-
nowość
Życie wśród wielu - ebook
Życie wśród wielu - ebook
Pierwsze wydanie tej książki z 1968 roku zostało okrojone przez cenzurę; we wznowieniu przywrócono pełny tekst według rękopisu autora. Wspomnienia Lama, napisane barwnym językiem, zawierają bogaty i pełen anegdot opis życia kulturalnego w Galicji i Warszawie, opowiadają o wielu znanych postaciach tamtych czasów, przedstawiają funkcjonowanie prasy lwowskiej i warszawskiej, a także prowadzone przez autora prace edytorskie w wydawnictwie Trzaski, Everta i Michalskiego. Wydanie zawiera również poszerzone i zaktualizowane posłowie prof. Andrzeja Lama.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
479
SPIS RZECZY
Julian Krzyżanowski
Wspomnienie o Stanisławie Lamie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5
Przedmowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11
Rozdział I
Dzieciństwo i lata szkolne (1891–1909) . . . . . . . . . . . . . . . . . 13
Rozdział II
W miłym mieście (1909–1914) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 27
Rozdział III
Burza i tęcza (1914–1918) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 139
Rozdział IV
W sławie i cieniu (1919–1924) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 215
Rozdział V
Kuźnia (1924–1939) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 335
Rozdział VI
Kalejdoskop nazwisk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 391
Rozdział [VII]
Dymek z papierosa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 425
Andrzej Lam
Posłowie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 451
Indeks osób . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 463
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8442-062-1 |
| Rozmiar pliku: | 9,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WSPOMNIENIE O STANISŁAWIE LAMIE
Książki opatrzone tytułem „historia literatury” mówiły niegdyś o pisarzach, twórcach dzieł literackich. Przed laty trzydziestu głoszono u nas pogląd, że jedynym przedmiotem takich książek powinny być same dzieła literackie, zajmowanie się bowiem ich autorami to grzech zwany biografizmem.
Gdy próbuję spojrzeć na działalność zmarłego przed paru tygodniami Stanisława Lama, widzę, jak ciasne i niesłuszne są oba te stanowiska. Traktują one bowiem powstawanie dzieł literackich i – dodajmy – nowoczesnej wiedzy o nich jako czegoś spontanicznego, przypadkowego, rodzącego się poza obrębem zorganizowanego życia zbiorowego, społecznego; nie biorą w rachubę inicjatywy jednostek czy zespołów, które koordynowały inicjatywy spontaniczne i tak czy inaczej przekształcały je w ruchy zbiorowe, a więc w zjawiska społeczne. Myślę tu oczywiście o inicjatywie wydawniczej czy raczej redaktorsko-wydawniczej. Dopiero zaś spojrzenie z tego stanowiska pozwoli ocenić niepospolite zasługi Stanisława Lama, a na czym one polegały, mówi jego życiorys.
Urodzony w Tarnopolu (1891), już w czasie swych studiów uniwersyteckich we Lwowie rozwinął ożywioną działalność jako krytyk literacki. Jej owocem najdojrzalszym było piękne studium o Mieczysławie Romanowskim (1913), którego dopełnieniem stało się wydanie jego _Dziewczęcia z Sącza_ w dwanaście lat później (1925). Pisarzem drugim, sercu autora niemniej bliskim, był Sienkiewicz, któremu Lam poświęcił interesujące studium, ukazujące „cechy i elementy twórczości” autora _Trylogii_ (1924). Nie ta jednak była droga, odpowiadająca zarówno uzdolnieniom, jak i ambicjom młodego krytyka literackiego. Drogę właściwą wskazała mu historia.
Koniec wojny otworzył młodzieży, która wyszła z niej cało, nowe pola pracy, zwłaszcza młodzieży wykształconej humanistycznie. Organizujące się szkolnictwo w Królestwie Polskim, w Poznańskiem i na innych terenach poszukiwało historyków, polonistów, filologów klasycznych. A podobnie było z prasą i firmami wydawniczymi. Zaroiło się na tych stanowiskach od „galileuszy”, w ich gronie znalazł się i Lam.
Osiadłszy w Warszawie, zabrał się do publicystyki, i to od strony organizacyjnej, jako współredaktor pism takich jak „Tygodnik Ilustrowany”, przede wszystkim zaś jako pomysłowy inicjator takich miesięczników popularnych, jak „Naokoło Świata” i „Z Całego Świata” (1924–1925) oraz czasopism naukowo-literackich. W dziedzinie tej, nawiązując do starej i dobrej tradycji warszawskiej, w lat dwadzieścia po zamknięciu nieocenionej „Książki” stworzył w „Nowej Książce” (1934–1939) znakomite źródło wiadomości bibliograficznych, w formie informacji o nowościach wydawniczych i obfitych recenzji. Prócz tego inicjował i redagował wydawnictwa książkowe, na których czoło wysunęła się „Biblioteka Laureatów Nobla”, udostępniając w nowych zazwyczaj przekładach dzieła, zwłaszcza powieściowe, najgłośniejszych podówczas pisarzy światowych.
Pomysłowość i rozmach, pracowitość i zdolności organizacyjne sprawiły, iż w roku 1924 Lam objął stanowisko redaktora naczelnego w rzutkiej firmie wydawniczej na Krakowskim Przedmieściu, należącej do Trzaski, Everta i Michalskiego. I tutaj dopiero pokazał, kim był naprawdę. Firma wysunęła się na czoło wszystkich naszych wydawców międzywojennych, podejmując zadania, które w Polsce Ludowej przypadły kilku wielkim instytutom wydawniczym, rzuciła bowiem na rynek wydawniczy wielotomowe serie encyklopedyczne, ogólne i specjalne. _Ilustrowana Encyklopedia Powszechna_ (1924–1927), _Encyklopedia powszechna_ (1933), _Encyklopedia powszechna dla wszystkich_ (1936), _Encyklopedia XX wieku_ (1937) – oto grupa pierwsza. _Polska, jej dzieje i kultura_ (1927–1933), _Wielka literatura powszechna_ (1931–1933), _Wielka historia powszechna_ (1933–1939). _Wielka geografia powszechna_ (1933–1939), _Encyklopedia staropolska_ A. Brücknera (1939), przerwany przez wojnę _Nowy słownik języka polskiego_ (1938–1939) – oto część plonu reprezentującego grupę drugą. _Spiritus movens_ tej gigantycznej pracy był redaktor naczelny, który dwoił się i troił. A warunki miał nie do pozazdroszczenia. Jego „kwaterą główną” była klitka o kilkunastometrowej powierzchni na tyłach księgarni. Jego zadaniem – zmobilizowanie kilkuset pracowników naukowych ze sfer uniwersyteckich, ludzi, których trzeba było nie tylko wciągnąć do roboty, ale i utrzymać w jej trybach i nie dopuszczać do jej zawalenia. Jak to zaś bywało, dowodzi wypadek, który można by uznać za anegdotę, zwłaszcza że zarówno archiwa wydawnictwa, jak i sądowe poszły z dymem czasu wojny i powstania. Wydawnictwo porwało się na zadanie bardzo ambitne, ale i wyjątkowo trudne – na duży zarys historii Europy oparty na poznaniu stosunków ekonomicznych. Człon wstępny, historię Grecji starożytnej, zamówiono u znanego specjalisty, profesora uniwersytetu. Gdy ustalonego umową terminu nie dotrzymał, poczęto nań naciskać; tłumaczył się, że rzecz ma w robocie, i prosił o zwłokę. Wreszcie po dwu czy trzech latach zajechał przed księgarnię dorożką i zawartość jej sprezentował zdumionemu redaktorowi naczelnemu. Zamiast studium dwustustronicowego przywiózł rękopis książki pięciokrotnie większej od zamówionej rozprawy. Rzecz ciągnęła się długo, oparła się o sąd i zakończyła wydaniem tej książki, ale z zaplanowanego dzieła zbiorowego trzeba było zrezygnować.
Oceniając zaś w sumie dorobek organizacyjny Trzaski, Everta i Michalskiego oraz Stanisława Lama, można bez przesady powiedzieć, iż wydawnictwo i jego redaktor naczelny pełnili funkcję akademii nauk, wyręczając zarówno PAU w Krakowie, jak i TNW w Warszawie. Przyszły historyk nauki polskiej niewątpliwie potwierdzi ten pogląd.
Po wybuchu wojny Lam znalazł się za granicą i osiadł we Francji. Aresztowany przez niemieckiego okupanta, i to dwukrotnie, przetrzymał obozy koncentracyjne i w roku 1944 zasiadł w dawnej księgarni Gebethnera i Wolffa na rue St. Germain, by rozpocząć prace analogiczne do warszawskich w początkach międzywojnia. Antologie poezji polskiej i prozy polskiej z lat 1939–1945, następnie poezji emigracyjnej, a wreszcie reedycje dzieł takich jak Brücknera _Literatura polska_ (1948) oraz wydanie trzecie jego _Dziejów kultury polskiej_ (1955–1956), obok rzeczy innych – wypełniły resztę lat Stanisława Lama.
Tak oto przedstawia się ujęty jak najbardziej schematycznie przegląd tego, co w ciągu pracowitego żywota zdołał on osiągnąć. Do tego zaś suchego sprawozdania dodać trzeba jeden jeszcze szczegół nieobojętny. Naczelny redaktor wydawnictwa Trzaska, Evert i Michalski, człowiek tworzący wieloletnie plany i czuwający nad ich realizacją, nie miał w sobie nic z urzędnika. Brat łata, nie biurokrata – można było o nim powiedzieć. Pełen temperamentu polemista, wojujący namiętnie zarówno z Gabrielem Korbutem, jak i Wacławem Borowym, w stosunkach z ludźmi, z którymi się nie ścierał, czarował humorem i bezpośredniością. Zalety te występowały nie tylko w lokalu, w którym dzięki może sąsiedztwu, a może uznaniu dla węgierskiej „kapki” bywał stałym gościem, w restauracji Simona i Steckiego, lecz również na wspaniałych przyjęciach, które państwo Lamowie urządzali wczesnym latem w mieszkaniu na ulicy Widok. Spotykało się tam towarzystwo bardzo niezwykle, bo Zofia Nałkowska i Karol Irzykowski, i Jan Lorentowicz, i mnóstwo młodszych przedstawicieli i przedstawicielek świata sztuki, literatury, nauki – i krótka noc na pograniczu maja i czerwca przechodziła niepostrzeżenie. Stanisław Lam nawiązać umiał do starych, dobrych tradycji warszawskich, gromadząc nie tylko rzeszę współpracowników wydawnictwa TEM, ale również jego przyjaciół i ludzi, których łączyły wspólne zamiłowania i zainteresowania.
Przyszły historyk nauki w Polsce będzie musiał – jak się rzekło – poświęcić osobną kartę działalności Władysława Trzaski, a na niej wyznaczyć osobne miejsce osobie i osiągnięciom Stanisława Lama.
Pierwodruk: „Współczesność” 1965, nr 7–8PRZEDMOWA
Nic nie ma milszego dla ludzi sędziwych, jak żyć wspomnieniami. A jeśli starzec spędził swoje życie na wielkiej arenie świata, jeśli był mężem stanu, politykiem czy pisarzem i ze wspomnień swoich zwierza się w książce – nic milszego, jak odczytywać te karty i z nich dowiadywać się o zakulisowych tajnikach spraw dużych dla historii, a czasem małych w swoim poczęciu, o ludziach sławnych dla potomności, a szarych dla współczesnych, o wypadkach, co wstrząsały kiedyś, a z odległości wydają się nikłe. Pogodna starość niesie ze sobą wyrozumiałość, perspektywa lat zaciera ostrość kontrastów, a pamiętniki, kreślone najczęściej pod koniec życia, są jak zachodzące słońce, które różowo zapada na horyzoncie.
Czasy nam współczesne przyniosły szereg wspomnień wojennych i obozowych, głosów ludzi ocalonych z zawieruchy dziejowej. I ich autorom również w odnalezionym na nowo życiu miło jest spojrzeć wstecz na zgrozę wojny, na piekło przeżyć i cieszyć się ocaleniem szczęśliwym, często cudownym.
_Życie wśród wielu_ nie jest pamiętnikiem pisanym na emeryturze życiowej – wskazówka na zegarze moich przeznaczeń nie zbliżyła się jeszcze do cyfr ostatnich, ale kiedy kreśliłem te kartki, nie miałem pogody starości ani radości z odnalezienia nowego życia. Wspomnienia te pisałem w najcięższych latach wojny, z dala od kraju, w ciągłej grozie przed tropiącym wrogiem. W zapadłej wsi górskiej na granicy Francji i Włoch, wśród mroków Alp Nadmorskich, zdany na łaskę losów niepewnych, skazany na przymusową bezczynność, wracałem myślą do tych jakże innych czasów, zapadających w bezpowrotną przeszłość, do ludzi, z którymi żyłem i razem pracowałem, a którzy tak teraz daleko byli ode mnie i których już może nigdy ujrzeć nie miałem. I niżąc ich nazwiska w wieniec, nie wiedziałem, czy będzie on rzucony na wspólną mogiłę, czy złożony pod pomnikiem sławy.
W ciągu życia byłem z zamiłowań moich historykiem literatury, z zawodu dziennikarzem, krytykiem literackim, redaktorem pism i wydawcą. Wszystkich tych zajęć cechy nie mogły nie odbić się na ujęciu tych pamiętników. Stąd może inny ich charakter niż dzieł, które zwykle noszą nazwę wspomnień. Są tu całe strony poświęcone osądom ludzi i spraw, tak jak mi się one kiedyś wydawały, są anegdoty związane z życiem wielkich twórców, są i przeżycia własne. Ale wszystko wyłącznie w świecie mi najbliższym. Może oblicze osób i rzeczy tych było dla innych odmienne, może ich gesty czy dokonania komuś wydają się zgoła różne od tego, co mówię – ale w moich oczach były takie, jak je tu podałem. Nie siliłem się na upiększenia, na opracowanie literackie, aby nie tworzyć dzieła o jakichś ambicjach pisarskich. Nie czas był ku temu.
Sądzę jednak, że te opowieści, które tu snuję, nie są pozbawione pewnej wartości dla czytelników pragnących dowiedzieć się różnych szczegółów o ludziach, którzy pracowali na polu kultury, szczegółów nie zawsze dostępnych gdzie indziej. Jeśli tak jest – to jedno życie moje, spędzone wśród wielu, nie całkiem poszło na marne.ROZDZIAŁ I
DZIECIŃSTWO I LATA SZKOLNE
1891–1909
Dom rodzinny – Dzieciństwo – Tradycje literackie – Pierwsze zetknięcie się z książką – Przygoda szkolna – Nauka w domu – Wstęp do gimnazjum – Własny system uczenia się – Wędrówki młodocianego sportowca – Lekcje w klasach wyższych – Podręczniki i pedagodzy – Pogrzeb Wyspiańskiego – Hołd złożony twórcy Wyzwolenia książką ucznia – Egzamin dojrzałości – Droga w świat
Zwyczajnie o dzieciństwie widzianym z perspektywy lat mawia się słowami Mickiewicza, że było ono „sielskie, anielskie”. Moje nie było sielskie, gdyż wychowywałem się w mieście, a do anielskości brakło nieba, w którym podobno uskrzydlone te w imaginacji ludzkiej istoty przebywają. Trzeba by mieć wiele polotu, aby błotniste uliczki galicyjskich miasteczek z końca XIX wieku przyrównywać do gwiezdnych szlaków, a małe, walące się rudery do pałaców, w których królują święci pańscy. Toteż na rozwój fantazji dziecka nic tu nie wpływało, a atmosfera urzędniczego domu nie dawała niczego prócz strawy codziennej. Jedna rzecz tylko zastanawiała mnie od lat najwcześniejszych – to portret pana o wyniosłym czole, wyrazistych rysach i złotych okularach, który wisiał w gabinecie ojca. Przypatrywałem mu się z respektem, gdyż mówiono mi, że to stryj Jan – literat. To określenie jego zawodu nie dawało mi spokoju, zwłaszcza że często w dyskusjach i rozmowach ze znajomymi, którzy przychodzili w odwiedziny do mego ojca, słyszałem różne anegdotki z życia tego stryja. Spał podobno w dzień, a wieczorem jadał śniadanie i szedł na miasto. Obiad spożywał w restauracji o dwunastej w nocy, kolację dopiero nad ranem. Pił sążniście, a między posiłkami pracował. Nie wyobrażałem sobie, jak ta praca mogła wyglądać, skoro powtarzano tylko jego dowcipy, cytowano jakieś powiedzenia i zaśmiewano się głośno. Dopiero kiedy nauczyłem się czytać – na _Podróżach Guliwera_ – odkryłem w niezbyt bogatej bibliotece mego ojca pięć grubych tomów oprawnych w półskórek, z napisem złoconym na grzbiecie: Jana Lama _Pisma_. Zrozumiałem, że jednak ten stryj coś pracował, skoro tyle napisał, a już nie mogłem wyjść z podziwu, że to jest wydrukowane. Zacząłem czytać _Wielki świat Capowic_. __ Szło mi to bardzo nieskładnie, spociłem się po przesylabizowaniu jednej stronicy i nic nie rozumiałem. Gdzie są te śmieszne rzeczy – myślałem – o których mówią nasi znajomi, i co im się tak właściwie podobało? Nieśmiało zwierzyłem się z tego ojcu memu, który z miną pełną wyrozumienia powiedział: „To nie dla ciebie. Trzeba się znać na stosunkach galicyjskich, orientować się w polityce, aby wiedzieć, o co chodzi”. Bardzo mnie to zasmuciło, bo nie wiedziałem nic, co to są stosunki i co to jest polityka. Długo, bardzo długo jeszcze się o tym nie dowiedziałem.
Pan w złotych okularach stracił dla mnie na pewien czas swój urok. Chodziłem do szkoły – z tabliczką, rysikiem i elementarzem, ale nudziłem się podczas długich godzin lekcji, w czasie których moi nieletni towarzysze wypisywali kredą na tablicy setki razy te same sylaby. Nie mogłem doczekać się, kiedy w kolejności alfabetu zostanę wywołany do tablicy. Czas skracałem sobie przyglądaniem się ptakom, które przelatywały z gałęzi na gałąź drzew, co zaglądały do okien izby szkolnej – i zazdrościłem tym śpiewakom bożym, że są wolne, latają w słońcu, a nade wszystko mają świeże powietrze, którego w klasie nie było. Potniejące od wysiłku pisania głowy dziecięce, wysmarowane masłem – wydawały woń, która przyprawiała o mdłości. Wreszcie nadszedł dzień próby. Nauczyciel wywołał mnie na stopień, nad którym wisiała tablica, i dając kredę do ręki, srogo powiedział: „Napisz kolejne litery alfabetu, dokąd umiesz”. Wziąłem kredę i wielkimi literami między liniami czerwonymi wypisałem szybciej, niż pogrążony w dzienniku klasowym nauczyciel zdążył spostrzec mój wyczyn: „Abecadło to rzecz ładna, lecz pisanie sprawa zdradna”. Odłożyłem kredę i rzekłem: „Już”. Oczy wszystkich moich towarzyszy klasowych były wpatrzone we mnie. Nauczyciel podniósł wzrok ku tablicy. Popatrzył, włożył okulary, jeszcze raz przeczytał, zmierzył mnie oczyma, aż mi się zimno zrobiło, i pokazując palcem moje miejsce w ławce, rzekł: „Siadaj”. Po mnie nie wywoływał długą chwilę nikogo, chodził po klasie dużymi krokami. Nie orientowałem się z jego wyrazu twarzy, czy jest zły, czy mu zaimponowałem. Dzieciaki wokół coś szeptały, czułem się coraz niewyraźniej. Wreszcie nauczyciel przystąpił do mnie i patrząc mi w oczy, zapytał: „Kto cię tego nauczył?”. „Pisania?” – zapytałem. „Nie, tych wierszy”. „Nikt, panie psorze, to ja sam”. Odpowiedź brzmiała: „Niech ojciec jutro przyjdzie do mnie”.
Wiedziałem, że takie wezwanie nic dobrego nie wróży, czułem się przestępcą. Ale jak zawiadomić ojca? Przyznać się czy nie przyznać do figla? Całą drogę powrotną ze szkoły do domu rozmyślałem nad tym. Obiadu nie jadłem, matka suponowała, że jestem chory, ojciec kazał zmierzyć gorączkę. Położyłem się na kanapie, na książki przyniesione ze szkoły nie mogłem patrzyć, jakby to one wyrządziły mi krzywdę. Wreszcie o zmierzchu, który łaskawie mrokiem swym okrył moje zmieszanie, przystąpiłem do matki i cichym głosem przez łzy wyszeptałem: „Pan nauczyciel prosił, aby tatuś jutro przyszedł do szkoły – i od siebie dodałem – zamiast mnie”. Nie chciałem być świadkiem czegoś nieoczekiwanego, a najwięcej bałem się, że każą mi siedzieć w karcerze. „A co się stało?” – zapytała mnie moja rodzicielka. Tego pytania nie przewidywałem, ale postanowiłem odłożyć dysputę. „Nie wiem” – odrzekłem. Matka poszła do ojca, długo coś mówili, wreszcie wyszła i powiedziała: „Pewnie coś spsociłeś. Pójdziesz jutro razem z ojcem do szkoły”. Nie mogłem doczekać się ranka, od siódmej już czekałem, aż ojciec się ubierze. Szliśmy w milczeniu. W bramie szkoły spotkaliśmy nauczyciela, który rozkazująco rzekł do mnie: „Idź do klasy”. Potulnie wśliznąłem się na moje miejsce i czekałem, co dalej będzie. Za kilka minut wszedł nauczyciel i po porannej modlitwie wywołał mnie na środek izby, każąc wziąć ze sobą książki. Kiedy to zrobiłem, dodał: „Idź do domu – nie będziesz chodził do szkoły”. Pociemniało mi w oczach, ale ukłoniłem się i wyszedłem. Na korytarzu czekał ojciec. „Będziesz uczyć się w domu, profesor powiedział, że będzie przychodził na lekcje”. Odetchnąłem. Jestem wolny jak ptak, nie muszę siedzieć z dziećmi w ławkach! Radość opanowała mnie szalona – pocałowałem ojca w rękę. „No widzisz, w domu będziesz mógł prędzej się uczyć i pójdziesz o rok wcześniej do gimnazjum”. Mówił coś jeszcze, ale już nie słyszałem, gdyż wolność uzyskana rozpierała mi mózg i serce.
I odtąd przychodził ten nauczyciel w wyszarzanym ubraniu na godzinne lekcje popołudniowe. Więcej z nim mówiłem, niż uczyłem się. Zadawałem mu setki pytań z zakresu botaniki, mineralogii, zoologii, przedkładałem mu swoje wynalazki, jak np. wodna fujarka lub pompka zrobiona z drzewa bzu dzikiego. Często wprawiałem go w kłopot – nie wiedział, co odpowiedzieć. Po kilku miesiącach, zmęczony szkołą, którą mu dawałem, zrezygnował z dalszego uczenia mnie, mówiąc: „Dla niego trzeba już profesora gimnazjalnego”.
Nie przyjęto tymczasem takiego mędrca – a ja używałem wszelkich swobód. Karczowałem balsaminy, kopałem stawy, jeździłem na trzykołowcu. Wierszy jednak nie pisywałem więcej, gdyż bałem się, że mogą wywołać odwrotny niż poprzednio skutek, i znów zakują mnie w szkolne kajdany. Ale skończyłem lat dziesięć i należało poddać się egzaminowi wstępnemu do gimnazjum. Sprawiono mi wszystkie książki z czwartej klasy szkoły powszechnej, zjawił się nowy nauczyciel, który bardzo rygorystycznie traktował swoją misję. Miałem zadawane z dnia na dzień lekcje, pewne ustępy do przeczytania. Tymczasem mnie podobały się inne ustępy czytanek i książkę studiowałem od końca. Belfer rozpaczał – przepowiadał, że nigdy nie zdam egzaminu, jak go słuchać nie będę. Przepowiednie nie spełniły się jednak. Pierwszą część, pisemną, egzaminu zamiast w cztery godziny – odrobiłem w niespełna dwie, z ustnego zwolniono mnie na tej podstawie.
Przybrałem mundur szkolny z jednym srebrnym paskiem i zaczęły płynąć długie, bardzo długie dni wkuwania łaciny. _Terra est rotunda – vita est brevis…_ Nie lubiłem tych urywanych, prostych zdań, a próby zapoznania się z ostatnimi kartkami podręcznika zawiodły. Wobec tego zmieniłem metodę: zamiast pół strony, które przeznaczano na każdy dzień, uczyłem się czterech na pamięć. Po dwu miesiącach skończyłem książkę i miałem z łaciną spokój do końca roku. Inne przedmioty były fraszką – trzeba było czymś wolny czas pozaszkolny wypełnić. Uprosiłem ojca o kupno roweru.
Ileż ten środek szybkiej lokomocji dawał mi rozkoszy! Całe popołudnia spędzałem za miastem, wśród pól i łąk, kąpałem się w bezkresnej przestrzeni, przemierzałem dziesiątki kilometrów. Nie stykałem się z kolegami szkolnymi – nie rozmawiałem z nikim, pędziłem przed siebie bez celu, w dal nieznaną, w pogoni za czymś niespodziewanym. Znużony siadałem na skraju lasu, przyglądałem się pracującym mrówkom i robiłem spostrzeżenia, jaki w tym mikroskopijnym świecie pracy panuje ład i porządek. Zajmowało mnie życie lasu, jego roślinność i świat zwierzęcy. Poznałem niebawem wszystkie rodzaje dzięciołów, czarne i rude wiewiórki, różne rodzaje jaszczurek. Zbierałem zioła i zwiozłem do domu zielnik, którym zajął się nasz nauczyciel botaniki. W tych wędrówkach więcej nauczyłem się przyrodoznawstwa niż moi koledzy z książek. I zostało mi z nich jeszcze coś, co przetrwało całe życie: umiłowanie swobody, szerokiego oddechu i obcowania z naturą.
Rower stał się moją pasją, która z czasem doprowadziła do chęci rekordów i zdobywania laurów na wyścigach. Trenowałem do długich biegów na wytrzymałość i szybkość. Niebawem byłem jeźdźcem, z którym nikt się nie mógł mierzyć. Mając lat piętnaście, zdobyłem pierwsze miejsce w biegu stukilometrowym, pierwszy raz jeżdżąc na torze lwowskim, zdobyłem drugą nagrodę w rywalizacji ze starszymi ode mnie o dziesięć lat zawodowcami. I kiedy pierwszy raz ujrzałem w piśmie ilustrowanym moją fotografię z opisem kolarskiego wyczynu, poczułem, co to jest słodycz sławy. Nie wiedziałem wówczas jeszcze, ile to tak upajające słowo ma w sobie goryczy, jak ciężko trzeba pracować, aby uśmiech losu nie stał się przyczyną rozczarowań, które mogą i zmarnowały niejednemu życie. Ale ambicje kolarza przeszły szybko, jak wiele rzeczy mija z wartko płynącą młodością. Nie minęło tylko to, co raz zakiełkowało: ambicja wybicia się z szarego tłumu zjadaczy chleba.
Zbliżał się czas składania egzaminu dojrzałości. Zamknięcie jednego okresu, w którym dziecko dorasta w młodzieńca – otwarcie szeroko wrót, poza którymi są wszystkie ponęty młodości i praca, mająca później wprowadzić na szeroki gościniec przeznaczenia w życiu.
Siódma i ósma klasa w gimnazjum w dawnej Galicji, te dwa ostatnie lata szkoły średniej, przeładowane były wykładami ze wszystkich niemal dziedzin wiedzy – przy bardzo marnie opracowanych podręcznikach. Najgorszy z nich był jednak trzytomowy zarys historii powszechnej Wincentego Zakrzewskiego, uzupełniony czwartym tomem dziejów Polski Anatola Lewickiego. Zakrzewski nie miał zupełnie zmysłu pedagogicznego, nagromadził olbrzymią ilość faktów i dat, podzielił wszystko na krótkie, niewiążące się ze sobą ustępy, telegraficznym stylem notując wypadki i zdarzenia dziejowe. Wszystko to było suche jak sieczka i rozpadało się jak sucha glina. Nasz nauczyciel historii Jacek Zieliński, typ starego Polonusa z sumiastym blond wąsem, również nie odznaczał się darem obrazowego malowania dziejów i najczęściej ograniczał swoje wykłady do opowiadania odpowiednich ustępów z Zakrzewskiego – swoimi słowami. Toteż lekcje te należały do najnudniejszych i najcięższych. Zadawane do nauki dwie czy trzy strony doprowadzały nas, uczni, do rozpaczy. Byli tacy, co wykuwali na pamięć Zakrzewskiego, byli tacy jak ja, którzy chcieli poza datami, wojnami i bitwami dopatrzyć się życia w dawnych wiekach i na własną rękę snuli domysły historyczne, najgorzej kończące się przy egzaminowaniu przez prof. Zielińskiego. Nauczyciel irytował się, nie umiał domysłów prostować i zaspokoić ciekawości szerszym i barwniejszym wykładem, i radził sobie sposobem najprostszym: „Siadaj, masz dwóję!”. Bywały półrocza, kiedy wszyscy mieli dwóję zapisaną w jego notesie i zdawało się, że przy klasyfikacji duża część kolegów przepadnie, innym słaba lub zła nota z historii popsuje świadectwo, na którym po kilka przedmiotów było ze stopniem „celująco”. Ale nasz srogi, nigdy do uśmiechu nieskłonny profesor Jacek miał, jak się okazywało, złote serce i przy ostatecznej klasyfikacji stawiał stopnie zależnie od wyglądu całego świadectwa. W ten sposób historia powszechna była przedmiotem najmniej lubianym, najgorzej rozumianym, ale figurującym w świadectwie z notą niepsującą uczniom przechodzenia dalej.
Całkiem inaczej miała się rzecz z literaturą polską, traktowaną w gimnazjach galicyjskich szeroko, dużo szerzej niż literatura niemiecka, jedyna zresztą z literatur obcych wykładana w tych uczelniach. Podręcznik piśmiennictwa polskiego obowiązujący ówcześnie był pióra tegoczesnej sławy polonistycznej Stanisława Tarnowskiego, świetnego mówcy i chluby Uniwersytetu Jagiellońskiego, jego rektora i prezesa krakowskiej Akademii Umiejętności. Dla celów szkolnych przystosowana była ta literatura przez Józefa Wójcika, dyrektora naszego gimnazjum, pedagoga starej daty. Nie można rzec, aby książka ta miała jakieś walory specjalne, toteż nie ona nas zajmowała i nie ona przyczyniła się do rozmiłowania w piśmiennictwie ojczystym, ale wykłady nauczyciela, którym był Józef Kantor. W małym galicyjskim mieście, jakim na początku XX wieku był Jarosław, ten gimnazjalny wykładowca stanowił chlubny wyjątek. Sam gruntownie wykształcony, kolegujący się z Franciszkiem Smreczyńskim (Władysławem Orkanem), twórcą _Drzewiej_, przyjaźniący się z Kazimierzem Tetmajerem i autorem znakomitych sonetów tatrzańskich Franciszkiem Nowickim, zajmował się literaturą fachowo. W młodości ogłosił w wydawnictwach Akademii Umiejętności folklorystyczny zarys wsi rodzinnej _Biały Dunajec_, __ przygotował jedyną antologię _Poezji Tatr_ (1909) i dał wnikliwą analizę _Księdza Marka._ Wykłady jego odznaczały się polotem, wychodził w nich daleko poza ramy podręcznika Tarnowskiego i Wójcika, umiał zainteresować ucznia tematem. Od niego dowiadywaliśmy się o twórczości Norwida, który świeżo wtedy odgrzebany przez Miriama, a szczegółowo omówiony przez Adama Krechowieckiego, był modny i na ustach wszystkich, on długo i szeroko prawił o Młodej Polsce i jej najwybitniejszym przedstawicielu – Stanisławie Wyspiańskim.
Nasz entuzjazm dla poetów i poezji rósł z godziny na godzinę. Jedni zaczęli pisać poezje, inni rozczytywali się w dawniejszej i nowszej literaturze, tak że w szkolnej bibliotece był tłok, rojno i gwarno, jedni drugim wydzierali książki, by prędzej poznać tego czy tamtego autora. Mnie podręcznik literatury nie zadowalał, nabyłem więc za moje oszczędności sześciotomowe dzieło Tarnowskiego oraz _Współczesną literaturę_ Wilhelma Feldmana, najpoczytniejszą w tych czasach książkę, której coraz to nowe wydania ukazywały się w pięknych edycjach. Feldman i Tarnowski, ci dwaj diametralnie różni pisarze, o różnym rozumieniu posłannictwa literatury i różnie pojmujący jej zadania i cele, byli mentorami urabiającymi pierwszy sąd o piśmiennictwie. Jakże inaczej mówił rektor Tarnowski o „pani Konopnickiej” i „pani Orzeszkowej” – niż redaktor „Krytyki”, nadający ton w najnowszej literaturze sądom o tych pisarkach. A już sprzeczność sądów o Przybyszewskim i Wyspiańskim była rażąca. Tu bezapelacyjne potępienie – tam bezgraniczne uwielbienie, tu przyznawanie się do niezrozumienia – tam wykład najzawilszych zagadek, które jednak zagadkami zostawały nadal. Trzeba było dalszych studiów, aby wiedzieć, komu przysądzić rację. A więc broszury Stanisława Lacka, pisane zawile, trudno, a więc szkice Jana Stena, rozprawki Antoniego Potockiego. Tarnowski w dyskusjach szkolnych przepadał z kretesem, ale wszyscy godziliśmy się na jedno: że nikt tak pięknie o dawnej literaturze polskiej pisać nie umiał jak on – i pewnie dlatego że stary, nie odczuwa nowych prądów i ducha młodych. Tym niemniej studiowaliśmy książkę jego o Sienkiewiczu, widząc w niej jedyny komentarz światły, o ileż wyżej stojący od suchej książki Piotra Chmielowskiego.
Wieść o śmierci Stanisława Wyspiańskiego (1907) okryła żałobą nasze kółko literackie. Postanowiliśmy wysłać delegację z wieńcem na pogrzeb. Myśl ta bardzo podobała się prof. Kantorowi, który objął przewodnictwo. Do delegacji tej prócz dwu kolegów wszedłem i ja. Byłem przejęty tą misją, nerwowo podniecony i tak głęboko zasmucony, jakbym stracił kogoś najbliższego. Pamiętam, iż tych kilka godzin drogi, która dzieliła Jarosław od Krakowa, przejechaliśmy wszyscy w zupełnym milczeniu, jakby się obawiając, by słowa nie kontrastowały z żałobą po utracie drogiego poety, uznanego przez wszystkich za wieszcza narodu. Kraków, który wtedy widziałem po raz pierwszy, zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Stare mury Sukiennic i wieży mariackiej wydały mi się wizją przeszłości potężnej, Wawel czymś, gdzie mógł królować geniusz tylko Wyspiańskiego. Przypomniał mi się pogrzeb z _Kazimierza Wielkiego_ i ciągle powracał refren: „Idą posępni, a grają im dzwony ze wszystkich kościołów, a grają im dzwony żałobne…”. W nieprzebranym tłumie zginęła nasza delegacja, szliśmy stłoczeni, unoszeni niemal przez cisnące się rzesze, nieprzebrane czarne mrowie ludzkie. Kondukt wolno posuwał się ku Skałce, gdzie na wieczny spoczynek miały być złożone zwłoki twórcy _Wyzwolenia_. Ponad tą masą ludzką płynęła mała trumna, w którą wszyscy mieli utkwiony wzrok. Patrzyłem na nią i łzy płynęły mi rzęsiście z oczu. Prócz niej nie widziałem już nic, ani tych wieńców, których stosy złożono później na trumnie w krypcie, ani tych delegacji włościan, które następnie snuły się ulicami Krakowa. W uszach stale mi dźwięczał dzwon Zygmunta, owa „żałość górująca”. Przejęty byłem na wskroś, tak że nie umiałbym powiedzieć, czy ceremonia pogrzebowa trwała kwadrans, czy kilka godzin. Oprzytomniałem dopiero pod wieczór na dworcu, kiedyśmy się zebrali do drogi powrotnej. Nie chciałem ani jeść, ani pić, tylko odczuwałem śmiertelne znużenie. Całą drogę przespałem jak w malignie. W domu pierwsze słowa matki były: „A z tobą cóż się dzieje?”. Popatrzyłem na siebie w dużym lustrze w przedpokoju. Istotnie, żałosny przedstawiałem widok: włosy miałem wzburzone, twarz czarną, oczy podkrążone, płaszcz zmięty i zabłocony. Nic nie odrzekłem, rozpłakałem się. Byłem nerwowo wyczerpany, głęboko smutny.
W następnych dniach powstała myśl uczczenia poety: zasiadłem do napisania broszury o nim. Śmiałe to przedsięwzięcie zrodziło się z entuzjazmu, ale bez przygotowania. Wydawało mi się, że trzeba swoje umiłowanie, swoją cześć dla Wyspiańskiego przekazać innym. Tak powstało tych kilkadziesiąt stron, które później, jako pamiątkę mego egzaminu dojrzałości, wydał zaprzyjaźniony księgarz jarosławski – Józef Meinhart. Lekkomyślność wydawców zawsze była duża. W kilka miesięcy po ukazaniu się tej książeczki pisał w „Słowie Polskim” Hieronim Wierzyński (dziennikarz i publicysta, wówczas we Lwowie, później współpracownik „Gazety Warszawskiej”, brat poety Kazimierza), że jest to przejaw tego uwielbienia, jakim otaczała młodzież Stanisława Wyspiańskiego. Cóż więcej napisać można było o broszurze osiemnastoletniego ucznia, kiedy autor _Wesela_ był długo jeszcze dla jednych „pogrobowcem romantyzmu”, a inni rodowód jego z XVIII wyprowadzali stulecia (Adam Grzymała-Siedlecki).
Ostatni rok studiów gimnazjalnych upłynął w nerwowym napięciu przedegzaminowym. Przygotowywało się tzw. lekturę prywatną, polegającą na systematycznym zapoznaniu się z wszystkimi najwybitniejszymi autorami i przygotowaniu streszczeń ich dzieł, robieniu tablic chronologicznych historii powszechnej i polskiej, powtórkach z matematyki i fizyki, czytaniu klasyków jako dopełnienia nauki łaciny i greki, powtarzaniu literatury niemieckiej i zdawaniu sprawy z przeczytanych utworów pisarzy niemieckich. Te _colloquia_ prowadził z nami domorosły germanista Jan Nowak, typ nauczyciela prowincjonalnego, który dawno zapomniał już o tym, co słyszał kiedyś na uniwersytecie, który nic nie czytał i niczym nie interesował się prócz róż, które miał w ogrodzie przy swojej willi, tonącej stale w tumanach kurzu pobliskiej drogi. Wyzyskiwaliśmy jego naiwność i brak oczytania i zdawaliśmy mu sprawę z przeczytanych dzieł polskich, doczepiając do nich nazwiska autorów niemieckich. Nie poznał się on na tym i zapisywał nam dobre noty z niemieckiego. Podstęp ten miał jednak tę dobrą stronę, iż nauczyliśmy się dość sprawnie streszczać w obcym języku płody literatury ojczystej.
Matura ówczesna była aktem uroczystym, z udziałem delegata Rady Szkolnej Krajowej, którego więcej obawiali się nauczyciele niż uczniowie. Raporty bowiem owego delegata charakteryzowały – na podstawie przygotowania uczni i ich odpowiedzi – zdolności pedagogiczne grona nauczycielskiego, od czego zależny był awans lub przeniesienie wykładowcy na lepszą posadę w większym mieście. Toteż trema przedegzaminowa opanowywała nie tylko kandydatów, ale i tych, co mieli być ich sędziami. Zdarzało się, że słabsi uczniowie byli przed maturą przygotowywani przez samych nauczycieli, którzy przez zadawanie im stale jednego pytania lub powtarzanie tego samego tematu wskazywali, że to właśnie będzie przedmiotem indagacji maturycznych. Mnie przez całe półrocze nie zadawano żadnych pytań, nie byłem wywoływany, tak że jedyne wiadomości o mnie mieli nauczyciele na podstawie zadań pisemnych szkolnych i domowych. Nie wiedziałem, jak ustosunkuje się do mnie i do dwu innych jeszcze kolegów, którzy byli tak samo traktowani, komisja egzaminacyjna i czy nauczyciele są tak pewni naszego przygotowania, że stanu jego badać nie uważali za stosowne, czy też chcą wystawić nas na ogniową próbę pytań dopiero przy maturze.
Zagadka miała niebawem się rozwiązać. Już egzamin pisemny okazał dużą pobłażliwość w stosunku do kandydatów, choć dla mnie właśnie to mogło się było skończyć niespodziewanie fatalnie. Kiedy bowiem prof. Wołek wypisywał na tablicy temat grecki, który był ogromnie łatwy – uradowany tym, zbyt głośno zawołałem do mego sąsiada: „A to się Wół wysadził!”. Usłyszał to prof. Wołek, który bardzo wrażliwy był na brzmienie swego nazwiska, wpadł w gniew i kazał mi opuścić salę egzaminową. W ten sposób została odebrana mi możność złożenia wypracowania greckiego, co eliminowałoby mnie z listy kandydatów. Nie namyślając się wiele, zasiadłem na korytarzu szkolnym do pisania zadania, które ukończyłem już po godzinie i miałem jeszcze dalszą godzinę czasu do namysłu, jak sprawę załagodzić. Postanowiłem uderzyć w pokorę. Z miną potulną poszedłem do tercjana, który pilnował wstępu do gabinetu dyrektora gimnazjum, i wsuwając mu w dużą i brudną łapę koronę – prosiłem o wstawiennictwo do dygnitarza szkolnego, by mnie zaraz przyjął. Wstęp udał się i stanąłem przed grubym, pękatym człowieczkiem w okularach, który, nim jeszcze drzwi zamknąłem za sobą, wołał: „No co, no co, tylko prędko, bo nie mam czasu”. Powiedziałem krótko, co się stało, i dodałem: „Zadanie napisałem na korytarzu, który jest najlepszą klauzurą, gdyż nie było nikogo”. Widziałem, że dyr. Ignacy Rychlik (historyk, autor ciekawych _Dziejów Jarosławia_, późniejszy poseł na pierwszy sejm polski) miałby ochotę roześmiać się, ale przygryzłszy wąsa i patrząc ponad okulary na mnie, zaczął swoją admonicję, dodając: „Mnie to nic nie obchodzi, profesor Wołek pewnie złoży raport do delegata, będziesz wykluczony od egzaminu; ładnie, ładnie, maturzysta lży profesora; wyjdź, niech cię nie widzę więcej!”. Jeśli odejdę z niczym – myślałem – wszystko przepadnie; oby przynajmniej moje wypracowanie było przyjęte. Podszedłem więc kilka kroków do biurka dyrektorskiego i złożyłem to, co napisałem. Dyr. Rychlik nic nie powiedział – tylko pulchną swoją dłoń położył na podsuniętym papierze. Ukłoniłem się i wyszedłem. Udałem się pod salę, gdzie moi koledzy jeszcze męczyli się nad zawiłościami greczyzny, i czekałem na wyjście prof. Wołka. Po kilkunastu minutach wyszedł z plikiem zadań pod pachą, a kiedy podszedłem do niego, odwrócił się, udając, że mnie nie widzi. Za chwilę znikł w swoim gabinecie w głębi korytarza i drzwi zamknął od wewnątrz na klucz, czego nigdy nie robił. Widać, że chciał uniknąć mego zjawienia się. Zostawała tedy ostatnia droga, pójść doń do domu i tam go przepraszać. Zdecydowałem się na to i już po godzinie dwunastej byłem w jego prywatnym mieszkaniu.
Służąca wprowadziła mnie do skromnego pokoiku, gdzie panował duży nieład. Wśród książek leżały zabawki dziecinne, na rozrzuconych papierach pełno tytoniu rozsypanego; na drewnianym postumencie stało gipsowe popiersie Solona, a obok rozbita duża flaszka atramentu. Za stołem w kącie pokoju siedział profesor chmurny, sapiąc i patrząc smutnym wzrokiem przed siebie. Chciałem zacząć od przeprosin – ale wyciągniętą ręką przerwał mi: „Dotknąłeś mnie głęboko, naigrawając się z mego nazwiska. Nie oceniasz, ile pracy poświęcam wam, abyście wyszli na ludzi. Ośmieszasz mnie przed kolegami i to ma świadczyć o tej dojrzałości, której świadectwo masz dostać. Zastanów się, czy jesteś dojrzały. To nic, żeś dobrze napisał zadanie. Zadanie maturyczne nie decyduje o losach człowieka w życiu. Tam trzeba czegoś więcej”. Rozczuliło mnie to, co powiedział ten zacny, życiem zmęczony biedny nauczyciel; schwyciłem jego rękę i ucałowałem jak rękę ojca. Wyrwał mi ją i zobaczyłem w jego oczach łzy. „Idź, idź, zadanie masz celująco. Greki nie będziesz zdawał wobec tego przy ustnym – tylko łacinę u Krukowskiego”.
Rozpłakałem się jak dziecko i długo uspokajać mnie musiał dobry, kochany profesor Wołek.
Wracając do domu, przypomniałem sobie po drodze pierwszy mój figiel szkolny z wierszem o abecadle. Teraz opuszczałem ławy szkolne, także figlem, ale z głębokim morałem: „W życiu trzeba czegoś więcej”. Czego? Odpowiedziały na to lata następne.