Białe Tango - ebook
Znakomicie skonstruowany thriller z gatunku „zamkniętego kręgu”, w którym odcięta na pełnym morzu grupa ludzi odkrywa, że wśród nich znajduje się morderca.
Siedem dni. Sześć osób. Jeden jacht.
To miał być niezapomniany rejs wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. Tydzień na morzu, pełen słońca i niczym nieograniczonej wolności. Kiedy załoga „Białego Tanga” wchodziła na pokład, nikt z jej członków nie przypuszczał, że już wkrótce nad żaglami zawisną ciemne chmury, a jacht zamieni się w dryfującą pułapkę.
Wystarczyła jedna noc na „przeklętej” wyspie i nagłe zniknięcie jednego z pasażerów, by przestali czuć się bezpiecznie. Dla rozładowania napięcia rozpoczynają grę w „Kto zabił?”. Pozornie niewinna zabawa nagle zaczyna odsłaniać ich wzajemne animozje i ukryte intencje. Rodzą się oskarżenia. Wracają mroczne wspomnienia. Nikt już nikomu nie ufa. Staje się jasne, że największe zagrożenie czai się nie w głębinach morza, lecz jest tuż obok. Bo ktoś podjął już decyzję, że na jednym zaginięciu się nie skończy.
Marta Zaborowska – z wykształcenia politolog. Zadebiutowała w 2013 roku powieścią Uśpienie, która dała początek 7-tomowej popularnej sadze kryminalnej z Julią Krawiec. Jej utwory cechuje wielowątkowa fabuła oraz wartka akcja. Autorka, poza tematyką kryminalną, zgłębia w swoich powieściach zawiłe kwestie psychologiczno-społeczne, w które uwikłani są jej bohaterowie.
Do dorobku pisarki zalicza się również powieść kryminalną Jej wszystkie śmierci, thriller psychologiczny Lęki podskórne, a także powieść z nurtu domestic noir Sześć powodów, by umrzeć.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8382-084-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przystań ta sama i góry, i kolor wody. Jej błękit jest głęboki i przejrzysty. Słońce też pali jak wtedy. Czuję jego ciepło na twarzy i dłoniach. Wszystko wydaje się niezmienne, jakby czas zatrzymał się w miejscu. A jednak to tylko złudzenie. Nic nie jest już tym, czym było.
Ludzie, którzy na mnie patrzą, też nie są tacy, jakimi ich pamiętam. Nie pozdrawiają, nie posyłają uśmiechów. Nie unoszą dłoni na powitanie, by życzyć dobrego dnia. Teraz milczą i obserwują. Ich spojrzenia są czujne, jakby chcieli wyczytać z mojej twarzy coś, czego jeszcze nie wiedzą. Prawdę o tym, co się wydarzyło. Może nawet próbują przyłapać mnie na nieostrożnym geście lub grymasie twarzy, który mógłby cokolwiek zdradzić. Chcieliby zajrzeć do środka mojej głowy.
Są czujni.
Jestem ich dzisiejszą atrakcją. Trzęsącą się z przerażenia sensacją sezonu. Nie da się mnie nie zauważyć, choćby się bardzo chciało – siedzę w centralnej części portu, do tego owinięto mnie złotym kocem termicznym. Nie wiem, po co, bo przecież jest gorąco. Ale najwidoczniej zrobili to, bo musieli. Złoty koc połyskuje w słońcu tak mocno, że pewnie widać mnie z Księżyca. Jednak to nie on ich tu przyciągnął, a światła rzucane przez lokalne niebieskie samochody z napisami _Policia Nacional_. Gdyby mogli, podeszliby bliżej. Dotknęliby mnie, by sprawdzić, czy aby na pewno żyję. Bo to przecież niemożliwe, że po tym wszystkim, co mnie spotkało, nadal tu jestem.
Jednak nie mogą się zbliżyć. Oddzielają ich ode mnie policyjne wozy i przybyli do portu funkcjonariusze. Nawet dziennikarzy stąd przepędzają. Poza tym dopiero co założono mi opatrunki. Lekarka z karetki zawiązała mi bandaże: jeden na lewej ręce, drugi na kolanie. Tych kilka rozcięć na skórze wygląda paskudnie i już wiem, że konieczne będzie założenie szwów. Na czole, tuż pod linią włosów, też mam opatrunek. Według mnie jest niepotrzebny, bo pod nim jest tylko siniak i zadrapanie.
Za chwilę zawiozą mnie do szpitala, żeby sprawdzić, czy nie doszło do wstrząsu mózgu. Podobno moje źrenice nieprawidłowo reagują na światło. Kurczą się za szybko lub zbyt wolno – nie wiem dokładnie, co mówiła ta lekarka. W każdym razie z moim mózgiem coś jest nie tak. Coś się w nim poprzestawiało.
Siedzę więc w karetce, obejmuję rękami kolana i czekam. Mój wzrok błądzi między wodą a gromadzącymi się ludźmi. Z każdą minutą przybywa ich coraz więcej. Zbiorowiska przyciągają, a poza tym to przecież najpopularniejszy deptak w tym mieście.
Niewiele słyszę, a jeszcze mniej rozumiem z tego, co między sobą mówią. Mogę się tylko domyślać, że przekazują sobie z ust do ust, że to chyba cud. Niektórzy wołają do mnie, by upewnić się, że wszystko w porządku. Nie wiem, co mam im odpowiedzieć. Bo czy można uznać, że wszystko jest dobrze, skoro przeżyło się to, co ja?
W przeciwieństwie do nich nie mogę nazwać tej tragedii cudem. Bo to, co się wydarzyło, nie ma z cudem nic wspólnego.Dzień pierwszy
Kinga
Cokolwiek mówić, cieszę się, że tu jestem. Nie zamierzałam przyjąć tego zaproszenia, ale pogoda w Polsce przez najbliższe dwa tygodnie zapowiada się pod psem, więc pragnienie poczucia letniego ciepła wzięło górę. Poza tym, bądźmy szczerzy, ile razy w życiu będę jeszcze mieć okazję znaleźć się na luksusowym jachcie?
Jeśli chodzi o moje zachowanie podczas urodzin Borysa, to przeprosiłam Tanię. Zareagowałam wtedy jak idiotka. Emocje wzięły górę, a przecież wystarczyło się chwilę zastanowić, żeby zrozumieć, że za intencjami mojej przyjaciółki stała zwykła, szczera chęć sprawienia mi przyjemności. I to w czasach, gdy stać mnie było co najwyżej na zapiekankę pod Centralnym. Piotr też usłyszał ode mnie przeprosiny. Dałam wtedy niezły popis, nie ma co. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, że dwoje najbliższych mi ludzi musiało zebrać ode mnie cięgi. Chyba powoli wchodzę w perimenopauzę.
Tym bardziej potrzebuję relaksu.
Z Okęcia wystartowaliśmy o czwartej rano, dlatego oboje z Piotrem jesteśmy trochę nieprzytomni. Na szczęście mamy kawę z tutejszego Starbucksa, więc powinna postawić nas na nogi. Popijamy ją, siedząc na ławce w marinie, i patrzymy na zacumowane łodzie. Po kilku pokładach kręcą się ludzie i przygotowują śniadania. Mają na sobie lekkie bluzki i szorty. Są na wakacjach, jak my. Pewnie będą jeść tosty albo omlety z duszonymi pomidorami. My na śniadanie mamy zabrane z Polski kanapki z szynką i żółtym serem.
Sięgam do podręcznej torby i wyciągam po jednej dla mnie i dla Piotra.
– Nie wiem jak ty, ale ja padam z głodu.
– Ja zjem później. – Piotr kręci głową.
Wgryzam się w bułkę i od razu robi mi się lepiej. Przeżuwam sobie spokojnie i obserwuję spacerujących po marinie turystów. Mimo wczesnej pory jest ich całkiem sporo. Rozpoznaję trzyosobową grupkę rozkrzyczanych dziewczyn – przyleciały tym samym samolotem co my i teraz też są właśnie tu, w najbardziej charakterystycznym miejscu w całym Alicante. Robią sobie zdjęcia na tle wody i piekielnie drogich jachtów. Na nosach mają przeciwsłoneczne okulary – podrobione Chanele z widocznym, równie podrobionym logo. Z tego, co mówią, pokręcą się trochę po okolicy i wrócą tu po południu, bo wtedy ludzi jest tu więcej, a one zamierzają poznać jakieś nowe, wyskokowe towarzystwo. Są głośne i ciągle mielą ozorami. Też kiedyś taka byłam, a teraz pozostaje mi tylko zazdrościć im tego, że są młode i wolne.
– Nie mogliśmy przylecieć późniejszym rejsem? – marudzi Piotr, wyciągając się na ławce i kładąc głowę na moich kolanach. – Z tymi walizkami nigdzie dalej nie odejdziemy. Nie wiem, jak tobie, ale mnie średnio chce się tkwić tu przez cały dzień.
Bagaże mamy dwa, i to całkiem spore. W jednym są ubrania i buty, w drugim pełen mix: trochę słonych przegryzek, kosmetyki i laptop mojego męża. Piotr ma zamiar pisać podczas rejsu.
– Nie jęcz. Późniejsze loty były dwa razy droższe – odpowiadam. – Zresztą kilka godzin czekania szybko zleci.
Tania ma się pojawić w marinie o osiemnastej. Wcześniej nie da rady – uprzedziła, że ma zaplanowaną telekonferencję na temat dalszego rozwoju _BelleEpoque_ i nie ruszy się z hotelu do popołudnia. Potem musi jeszcze załatwić formalności w kapitanacie portu. Chodzi o papierologię; na wszystko trzeba mieć pozwolenie – zarówno na cumowanie, jak i na opuszczenie mariny. Jednym słowem – musimy mieć porządek w kwitach.
– Co z pozostałymi? – pyta Piotr, wyciągając nogi na ławce. – Nie widziałem ich w samolocie.
– Ani ja.
– Myślisz, że nie dotarli?
– Sama nie wiem. Mogli się rozmyślić albo coś im wypadło. W każdym razie Borys wyraźnie zażyczył sobie, żeby Hubert i Arleta popłynęli.
– No tak, ciąg dalszy urodzinowych życzeń Borysa…
– Raczej ich druga część. To miał być ich rodzinny rejs.
– Rodzinny? W takim razie co my tu robimy?
– My, kochanie, jesteśmy tu na doczepkę – mówię bez krztyny poczucia winy i wystawiam twarz do słońca. – To z kolei życzenie Tani. Żeby odkurzyć nasze wspomnienia.
– Wyjdzie na to, że my popłyniemy, a młodzi nie.
– Mała strata. Będzie więcej miejsca dla nas.
Piotr nasuwa na oczy swoją ulubioną czapkę z daszkiem i z naszywką _Time For a Crime_ i po chwili, otulony zapachem lata, zasypia. Nasza ławka stoi w cieniu drzewa, które chroni nas przed palącym słońcem. Mimo wczesnej godziny musi być już z dwadzieścia pięć stopni. Też chętnie bym się wyciągnęła i ucięła sobie choć półgodzinną drzemkę, ale ktoś musi pilnować walizek.
A czy popłyniemy w rejs tylko we czworo? To okaże się już za kilka godzin.
Z Tanią rozmawiałam tydzień temu. Napomknęła mi wtedy, że Borys pozostawił całą organizację w jej rękach. Dlatego dokooptowała mnie i Piotra. „On będzie pracował nad książką, a ty pomożesz mi przy żaglach”, powiedziała; i dodała: „Nie przyjmuję odmowy, więc już teraz możecie zacząć się pakować”.
No to się spakowaliśmy. Nie mogę się doczekać, aż poczuję ten wiatr we włosach.
Na pewno wszyscy razem jakoś się ze sobą dotrzemy. Chodzi mi głównie o młodych, a właściwie o Huberta; długo się nad tym zastanawiałam. Podczas urodzinowej kolacji syn Borysa zachowywał się nienaturalnie. Był skrępowany i unikał kontaktu. Nie patrzył nam w oczy. Do tego opuścił restaurację zaraz po posiłku, właśnie wtedy, gdy kończyła się część oficjalna i przyszedł czas na luźną pogawędkę. To było dziwne. Miał idealną okazję, żeby pobyć z Borysem jak syn z ojcem. A jednak coś go stamtąd wygoniło. Wymówił się złym samopoczuciem, a my uznaliśmy, że tak właśnie jest, bo podobno chłopak często ma jakieś sensacje żołądkowe.
Jeszcze przez kolejne dni wracałam myślami do tamtego wieczoru. Patrząc na Huberta, miałam nieodparte wrażenie, że już go kiedyś spotkałam. I nadal tak uważam. Problem tylko, że nie mogę sobie skojarzyć, kiedy to było ani gdzie. Za to on kojarzy mnie doskonale. Dlatego unikał moich spojrzeń wtedy, w Concept 13, i dlatego – jestem tego niemal pewna – nie pojawi się teraz w Alicante.
Hubert
Arleta od godziny sterczy przed lustrem. Przymierza kapelusze i wiąże na głowie chustki, bo próbuje wyglądać jak Grace Kelly. Nie mam serca powiedzieć jej, że żaden kapelusz nie zrobi z niej aktorki, jeśli nie wygra castingu, na który tak liczy. Do tego potrzebuje prawdziwego scenarzysty i reżysera, a nie fatałaszków. I, przede wszystkim, musi non stop ćwiczyć. To, co kiedyś robiła w amatorskim teatrze, było zabawą, a nie prawdziwym graniem. Już nie wspomnę, że od jej ostatniego występu na scenie minęło chyba z pięć lat. Nie mam też odwagi przyznać, że wcale nie chcę płynąć w ten cholerny rejs. Miał być imprezką dla ojca i dla Tani, nie dla nas. Owszem, zgodziłem się przylecieć do Hiszpanii, bo wiem, jak bardzo o tym marzyła, ale zamierzałem jej powiedzieć, że na tym koniec. Jeśli chce, niech leży na plaży ile dusza zapragnie, nawet w tych dziwnych kapeluszach, ale na jacht nie wsiądziemy. Powinna się cieszyć, że Tania opłaciła nam bilety i hotel i że w ogóle tu jesteśmy – oboje po raz pierwszy znaleźliśmy się za granicą. Czego chcieć więcej?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki