Żywok - ebook
Kiedy przychodzi zima, góry usypiają i śnią. Zasypia też las, stary jak świat, pełen wszystkiego, co nigdy nie umiera. Ale wśród drzew jest też coś, co zawsze pozostaje czujne, mimo że od dawna jest pogrzebane i zapomniane… – Inka przyjeżdża do babci mieszkającej w niedużej, górskiej wsi, Paportynkach. Nie ma jednak pojęcia o sekretach, które staruszka przed nią ukrywa. Wojtek jest leśnikiem i samotnikiem, noszącym w sobie dar i jednocześnie przekleństwo: dostrzega to, czego inni nie mogą zobaczyć. – Gdy w górach zaczynają umierać ludzie, tylko on wie, że właśnie rozpoczęło się polowanie. I musi podjąć decyzję. Cicho sza, bo inaczej przyjdzie żywok.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68695-33-5 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Drzewa wznoszące się nieregularnie na nierównym zboczu górskim dawały przyjemne schronienie przed jesiennym wiatrem. Pachniało wilgocią, igliwiem i żywicą. Pogoda była co prawda nieprzewidywalna, ale tutejsi zawsze umieli zrozumieć podszepty wiatru, uczyli się tego całymi pokoleniami, dlatego Janek, pociągając ostatni błogosławiony buch z taniej, sprowadzanej fajki bez filtra, wiedział już dobrze, że dziś, pomimo chmur, nie będzie padać.
Ciemność tkała swoje nici wśród omszałych, grubych pni. Pomiędzy starym, walącym się już mostkiem nad jakimś zapomnianym przez Boga strumykiem a niską skarpą, z mroku nieśmiało wyłaniała się budowla. W tym cichym, prawie martwym miejscu było to zaskakujące, ale budynek pasował do okolicy. W większości drewniany, pokryty siecią bluszczu i niskimi jodełkami, jakby chciał wrosnąć w las i na zawsze zniknąć w gęstwinie. Właśnie po to Janek i jego koledzy dzisiaj tu przyszli – stary kościółek trzeba rozebrać. Nie dało się go zburzyć w tradycyjny sposób, stał zbyt daleko od ludzkich siedzib. Poza tym kto przejmowałby się zatrudnianiem ekipy? Wystarczyli oni i prośba sołtysa. No i parę złotych, ale to drobnostka.
Janek odrzucił peta, zgniótł go tak, żeby przypadkiem nie wybuchł pożar. Skinął na Darka, Kacpra, Wieśka i Franka, którzy w pośpiechu dopalili papierosy i wzięli przygotowany zawczasu sprzęt. Nie mieli wiele, zaledwie kilka pożyczonych siekierek i młotów. Największego trudu wymagało od nich znalezienie kogoś, kto pożyczy im przyczepkę zdolną pokonać górskie wertepy w towarzystwie niestrudzonego jeepa Janka. Jednak w końcu się udało i dlatego stali tu teraz, zwarci i gotowi.
Janek nie wiedział, kto wybudował kościół ani kiedy to się stało. Miał tylko świadomość, że był tutaj od lat, stał wśród niskich szczytów Gór Słonych i marniał, porzucony. Niedaleko, na łące oddalonej o niecałe pół godziny drogi, murszało kilkanaście opuszczonych chat, więc Janek domyślał się, że niegdyś istniała tam wioska, której mieszkańcy prawdopodobnie przychodzili się tu modlić. Nie wiedział, czemu opustoszała, ale sądził, że z powodu zbytniego oddalenia od innych ludzkich siedzib. Nie dociągnęli tu elektryczności, asfaltu, nawet bieżącej wody, więc jak ludzie mieli niby żyć?
Przyszedł czas na rozeznanie w terenie. Janek wkroczył do kościółka przed innymi, zawsze był z nich wszystkich najodważniejszy, zresztą także najstarszy. Taki Franek to ledwie poszedł do liceum, ale on sam skończył tej wiosny aż dwadzieścia lat i rwał się, żeby stać się we wszystkim pierwszy i najlepszy. Ostrożnie wsunął głowę do budynku, rozejrzał się i postawił krok; nadepnął na coś wśród liści i mchu, przedmiot zachrobotał. Spojrzał pod nogi i dostrzegł oślepiający błysk. Chyba właśnie pękło mu pod podeszwą lusterko. Wzruszył ramionami – śmieci jak śmieci, w lesie ich pełno.
– Za mną, włazić – pogonił kolegów, przekraczając próg.
Drzwi nie było. W ścianie z dopasowanych do siebie, ale nieoheblowanych desek ziała po prostu dziura. Sufit zgiął się od ciężaru niezliczonych śnieżnych czap, które zalegały na nim przez te wszystkie lata. W głębi kościoła pozostały jeszcze nędzne resztki drabiny, kiedyś prowadzącej na poddasze i do maleńkiej wieżyczki, teraz zrujnowanej i pozbawionej swojego serca – dzwonu. Janek nie mógł uwierzyć, że pod tym skośnym stropem mieści się jakakolwiek przestrzeń, musiało być tam piekielnie wąsko i ciasno.
Wewnątrz pachniało tak samo jak na zewnątrz, czyli po prostu górami. Nawet jeśli kiedyś palono tu kadzidła czy świece, ich swąd dawno wywietrzał. Po resztkach podłogi, zarośniętej gęsto rdzawym porostem, żywokostem oraz kępami wysokiej trawy, walały się śmieci przytargane przez przypadkowych turystów. Przy wejściu bujnie zieleniły się jałowce, ostały się nawet nieliczne ławki dla parafian, teraz poprzewracane i w większości połamane. Z ołtarza nie zostało zupełnie nic prócz krzyża na ścianie. Z figury martwego Jezusa zwisał uschnięty brązowy mech, przywodzący na myśl zacieki starej krwi. Nieszczelnych od wilgoci ścian nie ozdobiono żadnymi obrazami – może ktoś je rozkradł, a może nigdy ich tu nie było? Brakowało też jakichkolwiek posągów czy rzeźb. Natura zagrabiła sobie większość wnętrza, pazernie pochłaniając je swoimi szponami, i pokonała budynek, wyduszając z niego resztki życia.
Wszystko to sprawiło, że chłopcy na chwilę się zatrzymali. Kacper był z nich najsilniej wierzący, toteż przeżegnał się, ale inni zaraz zbyli go śmiechem.
– Przecież tu od wieków nie ma księdza, głupi – zganił go natychmiast Darek.
Mimo świadomości, że są tylko w wydrążonym, pustym truchle kościoła, a nie w domu Boga, wszystkich ich przeszedł dreszcz, aczkolwiek każdego z innego powodu.
– Dobra, do roboty. Zobaczcie, co można najłatwiej wynieść, a kiedy to zapakujemy na przyczepę, zaczniemy rozbierać poddasze i dach. Powinno pójść łatwo, to zwykła papa i kilka belek – zakomenderował Janek. – Potem ściany. Fundamentów tu nie ma, to i łatwiej pójdzie.
Sołtys, czyli stryj Janka, uparł się, że kościółek trzeba zniszczyć, kiedy doszły go słuchy, że są kupcy na ziemię. Niby to mienie kościelne, ale przecież Janek nie znał się na żadnym mieniu poza swoim własnym i wiedział jedynie, że jak wujek chce, to wszystko załatwi. Tylko miejsca potrzebował, bo tamci chcieli postawić pierwsze w okolicy schronisko górskie, a to wymaga przestrzeni. Teraz tę przestrzeń zajmowały kościół i drzewa. Wkrótce miało zabraknąć i jednego, i drugiego.
Chłopcy przełamali się w końcu i zabrali się do roboty. Pogwizdując, nucąc piosenki zasłyszane niedawno na imprezach i wyzywając się wzajemnie od najgorszych – ale dla zabawy, tak jak za dzieciaka – pracowali, rąbiąc pozostałe ławy i resztki drewnianego konfesjonału. Ostrożnie ściągnęli krzyż z ołtarza i z szacunkiem odłożyli go na bok, żeby przypadkiem się nie połamał.
Darek był z nich wszystkich najmniej przewidujący – najgłupszy, można by rzec – więc zaczął rąbać ścianę, nim zajęli się dachem i belkami stropu. Janek rzucił się, by mu w tym przeszkodzić, ale dopiero po dłuższej chwili. Wcześniej zajęty był chwaleniem się przez telefon swojej dziewczynie. Lidka lubiła, kiedy trochę się przed nią popisywał, więc poświęcił na to parę minut, a wtedy świat dookoła niego przestał na chwilę istnieć.
– Co ty wyrabiasz? – Janek skoczył w kierunku kolegi, gdy wreszcie zorientował się w sytuacji. – Spadnie nam zaraz wszystko na łby! – krzyknął.
Wtedy część sufitu, bez żadnego ostrzeżenia, runęła na nich wraz z nadgryzionymi przez korniki, wilgotnymi belkami.
Janek oberwał najbardziej, bo jedna z desek uderzyła go prosto między oczy tak, że aż na chwilę oślepł. Upadł z głuchym jękiem, chwytając się za głowę, a koledzy natychmiast skoczyli ku niemu przerażeni, że stało się coś poważnego.
– Nic mi nie będzie – wychrypiał, masując czoło. – Kurwa, mówiłem ci, idioto! Nie rąbiemy ścian, dopóki nie zdejmiemy dachu!
Darek już zaczynał przepraszać, ale zachłysnął się pyłem i kurzem poderwanym w powietrze. A potem, gdy już przestał kasłać, wyciągnął rękę, wskazał na coś i spojrzał na Janka, który nigdy przedtem i nigdy potem nie widział tak wytrzeszczonych oczu.
– Jezusie najdroższy – wydukał Darek, a jego wskazujący palec zadygotał.
– Co? No co?
Ale nie musiał pytać, wystarczyło, że chłopcy popatrzyli na gruzy pod swoimi stopami, że przyjrzeli się bliżej połamanemu drewnu i pyłowi.
Na niskim poddaszu faktycznie musiał mieścić się stryszek. Teraz – kiedy sufit kościółka został pozbawiony części podpory i runął – to, co znajdowało się na górze, spadło. Najpierw ciężko było wyłowić pożółkłe fragmenty spośród gruzów, ale kiedy już się to zrobiło, nie dało się nie dostrzec, co leży wśród wiórów.
Janek zwymiotował, choć mówił potem, że to w wyniku wstrząśnienia mózgu, a nie z szoku czy obrzydzenia. W głębi duszy jednak wiedział, że już nigdy nie zapomni porozrzucanych, częściowo pokruszonych kości, zgromadzonych tuż obok jego kolan.
Każdy z chłopców opowiadał później nieco inną wersję tych wydarzeń, a w większości odbiegały one od siebie nawzajem, no i od prawdy. Tylko jedno powtarzało się w każdej historii. Czaszka, najpewniej w wyniku obsunięcia się którejś deski, obróciła się w ich kierunku, jakby mówiła im: „dzień dobry”.ROZDZIAŁ I
Wojtek podjechał pod leśniczówkę, zaparkował starą, umorusaną od kół po dach terenówkę z pękniętym reflektorem i wysiadł, nie kłopocząc się nawet zamykaniem drzwi na klucz. Wielokrotnie powtarzał wszystkim, którzy chcieli go słuchać, że kiedyś w końcu jakieś licho zakosi mu tę furę. Wreszcie z czystym sumieniem kupiłby sobie nową za pieniądze nadleśnictwa – ale złego diabli nie biorą i wóz jak był, tak był, starzejąc się bez godności, za to z uporem.
Wojtek pogwizdywał wesoło pomimo kiepskiej pogody. Było zimno. Od wczesnego rana na zmianę siąpiło okropną, lepką mżawką i lało jak z cebra, ale pomimo to miał w miarę dobry humor, na co wpływała zapewne perspektywa nadchodzącego odpoczynku. Spędził długi dzień w lesie, pokonał na nogach ponad dwadzieścia kilometrów i miał dość zmęczonych stóp i obolałych od wiatru policzków. Z ulgą przekręcił więc klucz w zamku i wszedł do chaty, zatrzaskując za sobą drzwi i odgradzając się od narastającej ciemności. Zmierzch przychodził w górach szybko, szczególnie w taką pogodę.
Leśniczówka była małym, ciasnym domkiem o spadzistym dachu, kryjącym wąskie, użytkowe tylko z nazwy, poddasze i przytulne wnętrze parteru. Nieliczne okienka znajdowały się nisko przy ziemi, co sprawiało, że Wojtek czuł się w tym miejscu jak olbrzym – choć od czasu, gdy został podleśniczym i tu zamieszkał, minęło ponad czternaście lat, nie mógł przywyknąć do braku naturalnego światła oraz widoku na zewnętrzny świat. Nawet pomimo tego, że kiedy udawało mu się już wyjrzeć przez maleńkie okienka, to i tak nie było na co patrzeć. Chata stała na samym końcu błotnistej, wyjeżdżonej przede wszystkim przez Wojtkowy samochód drogi, pnącej się w górę po zboczu od wioski Paportynki aż po skraj lasu. Widział zatem albo puste pole niknące w dole, albo drzewa ciągnące się od tego miejsca jeszcze przez wiele kilometrów. Gdzieś w tej puszczy kryła się sztucznie wytyczona granica państwa, ale to już nie była jego sprawa. Granice, nie tylko te wyznaczane ludzkimi narzędziami, generalnie nie były jego sprawą.
Wojtek wszedł do leśniczówki, odwiesił ociekający wodą płaszcz przeciwdeszczowy na zardzewiały haczyk i zsunął ciężkie buty. Przemokły. Nie wiedział, jak to się mogło stać, ale tak było – miał mokre skarpety. Zaklął na głos, budząc przy tym psa.
Przy żelaznej kozie, która – bez zachowania jakichkolwiek standardów bezpieczeństwa – stała zaraz przy sofie odziedziczonej po poprzednim leśniczym, leżał bardzo stary owczarek niemiecki o posiwiałym pysku, teraz mrużąc obolałe od światła oczy. Gdy Wojtek przygarnął tę suczkę, była w kwiecie wieku i nigdy nie leżała spokojnie dłużej niż kwadrans, teraz jednak już nie miała tyle siły. Kazał jej więc zostawać w domu i pilnować go przed wszystkim tym, co było na zewnątrz.
– Cześć, Inka – mruknął łagodnie, podchodząc do zwierzęcia. Suczka uniosła głowę, zamachała ogonem, który uderzył w drewniane dechy podłogi i wzbił chmurę kurzu. – Co porabiałaś, kochana? Cały dzień tak dzielnie pilnowałaś leśniczówki, moja dobra psinka… Co ja bym bez ciebie zrobił?
Poklepał psa po głowie. Potem zaraz podszedł do wygaszonej kozy. Szybko załadował do niej gałęzie i inny drobny chrust i podpalił nieśmiertelną zapalniczką Zippo, która należała jeszcze do jego zmarłej żony – nałogowej palaczki. On nie mógł pozwolić sobie na papierosy, były zabójstwem nie tylko dla płuc, ale i kondycji, której niezmiennie potrzebował.
Po chwili w izbie zrobiło się nieco cieplej. Wojtek usiadł na kanapie, poprawił pozycję, kiedy zbłąkana sprężyna pod pasiastą tkaniną zaczęła uwierać go w udo, a po chwili, gdy powietrze nieco się rozgrzało, zdjął ocieplaną kurtkę od codziennego munduru. Powoli opadały emocje, uchodziło też zmęczenie. Zaczęła go tępo ćmić głowa. Nie miał ochoty łykać pastylek, które pozbawiały go trzeźwego myślenia, zamiast tego podciągnął kolana pod brodę i zapatrzył się w brudną, pokrytą kwiatowym wzorem zasłonkę oddzielającą przestrzeń łazienkową od salonu. Aż prychnął w myślach na takie porównanie, żaden to był salon i żadna łazienka. Ledwo parę metrów zagraconych szpargałami i wydzielony kąt pokryty krzywo położonymi przez niego samego kafelkami. Zasłonę powiesił na dwóch hakach, żeby zapewnić chociaż trochę prywatności temu, kto by go odwiedził i chciał skorzystać z toalety. Przyjmował petentów raczej w kancelarii w Pacławicach, ale czasami przychodzili także tutaj, więc musiał wziąć ich komfort pod uwagę.
Kiedy wystarczająco długo patrzyło się na tę nieszczęsną zasłonę, prawie zawsze w pewnym momencie się poruszała. Drgała, raz szybko, raz wolniej, nawet kiedy w chacie żadnym prawem nie mogło być przeciągu. Wojtek sam uszczelniał okna, zawsze przed zimą, ale nawet tuż po takim remoncie materiał potrafił zatańczyć na nieistniejącym wietrze.
Nie niepokoiło go to, patrzył zawsze na zjawisko spokojnie, wiedząc swoje o jego źródłach i przyczynach. Dzisiaj jednak kotara wisiała martwo, widocznie nie zamierzała falować. Zwrócił więc wzrok na Inkę i zacmokał cicho, rozbudzając ją tym z bardzo płytkiej drzemki. Z właściwą starszym zwierzętom cierpliwością i mądrością w brązowych, dobrotliwych oczach, suczka wstała, rozciągnęła kruche kości i ułożyła łeb na kolanach przyjaciela.
– No i co mi dzisiaj powiesz? – zagadnął, gładząc aksamitną sierść. – Nic? Tak myślałem, ale to nie szkodzi.
Inka nastawiła uszy, jakby doskonale rozumiała każde słowo. Zresztą Wojtek wierzył, że tak jest. Zawsze wiedziała, kiedy zwracał się właśnie do niej, rozumiała nawet polecenia wypowiadane po raz pierwszy, choć nigdy jej nie tresował, a jej poprzedni właściciel był lekkomyślnym, okrutnym draniem. Kark Inki znaczyły blizny, które miały nigdy z niego nie zniknąć.
– Z rana zadzwoniłem do Starego Bujacza, żeby wreszcie załatwił naprawę mojej drukarki, bo bez niej jak bez ręki – zaczął łagodnie i cicho. Stary Bujacz, który naprawdę nie był wcale aż tak stary i miał na imię Józef, był nadleśniczym i jednocześnie jednym z najbliższych przyjaciół Wojtka. – Potem poszedłem od razu za cerkwisko, odnawiać zręby zgodnie z operatem – ciągnął. – ZUL-owcy¹ przygotowali mi już wcześniej glebę, ale i tak się namęczyłem, chociaż poszło sprawnie.
Inka zasnęła, sapała cichutko. To nie przeszkodziło jednak Wojtkowi, lubił do niej mówić. Nie miał innego audytorium.
– Na obiad zaszedłem do Pacławic okrężną drogą. W Wędrowcu mieli akurat pierogi. Dobre, z grzybami. A potem poszedłem na północ przez Malwinki, żeby podliczyć na stoku Lipówki drewno do odbioru, bo niedługo będzie trzeba rozliczyć roczny plan. Maciek nadzorował roboty, chłopaki się sprężają. No, ale idą mrozy, im więcej ogarną przed przyjściem zimy, tym dla drzewiarzy i dla nas lepiej, potem szlaki już będą nieprzejezdne. Ale i więcej mam liczenia.
Zapatrzył się na chwilę w ogień. Było cicho, cichutko, tylko płomień szemrał w żeliwnej kozie i oddech leśnika przeplatał się z oddechem jego psa. Od czasu do czasu jakaś deska strzelała w ścianie albo popiskiwały myszy, których Wojtek jakoś nie mógł się pozbyć. Za blisko pól i lasu mieszkał, a za daleko od ludzkich domów.
– Dłużej mi tam zeszło, niestety – podjął. – Potem pojechałem do Mariusza, do kancelarii i zostawiłem protokoły, żeby się nic nie pogubiło jak dwa lata temu. – Syn Józefa Bujacza, Mariusz, również był bardzo dobrym kolegą Wojtka i jednocześnie zastępcą swego ojca, więc często pracowali razem. – No cóż, jutro z rana znowu to samo, tylko że na innym terenie. Ale to już samochodem podjadę, bo prawie czterdzieści kilometrów, a z liczeniem mi też zejdzie do wieczora. – Wojtek zamilkł i wydawało się, że na dobre, ale po chwili odezwał się znowu, tyle że znacznie ciszej: – Widziałem ją dzisiaj na cerkwisku. Zawsze w tym samym miejscu siedzi i nikomu krzywdy nie robi, ale… – westchnął, na chwilę przestał głaskać Inkę za uszami. – Nie podchodzę już do niej.
Psina ocknęła się i spojrzała na Wojtka jednym okiem, jakby z zaciekawieniem.
– Co tak patrzysz? Siedziała spokojnie za ruinami. Nic ciekawego, ominąłem ją i poszedłem sobie, nie goniła mnie, nawet chyba na mnie nie spojrzała.
Inka poruszyła lewym uchem, ziewnęła.
– Myślisz, że spała? Na siedząco? Zresztą, co ja tam wiem. Nie będę jej wchodził w drogę, to i ona mnie nie będzie. A nie potrzebuję, żeby mi kto potem właził w paradę, jak będę kłody liczył, pięknie dziękuję!
Wojtek wstał, tym samym kończąc dzisiejszą historię. Kuchenny zakątek ział pustkami i ciemnością wynikającą z braku działającej żarówki. Leśniczy sięgnął więc tylko po bułkę z przedwczoraj i kawałek sera, a potem udał się po stromych, wąskich schodkach – bardziej przypominających drabinę – na poddasze. Tam na podłodze leżał materac i rozgrzebana torba turystyczna służąca mu za szafę.
Ściągnął mundurowe spodnie, zabezpieczył pistolet i zamknął go w sejfie udającym szafkę nocną. Rozłożył skarpety, aby wyschły, a potem położył się na wznak. Nie miał siły iść po wodę do studni, a potem męczyć się z grzaniem jej w balii – postanowił jutro z samego rana wziąć porządny prysznic w kancelarii i zmyć z siebie zapach potu, lasu oraz tego, co w nim żyje i umiera.
* * *
Dziewczyna, która wysiadła z pekaesu, była młoda, miała ufarbowane na niebieskawą czerń włosy i lisie rysy twarzy, co z typową dla siebie przenikliwością stwierdził w duchu Witek, z nudów po raz dwudziesty przeliczając drobne. Miał kiepski wzrok, więc niemal nieskończoną radość sprawiało mu, kiedy odkrywał przypadkiem, że poprzednio pominął jakiś grosik, tym razem jednak o niczym nie zapomniał. Dalej miał złotówkę i trzydzieści dwa grosze, nie więcej. W odruchu złości prawie podszedł do przyjezdnej, żeby wyżebrać chociaż piątaka – dziewczyna jako jedyna wysiadła na tym przystanku, więc nie miał zbytniego wyboru – ale zrezygnował w ostatniej chwili. Nie wyglądała jak ktoś, kto ma pieniądze, raczej jak ktoś bardzo zagubiony. Uśmiechnął się drwiąco i oparł o brudny tynk dworcowej ściany. Dworzec od wielu lat nie działał, ale budynek dalej jeszcze stał, po to tylko, by niszczeć sobie w spokoju. Był idealnym schronieniem dla takich jak Witek – miał szczelny dach i podłogę, a zaraz obok stał sklepik Ilony, więc po chleb i piwo też było blisko, jeśli akurat znalazły się monety. Żyć nie umierać.
Witek porzucił bezcelowe rozmyślania, gdy dziewczyna skierowała niepewne kroki wprost w jego stronę. Uniósł brwi i zachrypniętym głosem, nienawykłym do rozmów zapytał:
– Masz fajkę?
Chyba była na to przygotowana, bo sięgnęła do kieszeni cienkiej kurtki – zbyt cienkiej jak na ostrą górską pogodę – i wyciągnęła prawie pełną paczkę.
Witek miał swój ogień, podpalił papierosa, zaciągnął się i dopiero potem spojrzał na nią uważniej.
– Pacławice, hę? – zapytał niezbyt rezolutnie.
Dziewczyna zerknęła podejrzliwie na zabazgrany graffiti dworzec, przepaloną lampę uliczną i niewielki sklepik monopolowo-spożywczy, a następnie przeniosła wzrok trochę dalej, na góry widoczne zza niskich, przytulonych do siebie szarych zabudowań czteropiętrowych bloków. Teraz były co prawda pogrążone w szarówce nadchodzącego zmroku, ale wyraźnie rysowały się ostrymi szczytami, blisko, jak na wyciągnięcie ręki.
– Do rodziny przyjechałam – mruknęła, machnąwszy ręką w kierunku porzuconej na nierównym chodniku torby podróżnej. – Jak dojadę do Paportynek?
– Stąd? Nie da się – odpowiedział Witek. – Iść trzeba, nic nie jeździ o takiej późnej godzinie. Wy z miasta to zawsze myślą, że co pięć minut wszędzie autobusy jeżdżą. – Spojrzał na nią pobłażliwie.
– Racja. – Wzruszyła ramionami. – A gdzieś się prześpię? Hotel? Pokoje na wynajem?
– A bo ja to wiem? Jakbym wiedział, tobym nie spał na dworcu – bąknął Witek i wyrzucił peta.
– Brak wiedzy chyba nie jest tu głównym problemem – mruknęła pod nosem, ale Witek tego nie dosłyszał, więc tylko westchnęła. – Dobra, dzięki.
– Powodzenia – burknął bezdomny.
Nie odpowiedziała, nie patrzyła też za nim, kiedy odchodził. Wpatrywała się w linię gór, mniej więcej w miejsce, do którego powinna była się teraz kierować, autobusem czy na nogach. Na azymut, bo nie pamiętała dokładnie, którędy prowadzą ścieżki z dzieciństwa. Wiedziała tylko, jak nazywa się wioska. To niewiele, ale była pewna, że w końcu się jej uda.
* * *
– Chryste, patrz, jak jedziesz! – wrzasnęła dziewczyna, wymachując pięścią w uniwersalnym geście wyrażającym wściekłość. Kierowała swoją złość na mijający ją właśnie zaniedbany, kanciasty i ubłocony samochód.
Pojazd, ku jej zaskoczeniu, nie odjechał daleko. Zatrzymał się na poboczu, a ze środka wysiadł mężczyzna.
– Co ty wyprawiasz? – zapytał poirytowanym głosem. – Jest ciemno, leziesz prawie środkiem drogi i nie masz odblasku. Chcesz zginąć, czy co?
– Nie sądzisz, że jechałeś za szybko? – warknęła, udając odważną, chociaż poczuła ukłucie lęku.
– Nic nie sądzę. – Ledwo widziała go w mroku, przy drodze nie było żadnej latarni. – Napędziłaś mi stracha. Rzadko spotyka się tu ludzi, szczególnie w październiku o dziesiątej wieczorem.
– Z Pacławic nie jeżdżą żadne autobusy. Co miałam zrobić, zgnić na dworcu? – Wzruszyła ramionami.
– W tych lasach nie jest do końca bezpiecznie. Można się bardzo łatwo zgubić, ale ty pewnie masz GPS w telefonie i dobrze wiesz, dokąd idziesz?
– Telefon padł mi chwilę temu.
Teraz ewidentnie ręce mu opadły.
– Bardzo mądrze! Wsiadaj.
– Co?
– Ciulów sto. Wsiadaj, zawiozę cię z powrotem do Pacławic. Znam miejsce, w którym będziesz mogła przenocować.
– Bardzo jesteś kulturalny i miły, ale nie wsiadam do obcych samochodów.
– Za to pałętasz się sama po lesie. Nocą. W górach.
Bała się go, chociaż próbowała to maskować. Nie oceniał, sam by się bał na jej miejscu.
– Jestem leśniczym – wyjaśnił. – Wojciech Bartos. Nie musisz się stresować, mówię poważnie. Patrz.
Podeszła parę kroków bliżej, aby zobaczyć, co Wojtek trzyma przed sobą. Uspokoiła się trochę na widok legitymacji Straży Leśnej.
– Dobra – zdecydowała. – Ale nie jadę do Pacławic. Podrzuć mnie do Paportynek.
Dziewczyna cała drżała z zimna. Ubrana była zupełnie nieodpowiednio do pogody – w lekką kurtkę i fabrycznie przetarte dżinsy, więc nie mogła czuć się komfortowo, nie wieczorem w górach. Gdy wsiadła na miejsce pasażera, odetchnęła z ulgą – w samochodzie włączony był ciepły nawiew.
– Wyglądasz na bardzo rozsądną osobę – rzucił ironicznie Wojtek, ruszając z pobocza. – Świetnie się ubrałaś na tę pogodę. Co wy, nastolatki, macie w głowach? Wolicie dobrze wyglądać czy mieć zdrowy pęcherz? – zagaił.
Rzuciła mu spojrzenie z ukosa i skrzywiła się dziwnie.
– Po pierwsze, dzięki za komplement. A po drugie, mam dwadzieścia cztery lata – powiedziała. – Żadna ze mnie nastolatka.
Zmieszał się, ale na krótko.
– Tym bardziej powinnaś wiedzieć, że spodnie z dziurami to nie jest dobry pomysł, kiedy temperatura spada poniżej dziesięciu stopni.
Nie odpowiedziała, wzruszyła tylko ramionami i odwróciła się w stronę okna.
Wojtek zwolnił. Przez drogę przebiegło stado saren. Ich ślepia odbijały w mroku blask jedynego działającego reflektora samochodu.
– Dokąd cię dokładnie zawieźć? – spytał w końcu.
– Niestety nie znam adresu.
– To powiedz mi, do kogo. Kojarzę tam wszystkich. To mała wieś.
– Joanna Zawiska. Znasz ją?
Zwrócił uwagę, że ani razu nie powiedziała do niego per „pan”. Nie wiedział, co o tym myśli.
– Tak – odpowiedział po chwili. – Znam Joannę, czasem podrzucam jej parę kilo ziemniaków, węgiel na zimę, jabłka. To, czego sama nie da rady podnieść. Ale jak na swój wiek jest bardzo silna i energiczna, nie ma wątpliwości. To twoja rodzina?
– Babcia.
– Przyjechałaś w odwiedziny, co?
Dziewczyna ewidentnie posmutniała, kąciki jej ust zadrżały.
– Można tak to ująć.
Rzuciła to na odczepnego, więc nie drążył.
Jechali w ciszy, bo radio nie odbierało na tym odcinku żadnych fal. Chyba nieco przysypiała, ciepło musiało ją rozluźnić. Wyglądała też na autentycznie zmęczoną.
– Jesteśmy – obudził ją kwadrans później. – Wyskakuj.
– Babcia już śpi – mruknęła zaspanym tonem, patrząc w ciemne okna chaty, przed którą zaparkował. – No cóż. Mogłam przyjechać wcześniej. Dzięki, Wojtek.
Otworzyła drzwi, wyszła prosto w błoto i wyciągnęła torbę podróżną.
– Fakt, już późno, też muszę wracać do domu – powiedział, uśmiechając się. – Trzymaj się.
– Dzięki za podwózkę i prawdopodobnie uratowanie mi życia – westchnęła. – Gdzie właściwie mieszkasz?
– W leśniczówce. Dalej tą samą drogą, w górę, przez las.
– To kiedyś wpadnę.
Patrzyła na niego przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Jestem Inka – rzuciła w końcu. – Nie przedstawiłam się. Wybacz.
– Inka?
Prawie się zaśmiał, ale zdołał się powstrzymać. Uśmiechnął się tylko szeroko, może trochę za szeroko, a potem – kiedy zatrzasnęła drzwi – zasalutował przez szybę i odjechał.
Dopiero w domu, kiedy zsunął ciężkie buty i poklepał swojego psa po głowie, wybuchnął śmiechem. Został on jednak szybko stłumiony przez narastającą wokół niego samotność.