Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Białe noce. Gracz - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
31,99
3199 pkt
punktów Virtualo

Białe noce. Gracz - ebook

Proza Dostojewskiego stoi na pograniczu realności i wyobraźni, a przedstawione w tym zbiorze utwory łączy trud głównych bohaterów, którzy walczą z własnymi słabościami. Białe noce to historia zakochanego marzyciela, samotnie przemierzającego ulice wielkiego miasta. Z kolei Gracz jest niewielką powieścią o arystokratycznej rodzinie uwikłanej w hazard – nie tylko grają w kasynie, tracąc pieniądze, lecz także bawią się uczuciami najbliższych.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-977-1
Rozmiar pliku: 5,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Noc pierwsza

Była cudowna noc, taka noc, Szanowny Czytelniku, jaka może być tylko wówczas, gdy jesteśmy młodzi. Niebo było tak gwiaździste, tak jasne, że spojrzawszy na nie, mimo woli trzeba było zapytać siebie: czy naprawdę pod takim niebem mogą żyć różni zagniewani i niezadowoleni ludzie? To również młodzieńcze pytanie, Szanowny Czytelniku, bardzo młodzieńcze, ale niech je Bóg jak najczęściej zsyła Twojej duszy!… Mówiąc o różnych niezadowolonych i zagniewanych jegomościach, musiałem sobie przypomnieć i o własnym przykładnym sprawowaniu się przez cały ten dzień. Od samego rana zaczęło mi dokuczać jakieś dziwne przygnębienie. Wydało mi się nagle, że mnie, samotnego, wszyscy opuszczają i że wszyscy odwracają się ode mnie. Naturalnie, każdy ma prawo zapytać: któż to ci wszyscy? Bo przecież już osiem lat mieszkam w Petersburgu i nie umiałem zawrzeć prawie żadnej znajomości. Ale po co mi znajomości? I tak znam cały Petersburg; oto dlaczego wydało mi się, że wszyscy mnie porzucają, gdy cały Petersburg ruszył z miejsca i nagle wyjechał na letnisko. Samotność zaczęła mnie przerażać i trzy dni włóczyłem się po mieście w głębokim przygnębieniu, absolutnie nie rozumiejąc, co się ze mną dzieje. Czy pójdę na Newski, czy pójdę do parku, czy włóczę się po bulwarze – ani jednej twarzy spośród tych, które przyzwyczaiłem się spotykać w tym samym miejscu, o określonej godzinie, przez cały rok. Oni mnie, naturalnie, nie znają, ale za to ja ich znam. Znam ich dobrze; prawie że nauczyłem się na pamięć ich twarzy – cieszę się, gdy są weseli, a smutno mi, gdy się chmurzą. Prawie zawarłem przyjaźń z pewnym staruszkiem, którego codziennie o określonej godzinie spotykam na Fontance. Mina pełna godności, zamyślona: wciąż mruczy pod nosem i macha lewą ręką, a w prawej ma długą sękatą laskę ze złotą gałką. Nawet mnie zauważa i ma dla mnie wiele sympatii. Jeśli się zdarzy, że nie będę o określonej godzinie w tym co zawsze miejscu na Fontance, jestem pewny, że go to przygnębi. Oto dlaczego obaj omalże się sobie nie kłaniamy, zwłaszcza gdy jesteśmy w dobrym usposobieniu. Niedawno, gdy nie widząc się przez dwa dni, spotkaliśmy się na trzeci, obaj byliśmy już gotowi chwycić za kapelusze, ale na szczęście w porę spostrzegłszy się, opuściliśmy ręce i z uczuciem życzliwości przeszliśmy obok siebie. Zapoznałem się również z domami. Gdy idę, każdy z nich jakby wybiegał na moje spotkanie, jakby patrzył na mnie wszystkimi oknami i omal nie mówił: „Dzień dobry! Jak się pan miewa? I ja, dzięki Bogu, jestem zdrów, a w maju przybędzie mi piętro”. Albo: „Jak pańskie zdrowie? Jutro będą mnie odnawiać”. Albo: „Ach, omal nie spaliłem się i byłem w wielkim strachu”, itd. Mam wśród nich ulubieńców i bliskich przyjaciół: jeden z nich ma zamiar tego lata leczyć się u architekta. Umyślnie będę co dzień przychodzić, żeby mu się co złego nie stało, niech go Pan Bóg ma w swej opiece!… Ale nigdy nie zapomnę historii pewnego prześlicznego jasnoróżowego domku. Był taki milutki, murowany, tak uprzejmie spoglądał na mnie, tak wyniośle patrzył na swych niezgrabnych sąsiadów, aż mi serce skakało z radości, gdy mi się zdarzyło przechodzić obok niego. Nagle, w zeszłym tygodniu, idę ulicą i gdy spojrzałem na przyjaciela – słyszę żałosny okrzyk: „Malują mnie żółtą farbą!”. Łotry! Barbarzyńcy! Nie oszczędzili niczego: ani kolumn, ani gzymsów, i przyjaciel mój zżółkł jak kanarek. Omal nie miałem wylewu żółci z tego powodu – i dotychczas jeszcze brak mi sił, żeby się zobaczyć z moim zeszpeconym biedakiem, którego pomalowali na kolor Państwa Niebieskiego².

A więc rozumiesz, Czytelniku, w jaki sposób zapoznałem się z całym Petersburgiem.

Powiedziałem już, że przez całe trzy dni dręczył mnie niepokój, zanim odgadłem jego przyczynę. I na ulicy źle się czułem (tego nie ma, tamtego nie ma, ów gdzieś się podział), i w domu byłem nieswój. Przez dwa wieczory myślałem: czego mi brakuje w moim kącie? Dlaczego tak źle się w nim czuję? I bezradnie oglądałem zielone, zakopcone ściany, sufit zasnuty pajęczyną, którą Matriona hodowała z dużym powodzeniem, przypatrywałem się wszystkim meblom, oglądałem każde krzesło, myśląc, czy przypadkiem nie tu leży przyczyna złego (bo jeżeli u mnie choćby jedno krzesło stoi nie tak, jak stało wieczorem, czuję się nieswojo), spoglądałem w okno, i wszystko na próżno… nie było mi ani trochę lżej! Wpadłem także na pomysł zawołania Matriony i z miejsca zrobiłem jej ojcowską wymówkę o pajęczynę i w ogóle o nieporządek; ale ona tylko popatrzyła na mnie ze zdziwieniem i odeszła, a pajęczyna wisi sobie szczęśliwie dotychczas. W końcu dopiero dziś rano domyśliłem się, o co chodzi. Przecież oni zmykają przede mną na letnisko! Przepraszam za trywialne wyrażenie, ale nie mogłem się zdobyć na inne… bo przecież wszystko, co było w Petersburgu, albo wyjeżdżało, albo już wyjechało na letnisko; bo przecież każdy czcigodny jegomość o solidnej powierzchowności wynajmujący dorożkę, w oczach moich stawał się czcigodnym ojcem familii, który po swoich codziennych zajęciach udaje się na łono rodziny, na letnisko; bo przecież każdy przechodzień miał teraz szczególny wygląd, który niemal mówił każdemu: „My, proszę państwa, jesteśmy tutaj tylko tak, chwilowo, a za dwie godziny wyjedziemy na letnisko”. Jeśli otwierało się okno, w które najpierw bębniły delikatne, białe jak cukier paluszki, i wychylała się główka ładnej dziewczyny, wzywającej przekupnia roznoszącego doniczki z kwiatami – natychmiast wydawało mi się, że kwiaty kupuje się tylko tak sobie, bynajmniej nie po to, żeby cieszyć się wiosną w mieście w dusznym mieszkaniu, lecz dlatego, że już niedługo wszyscy przeprowadzą się na letnisko i kwiaty zabiorą ze sobą. A oprócz tego zrobiłem już takie postępy w tym nowym, szczególnym rodzaju odkryć, że mogłem z całą dokładnością tylko na podstawie wyglądu określić, na jakim letnisku kto mieszka. Mieszkańcy Wyspy Kamiennej i Aptekarskiej albo drogi Peterhofskiej odznaczali się wyszukaną wytwornością manier, eleganckimi letnimi ubraniami i ślicznymi ekwipażami, w których przyjeżdżali do miasta. Obywatele Pargołowa i dalej położonych letnisk od pierwszego wejrzenia „imponowali” rozsądkiem i statecznością; ten, kto zamieszkał na Wyspie Krestowskiej, wyróżniał się nieodmiennie wesołym wyglądem. Zdarzało mi się spotkać długą procesję woźniców, leniwie idących z lejcami w rękach obok wozów, naładowanych stosami najrozmaitszych mebli, stołów, krzesełek, kanap tureckich i nietureckich i innym domowym dobytkiem, na których oprócz tego wszystkiego siedziała nieraz na samym szczycie chuderlawa kucharka, strzegąca pańskiego mienia jak oka w głowie. Spoglądałem na ciężko naładowane sprzętem domowym łódki sunące po Newie albo po Fontance w stronę Czarnej Rzeczki albo wysp³. Wozy i łódki dziesięciokrotniały, stokrotniały mi w oczach: zdawało się, że wszystko ruszyło i pojechało, wszystko przeprowadzało się całymi karawanami na letniska; zdawało się, że całemu Petersburgowi grozi opustoszenie, toteż w końcu zaczęło mi być wstyd, przykro i smutno; stanowczo nie miałem ani gdzie, ani po co jechać na letnisko. Gotów byłem iść za każdym wozem, odjechać z każdym solidnie wyglądającym jegomościem, który wynajmował dorożkę; ale nikt, dosłownie nikt mnie nie zapraszał, jak gdyby o mnie zapomniano, jak gdybym był dla nich naprawdę obcy!

Chodziłem dużo i długo, tak że już, swoim zwyczajem, zdążyłem zupełnie zapomnieć, gdzie jestem. Nagle spostrzegłem, że znalazłem się przy rogatce. Natychmiast poweselałem i przeszedłem szlaban, ruszyłem między obsiane pola i łąki, nie byłem już zmęczony, czułem tylko całą swoją istotą, że jakiś ciężar spada mi z serca. Wszyscy przejeżdżający spoglądali na mnie z taką sympatią, że doprawdy niemal się kłaniali; wszyscy byli tacy z czegoś zadowoleni, wszyscy, co do jednego, palili cygara. I ja byłem tak zadowolony, jak mi się to nigdy nie zdarzało. Jak gdybym się nagle znalazł we Włoszech – tak silnie podziałała przyroda na mnie, na pół chorego mieszczucha, którego omal nie zadusiły miejskie mury.

Jest coś nieopisanie wzruszającego w naszej petersburskiej przyrodzie, gdy z nadejściem wiosny okaże nagle całą swą moc, wszystkie dane jej z nieba siły, pokryje się liśćmi, ubierze się, ubarwi kwiatami… Jakoś dziwnie przypomina mi wychudłą i chorą dziewczynę, na którą spogląda się czasem z litością, czasem z jakąś współczującą sympatią, a niekiedy po prostu nie dostrzega się jej, lecz która nagle, na chwilę, zupełnie nieoczekiwanie staje się w niepojęty sposób cudownie piękna, a wówczas, zachwyceni, oczarowani, mimo woli zadajemy sobie pytanie: jaka moc sprawiła, że te smutne, zamyślone oczy błyszczą takim ogniem? Co było przyczyną, że te blade, wychudłe policzki okryły się rumieńcem? Co przydało namiętności tym delikatnym rysom? Dlaczego ta pierś tak faluje? Co tak niespodzianie przydało siły, życia i piękna rysom biednej dziewczyny, co wywołało na jej twarzy blask tej radości, co ożywiło ją tym wesołym skrzącym się śmiechem? Rozglądamy się wokoło, szukamy kogoś, czegoś się domyślamy. Lecz chwila mija i może już jutro zauważymy znów to zamyślone i roztargnione spojrzenie co dawniej, tę bladą twarz, tę pokorę i bojaźliwość w ruchach, a nawet skruchę, ślad jakiejś dręczącej troski i goryczy z powodu owej chwili zapomnienia… I żal nam, że tak szybko, tak bezpowrotnie uwiędło chwilę tylko trwające piękno, że tak zwodniczo i niepotrzebnie zabłysło przed nami – żal dlatego, że nawet nie było czasu, aby je pokochać…

A jednak moja noc była lepsza niż dzień! Oto jak było.

Wróciłem do miasta bardzo późno; biła już dziesiąta, gdy zbliżyłem się do domu. Droga moja wiodła przez bulwar nad kanałem, gdzie o tej porze nie spotyka się żywej duszy. Co prawda mieszkam w najbardziej oddalonej dzielnicy. Szedłem i śpiewałem, bo kiedy jestem szczęśliwy, koniecznie muszę sobie coś mruczeć, jak każdy człowiek szczęśliwy, który nie ma ani przyjaciół, ani dobrych znajomych i w radosnej chwili nie może z nikim podzielić się swoją radością. Nagle zdarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego.

Na uboczu, przy balustradzie kanału, stała kobieta; oparłszy się łokciami o poręcz, bardzo uważnie patrzyła w mętną wodę. Miała na sobie milutki żółty kapelusik i kokieteryjną czarną mantylkę. „To panna i z pewnością brunetka” – pomyślałem sobie. Zdaje się, że nie słyszała moich kroków, nawet się nie poruszyła, gdy przeszedłem obok niej, tłumiąc oddech, z mocno bijącym sercem. „Dziwne! – pomyślałem – widocznie zamyśliła się nad czymś” – i nagle stanąłem jak wryty. Usłyszałem ciche łkanie. Tak! Nie myliłem się: dziewczyna płakała; po chwili znów usłyszałem szloch. Mój Boże! Aż mi się serce ścisnęło. I chociaż jestem taki nieśmiały wobec kobiet, to była taka chwila!… Wróciłem, podszedłem do niej i z pewnością powiedziałbym: „Pani!”, gdybym nie wiedział, że to słowo było już tysiąc razy użyte we wszystkich rosyjskich powieściach z życia wyższych sfer. To tylko mnie powstrzymało. Ale gdy szukałem odpowiedniego słowa, dziewczyna ocknęła się, obejrzała, spostrzegła moją obecność, spuściła oczy i prześliznęła się obok mnie po bulwarze. Natychmiast ruszyłem za nią, ale ona domyśliła się i przeszła na przeciwległą stronę. Nie śmiałem przejść przez ulicę. Serce mi biło jak schwytanemu ptakowi. Nagle pewien przypadek przyszedł mi z pomocą.

Po drugiej stronie ulicy, niedaleko od mojej nieznajomej, pojawił się nagle jegomość we fraku, w poważnym wieku, lecz raczej niepoważnego wyglądu. Szedł chwiejnym krokiem, tuż pod ścianami domów. Dziewczyna zaś szła jak strzała, śpiesznie i bojaźliwie, jak w ogóle chodzą wszystkie dziewczęta, które nie chcą, żeby im ktoś w nocy zaproponował odprowadzenie do domu, i, naturalnie, zataczający się jegomość nigdy by jej nie dopędził, gdyby moje przeznaczenie nie natchnęło go podstępem. Nagle, bez słowa, ów jegomość zrywa się, pędzi co tchu, biegnie i zrównuje się z moją nieznajomą. Szła jak wiatr, ale zataczający się jegomość dogonił ją, dopędził… dziewczyna krzyknęła – i… błogosławię los za wspaniały, sękaty kij, który wówczas znalazł się w mojej prawej ręce. W jednej chwili byłem już po przeciwległej stronie ulicy, w jednej chwili nieproszony jegomość zrozumiał, o co chodzi, przyjął do wiadomości nieodpartą rację, zamilkł, pozostał w tyle i dopiero gdyśmy już byli bardzo daleko, zaczął dość energicznie protestować. Lecz do nas ledwie dobiegły jego słowa.

– Niech mi pani da rękę – powiedziałem do mojej nieznajomej. – On już się nie ośmieli nas zaczepić.

Milcząc, podała mi rękę, jeszcze drżącą ze wzruszenia i strachu. O, nieproszony jegomościu! Jakże ci byłem wdzięczny w owej chwili! Ukradkiem spojrzałem na nią: była bardzo milutką brunetką – zgadłem; na jej czarnych rzęsach jeszcze błyszczały łezki niedawnego przestrachu albo poprzedniego zmartwienia – nie wiem. Lecz na ustach już pojawił się uśmiech. Również spojrzała na mnie ukradkiem, z lekka zarumieniła się i spuściła oczy.

– Widzi pani, dlaczego pani wtedy ode mnie uciekła? Gdybym był przy pani, nic by się nie stało…

– Ależ ja pana nie znałam; myślałam, że pan też…

– A czy pani mnie teraz zna?

– Trochę. Dlaczego na przykład pan drży?

– O, pani zgadła od razu! – odpowiedziałem zachwycony, że moja panienka jest domyślna: to nigdy nie szkodzi piękności. – Tak, pani od razu odgadła, z kim ma do czynienia! To prawda, jestem nieśmiały wobec kobiet, jestem wzburzony, nie przeczę, tak jak i pani przed chwilą, gdy ten jegomość panią przestraszył… I teraz jestem przestraszony. To wszystko jest jak sen, a mnie się nawet nie śniło, że kiedykolwiek będę mówił z kobietą.

– Doprawdy?

– Tak, jeżeli mi ręka drży, to dlatego, że nigdy jeszcze nie uścisnęła jej tak śliczna, maleńka rączka jak pani. Zupełnie odzwyczaiłem się od kobiet, a właściwie nigdy się do nich nie przyzwyczaiłem; jestem przecież samotny… Nie wiem nawet, jak z nimi trzeba mówić. Ot i teraz nie wiem, czy nie powiedziałem pani jakiego głupstwa. Niech mi pani powie bez ogródek; uprzedzam panią, że nie jestem obraźliwy.

– Nie, nie; przeciwnie. I skoro pan chce, żebym była szczera, powiem panu, że kobietom podoba się taka nieśmiałość, a jeżeli chce pan dowiedzieć się więcej, mnie również to się podoba – i nie odpędzę pana od siebie aż do samego domu.

– Pani doprowadzi mnie do tego – zacząłem, a zachwyt wprost zapierał mi oddech – że zaraz przestanę być nieśmiały, a wówczas: żegnajcie wszystkie moje szanse.

– Szanse? Co za szanse, na co? O, to już głupie.

– Przepraszam, więcej nie będę, tak mi się wyrwało; ale jak pani może wymagać, żebym w takiej chwili nie miał życzenia…

– Żeby się podobać, czy tak?

– No tak, ale na Boga, niechże pani będzie wyrozumiała. Niech pani pomyśli, jaki ja jestem! Mam już dwadzieścia sześć lat, a nigdy nikogo nie widywałem. I jakże ja mogę mówić ładnie, jak należy i do rzeczy? A dla pani będzie lepiej, jeżeli wszystko stanie się jawne, szczere… Nie mogę milczeć, kiedy się we mnie serce odzywa. Ale wszystko jedno… Czy da pani wiarę? – ani jednej kobiety, nigdy, nigdy! Żadnych znajomości! I tylko marzę co dzień, że wreszcie kiedyś kogoś spotkam. Ach, gdyby pani wiedziała, ile razy byłem zakochany w ten sposób!

– Jak to w kim?

– W nikim, w ideale, w tej, co się we śnie ukaże. Stwarzam w marzeniu całe powieści. O, pani mnie nie zna! Co prawda nie można zupełnie nie znać kobiet, znałem ich dwie czy trzy, ale co to za kobiety? Wszystko to takie gospodynie, że… Ale ja panią rozśmieszę, kiedy opowiem, że kilkakrotnie miałem zamiar odezwać się na ulicy, tak po prostu, do jakiejś arystokratki, naturalnie, kiedy będzie sama; oczywiście nieśmiało, z szacunkiem, namiętnie; powiedzieć, że ginę samotny, żeby mnie nie odpędzała, że nie mam sposobu poznać ani jednej kobiety; przekonać ją, że ma nawet obowiązek wysłuchać nieśmiałego błagania człowieka tak nieszczęśliwego jak ja. Że wreszcie wszystko, czego chcę, sprowadza się tylko do tego, żeby mi powiedzieć ze współczuciem parę serdecznych słów, nie odpędzać mnie od razu, uwierzyć mi na słowo, wysłuchać tego, co będę mówił, wyśmiać mnie, jeśli wola, dać mi nadzieję, powiedzieć do mnie kilka słów, tylko kilka słów, a potem niechbym się z nią nawet nigdy już nie spotkał!… Ale pani się śmieje… Zresztą, ja po to właściwie mówię…

– Niech pan się nie gniewa; śmieję się z tego, że pan jest swoim własnym wrogiem. Gdyby pan spróbował, z pewnością by się panu udało, chociażby nawet na ulicy; im prościej, tym lepiej… Ani jedna dobra kobieta, jeżeli tylko nie jest głupia albo jeżeli nie jest w owej chwili o coś zła, nie zdecydowałaby się odprawić pana bez tych kilku słów, o które pan tak nieśmiało błaga… A zresztą, co ja mówię! Naturalnie, że wzięłaby pana za wariata. Sądziłam przecież tylko po sobie. Ale znam świat i ludzi!

– O, dziękuję pani! – zawołałem. – Pani nie wie, co pani dla mnie teraz zrobiła!

– Dobrze, dobrze! Ale niech mi pan powie, skąd pan wie, że ja jestem taką kobietą, z którą… no, jaką pan uznaje za godną uwagi i przyjaźni… Słowem, nie gospodyni, jak się pan wyraża. Dlaczego pan się zdecydował podejść do mnie?

– Dlaczego? Dlaczego? Ależ pani była sama, ten jegomość był nadto śmiały, teraz jest noc: sama się pani zgodzi, że obowiązkiem moim…

– Nie, nie, jeszcze wcześniej, po tamtej stronie. Przecież pan chciał podejść do mnie?

– Tam, po tamtej stronie? Doprawdy, nie wiem, jak odpowiedzieć; obawiam się… Wie pani, byłem dzisiaj szczęśliwy; szedłem i śpiewałem; byłem za miastem; nigdy jeszcze nie przeżywałem tak szczęśliwych chwil. Pani… zresztą może mi się tak zdawało… Niech mi pani wybaczy, że o tym wspominam: zdawało mi się, że pani płakała i… nie mogłem tego słuchać… aż mi się serce ścisnęło… O mój Boże! Czyż nie było mi wolno zatroszczyć się o panią? Czyż to był grzech, że poczułem dla pani braterskie współczucie… Słowem, czyżbym mógł panią obrazić, że mimo woli przyszło mi do głowy zbliżyć się do pani?

– Niech pan da spokój, dosyć, niech pan już nic nie mówi… – powiedziała dziewczyna, spuściwszy oczy i uścisnąwszy moją dłoń. – Sama jestem winna, że zaczęłam o tym mówić; miło mi jednak, że się na panu nie zawiodłam… Ale oto już jestem w domu; muszę skręcić tu, w tę uliczkę, stąd tylko parę kroków… Żegnam i dziękuję panu…

– A więc już nigdy się nie zobaczymy?… Więc na tym się wszystko skończy?

– Widzi pan – powiedziała dziewczyna, śmiejąc się – z początku szło panu tylko o kilka słów, a teraz… Zresztą, nic panu nie powiem… Możliwe, że się spotkamy…

– Przyjdę tu jutro – powiedziałem. – O, niech mi pani wybaczy, że już domagam się…

– Tak, pan jest niecierpliwy… Pan prawie żąda…

– Proszę pani, proszę pani! – przerwałem jej. – Niech mi pani wybaczy, jeżeli znów powiem coś takiego… Ale nie mogę nie przyjść tutaj jutro. Jestem marzycielem; tak mało mam rzeczywistego życia, że takie chwile, jak ta, jak teraz, zdarzają mi się rzadko i muszę powracać do nich w marzeniach. Będę marzył o pani całą noc, cały tydzień, cały rok. Na pewno przyjdę tutaj jutro, właśnie tutaj, na to samo miejsce, właśnie o tej godzinie, i będę szczęśliwy, wspominając wczorajsze. To miejsce jest mi już drogie. Mam w Petersburgu takie dwa albo trzy miejsca. Raz nawet rozpłakałem się na wspomnienie, tak samo jak pani… Kto wie, może i pani przed dziesięcioma minutami płakała z powodu wspomnień… Ale niech mi pani wybaczy, znów się zapomniałem; może i pani kiedyś była tu szczególnie szczęśliwa…

– Dobrze – powiedziała dziewczyna – możliwe, że przyjdę tutaj jutro, również o dziesiątej. Widzę, że już nie mogę panu zabronić… Idzie o to, że muszę tutaj być; niech pan tylko nie myśli, że się z panem umawiam; uprzedzam pana, że muszę tu być we własnej sprawie. No i… powiem panu wprost: nie szkodzi, jeżeli i pan przyjdzie; po pierwsze, mogą znowu zdarzyć się jakieś przykrości jak dzisiaj, ale mniejsza o to… słowem, chciałabym pana zobaczyć… żeby mu powiedzieć kilka słów. Tylko widzi pan, czy pan teraz o mnie źle nie pomyśli? Niech pan nie sądzi, że ja się tak łatwo umawiam… Nie umawiałabym się, gdyby… Ale niech to będzie moją tajemnicą! Tylko z góry umowa…

– Umowa! Niech pani mówi, niech pani powie wszystko zawczasu, na wszystko się zgadzam, gotów jestem na wszystko! – zawołałem w zachwycie. – Odpowiadam za siebie, będę posłuszny, pełen uszanowania… pani mnie zna…

– Właśnie dlatego, że pana znam, proszę pana na jutro – powiedziała dziewczyna, śmiejąc się. – Znam pana doskonale. Ale niech pan uważa, zapraszam pana pod warunkiem, że, po pierwsze (tylko niech pan będzie tak dobry i spełni to, o co poproszę – widzi pan, mówię szczerze), niech pan się we mnie nie zakocha… Nie trzeba tego robić, zapewniam pana. Do przyjaźni jestem gotowa, oto moja ręka… A zakochać się nie wolno, proszę pana!

– Przysięgam pani! – zawołałem, chwytając ją za rękę.

– Dość, niech pan nie przysięga, wiem przecież, że pan zdolny jest wybuchnąć jak proch. Niech pan mnie źle nie sądzi, że tak mówię. Gdyby pan wiedział… Ja również nie mam nikogo, z kim mogłabym parę słów zamienić, kogo by można zapytać o radę. Naturalnie, że nie na ulicy szuka się doradców, ale pan jest wyjątkiem. Znam pana tak dobrze, jakbyśmy już ze dwadzieścia lat byli przyjaciółmi… Prawda, że pan mnie nie zdradzi?

– Zobaczy pani… tylko nie wiem, jak ja się doczekam, choćbym tylko dobę miał czekać.

– Niech pan mocno śpi, dobrej nocy, i niech pan pamięta, że już mu zaufałam. Ale pan to tak dobrze powiedział przed chwilą; czy z każdego uczucia trzeba zdawać sobie sprawę, nawet kiedy po bratersku komuś się współczuje? Wie pan, to było tak dobrze powiedziane, że przyszło mi teraz na myśl zwierzyć się panu…

– Na Boga, z czego?

– Do jutra. Niech to na razie będzie tajemnicą. Tym lepiej dla pana, chociaż z daleka będzie podobne do romansu. Może jutro już panu powiem, a może i nie… Jeszcze pomówię z panem przedtem, poznamy się lepiej.

– O, ja pani zaraz jutro wszystko o sobie opowiem! Ale co to? Jakby się cuda ze mną działy… Boże mój, gdzie ja jestem? No, niech mi pani powie, czy pani jest niezadowolona, że się na mnie nie rozgniewała, jak by postąpiła inna, że nie odpędziła mnie pani zaraz na początku? Dwie minuty i uczyniła mnie pani na zawsze szczęśliwym. Tak, szczęśliwym; kto wie, może pani mnie pogodziła z sobą samym, rozwiała moje wątpliwości… Może zdarzają mi się takie chwile… No, ale ja pani jutro wszystko opowiem, wszystkiego się pani dowie, wszystkiego…

– Dobrze, zgoda; pan więc zacznie…

– Zgoda.

– Do widzenia!

– Do widzenia!

I rozstaliśmy się. Chodziłem przez całą noc. Nie mogłem się zdecydować na powrót do domu… Byłem taki szczęśliwy… do jutra!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij