-
nowość
Biegacz z odzysku. Część 1: Zacznij jeszcze raz - ebook
Biegacz z odzysku. Część 1: Zacznij jeszcze raz - ebook
Biegacz z odzysku. Część 1: Zacznij jeszcze raz to książka dla osób, które już kilka razy próbowały biegać, ale po kilku dniach lub tygodniach odpuszczały. Bez presji, bez sportowego zadęcia i bez planów dla zawodowców. To praktyczny przewodnik dla zwykłych ludzi, którzy chcą wrócić do ruchu spokojnie, mądrze i bez zajeżdżania się. W środku znajdziesz prosty plan startu, wskazówki dla osób z nadwagą, sposoby na brak motywacji, wymówki, pierwsze kryzysy i najczęstsze błędy początkujących. Dowiesz się, jak zacząć od marszobiegu, jak nie przesadzić na początku i jak zrobić z biegania nawyk, a nie kolejny chwilowy zryw. To nie jest książka o idealnym bieganiu. To książka o powrocie. Krok po kroku, bez wstydu i bez zaczynania od nowa co kilka tygodni.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sport i zabawa |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nie zaczynasz od zera. Zaczynasz z doświadczeniem
Jest jedno zdanie, które chciałbym, żeby zostało z Tobą od samego początku tej książki:
Nie zaczynasz od zera. Zaczynasz z doświadczeniem.
To bardzo ważne, bo większość ludzi, którzy wracają do biegania, ma w głowie zupełnie inną historię.
Myślą sobie:
„Znowu jestem na początku”.
„Znowu wszystko przepadło”.
„Znowu muszę zaczynać od zera”.
„Kiedyś było lepiej”.
„Kiedyś dałem radę, a teraz nawet kilka minut truchtu mnie męczy”.
„Nie mam formy, nie mam kondycji, nie mam systematyczności”.
I tak już na starcie dokładają sobie plecak pełen winy, frustracji i wstydu.
A przecież sam powrót do biegania jest wystarczająco trudny. Naprawdę nie trzeba jeszcze dorzucać do tego poczucia, że jest się życiowym nieudacznikiem tylko dlatego, że poprzednim razem się nie udało.
Bo poprzednia próba nie była porażką.
Była informacją.
Może bolesną, może niewygodną, może taką, do której nie chce się wracać, ale nadal informacją.
Pokazała Ci, co działało.
Pokazała Ci, co nie działało.
Pokazała Ci, kiedy najłatwiej odpuszczasz.
Pokazała Ci, jak reagujesz na zmęczenie.
Pokazała Ci, czy próbujesz robić za dużo naraz.
Pokazała Ci, czy potrzebujesz planu, czy raczej luzu.
Pokazała Ci, czy bieganie wieczorem po pracy ma u Ciebie sens, czy kończy się tym, że siadasz na kanapie i już nie wstajesz.
Pokazała Ci, czy za szybko chcesz zobaczyć efekty.
Pokazała Ci, czy porównujesz się z innymi.
Pokazała Ci, czy traktujesz bieganie jak karę za jedzenie, wagę albo brak formy.
To wszystko są dane.
A dane są przydatne.
Problem polega na tym, że większość ludzi nie wyciąga z poprzednich prób żadnych wniosków. Zamiast tego robią jedną z dwóch rzeczy.
Albo uznają, że bieganie nie jest dla nich.
Albo zaczynają dokładnie tak samo jak ostatnio, tylko z większą złością na siebie.
I potem dziwią się, że znowu kończy się podobnie.
Twoje poprzednie próby nie były bez sensu
Być może masz za sobą już kilka podejść do biegania.
Może zaczynałeś w styczniu, razem z całym światem, który po świętach postanowił „wziąć się za siebie”.
Może zaczynałeś wiosną, bo zrobiło się cieplej, dzień dłuższy i nagle człowiek poczuł, że może jednak dałoby się coś zmienić.
Może zaczynałeś przed wakacjami, bo pojawiła się klasyczna myśl:
„Jeszcze zdążę trochę schudnąć”.
Może zaczynałeś po wejściu na wagę.
Może po badaniach.
Może po tym, jak zobaczyłeś zdjęcie z imprezy, wakacji albo rodzinnego spotkania i pomyślałeś:
„Kurde, to naprawdę ja?”.
Może zaczynałeś, bo ktoś znajomy biegał i wyglądało to fajnie.
Może dlatego, że chciałeś mieć trochę czasu dla siebie.
Może dlatego, że czułeś, że głowa Ci siada, a ciało jest ciągle zmęczone.
Powód mógł być różny, ale schemat często jest podobny.
Najpierw pojawia się impuls.
Potem decyzja.
Potem szybkie przygotowania.
Buty.
Aplikacja.
Może zegarek.
Może nowa koszulka.
Może plan z internetu.
Może nawet zapisanie się na jakiś bieg, bo przecież cel mobilizuje.
Pierwszy trening bywa dziwny, ale daje satysfakcję. Czujesz, że coś ruszyło. Wracasz do domu zmęczony, ale zadowolony. W głowie pojawia się przyjemne zdanie:
„Dobra, tym razem będzie inaczej”.
Drugi trening jeszcze idzie.
Trzeci może też.
Ale potem życie zaczyna testować Twój plan.
Pojawia się zmęczenie.
Pojawia się gorsza pogoda.
Pojawia się praca.
Pojawiają się zakwasy.
Pojawia się brak czasu.
Pojawia się myśl, że może dzisiaj odpuścisz, ale jutro wrócisz.
Potem jutro robi się pojutrze.
Pojutrze robi się weekend.
Weekend robi się nowy tydzień.
A nowy tydzień robi się:
„Dobra, zacznę od poniedziałku”.
I nagle mijają trzy tygodnie.
Potem trzy miesiące.
A buty stoją w szafie jak wyrzut sumienia.
Znasz to?
Jeśli tak, to spokojnie. Nie jesteś wyjątkiem. To nie jest Twoja prywatna wada charakteru. To bardzo częsty mechanizm.
Ludzie nie rzucają biegania dlatego, że są beznadziejni.
Rzucają, bo źle ustawiają początek.
Początek jest najważniejszy
W bieganiu początek decyduje o wszystkim.
Nie dlatego, że pierwszy trening musi być perfekcyjny.
Właśnie odwrotnie.
Pierwszy trening powinien być tak spokojny, żeby ciało nie uznało go za atak.
A większość ludzi robi dokładnie odwrotnie.
Wychodzą po długiej przerwie i próbują pobiec tak, jakby ciało przez ostatnie miesiące tylko czekało w gotowości.
Jakby płuca, nogi, stawy, ścięgna i głowa miały obowiązek od razu wskoczyć na poziom sprzed kilku lat.
Tylko że ciało tak nie działa.
Jeśli przez dłuższy czas głównie siedzisz, mało chodzisz, śpisz średnio, jesz różnie, pracujesz dużo, stresujesz się często, a potem nagle wychodzisz i próbujesz biec 30 minut, to dla organizmu nie jest to romantyczny powrót do sportu.
To jest alarm.
Serce mówi:
„Co się dzieje?”.
Płuca mówią:
„Nie byliśmy umówieni na takie tempo”.
Łydki mówią:
„My tu tylko stałyśmy przy ekspresie do kawy, a teraz każesz nam amortyzować każdy krok?”.
Kolana mówią:
„Halo, może najpierw jakaś adaptacja?”.
Głowa mówi:
„To jest straszne. Dlaczego ludzie to lubią?”.
I po takim treningu trudno się dziwić, że człowiek nie ma ochoty na kolejny.
Bo ciało zapamiętuje nie tylko dumę po treningu. Zapamiętuje też cierpienie, dyskomfort, zadyszkę i ból.
Jeśli pierwszy etap biegania kojarzy Ci się wyłącznie z walką o przetrwanie, to Twoja głowa będzie robiła wszystko, żeby Cię przed tym chronić.
To dlatego nagle pojawiają się wymówki.
Nie dlatego, że jesteś leniwy.
Tylko dlatego, że Twój mózg bardzo dobrze pamięta, że ostatnim razem było nieprzyjemnie.
Nie musisz nadrabiać straconego czasu
Jednym z największych błędów powracających biegaczy jest próba nadrobienia wszystkiego naraz.
Człowiek patrzy na siebie i myśli:
„Zmarnowałem tyle miesięcy”.
„Gdybym wtedy nie odpuścił, już byłbym w formie”.
„Gdybym zaczął rok temu, teraz biegałbym 10 kilometrów”.
„Muszę się w końcu ostro wziąć”.
I wtedy pojawia się niebezpieczna energia.
Złość na siebie.
A złość potrafi ruszyć z kanapy, ale rzadko buduje dobrą regularność.
Bo kiedy zaczynasz ze złości, bardzo łatwo zamieniasz trening w karę.
Karę za kilogramy.
Karę za lenistwo.
Karę za poprzednie odpuszczenie.
Karę za zdjęcie, na którym źle wyglądasz.
Karę za to, że nie jesteś tam, gdzie chciałbyś być.
I wtedy bieganie przestaje być drogą do lepszego życia.
Staje się batem.
A człowiek może przez chwilę żyć pod batem. Może zacisnąć zęby. Może zrobić tydzień, dwa, nawet miesiąc. Ale w dłuższej perspektywie bardzo trudno utrzymać coś, co jest oparte głównie na karaniu siebie.
Dlatego w tej książce nie będziemy nadrabiać straconego czasu.
Nie musisz nadrabiać.
Nie musisz udowadniać, że teraz wszystko odrobisz.
Nie musisz zaczynać od planu, który ma Cię jak najszybciej doprowadzić do formy.
Masz zacząć tak, żeby nie odpaść.
To jest dużo ważniejsze.
Bo forma nie przychodzi od jednego mocnego tygodnia.
Forma przychodzi od wielu tygodni, w których robisz trochę, ale regularnie.
A żeby robić regularnie, nie możesz zniszczyć się na początku.
Doświadczenie to nie tylko sukcesy
Ludzie często myślą, że doświadczenie to coś pozytywnego.
Że doświadczenie ma ktoś, kto przebiegł maraton, zrobił życiówkę, trenował kilka lat, zna wszystkie buty, wie, czym różni się tempo progowe od interwałów i potrafi rozmawiać o tętnie bez udawania, że rozumie.
Ale doświadczenie to nie tylko sukcesy.
Doświadczenie to również wszystkie momenty, w których coś poszło nie tak.
To trening, po którym bolały Cię piszczele.
To plan, który był za ambitny.
To aplikacja, która kazała Ci biegać więcej, niż było rozsądne.
To wyjście na trening bez jedzenia, po którym zrobiło Ci się słabo.
To bieg w za grubych ubraniach, kiedy przegrzałeś się po 10 minutach.
To porównywanie się z kimś, kto biegał od lat.
To kupienie drogich butów, które same nie rozwiązały problemu.
To tydzień, w którym ominąłeś jeden trening i uznałeś, że wszystko przepadło.
To też doświadczenie.
Może nie wygląda ładnie. Może nie nadaje się na motywacyjny post. Ale jest bardzo cenne.
Bo teraz możesz zapytać:
Co poprzednim razem mnie zatrzymało?
To jedno z najważniejszych pytań na początku.
Nie:
„Dlaczego jestem taki słaby?”.
Nie:
„Czemu znowu mi nie wyszło?”.
Nie:
„Co jest ze mną nie tak?”.
Tylko właśnie:
Co poprzednim razem mnie zatrzymało?
Zmęczenie?
Brak czasu?
Za trudny plan?
Zbyt szybkie tempo?
Ból?
Wstyd?
Nuda?
Brak efektów?
Porównywanie się?
Zbyt duże oczekiwania?
Brak wsparcia?
A może wszystko naraz?
Kiedy nazwiesz przeszkodę, przestaje być mgłą. Zaczyna być czymś, z czym można pracować.
Twoja historia ma znaczenie
Nie każdy zaczyna z tego samego miejsca.
To niby oczywiste, ale często o tym zapominamy.
Jedna osoba wraca do biegania po kilku miesiącach przerwy.
Druga po kilku latach.
Trzecia zaczyna po czterdziestce i czuje, że ciało już nie reaguje tak jak kiedyś.
Czwarta ma nadwagę i boi się, że każdy patrzy właśnie na nią.
Piąta pracuje po 10 godzin dziennie i naprawdę nie wie, gdzie wcisnąć trening.
Szósta ma małe dzieci i jej plan dnia wygląda jak nieustanne gaszenie pożarów.
Siódma ma stresującą pracę i po całym dniu jest tak zmęczona psychicznie, że sam pomysł założenia butów wydaje się absurdalny.
Ósma kiedyś była aktywna, ale teraz każde porównanie z dawną wersją siebie boli.
Dziewiąta nigdy nie lubiła sportu i ma w głowie szkolne wspomnienia z WF-u, gdzie bieganie oznaczało upokorzenie, zadyszkę i ocenianie.
Każda z tych osób potrzebuje trochę innego podejścia.
Dlatego nie będziemy udawać, że istnieje jeden idealny plan dla wszystkich.
Owszem, w tej książce dostaniesz konkretne wskazówki i plan. Ale najpierw musisz zrozumieć, że Twój punkt startu jest Twój.
Nie gorszy.
Nie lepszy.
Po prostu Twój.
Jeśli dzisiaj Twoim sukcesem jest 20 minut marszu z kilkoma krótkimi odcinkami truchtu, to właśnie od tego zaczynasz.
Jeśli Twoim sukcesem jest wyjście z domu mimo wstydu, to właśnie to jest zwycięstwo.
Jeśli Twoim sukcesem jest powrót po miesiącach przerwy, to nie umniejszaj tego.
Nie musisz zaczynać od poziomu, który dobrze wygląda.
Masz zacząć od poziomu, który jest prawdziwy.
Nie porównuj swojego pierwszego tygodnia do czyjegoś dziesiątego roku
To będzie wracało w tej książce jeszcze wiele razy, bo to jeden z największych niszczycieli początkujących biegaczy.
Porównywanie.
Wychodzisz na pierwszy trening, ledwo łapiesz oddech, robisz marszobieg, czujesz każdy kilogram, każdą przerwę i każdy błąd z ostatnich miesięcy.
Potem wracasz do domu, odpalasz telefon i widzisz:
Ktoś przebiegł 15 kilometrów przed pracą.
Ktoś wrzucił zdjęcie z zawodów.
Ktoś zrobił życiówkę na 10 km.
Ktoś pisze, że „dzisiaj tylko spokojne 12 km”.
Ktoś pokazuje wykresy, tętna, tempa, medale.
I nagle Twoje 18 minut marszobiegu wydaje się śmieszne.
Ale to jest bardzo niesprawiedliwe porównanie.
Bo Ty widzisz czyjś efekt, a nie widzisz procesu.
Nie widzisz pierwszych treningów tej osoby.
Nie widzisz jej przerw.
Nie widzisz kontuzji.
Nie widzisz lat regularności.
Nie widzisz tego, że ona też kiedyś zaczynała od zadyszki.
Nie widzisz, ile razy miała gorszy dzień.
Widzisz tylko wycinek.
A potem tym wycinkiem bijesz siebie po głowie.
To nie ma sensu.
Twoim zadaniem na początku nie jest dorównać ludziom, którzy są dalej.
Twoim zadaniem jest nie wystraszyć się własnego początku.
Bo początek prawie zawsze wygląda gorzej, niż byśmy chcieli.
Jest wolniej.
Ciężej.
Mniej efektownie.
Bardziej chaotycznie.
Ale to nie znaczy, że jest źle.
To znaczy, że jest prawdziwie.
Najpierw obserwuj, potem oceniaj
Kiedy wracasz do biegania, spróbuj przez pierwsze dni i tygodnie mniej się oceniać, a bardziej obserwować.
To jest ogromna różnica.
Ocena brzmi:
„Jestem bez formy”.
„Ale słabo”.
„Kiedyś było lepiej”.
„Nie nadaję się”.
„To żenujące”.
„Inni biegają normalnie, a ja ledwo truchtam”.
Obserwacja brzmi:
„Po trzech minutach truchtu mam zadyszkę”.
„Łydki mocno pracują”.
„Najtrudniej jest mi wyjść z domu, ale po powrocie czuję satysfakcję”.
„Wieczorem po pracy mam najmniej energii”.
„Kiedy zaczynam za szybko, szybko się męczę”.
„Lepiej idzie mi, kiedy przeplatam bieg marszem”.
Widzisz różnicę?
Ocena często zamyka temat.
Obserwacja daje wskazówki.
Jeśli po trzech minutach truchtu masz zadyszkę, to nie znaczy, że jesteś beznadziejny. To znaczy, że na tym etapie trzy minuty ciągłego truchtu mogą być za długie albo za szybkie.
Jeśli wieczorem nie masz siły, to nie znaczy, że jesteś leniwy. Może po prostu potrzebujesz biegać rano, w weekend albo zaraz po pracy, zanim usiądziesz.
Jeśli po każdym treningu bolą Cię piszczele, to nie jest dowód na słabość charakteru. To sygnał, że trzeba zmniejszyć obciążenie, sprawdzić buty, nawierzchnię, tempo, masę ciała, regenerację albo technikę.
Obserwacja daje Ci możliwość zmiany.
Ocena daje Ci tylko poczucie winy.
A poczucie winy jest słabym trenerem.
Zapisz, co już wiesz o sobie
Zanim ruszysz dalej, warto zrobić prostą rzecz.
Nie potrzebujesz do tego specjalnego dziennika, aplikacji ani kolorowych tabel. Wystarczy kartka, notatka w telefonie albo kilka minut szczerej rozmowy ze sobą.
Odpowiedz na pytania:
1. Ile razy już próbowałem wrócić do biegania lub ruchu?
Nie po to, żeby się dobijać. Po to, żeby zobaczyć schemat.
2. Co zwykle mnie motywowało do startu?
Waga? Zdrowie? Zdjęcie? Stres? Chęć zmiany? Ktoś znajomy? Nadchodzące wakacje?
3. Co najczęściej powodowało, że odpuszczałem?
Brak czasu? Zakwasy? Ból? Wstyd? Nuda? Za trudny plan? Brak efektów? Pogoda? Praca? Chaos?
4. Czy zaczynałem za mocno?
To pytanie warto potraktować poważnie. Większość ludzi odpowiada: tak.
5. Czy miałem plan awaryjny na trudniejsze tygodnie?
Bo jeśli plan działa tylko wtedy, kiedy życie jest idealne, to nie jest dobry plan.
6. Jakie warunki pomagają mi wyjść na trening?
Rano? Wieczorem? Samemu? Z kimś? Z muzyką? Bez telefonu? Blisko domu? W parku? Na bieżni?
7. Czego chcę tym razem uniknąć?
To pytanie jest kluczowe.
Może chcesz uniknąć zajechania się.
Może porównywania.
Może planu, który jest zbyt ambitny.
Może zaczynania od pięciu treningów w tygodniu.
Może traktowania biegania jako kary.
Może rezygnowania po pierwszej przerwie.
Te odpowiedzi są ważniejsze niż idealny plan z internetu.
Bo plan ma pasować do Ciebie, a nie Ty do planu.
Nie jesteś projektem do naprawy
Wiele osób zaczyna biegać z bardzo ciężkim nastawieniem:
„Muszę się naprawić”.
„Muszę schudnąć”.
„Muszę coś ze sobą zrobić”.
„Nie mogę tak dalej wyglądać”.
„Muszę w końcu przestać być taki”.
Rozumiem te myśli. Naprawdę. Czasem człowiek dochodzi do momentu, w którym jest zmęczony sobą, swoim ciałem, swoim brakiem energii i tym, że ciągle odkłada zmianę.
Ale jest różnica między chęcią poprawy życia a traktowaniem siebie jak zepsutego sprzętu.
Nie jesteś projektem do naprawy.
Jesteś człowiekiem, który chce wrócić do ruchu.
To ważne, bo sposób, w jaki do siebie mówisz, wpływa na to, czy zostaniesz przy bieganiu.
Jeśli każdy trening ma być dowodem, że wreszcie „coś ze sobą robisz”, to szybko pojawi się presja.
Jeśli każda przerwa ma oznaczać, że znowu jesteś beznadziejny, to trudno będzie wracać.
Jeśli każda gorsza chwila ma uruchamiać w Tobie wstyd, to bieganie stanie się emocjonalnie ciężkie.
A przecież ruch może być czymś innym.
Może być formą troski.
Może być sposobem na odzyskanie energii.
Może być chwilą, w której nie musisz nikomu nic udowadniać.
Może być jednym z niewielu momentów dnia, kiedy jesteś sam ze sobą.
Może być prostym sygnałem:
„Zależy mi na sobie”.
To nie brzmi tak ostro jak „będę cisnął”, ale w dłuższym terminie działa dużo lepiej.
Przeszłość nie decyduje, ale uczy
To, że wcześniej odpuściłeś, nie oznacza, że odpuścisz znowu.
Ale jeśli nie zmienisz podejścia, szansa jest spora.
Dlatego nie chodzi o to, żeby udawać, że poprzednie próby nie miały miejsca.
Miały.
I dobrze.
Bo teraz możesz zacząć z większą świadomością.
Jeśli wiesz, że zawsze zaczynałeś za szybko — tym razem zwolnij.
Jeśli wiesz, że po ominięciu jednego treningu porzucałeś cały plan — tym razem od razu załóż, że przerwy się zdarzą.
Jeśli wiesz, że nie lubisz biegać wieczorem — nie planuj większości treningów na wieczór tylko dlatego, że ktoś mówi, że tak trzeba.
Jeśli wiesz, że wstydzisz się biegać przy ludziach — zacznij w spokojniejszym miejscu, wcześniej rano albo na trasie, gdzie czujesz się bezpieczniej.
Jeśli wiesz, że po mocnym pierwszym tygodniu zawsze bolało Cię wszystko — zacznij od marszobiegu i krótszych jednostek.
Jeśli wiesz, że brak efektów na wadze Cię zniechęcał — tym razem mierz też energię, sen, samopoczucie, obwody, regularność i to, jak czujesz się po schodach.
To jest właśnie korzystanie z doświadczenia.
Nie roztrząsanie porażek.
Nie obwinianie się.
Tylko wyciąganie wniosków.
Twoim pierwszym celem nie jest forma
Na początku bardzo kuszące jest ustawienie dużego celu.
Schudnąć 10 kilogramów.
Przebiec 5 kilometrów bez zatrzymania.
Zapisać się na 10 km.
Poprawić zdrowie.
Wejść w spodnie sprzed lat.
Zrobić półmaraton.
Nie ma w tym nic złego. Cele są potrzebne. Ale w pierwszym etapie najważniejszy cel jest mniej spektakularny.
Masz zostać w grze.
Tyle.
Nie musisz jeszcze być szybki.
Nie musisz biegać długo.
Nie musisz robić imponujących treningów.
Nie musisz mieć pięknych statystyk.
Masz nie zniknąć po dwóch tygodniach.
To jest ogromny sukces.
Bo jeśli zostaniesz w grze przez miesiąc, możesz coś budować.
Jeśli zostaniesz przez dwa miesiące, ciało zacznie się adaptować.
Jeśli zostaniesz przez trzy miesiące, bieganie zacznie być częścią życia.
Ale jeśli zniszczysz się po pierwszym tygodniu, żaden ambitny cel nie będzie miał znaczenia.
Dlatego pierwsze tygodnie mają być trochę nudne.
Tak, nudne.
Za mało heroiczne.
Za wolne.
Za spokojne.
Za rozsądne.
I właśnie dlatego mają szansę zadziałać.
Nie wszystko musi Ci się chcieć
Kiedy ludzie wracają do biegania, często czekają na motywację.
Na ten dobry nastrój.
Na moment, kiedy poczują energię.
Na dzień, kiedy wszystko się ułoży.
Ale prawda jest taka, że bardzo często nie będzie Ci się chciało.
I to jest normalne.
Nie musisz czuć wielkiej ochoty, żeby zrobić mały trening.
Nie musisz być pełen energii, żeby wyjść na 20 minut.
Nie musisz być zmotywowany, żeby założyć buty.
Motywacja jest fajna, ale jest niestabilna. Pojawia się i znika. Zależy od snu, pogody, stresu, jedzenia, pracy, nastroju i tysiąca innych rzeczy.
Dlatego nie buduj biegania wyłącznie na motywacji.
Buduj je na prostych decyzjach.
Dzisiaj robię minimum.
Dzisiaj wychodzę na 20 minut.
Dzisiaj nie negocjuję ze sobą przez godzinę.
Dzisiaj może być wolno.
Dzisiaj może być brzydko.
Dzisiaj nie muszę czuć magii.
Dzisiaj mam po prostu zrobić krok.
To podejście jest mniej efektowne niż wielkie hasła, ale dużo bardziej życiowe.
Bo prawdziwa regularność nie polega na tym, że zawsze Ci się chce.
Polega na tym, że masz sposób działania również wtedy, kiedy chęci są przeciętne.
Biegacz z odzysku to ktoś, kto wraca
Nie musisz mieć pięknej sportowej historii.
Nie musisz mieć ciągłości.
Nie musisz mieć idealnej przeszłości.
Możesz mieć przerwy.
Możesz mieć nieudane podejścia.
Możesz mieć momenty, kiedy zupełnie odpuściłeś.
Możesz mieć okresy, kiedy ruch był ostatnią rzeczą, na którą miałeś siłę.
To nie przekreśla Twojej przyszłości.
Biegacz z odzysku to nie ktoś, kto zawsze biegał.
To ktoś, kto wraca.
Czasem z kanapy.
Czasem z nadwagą.
Czasem po chorobie.
Czasem po latach pracy za biurkiem.
Czasem po kontuzji.
Czasem po wypaleniu.
Czasem po prostu po długim czasie, w którym wszystko inne było ważniejsze niż on sam.
I właśnie dlatego ten powrót jest wartościowy.
Bo nie zaczynasz jako idealna wersja siebie.
Zaczynasz jako prawdziwa wersja siebie.
Zmęczona, zajęta, może trochę zawstydzona, może zła, może pełna obaw, ale jednak gotowa zrobić pierwszy krok.
A to jest dużo więcej, niż Ci się wydaje.
Małe zwycięstwa są ważniejsze, niż myślisz
Na początku łatwo lekceważyć małe rzeczy.
Bo co to za sukces wyjść na 15 minut?
Co to za sukces przeplatać minutę truchtu dwiema minutami marszu?
Co to za sukces wrócić z treningu, który wyglądał bardziej jak spacer?
Co to za sukces przebiec kawałek i się zasapać?
A jednak właśnie z takich rzeczy składa się powrót.
Nie z jednego wielkiego przełomu.
Nie z dramatycznej przemiany.
Nie z magicznego momentu, po którym wszystko staje się łatwe.
Tylko z małych zwycięstw.
Założyłeś buty mimo braku chęci.
Wyszedłeś mimo wstydu.
Zrobiłeś spokojny trening zamiast cisnąć za mocno.
Przerwałeś bieg marszem, zanim się zajechałeś.
Wróciłeś po ominiętym treningu.
Nie porównałeś się z kimś szybszym.
Nie skasowałeś całego planu po jednym gorszym dniu.
To są fundamenty.
Może nie wyglądają efektownie, ale są ważne.
Bo każdy taki moment wzmacnia w Tobie nową historię:
„Potrafię wracać”.
A to jest jedna z najważniejszych umiejętności w bieganiu i w życiu.
Zacznij od uczciwości
Ten rozdział nie ma Cię tylko zmotywować.
Ma Cię zatrzymać na chwilę i zmusić do uczciwego spojrzenia na swój start.
Nie po to, żeby się oceniać.
Po to, żeby zacząć mądrzej.
Dlatego zanim przejdziesz dalej, odpowiedz sobie szczerze:
Czy poprzednio zaczynałem za mocno?
Czy próbowałem zmienić wszystko naraz?
Czy traktowałem bieganie jak karę?
Czy porównywałem się z innymi?
Czy miałem plan na gorsze dni?
Czy umiałem wracać po przerwie?
Czy dawałem sobie prawo do marszu?
Czy oczekiwałem efektów zbyt szybko?
Czy naprawdę dopasowałem bieganie do swojego życia, czy próbowałem dopasować życie do idealnego planu?
To nie są pytania, które mają Cię dobić.
To są pytania, które mogą Cię uratować przed powtórką tego samego schematu.
Bo jeśli zobaczysz, co wcześniej nie działało, możesz tym razem zrobić coś inaczej.
A właśnie o to chodzi.
Na koniec tego rozdziału
Nie jesteś na początku dlatego, że zawaliłeś.
Jesteś na początku dlatego, że wracasz.
A powrót jest czymś odważnym.
Może mniej spektakularnym niż pierwszy wielki zryw, ale często dużo ważniejszym.
Bo zacząć raz potrafi prawie każdy.
Zacząć jeszcze raz, po wcześniejszych próbach, po rozczarowaniu, po przerwach, po poczuciu winy — to już wymaga czegoś więcej.
Wymaga zgody na to, że nie wszystko poszło idealnie.
Wymaga cierpliwości.
Wymaga pokory.
Wymaga rezygnacji z udawania, że tym razem wystarczy sama motywacja.
I wymaga jednej prostej decyzji:
„Tym razem nie będę zaczynać jak dawniej”.
Nie od zrywu.
Nie od kary.
Nie od udowadniania.
Nie od porównywania.
Tylko od doświadczenia.
Od tego, co już o sobie wiesz.
Od spokojnego kroku.
Od planu, który ma szansę przetrwać prawdziwe życie.
Bo nie zaczynasz od zera.
Zaczynasz z doświadczeniem.
I jeśli dobrze je wykorzystasz, to właśnie ono może sprawić, że tym razem naprawdę zostaniesz w grze.ROZDZIAŁ 3
Nie musisz być sportowcem, żeby zostać biegaczem
Jednym z największych kłamstw, jakie ludzie noszą w głowie, jest to, że żeby zacząć biegać, trzeba być „sportowym typem”.
Wiesz, o jaki typ chodzi.
Ten człowiek, który zawsze lubił WF.
Ten, który w szkole był wybierany do drużyny jako jeden z pierwszych.
Ten, który od dziecka miał energię, szybkość, koordynację i naturalną lekkość.
Ten, który na wakacjach nie tylko leży na plaży, ale jeszcze „dla przyjemności” idzie pobiegać o szóstej rano.
Ten, który ma w domu więcej butów sportowych niż zwykłych.
Ten, który mówi:
„Ja bez ruchu nie umiem żyć”.
I Ty patrzysz na takiego człowieka i myślisz:
„No tak, on może biegać. On jest z tych sportowych”.
A potem patrzysz na siebie.
Na swoje życie.
Na pracę.
Na zmęczenie.
Na brzuch.
Na zadyszkę.
Na historię nieudanych podejść.
Na to, że po wejściu na trzecie piętro czasem czujesz, że płuca mają pretensje.
Na to, że ostatni raz regularny sport był może lata temu.
Na to, że w szkole bieganie kojarzyło Ci się bardziej z karą niż z wolnością.
I pojawia się myśl:
„Ja chyba nie jestem z tych ludzi”.
Ale właśnie od tego trzeba zacząć ten rozdział.
Nie musisz być sportowcem, żeby zostać biegaczem.
Nie musisz mieć sportowej przeszłości.
Nie musisz mieć idealnej sylwetki.
Nie musisz znać się na treningu.
Nie musisz mieć kondycji na starcie.
Nie musisz mieć lekkiego kroku.
Nie musisz mieć zdjęcia z mety.
Nie musisz znać różnicy między interwałem, tempem progowym i spokojnym wybieganiem.
Nie musisz nawet lubić biegania od pierwszego dnia.
Musisz tylko dać sobie prawo zacząć z miejsca, w którym naprawdę jesteś.
Nie z miejsca, w którym chciałbyś być.
Nie z miejsca, w którym byłeś kiedyś.
Nie z miejsca, w którym są inni.
Z własnego miejsca.
Bo biegaczem nie zostaje się dlatego, że ktoś urodził się z magiczną cechą „sportowiec”.
Biegaczem zostaje się przez powtarzanie małych decyzji.
Zakładam buty.
Wychodzę.
Ruszam.
Robię swoje.
Wracam.
Powtarzam.
I właśnie z tego, z tych prostych powrotów, z tej regularności, z tych nieidealnych treningów, zaczyna się budować coś, co z czasem naprawdę może zmienić Twoje życie.
Mit sportowego człowieka
Wiele osób ma w głowie bardzo sztywny podział.
Są ludzie sportowi.
I są ludzie niesportowi.
Sportowi biegają, chodzą na siłownię, jeżdżą na rowerze, grają w piłkę, zapisują się na zawody, lubią się zmęczyć i mają energię.
Niesportowi siedzą, odkładają, próbują, rezygnują, męczą się szybko, unikają aktywności i mówią:
„To nie dla mnie”.
Problem w tym, że ten podział jest często wymyślony.
Albo przynajmniej mocno przesadzony.
Owszem, są ludzie, którzy od dziecka mieli bliżej do sportu. Mieli wsparcie, środowisko, dobre doświadczenia, może talent, może rodziców, którzy ich zapisali na zajęcia. Są też tacy, którym ruch zawsze przychodził łatwiej.
Ale to nie znaczy, że cała reszta ma siedzieć z boku i patrzeć.
To, że nie byłeś sportowym dzieckiem, nie oznacza, że nie możesz być aktywnym dorosłym.
To, że nie lubiłeś WF-u, nie oznacza, że nie możesz polubić ruchu na swoich zasadach.
To, że kiedyś byłeś wolniejszy od innych, nie oznacza, że dziś nie możesz biegać dla siebie.
To, że nie masz talentu, nie oznacza, że nie możesz mieć regularności.
A regularność w bieganiu jest dużo ważniejsza niż talent.
Naprawdę.
Talent może pomóc. Może dać lepszy start. Może sprawić, że ktoś szybciej robi postępy.
Ale jeśli talent nie spotka się z konsekwencją, to zostaje tylko ładną historią.
Za to człowiek bez wielkiego talentu, ale z cierpliwością i spokojną regularnością, może zajść bardzo daleko.
Może nie wygra zawodów.
Może nie będzie biegał jak gazela.
Może nie będzie miał sylwetki z okładki magazynu sportowego.
Ale może zbudować formę, zdrowie, pewność siebie i nawyk, który zostanie z nim na lata.
A o to tutaj chodzi.
Nie o to, żeby zostać zawodowcem.
O to, żeby stać się człowiekiem, który biega.
Bieganie nie wymaga pozwolenia
Jest w tym coś dziwnego, że wielu ludzi czuje, jakby musiało zasłużyć na prawo do biegania.
Jakby ktoś miał im wystawić zgodę.
Jakby dopiero po przebiegnięciu określonego dystansu mogli powiedzieć:
„Dobra, teraz to już chyba mogę mówić, że biegam”.
Zanim to nastąpi, używają takich zdań:
„Ja nie biegam, ja tylko truchtam”.
„Ja tam sobie człapię”.
„Ja tylko próbuję”.
„To nawet nie jest bieganie”.
„Ja bardziej chodzę niż biegam”.
„Ja jestem za wolny, żeby nazywać to bieganiem”.
Ale pomyśl przez chwilę.
Kto niby ma zdecydować, od którego tempa zaczyna się prawdziwe bieganie?
Czy jeśli biegniesz wolniej niż ktoś inny, to Twoje ciało nie pracuje?
Czy jeśli robisz marszobieg, to serce nie bije mocniej?
Czy jeśli robisz 20 minut ruchu, to nie inwestujesz w siebie?
Czy jeśli nie masz numeru startowego, to Twoje wyjście z domu się nie liczy?
Oczywiście, że się liczy.
Bieganie nie wymaga pozwolenia.
Nie trzeba zdać egzaminu.
Nie trzeba mieć minimalnego tempa.
Nie trzeba mieć zegarka.
Nie trzeba mieć idealnej techniki.
Nie trzeba być szczupłym.
Nie trzeba znać biegowego języka.
Nie trzeba wyglądać jak ktoś z reklamy.
Możesz zacząć jako człowiek, który ledwo truchta minutę.
Możesz zacząć jako człowiek, który więcej idzie niż biegnie.
Możesz zacząć jako człowiek, który potrzebuje przerw.
Możesz zacząć jako człowiek, który się wstydzi.
Możesz zacząć jako człowiek, który ma nadwagę, pracę siedzącą i kondycję zostawioną gdzieś kilka lat temu.
To wszystko nie odbiera Ci prawa do biegania.
To tylko opisuje Twój punkt startu.
A punkt startu nie jest wyrokiem.
Jest miejscem, z którego ruszasz.
Sportowiec trenuje pod wynik. Ty trenujesz pod życie
Bardzo ważne jest to, żeby nie mylić dwóch światów.
Jest sport wyczynowy.