Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ach, Ustka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
30,00
3000 pkt
punktów Virtualo

Ach, Ustka - ebook

Lata osiemdziesiąte. Kierownik literacki Teatru Współczesnego w Poznaniu jedzie zatłoczonym pociągiem nad polskie morze. Urlop jak urlop. Stołówka, dansing, plaża. A potem nagle romanse, intrygi i zbrodnia… A na dodatek Ojczyzna i Synczyzna.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67935-34-0
Rozmiar pliku: 941 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I
USTKA

1.

Och, dajcie mi wreszcie spokój! Przestańcie mnie męczyć, przestańcie mnie nękać. Nie zmuszajcie mnie, błagam!, nie zmuszajcie, bym opowiedział wam tę historię bez znaczenia. Tak bardzo nie chce mi się grzebać w śmietniku mojej pamięci, by wydobyć z niego to, co dawno już zostało w nim pogrzebane, o czym pamiętać nie mam zamiaru, bo pamięć ta do niczego nie jest mi już potrzebna. Przeminęło z wiatrem, voilà! Zgasło, przepadło, zginęło, a ja sam stoję u kresu życia i tylko czekam niecierpliwie, aż zapadnę w niepamięć przyszłych pokoleń.

Ale wy ciągle swoje. Przecież moda na lata osiemdziesiąte minęła jak wszystkie mody, weźcie i skupcie się na latach dziewięćdziesiątych, na początkach tego, co nazywamy wolną Polską – to tam tkwi źródło waszych problemów, których nie rozwiąże przecież pikantna ma historia jak z bardzo starego kina, tak jak nie rozwiązała żadnego z moich problemów, ani tych dawnych, ani tych obecnych. Bo też historie, wbrew tym wszystkim frazesom, które wbijano wam do głowy, niczego nie uczą ani niczego nie rozwiązują. Mogą jedynie wywoływać nowe problemy, jeśli opowie się je w niewłaściwym czasie i niewłaściwym miejscu, tak jak niewłaściwym czasem i niewłaściwym miejscem dla opowiedzenia mojej historii jest nasz dzisiejszy świat z wami wszystkimi: niedyskretnymi słuchaczami, natrętnymi czytelnikami, złaknionymi wciąż nowego – Boże, co to za paskudne słowo! – kontentu. Idźcie ode mnie precz! Tyle z mej pamięci pożytku, ile z brudu za paznokciem.

Czy mam ten brud smakować jak Proust swoją magdalenkę? Naprawdę tego właśnie chcecie? Przecież i tak wiadomo, że polska ziemia nie pachnie francuską cukiernią ani nie smakuje jak petit prince au chocolat w Paryżu belle époque.

Mam was wszystkich w sempiternie, więc nie powiem wam nawet, czy był to rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty trzeci, czy czwarty. Dobrze, przyjmijmy, że osiemdziesiąty czwarty, to lepiej brzmi, tak po orwellowsku, profetycznie, jak proroctwo drugiej świeżości. Nie odróżniłbym tamtych lat nawet po tytułach spektakli, które graliśmy wówczas w Teatrze Współczesnym w Poznaniu, gdzie sprawowałem funkcję kierownika literackiego. Bo przecież wszystkie one musiały być przeciwko komunie, tego chciała publiczność, która najbardziej nawet wyszukane metafory traktowała jak „chuj w dupę władzy”. Że co? Że jestem wulgarny? Przykro mi, ale w moim Teatrze Współczesnym nie było wyszukanych metafor. Tak, w tym kraju nie liczy się litera, nie liczy się opowieść, liczy się tępa interpretacja, dosłowniejsza niż ta litera, którą interpretuje. No powiedzcie mi, w którym innym kraju interpretacja jest dosłowniejsza od litery? Tylko tu, w tym kraju bełkotliwych wieszczy, o których wiadomo, że jedno mieli na myśli. Norwid, Wyspiański, Lechoń, nawet Szekspir, choć nie był nasz, przewalali się w latach osiemdziesiątych przez scenę naszego teatru, ba!, wszyscy jak jeden mąż uchodzili za aktualnych opozycjonistów, styropianowych bojowników o Sprawę. Szkoda tylko, że nikt nie był w stanie powiedzieć, o jaką, kurwa, Sprawę chodzi.

Nie, ja też nie potrafię tego powiedzieć. Nie potrafiłem wtedy, nie potrafię teraz. Nie wiedziałem, gdzie w tej Sprawie jest moje miejsce, gdzie się podziać, tak jak nie wiem nadal, zresztą ledwo już mogę się ruszać, więc i tak nigdzie się nie wybieram. Wtedy też mogłem co najwyżej wsiąść w pociąg byle jaki do takiej, na przykład, Ustki. Ale do Ustki jeszcze nie doszedłem, powoli.

Mieszkałem więc w Poznaniu i nie lubiłem Poznania. Może dlatego, że się w nim urodziłem i w nim dorastałem, aż z niego wyrosłem, jak się wyrasta ze zbyt ciasnych gaci. Gdy to zrozumiałem, ba!, gdy to poczułem, zrozumiałem także, że i tak nie ma gdzie dorosnąć, bo wszędzie ta sama infantylność. Bagno historii. Poetyka przegadanego patosu, przegadanego bardziej niż ten mój, pożal się Boże, wstęp. Pompatyczność zamaszystych gestów obficie skropionych łzami, którym nieodmiennie towarzyszą gile pod nosem. A fe! A fuj!

Tak więc był ten słynny rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty czwarty, a ja byłem rozwodnikiem, który nigdzie nie mógł znaleźć satysfakcji. Puszczałem sobie wtedy na okrągło z adaptera „(I Can’t Get No) Satisfaction” Rolling Stonesów, płytę zakupioną razem z gazetką porno na czarnym rynku, czyli Rynku Łazarskim, tym samym, który teraz gentryfikują na potęgę. Zarówno płyta, jak i gazetka zostały przemycone z Republiki Federalnej Niemiec, z tego samego kraju, do którego przemyciła się moja żona, gdy tylko zainteresował się nią zażywny producent cementu, potomek mazurskich chłopów zbiegłych do Heimatu w styczniu tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku, tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej.

Poznaliśmy go – o marna ironio dziejów! – podczas wakacji w Mrągowie, gdy odwiedzał ziemię przodków, bo liczył na to, że skoro już potraktowała jego rodziców tak po macoszemu, to z zemsty zrobi teraz na niej jakiś dobry geszeft. I chyba faktycznie zrobił, przy czym wcale nie mam na myśli tego, że scementował (ha, ha, ha!) związek z moją eks. Jeśli zbłądzicie na Mazury, to tam wciąż straszą cementownie mego suchego szwagra. Ale dajmy temu pokój, nie przyszedłem przecież tutaj, by ględzić o byłych żonach, fabrykach cementu i historii Prus Wschodnich. Należy to wszystko do zupełnie innej historii, którą możecie sobie znaleźć w zupełnie innych książkach.

Mówiąc wreszcie krótko: zostałem sam jak palec, nie licząc trzydziestu kilku milionów współobywateli. Tak na marginesie: nie wydaje wam się, że związek frazeologiczny „zostać sam jak palec” jest sprzecznością samą w sobie? Palec nigdy nie jest sam, w każdej kończynie towarzyszy mu czterech współbraci. Głowa jest sama, penis jest sam, pępek jest sam, trzustka albo wątroba są same, ale palec nigdy nie jest sam, chyba że komuś utną pozostałe palce, a i wtedy palec nie jest sam, bo cały czas pozostaje złączony ze śródręczem. Że jak? Że znowu się zagalopowałem? To nie galop, to zadyszka. Dobrze, anomalie języka polskiego też odłóżmy na bok. Jeszcze się w tej historii wykluje niejedna anomalia. Nie myślałem o anomaliach wtedy ani trochę, mimo że byłem kierownikiem literackim teatru. Wtedy, w tym osiemdziesiątym czwartym, jedynie czekałem biernie, aż ktoś mi poda pomocną dłoń. Niechby i bez palców.

Podawał mi ją czasami, trzymając w drugiej ręce kieliszek wódki, Włodek, etatowy scenograf Teatru Współczesnego. Piliśmy przeważnie u niego w domu, przestronnym i zimnym mieszkaniu w starej kamienicy na ulicy Słowackiego. Pijąc, wylewaliśmy frustracje sami przed sobą, nie mieliśmy żadnych świadków ani innej publiczności, czasem tylko przyłączała się żona Włodka, Stefania, która przysłuchiwała się naszym gorzkim żalom z niejakim pobłażaniem, by nie rzec: niesmakiem. Była malarką i, co ciekawe, jak tylko nastał stan wojenny, przerzuciła się z abstrakcji geometrycznej na bardzo kolorowe kwiaty, pejzaże i martwe natury, które szły jak woda, bo świat dookoła był szary i smutny. To dzięki Stefanii ona i Włodek mieli dużo pieniędzy, za które mogli kupować na Rynku Łazarskim różne niedostępne gdzie indziej rarytasy. Tak swoją drogą, czy jeśli coś „idzie jak woda”, to znaczy, że jest tak pożądane jak pożądana jest woda, której każdy potrzebuje do przeżycia, czy też idzie tak szybko – biegnie, rwie, pędzi – jak strumyk albo woda płynąca z kranu? Ot, znowu zagwozdka.

– Ci wszyscy reżyserzy… – uskarżał się Włodek już po pierwszym kieliszku – …ciągle każą mi robić scenografie w kształcie krzyży. Jezu, oddal ode mnie ten krzyż! Ja nie mogę ciągle robić krzyży! Ja jestem artystą, ja mam wizje! I w dodatku na czarno. Krzyże na czarnym tle. Czarne krzyże na czarnym tle. Ja odmawiam tej narracji, ja protestuję przeciwko wiecznemu protestowaniu. Ja… – zacinał się Włodek i sięgał po kolejny kieliszek.

– Ale pomyśl – próbowałem go jakoś pocieszać. – Czarny krzyż na czarnym tle to prawie jak Kandinsky.

– Malewicz – poprawiła mnie Stefania i wzruszyła ramionami. – Z tą swoją wódką i z tym biadoleniem jesteście równie nudni jak te trepy w mundurach i krzyże w hurcie. – Faktycznie, ona popijała niespiesznie koniaczek kupiony za fortunę na Rynku Łazarskim. Tym, wiecie, co był czarnym rynkiem, a teraz na potęgę… I dodawała: – Znajdźcie sobie jakiś klub anonimowych alkoholików i tam się realizujcie, a nie w moim domu. Matko Bosko, nie mogę już słuchać tego jojczenia! W sklepie jojczenie, w domu jojczenie, a w telewizji propaganda. Prawdziwi artyści zawsze znajdą sposób, żeby być sobą – pouczała nas i wracała do malowania swych barwnych landszaftów.

– Łatwo ci gadać – odzywałem się w takich momentach płaczliwie. – Ja nie jestem żadnym artystą, ja jestem urzędnikiem literackim. I muszę podporządkować się zapotrzebowaniom społecznym. A zapotrzebowanie jest takie, że ma być wzniośle i ojczyście.

– Ty konformisto! – Stefania patrzyła na mnie zawsze bez najmniejszego śladu współczucia. – Nie umiesz się postawić? Prawdziwi mężczyźni potrafią powiedzieć „nie” nawet opozycji.

– Sama tworzysz pod publiczkę. – Jej mąż, a mój kumpel próbował brać mnie w obronę. – Malujesz te swoje kicze, choć jak cię poznałem, to miałaś pewne ambicje.

– Bo ja wiem, czego publiczność potrzebuje naprawdę – odpowiadała Stefania ze spokojem. – Koloru, piękna, życia. To tylko wam się wydaje, że trzeba jej śmierci i martyrologii. Ulegliście politycznej poprawności.

Nie, nie mogła użyć sformułowania „polityczna poprawność”, bo wówczas go jeszcze nie znano. Ale na pewno mówiła coś w tym stylu.

– Nie mogę, nie mogę się wyłamać. – Włodek zaczynał wtedy autentycznie łkać, a ja smętnie kiwałem głową na potwierdzenie jego słów. – Jak powiem, że nie robię, że pierdolę te krzyże, to uznają mnie za zdrajcę i aparatczyka. I już tylko Poręba będzie chciał ze mną współpracować.

Kim był Poręba, to sprawdźcie sobie w Wikipedii.

– Irytujecie mnie potwornie, wy i te wasze patriotyczne dylematy. – Stefania rzucała w takich chwilach pędzel i wstawała od sztalug. – Pójdę wam usmażyć frytki, żebyście mieli czym zagryzać pretensje.

Szła więc do kuchni obrać ziemniaki, Włodek zaś nalewał sobie kolejną setkę. Był już tak pijany, że przysypiał za stołem. Ja wtedy szedłem za Stefanią do kuchni. Obejmowałem ją w pasie i całowałem w szyję. Od razu mówię wam, bo to i tak jest nieważne w tej opowieści, że Stefania bywała moją kochanką. W końcu ona i Włodek byli małżeństwem artystów, więc siłą rzeczy musieli prowadzić swobodne życie erotyczne.

– Odkąd nastał stan wojenny, coraz mniej mnie podniecasz – oznajmiała brutalnie Stefania po moim pocałunku. – Już ci to nieraz mówiłam, a ty ciągle swoje. Całujesz i całujesz. Znajdź sobie jakiś ersatz żony, bo ja się nie czuję zobowiązana wypełniać ci pustkę istnienia. I nie hałasujcie tyle, obudzicie Marylkę. A musi jutro rano wstać na religię.

– Posyłacie Marylkę na religię?

– Nie mamy wyjścia – wzdychała Stefania. – Wszyscy w jej klasie chodzą, wytykaliby ją palcami, a Marylka jest taka wrażliwa. No i niedługo komunia, ładnie by to wyglądało, gdyby inne dzieci chwaliły się prezentami, a ona jedna jak ta sierota. Nie, jako matka nie mogę do tego dopuścić, bo mi się dziecko zmarnuje i roztrwoni za parę lat cały majątek na terapie.

Nie, chyba nie używała słowa „terapia”, bo w latach osiemdziesiątych nikt na terapie nie chodził. Świeckie metody radzenia sobie z problemami psychicznymi wydawały się odległe jak Ameryka, w której wszystkich było stać na wariactwa, czego szczerze jej zazdrościliśmy. „Ci Amerykanie to są jednak porąbani” – mawiała moja matka z nieukrywaną satysfakcją (ale i nieukrywaną zazdrością) za każdym razem, gdy oglądała film produkcji USA. U nas terapią było chodzenie do kościoła i śpiewanie razem z tłumem „Boże, coś Polskę”, ostatecznie spowiedź u zaufanego księdza. Ale nawet jeśli Stefania nie wspomniała o terapii, to musiała mieć coś podobnego na myśli. Daję słowo!

Odsuwałem się więc od gospodyni i siadałem na taborecie.

– Mówił ci Włodek, że nam cenzura zablokowała spektakl o powstaniu wielkopolskim? Powiedzieli, że zwycięstwo jakoś podejrzanie się kojarzy. Zamiast tego zrobimy spektakl o powstaniu styczniowym. Reżyser bardzo się ucieszył, mówi, że ze zwycięstwem zawsze większy kłopot, a w klęskach to on jest wprawiony. A Włodek znowu musi wymyślić jakieś nowe krzyże.

– Wymyśli stare i też będzie dobrze.

– Boże, co z ciebie za kobieta! – Denerwowałem się. – Inne kobiety podtrzymują swoich mężczyzn na duchu w tych ciężkich czasach, a ty nie podtrzymujesz, tylko jeszcze bardziej deprymujesz.

– W dupę sobie wsadźcie te wasze ciężkie czasy! – Stefania syczała jak frytki na patelni.

A ja w tym momencie kończę pierwszą część swojej opowieści, bo zmachałem się od tego pisania jak bura suka w rui. I to jest jedyna ruja, na którą mogę sobie teraz pozwolić.

2.

Miało być o Ustce, teraz więc będzie o Ustce. Choć oczywiście powinno być o czym znacznie ważniejszym. O czymś, co wstrząsa jestestwem, dotyka do żywego, chwyta za serce, wzrusza do głębi, uderza w czułe miejsce, szarpie duszę albo przynajmniej wprawia w osłupienie. Ustka nie wstrząsa, nie dotyka, nie wzrusza, nie chwyta, nie wprawia. Nie ma więc najmniejszej szansy, by moja opowieść zyskała u kogokolwiek poklask, a już u krytyków zwłaszcza. Znam ich dobrze; co za tępa hołota. W końcu byłem wiele lat kierownikiem literackim teatru. Jak im się nie wypisało wielgachnymi kulfonami przesłania na czwartej ścianie, to nic, zero, nul. Nic nie rozumieli i rozchodzili się do domów obrażeni. Między wierszami umieli czytać tylko to, co odnosiło się do bieżącej sytuacji politycznej. Cienka ironia była dla nich za cienka, subtelna aluzja zbyt subtelna, ich erudycja ograniczała się do tego, co zapamiętali ze szkoły. A zapamiętali niewiele. Pies ich jebał zapchlony.

Ergo: daremne jest to moje ględzenie o Ustce, ale ględzę dalej, skoro już muszę ględzić.

No bo przyszło lato roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego. Skończył się sezon w teatrze, zaczęły się wakacje i trzeba było coś z tym przykrym faktem zrobić. Wielkiego wyboru nie miałem: polskie morze albo polskie góry. Wybrałem to pierwsze, bo nie lubię chodzić po wzniesionym. Chciałem pojechać do Świnoujścia, ale okazało się, że w Funduszu Wczasów Pracowniczych ostała się tylko Ustka. Za to aż na trzy tygodnie. Dostałem skierowanie na kwaterę prywatną, a nawet bony na trzy posiłki dziennie w lokalnej stołówce. Istniała więc nadzieja, że nawet jeśli nie będę się dobrze bawił, to przynajmniej będę się dobrze odżywiał. Podsuną mi wszystko pod nos, co miało niebagatelne znaczenie, bo wtedy po wszystko trzeba było stać w długich kolejkach, do tego zaś miałem jeszcze mniejszą cierpliwość niż do krytyków. W Poznaniu jadałem więc codziennie chudy twaróg i makaron czterojajeczny z pomidorami.

Podróż z Poznania do Ustki była niekończącą się udręką. Wybrałem poranny pociąg, który wlókł się osiem godzin i który po sam dach wypełniali urlopowicze spragnieni piasku, morza, słońca i wakacyjnej swobody. Ale żeby docenić swobodę, trzeba najpierw poznać katorgę (o, ta myśl powinna się spodobać wszystkim debilnym krytykom, jest taka podniosła i prawie celna). Pociąg jechał z Wrocławia, więc gdy wtoczył się na peron w Poznaniu, trudno już było szukać w nim igły w stogu siana, to jest, chciałem powiedzieć, wetknąć w niego szpilkę, a co dopiero czterdziestoletniego inteligenta z lekką – ale jednak – nadwagą. Nadzieja na miejsce siedzące w pociągu umiera jednak ostatnia, w związku z czym kwiczący tłum wczasowiczów począł wpełzać do środka wszelkimi możliwymi otworami. Jako człowiek nieco ślamazarny i źle się czujący w stadzie odczekałem, aż szarańcza wypełni pojazd i dopiero wówczas spróbowałem wejść do wagonu. W efekcie został dla mnie skrawek, dosłownie skraweczek przestrzeni koło śmierdzącej toalety, której w dodatku nie dało się porządnie zamknąć.

Przymknięte drzwi pyskowały przez całą podróż, trzaskając o futrynę w rytm toczącego się po torach żelastwa. Usiadłem na swojej walizce i mimo wszystko starałem się być dobrej myśli, bo przecież jechałem na wakacje. Duchotę upalnego dnia spowijającą wagon wzmagał smród walący z kibla. Co chwila ocierali się o mnie ci, którzy chcieli przecisnąć się do sąsiedniego wagonu lub skorzystać z niedomykającej się ubikacji.

Gdzieś w okolicach Piły jakiś mężczyzna, zamiast pójść sobie do diabła albo chociaż do toalety, kucnął koło mnie i zapytał:

– Czym według pana jest szczęście?

Wzdrygnąłem się, bo wyszeptał mi to pytanie do ucha niczym wyznanie miłosne. Mężczyzna miał koło sześćdziesiątki, postrzępioną siwą brodę i jasne, potargane włosy, które wyglądały jak porzucone gniazdo. Spojrzenie intensywnie błękitnych oczu oscylowało między obłędem a drwiną. Intruz zdawał się podróżować bez bagażu, ale może po prostu upchnął swoją walizkę w którymś z przedziałów.

– Bo wie pan… – kontynuował niezrażony moim milczeniem – …Epikur utrzymywał, że szczęście jest w równowadze.

W tym momencie, jakby szydząc z jego słów, pociąg zaczął się trząść na prawo i lewo.

– Ale jak tu zachować równowagę, jeśli, zgodnie z twierdzeniem Heraklita, wszystko płynie? – ciągnął nieproszony gość.

I wtedy pociąg odzyskał płynność ruchu.

– Czy szczęście w ogóle istnieje jako wartość trwała, skoro wszystko rozwija się w czasie? – kontynuował (mężczyzna, nie pociąg). – Rozwija się i przemija. Pan jest szczęśliwy? – zapytał nagle prosto z mostu.

– W tej chwili nie jestem – odparłem zgodnie z prawdą. – I modlę się, żeby to nieszczęście, jakim jest ta podróż, szybko się skończyło.

– Pan się modli! – wykrzyknął mój towarzysz tak głośno, że okoliczni pasażerowie, zaniepokojeni, odsunęli się od nas, na ile to oczywiście było możliwe w tym ścisku. – Czyli za Tomaszem z Akwinu uważa pan, że szczęściem jest wyłącznie Bóg i tylko w łączności z nim możemy się zaspokoić w tej kwestii.

– Wyciąga pan zbyt daleko idące wnioski – zganiłem swego rozmówcę, myśląc sobie, że ostatecznie gadanie z wariatem to zawsze jakaś rozrywka na tej drodze krzyżowej. – Modlę się niedosłownie. Raczej metaforycznie.

– Metaforycznie, powiada pan. – Rozmówca się zamyślił. – Ale czy można odnaleźć szczęście w metaforze? Szczęście jest proste, bezpośrednie, cielesne. Czujemy je albo go nie czujemy, nie możemy go wymyślić, wykoncypować, wyssać z brudnego palca. – Tu mężczyzna wsadził sobie kciuk do ust i mówił dalej: – Szczęście wynika z przyjemności. Albo z cierpienia. – Spojrzał wymownie na trzymaną przeze mnie w ręku książkę, „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego” Mickiewicza, które czytałem tylko dlatego, że mieliśmy je wystawiać w przyszłym sezonie w jakiejś uwspółcześnionej inscenizacji.

– Nie, nie utożsamiam szczęścia osobistego ze szczęściem ojczyzny. To znaczy… – zaciąłem się i zaczerwieniłem, bo nie powinienem obcym ludziom mówić takich rzeczy. Nie w tamtych czasach, nie w pociągu pełnym umęczonego narodu. Poza tym wariat mógł być esbekiem, który bierze na spytki, by potem zapuszkować.

Ale nieznajomy, który, prawdę mówiąc, nie wyglądał ani na esbeka, ani na opozycjonistę, poklepał mnie przyjacielsko po plecach.

– No właśnie! – zawołał i znów się nade mną nachylił. – Wie pan, co mnie daje szczęście? Mnie szczęście dają ocieractwo i podglądactwo.

Poczynił to wyznanie z taką szczerością i w takiej bliskości mego ucha, że całe pokryło się śliną cieknącą z jego ust. Oddech miał przyspieszony, ale, zważywszy na wypełniający wagon odór, dziwnie orzeźwiający, jakby całą drogę żuł miętówki. Potem odwrócił głowę w stronę toalety, gdzie jakaś kobieta próbowała, z miernym powodzeniem, jednocześnie sikać i przytrzymywać ręką drzwi, które ewidentnie bawiły się z nią w kotka i myszkę. Mężczyzna mrugnął do mnie porozumiewawczo, wskazując łbem nieszczęsną sikającą.

A więc podróżowałem ze zboczeńcem. Co gorsza, z gadatliwym zboczeńcem.

Jedyne, co przyszło mi w tej sytuacji do głowy, to udawać, że niczego nie słyszałem, i pogrążyć się znowu w lekturze. Zboczeniec jednak nie dawał za wygraną.

– My tu w Polsce tak udajemy, że nie mamy głowy do tych spraw. Ale to przecież tylko świętoszkowatość, nieprawdaż? – Znowu naparł na mnie pytaniem retorycznym. – Wie pan, odkąd nastały te ciężkie czasy, to ja mam naprawdę lżej. Ludzie się tłoczą w kolejkach, wchodzą jeden na drugiego, a ja wślizguję się między nich i macam, i ocieram się, i wdycham ich pot, i szczytuję w spodnie. I podglądam, nieustannie podglądam. Tu się odsłoni jakiś fragment brzucha, tu podwinie się komuś spódnica. Zachybocze pierś, zaczerwieni się od naporu kark. Albo jeżdżę pociągami z jednego krańca Polski na drugi. One zawsze są zatłoczone, dziękuję Bogu, że wreszcie, gdy zbliżam się już do końca żywota, wysłuchał moich modlitw. – Pożegnał wychodzącą z toalety kobietę obleśnym uśmiechem, po czym przysunął się do mnie jeszcze bliżej.

Nie miałem dokąd uciekać.

– A z czego pan żyje? – zapytałem, bo to było jedyne, co mi w tej chwili przyszło do głowy.

– Z renty kombatanckiej. Postrzelili mnie w czasie wojny w nogę. Chce pan zobaczyć?

Pokręciłem głową, ale i tak odsłonił przede mną łydkę, którą znaczyła jakaś niewyraźna blizna.

– Walczyłem za młodu w partyzantce. W powstaniu walczyłem. Po wojnie mnie prześladowali, ale potem dali rentę i medal. Wie pan, najbardziej to lubiłem, jak zabijaliśmy w lesie jakiegoś Niemca, a potem rozbieraliśmy go do naga. To już od małego musiało we mnie być.

Zamyślił się i zamilkł na chwilę. Skorzystałem więc z okazji i powiedziałem, że muszę do toalety. To było jedyne miejsce, w którym mogłem się schronić przed natrętną gadaniną dewianta i trochę – choć tylko trochę – zaczerpnąć powietrza. Okno w kiblu było uchylone, wlatywał przez nie dychawiczny powiew. Ale gdy znalazłem się w środku, uświadomiłem sobie, że de facto wkopałem się do reszty. Przez szparę w drzwiach widziałem bowiem błękitne oko zboczeńca rozszerzone z podniecenia. Nie miałem wyjścia, musiałem grać w tę grę, choć wcale nie chciało mi się sikać. Ale jak nie będę udawać, że sikam, to mężczyzna domyśli się, że przed nim uciekam, i zrobi się jeszcze głupiej. Wyciągnąłem więc członek, naprężyłem wszystkie mięśnie i wydaliłem z siebie wąziutki strumyczek moczu. Zobaczyłem, jak oko voyeura zasnuwa się mgłą błogości, po czym zamyka się niczym ślepia sytego kocura.

Postałem jeszcze chwilę w toalecie. Kiedy wyszedłem, akurat dobijaliśmy do Szczecinka, a staruszek drzemał z głową na mojej walizce. Skorzystałem z okazji, wyrwałem mu spod głowy bagaż i wyskoczyłem z pociągu. Minąłem w pędzie dwa wagony, by tuż przed gwizdem konduktora wcisnąć się do kolejnego. O dziwo, było w nim luźniej niż w poprzednim. Nadal musiałem koczować na korytarzu, ale już nie przy WC. Jakby cała Polska stłoczyła się z rozkoszą na kupie, a tu pozostały jakieś jej niedobitki. Podczas ucieczki zgubiłem jednak „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego”. Pamiętałem, że w panice zabrałem je ze sobą do klozetu i odłożyłem na półeczkę nad umywalką. Najwyraźniej musiały tam zostać. Miejmy nadzieję, że posłużyły komuś za papier toaletowy, którego wówczas w polskich pociągach próżno było szukać.

Siedzący obok na korytarzu młody człowiek wyciągnął z plecaka radiomagnetofon marki Grundig i śmiało nacisnął klawisz play. Przez ogłuszający stukot pociągu doszły do moich uszu jakieś rzężenia z list przebojów.

Tak zaczęły się dla mnie wakacje.

Pociąg zatrzymał się na stacji Ustka razem z tą opowieścią.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij