Bezczelny Anglik - ebook
William Wood, zaraz po swoim ojcu, jest najbardziej cenionym maklerem giełdowym w Anglii, a być może i w całej Europie. To mężczyzna bogaty, bezkompromisowy, zawsze dostaje to, czego chce. A teraz pragnie jej – zwykłej dziewczyny, która przyleciała do pracy z Polski. Amelia stroni od wchodzenia w jakiekolwiek związki. A już na pewno nie z zabójczo przystojnym członkiem londyńskiej elity. Nie przeraża jej majętność Willa, wręcz z niej kpi. Uważa jednak, że ktoś rzucił na nią klątwę, i nie chce obciążać nią jedynego dziedzica fortuny Woodów. Uderzenie kremowym ciastem w twarz, wspólny upadek ze schodów czy ugaszenie pożaru na jej głowie sprawiają, że wpadki Amelii działają na Willa jak magnes. Czy londyński arystokrata i pechowa polska kelnerka mogą być razem pomimo wyraźnych protestów matki i żyć bezpiecznie? A może to właśnie Will okaże się antidotum na niefortunne potknięcia Amelii? Czas poznać losy kolejnego księcia z londyńskiego establishmentu. UWAGA: Bezczelny Anglik to druga powieść z cyklu Bogaci Brytyjczycy. Każda część to odrębna, zamknięta historia i można je czytać samodzielnie. W skład cyklu Bogaci Brytyjczycy wchodzą: Arogancki Anglik Bezczelny Anglik
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8290-944-9 |
| Rozmiar pliku: | 945 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Amelia
– Musisz nam pomóc, Mel – powiedziała moja przyjaciółka Ashley, gdy tylko odebrałam telefon.
– Jesteś pewna? Ostatnim razem, kiedy podałam burmistrzowi sałatkę z orzechami, na które był uczulony, twoja mama powiedziała, że nie chce mnie więcej widzieć – odparłam.
Rodzice Ashley prowadzili dosyć ekskluzywną firmę cateringową i z reguły obstawiali imprezy największych londyńskich szych, elit czy innej socjety. Zarówno nowobogackich, jak i tych old money.
– Nie, tak mówiła na jakiejś imprezie za miastem. Z burmistrzem pojechała ci tylko po premii. – Zamyśliła się na chwilę. – Tak powiedziała ci chyba wówczas, gdy nadepnęłaś na suknię tej piosenkarki, Cynthii.
– Nie, wtedy ta piosenkarka stanęła w mojej obronie, mówiąc, że podarła ją już wcześniej na schodach. Może to było, kiedy popchnęłam tę drugą młodą piosenkareczkę?
– To ta nowobogacka gówniara wpadła na ciebie. I zrobiła aferę. Nikt jej nie lubi w towarzystwie. Tak zachłysnęła się sławą i bogactwem, że jeszcze trochę i się tym udusi.
– Ale to ja dostałam opierdol, że powinnam bardziej uważać. I pewnie słusznie. Znasz mnie przecież. Wszystko, co pechowe, to ja.
– Wiem! – krzyknęła, jakby ją oświeciło. – To było, kiedy pomyliłaś wydawkę i o mały włos dzieciaki nie dostały ciasta z alkoholem.
– Niee. Wtedy skończyło się na reprymendzie. To było chyba wówczas, gdy otwierałam czerwone wino i oblałam białą koszulę jakiegoś biznesmena. Niby to on wlazł na zaplecze, ale i tak to mnie się oberwało.
– Albo szampana i oblałaś siebie, a gość dostał korkiem w czoło.
– W czoło to dostał jakiś minister na sylwestrze. W tamtym przypadku gdy sama siebie oblałam, to ktoś zarobił korkiem w brzuch i to było późną wiosną. To pamiętam, bo jego syn strasznie się wkurzył. Myślał, że ojciec dostał zawału. Chłopak miał charakterystyczne jasne włosy, w moim kraju mówimy na to świński blond. Kojarzysz? Śmiałyśmy się, że wygląda jak Ken od Barbie.
– Tak! Alexander Harris – przypomniała sobie, albo bardziej mi. – Miałaś szczęście, bo to najlepsi adwokaci w kraju. – Zaśmiała się. – Alex w zasadzie już w głowie przygotowywał pozew, ale kiedy tobie wymsknęło się „ kurwa” i „przepraszam” w ojczystym języku, obaj zmiękli, mówiąc, że mają słabość do Polek. – Zatrzymała swój słowotok, żeby wziąć oddech. – Nieważne. Chodzi o to, że trzy kelnerki nam wypadły, a w sobotę mamy bankiet. Musisz nam pomóc.
– I serio nie macie nikogo, skoro twoja mama pozwoliła, żebyś znowu ściągnęła mnie?
– Serio. Laski się czymś zatruły.
O cholera. Przedwczoraj robiłyśmy imprezę i zrobiłam sałatkę. Byłyśmy w pięć i tylko ja i Ashley nie zdążyłyśmy jej spróbować. Czy powinnam jej o tym przypomnieć?
– Mamy nóż na gardle – kontynuowała. – Poza tym dałam jej słowo, że cię dopilnuję i tym razem nic nie odwalisz. – Zaśmiała się.
– Wiesz, że bardzo ryzykujesz?
– Oj tam. Nie będzie tak źle. Powiedz, że masz wolne w sobotę?
– Mam – potwierdziłam. – Gdzie i o której mam być?
– Dzięki. Zaraz wszystko ci wyślę. Podjadę po ciebie o jedenastej i pojedziemy razem, jak za dawnych lat.
– To twoje „za dawnych lat” było nie dawniej niż kilka tygodni temu. – Też się roześmiałam.
– Wiem, ale to fajnie brzmi. Na razie.
– Pa.
Ashley poznałam przypadkiem. Na dwudzieste pierwsze urodziny postanowiłam zrobić sobie prezent i polecieć do kuzynki do Anglii na tydzień.
Nie wiem, jakim cudem pomyliłam dziewiątkę z szóstką i kupiłam bilet na lot trzy dni wcześniej. Okazało się, że kuzynka jest na domówce prawie sto kilometrów – czy jak to oni mówią: około sześćdziesięciu mil – od Londynu. Na szczęście sąsiadka miała zapasowe klucze do jej mieszkania i mogłam je wziąć.
Niestety, byłam z tych urodzonych pod niekorzystną gwiazdą. Kobieta mieszkająca obok mojej kuzynki wracała z pracy dopiero przed północą. Podjechałam wtedy taksówką na osiedle Moniki i postanowiłam poczekać w parku. Jak już wspominałam, czasami wydawało mi się, że cały pech tego świata kumuluje się centralnie we mnie, bo nagle słoneczko na niebie poszło w pizdu i ni stąd, ni zowąd zaczął lać deszcz.
Niedługo potem dosiadła się do mnie równie przemoknięta, co ja, dziewczyna.
– Cześć – przywitała się. – Miło widzieć, że nie tylko ja mam zły dzień. Jestem Ashley. – Wyciągnęła do mnie rękę.
– Amelia. – Uścisnęłam jej dłoń.
Ona przyglądała mi się dłuższą chwilę.
– Co jest? – zapytałam.
Domyśliłam się, że na mojej twarzy może być widoczne zmęczenie, a deszcz pewnie rozmył mi makijaż, ale żeby od razu patrzeć na mnie jak na coś dziwnego?
– Masz zajebiste oczy. Takie wielkie. Jak jakaś postać z bajki. Są świetne.
– Yyy… dzięki. Chyba – odparłam lekko zmieszana.
– Też ktoś cię rzucił? A może ktoś ci umarł?
– Co? Nie.
– To czemu tak tu siedzisz? Samotnie. Na deszczu.
– Pomyliłam dni i przyleciałam za szybko. Kuzynka wraca dopiero jutro, a jej sąsiadka, która ma dać mi klucze, kończy pracę przed północą.
– Poczekaj. Jak to pomyliłaś dni? – Spojrzała na mnie dziwnie.
Może mnie nie zrozumiała? Nieczęsto mówiłam po angielsku, choć wydawało mi się, że jest on na poziomie komunikatywnym. Nie miałam głowy do przedmiotów ścisłych, ale jakoś nauka angielskiego wchodziła mi gładko. Jakbym już w szkole czuła, że przyda mi się na dłużej.
– Umówiłam się z kuzynką, że przylecę dziewiątego, a bilet na lot kupiłam na szóstego.
– Nie zgadałyście się wcześniej.
– Gadałyśmy – potwierdziłam. – Cały czas o dziewiątym maja. Trzy dni temu dostałam esemes z przypomnieniem o locie, więc spakowałam się i wsiadłam na pokład. Po wylądowaniu zadzwoniłam do Moniki, bo nigdzie jej nie widziałam, a ona odebrała superzdziwiona i powiedziała, że dziś jest szósty.
– O kurde. Nieźle.
– Nie dla mnie. W moim przypadku to normalne. Co chwilę przytrafia mi się coś podobnego. Właśnie usiadłam, żeby poszukać najbliższego baru i tam poczekać. Nie zdążyłam wyjąć komórki, a już byłam przemoknięta. A przecież przed chwilą świeciło słońce – pisnęłam poirytowana.
– Obie jesteśmy mokre. Możemy iść razem, będzie raźniej. Potrzebuję się napić. Też mam zły dzień.
Nic nie mówiąc, schyliłam się do swojej walizki i wygrzebałam półlitrową, szklaną butelkę. Odkręciłam, zrywając banderolę.
– Czyń honory – powiedziałam i podałam Ashley flaszkę.
Przyjęła i upiła łyk.
– Rany! Co to?!
– Polska cytrynówka – odpowiedziałam, przyjmując butelkę. Również się napiłam.
– Mogę jeszcze?
– Jasne. – Ponownie jej podałam. – Na zdrowie.
Dziewczyna wypiła kilka łyków.
– Zostaniesz moją najlepszą przyjaciółką?
– Jestem w pakiecie z pechem. To nierozsądne przyjaźnić się ze mną z własnej, nieprzymuszonej woli – prychnęłam.
– Masz tego więcej? – Wskazała na butelkę.
– Mam.
– Zapijemy twojego pecha, moje rozstanie z facetem, a potem się zaprzyjaźnimy.
Faktycznie zapiłyśmy jej rozstanie i tak zaczęła się nasza przyjaźń. Na zagłuszenie mojego pecha cytrynówka okazała się jednak za słaba. Lokalne alkohole również, mimo że wypiłyśmy ich sporo.
Ja przyjechałam na tydzień na wakacje, a ona załatwiła mi pracę kelnerki w firmie rodziców. Zostałam na miesiąc, potem pojechałam na tydzień do domu, a następnie wróciłam do Londynu już na stałe.
Praca u rodziców Ashley przy obsłudze bankietów to było dorywcze zajęcie, ale moja nowa koleżanka ogarnęła mi też robotę w barze. Nie wiedziałam, dlaczego Timm nadal mnie w nim trzyma. Podejrzewałam, że musi mieć słabość do Ashley, bo tylu kufli i kieliszków, co ja stłukłam, nie zbili chyba wszyscy pozostali pracownicy razem wzięci od początku istnienia pubu. Podobnie było w przypadku liczby pomylonych drinków czy chociażby samych ich składników. Albo urwanie zaworu przy nalewaku. Nieważne. Ważne, że mnie trzymał.
Rodzicom mojej angielskiej koleżanki też po pewnym czasie przechodziła na mnie złość. Jakby oswoili się z moimi wpadkami i – jak już przetrawili ostatnią wtopę – dawali mi kolejną szansę na zarobienie trochę funtów.
I tak już ponad pięć lat.
Na początku mieszkałam z Moniką, ale potem wynajęłam pokój w mieszkaniu ze studentami. Ashley mnie kochała, lecz pod jednym dachem wytrzymała ze mną niecały miesiąc. Mimo wypitych hektolitrów cytrynówki, które kupowałam w polskim sklepie za potrójną wartość, mój pech nie minął, jak na początku wyrokowała moja koleżanka.
Dlaczego nie mogłam mieszkać u niej? Nie pamiętałam, czy zdenerwowałam ją tym, że niechcący zalałam mieszkanie, bo napuszczając wody do wanny, całkiem o niej zapomniałam i zaczęłam sprzątać w słuchawkach z muzyką, a woda zalała pół mieszkania, czy może czara goryczy przelała się wtedy, gdy na domówce, którą zorganizowałyśmy, balon wypadł mi z rąk i wpadł na kanapki z ketchupem, a potem obijał się o świeżo pomalowane ściany. Nie miałam pojęcia, kiedy miarka się przebrała, ale musiałam się od niej wyprowadzić.
Mimo to, a może właśnie dzięki temu, nasza przyjaźń przetrwała. W mieszkaniu studenckim też nie wytrzymałam długo. Na szczęście od trzech lat wynajmowałam mieszkanie z Maggie, która pracowała ze mną w pubie u Timma i której nie przeszkadzał mój pech.