Amerykaana - ebook
Najważniejsze nagrody i nominacje (m.in.)
National Book Critics Circle Award for Fiction (2013)
Women’s Prize for Fiction - nominacja (2014)
Dublin Literary Award - shortlist (2015)
Ta powieść robi piorunujące wrażenie. Powrót do niej po latach okazuje się wspaniałym przeżyciem, bo dostajemy ją w nowym, bardzo dobrym przekładzie. Dzięki niej możemy zrozumieć, dlaczego włosy są kwestią polityczną. Adichie stworzyła przenikliwy i aktualny portret Ameryki, świetne są jej obserwacje codzienności imigrantów i wszystkich zabiegów, które podejmują, by stać się bardziej amerykańscy. Możemy poczuć, co znaczy być Czarną, inną, i co znaczy tęsknota. Ta książka jest jednocześnie studium wyobcowania, portretem międzyludzkich fałszów i stereotypów, ale przede wszystkim jest wciągającą historią miłosną, ciepłą i pełną humoru. I w dodatku dotyka bardzo różnych strun naszej wrażliwości.
Justyna Sobolewska
W „Amerykaanie" Adichie opowiada o tożsamości, wyobcowaniu i poszukiwaniach własnego miejsca na ziemi. O trudnych rozstaniach i jeszcze trudniejszych powrotach. O tym, jak zobaczyć siebie w Innym i Innego w sobie, o życiu między światami i o cenie, jaką przychodzi nam za to zapłacić. Przede wszystkim jednak to historia o miłości we wszystkich jej słodko-gorzkich wcieleniach, której nie osłabia ani upływ czasu, ani dzieląca bohaterów odległość.
Kaja Gucio
Kultowa powieść powraca w nowym tłumaczeniu!
Ifemelu i Obinze są młodzi i zakochani, gdy opuszczają rządzoną przez wojsko Nigerię, by wyjechać na Zachód. Piękna i pewna siebie Ifemelu trafia do Ameryki, gdzie, mimo sukcesów akademickich, po raz pierwszy musi zmierzyć się z tym, co znaczy być Czarną kobietą w Stanach. Cichy i refleksyjny Obinze marzy, by do niej dołączyć, lecz po 11 września Ameryka pozostaje dla niego zamknięta. Zamiast tego zaczyna niebezpieczne życie nielegalnego imigranta w Londynie.
Piętnaście lat później spotykają się ponownie w nowej, demokratycznej Nigerii i na nowo zmuszeni są redefiniować zarówno siebie, jak i swoją relację.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-600-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ameryka fascynowała mnie tak samo, jak fascynuje każdą nowo przybyłą osobę. Miałam dziewiętnaście lat i porzuciłam studia medyczne na nigeryjskim uniwersytecie, marzyłam, by zostać pisarką i poświęcić się życiu intelektualnemu. Tak, to banalne, ale dla mnie Ameryka naprawdę oznaczała pogoń za marzeniami i ich spełnienie. Od pierwszych dni obserwowałam, czytałam, uczyłam się. Ogromne wrażenie wywarły na mnie nadmiar i nowość, rażące sprzeczności, ale przede wszystkim to, jak idea tożsamości kształtowała tak wiele aspektów amerykańskiego życia.
Ameryka rzeczywiście nie przypomina żadnego innego kraju na świecie, nie w tym triumfalistycznym sensie, w jakim mówią o niej zwolennicy teorii amerykańskiej „wyjątkowości”, ale dlatego że choć jak wiele innych współczesnych państw powstała w wyniku przemocy, to jednocześnie opierała się na niezwykłej dla procesu jego tworzenia idei wielości. Ta wielość, ta mozaika ludzi, którzy stali się Amerykanami z własnej woli lub wbrew niej, żyjących na ziemi, która do nich nie należała, dała początek burzliwym przeobrażeniom, które raczej umacniały tożsamość, niż ją osłabiały.
W Nigerii często zastanawiałam się nad tym, kim jestem – pisarką, marzycielką, myślicielką – ale dopiero w Ameryce zaczęłam rozważać, jaka jestem.
W Ameryce stałam się Czarna. Nie był to mój wybór – zdecydowała o tym moja czekoladowa karnacja – ale okazało się to dla mnie prawdziwym objawieniem. Nigdy wcześniej nie myślałam o sobie jako o „Czarnej”, nie musiałam, bo chociaż brytyjski kolonializm w Nigerii pozostawił po sobie sporo złego dziedzictwa, kwestia tożsamości rasowej do niego nie należała. Gdybym wychowała się we wschodniej lub południowej Afryce, gdzie historia odcisnęła własne, podstępne piętno, być może postrzegałabym siebie przez pryzmat koloru skóry. W Nigerii byłam Igbo i katoliczką, a ponieważ wychowywałam się w środowisku akademickim, żadna z tych rzeczy nie miała znaczącego wpływu na to, jak funkcjonowałam w świecie.
Bycie Czarną w Ameryce oznaczało poczucie przytłoczenia ciężarem historii i stereotypów, świadomość, że rasa zawsze mogła być potencjalnym powodem lub wyjaśnieniem zarówno wielkich, jak i drobnych zdarzeń, z których składa się nasze kruche życie. Bycie Czarną oznaczało uświadomienie sobie, że ludzie nie potrafią traktować siebie nawzajem z czystym zachwytem nad samym faktem bycia człowiekiem, bez czającego się gdzieś w cieniu widma rasy. Bycie Czarną oznaczało odczuwanie w różnych okolicznościach frustracji, gniewu, irytacji i przewrotnego rozbawienia, ale przyniosło też niezwykle cenne odkrycie literatury afroamerykańskiej, opowieści pełnych godnego podziwu hartu ducha. Twórczość Czarnych Amerykanów uczyła mnie i zachwycała, i zapewne na jakimś poziomie podświadomości pragnęłam wnieść swój wkład w tę tradycję, ale niejako z boku, jako ktoś spoza kręgu kultury amerykańskiej, Czarna osoba nieobciążona mroczną historią Ameryki.
_Amerykaana_ nie była pierwszą powieścią, którą napisałam w swojej Ameryce – miałam już wówczas w dorobku dwie inne książki, _Fioletowy hibiskus_ i _Połówka żółtego słońca_ – była jednak, jak mi się wydaje, pierwszą, która wyrosła z zasianego wcześniej ziarna. Zanim w końcu poczułam się gotowa, by ją napisać, dojrzewało we mnie coś na kształt literackiego buntu. Pragnęłam wyzwolenia wyobraźni, chciałam uwolnić się od konwencjonalnych zasad pisarstwa, które w obliczu mojej pilnej potrzeby okazały się niewystarczające. A z czego wynikała ta pilna potrzeba? Chciałam napisać książkę odmienną od tego, co tworzyłam dotychczas. Poprzednie powieści miały dla mnie ogromne znaczenie emocjonalne, zwłaszcza _Połówka żółtego słońca,_ i czułam, że tylko będąc posłuszną córką literatury, tylko kłaniając się pięknej, sprawdzonej tradycji realizmu literackiego, reprezentowanej przez autorów takich jak Balzac i Trollope, zdołam godnie przedstawić historię wojny nigeryjsko-biafrańskiej.
W przypadku _Amerykaany_ podchodziłam do tego inaczej. Chciałam opisać amerykańską perspektywę, której nigdzie indziej nie spotkałam, zgłębić tematy Czarności i włosów Czarnych kobiet, imigracji i tęsknoty. Jak mogłam przedstawić społeczeństwo, które zdawało się zaskakująco nieświadome historii, tak jakby z każdą nową opowieścią historia zaczynała się od nowa? Chciałam napisać powieść nasyconą ideami, a nawet napomnieniami, która jednocześnie pomogłaby nam rozmawiać o trudnych sprawach. Powieść z bohaterką, której _raison d’être_ nie polega na byciu lubianą – i miałam nadzieję, że czytelnicy będą dla niej życzliwi, tak jak ma się nadzieję na życzliwość bez wymogu doskonałości. (Kiedy ludzie zakładają, że Ifemelu to ja, traktuję to jako komplement, ponieważ jest ode mnie o wiele ciekawszą postacią. Jednak w pewnym sensie jest mną, tak jak wszystkie moje postacie są mną. Obinze, ze swoją dociekliwą, marzycielską naturą, jest być może bliższy mojemu wewnętrznemu ja).
Spośród wszystkich skomplikowanych emocji, które towarzyszyły mi podczas tworzenia tej powieści, najmocniej odczuwałam zdumienie. Dlaczego zwykłe aspekty Czarnej tożsamości były tak niszowe i tak obce dla amerykańskiego mainstreamu? W końcu Czarna tożsamość w Ameryce stanowiła fundament tego kraju, ale życie Czarnych wydawało się nie tylko odseparowane, ale także traktowane nierówno. Na studiach podczas ferii wiosennych zaplotłam sobie warkoczyki, a po powrocie na zajęcia koleżanka, która nie była Czarna, powiedziała do mnie, mile zaskoczona: „Wow! Ależ ci włosy urosły”. Kilka innych osób natychmiast powtórzyło tę opinię, przy czym wszyscy wyrażali w ten sposób podziw. Popularne amerykańskie magazyny dla kobiet pisały obszernie o włosach blond i brązowych, o prostowaniu i zabiegach keratynowych. Ale moi znajomi z uczelni nie mieli pojęcia o warkoczykach, jednej z najpopularniejszych współcześnie fryzur wśród Czarnych kobiet.
Wiele lat później, kiedy powiedziałam zaprzyjaźnionej pisarce, że chcę napisać powieść o włosach Czarnych kobiet, chodziło mi o włosy jako takie, ale także jako element fabuły, jako atrybut i metaforę. „Włosy Czarnych kobiet? Nikt tego nie przeczyta”, odparła przyjaciółka. „Cóż, ludzie czytają powieści o baseballu, a uważam, że Czarne włosy są równie ciekawe jak baseball, a może nawet bardziej, bo kryją w sobie więcej niespodzianek”. Nie jestem pewna, czy faktycznie to powiedziałam, czy tylko tak pomyślałam ani czy myślę tak teraz, dziesięć lat po wydaniu _Amerykaany_.
Ta przyjaciółka – a zawsze ceniłam sobie szczerość dobrych przyjaciół – miała rację. Włosy Czarnych kobiet były tematem równie mało obiecującym dla powieści, jak każdy inny. Ale to właśnie chciałam napisać, duch tej historii już mnie wzywał, a ja byłam przygotowana na to, że książka może spotkać się z powszechną niechęcią. Szczere zmierzenie się z kwestią Czarności w Ameryce i tak wiąże się z rezygnacją z komfortu. Kiedy więc zaczęłam pisać, moja potrzeba miała w sobie element buntu, upartej determinacji. Nie tylko chciałam tworzyć własną muzykę, ale także sama naciągać struny swojej harfy.
Być może właśnie to za sprawą poczucia wyzwolenia, które balansuje na granicy lekkomyślności, tak często się śmiałam podczas pisania _Amerykaany_. Pomijając drobne obawy co do tego, czy śmiech z własnych żartów jest na miejscu, miałam nadzieję, że moi czytelnicy też czasem się roześmieją. W igbo istnieje powiedzenie: „smutna rzecz jest również zabawna” i często dostrzegałam czarny humor w wielu wariantach doświadczeń Czarnych w Ameryce. Jeśli uznamy, że humor to środek literacki, to dzięki temu, że jest tak cudownie ludzki, pozwala nam lepiej spojrzeć na samych siebie.
WKRÓTCE PO TYM, jak Czarny Amerykanin George Floyd został zamordowany przez Białego policjanta, pewna kobieta powiedziała mi, że dopiero co przeczytała _Amerykaanę_. „Jesteś prorokinią, przewidziałaś to” – stwierdziła, jakby moja powieść miała przygotować czytelników na przełomową zmianę w amerykańskiej wrogości wobec Czarnych. W następstwie zabójstwa Floyda faktycznie rozpoczął się społeczny i kulturowy rozrachunek z tą postawą. Ale mimo że popularne magazyny dla kobiet uwzględniają teraz warkoczyki w zestawieniach trendów mody, zmiana ta nie jest aż tak przełomowa. Widoczność Czarnych nie jest jeszcze na tyle powszechna, by stała się – tak jak od wieków w Ameryce widoczność Białych – niewidoczna, a tym samym stanowiła normę.
Uważam literaturę za swoją religię, a jednak niezmiennie porusza mnie siła, jaka tkwi w opowieściach. Nie pozwoliłam sobie na zbyt wielkie oczekiwania wobec _Amerykaany_, więc kiedy po jej wydaniu odkryłam, że spotkała się z tak entuzjastycznym przyjęciem, ogarnęła mnie wyjątkowa wdzięczność. (Wdzięczność, której się nie spodziewamy, ma w sobie dodatkowy posmak radości). Do dziś ją odczuwam. Otrzymałam wiadomości od nigeryjsko-amerykańskich czytelników, których zainspirowała do powrotu do Lagos, od Czarnych kobiet, które – dzięki Ifemelu – zdecydowały się na powrót do naturalnych włosów, a co ciekawe, również od kobiet wszelkich narodowości, które bardzo chciałyby poznać Obinze!
Odzywało się do mnie wiele osób, których słów nigdy nie zapomnę. Pewien wykładowca wyznał, że powieść _Amerykaana_ pomogła jego studentom w rozmowach na temat uprzedzeń wobec Czarności w innych społecznościach mniejszościowych oraz dyskryminacji ze względu na odcień skóry wśród Czarnych. Czarna kobieta powiedziała po prostu: „Poczułam się naga. Naprawdę mnie zobaczyłaś, może nawet trochę za wyraźnie”. Biały mężczyzna stwierdził: „Nie miałem o tym pojęcia”. A ktoś inny powiedział: „Napisałaś prawdę!”.
_Amerykaana_ nie byłaby opowieścią o Czarnej tożsamości z perspektywy osoby z zewnątrz, gdyby nie była jednocześnie historią afrykańskiej imigracji. Nie jest to jednak ta znana światu opowieść mówiąca o ubóstwie i wojnie, a raczej taka, której doświadczyłam osobiście – o ucieczce nie przed głodem, ale przed brakiem satysfakcji, oraz o dążeniu do spełnienia marzeń. Człowiek odkrywa siebie poprzez pisanie, a ja dostrzegłam w tej książce własny, nieprzemijający romantyzm, często starannie skrywany pod maską ostrożnego rozsądku. Historie, które opowiadamy, pozostawiają w czytelnikach pamięć nie tyle o samych opowieściach, co o tym, jak patrzymy na świat. I właśnie tutaj, w tej bogatej historii miłosnej, ujawnia się moja wiara w miłość – miłość wieczną.ROZDZIAŁ 3
Mariama kończyła zaplatać włosy klientki, spryskała je lakierem nabłyszczającym, a gdy kobieta wyszła, oznajmiła:
– Idę po chińskie jedzenie.
Aisha i Halima powiedziały jej, na co mają ochotę – kurczak generała Tso w wersji mocno pikantnej, skrzydełka z kurczaka, kurczak w pomarańczach – z szybkością i swobodą osób, które wypowiadają te słowa codziennie.
– Chcesz coś? – zapytała Mariama Ifemelu.
– Nie, dziękuję – odparła Ifemelu.
– Twoje włosy długo się robi. Musisz coś zjeść – zauważyła Aisha.
– Nie trzeba. Mam batonik musli – odpowiedziała Ifemelu. W woreczku strunowym miała też kilka minimarchewek, choć do tej pory zjadła jedynie roztopioną czekoladę.
– Jaki batonik? – zapytała Aisha.
Ifemelu pokazała jej – ekologiczny, w stu procentach pełnoziarnisty, z prawdziwymi owocami.
– To nie jest jedzenie! – prychnęła Halima, odrywając na chwilę wzrok od telewizora.
– Ona tu już piętnaście lat, Halima – wyjaśniła Aisha, jakby długość pobytu w Ameryce tłumaczyła fakt, że Ifemelu żywiła się batonikami musli.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_