„Świat, który nas otacza, jest piękny i warto wyciągnąć z niego to, co dobre” - wywiad z Agnieszką Krawczyk

Od zawsze uwielbiała pisać. Zaczytuje się w kryminałach Agathy Christie i zaraża innych swoim optymizmem. Agnieszka Krawczyk, autorka poczytnych powieści obyczajowych, opowiada o początkach pisarskiej kariery, o swoich inspiracjach do tworzenia urzekających historii, a także o serii Uśmiech losu. Zachęcamy do przeczytania całego wywiadu z autorką ebooka Szczęście na wyciągnięcie ręki.

Jakie były Pani pisarskie początki? Czy pisanie od zawsze było Pani marzeniem? Czy trudno było Pani znaleźć wydawcę pierwszej powieści, czy może od razu spotkała się z zainteresowaniem?

Pisałam w zasadzie od zawsze. Jako uczennica szkoły podstawowej pisywałam w szkolnych zeszytach opowiadania, które wówczas nazywałam powieściami. Wszystkie te teksty są do dziś u moich rodziców. Nigdy nie odważyłam się oddać ich na makulaturę. Bałam się, że w składzie makulatury ktoś może je przeczytać i będzie się zaśmiewał z tego, co napisałam. A dlaczego miałby się śmiać? Wszystkie te historie, to opowiadania kryminalne. Jako jedenasto- dwunastolatka nie radziłam sobie jednak z większą ilością bohaterów niż trzech. W związku z tym bardzo szybko uśmiercałam kolejne postaci, a fabuła mocno kulała. Teraz piszę zdecydowanie lepiej niż wtedy, dlatego te opowiastki mogłyby mnie w jakiś sposób skompromitować. Muszę powiedzieć, że od dłuższego czasu noszę się z zamiarem, by otworzyć tę szafkę i sprawdzić, jak to wtedy było. Wydaje mi się, że takie pamiątki mogą być ciekawe dla pisarza.

Później przez długi czas nie pisałam. Jak studiowałam polonistykę, owszem, pisało się dużo prac, ale raczej w formie eseju. Zatraciłam wówczas nieco umiejętność tworzenia fabuły. Musiałam parę lat po studiach wracać do swojego stylu i próbować go na różne sposoby. Miałam niestety kłopoty z dokończeniem książki. Kiedy wreszcie udało mi się pierwszą książkę dokończyć, powieść Napisz na priv, wysłałam ją do wydawnictwa. Najpierw bardzo szczegółowo czytałam fora dla początkujących pisarzy. Znalazłam taką poradę, że trzeba wysyłać co tydzień, dwa swoją książkę do kilku wydawców.  Wysłałam do trzech wydawnictw specjalizujących się w powieściach dla kobiet i w zasadzie od razu do mnie zadzwonili.

Bohaterowie Pani powieści są niezwykle barwni, a wydarzenia – jak z życia wzięte. Skąd czerpie Pani inspiracje?

Nie opisuję osób, które istnieją w rzeczywistości i są mi znane. Wydaje mi się jednak, że każdy pisarz podpatruje otoczenie. Nie tylko swoich najbliższych, lecz także ludzi, których mija na ulicy, w tramwaju, w autobusie. Przyznam, że lubię przysłuchiwać się rozmowom innych pasażerów. Nie dlatego, że jestem ciekawska i chcę się czegoś dowiedzieć o ich życiu prywatnym. Sam język rozmów jest ciekawym zjawiskiem. Słuchając języka współczesnych ludzi, współczesnej młodzieży, pisarz może się wiele nauczyć. Bardzo często dalekimi inspiracjami są dla mnie historie, które przeczytałam w gazecie. Życie jest wyjątkowo barwne – myślę, że nawet barwniejsze niż niejedna powieść –  dlatego doskonale inspiruje pisarza. Przepływ informacji jest teraz bardzo szybki, dlatego trafia do nas mnóstwo ciekawych historii. Fabuła przedstawiona w mojej sadze Uśmiech losu została zainspirowana historią, którą wyczytałam z akt sądowych. Oczywiście mocno przetworzyłam te wydarzenia. Przede wszystkim w mojej powieści historia ta nie miała finału sądowego, jak było w przypadku prawdziwych wydarzeń. Pamiętam, że ta historia rodzinna długo siedziała mi w głowie i wywarła na mnie duże wrażenie. Dużo życiowych opowieści przenika do mojej głowy również za pośrednictwem mediów. Nie są to wydarzenia przepisane 1:1, lecz właśnie inspiracje. Jak Pani pytała – inspiracje czerpię z życia.

Dlatego tak się je dobrze czyta (śmiech).

Cieszę się bardzo.

Czy czyta Pani ebooki i czy słucha Pani audiobooków? Co sądzi Pani o nowoczesnych formach czytelnictwa?

Bardzo je popieram. Mam ogromną bibliotekę ebooków. Jest to związane z tym, że książki papierowe przestały mi się mieścić na półkach. Mam ich w domu bodajże 5 tysięcy. W pewnym momencie musiałam przerzucić się na książki elektroniczne, które bardzo sobie cenię. To niesamowicie wygodna forma czytelnictwa, ponieważ całą bibliotekę mogę mieć przy sobie. Gdy jadę pociągiem, nie muszę się ograniczać do jednej konkretnej książki, tylko mogę sięgnąć po inną. Mam poczucie, że wszystkie swoje książki noszę ze sobą i to jest bardzo miłe.

Ostatnio przekonałam się z kolei do audiobooków. Kiedyś ich nie lubiłam, ponieważ bardzo szybko czytam – w zasadzie całe strony. Ostatnio uświadomiłam sobie, że nie wszyscy tak robią (śmiech). Tempo czytania audiobooka było więc dla mnie zbyt wolne. Z czasem jednak przyzwyczaiłam się do tego i stałam się miłośniczką audiobooków. Bardzo często korzystam z tej formy w podróży. Przyznam, że wiele audiobooków, z którymi miałam do czynienia, to prawdziwe dzieła sztuki. Szczególnie z uwagi na osobowość lektora.

Tak, to prawda. Lektorzy postaciują, wprowadzając aktorski element do książki.

Dobrym przykładem są dzienniki Jerzego Pilcha, czytane przez Krzysztofa Gosztyłę. Bardzo lubię też kryminały Agathy Christie w formie audiobooka. Są wspaniale interpretowane, m.in. przez Wojciecha Malajkata. Podsumowując, mogę powiedzieć, że stałam się entuzjastką nowoczesnych form czytelnictwa.  

W Pani najnowszej powieści Szczęście na wyciągnięcie ręki do grona bohaterów sagi Uśmiech losu dołącza nowa postać wraz ze swoim pupilem. Czy mogłaby Pani zdradzić coś więcej o nowym bohaterze?

Nową postacią jest Feliks Gozdawa i pies, którego on przygarnia, zwany Preclem. Zdecydowałam się wprowadzić w tej części nową postać, ponieważ chciałam, żeby dała ona spojrzenie z zewnątrz na moich bohaterów. Czytelnicy przez dwa ostatnie tomy zdążyli już dobrze poznać mieszkańców Kamienicy pod Gwiazdą, dlatego pomyślałam, że dobrze by było, żeby te osoby teraz pokazał ktoś, kto ich nie zna, nic o nich nie wie i patrzy na nie zupełnie świeżym spojrzeniem.

To też postać, która trochę się zagubiła w życiu, ma problemy ze sobą samym i z odnalezieniem się w społeczeństwie. Feliks to w pewnym sensie mój apel o to, by zwracać uwagę na osoby, które potrzebują pomocy, i które potrzebują od nas drobnego wsparcia – wystarczy pchnąć je do przodu, a już dalej sobie same poradzą. Jest też zwierzak – jako że bardzo zwierzęta lubię. 

W Szczęściu na wyciągnięcie ręki czytelnik znajdzie wiele życiowych, psychologicznych mądrości, wskazówek. O tym, że warto pracować nad sobą, że dobro wraca, że właśnie szczęście mamy na wyciągnięcie ręki – wystarczy to zauważyć i podjąć kroki, by je osiągnąć. Czy oprócz stworzenia magicznej, ciepłej i relaksującej opowieści ma Pani na celu zainspirować i zmotywować czytelnika, pokazać mu pozytywną stronę życia?

Tak! Z jednej strony chcę dać czytelnikowi trochę rozrywki i odpoczynku, a z drugiej chcę, by książki były dla niego zastrzykiem pozytywnej energii. Uważam, że życie nas nie rozpieszcza i często rzuca nam kłody pod nogi. Przez to czasem nie potrafimy dostrzec sensu, szczęścia, które jest blisko nas i przejawia się w codziennych sytuacjach. Jesteśmy zaabsorbowani naszymi problemami i – nawet czasami nie z naszej winy – nie jesteśmy w stanie dostrzec tego, co jest dobre w naszym życiu. To jest moim celem, byśmy w biegu, który jest już nieuchronną, wymuszoną przez cywilizację formą życia, przystanęli na chwilę i rozejrzeli się wokół siebie. Uważam, że świat, który nas otacza, jest piękny i warto wyciągnąć z niego to, co dobre. Właśnie to buduje w nas optymizm, kiedy potrafimy zachwycić się czymś wokół siebie.

Wiele moich czytelniczek mówi mi, że właśnie ta seria, Uśmiech losu, zainspirowała je do tego, by się zastanowić, czy w ich życiu nie ma całej masy pozytywnych rzeczy. Chciałabym po prostu zachęcić swoich czytelników do większego optymizmu życiowego.

W najnowszej książce pokazała Pani również, jak ważne jest, by otworzyć się na ludzi w pobliżu i zbudować z nimi pozytywne relacje. Współcześnie obserwuje się, że relacje sąsiedzkie wymierają lub w ogóle nie istnieją. Czasem trudno usłyszeć zwykłe „dzień dobry” w windzie. Zupełnie inaczej jest w Kamienicy pod szczęśliwą gwiazdą. Czy sądzi Pani, że to możliwe, by coś się w tej kwestii zmieniło, byśmy na powrót zaczęli dbać o sąsiedzkie relacje?

Myślę, że nie powiem nic odkrywczego, ale to zależy od nas samych. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach trudno jest nam otworzyć się na ludzi, których nie znamy, dlatego, że się ich boimy. Nie wiemy, jaka będzie reakcja, z czym się spotkamy, np. odzywając się do kogoś. Boimy się, że może to być odebrane jako jakaś niegrzeczność czy natręctwo. Wydaje mi się, że jednak warto byłoby wrócić do tradycyjnych, dobrosąsiedzkich stosunków i może właśnie zacząć od tego „dzień dobry” w windzie, a potem zainteresować się psem czy kotem sąsiadów. I tak nawiązać kontakt.

Sama mieszkam w kamienicy – choć nie jest to taka kamienica jak z moich powieści – i tutaj wszyscy się znają, są dla siebie życzliwi. Chociaż są to ludzie o różnych charakterach, odmiennych doświadczeniach, w różnym wieku. Widzę, że te stosunki dobrosąsiedzkie można zbudować – do mojej kamienicy wprowadzają się nowe osoby – i warto je pielęgnować. Kiedy ktoś się do nas uśmiechnie, to ten uśmiech odwzajemnić.

Jakie są Pani plany na przyszłość? Ma Pani pomysł na kolejną powieść obyczajową, a może chciałaby Pani spróbować sił w zupełnie innym gatunku?

To są dwa lub trzy pytania na raz (śmiech). Moi czytelnicy proszą mnie, by moje książki nie ukazywały się w takich dużych odstępach czasu. Wiem, że wiele z moich czytelniczek czeka na wszystkie trzy części sagi – dlatego ten czas jest dość wydłużony. Postanowiłam trochę wyjść naprzeciw oczekiwaniom czytelników i – skoro upłynęło 10 lat od mojego debiutu – dobrze by było przygotować dla nich jakąś niespodziankę. Jest nią krótka seria dwóch powieści na wakacje. Akcja toczy się nad morzem. Pierwsza część to Lato wśród wydm, a druga, która ukaże się na początku września, to Róża wiatrów. To będą charakterystyczne dla mnie książki – ciepłe i pozytywne, ale będą się też nieco różnić. Opowiadają o problemach rodzinnych, poszukiwaniu własnej tożsamości – będzie trochę miłości, trochę przygody (śmiech). Wszystko w pięknych okolicznościach polskiego morza.

Jeśli zaś chodzi o inny gatunek, bardzo lubię pisać kryminały i kilka mam na swoim koncie. Marzę o tym, by napisać jeszcze kryminał. Prace przygotowawcze i zbieranie materiałów zajmują jednak dużo czasu. Ostatni kryminał pisałam ponad dwa lata, a materiały zbierałam chyba 3 lata – więc to bardzo długo. Dlatego na kryminał trzeba będzie trochę poczekać (śmiech). Myślałam też o tym, by napisać książkę dla dzieci, ale na razie się jeszcze nie odważyłam (śmiech).

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

 


Tekst wywiadu z Agnieszką Krawczyk: Katarzyna-Urbaniak-Bil

Zdjęcie autorki: Julita Pająk