Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Atlas chmur - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 maja 2026
5143 pkt
punktów Virtualo

Atlas chmur - ebook

Nominowany do Nagrody Bookera bestseller Atlas Chmur Davida Mitchella to również jedna ze Stu Książek Dekady według wpływowych brytyjskich krytyków literackich Richarda Madeleya i Judy Finnigan. Teraz na jego podstawie powstał głośny film, w którym kreacje stworzyła plejada gwiazd: Tom Hanks, Halle Berry, Susan Sarandon, Jim Sturgess, Ben Whishaw, Jim Broadbent i Hugh Grant.

Pasażer statku, z utęsknieniem wyglądający końca podróży przez Pacyfik w 1850 roku; wydziedziczony kompozytor, usiłujący oszustwem zarobić na chleb w Belgii lat międzywojennych; dziennikarka-idealistka w Kalifornii rządzonej przez gubernatora Reagana; wydawca książek, uciekający przed gangsterami, którym jest winien pieniądze; genetycznie modyfikowana usługująca z restauracji, w oczekiwaniu na wykonanie wyroku śmierci; i Zachariasz, chłopak z wysp Pacyfiku, który przygląda się, jak dogasa światło nauki i cywilizacji – narratorzy Atlasu Chmur słyszą nawzajem swoje echa poprzez meandry dziejów, co odmienia ich los zarówno w błahym, jak i w doniosłym wymiarze.

 W tej niezwykłej powieści David Mitchell znosi granice języka, gatunku literackiego i czasu, proponując zadumę nad właściwą ludzkości żądzą władzy i niebezpiecznym kierunkiem, w którym w pogoni za władzą zmierzamy.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68591-77-4
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Okażmy współ­czu­cie pisa­rzowi, który uważa, że stwo­rzył dzieło podobne do _Atlasu chmur_! Pewien agent lite­racki powie­dział mi kie­dyś, że gdy począt­ku­jący pisarz porów­nuje swoją powieść do _Atlasu chmur_, on z miej­sca wie, że będzie straszna. Bo ktoś, kto napi­sał książkę _podobną_ do _Atlasu chmur_, nie napi­sał _Atlasu chmur_, ponie­waż nie ma dru­giej takiej książki. Dzieło, które naj­bar­dziej przy­po­mi­na­łoby _Atlas chmur_, byłoby do niego zupeł­nie nie­po­dobne.

Gdy wydano tę powieść w 2004 roku, recen­zenci porów­ny­wali _Atlas chmur_ nie­mal ze wszyst­kim. Kry­tycy za pomocą porów­nań zazwy­czaj wyja­śniają dzieła i osa­dzają je w kon­tek­ście, ale nie sądzę, by jaka­kol­wiek powieść docze­kała się więk­szej liczby porów­nań niż _Atlas chmur_. Oso­bi­ście nie znam poważ­nej recen­zji _Atlasu_, w któ­rej nie pró­bo­wano by wymie­niać wielu wpły­wów dostrze­żo­nych we wszyst­kich jego czę­ściach roz­pi­sa­nych na sześć gło­sów. A.S. Byatt w „Guar­dia­nie” przy­wo­łuje Her­mana Melville’a, Ray­monda Chan­dlera, Mar­tina Amisa, Geo­rge’a Orwella, Aldo­usa Hux­leya, Alas­da­ira Graya, _Rid­dleya Wal­kera_, Wil­liama Gol­dinga, Anthony’ego Bur­gessa, Ursulę K. LeGuin i Thorn­tona Wil­dera. Recen­zja Toma Bis­sella w „The New York Times Book Review” dorzuca do tego Cervan­tesa, Jamesa Miche­nera, Daniela Defoe, Isher­wo­oda, Gri­shama, Wil­liama S. Bur­ro­ughsa, powieść newage’ową _Jona­than Living­ston Seagull_, a w ostat­nim aka­pi­cie rów­nież _Ulis­sesa_ Jamesa Joyce’a. Theo Tait z „The Tele­graph” pisze w jed­nej z rzad­kich nie­przy­chyl­nych recen­zji, że „_Atlas chmur_ połowę czasu chce być _Simp­so­nami_, a połowę Biblią”. To zda­nie jest bar­dziej zabawne niż praw­dziwe, ale gdy­bym je daw­niej prze­czy­tała, już samo ono prze­ko­na­łoby mnie do tej książki. Warto zauwa­żyć, że na początku czwar­tego roz­działu pewien kry­tyk lite­racki zostaje…

(chyba już nie spo­sób przed­wcze­śnie zdra­dzić tre­ści _Atlasu chmur_, ale jeśli ktoś trak­tuje te sprawy ze śmier­telną powagą, warto w tym miej­scu przejść do lek­tury samej powie­ści)

…wyrzu­cony z przy­ję­cia na dachu.

Czy­ta­jąc te recen­zje, zasta­na­wia­łam się, czy można dys­ku­to­wać o _Atla­sie chmur_ bez wymie­nia­nia wyczer­pu­ją­cej i szcze­gó­ło­wej listy sko­ja­rzeń. Ja dla zabawy dodam _Orlanda_, _2001: Ody­seję kosmiczną_, wcze­śniej­sze powie­ści Davida Mit­chella¹ oraz meta­fik­cyjne arcy­dzieło Itala Calvina _Jeśli zimową nocą podróżny_. Mit­chell czy­tał powieść Calvina na stu­diach i powie­dział potem, że widzi _Atlas chmur_ jako „roz­mowę” z Calvi­nem, który z kolei wła­sne dzieło widział jako „w wyraźny spo­sób” powstałe pod wpły­wem Wła­di­mira Nabo­kowa. Oczy­wi­ście na tym wła­śnie polega lite­ra­tura piękna – sta­nowi podróże w cza­sie, roz­mowy mię­dzy intro­wer­ty­kami, któ­rzy w więk­szo­ści przy­pad­ków ni­gdy się nie spo­tkają.

_Jeśli zimową nocą podróżny_ zawiera ciąg wsta­wio­nych pierw­szych roz­dzia­łów powie­ści róż­nych gatun­ków, któ­rych nar­ra­cje ury­wają się w punk­cie kul­mi­na­cyj­nym. _Atlas chmur_ jest jak powieść Calvina, ale jest jej podwo­je­niem, odwró­ce­niem i peł­niej­szym domknię­ciem: jest odpo­wie­dzią na lite­racki impuls Calvina. Podob­nie jak Mit­chell czy­ta­łam _Jeśli zimową nocą podróżny_ na stu­diach i cho­ciaż widzę teraz w _Atla­sie chmur_ DNA tej powie­ści, pod­czas lek­tury _Atlasu_ dwa­dzie­ścia lat temu utwór Calvina nie przy­szedł mi na myśl ani razu. Nie ma jed­nak zna­cze­nia, jakie odwo­ła­nia wymie­nia sam Mit­chell², jakie odwo­ła­nia przy­pi­sują mu kry­tycy, o jakich odnie­sie­niach wspo­mina tekst na obwo­lu­cie (Nabo­kow, Eco, Phi­lip K. Dick) ani jakie sko­ja­rze­nia znaj­dzie w tek­ście czy­tel­nik. Cho­dzi o to, że _Atlas chmur_ nasuwa wspo­mnie­nia wcze­śniej­szych lek­tur, wywo­łu­jąc wra­że­nie cał­kiem podobne do tego, które ma Luisa Rey w trze­cim roz­dziale, gdy po raz pierw­szy sły­szy _Atlas chmur na sek­stet_, skom­po­no­wany przez Roberta Fro­bi­shera w roz­dziale dru­gim. Czy­tel­nik _Atlasu chmur_ jest pro­szony, by przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nia wszyst­kiego, co prze­czy­tał wcze­śniej.

Szóstkę głów­nych boha­te­rów _Atlasu chmur_ łączy iden­tyczne zna­mię w kształ­cie komety, co może – choć nie musi – sta­no­wić dowód na to, że są swo­imi kolej­nymi rein­kar­na­cjami. W roz­dziale czwar­tym Timo­thy Caven­dish odrzuca tę wizję jako „zde­cy­do­wa­nie za bar­dzo hip­pie-ćpuno-newage’ową”. A mimo to jestem prze­ko­nana, że postaci te, róż­nej płci, róż­nych ras, żyjące w róż­nych cza­sach i oko­licz­no­ściach, mogą być tą samą osobą, ponie­waż pocho­dzą od tej samej osoby – od pisa­rza, który je stwo­rzył. Jeśli ludzie po Whit­ma­now­sku „zawie­rają w sobie mnó­stwo”, powie­ści rów­nież mogą mnó­stwo w sobie zawie­rać – mogą i powinny. Roz­ważmy choćby genialne pierw­sze zda­nia wszyst­kich sze­ściu czę­ści:

ADAM EWING

_Czwar­tek, 7 listo­pada ~_

Poza wio­ską Indian, na spłach­ciu bez­lud­nym wybrzeża na świeży ślad stóp natra­fi­łem.

ROBERT FRO­BI­SHER

Sixsmith,

śni­łem, że sta­łem w skle­pie z por­ce­laną, tak zasta­wio­nym od pod­łogi aż hen, wysoko pod sufit pół­kami peł­nymi por­ce­la­no­wych anty­ków, że lada ruch mię­śniem zrzu­ciłby kilka z nich i roz­trza­skał.

LUISA REY

Rufus Sixsmith wychyla się przez bal­kon i obli­cza, jaką pręd­kość osią­gnie jego ciało, gdy ude­rzy o chod­nik, kła­dąc kres wszel­kim dyle­ma­tom.

TIMO­THY CAVEN­DISH

Wcze­snym zmierz­chem pięć, nie, mój Boże, sześć lat temu, sze­dłem sobie w sta­nie naj­wyż­szej szczę­śli­wo­ści jedną z alei w Gre­en­wich, wśród jaśmi­now­ców i wynio­słych kasz­ta­nów.

SONMI~451

Histo­rycy jesz­cze nie­na­ro­dzeni doce­nią w przy­szło­ści twoją współ­pracę, Sonmi~451.

ZACHA­RIASZ

Razem ze Sta­rym Dżor­dżim to żeśmy se drogi prze­cięli wię­cej razy, niż w ogóle pamię­tam, i jak już umrę, kto wie, co ten dia­beł zębaty spró­buje mi jesz­cze wykrą­tać…

Tych sześć gło­sów od razu suge­ruje kon­kretne czasy, ale rów­nież poło­że­nie geo­gra­ficzne, kul­turę, a nawet klasę spo­łeczną. Na pod­sta­wie spo­sobu nar­ra­cji i zasto­so­wa­nego języka wiemy, gdzie i kiedy jeste­śmy, a nawet w jaki spo­sób funk­cjo­nu­jemy. Gdy docie­ramy do Zacha­ria­sza i końca cywi­li­za­cji, jeste­śmy już w kul­tu­rze prze­kazu ust­nego (tzn. post­po­wie­ścio­wej!) i język zmie­nił się w takim stop­niu, że czy­tel­nik nie rozu­mie go już z łatwo­ścią. Kie­dyś opi­sa­ła­bym _Atlas chmur_ jako książkę o sztuce opo­wie­ści, ale dzi­siaj postrze­gam ją bar­dziej pre­cy­zyj­nie jako opo­wieść o języku i jego ewo­lu­cji³.

Jako czy­tel­niczka nie sta­ram się uni­kać spoj­le­rów i za pierw­szym razem, gdy czy­ta­łam _Atlas chmur_, wie­dzia­łam już wcze­śniej, jaką ma struk­turę. Mimo że napi­sa­łam, jakoby już nie spo­sób było przed­wcze­śnie zdra­dzić tre­ści _Atlasu chmur_, zazdrosz­czę czy­tel­ni­kowi, który dopiero zacznie go czy­tać i nie wie o tej książce nic, jeśli w ogóle ktoś taki ist­nieje⁴. Zazdrosz­czę czy­tel­niczce, która nie wie, czy kie­dy­kol­wiek prze­czyta zakoń­cze­nie „Adama Ewinga Dzien­nika Pacy­ficz­nego”, kiedy ten urywa się w poło­wie zda­nia. Wyobra­żam sobie, jak oboje krzy­czą: „Niech cię szlag, Mit­chell! Tak się nie robi! Czy Ewing umrze na morzu? I kim, do cho­lery, jest Robert Fro­bi­sher?”. Przy­jem­ność lek­tury _Atlasu chmur_ czę­ściowo polega wła­śnie na znaj­do­wa­niu odpo­wie­dzi na takie pyta­nia. Czy­tel­nik zostaje posta­wiony w roli detek­tywa, który ma roz­su­płać tajem­nicę w tre­ści: co łączy Ewinga z Fro­bi­she­rem, potem z Rey i tak dalej? Na opi­sa­nie struk­tury tej powie­ści naj­czę­ściej używa się okre­śle­nia „matrioszka”, mnie jed­nak ni­gdy nie podo­bał się obraz matrioszki jako meta­fory _Atlasu chmur_. Ow­szem, taka meta­fora suge­ruje zawie­ra­nie się w sobie czę­ści, ale rów­nież to, że jedna opo­wieść jest naj­więk­sza, a każda kolejna zaj­muje coraz mniej miej­sca. W _Atla­sie chmur_ nato­miast wszyst­kie opo­wie­ści są jed­na­kowo ważne. _Atlas_ mniej przy­po­mina matrioszkę, a bar­dziej wia­nu­szek z wycię­tych z papieru iden­tycz­nych ludzi­ków trzy­ma­ją­cych się za ręce po dwóch stro­nach tuneli roz­miesz­czo­nych nie­równo w cza­so­prze­strzeni – i wia­nu­szek ten w każ­dej chwili można z powro­tem zło­żyć w jeden arku­sik.

W dys­ku­sji o _Atla­sie chmur_ czy­tel­nik może być skła­niany do wska­za­nia swo­ich ulu­bio­nych frag­men­tów. Ja odma­wiam odpo­wie­dzi na to pyta­nie, choć przy­znaję, że posta­cią mi naj­bliż­szą jest sekre­tarz słyn­nego kom­po­zy­tora, Robert Fro­bi­sher, z jego połą­cze­niem wiel­kiej ambi­cji i upo­ka­rza­ją­cej ano­ni­mo­wo­ści. „Nie mówię, że jestem kom­po­zy­to­rem, bo nie jestem już w sta­nie wytrzy­mać Kre­tyń­skiego Prze­słu­cha­nia: «A jaki rodzaj muzyki pan two­rzy?»; «Och, a co mogłem już pań­skiego sły­szeć?»; «Skąd przy­cho­dzą panu pomy­sły?»”. Nie wiem, czy ist­nieje na ziemi powie­ścio­pi­sarz (albo arty­sta), któ­remu obce byłoby podobne prze­słu­cha­nie. Naj­głęb­szą melan­cho­lię jed­nak czuję, czy­ta­jąc roz­działy Timo­thy’ego Caven­di­sha. I to nie z powodu Caven­di­sha, z jego zachwy­ca­jąco poetycką wul­gar­no­ścią, ale dla­tego, że wła­śnie w tej czę­ści dosta­jemy dowód, że postaci, które poko­cha­li­śmy, są fik­cyjne. Jak się oka­zuje, „Luisa Rey” to nade­słany ręko­pis, który Caven­dish czyta w pociągu, a jeśli to prawda, wszystko, co łączy się z Luisą Rey, nie jest praw­dziwe – rów­nież nagła śmierć naj­pierw Fro­bi­shera, potem Sixsmi­tha, och, moje biedne serce! Powinno ist­nieć słowo odda­jące „melan­cho­lię po odkry­ciu, że wyda­rze­nia w powie­ści są fik­cyjne”.

Oczy­wi­ście czy­tel­nicy i czy­tel­niczki radzą sobie z podobną melan­cho­lią przez cosplay, fan art, fan fic­tion i opra­co­wa­nia naukowe. _Atlas chmur_ inspi­ruje wszyst­kie te formy na ogromną skalę⁵. Takiej reak­cji można by się spo­dzie­wać po best­sel­le­ro­wej serii fan­tasy, grze video czy nowym albu­mie Tay­lor Swift, rzadko po powie­ści. Kiedy ponow­nie prze­czy­ta­łam _Atlas chmur_, by napi­sać tę przed­mowę, zasta­na­wia­łam się, ilu czy­tel­ni­ków i czy­tel­ni­czek zro­biło sobie tatuaż przed­sta­wia­jący zna­mię w kształ­cie komety. Pobieżne szu­ka­nie w Google’u przy­nio­sło impo­nu­jące sześć wyni­ków, ale musi być ich wię­cej – nie dają się wyszu­kać, nikt ni­gdy ich nie sfo­to­gra­fo­wał, cze­kają, by zasko­czyć nimi kochanka lub kochankę. Rodzi się zatem pyta­nie: co spra­wia, że powieść jest godna tatu­ażu? Co spra­wia, że ktoś chce mieć odnie­sie­nie lite­rac­kie na swoim ciele już _na zawsze_, a przy­naj­mniej dopóki to ciało ist­nieje? Odpo­wie­dzią jest pra­gnie­nie, by prze­nieść ele­ment fik­cji do rze­czy­wi­sto­ści, a ono poja­wia się tylko wtedy, gdy książka jest w szcze­gólny spo­sób bli­ska sercu⁶.

Zda­łam sobie sprawę, że nawet nie powie­dzia­łam jesz­cze, o czym jest ta książka, ale może dla­tego, że to bez zna­cze­nia. (Ponow­nie Timo­thy Caven­dish: „Jakby w sztuce cho­dziło o _Co_, a nie o _Jak_!”⁷). Ale pro­szę bar­dzo. Sze­ścioro boha­te­rów, któ­rzy żyją w róż­nych epo­kach, może – lub nie – być wła­snymi kolej­nymi rein­kar­na­cjami. Oko­licz­no­ści, w jakich żyją, i ich fizyczne postaci się zmie­niają, ale roz­gry­wają te same kon­flikty. Cza­sem wycho­dzi im tro­chę lepiej, cza­sem tro­chę gorzej. Tematy powie­ści obej­mują chci­wość wiel­kich kor­po­ra­cji, nad­uży­cia wła­dzy, zmiany kli­ma­tyczne, kolo­nia­lizm, chi­rur­gię pla­styczną, AI, suk­ces i porażkę pisar­ską, rewo­lu­cję, pro­pa­gandę, autor­stwo i współ­pracę, zawłasz­cze­nie kul­tu­rowe, rasizm, przy­sto­so­wa­nie, tech­no­lo­gię, age­izm oraz płeć kul­tu­rową. Dla­tego wła­śnie _Atlas chmur_ wydaje się powie­ścią bar­dzo nowo­cze­sną, a jed­no­cze­śnie taką, o któ­rej wła­ści­wie nie spo­sób pisać. Okażmy współ­czu­cie powie­ścio­pi­sarce, która ma uło­żyć przed­mowę do _Atlasu chmur_!⁸ Naj­bar­dziej uczciwe opi­sa­nie _Atlasu chmur_ wyma­ga­łoby pew­nie sze­ściu róż­nych przed­mów, z któ­rych każda byłaby dol­nym przy­pi­sem do poprzed­niej. David Mit­chell ze swo­jej strony powie­dział, że to powieść „o dra­pież­no­ści i dra­pież­nic­twie” i „o jed­nost­kach żeru­ją­cych na gru­pach”, i choć trudno temu zaprze­czyć, nie sądzę, by wła­śnie dla­tego ludzie uma­wiali się na tatuaż.

Wróćmy na chwilę do naszego począt­ku­ją­cego pisa­rza, który nie­zręcz­nie porów­nał swoją powieść do _Atlasu chmur_. Cza­sem sama nim byłam, przy­naj­mniej we wła­snej gło­wie, i myślę, że dla­tego mogę się wypo­wie­dzieć w naszym imie­niu. Nie porów­nu­jemy się do _Atlasu chmur_, bo uwa­żamy, że napi­sa­li­śmy _Atlas chmur_. Ale dla­tego, że David Mit­chell jest takim pisa­rzem, jakim chcemy być, a _Atlas_ taką książką, jaką chcemy napi­sać. _Atlas chmur_ jest przy­kła­dem moż­li­wo­ści lite­ra­tury pięk­nej – tego, że ist­nieją nowe histo­rie i nowe spo­soby ich opo­wia­da­nia, że te nowe histo­rie znajdą swo­ich czy­tel­ni­ków, jeśli tylko uda nam się być genial­nymi jak David Mit­chell. _Atlas chmur_ jest nie­pro­sty i auto­re­flek­syjny, ale jest rów­nież pełen nadziei i miło­ści. To powieść o nie­ocze­ki­wa­nych spo­so­bach, w jakie jeste­śmy ze sobą powią­zani, a jed­no­cze­śnie pozba­wiona złu­dzeń o ludz­kiej natu­rze. Jest zachwy­ca­jąco pomy­słowa _za każ­dym razem, gdy ją czy­tam_⁹. To książka, która wła­ści­wie nie powinna dzia­łać. Spra­wia, że pisarz pisze powie­ści, które też teo­re­tycz­nie nie powinny dzia­łać. Sama nie­ustan­nie się do niej odwo­łuję, podob­nie jak wielu innych pisa­rzy¹⁰. Dla tych z nas, któ­rzy pró­bują się wyrwać z mar­twych pust­kowi lite­ra­tury, _Atlas chmur_ jest naszą Anty­foną Sonmi.

_Gabrielle Zevin_

Listo­pad 2023_Château Zedelghem Neerbeke West Vlaanderen 29 – vi – 1931_

Sixsmith,

śni­łem, że sta­łem w skle­pie z por­ce­laną, tak zasta­wio­nym od pod­łogi aż hen, wysoko pod sufit pół­kami peł­nymi por­ce­la­no­wych anty­ków, że lada ruch mię­śniem zrzu­ciłby kilka z nich i roz­trza­skał. I wła­śnie tak się stało, ale zamiast łoskotu roz­le­gło się dostojne współ­brz­mie­nie wio­lon­czeli i cze­le­sty w tona­cji D-dur (?), trzy­mane przez cztery takty. Prze­gu­bem strą­ci­łem z postu­mentu wazę z epoki Ming – Es-dur, cała sek­cja smycz­kowa, wspa­niała, roz­sa­dza­jąca umysł, anio­ło­wie łkali. Tym razem, dla uzy­ska­nia następ­nej nuty, z roz­my­słem roz­trza­skałem figurkę wołu, potem doja­reczki, potem „Sobot­niego Dzie­cię­cia” – orgia szrap­neli wypeł­niła prze­strzeń, boskie har­mo­nie w mej gło­wie. Och, co za muzyka! Mignął mi ojciec obli­cza­jący war­tość roz­bi­tych przed­mio­tów, bły­skała sta­lówka, ale nie mogłem dopu­ścić, by muzyka uci­chła. Wie­dzia­łem, że stał­bym się naj­więk­szym kom­po­zy­to­rem stu­le­cia, gdy­bym tylko potra­fił tą muzyką zawład­nąć. Ogromny „Śmie­jący się Kawa­ler” ciśnięty o ścianę uwol­nił dud­niącą bate­rię bęb­nów.

Obu­dzi­łem się w apar­ta­men­cie w Impe­rial Western, poborcy Tama Bre­wera pra­wie roz­wa­lali mi drzwi i na kory­ta­rzu trwało okrutne zamie­sza­nie. Nawet nie pocze­kali, aż się ogolę – nie­by­wałe pro­staki z tych zbi­rów. Nie mia­łem wyboru, jak tylko szybko wydo­stać się na zewnątrz przez okno w łazience, nim cały ten roz­gar­diasz spro­wa­dzi kie­row­nika, który odkryje, że młody dżen­tel­men z numeru 237 nie ma środ­ków na ure­gu­lo­wa­nie pokaź­nych już zale­gło­ści. Ucieczka nie odbyła się bez kom­pli­ka­cji, przy­kro rzec. Rynna ode­rwała się od uchwy­tów z dźwię­kiem gwał­co­nych skrzy­piec i twój druh, wywi­nąw­szy koziołka, runął w dół. Na pra­wym pośladku jeden wielki siniak. Cudem jakimś nie zgru­cho­ta­łem krę­go­słupa i nie nabi­łem się na balu­stradę. Wycią­gnij z tego naukę, Sixsmith. Gdyś nie­wy­pła­calny, miej ze sobą jak naj­mniej rze­czy i walizę wystar­cza­jąco solidną, by rzu­cić ją na lon­dyń­ski chod­nik z okna pierw­szego czy dru­giego pię­tra. Nie bierz pokoju wyżej.

Zaszy­łem się w her­ba­ciarni wci­śnię­tej w czarny od sadzy zaka­ma­rek Vic­to­ria Sta­tion, pró­bu­jąc trans­kry­bo­wać muzykę ze sklepu z por­ce­laną ze snów – nie mogłem wyjść poza nędzne dwa takty. Oddał­bym się w łapy Tama Bre­wera, byleby tę muzykę odzy­skać. Czuję się podle. Robo­ciar­skie typy ota­czały mnie z ich śmier­dzą­cymi odde­chami, papu­zimi gło­sami i niczym nie­uza­sad­nio­nym opty­mi­zmem. Twardo na zie­mię spro­wa­dza myśl, jak jedna prze­klęta noc baka­rata może tak nie­odwo­łal­nie zmie­nić sta­tus spo­łeczny czło­wieka. Ci skle­pi­ka­rze, szo­fe­rzy i stra­ga­nia­rze mieli wię­cej pół­ko­ro­nó­wek i mie­dzia­ków zacho­mi­ko­wa­nych w zatę­chłych mate­ra­cach w Step­ney, niż mogę powie­dzieć o sobie, Synu Duchow­nej Gru­bej Ryby. Mia­łem widok na uliczkę – ponu­rzy kopi­ści pędzili jak trzy­dziestki dwójki w _alle­gro_ Beetho­vena. Czy oba­wia­łem się ich? Nie, boję się być jed­nym z nich. Cóż warte wykształ­ce­nie, wycho­wa­nie i talent, jak się jest goło­dup­cem?

A jed­nak na­dal nie mogę uwie­rzyć. Ja, Człek Caiusa¹⁹, balan­suję na skraju ubó­stwa. Przy­zwo­ite hotele nie pozwa­lają mi teraz zadep­ty­wać swo­ich holów. Nie­przy­zwo­ite żądają z góry gotówki. Nie mam już dostępu do żad­nego sza­no­wa­nego sto­lika do kart po tej stro­nie Pire­ne­jów. W każ­dym razie pod­su­mo­wa­łem, jaki mam wybór:

(i) Użyć mizer­nych fun­du­szy na wyna­jem brud­nego pokoju w jakiej kwa­te­rze, wybła­gać parę gwi­nei u Wuja Cecyla Ltd., uczyć afek­to­wane panienki grać gamy i sta­rym pan­nom szli­fo­wać tech­nikę. Daj spo­kój. Jeśli potra­fił­bym uda­wać uprzej­mość wobec cym­ba­łów, dalej pod­cie­rał­bym tyłek pro­fe­so­rowi Mac­ker­ra­sowi razem z innymi magi­stran­tami. Nie, zanim to nawet gło­śno powiesz, nie mogę biec z powro­tem do Ojczulka z jesz­cze jed­nym _cri de cœur_. Potwier­dzi­łoby to każde zatrute słowo, które o mnie wyrzekł. Raczej sko­czę z mostu Water­loo i dam się spo­nie­wie­rać Sta­rej Matce Tami­zie. Słowo.

(ii) Odna­leźć ludzi z Caiusa, pod­li­zać im się i wpro­sić na let­nie wczasy. Pro­ble­ma­tyczne, z tych samych przy­czyn, co (i). Jak długo dał­bym radę ukry­wać wychu­dzony pugi­la­res? Jak długo potra­fił­bym uni­kać szpo­nów ich lito­ści?

(iii) Mógł­bym odwie­dzić buk­ma­chera – ale jeśli prze­gram?

Przy­po­mnisz mi pew­nie, że sam się o to pro­si­łem, Sixsmith, ale daruj sobie swoją zadrę klasy śred­niej i jesz­cze tro­chę trzy­maj moją stronę. Przez całą dłu­gość zatło­czo­nego peronu zawia­dowca ogła­szał, że pociąg do Dover na sta­tek do Ostendy ma trzy­dzie­ści minut opóź­nie­nia. Zawia­dowca był jak kru­pier, wzy­wał mnie, by podwoić stawkę albo wyjść z gry. Jeśli zamrzeć w bez­ru­chu, sie­dzieć cicho i słu­chać – świat sam prze­sieje dla czło­wieka jego wła­sne pomy­sły, szcze­gól­nie na brud­nym dworcu w Lon­dy­nie. Jed­nym hau­stem dopi­łem mydlaną her­batę i uda­łem się przez halę dwor­cową do kasy po bilet. Powrotny do Ostendy był zbyt drogi – w tak opła­kany stan popa­dłem. Wsia­dłem do wagonu w chwili, gdy gwizd loko­mo­tywy wyrzu­cił gwał­tow­nym wybu­chem rój Furii na pikolo. W końcu ruszy­li­śmy.

Wyja­wić teraz trzeba mój plan, do któ­rego natchnął mnie pewien tekst w „Time­sie” i długi pijacki sen w apar­ta­men­cie w Savoyu. W Bel­gii, na pro­win­cji, na połu­dnie od Bru­gii, mieszka z dala od ludzi pewien angiel­ski kom­po­zy­tor nazwi­skiem Vyvyan Ayrs. Nie sły­sza­łeś o nim, boś muzyczny pro­stak, lecz jest on jed­nym z wiel­kich. Jedyny Bry­tyj­czyk swego poko­le­nia, który odrzu­cił patos, pompę i rusty­kalny wdzięk. Przez cho­robę nie stwo­rzył niczego nowego od wcze­snych lat dwu­dzie­stych – jest na pół ślepy i ledwo trzyma pióro – ale recen­zja jego _Secu­lar Magni­fi­cat_ w „Time­sie” (wyko­na­nego w zeszłym tygo­dniu w St. Mar­tin’s) wspo­mi­nała też o całej szu­fla­dzie nie­do­koń­czo­nych dzieł. Wymy­śli­łem, że pojadę do Bel­gii, prze­ko­nam Vyvy­ana Ayrsa, że powi­nien mnie zatrud­nić jako oso­bi­stego sekre­ta­rza, przyjmę jego pro­po­zy­cję pobie­ra­nia od niego lek­cji, wystrzelę na muzyczny fir­ma­ment, zdo­będę sławę i for­tunę współ­mierną do mych talen­tów i zmu­szę Ojczulka do przy­zna­nia, że ow­szem, syn, któ­rego wydzie­dzi­czył, to _ten_ Robert Fro­bi­sher, naj­ge­nial­niej­szy bry­tyj­ski kom­po­zy­tor swych cza­sów.

A czemu by nie? Nie mia­łem lep­szego planu. Wiem, jęczysz i z nie­do­wie­rza­niem potrzą­sasz głową, Sixsmith, ale i uśmie­chasz się – i dla­tego cię kocham. Droga do La Man­che bez więk­szych wyda­rzeń, rako­wate przed­mie­ścia, mono­tonne pola i pastwi­ska, brudne Sus­sex. Dover to czy­sta groza obsta­wiona bol­sze­wi­kami, sła­wione w wier­szach klify mają w sobie tyle roman­ty­zmu, co moja dupa, i nawet kolor podobny. Zmie­ni­łem w por­cie ostat­nie szy­lingi na franki i wyku­pi­łem kabinę na „Kró­lo­wej Kentu”, prze­rdze­wia­łej łaj­bie, która wygląda, jakby pamię­tała jesz­cze wojnę krym­ską. Ze ste­war­dem o twa­rzy jak ziem­niak nie zgo­dzi­li­śmy się co do tego, czy jego bor­dowy uni­form i ane­miczna broda zasłu­gują na napi­wek. Prych­nął na moją walizkę i teczkę z ręko­pi­sem.

– Roz­sąd­nie z pana strony podró­żo­wać bez bagażu, sir. – I zosta­wił mnie, żebym sobie radził sam. I bar­dzo dobrze.

Na kola­cję były roz­go­to­wane ziem­niaki, kur­czak z bal­so­wego drewna i skun­dlony kla­ret. Stół dzie­lił ze mną pan Vic­tor Bry­ant, król sztuć­ców z Shef­field. O muzyce nie miał naj­mniej­szego poję­cia. Obja­śniał mnie w fascy­nu­ją­cej dzie­dzi­nie łyżek przez więk­szość posiłku, błęd­nie bio­rąc uprzej­mość za zain­te­re­so­wa­nie, i z miej­sca zapro­po­no­wał mi pracę w swym dziale sprze­daży! Uwie­rzysz? Podzię­ko­wa­łem (ze śmier­tel­nie poważną miną) i wyzna­łem, że prę­dzej bym poły­kał łyżki, niż je sprze­da­wał. Trzy­krotny potężny ryk syreny, sil­niki zmie­niły ton, poczu­łem, jak sta­tek odbija od nabrzeża, wysze­dłem na pokład popa­trzeć, jak Albion znika w mrocz­nej mżawce. Nie było już powrotu; wyraź­nie dotarły do mnie kon­se­kwen­cje tego, co zro­bi­łem. R.V.W. dyry­go­wał Orkie­strą Umy­słu gra­jącą Sym­fo­nię Mor­ską, „_Odpłyń, ste­ruj jedy­nie na głę­bo­kie wody, bez tro­ski, ma duszo, bada­jąc, ja z tobą, ty ze mną”_²⁰. (Nie prze­pa­dam za tym dzie­łem, ale genial­nie się wpi­sy­wało w nastrój). Na Morzu Pół­noc­nym wiało i cały się trzą­słem, woda obry­zgi­wała mnie od stóp do głów. Lśniąca, czarna toń zapra­szała, bym sko­czył. Nic sobie z tego nie robi­łem. Posze­dłem spać wcze­śnie, prze­kart­ko­wa­łem _Kon­tra­punkty_ Noy­esa, wsłu­cha­łem się w dale­kie dźwięki orkie­stry dętej z maszy­nowni i szybko skre­śli­łem powta­rza­jący się pasaż na puzon, oparty na ryt­mach statku, ale raczej nic wiel­kiego, a potem… Zgad­nij, kto zapu­kał do drzwi? Kar­to­flo­waty ste­ward po wach­cie. Dostał ode mnie znacz­nie wię­cej niż napi­wek. Żaden Ado­nis z niego, kości­sty, ale pełen inwen­cji, jak na przed­sta­wi­ciela swo­jej klasy. Wygo­ni­łem go potem i zapa­dłem w głę­boki sen spra­wie­dli­wych. Jakaś część mnie pra­gnęła, żeby ta podróż nie miała końca.

Ale jed­nak miała. „Kró­lowa Kentu” wśli­zgnęła się przez mętne wody w nie­równe zęby bliź­nia­czej sio­stry Dover, Ostendy, Panny Lek­kich Oby­cza­jów. Bar­dzo wcze­snym ran­kiem chra­pa­nie Europy roz­le­gało się pomru­kiem niż­szym niż tuba basowa. Ujrza­łem pierw­szych miej­sco­wych Bel­gów, cią­gną­cych skrzy­nie, kłó­cą­cych się i myślą­cych po fla­mandzku, holen­der­sku czy jakiemu tam. Pędem spa­ko­wa­łem walizę, w oba­wie, by sta­tek nie odpły­nął z powro­tem do Anglii ze mną na pokła­dzie; czy też raczej w oba­wie, by samemu do tego nie dopu­ścić. Chwy­ci­łem parę owo­ców z misy w kuchni pierw­szej klasy i zbie­głem po tra­pie, zanim kto­kol­wiek z galo­nami na mun­du­rze mógłby mnie dopaść. Posta­wi­łem stopę na kon­ty­nen­tal­nym bruku i zapy­ta­łem cel­nika o dwo­rzec kole­jowy. Wska­zał zgrzy­ta­jący tram­waj, pełen nie­do­ży­wio­nych robot­ni­ków, krzy­wicy i nędzy. Wola­łem już _per pedes_, nawet mimo mżawki. Sze­dłem wzdłuż torów tram­wa­jo­wych przez tru­mienne ulice. Ostenda cała jest w sza­ro­ściach tapioki i pla­mi­stych brą­zach. Pomy­śla­łem, przy­znam, że Bel­gia to był dość głupi wybór na ucieczkę. Kupi­łem bilet do Bru­gii i usa­do­wi­łem się w następ­nym pociągu – nie było peronu, uwie­rzysz? – roz­wa­la­ją­cym się i pustym. Prze­sia­dłem się do innego prze­działu, bo w moim był nie­przy­jemny zapach, ale we wszyst­kich uno­sił się jakiś smród. Żeby oczy­ścić powie­trze, wypa­li­łem papie­rosy wyże­brane od Vic­tora Bry­anta. Gwiz­dek zawia­dowcy roz­legł się o wła­ści­wym cza­sie, loko­mo­tywa wytę­żyła się jak artre­tyczny sufra­gan stę­ka­jący na noc­niku i zmu­siła do ruchu. Nie­długo potem, wypusz­cza­jąc kłęby pary, mknęła przez zamglony kra­jo­braz pełen zanie­dba­nych wałów ochron­nych i wypa­lo­nych przez wojenne poci­ski zagaj­ni­ków.

Jeśli mój plan się powie­dzie, Sixsmith, już nie­długo może przy­je­dziesz do Bru­gii. Zja­wisz się wtedy o szó­stej rano, w porze jak z _gnos­sienne_. Zagu­bisz się pośród dotknię­tych krzy­wicą ulic, śle­pych kana­łów, bram z kutego żelaza, bez­lud­nych podwó­rek – mogę dalej? dzię­kuję – pośród nie­uf­nych gotyc­kich żół­wich sko­rup, dachów, wzno­szą­cych się jak Ara­rat, omsza­łych cegla­nych wież, śre­dnio­wiecz­nych nawi­sów, pra­nia zwi­sa­ją­cego z okien, wirów bru­ko­wej kostki wcią­ga­ją­cych wzrok, zega­ro­wych kró­le­wi­czów i wyszczer­bio­nych kró­le­wien wybi­ja­ją­cych godziny, czar­nych od sadzy gołębi i trzech czy czte­rech oktaw dzwo­nów, jed­nych spo­koj­nych, innych żywych.

Zapach świe­żego chleba zawiódł mnie do pie­karni, gdzie kobieta o zde­for­mo­wa­nej twa­rzy bez nosa sprze­dała mi tuzin słod­kich roga­li­ków. Chcia­łem tylko jeden, ale pomy­śla­łem, że ma wystar­cza­jąco dużo pro­ble­mów. Wóz ze sta­rzy­zną wyło­nił się z tur­ko­tem z mgły, a bez­zębny woź­nica przy­jaź­nie do mnie zaga­dał, lecz mogłem odpo­wie­dzieć jedy­nie: „_Excu­sez-moi, je ne parle pas le Fla­mand_” – na co on roze­śmiał się jak Król Gobli­nów. Dałem mu roga­lika. Miał brudną rękę, pokryty par­chem szpon. W uboż­szej dziel­nicy (uliczki śmier­działy ście­kami) dzie­ciaki poma­gały mat­kom przy pom­pach, napeł­nia­jąc popę­kane dzbanki bru­natną wodą. W końcu dopa­dła mnie cała ta gorączka, usia­dłem na scho­dach kona­ją­cego wia­traka, żeby zła­pać oddech, otu­li­łem się przed wil­go­cią i zapa­dłem w sen.

Następne, co pamię­tam, to to, że jakaś wiedźma trąca mnie kijem mio­tły i skrze­czy coś jak: „_Zie gie doad mis­schien?_”– tylko mnie nie cytuj.

Błę­kitne niebo, cie­płe słońce, ni­gdzie nawet jed­nej smużki mgły. Zmar­twych­wstały, zamru­ga­łem i poczę­sto­wa­łem ją roga­li­kiem. Przy­jęła go nie­uf­nie, scho­wała do far­tu­cha na póź­niej i wró­ciła do zamia­ta­nia, mru­cząc pra­dawną śpiewkę. Mia­łem szczę­ście, że mnie nie okra­dziono. Podzie­li­łem się kolej­nym roga­li­kiem z pię­cioma tysią­cami gołębi, ku zazdro­ści żebraka, więc jemu też musia­łem dać jeden. Posze­dłem z powro­tem tą samą drogą, którą chyba przy­sze­dłem. W dziw­nym, pię­cio­kąt­nym oknie blada słu­żąca ukła­dała fiołki w wazo­nie z rżnię­tego szkła. Dziew­częta fascy­nują w inny spo­sób. Spró­buj ich kie­dyś. Zastu­ka­łem w szybę i zapy­ta­łem po fran­cu­sku, czy nie ura­to­wa­łaby mi życia, zako­chu­jąc się we mnie. Pokrę­ciła głową, ale obda­rzyła mnie roz­ba­wio­nym uśmie­chem. Zapy­ta­łem, gdzie mogę zna­leźć poste­ru­nek poli­cji. Wska­zała skrzy­żo­wa­nie.

Czło­wiek roz­po­zna dru­giego muzyka w każ­dym towa­rzy­stwie, nawet wśród poli­cjan­tów. Ma naj­bar­dziej sza­lone spoj­rze­nie, włosy w naj­więk­szym nie­ła­dzie i jest albo wygłod­niale kości­sty, albo jowial­nie przy kości. Ten fran­cu­sko­ję­zyczny inspek­tor, gra­jący na rożku angiel­skim w miej­sco­wym towa­rzy­stwie ope­ro­wym, sły­szał o Vyvy­anie Ayr­sie i uprzej­mie naszki­co­wał mi mapę drogi do Neer­beke. Za infor­ma­cję zapła­ci­łem mu dwa rogale. Zapy­tał, czy przez La Man­che prze­wio­złem także bry­tyj­ski samo­chód – jego syn pasjo­no­wał się Austi­nami. Powie­dzia­łem, że nie mam samo­chodu. To go zanie­po­ko­iło. Jak dostanę się do Neer­beke? Nie jeź­dzi tam żaden auto­bus, nie ma linii kole­jo­wej, a dwa­dzie­ścia pięć mil to upior­nie długa prze­chadzka. Zapy­tałem, czy mogę poży­czyć na czas nie­okre­ślony jego poli­cyjny rower. Odrzekł, że to nie­co­dzienna prośba. Zapew­ni­łem go, że sam jestem nie­co­dzienny, i wyja­śni­łem mu w skró­cie cha­rak­ter mej misji do Ayrsa, naj­słyn­niej­szego adop­to­wa­nego syna Bel­gii (musi ich być tak nie­wielu, że może to nawet być prawda), w służ­bie euro­pej­skiej muzyki. Powtó­rzy­łem prośbę. Nie­praw­do­po­dobna prawda służy cza­sem czło­wie­kowi lepiej niż praw­do­po­dobna fik­cja, i wła­śnie teraz tak było. Uczciwy sier­żant wziął mnie do skła­dziku, gdzie zagu­bione rze­czy ocze­kują swych pra­wo­wi­tych wła­ści­cieli przez kilka mie­sięcy (zanim tra­fią na czarny rynek) – lecz naj­pierw chciał usły­szeć moją opi­nię o jego bary­to­nie. Ura­czył mnie eks­plo­zją „_Reci­tar!… Vesti la giubba!_” z _I Pagliacci_. (Głos dość przy­jemny w dol­nych reje­strach, ale powi­nien jesz­cze popra­co­wać nad odde­chem, a jego _vibrato_ drżało jak zaku­li­sowa bla­cha do robie­nia grzmo­tów). Dałem mu kilka muzycz­nych wska­zó­wek; otrzy­ma­łem pożyczkę w postaci wik­to­riań­skiego Enfielda plus sznur do przy­wią­za­nia walizy i teczki do sio­dełka, a także tylny błot­nik. Życzył mi _bon voy­age_ i dobrej pogody.

Adrian ni­gdy nie masze­ro­wał drogą, którą wyje­cha­łem na rowe­rze z Bru­gii (zbyt głę­boko na tery­to­rium Hunów), nie­mniej czu­łem pokre­wień­stwo z mym bra­tem, oddy­cha­jąc tym samym powie­trzem na tej samej ziemi. Nizina jest pła­ska jak Fens, ale zanie­dbana. Po dro­dze posi­li­łem się ostat­nimi roga­li­kami i w pobliżu pod­upa­dłych chat zatrzy­ma­łem się na parę łyków wody. Nikt nie mówił zbyt wiele, ale nikt nie powie­dział „Nie”. Przez wiatr w twarz i spa­da­jący wciąż łań­cuch popo­łu­dnie chy­liło się już ku wie­czo­rowi, nim w końcu dotar­łem do Neer­beke, wio­ski, w pobliżu któ­rej miesz­kał Ayrs. Mil­czący kowal poka­zał mi, jak dostać się do Château Zedel­ghem, roz­pra­co­wu­jąc moją mapę ogryz­kiem ołówka. Ścieżka poro­śnięta pośrodku dzwon­kami i kwia­tami lnicy zapro­wa­dziła mnie obok opusz­czo­nej stró­żówki do nie­gdyś impo­nu­ją­cej alei wie­ko­wych topoli wło­skich.

Zedel­ghem jest bar­dziej oka­załe niż nasze pro­bo­stwo; kilka roz­pa­da­ją­cych się wie­ży­czek zdobi zachod­nie skrzy­dło, lecz nie dora­stają do Audley End czy wiej­skiej sie­dziby Capon-Ten­chów. Wypa­trzy­łem dziew­czynę na koniu na niskim wzgó­rzu, zwień­czo­nym roz­łu­pa­nym bukiem. Miną­łem ogrod­nika roz­rzu­ca­ją­cego sadzę prze­ciw śli­ma­kom w ogródku warzyw­nym. Na fron­to­wym dzie­dzińcu nad­mier­nie umię­śniony kamer­dy­ner czy­ścił sil­nik Cow­leya. Gdy dostrzegł, że się zbli­żam, wstał i cze­kał na mnie. Na tara­sie, na skraju tego fryzu, pod kipiącą kwie­ciem gli­cy­nią, sie­dział czło­wiek na wózku inwa­lidz­kim i słu­chał radia. Vyvyan Ayrs, jak mnie­mam. Łatwiej­sza część mego marze­nia wła­śnie się urze­czy­wist­niła.

Opar­łem rower o ścianę, powie­dzia­łem kamer­dy­ne­rowi, że mam sprawę z jego panem. Był dość uprzejmy i zapro­wa­dził mnie na taras do Ayrsa oraz zaanon­so­wał moje przy­by­cie po nie­miecku. Ayrs to led­wie cień czło­wieka, jakby cho­roba wyssała z niego wszyst­kie żywotne soki, ale zatrzy­ma­łem się i uklą­kłem na żuż­lo­wej alejce, jak sir Per­si­val przed kró­lem Artu­rem. Nasza uwer­tura miała prze­bieg mniej wię­cej nastę­pu­jący:

– Dzień dobry panu.

– A pan kto, u dia­bła?

– To ogromny zaszczyt…

– Pytam: kim pan, u dia­bła, jest?

– Robert Fro­bi­sher, sir, z Saf­fron Wal­den. Jestem – byłem – stu­den­tem sir Tre­vora Mac­ker­rasa w Caius Col­lege i przy­je­cha­łem aż z Lon­dynu, żeby…

– Aż z Lon­dynu rowe­rem?

– Nie. Poży­czy­łem rower od poli­cjanta w Bru­gii.

– Hmm. – Pełna namy­słu prze­rwa. – Musiał pan jechać wiele godzin.

– Było ciężko, lecz jakże wspa­niale. Jak u piel­grzy­mów wspi­na­ją­cych się pod górę na kola­nach.

– Co to znowu za bred­nie?

– Chcia­łem udo­wod­nić, że ubie­gam się na serio.

– Serio ubiega się pan o co?

– O posadę pań­skiego oso­bi­stego sekre­ta­rza.

– Osza­lał pan?

To pyta­nie zawsze jest bar­dziej pod­stępne, niż się wydaje.

– Raczej nie.

– Ja nie dawa­łem ogło­sze­nia o potrze­bie sekre­ta­rza!

– Wiem, sir, ale pan go potrze­buje, nawet jeśli jesz­cze pan o tym nie wie. Arty­kuł w „Time­sie” gło­sił, że nie jest pan w sta­nie kom­po­no­wać nowych dzieł z powodu cho­roby. Nie mogę dopu­ścić, by pań­ska muzyka prze­pa­dła. Jest sta­now­czo zbyt cenna. Przy­je­cha­łem zatem, by ofe­ro­wać panu swe usługi.

Cóż, nie prze­go­nił mnie.

– Mówił pan, że jak się nazywa?

Powtó­rzy­łem.

– Jeden z mło­dych talen­tów Mac­ker­rasa?

– Szcze­rze mówiąc, sir, był mi nie­chętny.

Jak już sam prze­ko­na­łeś się na wła­snej skó­rze, potra­fię być intry­gu­jący, gdy się posta­ram.

– Tak? A dla­cze­góż to?

– W uczel­nia­nym perio­dyku napi­sa­łem, że jego 6. Con­certo na flet – odchrząk­ną­łem – nie­wol­ni­czo naśla­duje Saint-Saënsa z jego naj­bar­dziej kwie­ci­stego okresu przed doj­rze­wa­niem płcio­wym. Ode­brał to oso­bi­ście.

– Napi­sa­łeś tak pan o Mac­ker­ra­sie? – Ayrs sapał, jakby mu kto piło­wał żebra. – Ja myślę, że ode­brał to oso­bi­ście.

Część następna jest krótka. Kamer­dy­ner wpro­wa­dził mnie do salonu z deko­ra­cjami w kolo­rze bla­do­zie­lo­nym, nie­cie­ka­wym Farqu­har­dem z owcami i sto­gami zżę­tego zboża i dość kiep­skim holen­der­skim pej­za­żem. Ayrs wezwał swoją żonę, panią van Outryve de Crom­me­lynck. Zacho­wała panień­skie nazwi­sko – a przy takim nazwi­sku, któżby miał jej to za złe? Pani domu była chłodno uprzejma i spy­tała, czym się do tej pory zaj­mo­wa­łem. Odpo­wie­dzia­łem zgod­nie z prawdą, choć skry­łem wyrzu­ce­nie z Caiusa pod płasz­czy­kiem tajem­ni­czej cho­roby. Sło­wem nie pisną­łem o mych obec­nych finan­so­wych tara­pa­tach – im więk­sze, tym ofia­ro­dawcy bar­dziej nie­chętni. Ocza­ro­wa­łem ich dosta­tecz­nie. Usta­lono, że mogę zostać w Zedel­ghem przy­naj­mniej na tę noc. Ayrs miał rano spraw­dzić moje muzyczne talenta i wtedy pod­jąć decy­zję co do mojej pro­po­zy­cji.

Ayrs nie poja­wił się jed­nak na kola­cji. Moje przy­by­cie zbie­gło się z począt­kiem nawie­dza­ją­cego go co dwa tygo­dnie ataku migreny, pod­czas któ­rego nie wycho­dzi ze swo­ich poko­jów przez cały dzień czy dwa. Moje prze­słu­cha­nie jest prze­su­nięte, aż się lepiej poczuje, więc los mój na­dal wisi na wło­sku. Z rze­czy mil­szych – Pie­spor­ter i homar _à l’américaine_ dorów­ny­wały wszyst­kiemu z kuchni Impe­rialu. Zachę­ci­łem gospo­dy­nię do roz­mowy – myślę, że pochle­biało jej, ile wie­dzia­łem o jej słyn­nym mężu, i wyczuła moją nie­kła­maną miłość do muzyki. O, jedli­śmy także z córką Ayrsa, młodą ama­zonką, którą krótko widzia­łem wcze­śniej. Mlle Ayrs to roz­mi­ło­wane w koniach stwo­rze­nie lat sie­dem­na­stu, które po mamie odzie­dzi­czyło zadarty nos. Nie mogłem wydo­być z niej jed­nego uprzej­mego słowa przez cały wie­czór. Czy może widziała we mnie podej­rza­nego nacią­ga­cza, który ostat­nio nie ma szczę­ścia i który zja­wił się, żeby zwa­bić jej cho­rego ojca we wspa­niałą, pogodną sta­rość, do któ­rej ona nie będzie miała wstępu i nikt jej tam nie zaprosi?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Jak rów­nież powie­ści, które powstały póź­niej. „New York Maga­zine” opu­bli­ko­wał kie­dyś skom­pli­ko­wany, ozna­czony róż­nymi kolo­rami dia­gram o Powią­za­nym Uni­wer­sum Davida Mit­chella, by pomóc czy­tel­ni­kom się w nim orien­to­wać.

2. W eseju z 2019 r. w „Guar­dia­nie”, z oka­zji umiesz­cze­nia _Atlasu chmur_ na liście naj­lep­szych ksią­żek stu­le­cia według tej gazety, David Mit­chell kom­pi­luje wła­sny spis odnie­sień: „Upodo­ba­nie do Her­mana Melville’a i opo­wie­ści mor­skich; histo­ria Fre­de­ricka Deliusa i jego sekre­ta­rza, Erica Fenby’ego; kali­for­nij­ski czarny kry­mi­nał; stu­dium histo­rii ludz­ko­ści _Strzelby, zarazki i stal_ autor­stwa Jareda Dia­monda; wyprawy na wyspy Cha­tham na chłod­nym połu­dnio­wym Pacy­fiku, do Seulu i Busan w Korei Połu­dnio­wej oraz na Hawaje; powieść Rus­sella Hobana _Rid­dley Wal­ker_; cie­ka­wość doty­cząca zmien­no­ści języka na prze­strzeni wie­ków; poczu­cie alie­na­cji, gdy miesz­ka­łem samot­nie w bloku w Hiro­szi­mie; koniecz­ność poru­sza­nia się w obcym spo­łe­czeń­stwie bez odpo­wied­niej zna­jo­mo­ści języka; bycie nie­zna­nym bry­tyj­skim pisa­rzem pod­czas mojej pierw­szej i dru­giej trasy pro­mo­cyj­nej po Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdy mia­łem czas na włó­częgi po San Fran­ci­sco, Seat­tle i Nowym Jorku; rosyj­ska dys­to­pia Jew­gie­nija Zamia­tina _My_”.

3. David Mit­chell opi­sał swoją stra­te­gię jako „ dystansu cza­so­wego poprzez zmianę języka”.

4. Chcia­ła­bym być Rober­tem Fro­bi­she­rem, który, jak owa czy­tel­niczka, ma tylko pół dzien­nika Adama Ewinga. Jeśli powieść ta, czy­tel­niczko, jest ci nie­znana, zachę­cam, byś zapo­mniała o wszyst­kim, co tutaj prze­czy­ta­łaś.

5. Doce­niam skru­pu­lat­ność bada­cza nauko­wego, który odkrył, że ist­nieją nie­spój­no­ści mię­dzy pierw­szym wyda­niem bry­tyj­skim a pierw­szym wyda­niem ame­ry­kań­skim. Czy­tel­nicy _Atlasu Chmur_ nie tracą zbyt wiele.

6. Poświęćmy chwilę nieco kon­tro­wer­syj­nej fil­mo­wej adap­ta­cji _Atlasu chmur_, przy­ję­tej przez kry­tykę z mie­sza­nymi reak­cjami. Akcja roz­grywa się w wielu kra­jach, film ma trójkę reży­se­rów, prosi akto­rów o to, czego zazwy­czaj się od nich nie ocze­kuje, wymaga od widza rozu­mie­nia pojęć rasy, czasu i płci kul­tu­ro­wej. Ekra­ni­za­cja oddaje poli­fo­niczną naturę _Atlasu chmur_, ale robi to w ramach struk­tury wła­ści­wej dla filmu. Jest też bar­dzo roman­tyczna. Ani razu nie udało mi się jej obej­rzeć i nie pła­kać.

7. Nie jestem zado­wo­lona, że naj­czę­ściej ze wszyst­kich boha­te­rów _Atlasu chmur_ cytuję Timo­thy’ego Caven­di­sha, ale jest wydawcą lite­rac­kim i dla­tego jego reflek­sje czę­sto się przy­dają przy ukła­da­niu przed­mowy!

8. To zna­czy mnie. Oto skró­cona wer­sja mojej przed­mowy: _Atlas chmur_ jest dosko­nały.

9. David Mit­chell, popro­szony o ponową lek­turę _Jeśli zimową nocą podróżny_, napi­sał: „Obo­jęt­nie jak zachwy­ca­jąco pomy­słowa jest książka, jest zachwy­ca­jąco pomy­słowa tylko raz”. Ja uwa­żam, że „zachwy­ca­jąco pomy­słowa” powieść cza­sem odsła­nia się przy kolej­nych czy­ta­niach. Za każ­dym razem, gdy czy­tam _Atlas chmur_, wyno­szę coś nowego. Z ostat­niej lek­tury: chro­no­lo­giczny koniec książki jest w jej fizycz­nym środku, przy zakoń­cze­niu „Brodu Slo­oshy i wszyst­kiego, co potem”. Ude­rzył mnie też osta­teczny chro­no­lo­gicz­nie obraz: dzieci oglą­dają Sonmi w sta­rej anty­fo­nie, przy­po­mi­na­ją­cej w kształ­cie Tama­got­chi, holo­gra­ficzny iPhone. Dzieci, które wpa­trują się w ekran, gdy świat się koń­czy, to pro­ro­czy obraz. Zosta­wiam go wam do inter­pre­ta­cji.

10. Zna­kiem wybit­nej powie­ści jest to, jak czę­sto bywa naśla­do­wana, a ist­nieje wiele ksią­żek, które powstały jakby z cie­nia _Atlasu chmur_. Uni­kam słowa „wtór­nych”. Roz­po­zna­cie je, gdy wpadną wam w ręce: poli­fo­niczne opo­wie­ści, któ­rych akcja roz­grywa się na prze­strzeni wielu wie­ków, połą­czone cyklem nar­ra­cyj­nym. Sama bez trudu wymie­nię kil­ka­na­ście.

11. Zob. Her­man Melville, „Encan­ta­das czyli wyspy zacza­ro­wane”, w: _Weranda i inne praw­dziwe opo­wie­ści_, przeł. K. Kor­win-Mikke, Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, Kra­ków 1980.

12. Łk 8, 24, Biblia w prze­kła­dzie ks. Jakuba Wujka.

13. Księga Psal­mów, _ibid._

14. Psalm 80, 7, _ibid_.

15. _Ojciec ni­gdy mi o den­dro­gli­fach nie wspo­mniał i dowie­dzia­łem się o nich jedy­nie w spo­sób w Intro­duk­cji opi­sany. Teraz, gdy rasa Moriori z wyspy Cha­tham kra­wędź prze­kro­czyła już zagłady, mnie­mam, że zdrada ich już nie dotyka. – J.E._

16. Gruź­lica węzłów chłon­nych (przyp. tłum.).

17. Las Encan­ta­das (Zacza­ro­wane Wyspy) – histo­ryczna hisz­pań­ska nazwa Wysp Gala­pa­gos (przyp. tłum.).

18. Alu­zja do Polo­niu­sza pod­słu­chu­ją­cego za arra­sem w _Ham­le­cie_ Szek­spira (przyp. tłum.).

19. Caius Col­lege – jeden z col­lege’ów uni­wer­sy­tetu w Cam­bridge (przyp. tłum.)

20. Walt Whit­man, „Podróż do Indii”, tłum. S. Vin­cenz, „Źdźbła traw” w _Poezjach Wybra­nych_, PIW 1966.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij