Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Amber Gold - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
18 maja 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
34,99

Amber Gold - ebook

Jak to możliwe, że w cywilizowanym kraju leżącym w środku Europy para dwudziestopięciolatków ze średnim wykształceniem robi przekręt na 851 milionów złotych? Czy Katarzyna i Marcin Plichtowie byli tylko słupami i jeśli tak, to czyimi?

Dlaczego ani prokuratura, ani sąd, ani nawet komisja śledcza nie były w stanie odpowiedzieć na pytanie, kto za nimi stoi?

Czy oszuści, którzy stworzyli piramidę finansową Amber Gold, są częścią europejskiej, a może nawet światowej organizacji dokonującej potężnych malwersacji finansowych? Czy to możliwe, że byli ochraniani przez polityków, wymiar sprawiedliwości i służby specjalne?

„Po dotychczasowych przesłuchaniach jestem pewien, że była to dość dobrze zorganizowana akcja przeprowadzona przez dużą i mocną grupę przestępczą” – powie jeden z posłów, członek sejmowej komisji śledczej ds. Amber Gold. Co to za grupa przestępcza?

Książka jest zapisem dziennikarskiego śledztwa, w którym autorka szuka odpowiedzi na pytania nurtujące od lat osiemnaście tysięcy okradzionych klientów Amber Gold.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8143-626-7
Rozmiar pliku: 3,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

MAMIN­SY­NEK

Peere­low­ski blok dla rodzin woj­sko­wych na gdań­skim Cheł­mie. Cztery pię­tra, bez windy. To tu dora­sta Mar­cin Ste­fań­ski razem z młod­szą od niego o pięć lat sio­strą i rodzi­cami – Bar­barą i Zbi­gnie­wem. Prze­pro­wa­dzają się na Chełm, gdy chło­piec ma trzy lata. Wcze­śniej miesz­kają w Gdań­sku-Wrzesz­czu, a jesz­cze wcze­śniej w rodzin­nym domu matki Mar­cina w Nowym Sta­wie, w pobliżu Mal­borka.

Ojciec póź­niej­szego pre­zesa Amber Gold czę­sto prze­bywa, jak to Mar­cin okre­śli, „na poli­go­nach”. Zbi­gniew Ste­fań­ski jest zawo­do­wym żoł­nie­rzem, pra­cuje w Woje­wódz­kim Szta­bie Woj­sko­wym w Gdań­sku jako refe­rent do spraw gospo­dar­czych. Poda­wana w mediach infor­ma­cja, że peł­nił funk­cję ofi­cera Woj­sko­wej Służby Wewnętrz­nej lub Zarządu II Sztabu Gene­ral­nego WP, jest nie­praw­dziwa. Praw­do­po­dob­nie ktoś pomy­lił go z innym Zbi­gniewem Ste­fań­skim, który rów­nież ma dzieci o takich samych imio­nach, ale pocho­dzi z Pozna­nia.

Zbi­gniew przy­szedł na świat w 1957 roku we wsi Żela­zna Góra nie­da­leko gra­nicy z obwo­dem kali­nin­gradz­kim. Z rodzi­cami, oraz licz­nym rodzeń­stwem – trzema sio­strami i trzema braćmi – miesz­kali w sta­rym ponie­miec­kim domu. Rodzinę dosię­gły tra­ge­die – jeden z synów się uto­pił, inny jako młody męż­czy­zna umarł z przedaw­ko­wa­nia alko­holu. Pozo­stałe dzieci roz­je­chały się po świe­cie. Córka miesz­ka­jąca we Wro­cła­wiu w 2020 roku zabie­rze do sie­bie matkę, gdy star­sza kobieta mocno pod­upad­nie na zdro­wiu, a jej stary ponie­miecki dom kupi ktoś z Gdyni. Inna córka wypro­wa­dzi się do Nie­miec.

Zbi­gniew koń­czy zasad­ni­czą szkołę zawo­dową w Gli­wi­cach i zdo­bywa zawód mecha­nika maszyn gór­ni­czych. Po prze­pro­wadzce na Pomo­rze i odsłu­że­niu 20 lat w woj­sku odcho­dzi na eme­ry­turę i dora­bia jako ochro­niarz w Agen­cji Ochrony Heve­lius, która w inter­ne­cie ogła­sza się jako „Spe­cja­li­styczna Uzbro­jona For­ma­cja Ochronna”.

Matka Mar­cina, Bar­bara, ma śred­nie wykształ­ce­nie i podob­nie jak Zbi­gniew pra­cuje w Jed­no­stce Woj­sko­wej nr 1995 w Gdań­sku-Wrzesz­czu jako „refe­rent maszy­nistka”. Po likwi­da­cji jed­nostki zostaje zwol­niona i dora­bia, gdzie się da – na poczcie, w Kau­flan­dzie, no i… w fir­mach, które zakłada jej syn. Ale nie uprze­dzajmy fak­tów.

Jako dziecko Mar­cin ma nad­wagę. Jest nie­śmiały, skryty. Nie ma kole­gów.

– Wyśmie­wali się z niego. Mamin­sy­nek, z mamą za rączkę. Taki był deli­katny – opo­wiada jego kolega z podwórka. – Wia­domo, chłopcy bawią się w wojnę, jeż­dżą na rowe­rach albo idą grać w piłkę. Mar­cin zawsze od takich rze­czy stro­nił. Nikt po niego nie dzwo­nił, bo wszy­scy wie­dzieli, że Mar­cin nie wyj­dzie, że będzie sie­dział w domu.

Jak już wycho­dzi, woli z dziew­czy­nami ska­kać na ska­kance.

W pod­sta­wówce działa w para­fial­nej wspól­no­cie Eucha­ry­stycz­nego Ruchu Mło­dych, pro­wa­dzo­nego przez sio­stry urszu­lanki (ze Zgro­ma­dze­nia Sióstr Urszu­la­nek Serca Jezusa Kona­ją­cego). Potem idzie do tech­ni­kum eko­no­micz­nego, gdzie staje się ulu­bień­cem nauczy­cieli.

Klasa Tech­ni­kum Eko­no­micz­nego w Gdań­sku, pierw­szy od pra­wej strony – Mar­cin Ste­fań­ski, trze­cia od lewej strony w pierw­szym rzę­dzie – Kata­rzyna Plichta. Autor zdję­cia nie­znany. Foto­gra­fia pocho­dzi z pry­wat­nego archi­wum Patryka Bogu­miła.

– Bar­dzo dobrze się czuł w naszych zawo­do­wych przed­mio­tach, jak rachun­ko­wość, eko­no­mia – opo­wiada kolega z tech­ni­kum, Patryk Bogu­mił. – Geniu­szem ani pry­mu­sem na pewno nie był. Uczył się dobrze, nawet bar­dzo dobrze, był w czo­łówce kla­so­wej, ale na pewno nie był naj­lep­szy.

Wołają na niego „Ste­fan”, od nazwi­ska. Na gru­po­wym zdję­ciu od razu rzuca się w oczy: niski, przy kości, zaru­mie­niona twarz. Bor­dowa koszula, do niej popie­laty gar­ni­tur.

– Mar­cin zawsze był taki na ubo­czu, nie trzy­mał się raczej z nami – mówi Patryk. – Wolał mieć kon­takt z grupą dziew­czyn. Dużo się śmiał z nimi, mieli swoje tematy, żar­ciki.

– Dla mnie był sym­pa­tyczny, pomocny, bar­dzo inte­li­gentny – potwier­dza kole­żanka z grupy. – Mądry chło­pak, miał wie­dzę.

– Nie był chło­pa­kiem wyco­fa­nym, był taki dość prze­bo­jowy, ale tra­cił pew­ność sie­bie w towa­rzy­stwie chło­pa­ków. Może tro­chę był nami wystra­szony, nie wiem – dodaje Patryk.

Ni­gdy nie cho­dzi na zaję­cia z WF-u.

– Był uczu­lony na pot, zawsze tak mówił – przy­po­mina sobie kole­żanka.

– Mało wyspor­to­wany, zgar­biony, z nad­wagą. Widać było, że sport mu nie leżał – stwier­dza Patryk.

W kla­sie jest… skarb­ni­kiem. Naj­wy­raź­niej od początku lubi gro­ma­dzić czy­jeś pie­nią­dze. Klasa mu ufa.

Zostaje lau­re­atem Regio­nal­nego Kon­kursu Wie­dzy o Eko­no­mii i Gospo­darce, zwy­cięzcą kon­kursu „Wiem wszystko o przed­się­bior­stwie” orga­ni­zo­wa­nego przez Wydział Eko­no­miczny Uni­wer­sy­tetu Gdań­skiego i lau­re­atem kon­kursu wie­dzy o eko­no­mii i gospo­darce orga­ni­zo­wa­nego przez Uni­wer­sy­tet Miko­łaja Koper­nika w Toru­niu. Działa w szkol­nym samo­rzą­dzie. Śred­nia ocen w czwar­tej kla­sie liceum – 5,09.

„Jest uczniem bar­dzo aktyw­nym i wszech­stron­nym. W roku szkol­nym 2002/2003 brał udział rów­nież w kon­kur­sach »Mistrz rachun­ko­wo­ści« o Unii Euro­pej­skiej orga­ni­zo­wa­nym przez Rzecz­po­spo­litą. Ocena z zacho­wa­nia – wzo­rowa. Kan­dy­da­tura Mar­cina uzy­skała jed­no­gło­śną akcep­ta­cję Rady Peda­go­gicz­nej w dniu 25 czerwca 2003 roku” – zachwala swo­jego wycho­wanka dyrek­cja szkoły we wnio­sku sty­pen­dial­nym skie­ro­wa­nym do pre­zy­denta Gdań­ska, Pawła Ada­mo­wi­cza. Pre­zy­dent przy­chyla się do wnio­sku i oso­bi­ście wrę­cza Mar­ci­nowi sty­pen­dium dla wyjąt­kowo zdol­nych uczniów – 800 zł.

Za sty­pen­dium nasto­la­tek robi prawo jazdy.

– Mnie się wyda­wało, że on trak­tuje tą szkołę jak przy­sta­nek, jak coś, co musi odbęb­nić – opo­wiada Patryk. – Mia­łem wra­że­nie, że przez to, że był taki ogar­nięty, znał się na tej całej eko­no­mii, czuł się lep­szy. Uwa­żał, że coś osią­gnie. Że on w przy­szło­ści będzie kimś.

Na wspo­mnia­nym kla­so­wym zdję­ciu parę kro­ków od Mar­cina stoi Kaśka. Niska, pulchna bru­netka. Ładna.

Dziew­czyna wycho­wuje się w sta­rej cha­łu­pie dziadka Jana w Lip­cach na obrze­żach Gdań­ska. Tuż obok domu jest przy­sta­nek auto­bu­sowy i ruchliwa trasa do Prusz­cza Gdań­skiego.

Jej ojciec Edmund pra­cuje jako dźwi­gowy w stoczni. Gdy traci robotę, zaczyna pić. W domu cią­głe awan­tury, bieda. W końcu męż­czy­zna wypro­wa­dza się i ląduje w dział­ko­wej altance. Utrzy­muje się ze zbie­ra­nia złomu. Nie inte­re­suje się rodziną. Dzi­siaj nikt nie wie, czy męż­czy­zna jesz­cze żyje.

Dom, w któ­rym wycho­wy­wała się Kata­rzyna Plichta.

Matka Kaśki, jak potem zezna, w gospo­dar­stwie rol­nym o powierzchni 1,69 hek­tara upra­wia włosz­czy­znę – mar­chew, pie­truszkę, seler i por. Warzywa sprze­daje póź­niej w gdań­skiej Hali Tar­go­wej.

Stud­niówka Kata­rzyny i Mar­cina. Autor zdję­cia nie­znany. Foto­gra­fia pocho­dzi z pry­wat­nego archi­wum Patryka Bogu­miła.

Czy Kata­rzyna marzy o ucieczce z takiego domu? Śni o lep­szym życiu? Na pewno.

Idzie, tak jak Mar­cin, do tech­ni­kum eko­no­micz­nego. W szkole niczym się nie wyróż­nia. Cicha, zamknięta w sobie, wyco­fana – mówią nie­któ­rzy.

– Kasia bar­dzo czę­sto waga­ro­wała, rzadko bywała w szkole, nie miała kon­taktu z nikim – opo­wiada kolega Patryk. – Była prze­cięt­nym uczniem, takim śred­nia­kiem. Miało się odczu­cie, że kła­mie na każ­dym kroku. Ni­gdy się przed­tem z czymś takim nie spo­tka­łem, że czło­wiek ma wra­że­nie, że ktoś cały czas kła­mie. Fał­szywa bar­dzo. Szu­kała korzy­ści dookoła i tyle.

– Wbrew pozo­rom nie była szarą myszką – doda wycho­waw­czyni, polo­nistka. – Drobna, nie­wy­soka, ale to dziew­czyna, która lubi błysz­czeć i chce mieć w życiu dużo do powie­dze­nia. Mar­cina bar­dzo lubi­łam, zmar­twi­łam się, gdy usły­sza­łam, że zostali mał­żeń­stwem. Bałam się, że będzie miała na niego zły wpływ¹.

W szkole śred­niej drogi Mar­cina i Kaśki się nie scho­dzą. Ofi­cjal­nie los je połą­czy dopiero za kilka lat. Cho­ciaż…

– A wła­śnie, czy on już wtedy nie miał z nią firmy? – zasta­na­wia się Patryk. – Coś takiego mi się przy­po­mina, że oni się spo­ty­kali. Kon­takt mię­dzy nimi był pod koniec szkoły, w pią­tej kla­sie. Chyba mówili, że ze sobą współ­pra­cują.

Jed­nak nikt tego nie potwier­dza. Kole­dzy mają nato­miast pamiąt­kowe zdję­cie ze stud­niówki – Mar­cina ota­czają dziew­czyny, a Kasia trzyma w ręku… bank­noty.

To bar­dzo sym­bo­liczne zdję­cie.HOMO­TE­RA­PIA

– Przez to, że on był tak odda­lony od pozo­sta­łych chło­pa­ków z klasy, były takie podej­rze­nia, że może jest gejem – wspo­mina Patryk Bogu­mił. – Miał taki, można powie­dzieć, styl wypo­wia­da­nia się, zacho­wa­nia, który mógłby wska­zy­wać, że ma inną orien­ta­cję. Mało męski był, może tak.

W 2002 roku Ste­fań­ski zgła­sza się do nowo powsta­łego kato­lic­kiego Sto­wa­rzy­sze­nia Pomoc 2002². Ma wtedy 18 lat.

Sto­wa­rzy­sze­nie ofe­ruje wspar­cie dla osób z uza­leż­nie­niami sek­su­al­nymi. Ratu­nek znaj­dują w nim osoby odrzu­cone przez rodzinę, wyklu­czone ze spo­łe­czeń­stwa, doświad­cza­jące samot­no­ści i pustki, które kie­rują „swe wybory życiowe ku roz­wią­za­niom błęd­nym (…), takim jak nar­ko­tyki, alko­hol, por­no­gra­fia czy seks”³.

Na stro­nie inter­ne­to­wej sto­wa­rzy­sze­nie publi­kuje listy od mło­dych męż­czyzn. Piszą w nich, że są uza­leż­nieni od seksu i por­no­gra­fii. Inni, że kochają męż­czyzn, ale chcą to zmie­nić. Pra­gną być „nor­malni”.

Grze­gorz, lat 26: „Chciał­bym mieć rodzinę, żonę, dzieci, ale jak to teraz odwró­cić ? Pro­szę, poradź­cie mi coś”. Maciek z Gli­wic: „Nie mam dziew­czyny, wszyst­kie moje klę­ski upa­truję w ona­ni­zmie. Czy mogli­by­ście mi Pań­stwo pomóc?”. Roman z kolei alar­muje: „Cześć! Mam 19 lat. Jestem stu­den­tem Poli­tech­niki I roku. Pra­gnę wyjść z nałogu mastur­ba­cji. Ale sam nie potra­fię. Jestem w tym bagnie od kilku lat”⁴.

Aby się leczyć z dewia­cji, mło­dzi męż­czyźni przy­by­wają do Rado­mia, do pry­wat­nego miesz­ka­nia obec­nie 64-let­niego Miro­sława Chmury, zwa­nego przez współ­braci Paw­łem. Roz­ma­wiają tu o swo­ich doświad­cze­niach, modlą się, cho­dzą do kościoła. Ale też, jak ustalą w 2013 roku repor­te­rzy pro­gramu _Po pro­stu_ Toma­sza Sekiel­skiego, tera­pia polega na doty­ka­niu się i przy­tu­la­niu z innymi męż­czy­znami oraz spę­dza­niu nocy z zało­ży­cie­lem grupy. Cza­sami nie­zbędne jest roze­bra­nie się do naga, aby brat Paweł mógł spraw­dzić, czy pro­blemy męż­czy­zny nie wyni­kają przy­pad­kiem z tego, że ma małego penisa⁵.

– Kiedy pierw­szy raz skon­tak­to­wał się świa­dek z radom­skim Sto­wa­rzy­sze­niem Pomoc 2002? – wiele lat póź­niej zapy­tają Mar­cina posło­wie komi­sji śled­czej do wyja­śnie­nia sprawy Amber Gold⁶.

– Ja nie wiem, żebym w ogóle z kimś takim się kon­tak­to­wał. Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym się z kimś takim kon­tak­to­wał – odpo­wie męż­czy­zna.

– To cie­kawe, bo dys­po­nu­jemy kore­spon­den­cją świadka, zabez­pie­czoną przez poli­cję z komu­ni­ka­tora Gadu-Gadu. Z jed­nym z księży wymie­nia pan infor­ma­cje na temat doko­ny­wa­nia prze­le­wów na to sto­wa­rzy­sze­nie.

– Ale ja mówię, ja nie pamię­tam – będzie się upie­rał Mar­cin.

Po nagło­śnie­niu sprawy Sto­wa­rzy­sze­nie Pomoc 2002 opu­bli­kuje oświad­cze­nie: „Pra­gnę wyja­śnić, że ni­gdy nie mie­li­śmy nic wspól­nego z panem Mar­ci­nem P., nie otrzy­my­wa­li­śmy żad­nych pie­nię­dzy ani od niego per­so­nal­nie, ani od jego firmy, a pan Mar­cin P. ni­gdy nie zwra­cał się do nas o jaką­kol­wiek pomoc”⁷.

Jed­nak w aktach sprawy Amber Gold znaj­duję potwier­dze­nie prze­lewu doko­na­nego przez Mar­cina na konto Sto­wa­rzy­sze­nia.

W 2006 roku w obcho­dach czwar­tych uro­dzin Sto­wa­rzy­sze­nia Pomoc 2002 uczest­ni­czy ówcze­sny wice­prze­wod­ni­czący komi­sji do wyja­śnie­nia sprawy Amber Gold, Marek Suski, poseł PiS z okręgu radom­skiego. Na dwóch zdję­ciach pocho­dzą­cych ze strony Sto­wa­rzy­sze­nia Suski prze­ma­wia do zgro­ma­dzo­nych na impre­zie gości. Pod­pis pod zdję­ciami brzmi:

„W cza­sie dzi­siej­szego jubi­le­uszu gości­li­śmy przed­sta­wi­cieli par­la­mentu, świata biz­nesu, duchow­nych róż­nych wyznań chrze­ści­jań­skich, przed­sta­wi­cieli fun­da­cji oraz sto­wa­rzy­szeń, a także dzien­ni­ka­rzy i osoby zaprzy­jaź­nione ze Sto­wa­rzy­sze­niem Pomoc 2002. W trak­cie uro­czy­sto­ści zostały wrę­czone dyplomy uzna­nia za wkład finan­sowy i mery­to­ryczny w roz­wój Sto­wa­rzy­sze­nia. Spo­tka­nie zakoń­czyło się sym­bo­liczną lampką szam­pana i tor­tem uro­dzi­no­wym”⁸.DR JEKYLL AND MR HYDE

– Zako­chany tylko w pie­nią­dzach i splen­do­rze, bez uczuć – wspo­mina Mar­cina Ewa M., jego wspól­niczka. – Z emo­cji korzy­sta, by mani­pu­lo­wać innymi. Z dużymi ambi­cjami. Raz przy­znał mi się, że chciałby kie­dyś być pre­zy­den­tem Gdań­ska⁹.

W 2002 roku osiem­na­sto­la­tek Mar­cin Ste­fań­ski zakłada swoją pierw­szą firmę: Gdań­ską Kom­pa­nię Han­dlową przy ulicy Rzeź­nic­kiej 54/56 w Gdań­sku. Póź­niej będą tu miały sie­dzibę Pierw­szy Urząd Skar­bowy oraz Wydaw­nic­two Archi­die­ce­zji Gdań­skiej „Stella Maris”.

Spółkę pro­wa­dzi tylko kilka mie­sięcy. Pod tą samą nazwą – Gdań­ska Kom­pa­nia Han­dlowa – otwo­rzy ją ponow­nie cztery lata póź­niej w sta­rym biu­rowcu w gdań­skim Brzeź­nie pod adre­sem Czarny Dwór 4b, na działce nale­żą­cej do NSZZ „Soli­dar­ność”.

Co cie­kawe, 23 lipca 2002 roku dosłow­nie w baraku obok, przy ulicy Czarny Dwór 8, zare­je­stro­wana zosta­nie inna firma – Pol­ska Kor­po­ra­cja Finan­sowa „Skar­biec” z kapi­ta­łem zakła­do­wym 50 tysięcy zło­tych. Założą ją dwaj mło­dzi męż­czyźni – miesz­ka­jący wów­czas w bloku z wiel­kiej płyty na gdań­skiej Oruni 25-letni Rafał G. i 32-letni Tomasz R.

Szes­na­ście lat póź­niej Pro­ku­ra­tura Regio­nalna w Gdań­sku oskarży obu pre­ze­sów „Skarbca”, że oszu­kali ponad 73 tysiące osób na kwotę 181 milio­nów zło­tych. Będzie to druga po Amber Gold afera finan­sowa w Pol­sce.

Działka przy ulicy Czarny Dwór 2–8 to w ogóle cie­kawa sprawa. Gdy docie­ram tam w 2020 roku, jest to teren budowy. Baraki, w któ­rych funk­cjo­no­wały Gdań­ska Kom­pa­nia Han­dlowa i Pol­ska Kor­po­ra­cja Finan­sowa „Skar­biec”, są nie­mal zrów­nane z zie­mią. Teren ochra­nia straż­nik. Mówi, że kie­dyś w hotelu Dal, któ­rego ruiny stoją obok roz­pa­da­ją­cych się budyn­ków, odby­wał spo­tka­nia wybor­cze Marian Krza­klew­ski. Póź­niej NZSS „Soli­dar­ność” powo­łało spółkę Dekom, dziś sprze­da­jącą cenne tereny dewe­lo­pe­rom. Wkrótce mają tu powstać wyso­kie, 40-metrowe bloki. Inwe­sty­cję tę będzie reali­zo­wała spółka Sea Park, którą two­rzy mię­dzy innymi firma INTUO nale­żąca do Woj­cie­cha Jawor­skiego „Jaworka”, o któ­rym będzie jesz­cze mowa.

Związ­ków trój­miej­skich para­ban­ków z opo­zy­cją demo­kra­tyczną jest wię­cej – w radzie nad­zor­czej „Skarbca”, prze­mia­no­wa­nego póź­niej na „Pomocną Pożyczkę” i „Pożyczkę Gotów­kową” działa Ludwik K., księ­gowy z Gdań­ska. Według _Ency­klo­pe­dii Soli­dar­no­ści_ to uro­dzony w Sta­ro­gar­dzie Gdań­skim dzia­łacz Związku Har­cer­stwa Pol­skiego i Nie­za­leż­nego Zrze­sze­nia Stu­den­tów, kol­por­ter ulo­tek i pod­ziem­nych pism, w 2008 roku odzna­czony Krzy­żem Kawa­ler­skim Orderu Odro­dze­nia Pol­ski. Współ­pra­co­wał z Ruchem Mło­dej Pol­ski, a w latach 1988–1989 roz­pra­co­wy­wał go WUSW w Gdań­sku.

W wol­nej Pol­sce K. zaj­muje się orga­ni­za­cją para­ban­ków – oprócz dzia­łal­no­ści w „Pomoc­nej Pożyczce” pomaga zało­żyć Bal­tic Money i Naszą Kasę. Pierw­sza spółka zosta­nie zare­je­stro­wana w sierp­niu 2011 roku przy ulicy Grun­waldz­kiej 609 D w Gdań­sku. K. będzie w niej repre­zen­to­wał więk­szo­ścio­wego udzia­łowca – spółkę Dil Nie­ru­cho­mo­ści, która ma sie­dzibę w jego biu­rze. Z kolei w Naszej Kasie, zare­je­stro­wa­nej tego samego dnia co Bal­tic Money i pod tym samym adre­sem, będzie udzia­łow­cem i pre­ze­sem zarządu.

– Jestem księ­go­wym, świad­czę usługi róż­nym klien­tom, a na przy­kład dla Pomoc­nej Pożyczki pra­cuje wielu zna­nych adwo­ka­tów oraz cho­ciażby infor­ma­ty­ków – wytłu­ma­czy K. mediom¹⁰.

W 2017 roku do Sądu Okrę­go­wego w Gdań­sku trafi akt oskar­że­nia prze­ciwko 11 oso­bom, w tym Ludwi­kowi K. Pro­ku­ra­tura zarzuci im, że oszu­kali pra­wie tysiąc osób na kwotę prze­kra­cza­jącą milion zło­tych. Pro­ces jest w toku.

Po likwi­da­cji swej pierw­szej firmy obrotny nasto­la­tek Mar­cin Ste­fań­ski roz­gląda się za nowym biz­ne­sem. Pew­nego dnia przy­cho­dzi do biura ubez­pie­cze­nio­wego Com­mer­cial Union, w któ­rym pra­cują Dorota C. i Ewa M. Chce zamknąć swoją polisę na życie. Dorota C., która jest jego agen­tem ubez­pie­cze­nio­wym, wie, że Mar­cin wła­śnie zli­kwi­do­wał dzia­łal­ność gospo­dar­czą.

Od słowa do słowa nasto­la­tek z paniami w śred­nim wieku uma­wiają się, że założą razem firmę. Ma to być spółka han­dlowa zaj­mu­jąca się sprze­dażą papieru i arty­ku­łów biu­ro­wych.

Ewa M., z wykształ­ce­nia tech­nik hodowca, to matka dwóch synów w wieku 16 i 19 lat.

– Nie miał nic – opo­wie póź­niej pra­sie. – Moja kole­żanka poży­czyła mu 15 tysięcy zło­tych na udziały w spółce¹¹.

Zatrud­niają daleką krewną Ewy, czter­dzie­sto­let­nią Iwonę P. Ta ostat­nia pra­co­wała wcze­śniej, podob­nie jak jej mąż Piotr, jako agentka w Opti­mie – udzie­la­ją­cej poży­czek chwi­ló­wek fir­mie nale­żą­cej do ame­ry­kań­skiej grupy Dol­lar Finan­cial Group. Spółka działa na pol­skim rynku do dziś, jest kon­ku­ren­cją dla Pro­vi­denta.

Trzy dni przed dzie­więt­na­stymi uro­dzi­nami Mar­cina, w lipcu 2003 roku, powstaje Grupa Finan­sowo-Han­dlowa Nova – Dorota C. osta­tecz­nie się wyco­fuje, Ewa M. zostaje pre­ze­sem spółki, a nasto­la­tek dyrek­to­rem finan­so­wym i człon­kiem zarządu.

Teo­re­tycz­nie każde z nich obej­muje w fir­mie 50 udzia­łów po 25 tysięcy zło­tych. Dokład­nie tak samo, jak we wspo­mnia­nej już, powsta­łej rok wcze­śniej Pol­skiej Kor­po­ra­cji Finan­so­wej „Skar­biec”. Póź­niej Ste­fań­ski wyzna przed pro­ku­ra­to­rem, że kapi­tał zakła­dowy w wyso­ko­ści 50 tysięcy zło­tych ni­gdy nie został przez nich wpła­cony.

Sie­dziba firmy mie­ści się w biu­rze na tere­nie Stoczni Gdań­skiej, przy ulicy Doki 1. Budyn­kami tymi zarzą­dza spółka Syner­gia 99. Według póź­niej­szych wyja­śnień Mar­cina Ste­fań­skiego w zało­że­niu Novej pomaga znany gdań­ski praw­nik dr Jerzy Solań­ski. „Jego rola spro­wa­dzała się do umó­wie­nia z nota­riu­szem, wypeł­nie­nia i zło­że­nia doku­men­ta­cji oraz do zatwier­dze­nia zarządu” – opo­wie nasto­la­tek.

Na początku firma zatrud­nia dwie osoby w cha­rak­te­rze przed­sta­wi­cieli han­dlo­wych, któ­rzy sprze­dają papier do kse­ro­ko­pia­rek i inne arty­kuły biu­rowe. Ale, jak głosi legenda, po kilku mie­sią­cach Mar­cin czyta arty­kuł o spółce z War­szawy, która pro­wa­dzi punkty przyj­mo­wa­nia opłat. Dzwoni do firmy, uda­jąc, że jest zain­te­re­so­wany zosta­niem ich agen­tem.

„Oni podali mi, jak to dzia­łało. Następ­nie opo­wie­dzia­łem to Ewie M. i doszli­śmy do wnio­sku, że mogli­by­śmy stwo­rzyć podobne punkty na tere­nie woje­wódz­twa pomor­skiego” – zezna póź­niej.

Spółka Nova zaczyna pro­wa­dzić Mul­ti­kasy. Pomysł na biz­nes jest pro­sty. W okien­kach firmy za drobną opłatą, niż­szą niż na poczcie czy w banku, można opła­cić rachunki za prąd, gaz i tele­fon. Eme­ryci i ren­ci­ści chęt­nie z usługi korzy­stają, tym bar­dziej że mają dodat­kową zniżkę. Oddają Mar­ci­nowi z tru­dem uskła­dane pie­nią­dze.

I, jak w każ­dym dobrze wymy­ślo­nym oszu­stwie, na początku wszystko hula aż miło. Iwona P. zakłada punkty Mul­ti­kasy w całym kraju, klien­tów przy­bywa. Jedna z pierw­szych filii w Pel­pli­nie ma numer 17.

„Numery oddzia­łów były nada­wane w spo­sób nie­upo­rząd­ko­wany, miało to na celu stwo­rze­nie obrazu wiel­ko­ści firmy” – opo­wie potem pro­ku­ra­to­rowi Mar­cin.

Ste­fań­ski wyli­cza, że aby spółka była ren­towna, wystar­czy otwo­rzyć dzie­sięć kas, z któ­rych każda przyj­mie czter­dzie­ści wpłat dzien­nie. Po odli­cze­niu pro­wi­zji dla agen­tów (50 gro­szy od wpłaty) i kosztu zatrud­nie­nia pra­cow­ni­ków mie­sięczny zysk ma wynieść około 8 tysięcy zło­tych.

Jest to mało praw­do­po­dobne. Z pobież­nych wyli­czeń wynika, że byłby to raczej przy­chód firmy, z któ­rego trzeba jesz­cze odjąć koszty utrzy­ma­nia sie­dziby, wyna­gro­dze­nia dla księ­go­wego i zarządu, podatki itd. Jak widać, biz­ne­splan mło­dego geniu­sza eko­no­micz­nego jest mocno kulawy, ale być może nikt nie zamie­rza go reali­zo­wać.

Tym­cza­sem nie­świa­domi niczego klienci ufnie powie­rzają mu swoje pie­nią­dze. Pierw­sze wpłaty nastę­pują 18 sierp­nia 2003 roku, co jest dziwne, zwa­żyw­szy, że firma zosta­nie ofi­cjal­nie zare­je­stro­wana dopiero pra­wie mie­siąc póź­niej. Matka Mar­cina, Bar­bara, zostaje zatrud­niona w Novej jako kie­row­nik obsługi klienta.

Codzien­nie każdy agent prze­lewa od dwóch do pię­ciu tysięcy zło­tych na pry­watne konto Mar­cina. Za te pie­nią­dze dzie­więt­na­sto­letni dyrek­tor finan­sowy powi­nien opła­cać rachunki swo­ich klien­tów, ale razem z czter­dzie­sto­let­nią panią pre­zes mają lep­szy pomysł. Ewa M. kupuje z otrzy­ma­nych wpłat meble kuchenne, leasin­guje dwa samo­chody peu­geot koloru gra­na­to­wego, nabywa działkę w Sta­szy­nie, na któ­rej pla­nuje budo­wać dom, udziela poży­czek zna­jo­mym i spłaca wła­sne długi. Poza tym wyjeż­dża z kon­ku­ben­tem do hotelu Gołę­biew­ski w Miko­łaj­kach, a na każdy wyjazd pobiera z kasy około 500 zło­tych.

Z kolei Mar­cin z pie­nię­dzy klien­tów płaci za zakupy w super­mar­ke­tach i posiłki w restau­ra­cjach, ponadto wypłaca sobie gotówkę. Spon­so­ruje też kurs prawa jazdy dla syna pani pre­zes. Od czasu do czasu opłaca te rachunki klien­tów, które są naj­dłu­żej po ter­mi­nie.

Potem przy­zna, iż był w pełni świa­domy, że jest to nie­uczciwe i że oszu­kuje ludzi, prze­zna­cza­jąc pie­nią­dze na inne cele, niż zostały wpła­cone przez klien­tów.

Firma się roz­ra­sta, Iwona P. two­rzy kolejne punkty Mul­ti­kasy, które prze­le­wają Mar­ci­nowi coraz wię­cej pie­nię­dzy. Łącz­nie na tere­nie Pomo­rza powsta­nie ich 22 i wpłacą nasto­lat­kowi ponad 888 tysięcy zło­tych.

Wtedy zało­ży­ciele Mul­ti­kasy wpa­dają na nowy pomysł: „Któ­re­goś dnia, dokład­nie nie wiem, pani Ewa M. przy­je­chała do biura spółki i powie­działa mi, że zaczniemy udzie­lać poży­czek krót­ko­ter­mi­no­wych, spła­ca­nych tygo­dniowo. Mece­nas S., do któ­rego poszli­śmy, powie­dział, że nie są to pożyczki udzie­lane na skalę masową i nie jest potrzebne zezwo­le­nie”.

Mece­nas S. to znów dr Jerzy Solań­ski, radca prawny z Gdań­ska, który – według wyja­śnień Mar­cina – zostaje peł­no­moc­ni­kiem spółki.

Mar­cin ma nosa lub nosa ma ten, kto pro­wa­dzi za nos Mar­cina. W 2003 roku dla firm pożycz­ko­wych w Pol­sce jest praw­dziwe eldo­rado. Nie są objęte kon­trolą Komi­sji Nad­zoru Finan­so­wego, nikt ich nie spraw­dza, nie­mal nie ma prze­pi­sów regu­lu­ją­cych ich dzia­łal­ność. Bywa, że rze­czy­wi­sta stopa opro­cen­to­wa­nia pożyczki wynosi kilka tysięcy pro­cent w skali roku.

Mar­cin, Ewa i Iwona zaczy­nają jed­nak skrom­nie – ich chwi­lówki są „tylko” na 70 pro­cent. Oczy­wi­ście nie mają wła­snego kapi­tału, więc poży­czek udzie­lają z pie­nię­dzy wpła­ca­nych przez klien­tów Mul­ti­kasy.

– Pie­nią­dze wska­zane w zarzu­cie nie zostały prze­ka­zane wie­rzy­cie­lom, ponie­waż firma zaczęła udzie­lać krót­ko­ter­mi­no­wych poży­czek – z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią wyzna potem Mar­cin.

Po kilku mie­sią­cach pierwsi klienci Mul­ti­kasy dostają wezwa­nia do zapłaty. Jest na nich napi­sane jak byk, że nie opła­cili rachun­ków. Jak to nie opła­cili?! Do nie­któ­rych przy­cho­dzą pra­cow­nicy zakładu ener­ge­tycz­nego i chcą im odci­nać prąd. Nie­któ­rym grozi eks­mi­sja.

Wście­kli ludzie zaczy­nają sztur­mo­wać okienka kasowe ajen­tów firmy. Pre­zes Ewa M. ner­wowo tłu­ma­czy, że wszystko to wina banku, który opóź­nia prze­lewy. Ale cier­pli­wość ludzi się wyczer­puje.

Na początku marca 2004 roku ponad czter­dzie­stu klien­tów masze­ruje do pro­ku­ra­tur w Sta­ro­gar­dzie Gdań­skim, Tcze­wie, Olsz­ty­nie i Mal­borku, żeby zawia­do­mić, że spółka Nova pro­wa­dząca punkty opłat ich oszu­kała.

Pro­ku­ra­tura wydaje posta­no­wie­nie o zatrzy­ma­niu doku­men­tów firmy, sie­dziba zostaje prze­szu­kana, a doku­men­ta­cja zabez­pie­czona. Mar­cin przy­syła do Novej pismo, w któ­rym rezy­gnuje z funk­cji członka zarządu. Iwona P. też składa wypo­wie­dze­nie. Ewa M. zdaje sobie sprawę, że została na lodzie, idzie do pro­ku­ra­tury i składa zawia­do­mie­nie „o popeł­nie­niu mal­wer­sa­cji finan­so­wej” przez Mar­cina i Iwonę P.

– Za kasę odpo­wia­dał Mar­cin, bo tylko on miał kody do auto­ry­za­cji prze­le­wów – stwier­dzi potem. – Stąd wzięły się kło­poty: pie­nią­dze nie tra­fiały tam, gdzie trzeba, tylko na jakieś inne konta¹².

Wypa­ro­wały 174 tysiące zło­tych. Poszko­do­wa­nych jest 300 osób.

Ewa M. idzie do pracy w pralni, żeby mieć pie­nią­dze na życie i leki anty­de­pre­syjne. Komor­nik zaj­muje jej część pen­sji. Wkrótce zostaje zatrzy­mana i tra­fia do aresztu w Mal­borku. Oskar­żeni zostają wszy­scy troje – Mar­cin, Iwona i Ewa.

– Sama stra­ci­łam przez niego zdro­wie, nerwy, mam zmiany nowo­two­rowe – będzie się potem żalić Ewa M. – I nie mam zaufa­nia do ludzi¹³.

Z kolei Mar­cin twier­dzi, że odszedł z firmy, bo pre­zes Ewa się nad nim znę­cała.

„Jed­no­cze­śnie od dnia 1 marca 2004 roku nie pono­szę odpo­wie­dzial­no­ści za żadne decy­zje, które zostały pod­jęte w spółce, gdyż prze­by­wa­łem za gra­nicą, a dokład­nie w Niem­czech, i fizycz­nie nie mogłem decy­do­wać o losach spółki” – napi­sze Ste­fań­ski w oświad­cze­niu.

Niby prze­bywa w Niem­czech, ale 9 marca 2004 roku zakłada w Pol­sce z Iwoną P. i jej zna­jo­mymi, rów­nież pra­cow­ni­kami Optimy, firmę Helios z sie­dzibą w Tcze­wie, która ma zaj­mo­wać się udzie­la­niem poży­czek. I znów, kapi­tał spółki to 50 tysięcy zło­tych, a na sta­no­wi­sku kie­row­nika obsługi klienta ponow­nie zostaje zatrud­niona matka Mar­cina, Bar­bara.GANG ZE STO­GÓW

W tym samym cza­sie, wio­sną 2004 roku, Nova pośred­ni­czy w sprze­daży 50 tysięcy litrów oleju napę­do­wego. Pośred­ni­czy fik­cyj­nie, bo w rze­czy­wi­sto­ści cho­dzi o wpro­wa­dze­nie kra­dzio­nego paliwa do legal­nego obrotu i odli­cze­nia podat­kowe.

W ciągu trzech dni, od 1 do 3 kwiet­nia spółka kupuje paliwo za 132 tysiące zło­tych i od razu je sprze­daje za 132 980 zło­tych. Jak widać, na trans­ak­cji zara­bia nie­cały tysiąc zło­tych.

Fak­tury wysta­wia Firma Han­dlowo-Usłu­gowa „Bar­tek”, któ­rej wła­ści­cie­lem jest poszu­ki­wany wów­czas przez poli­cję Dariusz Z. z Gdań­ska. Wid­nieje na nich pod­pis Ewy M., cho­ciaż będzie ona potem twier­dzić, że doku­menty pod­rzu­cił jej Mar­cin. Ten zaś powie poli­cjan­tom:

– Pani Ewa M. jest powią­zana z aferą pali­wową. Fał­szo­wała fak­tury VAT doty­czące paliwa.

Od Novej paliwo kupuje hur­tow­nia w Brze­zi­nach pod Łodzią.

Grupa Finan­sowo-Han­dlowa Nova praw­do­po­dob­nie jest jedną z firm, przez które wpro­wa­dza paliwo do obrotu tzw. gang ze Sto­gów Jaro­sława K. „Koli”. Do biz­nesu wpro­wa­dził go szwa­gier, Jan Przy­wara „Tygrys”, po śmierci Niko­dema Sko­tar­czaka „Niko­sia” uwa­żany za bossa trój­miej­skiego pół­światka.

Stogi to wów­czas naj­bar­dziej zanie­dbana dziel­nica Gdań­ska. Przez jej śro­dek prze­cho­dzi ruro­ciąg, któ­rym z portu pły­nie ropa do Rafi­ne­rii Gdań­skiej. Odci­nek ma 12 kilo­me­trów i bie­gnie środ­kiem lasu. Gang Jaro­sława K. „Koli” robi w ruro­ciągu odwierty i krad­nie paliwo na masową skalę, a następ­nie wpro­wa­dza je do obiegu. Część sprze­daje zaprzy­jaź­nio­nym sta­cjom ben­zy­no­wym, a resztę do hur­towni. Jed­nak aby sprze­dać towar wart miliony zło­tych, trzeba go wcze­śniej zale­ga­li­zo­wać. Do tego wła­śnie służy łań­cu­szek firm, które fik­cyj­nie kupują i sprze­dają paliwo, aby póź­niej „z papie­rami” tra­fiło na rynek.

Grupa „Koli” han­dluje też nar­ko­ty­kami: wpro­wa­dza na rynek hur­towe ilo­ści amfe­ta­miny, koka­iny, mari­hu­any i haszy­szu. Ma swo­ich ludzi w nie­mal wszyst­kich klu­bach noc­nych i agen­cjach towa­rzy­skich. Nar­ko­tyki eks­por­tuje nawet do kra­jów skan­dy­naw­skich. Jaro­sław K. zara­bia miliony i pod koniec poprzed­niego wieku wyra­sta na herszta jed­nej z naj­groź­niej­szych grup prze­stęp­czych w Trój­mie­ście.

Wpada na początku 2003 roku w Toru­niu, gdy pró­buje sprze­dać amfe­ta­minę o war­to­ści 170 tysięcy zło­tych. Kolejny raz zostaje zatrzy­many wraz z sie­dem­na­sto­oso­bo­wym gan­giem dwa lata póź­niej. Śledz­two wów­czas pro­wa­dzi Ryszard Pasz­kie­wicz, zastępca pro­ku­ra­tora okrę­go­wego w Gdań­sku. W 2010 roku „Kola” zosta­nie ska­zany na 14 lat wię­zie­nia za dzia­łal­ność w zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­pie prze­stęp­czej i pra­nie brud­nych pie­nię­dzy.MAR­CIN IDZIE NA KSIĘ­DZA

W maju 2004 roku kwitną kasz­tany, a Mar­cin, jakby ni­gdy nic, przy­stę­puje do matury.

Czę­sto się modli. Cza­sem o dzie­wią­tej wie­czo­rem siada przed kom­pu­te­rem, aby na cza­cie czat.opoka.org.pl popro­wa­dzić róża­niec. Jeź­dzi na reko­lek­cje do Pozna­nia. Wpłaca prze­le­wem 30 zło­tych na wypo­minki i dwie msze święte w para­fii w Sta­ro­gar­dzie Gdań­skim oraz 50 zło­tych na Towa­rzy­stwo Chry­stu­sowe z Mal­borka.

– W czwar­tej albo w pią­tej kla­sie ofi­cjal­nie powie­dział, że myślał o tym, żeby pójść na księ­dza – opo­wiada kolega Patryk.

9 czerwca koń­czy naukę i może się tytu­ło­wać tech­ni­kiem eko­no­mi­stą o spe­cjal­no­ści finanse i rachun­ko­wość. Po uro­czy­stym zakoń­cze­niu roku wraca do domu i pisze życio­rys:

„Od dwóch lat pro­wa­dzę także życie zawo­dowe, w któ­rym także w pewien spo­sób już się speł­ni­łem. (…) Moja wie­dza z zakresu eko­no­mii i finan­sów dosko­nale się spraw­dza w kon­tak­tach z ban­kami. Już w cza­sie szkoły śred­niej wszy­scy twier­dzili, że jestem bar­dzo dobrym orga­ni­za­to­rem”.

Kon­ty­nu­uje biz­nesy z Iwoną P.

– Był czę­stym gościem u pani Iwony – opo­wiada pani Beata, jej kole­żanka¹⁴. – Raz przy­je­chał, to naj­pierw go przed­sta­wiła jako swo­jego dale­kiego kuzyna, a póź­niej się oka­zało, że to nie jest jej kuzyn, tylko jakiś zna­jomy.

Kobieta otwiera sklep w Kokosz­ko­wych, wsi pod Sta­ro­gar­dem Gdań­skim, gdzie mieszka.

– Pani Iwona miała różne pomy­sły. Jej zawsze było mało kasy i zawsze kom­bi­no­wała, jak tu zaro­bić – dodaje Beata.

Przez chwilę w skle­pie Iwony P. pra­cuje pani Ola. Pytam ją, jak to się stało, że czter­dzie­sto­let­nia mężatka, matka dwójki, dzieci zaczęła robić inte­resy z dzie­więt­na­sto­lat­kiem.

– Mar­cin miał kasę, a pani Iwona była chciwa na kasę – odpo­wiada.

– Skąd dzie­więt­na­sto­letni chło­pak miał kasę? – dzi­wię się.

– Niby bab­cia dała mu milion zło­tych na roz­ruch inte­re­sów. Teraz wydaje mi się, że coś było nie tak. Miał jakieś pie­nią­dze, ale na pewno nie taką kwotę, o jakiej mówił.

Mar­cin opo­wiada wszyst­kim, że dostał spa­dek po dziad­kach ze strony ojca. Z pew­no­ścią to kolejna legenda, bo matka Zbi­gniewa żyje do dziś i nie należy do osób zamoż­nych.

– Teraz myślę, że ktoś jesz­cze maczał w tym palce, pod­su­wał im pomy­sły – dodaje współ­pra­cow­nica Beata.

– Ale kto? – pytam.

– Nie wiem. Nie mam poję­cia. Ale nie sądzę, żeby on mógł to sam zro­bić. On musiał mieć jakichś wspól­ni­ków. Iwona P. i Mar­cin nie roz­ma­wiali przy mnie, czy z kimś się kon­tak­tują, skąd Mar­cin ma pie­nią­dze. Zawsze była mowa o babci.

Pod koniec czerwca, nie­zra­żony toczą­cym się prze­ciwko niemu śledz­twem w spra­wie Mul­ti­kas, Mar­cin wymy­śla kolejną firmę – Spół­dziel­nię Pracy Sampi. Można powie­dzieć, że to biz­nes rodzinny, bo reje­struje go ojciec Mar­cina, Zbi­gniew, matka Bar­bara zostaje pre­ze­sem, a Mar­cin obwo­łuje się jej zastępcą.

– Ojciec Ste­fań­skiego z tymi fir­mami nie miał nic wspól­nego – twier­dzi Beata. – On był prze­ra­żony, jak się dowie­dział. Mar­cin wszystko robił za ple­cami rodzi­ców.

– Mama była pre­ze­sem firmy i też nie wie­działa, co się dzieje?

– Nie.

Trudno w to uwie­rzyć. Zwłasz­cza że sie­dziba spół­dzielni począt­kowo mie­ści się w pry­wat­nym miesz­ka­niu Ste­fań­skich przy ulicy Ceber­to­wi­cza w Gdań­sku. Potem Zbi­gniew Ste­fań­ski wynaj­muje za 100 zło­tych mie­sięcz­nie pokój w baraku Woje­wódz­kiego Związku Rol­ni­ków Kółek i Orga­ni­za­cji Rol­ni­czych na osie­dlu Na Stoku 53/55.

W skład rady nad­zor­czej spół­dzielni Sampi wcho­dzą: mąż Iwony P. – Piotr, Bożena R. i Alek­san­dra B.

Pani Ola dowie się o tym po latach, gdy zosta­nie wezwana do pro­ku­ra­tury. Wtedy okaże się, że przy reje­stra­cji spół­dzielni Mar­cin wyko­rzy­stał jej dane, które podała, gdy pra­co­wała w skle­pie spo­żyw­czym. W dodatku Mar­cin pod­ro­bił jej pod­pis.

– Była wzięta pożyczka od pani Ewy M. i Mar­cina Ste­fań­skiego na moje dane – opo­wiada pani Ola. – Nie spła­ca­łam tego, bo w ogóle nic nie wie­dzia­łam. Ewa M. przy­je­chała do mnie do domu i pobiła mnie. Powie­działa, że mam spła­cić całą pożyczkę.

Jak się okaże, Mar­cin wyko­rzy­stał dane i pod­ro­bił pod­pisy rów­nież Bożeny i Marka R. oraz czte­rech człon­ków rodziny Kło­sów ze Skór­cza. Niczego nie­świa­dome osoby były spół­dziel­cami w Sampi.

W lipcu 2004 roku Ste­fań­ski zaczyna się roz­glą­dać za kry­jówką.

– Powie­dział, że wyjeż­dża, nie było wia­domo gdzie – opo­wiada jego kolega z podwórka. – Znik­nął na dłuż­szy czas. I wtedy chyba było to semi­na­rium.

Ste­fań­ski jedzie do Pozna­nia na roz­mowę z przed­sta­wi­cie­lem zakonu w Semi­na­rium Towa­rzy­stwa Chry­stu­so­wego dla Polo­nii Zagra­nicz­nej. W zło­żo­nym wtedy życio­ry­sie pisze:

„Mam dopiero 20 lat, ale pozna­łem już tro­chę doro­słego życia, wiem, że nie zawsze jest ono cudowne i usłane różami, bar­dzo czę­sto napo­ty­kamy w nim na wiele trud­no­ści, które dzięki modli­twie łatwiej jest nam prze­zwy­cię­żyć. Lubię podró­żo­wać, odwie­dzi­łem już m.in. Wło­chy, Sło­wa­cję, Cze­chy, Niemcy. Moimi zain­te­re­so­wa­niami są różne prze­miany gospo­dar­cze, jakie zacho­dzą w Pol­sce, oraz podróże i życie Ojca Świę­tego Jana Pawła II”.

Do życio­rysu dołą­cza opi­nię od pro­bosz­cza ze swo­jej para­fii. Musi zło­żyć też zaświad­cze­nie o nie­ka­ral­no­ści, potwier­dze­nie o braku wpisu do reje­stru dłuż­ni­ków i oświad­cze­nie o posia­da­nych zobo­wią­za­niach finan­so­wych.

Zostaje przy­jęty.

– To było dla nas zasko­cze­nie, przy­je­chał gościu, który miał dwa tele­fony przy sobie, pie­czą­teczki, pisma jakieś i tak dalej – opo­wie jego kolega z semi­na­rium. – W kar­to­niku zapa­ko­wane doku­menty. I już mi to śmier­działo tro­chę¹⁵.

W pięk­nym sta­rym dworku oto­czo­nym czte­ro­hek­ta­ro­wym par­kiem razem z kil­ku­na­stoma innymi mło­dymi męż­czy­znami na początku sierp­nia roz­po­czyna nowi­cjat.

Jak wygląda jego dzień w zako­nie?

O 6.00 rano budzi go dzwon, Vox Dei. Uru­cha­mia go lek­tor, który przez cały tydzień pro­wa­dzi modli­twy w kaplicy i refek­ta­rzu. Pół godziny póź­niej Mar­cin razem z innymi nowi­cju­szami gro­ma­dzi się w kaplicy na modli­twach poran­nych połą­czo­nych z medy­ta­cją nad Ewan­ge­lią. Po Eucha­ry­stii w ciszy scho­dzi do refek­ta­rza, gdzie je posi­łek. Po śnia­da­niu zabiera się do pracy. Zmywa naczy­nia, zamiata pod­łogi, sprząta łazienki i kaplicę.

O 9.30 ponow­nie zbiera się z innymi w kaplicy, aby przez pół godziny w ciszy i sku­pie­niu stu­dio­wać Pismo Święte. Potem słu­cha wykła­dów o życiu zakon­nym i ducho­wo­ści oraz uczest­ni­czy w zaję­ciach z muzyki, na któ­rych uczy się pie­śni litur­gicz­nych.

W połu­dnie dzwon oznaj­mia, że czas na kolejne modli­twy. Po nich nowi­cjusz Mar­cin scho­dzi do refek­ta­rza na obiad.

Po posiłku wraca do pracy – tym razem w tere­nie. Upra­wia ogród warzywny, sad owo­cowy i pomi­dory pod folią. Razem z innymi porząd­kuje traw­niki, stawy i zagrodę z gęśmi, kurami i kacz­kami. Około 16.00 koń­czy pracę i wresz­cie może oddać się przy­jem­no­ściom – gra w piłkę, idzie na siłow­nię albo na spo­tka­nie w refek­ta­rzu przy kawie lub her­ba­cie.

O 17.00 znowu udaje się do kaplicy na „czy­ta­nie duchowne”. Po kon­sul­ta­cji z ojcem duchow­nym wybiera lek­turę, która przy­bliża taj­niki wiary i modli­twy, pomaga odkryć to, co każdy z nas ma gdzieś głę­boko ukryte w swoim sercu i co roz­wija naszą oso­bi­stą rela­cję z Panem Bogiem”¹⁶.

Potem przez pół godziny wspól­nie z innymi odma­wia Róża­niec. Następ­nie kola­cja w refek­ta­rzu i jesz­cze Koronka do Miło­sier­dzia Bożego w ocze­ki­wa­niu, aż kolejny raz zadzwoni dzwon. Wtedy roz­po­czyna się apel i modli­twy wie­czorne.

Po modli­twach, aż do śnia­da­nia w dniu następ­nym, w zako­nie trwa _silen­tium sacrum_ – święta cisza. Gasną wtedy wszyst­kie świa­tła i nikt nie może roz­ma­wiać.

I tak codzien­nie. Mar­cin wytrzy­muje tylko kilka tygo­dni.

W Mór­ko­wie składa się śluby czy­sto­ści i ubó­stwa. Gdy alumni wycho­dzą poza semi­na­rium, dostają po dwa­dzie­ścia zło­tych kie­szon­ko­wego na drobne wydatki. Mar­ci­nowi te zasady nie pasują.

– Miał ze sobą karty kre­dy­towe i miał kasę – dodaje kolega nowi­cjusz. – Zawsze nas brał na zakupy i mie­li­śmy „takie zakupy!”. Kurtki, płasz­cze, wszystko po kolei, co się dało¹⁷.

16 wrze­śnia Mar­cin zostaje z nowi­cjatu wyrzu­cony. Jak twier­dzi kolega, który wyle­ciał razem z nim, zda­niem władz zakonu chło­pak ma demo­ra­li­zu­jący wpływ na kole­gów.KAMU­FLAŻ

– On przy­je­chał jako młody ksiądz. W sutan­nie, z kolo­ratką, jak młody wikary – opo­wiada pani Beata. – Ja już wtedy wie­dzia­łam, że to była ściema.

– Pani go widziała w tej sutan­nie? – pytam.

– Tak, oczy­wi­ście.

– I mówił, że jest księ­dzem?

– Tak, że jest mło­dym księ­dzem. Chyba dwa dni tak cho­dził w sutan­nie.

Beata twier­dzi, że Mar­cin wró­cił z nowi­cjatu dopiero we wrze­śniu 2005 roku.

– Nie wiem, czy on był fak­tycz­nie w tym semi­na­rium tyle czasu – mówi. – Ale jak przy­je­chał, to powie­dział, że przy­je­chał z semi­na­rium.

Tak naprawdę był tam od 5 sierp­nia do 16 wrze­śnia 2004 roku.

W paź­dzier­niku Mar­cin pisze list do kolegi z zakonu:

„Powiem Ci, że po dru­giej stro­nie muru – nie ma życz­li­wo­ści, a o wspól­no­cie i zaufa­niu możesz tylko poma­rzyć. Tutaj jest jedna ogromna walka o sta­no­wi­sko, tytuł, liczbę przy­ja­ciół (chyba pseudo) i wyścig, kto będzie miał wię­cej kasy, kto dalej zaj­dzie. (…) Widzisz, ja, zawsze przy­zwy­cza­jony do luk­susu (nie­stety), chyba do końca nie rozu­mia­łem tego wiel­kiego dzieła, jakim jest powo­ła­nie i jego roz­wi­ja­nie, dla­tego teraz otwar­cie i szcze­rze mogę powie­dzieć – dobrze się stało, że zosta­łem wyrzu­cony – otrzy­ma­łem czas na ogromne zmiany w moim życiu, na zmianę sie­bie, na zmianę swo­jego postę­po­wa­nia i jeśli będę chciał wró­cić na tą ścieżkę, to nie zro­bię tego w taki spo­sób, w jaki zro­bi­łem to w tym roku”.

Mar­cin zwie­rza się, że w przy­szłym roku zamie­rza wró­cić do Mór­kowa. Obie­cuje, że przy­wie­zie kole­gom nowe koszule.

Na razie aktyw­nie działa w Spół­dzielni Pracy Sampi.

W lutym 2005 roku, pod­czas wal­nego zgro­ma­dze­nia człon­ków rodzina Ste­fań­skich usuwa ze spół­dzielni wszyst­kie obce osoby. Ojciec Zbi­gniew wcho­dzi do rady nad­zor­czej. Zebra­niu prze­wod­ni­czy wice­pre­zes Mar­cin, matka – pre­zes Bar­bara – pro­to­ko­łuje.

Sampi działa według tego samego modelu, co Pol­ska Kor­po­ra­cja Finan­sowa „Skar­biec” – udziela poży­czek bez porę­czy­cieli. Mogą je dostać nawet bez­ro­botni, muszą tylko uiścić opłatę mani­pu­la­cyjną, około 80 zło­tych. Gdy z wpłat uzbiera się odpo­wied­nia kwota, ktoś dostaje pożyczkę. Pozo­stali cze­kają. Nie­któ­rzy w nie­skoń­czo­ność.

– Pie­nią­dze nie wpły­wały, a opłata mani­pu­la­cyjna już prze­pa­dła – mówi Mar­lena Syku­tera, wła­ści­cielka punktu finan­so­wego w Koście­rzy­nie, która dzia­łała jako agent spół­dzielni¹⁸.

Gdy Mar­lena Syku­tera orien­tuje się, że firma działa jak pira­mida finan­sowa, zrywa umowę. Nama­wia dwie klientki, które nie dostały pożyczki, żeby poszły na poli­cję.

W efek­cie sama o mało nie dostaje zarzu­tów. Na szczę­ście wszyst­kie umowy o pożyczkę są pod­pi­sane oso­bi­ście przez Mar­cina i to on pobiera opłaty mani­pu­la­cyjne.ZNOWU STOGI

W grud­niu 2004 roku do Mar­cina zgła­sza się 50-let­nia Lucyna P., którą, jak twier­dzi, zna z poprzed­niego miej­sca pracy.

Kobieta wcze­śniej pro­wa­dziła biuro kre­dy­towe w Gdań­sku w Domu Tech­nika NOT. W inter­ne­cie znaj­duję też inną zało­żoną przez nią firmę – Usługi Finan­sowo-Han­dlowe Lucyna P.

– Jest ona dobrze znana gdań­skiej poli­cji gospo­dar­czej, gdyż kil­ka­krot­nie była zabie­rana z ban­ków razem ze swo­imi klien­tami, z powo­dów prób wyłu­dze­nia kre­dy­tów – zezna potem Ste­fań­ski. – Ni­gdy nie doszło jed­nak do tego, żeby została ska­zana.

Lucyna wciąga Mar­cina do współ­pracy. Za pośred­nic­twem Marka L., kolej­nego prze­stępcy z gdań­skich Sto­gów, dostar­cza mu sfał­szo­wane doku­menty i zaświad­cze­nia o zarob­kach słu­żące do wyłu­dza­nia kre­dy­tów z GE Money Banku.

– Wiem, że on był w wię­zie­niu za kra­dzieże samo­cho­dów – powie potem o Marku Ste­fań­ski. – L. miał też puste dowody oso­bi­ste z foto­gra­fiami róż­nych osób.

Marek L. sku­puje doku­menty od pijacz­ków i nar­ko­ma­nów, a następ­nie zeska­no­wane dostar­cza Mar­ci­nowi na pły­cie CD. Do tego dodaje pakiet ory­gi­nal­nych zaświad­czeń o zarob­kach w ZUS zała­twio­nych przez Teresę M., urzęd­niczkę gdań­skiego Zakładu Ubez­pie­czeń Spo­łecz­nych.

Przy­kła­dowy sfał­szo­wany dowód oso­bi­sty. Źró­dło: akta sprawy.

Prze­ku­piona kobieta miała wysta­wić ponad sto takich doku­men­tów.

Z kolei Lucyna P. zała­twia dowody od bez­dom­nych miesz­ka­ją­cych w domach opieki spo­łecz­nej, mię­dzy innymi w Domu Brata Alberta w Gdań­sku.

– W moim kom­pu­te­rze w biu­rze Na Stoku 55 w Gdań­sku w obu­do­wie IBM powi­nien znaj­do­wać się czy­sty dowód oso­bi­sty – wyzna potem Mar­cin śled­czym. – On się tam znaj­duje w celu doko­ny­wa­nia fał­szo­wa­nia dowo­dów oso­bi­stych.

Do sztancy dowodu Ste­fań­ski wkleja różne zdję­cia i wpi­suje wymy­ślone nazwi­ska. Następ­nie kse­ruje pozo­stałe doku­menty i two­rzy z nich pakiety „kre­dy­to­bior­ców”. Do nie­któ­rych dołą­cza prze­ro­bioną decy­zję eme­ry­talną swo­jego ojca – woj­sko­wego.

Wnio­ski pod­pi­suje jako pośred­nik wła­snym nazwi­skiem. Następ­nie spre­pa­ro­wane kom­plety zawozi do biur pośred­nic­twa kre­dy­to­wego w róż­nych mia­stach pół­noc­nej Pol­ski.

Ich pra­cow­nicy wysy­łają doku­menty do ban­ków. Te już nie wery­fi­kują danych klien­tów. Nade­słane wnio­ski roz­pa­trują pozy­tyw­nie, a pożyczki prze­le­wają na wska­zane konta. Od każ­dego uzy­ska­nego kre­dytu Mar­cin dostaje pro­wi­zję.

Jedną z firm, z którą Mar­cin współ­pra­cuje, jest biuro A’Conto z Kwi­dzyna. Wszystko idzie dobrze – ale, jak zwy­kle, do czasu.

Pew­nego dnia poczta zwraca biuru kilka wysła­nych na adresy rze­ko­mych klien­tów kopii umów. Na zwrot­kach jest dopi­sek – „adre­sat nie­znany”, „nie ma takiego numeru bloku” lub wręcz „nie ma takiego adresu”. Wów­czas pra­cow­nicy A’Conto zaczy­nają prze­glą­dać inne doku­menty kre­dy­towe dostar­czone przez Mar­cina. Ze zdu­mie­niem odkry­wają, że we wszyst­kich umo­wach znaj­duje się ta sama prze­ro­biona decy­zja doty­cząca walo­ry­za­cji świad­czeń eme­ry­tal­nych woj­sko­wych, a na zdję­ciach dowo­dów oso­bi­stych bra­kuje okrą­głej pie­czątki.

Napię­cie rośnie, gdy do biura w Kwi­dzy­nie przy­jeż­dża Mar­cin z dwoma kolej­nymi wnio­skami kre­dy­to­wymi. Pra­cow­nica widzi, że w doku­men­tach znowu jest decy­zja o świad­cze­niach eme­ry­tal­nych z MON wydana na dwa kolejne nazwi­ska, zmie­niona jest też wyso­kość świad­cze­nia. Zde­ner­wo­wana zaczyna przy Mar­cinie dzwo­nić na podane w doku­men­tach tele­fony. Oka­zuje się, że jeden z nich to numer faksu w biu­rze Mar­cina na osie­dlu Na Stoku, a drugi nie ist­nieje.

Mar­cin tłu­ma­czy, że ktoś mu dostar­czył wypeł­nione doku­menty, a on je tylko pod­pi­sał. Widząc jed­nak, że nie przy­nosi to efektu, rzuca:

– Możemy się doga­dać… Pozwól­cie mi opu­ścić biuro, zosta­wię wam mój dowód oso­bi­sty.

Jak ustali póź­niej pro­ku­ra­tura, Mar­cin Ste­fań­ski wyłu­dził z gdań­skiego oddziału GE Money Banku kre­dyty na łączną sumę ponad 67 tysięcy zło­tych. Na pyta­nie, dla­czego wybrał wła­śnie ten bank, Mar­cin odpo­wie, że GE Money było naj­ła­twiej oszu­kać.

Współ­pra­cow­ni­kiem firmy A’Conto był Zbi­gniew Ste­fań­ski, ojciec Mar­cina. Umowę pod­pi­sał 3 listo­pada 2004 roku jako przed­sta­wi­ciel spół­dzielni Sampi. Ofi­cjal­nie syn był tylko jego peł­no­moc­ni­kiem.

W tym samym cza­sie Mar­cin Ste­fań­ski jako doradca kre­dy­towy zała­twia bratu Lucyny P. fał­szywe świa­dec­two zatrud­nie­nia w fir­mie Sampi. Pod­ra­bia przy tym pod­pis swo­jej matki – pre­zesa firmy. Wal­de­mar K. idzie ze sfał­szo­wa­nym świa­dec­twem do banku i zaciąga w nim kre­dyt na 30 tysięcy zło­tych. Za usługę Mar­cin zgar­nia 500 zło­tych.

Gdy bank GE Money dowia­duje się o wyłu­dze­niach, wypo­wiada Mar­ci­nowi umowę współ­pracy. Wtedy Lucyna P. zabiera Ste­fań­skim biuro Sampi na osie­dlu Na Stoku. Ich miej­sce zaj­muje pomoc­nik i ochro­niarz Lucyny P. – Marek L.

Jak już wiemy, ofi­cjal­nie biuro wyna­jął ojciec Mar­cina, Zbi­gniew Ste­fań­ski. Naj­wy­raź­niej nieofi­cjal­nie zro­bił to ktoś inny.

Rów­nież inne banki zaczy­nają uważ­niej przy­glą­dać się wypeł­nio­nym przez pośred­nika Mar­cina Ste­fań­skiego wnio­skom kre­dy­to­wym. Gdy Jan Kowal­ski i Jan Nowak nie spła­cają rat przy­zna­nych poży­czek, insty­tu­cje nabie­rają podej­rzeń, że doku­menty zostały sfał­szo­wane, i zgła­szają sprawy wyłu­dzeń na poli­cję. Zawia­do­mie­nia spły­wają z róż­nych miast pół­noc­nej Pol­ski.

Woj­skowe Biuro Eme­ry­talne infor­muje funk­cjo­na­riu­szy, że jedna z legi­ty­ma­cji została prze­ro­biona z auten­tycz­nego doku­mentu nale­żą­cego do Zbi­gniewa Ste­fań­skiego. Pro­wa­dzący postę­po­wa­nie docho­dzi do wnio­sku, że sprawcą może być wła­ści­ciel pier­wo­wzoru legi­ty­ma­cji, osoba bli­sko z nim spo­krew­niona lub ktoś, kto skradł doku­ment.

Zagadka szybko się wyja­śnia – na wszyst­kich wnio­skach do wypłaty podany jest numer konta Mar­cina w Citi­banku.

– Oka­zało się, że konta, na które szły pie­nią­dze, należą do Mar­cina Ste­fań­skiego lub jego ojca Zbi­gniewa, lub jego firm – powie potem śled­czym pra­cow­nica biura A’Conto.

Latem matka Mar­cina dowia­duje się z pro­ku­ra­tury, że syn pod­ro­bił jej pod­pis i zaświad­cze­nie o zatrud­nie­niu. W try­bie natych­mia­sto­wym rezy­gnuje z funk­cji pre­zesa w spół­dzielni Sampi „z powodu licz­nych nie­po­ro­zu­mień”.

W listo­pa­dzie 2005 roku zapada pierw­szy wyrok przed Sądem Rejo­no­wym Gdańsk-Pół­noc. Za sfał­szo­wa­nie doku­mentu i usi­ło­wa­nie oszu­stwa Mar­cin Ste­fań­ski dostaje karę roku wię­zie­nia w zawie­sze­niu na trzy lata, ma zapła­cić grzywnę 700 zł i koszty sądowe w wyso­ko­ści 410 zł. Zostaje też objęty dozo­rem kura­tora – Jolanty Intek.

Pew­nego gru­dnio­wego dnia chło­pak dzwoni do matki i mówi:

– Lucyna wsa­dzi mnie do wię­zie­nia.

– Zostaw to wszystko – radzi mu Bar­bara.

Mar­cin nie chce jed­nak lub nie może już tego zosta­wić. Modli się coraz bar­dziej inten­syw­nie.PIERW­SZA ODSIADKA

Dokład­nie tydzień po ogło­sze­niu wyroku w Koście­rzy­nie Mar­cin jedzie gra­na­to­wym renault megane uli­cami Sztumu. W pew­nym momen­cie zatrzy­muje się na skrzy­żo­wa­niu. Nie zauważa tego kie­rowca, który jest za nim i ude­rza w samo­chód Ste­fań­skiego. Męż­czyźni wzy­wają poli­cję, na miej­sce przy­jeż­dża dro­gówka z Kwi­dzyna.

W komen­dzie poli­cjanci spraw­dzają bazę danych i odkry­wają, że w stłuczce brał udział czło­wiek, któ­rego szu­kają w spra­wie wyłu­dzeń kre­dy­tów.

Mar­cin nie wie, że jest poszu­ki­wany. Dzwoni do Kata­rzyny i mówi jej, że miał wypa­dek, ale już zała­twił sobie auto zastęp­cze i wraca.

O 13.00 zostaje zatrzy­many w Kwi­dzy­nie. W bagaż­niku ma trzy worki z fał­szy­wymi doku­men­tami kre­dy­to­wymi, kar­tami kre­dy­to­wymi, wydru­kami z rachun­ków ban­ko­wych i innymi doku­men­tami. Poli­cjanci zabez­pie­czają też lap­top i skra­dziony tele­fon komór­kowy.

Dwu­dzie­sto­dwu­la­tek zostaje prze­wie­ziony na komi­sa­riat. Pod­czas prze­słu­cha­nia wyznaje, że wszyst­kie jego pro­blemy powstały… przez dziadka.

„(…) w związku z tym, że mój dzia­dek zacho­ro­wał, miał nie­wy­dol­ność nerek, to miało miej­sce w stycz­niu 2005 roku, przez to ja i moi rodzice zaczę­li­śmy brać z każ­dego moż­li­wego źró­dła kre­dyty, łącz­nie się zadłu­ży­li­śmy na kwotę pra­wie 50 tysięcy”.

Twier­dzi też, że był zastra­szany i zmu­szany do wyłu­dza­nia pie­nię­dzy z ban­ków przez Lucynę P.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: