Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Bikini - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 kwietnia 2011
23,90 zł
2390 pkt
punktów Virtualo

Bikini - ebook

Powieść autora „Samotności w sieci”, rozgrywająca się w Europie i Ameryce końca II wojny.

Anna, młoda Niemka z antyfaszystowskiej rodziny, błąka się po zbombardowanym Dreźnie, dokumentując swoja „Leiką” wojenną tragedię. Na taki sam temat ma zrobić fotoreportaż wysłany do Niemiec Stanley, dziennikarz z Nowego Jorku. Przypadkowe spotkanie tych dwojga na zawsze odmieni ich losy... Wiśniewski opowiada tę „małą” historię na tle „wielkiej”, tworząc bogaty fresk społeczno-obyczajowy, pełen szczegółów z epoki i refleksji na temat odpowiedzialności, kultury i natury człowieka.

Kategoria: Literatura piękna
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-247-2051-4
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DEDYKACJA

_Moim Rodzicom_

Drezno, Niemcy, wczesny ranek, środa, 14 lutego 1945 roku

Obudziła ją cisza. Nie otwierając oczu, wsunęła powoli dłoń pod sweter. Serce biło. Zagryzła wargi. Potem mocniej. Jeszcze mocniej. Gdy poczuła słony smak krwi, otworzyła oczy. Żyła…

– Opowiesz mi bajkę? Przyniosę ci za to wody. Albo nawet papierosa. Opowiesz?

Odwróciła głowę w kierunku, z którego dochodził głos. Dwoje okrągłych, niebieskich oczu wpatrywało się w nią uważnie. Uśmiechnęła się.

– Może być ta sama, co wczoraj – nalegał.

Podniosła rękę i bez słowa zaczęła delikatnie gładzić potargane włosy na głowie chłopca.

– Bajek nie opowiada się rano – wyszeptała – bajki opowiada się wieczorem.

Chłopiec nachylił się nad nią i pocałował ją w czoło. Strzępy słomy z jego jasnych włosów spadły na jej twarz, zaprószyły oczy, przykleiły się do krwi na wargach.

– Wiem, ale dzisiaj wieczorem muszę się modlić. Poza tym przez te samoloty nic nie słychać. Lepiej mi teraz opowiedz. Zanim umrzemy…

Poczuła nagle znajome ukłucie pod obojczykiem. Tylko Markus mógł powiedzieć coś takiego tak… no tak… no właśnie, do diabła, czyli jak?! Tak na marginesie. Tak absolutnie nieznacząco. Na wydechu, o wiele ciszej niż główne zdanie, prawie szeptem, z nadzieją, że może jednak nikt tego i tak nie usłyszy. „Zanim umrzemy”. Jak gdyby mówił o gazecie wcale nie tej z wczoraj, ale o tej sprzed tygodnia! Dlatego zawsze wsłuchiwała się w Markusa do ostatniego dźwięku. Nauczyła się tego przed rokiem, gdy razem z Heidi i Hinnerkiem kradli czereśnie z ogrodu Zeissów…

Dr Albrecht von Zeiss miał szklane oko, które zasłaniał owalną, skórzaną przepaską zawiązywaną na łysinie z tyłu głowy, krótkie, krzywe nogi, ogromny brzuch i według Markusa był najbrzydszym i jedynym „piratem bez szyi”, jakiego znał. Odkąd tylko pamięta, zawsze chodził ubrany w galowy, czarny mundur SS i brunatną koszulę. Zawsze też nosił czarny krawat i czerwoną przepaskę ze swastyką na lewym ramieniu. Nawet gdy wychodził tylko do ogrodu lub na spacer ze swoim wilczurem. Patrząc na Zeissa, można było pomyśleć, że Hitler ma urodziny każdego dnia.

Płot otaczający posiadłość Zeissów graniczył bezpośrednio z podwórzem kamienicy, w której mieszkała. Przy Grunaer Strasse 18, w centrum Drezna. Nikt tak do końca nie wiedział, jak to się stało, że w samym środku miasta za budynkami przy głównej, dwupasmowej ulicy znajdowała się willa z ogromnym ogrodem. Rodzice pytani o to ściszali głos, machali tylko ręką lub żartując, kazali zapytać samego Zeissa. Któregoś popołudnia w czerwcu Markus – miał wtedy siedem lat – podszedł pod płot ogrodu i krzyknął piskliwym głosikiem do Zeissa przycinającego krzaki róż:

– Dlaczego ma pan taki duży dom, a my mamy przez to takie małe podwórko?

Na podwórku zapadła grobowa cisza. Zeiss zrobił się czerwony na twarzy, rzucił ze złością nożyce na trawę, poprawił opaskę na oku, zapiął guziki munduru i zbliżył się do Markusa, wypychając swoim ogromnym brzuchem płot.

– Jak się nazywasz, szczeniaku? Nazwisko! – wycedził w kierunku chłopca.

Mały Markus z twarzą przyciśniętą do płotu tuż pod brzuchem Zeissa stanął na baczność, zadarł głowę do góry i z całych sił wykrzyknął:

– Nazywam się Markus Landgraf, jestem Niemcem i mieszkam w Dreźnie, na drugim piętrze.

Pamięta, że wszyscy – podwórko było tego słonecznego popołudnia pełne dzieci i dorosłych – wybuchnęli gromkim śmiechem. Zeiss wyglądał jak człowiek w ataku furii. Zacisnął dłonie na kolczastym drucie płotu, dc twarzy napłynęła mu krew, było widać wyraźnie, jak drżą mu szczęki i na wargach pojawia się biała piana. Po chwili bez słowa odwrócił się i ruszył nerwowym krokiem w stronę domu. W pewnym momencie potknął się o metalowy kosz stojący pod drzewem czereśni i upadł. Podwórko znowu wypełniło się odgłosem śmiechu. Ona śmiała się najgłośniej i z największą nienawiścią…

Dwa dni później Heidi, piętnastoletnia siostra Markusa, Hinnerk, jego starszy siedemnastoletni brat, i ona spotkali się późnym wieczorem, po zapadnięciu zmroku, w piwnicy. Gałęzie rozłożystej czereśni w ogrodzie Zeissów uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców. Czasami ustawieni rzędem pod płotem z otwartymi ustami patrzyli w milczeniu, jak lokaj i jednocześnie ogrodnik Zeissów, stojąc na drabinie, zrywa owoce. Czekali z nadzieją do końca. Aż lokaj zejdzie z drabiny. Nigdy do nich nie podszedł. Markus wtedy schylał się i rzucał za nim kamieniem. Czasami nawet trafiał. Lokaj i tak nie reagował. Nie pamięta też, aby kiedykolwiek odezwał się do nich chociaż jednym słowem.

Pamięta, że ostatnie czereśnie jadła podczas urodzin babci, latem 1943 roku. Pamięta także, jak babcia zamknęła drzwi prowadzące do ich kuchni, wsypała kilkanaście sztuk do poszczerbionego kamiennego kubka, owinęła go szarym papierem i nałożyła czarną gumkę do włosów. Dla Lukasa…

– Zaniesiesz mu? – zapytała proszącym głosem. – Zanieś mu teraz. I nie zapomnij przed tym zgasić światła w przedpokoju.

Zaniosła.

Zawsze gdy schodziła do skrytki pod podłogą w przedpokoju, myślała o pierwszym spotkaniu z Lukasem. Wystraszony mały chłopiec o kruczoczarnych włosach, ogromnych, nieomal czarnych jak węgiel oczach, siedzący skulony w najbardziej oddalonym rogu skrytki. Przez cały czas, na przemian po niemiecku i w jidysz, mówił „dziękuję”. Pewnego dnia po prostu pojawił się u nich…

Dziadek Lukasa, doktor medycyny Mirosław Jacob Rootenberg, był lekarzem. Prowadził praktykę na przedmieściach Drezna od wielu lat. Babcia Marta przez długi czas uważała, że lekarze w ogóle nie sq światu potrzebni. To było dziwaczne, bo jej własny mąż sam był przecież lekarzem. Zwykła mawiać, że „tajemnica medycyny polega wyłącznie na tym, aby zająć czymś w tym czasie pacjenta, a natura i tak sama sobie ze wszystkim poradzi”. Tak uważała do chwili, gdy jej syn zachorował, rok i sześć miesięcy po urodzeniu, na tajemniczą chorobę. Najpierw, tuż po urodzeniu się syna, zmarł na gruźlicę – którą zaraził się od pacjenta – jej mąż. Teraz umierał syn. Żaden z niemieckich lekarzy nie potrafił pomóc. Przez zupełny przypadek, dzięki radzie znajomej polskiej Żydówki, która tak jak ona przybyła do Drezna z Opola, trafiła do gabinetu Rootenberga. To Rootenberg natychmiast rozpoznał zapalenie opon mózgowych. I to on przepisał antybiotyki. Babcia Marta uważała, że nie może istnieć na świecie wdzięczność większa niż ta, jaką poczuła ona, gdy po kilku dniach syn obudził się ze śpiączki i znowu się do niej uśmiechnął.

Gdy pewnego dnia w jej domu pojawił się Lukas ze swoimi rodzicami, którzy przy końcu rozmowy zdobyli się na odwagę, aby zapytać, czy Lukas mógłby „w tych okolicznościach i w tej sytuacji zostać tutaj na jakiś czas” babcia Marta poprosiła do swojego pokoju synową i wnuczkę.

– Mamo, jak możesz w ogóle pytać – odpowiedziała jej matka i wzięła Lukasa na ręce.

Od tego dnia Lukas zamieszkał z nimi. Pod podłogą…

Tego wieczoru mieli „pomóc” ogrodnikowi Zeissów. Ale tak naprawdę to przede wszystkim drzewu czereśni Zeissów. Nie wie nawet, jak to się stało, ale nagle do piwnicy, w piżamie i kaloszach, z małym metalowym wiaderkiem w dłoni, wkroczył Markus. Nie mieli wyboru. Musieli go zabrać ze sobą. Nad bramką do ogrodu nie było drutu kolczastego…

Objadała się w ciemności czereśniami prosto z drzewa. Tylko kilka sztuk zdążyła wrzucić do wiklinowego koszyka. Nagle zapaliło się światło w jednym z okien na pierwszym piętrze willi Zeissów. Po chwili usłyszeli znajome ujadanie wilczura wypuszczonego na balkon. Zaczęli w popłochu uciekać. Była blisko płotu, gdy usłyszała za sobą trzask łamanych gałęzi i zaraz potem głos Markusa. Cofnęła się pod drzewo.

– Markus, co jest?! – wyszeptała.

– Wszystko w porządku, tylko się poślizgnąłem. Dawno nie jadłem takich dobrych czereśni. Te na wyższych gałęziach są największe. Mam pełne wiadro. Szkoda, że nie zabrałem torby taty. A ty? Dużo zerwałeś? – zapytał.

– Markus, co jest, do cholery? – powtórzyła ze zniecierpliwieniem w głosie.

– Wyciągniesz mi ten gwóźdź z ręki? – wyszeptał spokojnie.

– Jaki gwóźdź, Markus? – zapytała, nie rozumiejąc.

– No ten – odpowiedział cicho, podnosząc do góry prawą dłoń.

Brunatny zardzewiały gwóźdź wystający z kawałka mokrej deski przebił na wylot dłoń Markusa i wyszedł po drugiej stronie.

– Boże, tylko nie płacz teraz…

– Wyciągniesz? – powtórzył Markus spokojnym głosem, wypluwając pestkę czereśni.

Ścisnęła mocno jego nadgarstek lewą ręką, a prawą chwyciła za deskę, pociągając w kierunku swojej twarzy. Po chwili byli przy płocie.

Dwa tygodnie później Hans-Jurgen Landgraf, ojciec Heidi, Markusa i Hinnerka, niepozorny, rachityczny, od zawsze chory, ciągle kaszlący, spokojny, wyglądający, jak gdyby miał umrzeć za chwilę, urzędnik pracujący w biurze zabezbieczenia głównego dworca w Dreźnie, specjalnym rozkazem został przeniesiony „w trybie natychmiastowym na bardziej odpowiedzialne stanowisko”. Na froncie wschodnim…

– Tylko nie płacz teraz – powiedział chłopiec, ścierając palcem łzy zbierające się wokół jej oczu – wszyscy tutaj teraz płaczą. Nawet Zeiss. A Heidi to wyła i miauczała przez całą noc. Jak kotka Roesnerów z trzeciego piętra w marcu. Nie mogłem w ogóle spać.

– Markus, no co ty! Przecież umówiliśmy się w ogrodzie u Zeissów. Zapomniałeś? Ja nie płaczę. To tylko ta słoma z twoich włosów. Wpadła mi do oczu. Naprawdę nie płaczę – powiedziała, wymuszając radość w głosie.

Chłopiec podniósł się z kolan, otrzepał energicznie spodnie wsunięte w filcowe kamasze i naciągnął na głowę wełnianą czapkę. Stojąc w rozkroku przed nią, próbował zbyt krótkimi rękami dosięgnąć kieszeni monstrualnie za dużej kurtki. Kieszenie były na wysokości jego kolan.

– To ty teraz pomyśl, a ja przyniosę ci wody.

Patrzyła, jak powoli się oddala, przechodząc pomiędzy śpiącymi na podłodze ludźmi. Za chwilę zniknął w krużganku prowadzącym do bramy w południowej nawie kościoła.

Podniosła się i klęcząc, rozglądała się dookoła. Przez wielką wyrwę w dachu powstałą po drugim nocnym nalocie przedostawała się szarość zachmurzonego nieba, oświetlając rozproszoną poświatą kilkanaście metrów eliptycznej przestrzeni wokół ołtarza. Cała reszta pozostawała w mroku przechodzącym stopniowo w ciemność. Tak jak u Durera, na obrazach, które oglądała, jeszcze przed wojną, podczas szkolnej wycieczki, w muzeum w Berlinie! I tak jak u znienawidzonej przez jej ojca Leni Riefenstahl, którą – ale tylko jako fotografkę – podziwiała stokroć bardziej niż Durera! Riefenstahl potrafiła zatrzymać moment, Durer go tylko odtwarzał i dodając zbyt dużo od siebie, przesadzał. Do granicy kiczu. Zupełnie nie można było odróżnić granicy przenikających się nawzajem kolorów. Wszystko było tylko w doskonale nakładających się na siebie odcieniach szarości. Magicznie, bezgranicznie szare. Bez linii granic szare. Patrzyła na to jak oczarowana. Takie światło nie zdarza się często. Może tylko raz w życiu, „zanim umrzemy…”. Wstała i pośpiesznie otworzyła walizkę. Wyciągnęła ostrożnie owinięte w grubą, futrzaną kamizelkę zawiniątko. Wydobyła z niego aparat fotograficzny.

Mama kazała jej wczoraj – podczas pierwszego alarmu – zabrać tylko „najpotrzebniejsze rzeczy”. Najpierw owinęła pieczołowicie aparat i ułożyła ostrożnie na grubej poduszce ze swetrów. W pierwszej chwili sądziła, że to wszystkie „najpotrzebniejsze rzeczy”, jakie ma. Potem, poganiana coraz głośniejszymi pokrzykiwaniami matki stojącej w przedpokoju, biegnąc do drzwi, zm ieniła zdanie. Wróciła do swojego pokoju i dodała przewiązany jej podwiązką plik kopert z listami od Hinnerka, fotografię babci, jej obrączkę, którą zdjęła z jej palca, wszystkie podręczniki do nauki angielskiego, jedną ulubioną sukienkę, trzy komplety bielizny na zmianę, oprawiony w skórę atlas świata, który dostała jako nagrodę za najlepsze wyniki w nauce, pisany od siedmiu lat pamiętnik schowany pod materacem i ogromny jak piłka zwitek waty, którą w tajemnicy podkradała mamie. Miała akurat „swoje dni”. Miała je regularnie, co miesiąc, od ponad sześciu lat, ale mama nie zdążyła tego zauważyć. Albo tylko udawała.

Jej matka nie chciała, aby córka przed końcem wojny stała się kobietą. Kobietę można zgwałcić. A potem wysłać jej syna na front. A potem czekać na listy od niego. A na końcu odebrać żółtawą, opieczętowaną ze wszystkich stron kopertę, wyjąć z niej drżącymi dłońmi szary arkusz papieru z jakimś ogromnym numerem w nagłówku, dowiedzieć się, że to „osobiście od Fuhrera” – chociaż bez podpisu – i przeczytać, że ten ogromny numer „poległ ku chwale”. Jej matka nienawidziła Fuhrera. Oficjalnie, ale przede wszystkim osobiście. Ta nienawiść do Hitlera była rodzajem namiętności, którą z prawdziwym oddaniem pielęgnowała w duszy i która pozwalała jej radzić sobie z własną bezsilnością, niezasłużoną samotnością i z pragnieniem zemsty. Za to czekanie na listy od męża, za jego odmrożone pod Stalingradem nogi, za nieskończony smutek wierszy, które pisał dla niej, za nieudolnie wyskrobywane żyletką przez cenzora angielskie tłumaczenia tych wierszy i za ich wspólny, od dawna dzielony wstyd, że są Niemcami. Ale przede wszystkim za żółtawą kopertę, którą odebrała na schodach od roztrzęsionego, unikającego jej wzroku młodego listonosza w wyświechtanym mundurze. W środowe, upalne południe 12 maja 1943 roku. I także za to, że każdej nocy śni ten ogromny numer, którego nauczyła się na pamięć, i za to, że nie ma nawet grobu, którego mogłaby dotykać, przy którym mogłaby uklęknąć i przy którym mogłaby należnym jej prawem rozpaczać…

A potem, gdy sądziła, że nie może istnieć jeszcze większa, jeszcze bardziej szczera nienawiść, zaczęła nienawidzić jeszcze bardziej. Za swoją matkę, która w poszczerbiony kubek pakowała czereśnie dla żydowskiego chłopca przechowywanego w klatce pod podłogą ich przedpokoju…

Matka z największą, gorliwą namiętnością nie tylko nienawidziła, ale także gardziła Adolfem H. Tym „niedorozwiniętym, małym, pokracznym, niedouczonym, psychicznie chorym od momentu poczęcia pomiotem, budzącym odrazę, sikającym pod siebie ze strachu, zakompleksionym impotentem z Austrii, który jako przestępca nigdy nie powinien dostać niemieckiej wizy…”. Pamięta, że gdy pierwszy raz usłyszała to z ust matki, miała nie więcej niż dziesięć lat. Jeszcze przed wojną. Ojciec zerwał się wtedy z krzesła i natychmiast zamknął okno, a ona zapytała, kto to jest impotent, co to jest poczęcie i co to jest wiza. Mama uśmiechnęła się tylko, wzięła ją na kolana i zaplatając drżącymi rękami jej włosy w warkocze, szeptała coś jeszcze bardziej niezrozumiałego do jej ucha. Pamięta, że ojciec spojrzał wtedy na matkę z podziwem.

– Chrisie, bądź sprawiedliwa, nie wiemy, czy Hitler jest impotentem, a jeśli nawet tak jest, to należy mu się współczucie. To bardzo bolesna sprawa dla każdego mężczyzny. Pewnym jest także, że wtedy, gdy przyjechał do Niemiec, nie był żadnym przestępcą, poza tym Austriacy nie potrzebują wizy, aby wjechać do Niemiec – powiedział cicho – to zostało już dawno ustanowione traktatem z…

– Wiem. Oczywiście, że wiem! Wiem także, którym idiotycznym traktatem – przerwała ojcu, dotykając palcami jego warg, jak gdyby chcąc go uciszyć. – Boże, jak ja wiedziałam, że mi to powiesz. Uwielbiam cię. Także za to – wyszeptała.

Przecisnęła się przez tłum w kierunku schodów prowadzących na ambonę znajdującą się dokładnie naprzeciwko ołtarza. Przystanęła na chwilę i ustawiła naświetlenie i przysłonę. Szybko wbiegła krętymi schodami na górę. Słyszała przekleństwa siedzących na schodach ludzi przebudzonych lub potrącanych przez nią. Zdyszana dotarła do niewielkiego, eliptycznego placu, otoczonego zamknięciem z kamiennych, rzeźbionych kolumn tworzących rodzaj balustrady. Zatrzymała się. Dziewczyna w granatowej, wełnianej sukience zwiniętej do góry, z nagimi, sterczącymi piersiami objętymi męskimi dłońmi i rozłożonymi szeroko nogami unosiła się i opadała, siedząc na udach mężczyzny leżącego pod nią na marmurowej posadzce ambony. Nieoczekiwanie stanęła na wprost niej. Dziewczyna – mogła być w jej wieku lub niewiele starsza – otworzyła oczy. Uśmiechnęła się przyjaźnie. Po chwili je zamknęła. Na chwilę przestała się poruszać. Zwilżyła wargi językiem, podniosła palce do ust, zmoczyła śliną, opuściła je na dół, zasłoniła dłonią plamę z jasnych włosów pomiędzy szeroko rozłożonymi udami, uniosła się i odchyliła do tyłu głowę. Dziewczyna była jak w innym świecie, zupełnie nie zwracała uwagi na nic, co działo się wokół. Znowu zaczęła rytmicznie podnosić się i opadać. Rozpuszczone, długie blond włosy dotykały twarzy leżącego pod nią mężczyzny…

Poczuła zawstydzenie. Ale także ciekawość. I rodzaj podniecenia. A zaraz potem jeszcze większy wstyd. Taki inny, z jednoczesnym poczuciem winy. Za to podniecenie. Że odczuwa je nawet , w tych okolicznościach i w tym miejscu. Wszystko inne było zupełnie normalne i zupełnie pasowało do rzeczywistości. Przypomniała sobie swoje rozmowy na ten temat w domu…

Była wystarczająco „dużą dziewczynką”, aby wiedzieć i w pełni zrozumieć całe to wydarzenie. Seks nie był dla niej żadnym tabu. I to już od dawna. Co wcale nie było normalne. Seks w Trzeciej Rzeszy już dawno przestał być najbardziej osobistą, intymną sprawą. Seks był sprawą publiczną i polityczną. Głównie dlatego, że miał pomnażać naród. I tylko to się liczyło. Niemiecka kobieta miała rodzić jak najwięcej dzieci i do tego jak najwcześniej. Wcale nie musiała nic wiedzieć o seksie. Może nawet lepiej, że nie wiedziała. Coś takiego jak wychowanie seksualne nie istniało. To było paranoiczne, ponieważ z jednej strony zachęcano do rozmnażania, do którego nie mogło dojść bez seksu, a z drugiej okrywano seks tajemnicą. Więcej o nim dowiadywała się – jeśli w ogóle można nazwać to wiedzą – z szarych propagandowych ulotek rozkładanych na parapetach okien w szkole niż od nauczycieli w trakcie lekcji. W tych ulotkach nie było nic o bliskości, więzi, rodzinie i miłości. Było za to dużo o obowiązku, o macicy i o przyszłości wielkiego i licznego czysto niemieckiego narodu. Przeczytała taką ulotkę, gdy jeszcze nie wiedziała, co to jest macica. Miała wtedy trzynaście lat. Przeczytała tylko jedną taką. Potem je ignorowała.

Niedługo skończy dwadzieścia dwa lata. Niektóre z jej koleżanek w tym wieku miały już trójkę dzieci. Pierwsze urodziły, gdy były jeszcze w gimnazjum. Dostawały wtedy okolicznościowy urlop, rodziły i po roku, gdy nadal miały na to ochotę, wracały do szkoły. Ważne było jedynie to, że urodziły aryjskie dziecko. Wcale nie musiały wychodzić za mąż. Marianne na przykład, notabene córka ewangelickiego pastora, z którą siedziała przez cały rok w jednej ławce, urodziła dwóch chłopców i dziewczynkę. Chłopcy, urodzeni podczas jej nauki w gimnazjum, to bliźniacy, ich ojcem był Hans-Jurgen, dziewczynkę urodziła, gdy Hans-Jurgen od jedenastu miesięcy był na froncie, więc to z pewnością nie on był jej ojcem. Odkąd kraj potrzebował dzieci, nie było z tym większych problemów. Tak naprawdę nie było z tym żadnych problemów. Niemieckie kobiety miały rodzić, a niemieccy mężczyźni jak najczęściej je zapładniać. Żony, kochanki, przyjaciółki, znajome jednego wieczoru lub ostatniej, jednej godziny, prostytutki, jakkolwiek je nazwać. Najlepiej było, gdy niemieckie kobiety zapładniali esesmani. Oni byli rasowo najbardziej pewni. Nakazem prawa, ustanowionym przez Himmlera, ich rasową czystość sprawdzano na wieki wstecz. Esesmanem mógł stać się jedynie ten mężczyzna, w którego drzewie genealogicznym „czystość rasowa” nie budziła wątpliwości od pierwszego stycznia 1750 roku. Taką datę, z nieznanych nikomu powodów, ustalił Himmler. Marianne urodziła nieślubne dziecko esesmana. Dzieci esesmanów były „szlachetnym podarunkiem dla niemieckiego narodu”. Nie wie, czy tak było w przypadku Marianne, która po urodzeniu trzeciego dziecka nie wróciła do szkoły.

Rozmawiała o tym często z rodzicami. Jej rodzice nie czynili z seksu żadnego tabu. Gdy skończyła szesnaście lat, na półkach ich domowej biblioteczki w salonie pojawiła się nagle książka holenderskiego autora van de Velde. To był w pewnym sensie akt odwagi ze strony rodziców. Zarówno naziści, jak i niemiecki Kościół zakazali czytania jego książki. Wyjątkowo zgodnym głosem. Kościół, ku radości reżimu, umieścił ją nawet na liście „ksiąg zakazanych”. Naziści ją potępiali jako „szkodliwą społecznie”, Kościół czytania jej zabraniał. Co tylko zwróciło na nią jeszcze większą uwagę. Nagle mało znany w Niemczech ginekolog z Holandii stał się synonimem zła i występku. I to tylko dlatego, że pozwolił sobie przedstawić, naukowo opisać i pochwalić – to był ten jego największy występek – zmysłowy seks nieprowadzący do prokreacji, a tylko do bliskości i spełnienia pary kochających się ludzi. Czytała tę książkę najpierw z trudem (jej ojciec – celowo – zdobył angielskie tłumaczenie), potem uczyła się na niej angielskiego, a potem, gdy już wszystko rozumiała, zachwycała się nią.

To, co było zwyczajne w jej domu, nie było wcale takie zwyczajne gdzie indziej. Wiedziała o tym od swoich rówieśnic. One o seksie dowiadywały się głównie z okrytych tanią sensacją, szeptanych na ucho „zasłyszanych relacji” starszych, tak zwanych bardziej doświadczonych w tej materii, koleżanek. Ona mogła rozmawiać o tym z rodzicami bez żadnego skrępowania. Ale tylko wtedy, gdy nie było przy tym babci Marty. Babcia uważała, że dzieci powinny być poczęte tylko w ciemności, w małżeńskich łóżkach, i rodzić się tylko prawowitym żonom. I wyłącznie żonom jednego mężczyzny. Tym poślubionym w kościele. Na całe życie. Wszystko inne jest grzechem i wstrętnym bezeceństwem. Odkąd nastał „ten pokraka i rozpustnik Hitler”, zrobiło się inaczej. Tak uważała babcia. Hitler, jej zdaniem, „zbrukał i zhańbił Niemcy” jak nikt nigdy dotąd. „Niby taki święty”, a uczynił z Niemiec „największy burdel na świecie”. To jej własne słowa.

Rozmawiali o tym któregoś wieczoru. Ojciec stanął, co było ogromną rzadkością, w obronie Hitlera. Wcale nie uważał, że Hitler był „rozpustnikiem”, jak ujęła to babcia Marta. Wręcz przeciwnie. Hitler zdawał się być wzorcowym przykładem seksualnej czystości i nieomal ascetycznej wstrzemięźliwości. Jako jedyny z całego panteonu grzesznych nazistowskich aparatczyków nie był uwikłany w żadne romanse, zdrady, afery lub miłostki. I to przy swojej nieograniczonej niczym władzy i przy swoim dostępie do uwielbiających go całych tabunów kobiet. Samotnicza osobowość Hitlera wywoływała masową histerię seksualną u niemieckich kobiet. To na Hitlera przenosiły one swoje tłumione pragnienia i otaczały go nieskończoną adoracją. Dotyczyło to i młodych dziewcząt, i dojrzałych mężatek, i robotnic, i dam z towarzystwa, i prostych chłopek, i szalonych artystek czy atrakcyjnych aktorek. Wszystkie one usilnie, za wszelką cenę chciały zbliżyć się, i to w niewątpliwie jednoznacznym celu, do nieżonatego Hitlera podniecającego je jak magicznym afrodyzjakiem z jednej strony – pozycją i władzą, a z drugiej – podtrzymywaną swoim samotnictwem nadzieją, że to one mogą być tymi wybranymi. Kobiety, nie tylko niemieckie, błagały w swoich listach, aby Hitler został ojcem ich dziecka, i kobiety wykrzykiwały imię Hitlera podczas porodu, łagodząc tym sposobem swoje bóle.

O niektórych z tych kobiet dowiadywał się naród. Ale tylko o niektórych, i jedynie wtedy, gdy ustalono, że może to z korzyścią służyć propagandzie. Piękna baronowa Sigrid von Laffert, Winifred Wagner, synowa wielkiego kompozytora z Bayreuth, piosenkarka Margarete Sle-zak, architektka Gerdy Troost, nieprzyzwoicie bogata Lily von Abegg obdarowująca Hitlera pieniędzmi i dziełami sztuki, fotografka i reżyserka filmowa Leni Riefenstahl, szalona, zadurzona bez pamięci w Hitlerze angielska hrabina Unity Mitford, córka lorda Redesdale, czy towarzysząca partii i zakochana w Hitlerze od początku powstania partii narodowej – gdy miała szesnaście lat – Eugenie Haug. Hitler był lub ciągle jeszcze jest dla nich idolem. O innych, tysiącach innych, naród się nie dowiadywał. I z pewnością się nie dowie. O tych piszących listy, w których składały Hitlerowi jednoznaczne propozycje, wzmacniając je swoimi załączonymi fotografiami.

Najbardziej wstrętną z tych tak zwanych znanych kobiet zdaniem ojca była Leni Riefenstahl. Jej film Triumf woli obrazujący zjazd nazistów w Norymberdze w 1934 roku to przykład jej totalnego i totalitarnego uwielbienia dla Hitlera. Spiętrzone wysoko chmury, spoza których zaczyna do widza dochodzić warkot samolotu, samolot ląduje, majestatycznie opadając w kierunku zgromadzonych zastępów hitlerowskich fanatyków. Sam Fuhrer jawi się w tym filmie niczym anioł lub neopogański bóg zstępujący z niebios do swych oczekujących go w amoku wiernych. Żadna z kobiet Hitlera bardziej niż Riefenstahl nie przyczyniła się do wpojenia Niemcom mitu boskości Hitlera. To Riefenstahl stworzyła swoimi fotografiami i filmami, szczególnie Triumfem wol i,polityczny folder Trzeciej Rzeszy. Wszyscy myśleli, że to tylko przesadnie wyretuszowany folder, a to była sama prawda. Film entuzjastycznie przyjmowano i podziwiano za granicą jako „triumf prawdziwej sztuki”, chociaż był to jedynie żałosny triumf prymitywnej i trywialnej treści ubranej w nienaganną technicznie formę. W oczach Goebbelsa „ostra Leni” była „cudotwórczynią”, a Hitler przy każdej okazji podkreślał, jak wiele jej zawdzięcza. Wszyscy wiedzieli, że była jego pieszczoszką. Jej ojciec rzadko kogokolwiek nienawidził, ale Leni Riefenstahl nienawidził z całego serca. Za jej koniunkturalizm, za kłamstwa, za hipokryzję. Dla jej ojca Riefenstahl była nikim innym niż „artystyczną prostytutką” otoczoną właściwymi przyjaciółmi i możnymi protektorami. W tym wypadku nie do końca zgadzała się z ojcem. Fotografie Riefenstahl były znakomite.

Mimo to Hitler wydaje się mieć, jak podkreśla to na każdym kroku propaganda, tylko jedną jedyną wybrankę i kochankę: Germanię. Ale, aby przypadkiem nie było podejrzeń, że z Hitlerem jako mężczyzną jest jednak „coś nie tak”, pojawiła się u jego boku niespektakularna, nieproblematyczna, na zewnątrz przykładnie skromna, przyjaciółkom znana jako trochę dzika i momentami krnąbrna, Fraulein Ewa Braun. Młoda, ładna wyraźnie aryjską urodą, seksualnie atrakcyjna, dyskretnie milcząca dziewczyna z prostej, niemieckiej rodziny. Idealnie pasująca do Hitlera, który nie ukrywał, że nie przepada za inteligentnymi kobietami. Pomocnica w zakładzie fotograficznym, marząca, aby zostać aktorką. Pasjami, podobnie jak Hitler, czyta książki Karola Maya i podobnie jak Hitler zachwyca się niezwyciężonym i szlachetnym Winnetou. To groteskowe, ale Hitler tak mocno zachwyca się Karolem Mayem, że już od początku wojny często rekomenduje go swoim generałom, mówiąc, że znajdą tam doskonałe przykłady strategii wojennych. Hitler wiedzę o taktyce czerpie nie z Clausewitza, ale z książek o Indianach! Ale to tak na marginesie. Fraulein Ewa Braun. Tak samo mało albo tak samo bardzo ważna dla Hitlera jak Blondi, jego pies. Wielu ludzi twierdzi, że panienka Braun u boku Hitlera to jedynie świetna przykrywka jego seksualnej abstynencji, męskiej niewydolności lub, nie daj Bóg, homoseksualnych skłonności.

Hitler długo nie był homofobem, a jeśli nawet był lub jest, to zbyt mało dosadnie – zdaniem propagandy – to okazywał. Był jakoś tak niepewny i rozdwojony w sprawie decyzji o zakazie homoseksualizmu. Wprawdzie już w 1935 roku drastycznie zaostrzono kary za łamanie paragrafu 175 niemieckiego kodeksu karnego określającego homoseksualizm jako „bezprawny nierząd”, jednakże nie szły za tym żadne spektakularne prześladowania. Wynikało to najpewniej ze spuścizny historycznej Republiki Weimarskiej, która przymykała oko i tolerowała homoseksualizm. Co było absolutnie wyjątkowe w Europie i zupełnie niemożliwe w tak zwanej demokratycznej Ameryce. Jeszcze w 1934 roku, zarówno w Berlinie, jak i w Kolonii, istniały oficjalne, reklamowane w gazetach kluby dla homoseksualistów, wydawali oni swoje własne czasopismo „Der Eigene”, w kabaretach Berlina, Kolonii i Dusseldorfu występowali transwestyci, a wszyscy zainteresowani w Niemczech wiedzieli, że w hotelu Pod Orłem, przy Johanisstrasse 36 w Kolonii, dzieje się co noc przysłowiowa sodoma i gomora i że „najpiękniejszych chłopców na jedną noc do hotelu Pod Orłem” można poznać przy publicznym pisuarze na ulicy Trankgasse w Kolonii.

O ile w Mein Kampf biblii nazistów, aż kipi od nienawiści do Żydów i pełno tam pogardy dla Słowian, o tyle homoseksualistom Hitler nie poświęca ani jednego słowa. To przekładało się na jego decyzje. Wśród naszych przywódców nie brakowało homoseksualistów. Taki na przykład Rudolf Hess, prawa ręka Hitlera, znany w światku jako „ Fraulein Anna" lub „Czarna Emma”, albo Baldur Benedikt von Schirach, przywódca Hitlerjugend, nazywany potocznie przez niemiecki lud „Homojugend”. Naziści mają obsesję na punkcie czystości krwi. Dlatego uważają, że Żydów można jedynie zabić, gdyż nie da się „uszlachetnić ich rasy”. Aryjscy homoseksualiści z kolei mają „czystą krew”, są jedynie „biologicznie i umysłowe niedoskonali”, więc istnieje dla nich szansa „poprawy”. Można ich na przykład wykastrować lub wstrzyknąć im do jąder testosteron. Tych, którzy się na to nie zgadzali, od 1938 roku więziono w obozach koncentracyjnych.

Ewa Braun, demonstracyjnie nocująca w Berghofie, letniej rezydencji Hitlera w Obersalzbergu w Bawarii, lub z nim w Berlinie, jednoznacznie sugerowała, że nasz wódz, nawet jeśli tylko platonicznie kocha boginię Germanię, to jednak nie jest w żadnym wypadku klasztornym mnichem i nocami nie bywa zupełnie sam. I z największą pewnością bywa wtedy z kobietą. Młodą, aryjską i najprawdopodobniej płodną. Była to politycznie i propagandowo bardzo odpowiednia sugestia. Seksualnie źle zdefiniowany lub nawet tylko niezdefiniowany Fuhrer bez potencji zupełnie nie pasował jako naczelnik narodu, który miał się rozmnażać jak króliki. Więc Fraulein Braun pasuje tutaj jak ulał, podobnie jak wilczurzyca Blondi.

Ojciec nie zgadzał się z babcią Martą jeszcze w czymś innym. Nie nazywał dzisiejszych Niemiec „burdelem”. Twierdził, że już w Mein Kampf Hitler zapowiedział zamknięcie wszystkich domów publicznych. A w 1933 roku, po dojściu do władzy, nawet specjalną ustawą to zarządził. Według ojca z jednego, podstawowego powodu. W burdelach prostytutki się nie rozmnażały. Ciężarna prostytutka natychmiast traciła pracę. Dlatego większość z nich robiła skrobanki. Poza tym Hitler w tej samej ustawie zabronił stosowania prezerwatyw i wykonywania aborcji. Burdele, z niemiecką dokładnością kontrolowane niezapowiadanymi nalotami przez nazistów, musiały więc upaść. I tak też się stało. Same z siebie upadły. Ale ponieważ prostytucja jest tak samo stara jak wszystkie cywilizacje, w zwolnione przez nią miejsce, aby wypełnić próżnię, musiało coś powstać. Powstały tak zwane domy radości. To prawie to samo co burdele, tyle że kobiety miały robić to tam „z radości”, a jeśli nie, to chociaż dla dobra i ku radości Rzeszy. Robiły. To fakt. Ale potem usuwały, nielegalnie, ale skutecznie, swoje niechciane ciąże. Niemcy nie rozmnażali się tak, jak oczekiwał tego reżim. Liczba pozamałżeńskich dzieci wcale, wbrew oczekiwaniom, nie wzrosła. Jak oficjalnie narzekał i niewybrednie pomstował prominentny nazistowski lekarz Ferdinand Hoffmann, w 1938 roku „Niemcy zużyli 27 milionów prezerwatyw”. Wkrótce po tym pomstowaniu Himmler zaostrzył przepisy dotyczące antykoncepcji śmiesznym prawnym passusem: „Każde objaśnianie antykoncepcji dla Aryjczyków jest zabronione”. Tylko Niemcom można było zaserwować takie prawo. I tylko Niemiec mógł je wymyślić. I na dodatek poprzeć to autorytetami tzw. profesorów. Jednym z nich jest profesor specjalizujący się w „higienie rasowej”, niejaki dr Fritz Lenz, który na łamach gazet odważył się opublikować wynik swoich intensywnych tzw. przemyśleń i studiów: „gdy młodzi ludzie odpowiednio wcześnie zawrą czyste rasowo związki małżeńskie, mogą dostarczyć narodowi nawet dwadzieścioro dzieci”. Nic dziwnego, że wkrótce po tej publikacji zaczął kursować po ulicach dowcip o tym, że „na rozkaz Fuhrera ciąża zostaje zredukowana z dziewięciu do siedmiu miesięcy”. I nic dziwnego, że Goebbels natychmiast zaskarżył redaktorów gazet, które ten dowcip odważyły się upowszechnić.

Nawet Hitler nie wierzył w prawne sankcje wobec tak bardzo intymnych spraw. I miał rację. Liczba urodzeń aryjskich dzieci wcale nie wzrastała. Ale wzrastało za to w narodzie przyzwolenie na rozpustę, pozamałżeński seks i „na najcięższy grzech”, jak nazywała to babcia. Szczególnie od chwili, gdy naród dowiedział się, że z niemieckiego kodeksu karnego usunięto w 1937 roku, na osobisty wniosek Fuhrera, przepis o obligatoryjnej karze za „niewierność małżeńską”. Kościół niemiecki – i katolicki, i protestancki – nawet wtedy milczał. Być może wyrażając w ten sposób wdzięczność za „pełne zrozumienie przez Fuhrera” i wynikające z niego skrupulatne tuszowanie przez propagandę licznych przypadków „seksualnej aktywności księży” i wobec kobiet, i homoseksualnej wobec młodych mężczyzn.

W ogóle niemiecki Kościół, odkąd Hitler opanował w całości ten kraj, przykładnie i wiernie milczy „we wszystkich najważniejszych sprawach”. Tak skomentował to kiedyś jej ojciec. I w „sprawie niekontrolowanych poczęć, i w sprawie kontrolowanego zabijania”. I to przy przywódcy, który tak ostentacyjnie nienawidzi religii, często nazywając ją czystym mistycyzmem i okultyzmem. Ale o tym ojciec nigdy nie powiedział przy babci.

Matka przeważnie nic nie mówiła podczas takich dyskusji. Czasami tylko szeptała jej do ucha. O tym, że miłość jest najważniejsza. I o tym, że tylko na nią warto czekać. A gdy ta miłość nadejdzie, to ona sama – nieomylnie – poczuje to piękne, chwilami zniewalające pragnienie. Poczuje. Na pewno. Najpiękniejsze. I najważniejsze pragnienie. I powinna mu się poddać. Tak jak ona się mu poddała, gdy napotkała w swoim życiu jej ojca…

Odwróciła gwałtownie głowę i podeszła do balustrady ambony. Stanęła w rozkroku i oparta łokciami o balustradę zaczęła fotografować.

Modlący się żołnierz. Prawą dłonią ściskający kikut, który pozostał mu z lewej ręki. Z hełmu leżącego obok jego nóg wydostawał się płomień palącej się świecy. Mała, płacząca dziewczynka z zabandażowaną ręką siedząca na nocniku nieopodal żołnierza. Kilka metrów dalej staruszka w futrze i słomkowym kapeluszu głaszcząca siedzącego na jej kolanach wychudzonego kota z jednym uchem. Obok niej mężczyzna czytający książkę i odmawiający różaniec. Za jego plecami ksiądz w ogromnych okularach, siedzący w fotelu, palący papierosa i przyjmujący spowiedź od klęczącej przed nim zakonnicy. Tuż pod krzyżem trzy przytulone do siebie ciała. Z opuszczonymi na dół głowami. Jak Święta Trójca czekająca wspólnie na egzekucję.

Rozpoznała twarz Lukasa…

Wczoraj, gdy z walizką zbiegła pod drzwi, matka czekała, trzymając nożyczki w ręce. Obok jej nóg, w metalowej wanience, leżał harcerski mundur Hitlerjugend.

– Obetnij mu włosy, ubierz go w ten mundur, załóż mu przepaskę na oczy. Przepaskę załóż, zanim wyjdzie na górę. Zrozumiałaś? Zanim wyjdzie z klatki! Inaczej oślepnie. Powtórz, co masz zrobić! – krzyczała, podając jej zwitek czarnego materiału.

Powtórzyła. Tym samym krzykiem jak jej matka. Podbiegła do serwantki przy drzwiach do salonu. Opierając się plecami, przesunęła ją na bok. Wróciła na chwilę do kuchni. Z szuflady kredensu wyjęła toporek do rozgniatania mięsa. Wepchnęła ostrze toporka w szczelinę w podłodze. Podniosła kwadratowe zamknięcie pokryte parkietem podłogi. Wstała z kolan i zgasiła światło. Położyła się na podłodze i wpełzła powoli do klatki. Lukas siedział skulony, oparty plecami o ścianę zamykającą wąski korytarz. Znalazła jego głowę. W ciemności zaczęła obcinać mu w pośpiechu włosy. Nie rozmawiali ze sobą. Posłusznie podsuwał głowę. Całował jej rękę, gdy była w pobliżu jego ust. Zdjęła mu buty. Rozpięła spodnie, zsunęła je i na kolanach położyła wełniany mundur. Rozumiał wszystko bez słowa. Gdy sprawdziła, że się przebrał, zawiązała mu mocno przepaskę wokół oczu. Wypchnęła go przed siebie. Jej matka stojąca nad zamknięciem kryjówki podała mu rękę i wyciągnęła na zewnątrz. Posadziła go na podłodze i zapięła guziki munduru. Jeszcze mocniej, dla pewności, zacisnęła przepaskę wokół oczu. Uklękła przed nim. Głaskała po głowie i płakała. Po chwili wydostali się na ulicę, mieszając się z tłumem biegnących w popłochu ludzi.

Pierwsze syreny zaczęły wyć za kwadrans dziesiąta wieczorem. Matka spodziewała się nalotów już od bardzo dawna. Z drugiej strony, jakoś naiwnie wierzyła, że przy tej masie przesiedleńców ze wschodu Anglicy i Amerykanie ze względów humanitarnych nie zaatakują miasta pełnego kobiet i dzieci. Wyglądało na to, że nie tylko ona uspokajała się tą wiarą.

Najważniejszy człowiek w Dreźnie, Gauleiter Martin Mutschmann, także. Czasami obchodziła miasto, wyszukując schrony, w których mogliby się ukryć. Prawdziwych schronów przeciwlotniczych było tylko kilka. Nie przeszkadzało to jednak Mutschmannowi, co było powszechnie znaną tajemnicą, kazać sobie wybudować prywatny schron przy Comeniusstrasse 32. Ludność miała się – zdaniem władz – chronić w piwnicach. Ich piwnica od miesięcy była zalana wodą wyciekającą z popękanych rur. W nocy, gdy temperatura na zewnątrz spadała poniżej zera, ta woda zamarzała.

Pobiegli za tłumem. Przy wejściu do pierwszego schronu na rogu Beethoven Strasse kłębiło się mrowie przerażonych ludzi. Nie mieli żadnych szans, aby dostać się do środka. Usłyszeli dźwięk nadlatujących samolotów. Kilka minut po dwudziestej drugiej bezchmurne tego dnia niebo nad Dreznem rozbłysło kaskadami świateł wyglądających jak ogromne, ogniste kule. W jednej chwili zrobiło się jasno niczym w dzień. Wiedzieli, że za chwilę nadlecą bombowce. Zaczęli biec wąską ulicą w kierunku Frauenkirche w centrum miasta. W jednej ręce trzymała walizkę. Drugą ciągnęła za sobą Lukasa. W pewnym momencie natrafili na barykadę z wozów strażackich ustawionych w poprzek ulicy. Zawrócili. Słyszała za sobą odgłosy nadlatujących samolotów i eksplozje bomb. Bała się. Matka zaczęła krzyczeć, że „muszą koniecznie” do schronu na końcu Annenstrasse. To jedyny schron, który był w pobliżu. Na początku ulicy, tuż przy Annenkirche, matka upadła, uderzając twarzą o pokrytą błotem bruzdę ze zlodowaciałego śniegu. Pomogła jej się podnieść. Wszystkie bramy kościoła były otwarte na oścież. Wbiegli do środka. Zatrzymali się przy bocznym ołtarzu, po prawej stronie, tuż przy głównym wejściu. Pamięta, że matka przesunęła stojącą tam drewnianą ławę prostopadle do ściany i walizkami zamknęła dostęp do narożnika. Na rękach przeniosła Lukasa i zrywając mu opaskę z oczu, położyła go na posadzce pokrytej słomą.

– Księża w Annenkirche byli bardziej przewidujący niż Gauleiter Martin Mutschmann i jego cała banda służalczych kacyków – usłyszała głos matki.

Kazała się jej ułożyć obok chłopca i nakryła ich kocem. A ona się bała. Jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyła takiego strachu. Pamięta też, że tuliła Lukasa do siebie i powtarzała w kółko z pamięci wiersz Rilkego, prosząc, jego słowami, aby nastała cisza. Przy każdym kolejnym dochodzącym z zewnątrz odgłosie wybuchu coraz głośniej prosiła o ciszę. Po kilku minutach Lukas powtarzał z nią strofy wiersza.

Nie potrafiła zmusić się do modlitwy. Nawet tutaj, w tym miejscu, i nawet w takiej chwili. I w takim ostatecznym strachu. Te okropne jej zdaniem, bałwochwalcze wiersze, które jako modlitwy kazali się jej uczyć w szkole na lekcjach religii, zapominała natychmiast po wyrecytowaniu przed nauczycielem. Podobnie jak prymitywne, rymowane formułki wychwalające Fuhrera powtarzane chórem podczas porannego apelu każdego poranka przed rozpoczęciem lekcji. Nie wierzyła w żadnego Fuhrera, jakiegoś naczelnego Przewodnika, którego kultu nie wolno w żadnym przypadku podważać. Dlatego nie wierzyła także w Boga. Nie miało to nic wspólnego z traumatyczną utratą wiary po tym wszystkim, co przeżyła w ciągu tych kilku lat od początku wojny. Wcale nie przestała wierzyć w Boga w jakimś rozczarowaniu, żalu, proteście czy zemście za to, że do tego wszystkiego dopuszcza, że jest w absolutnie nieusprawiedliwiony sposób nieobecny albo że odwrócił się do świata plecami w momencie, gdy świat najbardziej Go potrzebuje. To byłoby właśnie zaprzeczeniem wiary i – jej zdaniem – jeszcze większą obłudą niż zmuszanie się do modlitw w chwili strachu ostatecznego. Przez ostatnie lata obserwowała, a także sama doświadczyła cierpienia spowodowanego zachowaniem ludzi kierowanych wyłącznie bezgranicznym, ślepym lękiem przed karą za niepodporządkowanie się nakazowi, kultowi, rozkazowi lub przykazaniu. Ojciec nauczył ją mądrze wątpić – szczególnie w to, co bezmyślnie powtarzają wszyscy – i zadawać pytania, a matka z kolei, nauczona przez swoją matkę, pokazywała jej, jak „nie żyć na kolanach”.

Nie wierzyła w Boga, chociaż była ochrzczona, w białej sukience połknęła biały opłatek pierwszej komunii i dodali jej drugie imię Marta podczas bierzmowania. Po babci. Czasami, ale tylko ważnym dla niej ludziom, przedstawiała się tym imieniem. Hinnerk je uwielbiał. Dla niego była wyłącznie Martą. Kiedy ją pierwszy raz całował, wtedy, w ciemności, gdy usiedli na trawie nad brzegiem stawu w ogrodzie Zwingerteich, szeptał jej do ucha „moja Martinique”.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij