-
nowość
Żywi, proszę do poczekalni - ebook
Żywi, proszę do poczekalni - ebook
Nie wszystkie pożegnania są ostateczne. Irena zna ciszę zakładu pogrzebowego lepiej niż większość ludzi własne mieszkania. Lena zawodowo porządkuje cudze głosy, ale nie potrafi uciszyć własnej przeszłości. Kiedy ich drogi zaczynają się przecinać, wracają sprawy, które miały pozostać zamknięte. Stare błędy. Niedopowiedziane żale. Pytania, na które czasem lepiej nie znać odpowiedzi. „Żywi, proszę do poczekalni” to opowieść o stracie, bliskości, pamięci i tym, jak łatwo pomylić spokój z napięciem. Z czarnym humorem, emocjami, które nie proszą o pozwolenie, i bohaterkami, które potrafią zranić dokładnie tam, gdzie boli najbardziej.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398361002 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CZĘŚĆ I · Rzeczy pozostałe
1. Trzy kłamstwa i literówka 8
2. Urządzenie gotowe do sparowania 12
3. Mieszkanie po osobie 16
4. Klienci, którzy nie wracają 20
5. Prąd dla umarłych 24
6. Czerwona podszewka 27
7. Bilans otwarcia 29
8. Kolacja bez związku z usługą 35
CZĘŚĆ II · Warunki przyjęcia
9. Siedem minut wcześniej 39
10. Dwa osobne wejścia 43
11. Cudza cisza 47
12. Rodzina w komplecie 51
13. Osobno uczucia, osobno ściany 55
14. Głębokość przy brzegu 59
15. Dziewiętnaście 63
16. Powrót bez gwarancji 66
CZĘŚĆ III · Wszystko pod kontrolą
17. Lokal do adaptacji 69
18. Rzeczy, których nie wyrzuca się po ojcu 72
19. Dzień zawodów 76
20. Kawa na później 79
21. Materiał prywatny 82
22. Oferta ważna do piątku 86
23. Wersja do akceptacji 90
24. Jeszcze tylko otwarcie 94CZĘŚĆ IV · Uszkodzenia niemechaniczne
25. Dwadzieścia sześć osób 96
26. Czterdzieści trzy sekundy 100
27. Przedmioty do odbioru 104
28. Rachunek osobny 107
29. Plików nie znaleziono 110
30. Wejście od podwórza 113
31. Nieobecność na etacie 116
32. Wszystkie słowa matki 119
CZĘŚĆ V · Pomieszczenia zastępcze
33. Wtorki 122
34. Protokół zdawczo-odbiorczy 125
35. Grudzień bez dekoracji 128
36. Pogrzeb przełożony 131
37. Mowa zależna 134
38. Nie zaczynajmy od kawy 139
39. Czego nie naprawia kolacja 143
40. Półka, która może być krzywa 147
CZĘŚĆ VI · Żywi
41. Osobne klucze 151
42. Propozycja wyjazdu 155
43. Głos należy do właścicielki 158
44. Nic dla świętego spokoju 161
45. Próba bez mikrofonu 165
46. Miejsce na nieobecność 169
47. Jeszcze jedno zdanie 173
48. Droga wzdłuż torów 177CZĘŚĆ I
RZECZY POZOSTAŁE
1. Trzy kłamstwa i literówka
W nekrologu matki Leny były trzy kłamstwa i jedna literówka. Literówkę poprawiła od razu.
— Radecka przez „c” — powiedziała, przesuwając kartkę po biurku. — Reszta jest bardziej skomplikowana.
Kobieta po drugiej stronie biurka podniosła wzrok. Miała grafitową koszulę, krótkie włosy z siwizną nad uszami i twarz kogoś, kto nie zamierza dokładać własnej reakcji do cudzego nieszczęścia. Na jej palcu wskazującym została smuga niebieskiego atramentu. Lena zauważyła ją, ponieważ od trzech dni zajmowała się rzeczami nieistotnymi: odpryskiem na kubku sąsiadki, krzywo przyklejoną naklejką na drzwiach, brudnym mankietem człowieka, który przyjechał zabrać ciało. Rzeczy istotne nie mieściły się jeszcze w polu widzenia.
— Która reszta? — zapytała kobieta.
— „Po długiej i ciężkiej walce”. Umarła w kuchni. Jeśli z czymś walczyła, to z drzwiczkami zamrażalnika. Od pół roku się nie domykały.
Kobieta przekreśliła zdanie.
— Dalej?
— „Troskliwa”.
Długopis zatrzymał się nad papierem.
Lena czekała na pouczenie. W ostatnich dniach usłyszała już, że o zmarłych należy mówić dobrze, że każda matka kocha najlepiej, jak umie, oraz że przynajmniej się nie męczyła. Nikt nie powiedział, skąd ma tę ostatnią informację. Sąsiadka znalazła Dorotę dopiero po południu.
— Możemy usunąć przymiotniki — powiedziała kobieta.
— Wszystkie?
— Zwykle pomaga.
Na wizytówce stało: IRENA WOLSKA. WŁAŚCICIELKA. Niżej numer telefonu czynnego całą dobę. Lena pomyślała, że to szczególnie ponura odmiana przedsiębiorczości: czekać, aż ktoś zadzwoni o trzeciej nad ranem, i regularnie mieć rację.
— A trzecie? — zapytała Irena.
Lena spojrzała na słowo „ukochana”. Papier lekko drżał, chociaż obie trzymały ręce nieruchomo.
— To może zostać.
Irena niczego nie skomentowała. Ta powściągliwość była pierwszą rzeczą, za którą Lena poczuła do niej wdzięczność.
Za ścianą zadzwonił telefon. Mężczyzna odebrał go głosem ciepłym i spokojnym, odpowiednim do sprzedaży koców.
— Nie, proszę pana. „Standard” oznacza model trumny, nie ocenę zmarłego.
Irena przymknęła oczy.
— Błażej ma dzisiaj trudny dzień.
— Ktoś mu umarł?
— Wszyscy po trochu.
Lena roześmiała się za głośno. Dźwięk odbił się od szafy z katalogami. Natychmiast zrobiło jej się wstyd. Od trzech dni ludzie sprawdzali jej twarz, jakby żałoba była dokumentem, który trzeba okazać przy wejściu.
Irena poczekała, aż Lena przestanie się śmiać.
— Wody?
Skinęła głową. Woda smakowała szkłem. Przez otwarte drzwi widziała fragment korytarza, stojak na parasole oraz ceramicznego psa z odłamanym uchem. Przedmiot był tak nie na miejscu, że wydawał się jedyną uczciwą rzeczą w budynku.
— Chciałabym, żeby pani poprowadziła pożegnanie — powiedziała Lena.
— Wspominała pani przez telefon o ceremonii świeckiej. Czy rodzina o tym wie?
— Rodzina będzie miała okazję dowiedzieć się wielu nowych rzeczy.
Irena nie zapisała tego. Lena od razu pożałowała tonu. Ciotka Barbara nie była złą osobą. Przyniosła zupę, znalazła sukienkę, zgłosiła się po dokumenty. Po prostu uważała, że zmarła Dorota powinna wreszcie zachować się jak porządna katoliczka, chociaż za życia chodziła do kościoła głównie wtedy, gdy uczniowie śpiewali kolędy.
— Mama nie chciała księdza — dodała ciszej. — Mówiła o tym. Nie mam tego na piśmie.
— Nie pytałam, żeby panią egzaminować.
Irena odwróciła kartkę.
— Proszę powiedzieć o niej coś prawdziwego. Nie musi być wzniosłe.
Lena przygotowała zawód matki, lata pracy i nazwę szkoły. Wszystko brzmiało jak opis stanowiska, które nagle się zwolniło. Otworzyła usta, lecz zamiast tego powiedziała: — Ostrzyła ołówki nożem. Nie cierpiała temperówek. Twierdziła, że człowiek powinien widzieć, ile drewna marnuje.
Irena zaczęła pisać.
Lena patrzyła na przesuwającą się końcówkę długopisu. Przypomniała sobie gazetę rozłożoną na kuchennym stole, zwinięte wiórki, paznokieć matki dociskający grafit. I rękę, która podawała jej gotowy ołówek. Zawsze czubkiem w swoją stronę, żeby córka się nie ukłuła.
— Miała piękny charakter pisma — dodała. — Charakter ogólnie trochę gorszy.
— To też zapisać?
Po raz pierwszy od telefonu sąsiadki ktoś pytał ją o zgodę na coś, co nie dotyczyło usługi, odbioru albo zapłaty.
— Tak.
Rozmawiały jeszcze czterdzieści minut. O tym, że Dorota uczyła pierwszoklasistów i potrafiła po dwudziestu latach rozpoznać ich po ruchu ramion. Że przepadała za lodami kawowymi. Że nie umiała przeprosić, ale zostawiała pod drzwiami garnek z zupą. Że po wiadomości o pierwszej dziewczynie Leny milczała trzy dni, a potem zapytała, czy dziewczyna je pomidory.
— Nie wiem, czy to było przyjęcie do rodziny, czy kwalifikacja do sałatki — powiedziała Lena.
Irena uśmiechnęła się krótko.
Nie udawała, że pomidory rozwiązały wszystko. Lena zaczęła lubić ją również za to.
Na końcu przyszła pora na katalog. Drewno, uchwyty, obicie. Lena wskazała drugi model od lewej.
— Ten.
— Może pani chwilę pomyśleć.
— Mama kupowała meble przez sześć miesięcy, a potem przez dwadzieścia lat narzekała. Zróbmy dla odmiany coś szybko.
Irena zapisała numer.
Kiedy Lena sięgnęła po torebkę, wysypały się z niej klucze matki. Siedem kluczy, brelok w kształcie szkolnego dzwonka, nieważna karta do biblioteki. Schyliła się, ale palce nagle przestały ją słuchać.
Irena obeszła biurko. Nie powiedziała „spokojnie”. Zbierała klucze po jednym i kładła je na wolnym krześle, żeby Lena mogła wziąć je, kiedy będzie gotowa.
Ten drobiazg został z nią dłużej niż wszystkie słowa pocieszenia.2. Urządzenie gotowe do sparowania
Ciotka Barbara przyjechała na pogrzeb z własną chusteczką, zapasową chusteczką i zdaniem, którego przez całą drogę nie mogła doczekać się wypowiedzieć.
— Twoja mama nie lubiłaby takiej uroczystości.
Lena spojrzała na zamkniętą trumnę.
— Mamo? — powiedziała. — Teraz jest ostatni moment na uwagi.
Barbara zacisnęła usta. W normalnych okolicznościach Lena przeprosiłaby natychmiast. W tamtym momencie całą dostępną energię zużywała na to, żeby nie patrzeć na bukiet od rady pedagogicznej. Był różowy. Dorota uważała róż za kolor przeznaczony do znakowania środków czystości i rzeczy, których nikt nie kupuje bez obniżki.
Irena stała z boku sali. Rozmawiała cicho z siwym mężczyzną, który ściskał płaski kaszkiet. Nie przytakiwała automatycznie. Pochyliła głowę, żeby go usłyszeć, i Lena nagle zapragnęła, żeby ktoś tak pochylił głowę również przy niej, już po wszystkim, kiedy skończą się formalności.
Pogrzeb zgromadził zaskakująco dużo osób. Dorota nie miała wielu przyjaciół, ale przez jej klasę przewinęły się całe rodziny. Przyszła kobieta z dzieckiem na rękach i powiedziała Lenie, że matka nauczyła ją pisać literę „f”. Mężczyzna w roboczej kurtce opowiedział o kanapkach zostawianych na ławce, niby przypadkiem. Była też dziewczyna, która niczego nie powiedziała, tylko położyła pojedynczego tulipana.
Lena poczuła irytację, a po niej wstyd. Ci ludzie przynieśli na pogrzeb inną kobietę, złożoną z chwil, których ona nie dostała. Chciała ich słuchać. Chciała też krzyknąć, że w domu Dorota nie zawsze miała cierpliwość nawet do błędnego „ó”.
W głośniku rozległ się krótki sygnał.
— Urządzenie gotowe do sparowania — oznajmił pogodny elektroniczny głos.
Kilka osób obejrzało się na trumnę.
Błażej spojrzał na urządzenie z zawodowym rozczarowaniem. Lena wstała, zanim zdążyła pomyśleć. Podeszła do stołu, zobaczyła migającą diodę i wyciągnęła wtyczkę odbiornika.
— Przez wejście liniowe — szepnęła. — Ma pan kabel?
— Jestem od ludzi, którzy nie emitują sygnału.
Wskazał pudełko pod stołem. Lena uklękła w granatowej sukience, znalazła właściwy przewód, wpięła go w złącze i sprawdziła poziom. Przez kilka sekund wiedziała dokładnie, co robić. Była za to wdzięczna bardziej, niż wypadało.
Wracając na miejsce, zauważyła spojrzenie Ireny. Nie rozbawione. Uważne.
Ceremonia zaczęła się od ciszy. Nie tej niezręcznej, którą należy szybko czymś zatkać, ale krótkiej, wyraźnie pozostawionej przestrzeni. Lena usłyszała oddech Barbary i szelest materiału przy własnym kolanie.
Irena mówiła o pracy Doroty, o jej uczniach i lodach kawowych. Nie powiedziała „anioł”. Nie powiedziała „opoka”. W pewnej chwili zamknęła teczkę, jakby chciała, żeby następne zdanie nie należało już do dokumentów.
— Córka zapamiętała gazetę na stole, drewniane wiórki i nóż, którym matka ostrzyła ołówki. Zapamiętała też sposób podawania gotowego ołówka: zawsze tak, żeby drugi człowiek nie trafił dłonią na czubek.
Wtedy Lena zaczęła płakać.
Nie przy opuszczaniu trumny. Nie przy kwiatach. Przy kawałkach drewna.
Barbara podała jej drugą chusteczkę. Przez chwilę ich dłonie się zetknęły. Ciotka już nie mówiła o księdzu.
Na cmentarzu wiał wiatr. Ktoś miał źle dobrane buty, ktoś nie potrafił znaleźć wyciszenia w telefonie. Ziemia uderzała w drewno z dźwiękiem zbyt konkretnym, żeby pasował do wszystkich łagodnych określeń śmierci. Lena pomyślała, że matka złościłaby się na jej odkryte kostki.
Później odbyła się stypa, podczas której rozmawiano przede wszystkim o parkowaniu i jakości ziemniaków. Lena jadła z zaskakującym apetytem. Patrzyła na swój talerz i nie mogła zrozumieć, jak ciało może w tej sytuacji zajmować się kotletem.
Wróciła do biura po dokumenty. Irena siedziała przy tym samym biurku, tym razem bez marynarki.
— Chciałam podziękować — powiedziała Lena.
— Nie musi pani dzisiaj pamiętać o uprzejmości.
— Nie dziękuję grzecznościowo.
Irena podniosła głowę.
Lena ścisnęła pasek torebki. Słowa były już blisko, lecz nadal wyglądały na coś, za co można zostać wyrzuconą z porządnej rodziny.
— Przez chwilę poczułam ulgę.
Irena wstała po wodę.
— Nie mamy na to formularza — powiedziała.
— Na co?
— Na jednoczesne kochanie kogoś i ulgę, że już nie zadzwoni.
Lena spojrzała na nią gwałtownie.
— Aż tak to widać?
— Nie. Ale czasem warto powiedzieć na wszelki wypadek.
Przez okno padało blade światło. W sąsiednim pomieszczeniu Błażej szukał zszywacza. Jego zwyczajne szuranie pozwalało Lenie nie czuć się zamkniętą w chwili, z której nie będzie umiała wyjść.
— Zajmuje się pani dźwiękiem? — zapytała Irena po pewnym czasie.
— Montuję. Filmy, audycje, reklamy. Głównie usuwam cudze „yyy”. Bardzo potrzebny zawód w kraju, w którym wszyscy mają coś do powiedzenia.
— Ten głośnik odzywa się od kilku tygodni.
— Trzeba go wymienić.
— Głośnik czy ludzi?
— Głośnik. Ludzie wyglądali na zdecydowanych.
Irena uśmiechnęła się całą twarzą. Lena zobaczyła drobne zmarszczki wokół jej oczu i niespodziewanie pomyślała, że chciałaby usłyszeć ten śmiech gdzie indziej.
Natychmiast odwróciła wzrok. Było coś oburzającego w tym, że nadal miała możliwość zauważania piękna.
Przy drzwiach Irena podała jej teczkę.
— Proszę dziś nie robić rzeczy, które mogą poczekać.
Lena niemal odpowiedziała: „Moja mama nie uznawała tej kategorii”. Zamiast tego skinęła głową.
W tramwaju położyła teczkę na kolanach. Na zewnątrz miasto wracało z pracy. Ktoś niósł nową deskę sedesową, ktoś bukiet żonkili. Dwie nastolatki kłóciły się o wiadomość, której jedna nie powinna była wysyłać.
Telefon Leny milczał.
Po raz pierwszy to milczenie miało określony kształt.3. Mieszkanie po osobie
Przez następny tydzień Lena nie wyrzuciła niczego poza skórką od banana, a i w tej sprawie przez moment miała wątpliwości.
Mieszkanie matki składało się teraz z przedmiotów, którym nagle przyznano prawo do ostatniego słowa. Kubek oznaczał ostatnią herbatę. Ręcznik ostatnią kąpiel. W lodówce stał otwarty serek, którego Lena nie potrafiła ani zjeść, ani wyrzucić. Zepsuł się w spokoju, nieskrępowany sytuacją rodzinną.
Przyjechała Nika z dwiema torbami jedzenia i rolką worków.
— Worki zostają w przedpokoju — zastrzegła od razu. — Nie przeprowadzę ci desantu.
Znały się od studiów. Nika produkowała filmy dokumentalne i od lat próbowała przekonać Lenę, że termin „wstępna wersja” nie oznacza moralnego upadku. Miała okrągłe okulary, stare trampki oraz dar wypowiadania nieprzyjemnych rzeczy bez przyjemności z tego powodu.
Postawiła zakupy na stole. Lena chciała ją upomnieć, żeby podłożyła gazetę pod mokrą torbę, i w ostatniej chwili ugryzła się w język.
— Co? — zapytała Nika.
— Nic. Mama właśnie próbowała przemówić przez moje gardło.
— Niech najpierw płaci połowę internetu.
Zrobiły kawę. Ekspres matki wymagał trzech osobnych czynności, stuknięcia w bok i nadziei. Dorota przez lata odmawiała nowego, ponieważ stary jeszcze działał, o ile człowiek miał odpowiedni charakter.
Lena pokazała Nice szufladę ze ściereczkami. Były posegregowane według stopnia zużycia. Te do rąk, te do naczyń, te do rzeczy, o których nie mówiło się przy jedzeniu.
— Jak się pozbyć mieszkania, które ma o mnie opinię? — zapytała.
Nika oparła biodro o szafkę.
— Nie zaczynaj od mieszkania. Zacznij od jednego słoika.
Wybrały przeterminowaną musztardę. Lena odkręciła wieczko, zobaczyła wyschniętą powierzchnię i poczuła tak gwałtowne rozdrażnienie, że rzuciła słoik do zlewu.
Szkło pękło.
Nika się nie ruszyła.
— Przepraszam — powiedziała Lena.
— Musztardy?
Usiadła przy stole i zaczęła się śmiać. Po chwili płakała. Nika podała jej papierowy ręcznik, nie próbując ustalić, które z tych zachowań jest właściwe.
Później znalazły kopertę z napisem „LENA — RÓŻNE”. W środku były świadectwa, fotografia z zerówki, wycięty z gazety tekst o pierwszym filmie, przy którym pracowała, i rysunek kobiety o sześciu palcach. Na odwrocie Dorota zapisała datę.
Lena obracała wycinek w dłoniach.
— Nigdy nie powiedziała, że czytała.
— Mogła nie umieć.
— Umiała mówić, że wyglądam na zdjęciu na zmęczoną.
Nika nie odpowiedziała. Lena była jej za to wdzięczna. Nie potrzebowała adwokatki matki. Matka miała już dostatecznie wielu obrońców, w tym najbardziej męczącą część jej własnej głowy.
Wieczorem pracowała nad reklamą materacy. Mężczyzna o miękkim głosie zapewniał, że dobry sen jest podstawą szczęśliwego życia. Lena usunęła świst między zębami, wyrównała oddechy i poprawiła trzecią sylabę słowa „regeneracja”. Następnie wysłała materiał i zasnęła na kanapie pod płaszczem.
Śniło jej się, że matka dzwoni, żeby zapytać, gdzie są klucze.
∗ ∗ ∗
W kwietniu wróciła do własnego rytmu pracy, choć nadal mieszkała u Doroty. Jej poprzedni wynajem dobiegł końca jeszcze przed śmiercią matki. Planowała nowy, lecz nie potrafiła podpisać umowy, dopóki stary adres wydawał się czymś, czego należy pilnować.
Zaczęła odkładać pieniądze na studio. Prawdziwe pomieszczenie, nie kąt między kredensem a grzejnikiem. W arkuszu miała rubryki na sprzęt, akustykę i poduszkę finansową, która przy obecnych cenach przypominała raczej poszewkę.
Nika zaproponowała jej pracę nad dokumentem o zamykanym zakładzie dziewiarskim. Materiał był pełen szumu maszyn i głosów kobiet, które nie chciały, żeby opowiedziano o nich wyłącznie jako o ofiarach.
Lena przesłuchiwała wypowiedź jednej z nich. „Wszyscy pytają, co ja teraz zrobię. Jakby przez trzydzieści lat nie robiłam nic”. Zdanie było niegramatyczne. Reżyser chciał je poprawić montażem.
Lena napisała: „Zostawmy. To nie jest konkurs z polskiego”.
Potem usunęła drugie zdanie i wysłała tylko pierwsze.
W środę po południu zadzwonił nieznany numer.
— Czy nadal zajmuje się pani dźwiękiem? — zapytała Irena Wolska.
Lena odsunęła słuchawki.
— Nie. Po pogrzebie przekwalifikowałam się na osobę, która nie odbiera nieznanych numerów.
— Nieskutecznie.
— Dopiero zaczynam.
Usłyszała krótki śmiech, dokładnie taki, jaki zapamiętała. W mieszkaniu nagle zrobiło się mniej duszno.
Irena potrzebowała uporządkować nagłośnienie. Kable, mikrofony, podstawowa instrukcja dla pracowników. Zapytała o stawkę.
Lena podała kwotę trochę wyższą niż zwykle. Nie wiedziała, czy próbowała sprawdzić uczciwość Ireny, czy zabezpieczyć się przed własną ochotą, by pojechać tam za darmo.
— Dobrze — odpowiedziała Irena. — Kiedy może pani przyjść?
Lena zajrzała do kalendarza, chociaż znała go na pamięć.
— W poniedziałek.
Po rozmowie spojrzała na kopertę „LENA — RÓŻNE”. Schowała ją do szuflady, nie pod wycinki, nie na wierzch. Po prostu do szuflady.
Następnie wyrzuciła serek.
Nie poczuła ulgi. Poczuła, że w lodówce zrobiło się trochę miejsca.4. Klienci, którzy nie wracają
Irena odbierała telefony lewą ręką, żeby prawą móc pisać. Robiła tak od dwudziestu lat, również wtedy, kiedy nie było czego zapisywać. Czasem budziła się w nocy z palcami zaciśniętymi wokół niewidzialnego długopisu.
W piątek o szóstej rano zadzwonił mężczyzna, który chciał wiedzieć, czy można przywieźć ojcu własny krawat.
— Oczywiście.
— Nawet taki niemodny?
Irena siedziała na brzegu łóżka. Za oknem śmieciarka próbowała wjechać w podwórze, którego projektant nie przewidział rozwoju cywilizacji.
— Może być ten, który lubił.
Mężczyzna odetchnął. Dopiero wtedy zaczął płakać.
Po rozmowie Irena przez chwilę patrzyła na podłogę. Znała ten moment: szczegół ustępował, a za nim wchodziło wszystko inne. Cała nieobecność ojca mieściła się wcześniej w obawie o krawat. Kiedy krawat okazywał się dozwolony, nie było już za czym się schować.
Zeszła do biura przed siódmą. Błażej stał w kuchence i kroił jabłko do pudełka śniadaniowego córki.
— Nie mogłeś zrobić tego w domu?
— Mogłem. Mogłem też zapytać wczoraj o pracę plastyczną z rzeczy znalezionych w lesie. Mamy rano dużo niewykorzystanych możliwości.
Na blacie leżała gałąź przyklejona do kartonu. Wyglądała jak dowód rzeczowy.
— Co to ma być?
— Ekosystem. Oda uważa, że pani od przyrody się zorientuje.
— W czym?
— Że gałąź pochodzi z parkingu.
Irena wzięła nóż i zaczęła kroić drugie jabłko.
— Jedno wystarczy — powiedział Błażej.
Odłożyła je z niechęcią, którą sama uznała za nieproporcjonalną. Nie lubiła, kiedy jej pomoc nie mieściła się w cudzym zapotrzebowaniu.
Na biurku czekały trzy rachunki i folder firmy oferującej cyfrowe ekrany do sal pożegnań. Na okładce widniało hasło „WSPOMNIENIA W NOWYM WYMIARZE”. Irena zastanawiała się, ile jeszcze wymiarów potrzebuje człowiek, którego właśnie sprowadzono do urny.
Folder wyrzuciła. Rachunki przesunęła pod kalendarz.
Kamienica należała do niej. Ojciec kupił ją, kiedy lokale w tej części miasta były tanie, a śmierć nie była jeszcze usługą, którą należało oferować w trzech pakietach i jednym wariancie premium. Na parterze urządził biuro, salę pożegnań i zaplecze. Na piętrze zamieszkali. Dawna kwiaciarnia z tyłu budynku raz przynosiła dochód, raz stała pusta, aż w końcu wypełniły ją rzeczy zbyt przydatne, żeby wyrzucić, i zbyt niepotrzebne, żeby używać.
Jan Wolski pracował do dnia, w którym nie zdołał podnieść rolety. Irena przejęła telefon, myśląc, że robi to na tydzień. Została z nim na zawsze.
Nie była to wyłącznie opowieść o poświęceniu. Lubiła swoją pracę. Lubiła trudne sprawy, konkretność decyzji, moment, kiedy człowiek wchodzący do biura w rozsypce wychodził z kartką, na której zapisano następny krok. Nie lubiła tylko tego, jak łatwo praca zjadała wszystko, co nie miało wyznaczonego terminu.
O dziesiątej zadzwoniła Halina.
— Nie mówię, żebyś rzucała wszystko — zaczęła matka. — Ale od dwóch dni mam dziwny dźwięk w kaloryferze.
— Jest kwiecień, instalacja jeszcze pracuje.
— Ja też pracowałam i nie wydawałam takich dźwięków.
Irena zamknęła oczy.
— Przyjadę wieczorem.
— Nie trzeba. Skoro nie masz czasu.
— Powiedziałam, że przyjadę.
Po rozmowie wstała zbyt gwałtownie. Krzesło uderzyło w szafę. Błażej zajrzał przez drzwi.
— Wszystko dobrze?
— Kaloryfer.