Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Białe Tango - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
2999 pkt
punktów Virtualo

Białe Tango - ebook

Znakomicie skonstruowany thriller z gatunku „zamkniętego kręgu”, w którym odcięta na pełnym morzu grupa ludzi odkrywa, że wśród nich znajduje się morderca.

Siedem dni. Sześć osób. Jeden jacht.

To miał być niezapomniany rejs wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. Tydzień na morzu, pełen słońca i niczym nieograniczonej wolności. Kiedy załoga „Białego Tanga” wchodziła na pokład, nikt z jej członków nie przypuszczał, że już wkrótce nad żaglami zawisną ciemne chmury, a jacht zamieni się w dryfującą pułapkę.

Wystarczyła jedna noc na „przeklętej” wyspie i nagłe zniknięcie jednego z pasażerów, by przestali czuć się bezpiecznie. Dla rozładowania napięcia rozpoczynają grę w „Kto zabił?”. Pozornie niewinna zabawa nagle zaczyna odsłaniać ich wzajemne animozje i ukryte intencje. Rodzą się oskarżenia. Wracają mroczne wspomnienia. Nikt już nikomu nie ufa. Staje się jasne, że największe zagrożenie czai się nie w głębinach morza, lecz jest tuż obok. Bo ktoś podjął już decyzję, że na jednym zaginięciu się nie skończy.

Marta Zaborowska – z wykształcenia politolog. Zadebiutowała w 2013 roku powieścią Uśpienie, która dała początek 7-tomowej popularnej sadze kryminalnej z Julią Krawiec. Jej utwory cechuje wielowątkowa fabuła oraz wartka akcja. Autorka, poza tematyką kryminalną, zgłębia w swoich powieściach zawiłe kwestie psychologiczno-społeczne, w które uwikłani są jej bohaterowie.

Do dorobku pisarki zalicza się również powieść kryminalną Jej wszystkie śmierci, thriller psychologiczny Lęki podskórne, a także powieść z nurtu domestic noir Sześć powodów, by umrzeć.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-084-2
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Przy­stań ta sama i góry, i kolor wody. Jej błę­kit jest głę­boki i przej­rzy­sty. Słońce też pali jak wtedy. Czuję jego cie­pło na twa­rzy i dło­niach. Wszystko wydaje się nie­zmienne, jakby czas zatrzy­mał się w miej­scu. A jed­nak to tylko złu­dze­nie. Nic nie jest już tym, czym było.

Ludzie, któ­rzy na mnie patrzą, też nie są tacy, jakimi ich pamię­tam. Nie pozdra­wiają, nie posy­łają uśmie­chów. Nie uno­szą dłoni na powi­ta­nie, by życzyć dobrego dnia. Teraz mil­czą i obser­wują. Ich spoj­rze­nia są czujne, jakby chcieli wyczy­tać z mojej twa­rzy coś, czego jesz­cze nie wie­dzą. Prawdę o tym, co się wyda­rzyło. Może nawet pró­bują przy­ła­pać mnie na nie­ostroż­nym geście lub gry­ma­sie twa­rzy, który mógłby cokol­wiek zdra­dzić. Chcie­liby zaj­rzeć do środka mojej głowy.

Są czujni.

Jestem ich dzi­siej­szą atrak­cją. Trzę­sącą się z prze­ra­że­nia sen­sa­cją sezonu. Nie da się mnie nie zauwa­żyć, choćby się bar­dzo chciało – sie­dzę w cen­tral­nej czę­ści portu, do tego owi­nięto mnie zło­tym kocem ter­micz­nym. Nie wiem, po co, bo prze­cież jest gorąco. Ale naj­wi­docz­niej zro­bili to, bo musieli. Złoty koc poły­skuje w słońcu tak mocno, że pew­nie widać mnie z Księ­życa. Jed­nak to nie on ich tu przy­cią­gnął, a świa­tła rzu­cane przez lokalne nie­bie­skie samo­chody z napi­sami _Poli­cia Nacio­nal_. Gdyby mogli, pode­szliby bli­żej. Dotknę­liby mnie, by spraw­dzić, czy aby na pewno żyję. Bo to prze­cież nie­moż­liwe, że po tym wszyst­kim, co mnie spo­tkało, na­dal tu jestem.

Jed­nak nie mogą się zbli­żyć. Oddzie­lają ich ode mnie poli­cyjne wozy i przy­byli do portu funk­cjo­na­riu­sze. Nawet dzien­ni­ka­rzy stąd prze­pę­dzają. Poza tym dopiero co zało­żono mi opa­trunki. Lekarka z karetki zawią­zała mi ban­daże: jeden na lewej ręce, drugi na kola­nie. Tych kilka roz­cięć na skó­rze wygląda paskud­nie i już wiem, że konieczne będzie zało­że­nie szwów. Na czole, tuż pod linią wło­sów, też mam opa­tru­nek. Według mnie jest nie­po­trzebny, bo pod nim jest tylko siniak i zadra­pa­nie.

Za chwilę zawiozą mnie do szpi­tala, żeby spraw­dzić, czy nie doszło do wstrząsu mózgu. Podobno moje źre­nice nie­pra­wi­dłowo reagują na świa­tło. Kur­czą się za szybko lub zbyt wolno – nie wiem dokład­nie, co mówiła ta lekarka. W każ­dym razie z moim mózgiem coś jest nie tak. Coś się w nim poprze­sta­wiało.

Sie­dzę więc w karetce, obej­muję rękami kolana i cze­kam. Mój wzrok błą­dzi mię­dzy wodą a gro­ma­dzą­cymi się ludźmi. Z każdą minutą przy­bywa ich coraz wię­cej. Zbio­ro­wi­ska przy­cią­gają, a poza tym to prze­cież naj­po­pu­lar­niej­szy dep­tak w tym mie­ście.

Nie­wiele sły­szę, a jesz­cze mniej rozu­miem z tego, co mię­dzy sobą mówią. Mogę się tylko domy­ślać, że prze­ka­zują sobie z ust do ust, że to chyba cud. Nie­któ­rzy wołają do mnie, by upew­nić się, że wszystko w porządku. Nie wiem, co mam im odpo­wie­dzieć. Bo czy można uznać, że wszystko jest dobrze, skoro prze­żyło się to, co ja?

W prze­ci­wień­stwie do nich nie mogę nazwać tej tra­ge­dii cudem. Bo to, co się wyda­rzyło, nie ma z cudem nic wspól­nego.Dzień pierwszy

Kinga

Cokol­wiek mówić, cie­szę się, że tu jestem. Nie zamie­rza­łam przy­jąć tego zapro­sze­nia, ale pogoda w Pol­sce przez naj­bliż­sze dwa tygo­dnie zapo­wiada się pod psem, więc pra­gnie­nie poczu­cia let­niego cie­pła wzięło górę. Poza tym, bądźmy szcze­rzy, ile razy w życiu będę jesz­cze mieć oka­zję zna­leźć się na luk­su­so­wym jach­cie?

Jeśli cho­dzi o moje zacho­wa­nie pod­czas uro­dzin Borysa, to prze­pro­si­łam Tanię. Zare­ago­wa­łam wtedy jak idiotka. Emo­cje wzięły górę, a prze­cież wystar­czyło się chwilę zasta­no­wić, żeby zro­zu­mieć, że za inten­cjami mojej przy­ja­ciółki stała zwy­kła, szczera chęć spra­wie­nia mi przy­jem­no­ści. I to w cza­sach, gdy stać mnie było co naj­wy­żej na zapie­kankę pod Cen­tral­nym. Piotr też usły­szał ode mnie prze­pro­siny. Dałam wtedy nie­zły popis, nie ma co. Nie wiem, co we mnie wstą­piło, że dwoje naj­bliż­szych mi ludzi musiało zebrać ode mnie cięgi. Chyba powoli wcho­dzę w peri­me­no­pauzę.

Tym bar­dziej potrze­buję relaksu.

Z Okę­cia wystar­to­wa­li­śmy o czwar­tej rano, dla­tego oboje z Pio­trem jeste­śmy tro­chę nie­przy­tomni. Na szczę­ście mamy kawę z tutej­szego Star­bucksa, więc powinna posta­wić nas na nogi. Popi­jamy ją, sie­dząc na ławce w mari­nie, i patrzymy na zacu­mo­wane łodzie. Po kilku pokła­dach kręcą się ludzie i przy­go­to­wują śnia­da­nia. Mają na sobie lek­kie bluzki i szorty. Są na waka­cjach, jak my. Pew­nie będą jeść tosty albo omlety z duszo­nymi pomi­do­rami. My na śnia­da­nie mamy zabrane z Pol­ski kanapki z szynką i żół­tym serem.

Się­gam do pod­ręcz­nej torby i wycią­gam po jed­nej dla mnie i dla Pio­tra.

– Nie wiem jak ty, ale ja padam z głodu.

– Ja zjem póź­niej. – Piotr kręci głową.

Wgry­zam się w bułkę i od razu robi mi się lepiej. Prze­żu­wam sobie spo­koj­nie i obser­wuję spa­ce­ru­ją­cych po mari­nie tury­stów. Mimo wcze­snej pory jest ich cał­kiem sporo. Roz­po­znaję trzy­oso­bową grupkę roz­krzy­cza­nych dziew­czyn – przy­le­ciały tym samym samo­lo­tem co my i teraz też są wła­śnie tu, w naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym miej­scu w całym Ali­cante. Robią sobie zdję­cia na tle wody i pie­kiel­nie dro­gich jach­tów. Na nosach mają prze­ciw­sło­neczne oku­lary – pod­ro­bione Cha­nele z widocz­nym, rów­nie pod­ro­bio­nym logo. Z tego, co mówią, pokręcą się tro­chę po oko­licy i wrócą tu po połu­dniu, bo wtedy ludzi jest tu wię­cej, a one zamie­rzają poznać jakieś nowe, wysko­kowe towa­rzy­stwo. Są gło­śne i cią­gle mielą ozo­rami. Też kie­dyś taka byłam, a teraz pozo­staje mi tylko zazdro­ścić im tego, że są młode i wolne.

– Nie mogli­śmy przy­le­cieć póź­niej­szym rej­sem? – maru­dzi Piotr, wycią­ga­jąc się na ławce i kła­dąc głowę na moich kola­nach. – Z tymi waliz­kami ni­gdzie dalej nie odej­dziemy. Nie wiem, jak tobie, ale mnie śred­nio chce się tkwić tu przez cały dzień.

Bagaże mamy dwa, i to cał­kiem spore. W jed­nym są ubra­nia i buty, w dru­gim pełen mix: tro­chę sło­nych prze­gry­zek, kosme­tyki i lap­top mojego męża. Piotr ma zamiar pisać pod­czas rejsu.

– Nie jęcz. Póź­niej­sze loty były dwa razy droż­sze – odpo­wia­dam. – Zresztą kilka godzin cze­ka­nia szybko zleci.

Tania ma się poja­wić w mari­nie o osiem­na­stej. Wcze­śniej nie da rady – uprze­dziła, że ma zapla­no­waną tele­kon­fe­ren­cję na temat dal­szego roz­woju _Bel­le­Epo­que_ i nie ruszy się z hotelu do popo­łu­dnia. Potem musi jesz­cze zała­twić for­mal­no­ści w kapi­ta­na­cie portu. Cho­dzi o papie­ro­lo­gię; na wszystko trzeba mieć pozwo­le­nie – zarówno na cumo­wa­nie, jak i na opusz­cze­nie mariny. Jed­nym sło­wem – musimy mieć porzą­dek w kwi­tach.

– Co z pozo­sta­łymi? – pyta Piotr, wycią­ga­jąc nogi na ławce. – Nie widzia­łem ich w samo­lo­cie.

– Ani ja.

– Myślisz, że nie dotarli?

– Sama nie wiem. Mogli się roz­my­ślić albo coś im wypa­dło. W każ­dym razie Borys wyraź­nie zaży­czył sobie, żeby Hubert i Arleta popły­nęli.

– No tak, ciąg dal­szy uro­dzi­no­wych życzeń Borysa…

– Raczej ich druga część. To miał być ich rodzinny rejs.

– Rodzinny? W takim razie co my tu robimy?

– My, kocha­nie, jeste­śmy tu na doczepkę – mówię bez krztyny poczu­cia winy i wysta­wiam twarz do słońca. – To z kolei życze­nie Tani. Żeby odku­rzyć nasze wspo­mnie­nia.

– Wyj­dzie na to, że my popły­niemy, a mło­dzi nie.

– Mała strata. Będzie wię­cej miej­sca dla nas.

Piotr nasuwa na oczy swoją ulu­bioną czapkę z dasz­kiem i z naszywką _Time For a Crime_ i po chwili, otu­lony zapa­chem lata, zasy­pia. Nasza ławka stoi w cie­niu drzewa, które chroni nas przed palą­cym słoń­cem. Mimo wcze­snej godziny musi być już z dwa­dzie­ścia pięć stopni. Też chęt­nie bym się wycią­gnęła i ucięła sobie choć pół­go­dzinną drzemkę, ale ktoś musi pil­no­wać wali­zek.

A czy popły­niemy w rejs tylko we czworo? To okaże się już za kilka godzin.

Z Tanią roz­ma­wia­łam tydzień temu. Napo­mknęła mi wtedy, że Borys pozo­sta­wił całą orga­ni­za­cję w jej rękach. Dla­tego doko­op­to­wała mnie i Pio­tra. „On będzie pra­co­wał nad książką, a ty pomo­żesz mi przy żaglach”, powie­działa; i dodała: „Nie przyj­muję odmowy, więc już teraz może­cie zacząć się pako­wać”.

No to się spa­ko­wa­li­śmy. Nie mogę się docze­kać, aż poczuję ten wiatr we wło­sach.

Na pewno wszy­scy razem jakoś się ze sobą dotrzemy. Cho­dzi mi głów­nie o mło­dych, a wła­ści­wie o Huberta; długo się nad tym zasta­na­wia­łam. Pod­czas uro­dzi­no­wej kola­cji syn Borysa zacho­wy­wał się nie­na­tu­ral­nie. Był skrę­po­wany i uni­kał kon­taktu. Nie patrzył nam w oczy. Do tego opu­ścił restau­ra­cję zaraz po posiłku, wła­śnie wtedy, gdy koń­czyła się część ofi­cjalna i przy­szedł czas na luźną poga­wędkę. To było dziwne. Miał ide­alną oka­zję, żeby pobyć z Bory­sem jak syn z ojcem. A jed­nak coś go stam­tąd wygo­niło. Wymó­wił się złym samo­po­czu­ciem, a my uzna­li­śmy, że tak wła­śnie jest, bo podobno chło­pak czę­sto ma jakieś sen­sa­cje żołąd­kowe.

Jesz­cze przez kolejne dni wra­ca­łam myślami do tam­tego wie­czoru. Patrząc na Huberta, mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że już go kie­dyś spo­tka­łam. I na­dal tak uwa­żam. Pro­blem tylko, że nie mogę sobie sko­ja­rzyć, kiedy to było ani gdzie. Za to on koja­rzy mnie dosko­nale. Dla­tego uni­kał moich spoj­rzeń wtedy, w Con­cept 13, i dla­tego – jestem tego nie­mal pewna – nie pojawi się teraz w Ali­cante.

Hubert

Arleta od godziny ster­czy przed lustrem. Przy­mie­rza kape­lu­sze i wiąże na gło­wie chustki, bo pró­buje wyglą­dać jak Grace Kelly. Nie mam serca powie­dzieć jej, że żaden kape­lusz nie zrobi z niej aktorki, jeśli nie wygra castingu, na który tak liczy. Do tego potrze­buje praw­dzi­wego sce­na­rzy­sty i reży­sera, a nie fata­łasz­ków. I, przede wszyst­kim, musi non stop ćwi­czyć. To, co kie­dyś robiła w ama­tor­skim teatrze, było zabawą, a nie praw­dzi­wym gra­niem. Już nie wspo­mnę, że od jej ostat­niego występu na sce­nie minęło chyba z pięć lat. Nie mam też odwagi przy­znać, że wcale nie chcę pły­nąć w ten cho­lerny rejs. Miał być imprezką dla ojca i dla Tani, nie dla nas. Ow­szem, zgo­dzi­łem się przy­le­cieć do Hisz­pa­nii, bo wiem, jak bar­dzo o tym marzyła, ale zamie­rza­łem jej powie­dzieć, że na tym koniec. Jeśli chce, niech leży na plaży ile dusza zapra­gnie, nawet w tych dziw­nych kape­luszach, ale na jacht nie wsią­dziemy. Powinna się cie­szyć, że Tania opła­ciła nam bilety i hotel i że w ogóle tu jeste­śmy – oboje po raz pierw­szy zna­leź­li­śmy się za gra­nicą. Czego chcieć wię­cej?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij