Życie w matni - ebook
Dwie siły napędzają świat: miłość i wojna.
Janek dorasta w sennym miasteczku na Mazowszu – jego życie toczy się wolno, między szkołą a pracą w rodzinnym gospodarstwie. Przeżywa pierwsze zauroczenia, dojrzewa, uczy się siebie, kobiet i bliskości. Jest bystrym chłopakiem, lubianym przez nauczycieli, a matura to dla niego tylko formalność. Marzy o studiach i wielkim świecie.
A potem przychodzi wrzesień 1939 roku.
Niepokojące szepty o wojnie narastają, ale nikt nie wierzy, że zawierucha naprawdę zapuka do ich drzwi. Przecież w małych miasteczkach nie spadają bomby. A jednak – groza wlewa się nieproszona w znajome uliczki i zmienia codzienność Janka, jego rodziny i przyjaciół.
Dawny porządek przestaje obowiązywać. Zasady, które dotąd dawały oparcie, kruszeją z każdym dniem. Wartości, w jakie wierzyli mieszkańcy, zostają wystawione na ciężką próbę.
Bo gdy wróg rozgaszcza się wśród nich, nic nie jest już oczywiste. A gdy odchodzi – zostawia w sercach ciszę i spustoszenie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-177-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Spotkałem mojego kolegę Staśka. Niósł łubiankę.
– Dokąd idziesz? – zapytałem.
– Po truskawki do Moldki.
Moldko to jeden z bogatszych gospodarzy na naszej ulicy i powinowaty Staśka.
– Pójdę z tobą, jak chcesz.
– Ale może cię wygonić.
– To ucieknę nad rzekę.
Było przedpołudnie, piękna, słoneczna czerwcowa pogoda. Pole z truskawkami znajdowało się przy samej drodze. Kilka osób zbierało owoce.
Moldko nie należał do miłych osób.
– Po co żeś go przyprowadził? – fuknął, patrząc na mnie.
– Pomoże mi zbierać – wyjaśnił Stasiek.
Doszedłem do wniosku, że mogę zostać. Wiadomo było, że nie chodzi o żadną pomoc przy zbieraniu, tylko o najedzenie się za darmo tych soczystych smakołyków. Przedłużaliśmy to, ile się dało, ale Moldko nie był głupi. Po pewnym czasie odezwał się:
– No, już koniec, idźcie sobie.
Stasiek miał pełny pojemnik truskawek, a ja byłem nieźle objedzony.
Zastanawiałem się, dlaczego na naszym polu nie ma truskawek i miałem pretensje do ojca, że ich nie posadził.
Moldko mieszkał w starym drewnianym domu krytym słomą, podobnym trochę do dworku. Na swojej ziemi, oprócz tradycyjnych upraw, sadził warzywa i tym odróżniał się od innych, i chyba też przez to był znacznie zamożniejszy.
Rodzina jego składała się z dwóch córek, syna i żony – typowej wiejskiej kobiety, którą niezbyt szanował. Słynął ze swego upodobania do innych niewiast. O jego romansach krążyły różne plotki. A podobał się płci przeciwnej, bo był to mężczyzna wysoki i postawny.
Jego syn, jak to bywa, wydawał się bardzo podobny do ojca. Przed wojną ukończył jakieś szkoły i na naszej ulicy uchodził za inteligenta. Ludzie dlatego też często mu się kłaniali, natomiast on bardzo rzadko. Ożenił się z kobietą z naszej ulicy, którą uważano za prawdziwą elegantkę. Poza tym była zawsze pogodna, czasem nawet uśmiechnięta, i w odróżnieniu od swojego męża mówiła „dzień dobry”.
Pamiętam ich, jak w niedzielę szli wystrojeni do kościoła, a wtedy wszyscy ukradkiem im się przyglądali i podziwiali, jak pięknie wyglądają. Jedynie droga, po której szli, nie pasowała do ich strojów. Niby w mieście, bo ulica należała do miasta, ale przypominała bardziej wiejską nieutwardzoną ścieżkę, rozjechaną przez pojazdy, głównie konne. Po deszczu zbierały się na niej kałuże, które trudno było ominąć i dlatego na rynek dochodziło się prawie zawsze z ubrudzonymi butami. Ludzie z pobliskiej wsi, zza rzeki, gdy w niedzielę szli do kościoła, najczęściej buty nieśli na ramionach. Zakładali je dopiero tam, gdzie były już chodniki.
Kiedyś zawsze zastanawiałem się, jak oni, mając przecież ubrudzone stopy, mogą zakładać na nie czyste obuwie. Czasem po deszczu rowy były pełne wody, wtedy siadali na ich skraju i myli nogi. Dawniej wszelakie pantofle i trzewiki to był spory wydatek i z tego powodu ludzie bardzo je szanowali, aby wystarczyły na jak najdłużej. Od wiosny do jesieni chodzili zwykle boso.
Ulica moja była więc już w mieście, ale bardziej przypominała wieś. Ludzie, wprawdzie miastowi, trudnili się też rolnictwem. Niewielkie, dwuhektarowe działki dawały bardzo skromne utrzymanie w czasie kryzysów.
Moldce robiliśmy różne psikusy. W dni targowe zaprzęgał swojego białego konia i wozem na drewnianych kołach jechał na targ. Czasem kładliśmy na drogę gałęzie tak, aby nie mógł przejechać. Schodził wtedy z wozu i przeklinając, odgrażał się nam, że jak nas spotka, to dostaniemy batem. Mimo że jeździł sam, to baliśmy się go. Wyglądał groźnie, był wysoki i postawny, choć już srebrzył mu się włos. Znali się z moim dziadkiem, ale nie utrzymywali ze sobą bliskich kontaktów. Przypuszczam, że różnili się politycznie. Moldko należał do stronnictwa Witosa, miał dar przemawiania, jak mówili, namawiał ludzi do udziału w wyborach i wskazywał, na kogo mają głosować. Zdobył na owe czasy dość dużą popularność w swoim środowisku i został wybrany posłem na pierwszy sejm po odzyskaniu niepodległości. Przeciwnicy polityczni ze Stronnictwa Narodowego na zebraniach wykrzykiwali pod jego adresem: poseł-osieł. Z opowiadań starszych można było wywnioskować, że mu zazdrościli.
Jak na owe czasy żyło mu się dobrze, nawet bardzo dobrze, a zawód rolnika traktował z godnością, choć mentalnie nie był tradycyjnym polskim chłopem. Był przy tym wyniosły i dumny z tego, co robił. Zapewne należał do zubożałej dawnej szlachty polskiej. Jego dom, jak i pozostałe zabudowania przypominały skromny dworek szlachecki. Miał też swoje słabości, o czym była mowa już wcześniej: lubił kobiety i wdawał się w liczne romanse.Stanisław/Ożenek/Swaty/
Trzy domy dalej mieszkała trochę dziwna katolicka rodzina, tradycyjni rolnicy. Gospodarz wdowiec, starszy mężczyzna około sześćdziesięciu lat, wychowywał samotnie dorastającego syna.
„Prawie dziesięć lat temu zakończyła się wojna, pobiliśmy bolszewików” – mawiał, choć sam z uwagi na wiek czynnie w tym nie uczestniczył. Trochę interesował się polityką i nie mógł zrozumieć, dlaczego zabili Narutowicza, pierwszego prezydenta, choć sympatyzował z obozem narodowym. Głosił pogląd, że trzeba wspierać wszystko to, co polskie, i nie kupować produktów pochodzenia zagranicznego. Z tegoż względu nie miewał nawet herbaty ani kawy, bo nie uprawiano ich w Polsce. Co niedziela po kościele kupował gazetę i prawie całe popołudnie dokładnie ją czytał. Stąd też wiedział, co się dzieje w świecie i w ojczyźnie. Na owe czasy był dość światłym człowiekiem. Z niepokojem pzreglądał rubrykę towarzyską: kto się z kim ożenił, a kto rozwiódł i kto odszedł z tego świata. Ze strachem stwierdzał, że większość zgonów to ludzie w jego przedziale wiekowym, pięćdziesiąt – siedemdziesiąt lat, ale zdarzali się i znacznie młodsi. Ta część gazety nie była dla niego miła i za każdym razem wywoływała w nim jakiś lęk.
Jego problem polegał na tym, że bez kobiety w gospodarstwie nie sposób było się obejść. Doradzano mu, aby się ożenił, więc zaczął poszukiwania odpowiedniej kandydatki. Znalazł na sąsiedniej wsi młodą i ładną dziewczynę, której rodzice z niewiadomych przyczyn nie żyli. Dziewczyną opiekowała się ciotka, siostra matki. Udał się więc Stanisław do swatki, a następnie postanowił zaprząc dwa konie do wozu i pojechać do wybranki, oczywiście konie i wóz odpowiednio przyozdobiwszy. Założył nowy surdut, który wisiał w szafie i czekał na szczególne okazje, białą koszulę zapinaną pod szyję oraz tradycyjne czarne buty z cholewami. Zabrał ze sobą butelkę wódki z białą główką oraz obowiązkowo swatkę. Tak wystrojony i wyposażony w niedzielę po sumie zajechał pod dom oblubienicy. Oczywiście wizyta była przez swatkę wcześniej zapowiedziana. Trzeba przyznać, że gospodarz wyglądał dostojnie: był dość wysoki, choć lekko przygarbiony, a jego wiek zdradzały siwe włosy i mocno spracowane ręce. Niemniej jednak zrobił dobre wrażenie na rodzinie. Nie było potrzeby dużo gadać o sobie, bo wszyscy sąsiedzi prawie wszystko o sobie wiedzieli. Mimo to tradycyjnie się przedstawił:
– Jestem Stanisław Kolski.
Na to odpowiedział mąż ciotki:
– A witamy, witamy, zapraszamy do pokoju.
Samo zaproszenie do najlepszej izby oznaczało, że został przyjęty życzliwie, a swaty zakończą się powodzeniem. Wszystko w zasadzie było jasne bez słów. W tej sytuacji Stanisław wyciągnął z kieszeni surduta wspomnianą już wcześniej wódkę i postawił ją na stole. Był nieco zakłopotany, gdyż z poprzednią żoną znali się od dziecka i byli w podobnym wieku. Zdawał sobie sprawę z tego, jaki jest cel wizyty i po co tu w ogóle przyjechał, i wiedział, że muszą mu tę dziewczynę pokazać. Wiedział także, że będą jakieś negocjacje dotyczące posagu i był na to przygotowany. Potrzeba kobiety spełniającej funkcje gospodyni oraz żony nie była dla niego błahą sprawą.
Z opowiadań swatki wynikało, że jest to kandydatka w sam raz dla niego, ale jak to nieraz bywa, swatka nie powiedziała mu wszystkiego.
Po chwili niezręcznej ciszy Stanisław odezwał się:
– Czy możecie poprosić pannę Janinę?
– Zaraz przyjdzie, poszła przewiązać krowy – odezwała się ciotka.
Na stole znalazła się już przekąska w postaci kiełbasy, chyba własnego wyrobu, sera białego i ogórków kiszonych. W czasie, gdy gospodyni zajęta była przygotowaniem poczęstunku, do izby weszła odświętnie ubrana panienka. Miała na sobie kolorową spódnicę, sznurowane trzewiki, na białej bluzce obcisły żakiecik podkreślający talię i średniej wielkości piersi, a na głowie zawiązaną do tyłu wzorzystą chustę. Była blondynką średniego wzrostu.
Stanisław oniemiał, nie spodziewał się, że może okazać się tak piękną kobietą. Dziewczyna spuściła głowę, na twarzy wykwitł jej rumieniec, zawstydzona dygnęła i przywitała go:
– Witam was.
Wdowiec, urzeczony urodą przyszłej żony, zaniemówił. Sądził, że spotka tu typowo wiejską kobietę, gospodynię, a tu taki okaz piękności. Przez chwilę zastanawiał się, czy się nie wycofać. Ciotka zauważyła jego zadumę, więc zaczęła wyliczać zalety Janiny: że jest bardzo dobra, że zna się na gospodarstwie, dobrze gotuje i że będzie miał z niej pociechę.
– To, że młoda, to nie szkodzi – zapewniała. – Na pewno przywyknie do was.
Stanisław odkorkował butelkę i polał w kieliszki. Czuł się zakłopotany. Zastanawiał się, co powiedzieć. Jedyne, na co się zdobył, to wyjąkał:
– Za zdrowie.
– Stanisławie, będziecie mieli piękną żonę.
– Widzę.
– Jest ładna i gospodarna – potwierdziła ciotka.
Mężczyźni wypili po całym, kobiety tylko umoczyły usta.
Stanisław widocznie wszystko już przemyślał, bo dziewczyna zauroczyła go.
– Chciałbym prosić o rękę panny Janiny, o ile zgodzi się rodzina.
– Oczywiście, godzimy się – odezwała się ciotka.
Mąż ciotki nic nie mówił, miał jakąś smutną minę.
Janina opuściła głowę, tak jakby była zawstydzona, a po chwili rzekła:
– Zgadzam się.
Widać było po wszystkich, z wyjątkiem Janiny, że pierwszy cel wizyty został osiągnięty. Stanisław rozlał resztę wódki w kieliszki i znów wychylili,,za zdrowie”, ale tym razem do dna. Nawet Janina wypiła pełny kieliszek.
Nikt nikogo się nie pytał, czy oblubieńcy się sobie podobają, widocznie w tych środowiskach to nie była sprawa najważniejsza. Przyszły mąż starym zwyczajem zapytał, co Janina wniesie w posagu. Zapanowała cisza. Po chwili ciotka wyjaśniła, że majątek po rodzicach Jasi został po ich śmierci podzielony i obecnie żadnego majątku Jasia nie posiada, a jedynie jakieś wyposażenie w posagu dostanie.
– Nie musi żadnego majątku wnosić. Mam własne gospodarstwo i to nam wystarczy, będzie u mnie żoną i gospodynią – zdecydował Stanisław.
Swatka jeszcze zaczęła wymieniać jego zalety: jaki to dobry gospodarz, jaki światły, co niedziela jeździ do kościoła na sumę, a nawet polityką się interesuje i wspiera to, co polskie. Wcześniejsze opowiadania kobiety na temat Janiny na nic się zdały, gdyż widać było wyraźnie, że dziewczyny chcą się jak najszybciej pozbyć. Mężczyzna wyczuwał, że coś tu nie jest w porządku, że aż nazbyt są dla niego życzliwi, a przecież w tym czasie tak zwane wiano było obowiązkowe i w ogóle, kto by chciał ożenić się z dziewczyną, która nic nie wnosi do gospodarstwa. On jednak dość już miał samotności, pragnął kobiety, Janina mu się bardzo podobała, a i ona, piękna dziewczyna, też zechciała tak starego na męża. Już wyobrażał sobie noc poślubną.
To pragnienie przesłoniło mu wszelkie niebezpieczeństwa, jakie mogły czyhać później. Nigdy wcześniej nie doznał takiego uczucia. Miał sześćdziesiąt lat i zastanawiał się, czy sprosta wszystkim wyzwaniom bycia z młódką. Dwanaście lat już nie miał kobiety, po nocach nieraz mu się śniło, że się kocha z dawną żoną, a nawet z sąsiadką, z pożądaniem patrzył na inne niewiasty. Jednak nie zdawał sobie sprawy, że możliwe jest tak po prostu kochać się z kobietą, więc czekał na żonę. Teraz to objawienie, które zobaczył, wywołało dreszcze, stąd też nie stawiał żadnych warunków.
Był początek lata. Stanisław po namyśle zaproponował, aby wesele odbyło się po żniwach, bo tak było w obyczaju i to była odpowiednia pora. Domownicy przystali na ten pomysł.
– Wrzesień to będzie odpowiednia pora – potwierdziła ciotka.
Rozmawiali jeszcze o spodziewanych plonach. Mąż ciotki, jako gospodarz, oprowadził gościa po obejściach gospodarskich i pokazał cały dobytek. Chwalił się końmi, że mocne i pracowite, i że trzy krowy dają dużo mleka, z którego robi się sery i masło na sprzedaż. Widać było, że dobrze im się wiedzie. Janina, wychowywana w takich warunkach, powinna być dobrą gospodynią.
Stanisława coś w tym wszystkim zaniepokoiło i zaczął nurtować go pewien problem – taka ładna i miła, więc dlaczego chcą się jej jak najszybciej pozbyć? Zadał to pytanie swatce.
– Szukali statecznego męża dla pięknej dziewczyny, a wy jesteście dobrym kandydatem. Będziecie mieli młodą żonę. W ogóle jesteście jeszcze przecież dziarskim chłopem – odrzekła. – A poza tym słowo się rzekło, wódka wypita, nie honor odwoływać.
Tak naprawdę Stanisław nie miał z kim porozmawiać o tym swoim ożenku. Słyszał o różnych romansach, wiedział nawet konkretnie, kto do kogo chodzi. Zdarzało się czasem, że to kończyło się bardzo źle, ale czy jemu musi się to zdarzyć, zastanawiał się z niepokojem. Poprzednią swoją żonę przecież szanował, a też była od niego młodsza o parę lat i nigdy nie przyszło do głowy, ani jej, ani jemu, żeby bawić się w jakieś nieczyste związki z innymi.