Atlas chmur - ebook
Nominowany do Nagrody Bookera bestseller Atlas Chmur Davida Mitchella to również jedna ze Stu Książek Dekady według wpływowych brytyjskich krytyków literackich Richarda Madeleya i Judy Finnigan. Teraz na jego podstawie powstał głośny film, w którym kreacje stworzyła plejada gwiazd: Tom Hanks, Halle Berry, Susan Sarandon, Jim Sturgess, Ben Whishaw, Jim Broadbent i Hugh Grant.
Pasażer statku, z utęsknieniem wyglądający końca podróży przez Pacyfik w 1850 roku; wydziedziczony kompozytor, usiłujący oszustwem zarobić na chleb w Belgii lat międzywojennych; dziennikarka-idealistka w Kalifornii rządzonej przez gubernatora Reagana; wydawca książek, uciekający przed gangsterami, którym jest winien pieniądze; genetycznie modyfikowana usługująca z restauracji, w oczekiwaniu na wykonanie wyroku śmierci; i Zachariasz, chłopak z wysp Pacyfiku, który przygląda się, jak dogasa światło nauki i cywilizacji – narratorzy Atlasu Chmur słyszą nawzajem swoje echa poprzez meandry dziejów, co odmienia ich los zarówno w błahym, jak i w doniosłym wymiarze.
W tej niezwykłej powieści David Mitchell znosi granice języka, gatunku literackiego i czasu, proponując zadumę nad właściwą ludzkości żądzą władzy i niebezpiecznym kierunkiem, w którym w pogoni za władzą zmierzamy.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68591-77-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Okażmy współczucie pisarzowi, który uważa, że stworzył dzieło podobne do _Atlasu chmur_! Pewien agent literacki powiedział mi kiedyś, że gdy początkujący pisarz porównuje swoją powieść do _Atlasu chmur_, on z miejsca wie, że będzie straszna. Bo ktoś, kto napisał książkę _podobną_ do _Atlasu chmur_, nie napisał _Atlasu chmur_, ponieważ nie ma drugiej takiej książki. Dzieło, które najbardziej przypominałoby _Atlas chmur_, byłoby do niego zupełnie niepodobne.
Gdy wydano tę powieść w 2004 roku, recenzenci porównywali _Atlas chmur_ niemal ze wszystkim. Krytycy za pomocą porównań zazwyczaj wyjaśniają dzieła i osadzają je w kontekście, ale nie sądzę, by jakakolwiek powieść doczekała się większej liczby porównań niż _Atlas chmur_. Osobiście nie znam poważnej recenzji _Atlasu_, w której nie próbowano by wymieniać wielu wpływów dostrzeżonych we wszystkich jego częściach rozpisanych na sześć głosów. A.S. Byatt w „Guardianie” przywołuje Hermana Melville’a, Raymonda Chandlera, Martina Amisa, George’a Orwella, Aldousa Huxleya, Alasdaira Graya, _Riddleya Walkera_, Williama Goldinga, Anthony’ego Burgessa, Ursulę K. LeGuin i Thorntona Wildera. Recenzja Toma Bissella w „The New York Times Book Review” dorzuca do tego Cervantesa, Jamesa Michenera, Daniela Defoe, Isherwooda, Grishama, Williama S. Burroughsa, powieść newage’ową _Jonathan Livingston Seagull_, a w ostatnim akapicie również _Ulissesa_ Jamesa Joyce’a. Theo Tait z „The Telegraph” pisze w jednej z rzadkich nieprzychylnych recenzji, że „_Atlas chmur_ połowę czasu chce być _Simpsonami_, a połowę Biblią”. To zdanie jest bardziej zabawne niż prawdziwe, ale gdybym je dawniej przeczytała, już samo ono przekonałoby mnie do tej książki. Warto zauważyć, że na początku czwartego rozdziału pewien krytyk literacki zostaje…
(chyba już nie sposób przedwcześnie zdradzić treści _Atlasu chmur_, ale jeśli ktoś traktuje te sprawy ze śmiertelną powagą, warto w tym miejscu przejść do lektury samej powieści)
…wyrzucony z przyjęcia na dachu.
Czytając te recenzje, zastanawiałam się, czy można dyskutować o _Atlasie chmur_ bez wymieniania wyczerpującej i szczegółowej listy skojarzeń. Ja dla zabawy dodam _Orlanda_, _2001: Odyseję kosmiczną_, wcześniejsze powieści Davida Mitchella¹ oraz metafikcyjne arcydzieło Itala Calvina _Jeśli zimową nocą podróżny_. Mitchell czytał powieść Calvina na studiach i powiedział potem, że widzi _Atlas chmur_ jako „rozmowę” z Calvinem, który z kolei własne dzieło widział jako „w wyraźny sposób” powstałe pod wpływem Władimira Nabokowa. Oczywiście na tym właśnie polega literatura piękna – stanowi podróże w czasie, rozmowy między introwertykami, którzy w większości przypadków nigdy się nie spotkają.
_Jeśli zimową nocą podróżny_ zawiera ciąg wstawionych pierwszych rozdziałów powieści różnych gatunków, których narracje urywają się w punkcie kulminacyjnym. _Atlas chmur_ jest jak powieść Calvina, ale jest jej podwojeniem, odwróceniem i pełniejszym domknięciem: jest odpowiedzią na literacki impuls Calvina. Podobnie jak Mitchell czytałam _Jeśli zimową nocą podróżny_ na studiach i chociaż widzę teraz w _Atlasie chmur_ DNA tej powieści, podczas lektury _Atlasu_ dwadzieścia lat temu utwór Calvina nie przyszedł mi na myśl ani razu. Nie ma jednak znaczenia, jakie odwołania wymienia sam Mitchell², jakie odwołania przypisują mu krytycy, o jakich odniesieniach wspomina tekst na obwolucie (Nabokow, Eco, Philip K. Dick) ani jakie skojarzenia znajdzie w tekście czytelnik. Chodzi o to, że _Atlas chmur_ nasuwa wspomnienia wcześniejszych lektur, wywołując wrażenie całkiem podobne do tego, które ma Luisa Rey w trzecim rozdziale, gdy po raz pierwszy słyszy _Atlas chmur na sekstet_, skomponowany przez Roberta Frobishera w rozdziale drugim. Czytelnik _Atlasu chmur_ jest proszony, by przywoływał wspomnienia wszystkiego, co przeczytał wcześniej.
Szóstkę głównych bohaterów _Atlasu chmur_ łączy identyczne znamię w kształcie komety, co może – choć nie musi – stanowić dowód na to, że są swoimi kolejnymi reinkarnacjami. W rozdziale czwartym Timothy Cavendish odrzuca tę wizję jako „zdecydowanie za bardzo hippie-ćpuno-newage’ową”. A mimo to jestem przekonana, że postaci te, różnej płci, różnych ras, żyjące w różnych czasach i okolicznościach, mogą być tą samą osobą, ponieważ pochodzą od tej samej osoby – od pisarza, który je stworzył. Jeśli ludzie po Whitmanowsku „zawierają w sobie mnóstwo”, powieści również mogą mnóstwo w sobie zawierać – mogą i powinny. Rozważmy choćby genialne pierwsze zdania wszystkich sześciu części:
ADAM EWING
_Czwartek, 7 listopada ~_
Poza wioską Indian, na spłachciu bezludnym wybrzeża na świeży ślad stóp natrafiłem.
ROBERT FROBISHER
Sixsmith,
śniłem, że stałem w sklepie z porcelaną, tak zastawionym od podłogi aż hen, wysoko pod sufit półkami pełnymi porcelanowych antyków, że lada ruch mięśniem zrzuciłby kilka z nich i roztrzaskał.
LUISA REY
Rufus Sixsmith wychyla się przez balkon i oblicza, jaką prędkość osiągnie jego ciało, gdy uderzy o chodnik, kładąc kres wszelkim dylematom.
TIMOTHY CAVENDISH
Wczesnym zmierzchem pięć, nie, mój Boże, sześć lat temu, szedłem sobie w stanie najwyższej szczęśliwości jedną z alei w Greenwich, wśród jaśminowców i wyniosłych kasztanów.
SONMI~451
Historycy jeszcze nienarodzeni docenią w przyszłości twoją współpracę, Sonmi~451.
ZACHARIASZ
Razem ze Starym Dżordżim to żeśmy se drogi przecięli więcej razy, niż w ogóle pamiętam, i jak już umrę, kto wie, co ten diabeł zębaty spróbuje mi jeszcze wykrątać…
Tych sześć głosów od razu sugeruje konkretne czasy, ale również położenie geograficzne, kulturę, a nawet klasę społeczną. Na podstawie sposobu narracji i zastosowanego języka wiemy, gdzie i kiedy jesteśmy, a nawet w jaki sposób funkcjonujemy. Gdy docieramy do Zachariasza i końca cywilizacji, jesteśmy już w kulturze przekazu ustnego (tzn. postpowieściowej!) i język zmienił się w takim stopniu, że czytelnik nie rozumie go już z łatwością. Kiedyś opisałabym _Atlas chmur_ jako książkę o sztuce opowieści, ale dzisiaj postrzegam ją bardziej precyzyjnie jako opowieść o języku i jego ewolucji³.
Jako czytelniczka nie staram się unikać spojlerów i za pierwszym razem, gdy czytałam _Atlas chmur_, wiedziałam już wcześniej, jaką ma strukturę. Mimo że napisałam, jakoby już nie sposób było przedwcześnie zdradzić treści _Atlasu chmur_, zazdroszczę czytelnikowi, który dopiero zacznie go czytać i nie wie o tej książce nic, jeśli w ogóle ktoś taki istnieje⁴. Zazdroszczę czytelniczce, która nie wie, czy kiedykolwiek przeczyta zakończenie „Adama Ewinga Dziennika Pacyficznego”, kiedy ten urywa się w połowie zdania. Wyobrażam sobie, jak oboje krzyczą: „Niech cię szlag, Mitchell! Tak się nie robi! Czy Ewing umrze na morzu? I kim, do cholery, jest Robert Frobisher?”. Przyjemność lektury _Atlasu chmur_ częściowo polega właśnie na znajdowaniu odpowiedzi na takie pytania. Czytelnik zostaje postawiony w roli detektywa, który ma rozsupłać tajemnicę w treści: co łączy Ewinga z Frobisherem, potem z Rey i tak dalej? Na opisanie struktury tej powieści najczęściej używa się określenia „matrioszka”, mnie jednak nigdy nie podobał się obraz matrioszki jako metafory _Atlasu chmur_. Owszem, taka metafora sugeruje zawieranie się w sobie części, ale również to, że jedna opowieść jest największa, a każda kolejna zajmuje coraz mniej miejsca. W _Atlasie chmur_ natomiast wszystkie opowieści są jednakowo ważne. _Atlas_ mniej przypomina matrioszkę, a bardziej wianuszek z wyciętych z papieru identycznych ludzików trzymających się za ręce po dwóch stronach tuneli rozmieszczonych nierówno w czasoprzestrzeni – i wianuszek ten w każdej chwili można z powrotem złożyć w jeden arkusik.
W dyskusji o _Atlasie chmur_ czytelnik może być skłaniany do wskazania swoich ulubionych fragmentów. Ja odmawiam odpowiedzi na to pytanie, choć przyznaję, że postacią mi najbliższą jest sekretarz słynnego kompozytora, Robert Frobisher, z jego połączeniem wielkiej ambicji i upokarzającej anonimowości. „Nie mówię, że jestem kompozytorem, bo nie jestem już w stanie wytrzymać Kretyńskiego Przesłuchania: «A jaki rodzaj muzyki pan tworzy?»; «Och, a co mogłem już pańskiego słyszeć?»; «Skąd przychodzą panu pomysły?»”. Nie wiem, czy istnieje na ziemi powieściopisarz (albo artysta), któremu obce byłoby podobne przesłuchanie. Najgłębszą melancholię jednak czuję, czytając rozdziały Timothy’ego Cavendisha. I to nie z powodu Cavendisha, z jego zachwycająco poetycką wulgarnością, ale dlatego, że właśnie w tej części dostajemy dowód, że postaci, które pokochaliśmy, są fikcyjne. Jak się okazuje, „Luisa Rey” to nadesłany rękopis, który Cavendish czyta w pociągu, a jeśli to prawda, wszystko, co łączy się z Luisą Rey, nie jest prawdziwe – również nagła śmierć najpierw Frobishera, potem Sixsmitha, och, moje biedne serce! Powinno istnieć słowo oddające „melancholię po odkryciu, że wydarzenia w powieści są fikcyjne”.
Oczywiście czytelnicy i czytelniczki radzą sobie z podobną melancholią przez cosplay, fan art, fan fiction i opracowania naukowe. _Atlas chmur_ inspiruje wszystkie te formy na ogromną skalę⁵. Takiej reakcji można by się spodziewać po bestsellerowej serii fantasy, grze video czy nowym albumie Taylor Swift, rzadko po powieści. Kiedy ponownie przeczytałam _Atlas chmur_, by napisać tę przedmowę, zastanawiałam się, ilu czytelników i czytelniczek zrobiło sobie tatuaż przedstawiający znamię w kształcie komety. Pobieżne szukanie w Google’u przyniosło imponujące sześć wyników, ale musi być ich więcej – nie dają się wyszukać, nikt nigdy ich nie sfotografował, czekają, by zaskoczyć nimi kochanka lub kochankę. Rodzi się zatem pytanie: co sprawia, że powieść jest godna tatuażu? Co sprawia, że ktoś chce mieć odniesienie literackie na swoim ciele już _na zawsze_, a przynajmniej dopóki to ciało istnieje? Odpowiedzią jest pragnienie, by przenieść element fikcji do rzeczywistości, a ono pojawia się tylko wtedy, gdy książka jest w szczególny sposób bliska sercu⁶.
Zdałam sobie sprawę, że nawet nie powiedziałam jeszcze, o czym jest ta książka, ale może dlatego, że to bez znaczenia. (Ponownie Timothy Cavendish: „Jakby w sztuce chodziło o _Co_, a nie o _Jak_!”⁷). Ale proszę bardzo. Sześcioro bohaterów, którzy żyją w różnych epokach, może – lub nie – być własnymi kolejnymi reinkarnacjami. Okoliczności, w jakich żyją, i ich fizyczne postaci się zmieniają, ale rozgrywają te same konflikty. Czasem wychodzi im trochę lepiej, czasem trochę gorzej. Tematy powieści obejmują chciwość wielkich korporacji, nadużycia władzy, zmiany klimatyczne, kolonializm, chirurgię plastyczną, AI, sukces i porażkę pisarską, rewolucję, propagandę, autorstwo i współpracę, zawłaszczenie kulturowe, rasizm, przystosowanie, technologię, ageizm oraz płeć kulturową. Dlatego właśnie _Atlas chmur_ wydaje się powieścią bardzo nowoczesną, a jednocześnie taką, o której właściwie nie sposób pisać. Okażmy współczucie powieściopisarce, która ma ułożyć przedmowę do _Atlasu chmur_!⁸ Najbardziej uczciwe opisanie _Atlasu chmur_ wymagałoby pewnie sześciu różnych przedmów, z których każda byłaby dolnym przypisem do poprzedniej. David Mitchell ze swojej strony powiedział, że to powieść „o drapieżności i drapieżnictwie” i „o jednostkach żerujących na grupach”, i choć trudno temu zaprzeczyć, nie sądzę, by właśnie dlatego ludzie umawiali się na tatuaż.
Wróćmy na chwilę do naszego początkującego pisarza, który niezręcznie porównał swoją powieść do _Atlasu chmur_. Czasem sama nim byłam, przynajmniej we własnej głowie, i myślę, że dlatego mogę się wypowiedzieć w naszym imieniu. Nie porównujemy się do _Atlasu chmur_, bo uważamy, że napisaliśmy _Atlas chmur_. Ale dlatego, że David Mitchell jest takim pisarzem, jakim chcemy być, a _Atlas_ taką książką, jaką chcemy napisać. _Atlas chmur_ jest przykładem możliwości literatury pięknej – tego, że istnieją nowe historie i nowe sposoby ich opowiadania, że te nowe historie znajdą swoich czytelników, jeśli tylko uda nam się być genialnymi jak David Mitchell. _Atlas chmur_ jest nieprosty i autorefleksyjny, ale jest również pełen nadziei i miłości. To powieść o nieoczekiwanych sposobach, w jakie jesteśmy ze sobą powiązani, a jednocześnie pozbawiona złudzeń o ludzkiej naturze. Jest zachwycająco pomysłowa _za każdym razem, gdy ją czytam_⁹. To książka, która właściwie nie powinna działać. Sprawia, że pisarz pisze powieści, które też teoretycznie nie powinny działać. Sama nieustannie się do niej odwołuję, podobnie jak wielu innych pisarzy¹⁰. Dla tych z nas, którzy próbują się wyrwać z martwych pustkowi literatury, _Atlas chmur_ jest naszą Antyfoną Sonmi.
_Gabrielle Zevin_
Listopad 2023_Château Zedelghem Neerbeke West Vlaanderen 29 – vi – 1931_
Sixsmith,
śniłem, że stałem w sklepie z porcelaną, tak zastawionym od podłogi aż hen, wysoko pod sufit półkami pełnymi porcelanowych antyków, że lada ruch mięśniem zrzuciłby kilka z nich i roztrzaskał. I właśnie tak się stało, ale zamiast łoskotu rozległo się dostojne współbrzmienie wiolonczeli i czelesty w tonacji D-dur (?), trzymane przez cztery takty. Przegubem strąciłem z postumentu wazę z epoki Ming – Es-dur, cała sekcja smyczkowa, wspaniała, rozsadzająca umysł, aniołowie łkali. Tym razem, dla uzyskania następnej nuty, z rozmysłem roztrzaskałem figurkę wołu, potem dojareczki, potem „Sobotniego Dziecięcia” – orgia szrapneli wypełniła przestrzeń, boskie harmonie w mej głowie. Och, co za muzyka! Mignął mi ojciec obliczający wartość rozbitych przedmiotów, błyskała stalówka, ale nie mogłem dopuścić, by muzyka ucichła. Wiedziałem, że stałbym się największym kompozytorem stulecia, gdybym tylko potrafił tą muzyką zawładnąć. Ogromny „Śmiejący się Kawaler” ciśnięty o ścianę uwolnił dudniącą baterię bębnów.
Obudziłem się w apartamencie w Imperial Western, poborcy Tama Brewera prawie rozwalali mi drzwi i na korytarzu trwało okrutne zamieszanie. Nawet nie poczekali, aż się ogolę – niebywałe prostaki z tych zbirów. Nie miałem wyboru, jak tylko szybko wydostać się na zewnątrz przez okno w łazience, nim cały ten rozgardiasz sprowadzi kierownika, który odkryje, że młody dżentelmen z numeru 237 nie ma środków na uregulowanie pokaźnych już zaległości. Ucieczka nie odbyła się bez komplikacji, przykro rzec. Rynna oderwała się od uchwytów z dźwiękiem gwałconych skrzypiec i twój druh, wywinąwszy koziołka, runął w dół. Na prawym pośladku jeden wielki siniak. Cudem jakimś nie zgruchotałem kręgosłupa i nie nabiłem się na balustradę. Wyciągnij z tego naukę, Sixsmith. Gdyś niewypłacalny, miej ze sobą jak najmniej rzeczy i walizę wystarczająco solidną, by rzucić ją na londyński chodnik z okna pierwszego czy drugiego piętra. Nie bierz pokoju wyżej.
Zaszyłem się w herbaciarni wciśniętej w czarny od sadzy zakamarek Victoria Station, próbując transkrybować muzykę ze sklepu z porcelaną ze snów – nie mogłem wyjść poza nędzne dwa takty. Oddałbym się w łapy Tama Brewera, byleby tę muzykę odzyskać. Czuję się podle. Robociarskie typy otaczały mnie z ich śmierdzącymi oddechami, papuzimi głosami i niczym nieuzasadnionym optymizmem. Twardo na ziemię sprowadza myśl, jak jedna przeklęta noc bakarata może tak nieodwołalnie zmienić status społeczny człowieka. Ci sklepikarze, szoferzy i straganiarze mieli więcej półkoronówek i miedziaków zachomikowanych w zatęchłych materacach w Stepney, niż mogę powiedzieć o sobie, Synu Duchownej Grubej Ryby. Miałem widok na uliczkę – ponurzy kopiści pędzili jak trzydziestki dwójki w _allegro_ Beethovena. Czy obawiałem się ich? Nie, boję się być jednym z nich. Cóż warte wykształcenie, wychowanie i talent, jak się jest gołodupcem?
A jednak nadal nie mogę uwierzyć. Ja, Człek Caiusa¹⁹, balansuję na skraju ubóstwa. Przyzwoite hotele nie pozwalają mi teraz zadeptywać swoich holów. Nieprzyzwoite żądają z góry gotówki. Nie mam już dostępu do żadnego szanowanego stolika do kart po tej stronie Pirenejów. W każdym razie podsumowałem, jaki mam wybór:
(i) Użyć mizernych funduszy na wynajem brudnego pokoju w jakiej kwaterze, wybłagać parę gwinei u Wuja Cecyla Ltd., uczyć afektowane panienki grać gamy i starym pannom szlifować technikę. Daj spokój. Jeśli potrafiłbym udawać uprzejmość wobec cymbałów, dalej podcierałbym tyłek profesorowi Mackerrasowi razem z innymi magistrantami. Nie, zanim to nawet głośno powiesz, nie mogę biec z powrotem do Ojczulka z jeszcze jednym _cri de cœur_. Potwierdziłoby to każde zatrute słowo, które o mnie wyrzekł. Raczej skoczę z mostu Waterloo i dam się sponiewierać Starej Matce Tamizie. Słowo.
(ii) Odnaleźć ludzi z Caiusa, podlizać im się i wprosić na letnie wczasy. Problematyczne, z tych samych przyczyn, co (i). Jak długo dałbym radę ukrywać wychudzony pugilares? Jak długo potrafiłbym unikać szponów ich litości?
(iii) Mógłbym odwiedzić bukmachera – ale jeśli przegram?
Przypomnisz mi pewnie, że sam się o to prosiłem, Sixsmith, ale daruj sobie swoją zadrę klasy średniej i jeszcze trochę trzymaj moją stronę. Przez całą długość zatłoczonego peronu zawiadowca ogłaszał, że pociąg do Dover na statek do Ostendy ma trzydzieści minut opóźnienia. Zawiadowca był jak krupier, wzywał mnie, by podwoić stawkę albo wyjść z gry. Jeśli zamrzeć w bezruchu, siedzieć cicho i słuchać – świat sam przesieje dla człowieka jego własne pomysły, szczególnie na brudnym dworcu w Londynie. Jednym haustem dopiłem mydlaną herbatę i udałem się przez halę dworcową do kasy po bilet. Powrotny do Ostendy był zbyt drogi – w tak opłakany stan popadłem. Wsiadłem do wagonu w chwili, gdy gwizd lokomotywy wyrzucił gwałtownym wybuchem rój Furii na pikolo. W końcu ruszyliśmy.
Wyjawić teraz trzeba mój plan, do którego natchnął mnie pewien tekst w „Timesie” i długi pijacki sen w apartamencie w Savoyu. W Belgii, na prowincji, na południe od Brugii, mieszka z dala od ludzi pewien angielski kompozytor nazwiskiem Vyvyan Ayrs. Nie słyszałeś o nim, boś muzyczny prostak, lecz jest on jednym z wielkich. Jedyny Brytyjczyk swego pokolenia, który odrzucił patos, pompę i rustykalny wdzięk. Przez chorobę nie stworzył niczego nowego od wczesnych lat dwudziestych – jest na pół ślepy i ledwo trzyma pióro – ale recenzja jego _Secular Magnificat_ w „Timesie” (wykonanego w zeszłym tygodniu w St. Martin’s) wspominała też o całej szufladzie niedokończonych dzieł. Wymyśliłem, że pojadę do Belgii, przekonam Vyvyana Ayrsa, że powinien mnie zatrudnić jako osobistego sekretarza, przyjmę jego propozycję pobierania od niego lekcji, wystrzelę na muzyczny firmament, zdobędę sławę i fortunę współmierną do mych talentów i zmuszę Ojczulka do przyznania, że owszem, syn, którego wydziedziczył, to _ten_ Robert Frobisher, najgenialniejszy brytyjski kompozytor swych czasów.
A czemu by nie? Nie miałem lepszego planu. Wiem, jęczysz i z niedowierzaniem potrząsasz głową, Sixsmith, ale i uśmiechasz się – i dlatego cię kocham. Droga do La Manche bez większych wydarzeń, rakowate przedmieścia, monotonne pola i pastwiska, brudne Sussex. Dover to czysta groza obstawiona bolszewikami, sławione w wierszach klify mają w sobie tyle romantyzmu, co moja dupa, i nawet kolor podobny. Zmieniłem w porcie ostatnie szylingi na franki i wykupiłem kabinę na „Królowej Kentu”, przerdzewiałej łajbie, która wygląda, jakby pamiętała jeszcze wojnę krymską. Ze stewardem o twarzy jak ziemniak nie zgodziliśmy się co do tego, czy jego bordowy uniform i anemiczna broda zasługują na napiwek. Prychnął na moją walizkę i teczkę z rękopisem.
– Rozsądnie z pana strony podróżować bez bagażu, sir. – I zostawił mnie, żebym sobie radził sam. I bardzo dobrze.
Na kolację były rozgotowane ziemniaki, kurczak z balsowego drewna i skundlony klaret. Stół dzielił ze mną pan Victor Bryant, król sztućców z Sheffield. O muzyce nie miał najmniejszego pojęcia. Objaśniał mnie w fascynującej dziedzinie łyżek przez większość posiłku, błędnie biorąc uprzejmość za zainteresowanie, i z miejsca zaproponował mi pracę w swym dziale sprzedaży! Uwierzysz? Podziękowałem (ze śmiertelnie poważną miną) i wyznałem, że prędzej bym połykał łyżki, niż je sprzedawał. Trzykrotny potężny ryk syreny, silniki zmieniły ton, poczułem, jak statek odbija od nabrzeża, wyszedłem na pokład popatrzeć, jak Albion znika w mrocznej mżawce. Nie było już powrotu; wyraźnie dotarły do mnie konsekwencje tego, co zrobiłem. R.V.W. dyrygował Orkiestrą Umysłu grającą Symfonię Morską, „_Odpłyń, steruj jedynie na głębokie wody, bez troski, ma duszo, badając, ja z tobą, ty ze mną”_²⁰. (Nie przepadam za tym dziełem, ale genialnie się wpisywało w nastrój). Na Morzu Północnym wiało i cały się trząsłem, woda obryzgiwała mnie od stóp do głów. Lśniąca, czarna toń zapraszała, bym skoczył. Nic sobie z tego nie robiłem. Poszedłem spać wcześnie, przekartkowałem _Kontrapunkty_ Noyesa, wsłuchałem się w dalekie dźwięki orkiestry dętej z maszynowni i szybko skreśliłem powtarzający się pasaż na puzon, oparty na rytmach statku, ale raczej nic wielkiego, a potem… Zgadnij, kto zapukał do drzwi? Kartoflowaty steward po wachcie. Dostał ode mnie znacznie więcej niż napiwek. Żaden Adonis z niego, kościsty, ale pełen inwencji, jak na przedstawiciela swojej klasy. Wygoniłem go potem i zapadłem w głęboki sen sprawiedliwych. Jakaś część mnie pragnęła, żeby ta podróż nie miała końca.
Ale jednak miała. „Królowa Kentu” wślizgnęła się przez mętne wody w nierówne zęby bliźniaczej siostry Dover, Ostendy, Panny Lekkich Obyczajów. Bardzo wczesnym rankiem chrapanie Europy rozlegało się pomrukiem niższym niż tuba basowa. Ujrzałem pierwszych miejscowych Belgów, ciągnących skrzynie, kłócących się i myślących po flamandzku, holendersku czy jakiemu tam. Pędem spakowałem walizę, w obawie, by statek nie odpłynął z powrotem do Anglii ze mną na pokładzie; czy też raczej w obawie, by samemu do tego nie dopuścić. Chwyciłem parę owoców z misy w kuchni pierwszej klasy i zbiegłem po trapie, zanim ktokolwiek z galonami na mundurze mógłby mnie dopaść. Postawiłem stopę na kontynentalnym bruku i zapytałem celnika o dworzec kolejowy. Wskazał zgrzytający tramwaj, pełen niedożywionych robotników, krzywicy i nędzy. Wolałem już _per pedes_, nawet mimo mżawki. Szedłem wzdłuż torów tramwajowych przez trumienne ulice. Ostenda cała jest w szarościach tapioki i plamistych brązach. Pomyślałem, przyznam, że Belgia to był dość głupi wybór na ucieczkę. Kupiłem bilet do Brugii i usadowiłem się w następnym pociągu – nie było peronu, uwierzysz? – rozwalającym się i pustym. Przesiadłem się do innego przedziału, bo w moim był nieprzyjemny zapach, ale we wszystkich unosił się jakiś smród. Żeby oczyścić powietrze, wypaliłem papierosy wyżebrane od Victora Bryanta. Gwizdek zawiadowcy rozległ się o właściwym czasie, lokomotywa wytężyła się jak artretyczny sufragan stękający na nocniku i zmusiła do ruchu. Niedługo potem, wypuszczając kłęby pary, mknęła przez zamglony krajobraz pełen zaniedbanych wałów ochronnych i wypalonych przez wojenne pociski zagajników.
Jeśli mój plan się powiedzie, Sixsmith, już niedługo może przyjedziesz do Brugii. Zjawisz się wtedy o szóstej rano, w porze jak z _gnossienne_. Zagubisz się pośród dotkniętych krzywicą ulic, ślepych kanałów, bram z kutego żelaza, bezludnych podwórek – mogę dalej? dziękuję – pośród nieufnych gotyckich żółwich skorup, dachów, wznoszących się jak Ararat, omszałych ceglanych wież, średniowiecznych nawisów, prania zwisającego z okien, wirów brukowej kostki wciągających wzrok, zegarowych królewiczów i wyszczerbionych królewien wybijających godziny, czarnych od sadzy gołębi i trzech czy czterech oktaw dzwonów, jednych spokojnych, innych żywych.
Zapach świeżego chleba zawiódł mnie do piekarni, gdzie kobieta o zdeformowanej twarzy bez nosa sprzedała mi tuzin słodkich rogalików. Chciałem tylko jeden, ale pomyślałem, że ma wystarczająco dużo problemów. Wóz ze starzyzną wyłonił się z turkotem z mgły, a bezzębny woźnica przyjaźnie do mnie zagadał, lecz mogłem odpowiedzieć jedynie: „_Excusez-moi, je ne parle pas le Flamand_” – na co on roześmiał się jak Król Goblinów. Dałem mu rogalika. Miał brudną rękę, pokryty parchem szpon. W uboższej dzielnicy (uliczki śmierdziały ściekami) dzieciaki pomagały matkom przy pompach, napełniając popękane dzbanki brunatną wodą. W końcu dopadła mnie cała ta gorączka, usiadłem na schodach konającego wiatraka, żeby złapać oddech, otuliłem się przed wilgocią i zapadłem w sen.
Następne, co pamiętam, to to, że jakaś wiedźma trąca mnie kijem miotły i skrzeczy coś jak: „_Zie gie doad misschien?_”– tylko mnie nie cytuj.
Błękitne niebo, ciepłe słońce, nigdzie nawet jednej smużki mgły. Zmartwychwstały, zamrugałem i poczęstowałem ją rogalikiem. Przyjęła go nieufnie, schowała do fartucha na później i wróciła do zamiatania, mrucząc pradawną śpiewkę. Miałem szczęście, że mnie nie okradziono. Podzieliłem się kolejnym rogalikiem z pięcioma tysiącami gołębi, ku zazdrości żebraka, więc jemu też musiałem dać jeden. Poszedłem z powrotem tą samą drogą, którą chyba przyszedłem. W dziwnym, pięciokątnym oknie blada służąca układała fiołki w wazonie z rżniętego szkła. Dziewczęta fascynują w inny sposób. Spróbuj ich kiedyś. Zastukałem w szybę i zapytałem po francusku, czy nie uratowałaby mi życia, zakochując się we mnie. Pokręciła głową, ale obdarzyła mnie rozbawionym uśmiechem. Zapytałem, gdzie mogę znaleźć posterunek policji. Wskazała skrzyżowanie.
Człowiek rozpozna drugiego muzyka w każdym towarzystwie, nawet wśród policjantów. Ma najbardziej szalone spojrzenie, włosy w największym nieładzie i jest albo wygłodniale kościsty, albo jowialnie przy kości. Ten francuskojęzyczny inspektor, grający na rożku angielskim w miejscowym towarzystwie operowym, słyszał o Vyvyanie Ayrsie i uprzejmie naszkicował mi mapę drogi do Neerbeke. Za informację zapłaciłem mu dwa rogale. Zapytał, czy przez La Manche przewiozłem także brytyjski samochód – jego syn pasjonował się Austinami. Powiedziałem, że nie mam samochodu. To go zaniepokoiło. Jak dostanę się do Neerbeke? Nie jeździ tam żaden autobus, nie ma linii kolejowej, a dwadzieścia pięć mil to upiornie długa przechadzka. Zapytałem, czy mogę pożyczyć na czas nieokreślony jego policyjny rower. Odrzekł, że to niecodzienna prośba. Zapewniłem go, że sam jestem niecodzienny, i wyjaśniłem mu w skrócie charakter mej misji do Ayrsa, najsłynniejszego adoptowanego syna Belgii (musi ich być tak niewielu, że może to nawet być prawda), w służbie europejskiej muzyki. Powtórzyłem prośbę. Nieprawdopodobna prawda służy czasem człowiekowi lepiej niż prawdopodobna fikcja, i właśnie teraz tak było. Uczciwy sierżant wziął mnie do składziku, gdzie zagubione rzeczy oczekują swych prawowitych właścicieli przez kilka miesięcy (zanim trafią na czarny rynek) – lecz najpierw chciał usłyszeć moją opinię o jego barytonie. Uraczył mnie eksplozją „_Recitar!… Vesti la giubba!_” z _I Pagliacci_. (Głos dość przyjemny w dolnych rejestrach, ale powinien jeszcze popracować nad oddechem, a jego _vibrato_ drżało jak zakulisowa blacha do robienia grzmotów). Dałem mu kilka muzycznych wskazówek; otrzymałem pożyczkę w postaci wiktoriańskiego Enfielda plus sznur do przywiązania walizy i teczki do siodełka, a także tylny błotnik. Życzył mi _bon voyage_ i dobrej pogody.
Adrian nigdy nie maszerował drogą, którą wyjechałem na rowerze z Brugii (zbyt głęboko na terytorium Hunów), niemniej czułem pokrewieństwo z mym bratem, oddychając tym samym powietrzem na tej samej ziemi. Nizina jest płaska jak Fens, ale zaniedbana. Po drodze posiliłem się ostatnimi rogalikami i w pobliżu podupadłych chat zatrzymałem się na parę łyków wody. Nikt nie mówił zbyt wiele, ale nikt nie powiedział „Nie”. Przez wiatr w twarz i spadający wciąż łańcuch popołudnie chyliło się już ku wieczorowi, nim w końcu dotarłem do Neerbeke, wioski, w pobliżu której mieszkał Ayrs. Milczący kowal pokazał mi, jak dostać się do Château Zedelghem, rozpracowując moją mapę ogryzkiem ołówka. Ścieżka porośnięta pośrodku dzwonkami i kwiatami lnicy zaprowadziła mnie obok opuszczonej stróżówki do niegdyś imponującej alei wiekowych topoli włoskich.
Zedelghem jest bardziej okazałe niż nasze probostwo; kilka rozpadających się wieżyczek zdobi zachodnie skrzydło, lecz nie dorastają do Audley End czy wiejskiej siedziby Capon-Tenchów. Wypatrzyłem dziewczynę na koniu na niskim wzgórzu, zwieńczonym rozłupanym bukiem. Minąłem ogrodnika rozrzucającego sadzę przeciw ślimakom w ogródku warzywnym. Na frontowym dziedzińcu nadmiernie umięśniony kamerdyner czyścił silnik Cowleya. Gdy dostrzegł, że się zbliżam, wstał i czekał na mnie. Na tarasie, na skraju tego fryzu, pod kipiącą kwieciem glicynią, siedział człowiek na wózku inwalidzkim i słuchał radia. Vyvyan Ayrs, jak mniemam. Łatwiejsza część mego marzenia właśnie się urzeczywistniła.
Oparłem rower o ścianę, powiedziałem kamerdynerowi, że mam sprawę z jego panem. Był dość uprzejmy i zaprowadził mnie na taras do Ayrsa oraz zaanonsował moje przybycie po niemiecku. Ayrs to ledwie cień człowieka, jakby choroba wyssała z niego wszystkie żywotne soki, ale zatrzymałem się i ukląkłem na żużlowej alejce, jak sir Persival przed królem Arturem. Nasza uwertura miała przebieg mniej więcej następujący:
– Dzień dobry panu.
– A pan kto, u diabła?
– To ogromny zaszczyt…
– Pytam: kim pan, u diabła, jest?
– Robert Frobisher, sir, z Saffron Walden. Jestem – byłem – studentem sir Trevora Mackerrasa w Caius College i przyjechałem aż z Londynu, żeby…
– Aż z Londynu rowerem?
– Nie. Pożyczyłem rower od policjanta w Brugii.
– Hmm. – Pełna namysłu przerwa. – Musiał pan jechać wiele godzin.
– Było ciężko, lecz jakże wspaniale. Jak u pielgrzymów wspinających się pod górę na kolanach.
– Co to znowu za brednie?
– Chciałem udowodnić, że ubiegam się na serio.
– Serio ubiega się pan o co?
– O posadę pańskiego osobistego sekretarza.
– Oszalał pan?
To pytanie zawsze jest bardziej podstępne, niż się wydaje.
– Raczej nie.
– Ja nie dawałem ogłoszenia o potrzebie sekretarza!
– Wiem, sir, ale pan go potrzebuje, nawet jeśli jeszcze pan o tym nie wie. Artykuł w „Timesie” głosił, że nie jest pan w stanie komponować nowych dzieł z powodu choroby. Nie mogę dopuścić, by pańska muzyka przepadła. Jest stanowczo zbyt cenna. Przyjechałem zatem, by oferować panu swe usługi.
Cóż, nie przegonił mnie.
– Mówił pan, że jak się nazywa?
Powtórzyłem.
– Jeden z młodych talentów Mackerrasa?
– Szczerze mówiąc, sir, był mi niechętny.
Jak już sam przekonałeś się na własnej skórze, potrafię być intrygujący, gdy się postaram.
– Tak? A dlaczegóż to?
– W uczelnianym periodyku napisałem, że jego 6. Concerto na flet – odchrząknąłem – niewolniczo naśladuje Saint-Saënsa z jego najbardziej kwiecistego okresu przed dojrzewaniem płciowym. Odebrał to osobiście.
– Napisałeś tak pan o Mackerrasie? – Ayrs sapał, jakby mu kto piłował żebra. – Ja myślę, że odebrał to osobiście.
Część następna jest krótka. Kamerdyner wprowadził mnie do salonu z dekoracjami w kolorze bladozielonym, nieciekawym Farquhardem z owcami i stogami zżętego zboża i dość kiepskim holenderskim pejzażem. Ayrs wezwał swoją żonę, panią van Outryve de Crommelynck. Zachowała panieńskie nazwisko – a przy takim nazwisku, któżby miał jej to za złe? Pani domu była chłodno uprzejma i spytała, czym się do tej pory zajmowałem. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, choć skryłem wyrzucenie z Caiusa pod płaszczykiem tajemniczej choroby. Słowem nie pisnąłem o mych obecnych finansowych tarapatach – im większe, tym ofiarodawcy bardziej niechętni. Oczarowałem ich dostatecznie. Ustalono, że mogę zostać w Zedelghem przynajmniej na tę noc. Ayrs miał rano sprawdzić moje muzyczne talenta i wtedy podjąć decyzję co do mojej propozycji.
Ayrs nie pojawił się jednak na kolacji. Moje przybycie zbiegło się z początkiem nawiedzającego go co dwa tygodnie ataku migreny, podczas którego nie wychodzi ze swoich pokojów przez cały dzień czy dwa. Moje przesłuchanie jest przesunięte, aż się lepiej poczuje, więc los mój nadal wisi na włosku. Z rzeczy milszych – Piesporter i homar _à l’américaine_ dorównywały wszystkiemu z kuchni Imperialu. Zachęciłem gospodynię do rozmowy – myślę, że pochlebiało jej, ile wiedziałem o jej słynnym mężu, i wyczuła moją niekłamaną miłość do muzyki. O, jedliśmy także z córką Ayrsa, młodą amazonką, którą krótko widziałem wcześniej. Mlle Ayrs to rozmiłowane w koniach stworzenie lat siedemnastu, które po mamie odziedziczyło zadarty nos. Nie mogłem wydobyć z niej jednego uprzejmego słowa przez cały wieczór. Czy może widziała we mnie podejrzanego naciągacza, który ostatnio nie ma szczęścia i który zjawił się, żeby zwabić jej chorego ojca we wspaniałą, pogodną starość, do której ona nie będzie miała wstępu i nikt jej tam nie zaprosi?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Jak również powieści, które powstały później. „New York Magazine” opublikował kiedyś skomplikowany, oznaczony różnymi kolorami diagram o Powiązanym Uniwersum Davida Mitchella, by pomóc czytelnikom się w nim orientować.
2. W eseju z 2019 r. w „Guardianie”, z okazji umieszczenia _Atlasu chmur_ na liście najlepszych książek stulecia według tej gazety, David Mitchell kompiluje własny spis odniesień: „Upodobanie do Hermana Melville’a i opowieści morskich; historia Fredericka Deliusa i jego sekretarza, Erica Fenby’ego; kalifornijski czarny kryminał; studium historii ludzkości _Strzelby, zarazki i stal_ autorstwa Jareda Diamonda; wyprawy na wyspy Chatham na chłodnym południowym Pacyfiku, do Seulu i Busan w Korei Południowej oraz na Hawaje; powieść Russella Hobana _Riddley Walker_; ciekawość dotycząca zmienności języka na przestrzeni wieków; poczucie alienacji, gdy mieszkałem samotnie w bloku w Hiroszimie; konieczność poruszania się w obcym społeczeństwie bez odpowiedniej znajomości języka; bycie nieznanym brytyjskim pisarzem podczas mojej pierwszej i drugiej trasy promocyjnej po Stanach Zjednoczonych, gdy miałem czas na włóczęgi po San Francisco, Seattle i Nowym Jorku; rosyjska dystopia Jewgienija Zamiatina _My_”.
3. David Mitchell opisał swoją strategię jako „ dystansu czasowego poprzez zmianę języka”.
4. Chciałabym być Robertem Frobisherem, który, jak owa czytelniczka, ma tylko pół dziennika Adama Ewinga. Jeśli powieść ta, czytelniczko, jest ci nieznana, zachęcam, byś zapomniała o wszystkim, co tutaj przeczytałaś.
5. Doceniam skrupulatność badacza naukowego, który odkrył, że istnieją niespójności między pierwszym wydaniem brytyjskim a pierwszym wydaniem amerykańskim. Czytelnicy _Atlasu Chmur_ nie tracą zbyt wiele.
6. Poświęćmy chwilę nieco kontrowersyjnej filmowej adaptacji _Atlasu chmur_, przyjętej przez krytykę z mieszanymi reakcjami. Akcja rozgrywa się w wielu krajach, film ma trójkę reżyserów, prosi aktorów o to, czego zazwyczaj się od nich nie oczekuje, wymaga od widza rozumienia pojęć rasy, czasu i płci kulturowej. Ekranizacja oddaje polifoniczną naturę _Atlasu chmur_, ale robi to w ramach struktury właściwej dla filmu. Jest też bardzo romantyczna. Ani razu nie udało mi się jej obejrzeć i nie płakać.
7. Nie jestem zadowolona, że najczęściej ze wszystkich bohaterów _Atlasu chmur_ cytuję Timothy’ego Cavendisha, ale jest wydawcą literackim i dlatego jego refleksje często się przydają przy układaniu przedmowy!
8. To znaczy mnie. Oto skrócona wersja mojej przedmowy: _Atlas chmur_ jest doskonały.
9. David Mitchell, poproszony o ponową lekturę _Jeśli zimową nocą podróżny_, napisał: „Obojętnie jak zachwycająco pomysłowa jest książka, jest zachwycająco pomysłowa tylko raz”. Ja uważam, że „zachwycająco pomysłowa” powieść czasem odsłania się przy kolejnych czytaniach. Za każdym razem, gdy czytam _Atlas chmur_, wynoszę coś nowego. Z ostatniej lektury: chronologiczny koniec książki jest w jej fizycznym środku, przy zakończeniu „Brodu Slooshy i wszystkiego, co potem”. Uderzył mnie też ostateczny chronologicznie obraz: dzieci oglądają Sonmi w starej antyfonie, przypominającej w kształcie Tamagotchi, holograficzny iPhone. Dzieci, które wpatrują się w ekran, gdy świat się kończy, to proroczy obraz. Zostawiam go wam do interpretacji.
10. Znakiem wybitnej powieści jest to, jak często bywa naśladowana, a istnieje wiele książek, które powstały jakby z cienia _Atlasu chmur_. Unikam słowa „wtórnych”. Rozpoznacie je, gdy wpadną wam w ręce: polifoniczne opowieści, których akcja rozgrywa się na przestrzeni wielu wieków, połączone cyklem narracyjnym. Sama bez trudu wymienię kilkanaście.
11. Zob. Herman Melville, „Encantadas czyli wyspy zaczarowane”, w: _Weranda i inne prawdziwe opowieści_, przeł. K. Korwin-Mikke, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980.
12. Łk 8, 24, Biblia w przekładzie ks. Jakuba Wujka.
13. Księga Psalmów, _ibid._
14. Psalm 80, 7, _ibid_.
15. _Ojciec nigdy mi o dendroglifach nie wspomniał i dowiedziałem się o nich jedynie w sposób w Introdukcji opisany. Teraz, gdy rasa Moriori z wyspy Chatham krawędź przekroczyła już zagłady, mniemam, że zdrada ich już nie dotyka. – J.E._
16. Gruźlica węzłów chłonnych (przyp. tłum.).
17. Las Encantadas (Zaczarowane Wyspy) – historyczna hiszpańska nazwa Wysp Galapagos (przyp. tłum.).
18. Aluzja do Poloniusza podsłuchującego za arrasem w _Hamlecie_ Szekspira (przyp. tłum.).
19. Caius College – jeden z college’ów uniwersytetu w Cambridge (przyp. tłum.)
20. Walt Whitman, „Podróż do Indii”, tłum. S. Vincenz, „Źdźbła traw” w _Poezjach Wybranych_, PIW 1966.