trą­co­ny przez sa­mo­chód. Oczy­wi­ście nie wi­dział w tym nic złe­go i po­je­chał z nami na wa­ka­cje, jak gdy­by ni­g­dy nic.

Trze­ba na­to­miast od­dać ta­cie, że jed­ne­go roku sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia – za­brał mnie i moją sio­strę na cały ty­dzień wa­ka­cji bez mamy! To było coś! Sza­cun dla nie­go, że przy­go­to­wał wszyst­ko, co było nam po­trzeb­ne

Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij