Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Bóg przechadzający się w popołudniowym wietrze - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 października 2026
49,00 zł
4900 pkt
punktów Virtualo

Bóg przechadzający się w popołudniowym wietrze - ebook

Wybitna powieść historyczna, którą można stawiać obok takich dzieł jak Pamiętniki Hadriana Marguerite Yourcenar, Ja, Klaudiusz Roberta Gravesa czy August Johna Williamsa.

Lucjusz Waleriusz Kwincjusz jest prefektem Tarcisis, miasta w rzymskiej Luzytanii w II wieku n.e. Wieści o nadciągającej inwazji barbarzyńców z północnej Afryki zmuszają go do przedsięwzięcia drastycznych środków. Tymczasem w samych murach miasta nowa sekta, nazywana Kongregacją Ryby, podaje w wątpliwość tradycyjne rzymskie wartości, powołując się na nauki swojego tajemniczego ukrzyżowanego mistrza. Sam Lucjusz jest rozdarty między obywatelskimi obowiązkami a uczuciem do wyznawczyni tej nowej religii.

Powieść Bóg przechadzający się w popołudniowym wietrze rozgrywa się w krytycznym momencie historii Imperium Rzymskiego, kiedy chrześcijaństwo zaczyna zyskiwać coraz większą popularność i rzuca wyzwanie władzy centralnej, a pax romana chwieje się w posadach.

Choć Tarcisis nigdy nie istniało, Mário de Carvalho z pomocą przejrzystego, eleganckiego stylu wspaniale ukazuje polityczną, kulturową i codzienną rzeczywistość Imperium Rzymskiego.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384320013
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA DO 14. WYDANIA

W nocie dołączonej do niniejszego wydania – powielającej słowo w słowo treść tej dołączonej do wydania pierwszego – stwierdza się, że książka ta, osadzona w „rzymskiej Portugalii”, nie jest powieścią historyczną. To oczywiście wskazówka ironiczna. A że ironia jest figurą niebezpieczną i łatwo wymykającą się interpretacji, niektórzy jej nie wyczuli albo przeczytali ją opacznie. Oczywiście moja czytelniczka czy mój czytelnik, z natury wykształceni i ostrożni, w lot uchwycili sens noty. Bardziej roztargnieni okazali się niektórzy kierownicy księgarń – przesadnie posłuszni, pozbawili moją powieść towarzystwa z odpowiedniej sekcji. Jak na ironię (znów to niesympatyczne pojęcie) powinienem być im za to wdzięczny.

Starałem się zdystansować od tradycji – odnowionej przez nasz romantyzm – odzyskiwania narodowych korzeni w niekończących się poszukiwaniach (z latarką w pełnym blasku słońca) tożsamości portugalskiej. Nie chciałem też rozkładać straganu bibelotów z rzymskiego targu staroci. A jeśli moja narracja jest, ośmielam się twierdzić, jak najstaranniej osadzona w rzymskiej rzeczywistości – w świetle dostępnej mi wówczas wiedzy, obejmującej zarówno fakty historyczne z czasów panowania Marka Aureliusza, jak i te dotyczące mentalności, stosunków społecznych, religii, rytuałów, zachowań, imaginarium, przedmiotów i tak dalej – to stało się tak raczej za sprawą mojego szacunku do pewnej etyki powieści historycznej (_et pour cause_) niż chęci ożywiania przeszłości. Jeśli zaś chodzi o język, zdawało mi się, że materia domaga się pewnej tonacji oraz adekwatności języka, jednocześnie zrozumiałego, jak i nie do pomylenia ze współczesnym jego użyciem.

Klauzule „umowy z czytelnikiem” i kręte ścieżki prawdopodobieństwa to długa opowieść, którą pozostawiam na inną okazję komuś, kto lepiej się na tym zna.

Chciałem opowiedzieć o takim jak zawsze człowieku, który musi się zmierzyć z paradoksami historii i swojego miasta. Książka miała już wiele wydań, co oznacza, że problem pozostaje aktualny. I że ta atawistyczna ludzka trudność z odczytywaniem znaków nigdy nie przemija.

Luty 2013ROZDZIAŁ I

Niebo lśni, noc się ociąga, czas jest opieszały, życie mętne, gesty bezsilne. W tęczowym cieniu raz i drugi czytam swoje ulubione księgi, spaceruję, wspominam, fantazjuję, zdumiewam się, ziewam, przysypiam i nieubłaganie się starzeję. Nie potrafię znaleźć upodobania w tej szczęśliwej przeciętności mimo pocieszenia, jakie proponuje mi poeta, który się z nią pogodził. Wiem równie dobrze jak Mówca, że gorzko smakuje bezczynność, gdy zakazano ci działania. Dni mi się dłużą, Marek Aureliusz dokonał żywota, Kommodus rządzi, przeżyłem wszystko, co przeżyłem, cierpię z dala od domu – jak mam być szczęśliwy?

Mara siedzi w niewielkim oddaleniu, na wysokim plecionym krześle obok schodów prowadzących do domu, i wyszywa. Przed chwilą zganiła swoje niewolnice. Teraz śmieje się razem z nimi. Za moment znów je upomni. Nie słyszę jej ze swojego miejsca, ale niemal potrafię odgadnąć przyczynę śmiechów i reprymend. Cieszę się z tego, że Mara jest w pobliżu, że znam tak dobrze, od tylu lat, jej miny i gesty.

Kilka chwil temu bez szczególnego powodu podeszła do mnie ze swoim ulubionym zwierzęciem – po tym, jak w złej godzinie straciła bielusieńką gołębicę, przylatującą, by jeść jej z ręki, stał się nim popielaty kot. Owo dziwne zwierzę, pochodzące ponoć z Egiptu, jest czymś w rodzaju miniaturowej pantery, która zachowała całą drapieżną naturę dzikiej bestii: jest równie nieprzewidywalne jak ona i znajduje przyjemność w okrucieństwie. Czasem usposobione pokojowo stworzenie roztacza wokół siebie aurę lenistwa, jakby zachęcało do niego cały świat, innym razem zaś czai się z pazurami w gotowości, z postawionymi uszami, zjeżoną sierścią i wyszczerzonymi zębami. Nie reaguje na swoje imię i mimo niewielkich rozmiarów budzi respekt stróżujących psów, kiedy staje z nimi oko w oko. Podarował je nam pewien kupiec, by odwdzięczyć się za duże, być może przesadnie wielkie zakupy zrobione u niego przez Marę. Jeśli o mnie chodzi, muszę przyznać, że spoglądam na zwierzę z pewną nieufnością. Nie jest jeszcze częścią domu i nie wiem, czy kiedykolwiek nią będzie…

Mara dziwi się, że ślęczę nad lekturą _Tyrrheników_, niewyczerpanego źródła etruskich anegdot napisanego przez cesarza Klaudiusza. „Jaką korzyść przyniesie ci ten wysiłek – pyta – skoro prawie nie mamy gości, którym moglibyśmy zaimponować?” Z rozbawioną miną rozwija jeden ze zwojów, czyta kilka linijek na chybił trafił, śmieje się, a na koniec pozwala zwojowi potoczyć się po stole. Kot natychmiast wysuwa swoje ostre pazury, gotów podrzeć pergamin, tak samo jak wcześniej zadrapał ramiona Mary. Mara przytula zwierzę do piersi i odchodzi. Codzienny, znany rytuał, trywialny, ale miły. Mara łagodnie daje mi znać o swojej obecności…

Wciąż przepełnia ją młodzieńcza energia, która zdumiewa mnie po tylu latach. Nigdy nie miała cierpliwości, żeby rozwinąć zwój i pogrążyć się w lekturze, ziewa i przysypia, kiedy każę niewolnikowi, by przeczytał nam kilka akapitów, choćby lekkich i zgrabnie napisanych. Nudzi się w tej prowincjonalnej posiadłości, ale nigdy się do tego nie przyzna. Nie przyjdzie jej do głowy narzekać. „Tam, gdzie Gajusz, tam i Gaja”. Tak ją wychowano. Pod jej radosnym, pozornie beztroskim usposobieniem kryją się twarde zasady, zasady naszych przodków, w których drzemie mądrość, ujawniająca się tylko przy poważnych okazjach. Zawsze mogłem liczyć na niezłomną lojalność Mary, mimo że ona sama nie potrafiłaby zdefiniować słowa „lojalność” ani o nim perorować, ani też nigdy nie użyłaby przymiotnika „niezłomna”.

Prawdę mówiąc, Etruskowie Klaudiusza niezbyt mnie interesują, a jego proza płynie równie topornie, jak podobno płynęły słowa z jego ust. Ale czytam zwój za zwojem, fragment za fragmentem, pilnie niczym uczeń trudzący się nad szkolnym zadaniem w obawie przed czekającą go rózgą. Nie mam innego powodu, by to robić, poza próbą ukojenia nudy, której nie odczuwałbym, gdybym mógł spożytkować swoje siły na polowaniu, uprawiając ziemię, wznosząc budynki, zarządzając posiadłościami albo podejmując jakąkolwiek aktywność właściwą mojej kondycji. Ale skoro pewnego dnia zacząłem lekturę, czuję teraz, że moim obowiązkiem jest ją ukończyć. Tak mnie wychowano i przyznaję, że taki już jestem. Postanowiłem coś przeczytać? Więc dobrnę do końca!

Na zielonym marmurze okrągłego stołu, przy którym siedzę, czworokątny, wyszczerbiony ubytek rozmazuje widziane z profilu uśmiechnięte oblicze Bachusa, ozdobione winoroślą, starannie wyrzeźbione. Z rowków wyrytych dłutem nie zniknęły – myte i szorowane tyle razy – czarne popioły, w które obrócili wszystko. Barbarzyńcy, oto ślady ich furii. Czy wybrali ten stół na ołtarz dla swoich prymitywnych rytów, podstawę pod płomienie, ruszt dla wnętrzności? A może nie był nawet tym, lecz jedynie bezbronnym obiektem ich szału, zranionym za to, że zdawał się tak ludzki, tak doskonały, co zawsze wywołuje lęk ludów brutalnych i nieokrzesanych.

Na własne oczy widziałem przybycie tego stołu, przywiązanego do jednego z kolumny wozów i zabezpieczonego słomą i chrustem. Mój ojciec był jeszcze młody, ja zaś jako pacholę bawiłem się łukiem. Odczuwał dumę na widok tego zielonego kamienia, żyłkowanego, niepowtarzalnego, sprowadzonego z bardzo daleka. Pamiętam trud grupy niewolników toczących ciężki, okrągły marmur, krok po kroku, aż do altanki, w której teraz siedzę, już wówczas bujnie porośniętej winem. I zadowolenie ojca, dumnego, gładzącego wgłębienia dłuta, opowiadającego o genealogii, czynach i atrybutach Bachusa, bym się ich nauczył.

Po latach i rozpaczliwych wysiłkach, o których opowiem dalej, znów zobaczyłem ten kamień unoszony siłą ramion, widziałem, jak toczy się powoli, aby na koniec, nie bez pomocy lin i dźwigni, znów spocząć na swojej podstawie. Nie był to ten sam marmur: został sprofanowany, porysowany, nadpalony. W tym stanie będzie trwał dalej, przez wieki wieków, bez kolejnych większych zniszczeń i profanacji. Ale za każdym razem, kiedy moja ręka przesuwa się po uszkodzonej powierzchni i czuję chropowate ślady po ciosach oraz oleistość popiołów, moją duszę przeszywa dreszcz strachu, nieokreślonego, lecz gwałtownego.

Toczący się wielki kamień przypomina mi owego króla Koryntu, który na chwilę zniewolił śmierć, a potem stał się na wieki niewolnikiem przeznaczenia. Któż może mnie zapewnić, że ten zielony marmur, niegdyś powalony na ziemię, znów nie upadnie, tylko zostanie łagodnie przeżarty, w sposób naturalny i niespieszny, przez korozję rytmicznie upływającego czasu? Któż mi zagwarantuje, że tych wiejskich popołudni, tak powolnych i spokojnych, nie spłoszą jeszcze raz grzmoty groźnych wrzasków? Czy to prawda, że to, co minęło, odeszło na zawsze? Pozwólcie mi napawać się beztroską, iluzją, że świat pozostanie na zawsze niewzruszony i niewzruszalny, przywrócony znów do porządku po chwilowym zamieszaniu. Jestem właścicielem ziemskim, jestem Rzymianinem, czytam, kultywuję siebie; moja postawa, moje gesty, słowa i maniery, flegma, moja tunika i toga – są znakami tych czasów. Moja godność. Powaga. Rzymskość. Człowieczeństwo. A z dławiącymi mnie lękami i niepokojami niech rozprawiają się legiony, i to z surowością, do jakiej zostały powołane. Mnie tymczasem pozostały książki…

Ale co musiało się wydarzyć, żeby ci ludzie, nieznający wojennych strategii, dzicy i nieokrzesani, porzucili z krzykiem pustynię, towarzystwo skorpionów i węży, przemierzyli morze na swoich byle jakich okrętach, pozbawionych oczu i ołtarzy dla bogów, i najechali Luzytanię, skąpali ją we krwi, zrównali z ziemią latyfundia i domy, wymordowali tylu ludzi? Jakiż to impet wywołał w nich ich ciemny i mściwy bóg, impet niepozwalający darować drewnu ani kamieniowi, przestępcy ani niewinnemu, człowiekowi wolnemu ani niewolnikowi i mający za jedyny cel niszczenie, zmienianie w pustynię miast i posiadłości rolnych pracowicie wznoszonych przez pokolenia mówiące po łacinie, oddające cześć bogom i szanujące przepisy prawa? Zwycięskie wojska nieprzyjaciół zwykle dokonują grabieży, ale darują życie pokonanym, odbudowują miasta, przyjmują hołdy, przywracają ład. Podporządkowują sobie wszystko, co podbiły, a potem to chronią. Gdy przeminie wojenna zawierucha, na ulice wychodzą patrole czuwające nad przestrzeganiem zasad. Kiedy jednak przez jakieś ziemie przejdą hordy barbarzyńców, pozostawiają po sobie ślad czystej irracjonalności, ustanawiają na powrót pierwotny chaos, który z geniuszu czyni zagrożenie, z pracy perwersję, a z piękna – ściek. Pozostawiają po sobie roztrzaskane kolumny, zdewastowane termy, wybebeszone trupy w jasności pożogi. Nie ma między barbarzyńcami ani jednego męża zdolnego zakrzyknąć: „Darujcie im, to wszystko już jest nasze!”. Demoniczny najazd zrównuje wszystko z ziemią, dopóki nie powstrzyma go pierwsze żelazo legionów.

W naszej willi powyrzynali zwierzęta i niewolników, których ciała rozkładały się później na polach, zniszczyli kolumny, pozrywali dachówki, roztrzaskali lary, pozdzierali stare freski ze ścian, użyli mebli i tkanin jako rozpałki; pokruszyli na proszek nawet koła młyńskie z twardej skały. Wyrywali drzewa z korzeniami, zdewastowali winnice, podeptali kwiaty. Wszystkie księgi zostały podarte lub spalone. Nawet na tym niewinnym marmurowym stole zostawili swoje bestialskie ślady. Dlaczego? W imię czego? Gdybym tylko to wiedział, byłbym najmądrzejszym z ludzi i mógłbym skutecznie doradzać innym. Przyczyna tej szalonej żądzy zniszczenia musi być najpilniej strzeżoną tajemnicą. Bogowie nie chcieli mi jej wyjawić, kazali jedynie cierpieć jej konsekwencje.

Kiedy wróciłem, oddziały kawalerii pomocniczej Legionu VII Gemina patrolowały okolicę, zwracały właścicielom zbiegłych niewolników i bez litości krzyżowały na przydrożnych dębach ostatnich zbłąkanych Maurów oraz wszystkich, którzy z nimi współpracowali. Pośród ruin, jęków, miazmatów i upartych serpentyn dymu powracał porządek senatu i ludu rzymskiego. Wrócił mój zarządca, ukrywający się przez długi czas w chatce na odludziu. Powoli odnajdywali się niektórzy niewolnicy, koczujący na polach w oczekiwaniu, aż legiony przywrócą ład, który – jakkolwiek surowy – budził mniejszy lęk niż szalone bułaty zadające ciosy na oślep. Trochę bydła wyłapano na polach, jakby chronił je tam jakiś pasterski bóg.

Niewolnik zarządzający domem posklejał litościwie kawałki larów i poukładał je z czułością na ołtarzu przy drzwiach. Potem położył plecione dywaniki w jedynym niemal nietkniętym pomieszczeniu, zapalił fragment latarni i dopiero wtedy pozwolił wejść mnie i Marze. Był to powrót panów. Służący ustawili się w atrium, niektórzy jeszcze poobijani albo zakrwawieni po dramatycznych przejściach. Ośmiu żołnierzy ulokowało się w tym, co zostało ze spichlerza. Słyszeliśmy w nocy dyszenie mułów i stukanie kopyt o bruk. Ale byliśmy bezpieczni. Przez pozbawione okiennic okna wdzierały się przerażające krzyki ptaków. W bladym świetle księżyca ślady zniszczeń sprawiały jeszcze bardziej ponure wrażenie. Wspólnie z Marą, przytuleni do siebie pod moim płaszczem, postanowiliśmy odtworzyć wszystko dokładnie tak, jak było wcześniej. I o tym Mara mówiła i mówiła, i mówiła, i nie przestała mówić, dopóki nie wzeszło słońce.

Dziś nie ma już zbyt wielu śladów po najeździe. Trudno uwierzyć, że domy wokół odbudowano po tym, jak zostały w dużej mierze zrównane z ziemią. Kiedy nasze pokolenie wymrze, zniknie pamięć o wydarzeniach, za sprawą których w dniach nieszczęścia okolice utonęły we krwi. Pozostaną może wzmianki w księgach, których nikt nie przeczyta, a w końcu i one ulegną zniszczeniu przez okrucieństwo czasu i zaniedbanie ludzi, w najlepszym wypadku. Mara i ja możemy teraz cieszyć się pokojem i mieć nadzieję, że do końca naszych dni nie powtórzą się barbarzyństwa, które mieliśmy nieszczęście oglądać. Do dziś patrzę z nieufnością na wszystkich przybywających od strony oceanu. Ale czy każde niebezpieczeństwo musi nadejść z plaży?

Niedawno zobaczyłem coś, co mnie przeraziło. Był ranek, przyjemny i chłodny, i wbrew swoim zwyczajom poszedłem na daleki spacer brzegiem rzeki. Pochylony nad krzewami mały niewolnik zrywał do worka jeżyny. Nie wszystkie trafiały na mój stół, wiedziałem o tym. Zwykle przymykam oczy na takie drobne przewinienia. Krzaki daje nam natura, nic nie kosztują i nie trzeba ich uprawiać. Starałem się trzymać z daleka, żeby dziecko mnie nie zobaczyło i nie zawstydziło się niepotrzebnie. W pewnym momencie chłopiec przestał zbierać owoce, usiadł, napełnił usta jeżynami, wziął trzcinę i zaczął rysować na piasku: jedna wygięta linia, druga wygięta linia zaczynająca się w tym samym miejscu, która najpierw oddala się od pierwszej, a potem zakręca, by się z nią przeciąć. Trzecia linia łącząca dwie poprzednie. I na koniec punkt: rybie oko.

– Kto cię nauczył to rysować?

Chłopczyna aż podskoczył i spojrzał na mnie przerażony, z otwartymi ustami, wargami poplamionymi jeżynowym sokiem. Nigdy nie widział pana z tak bliska. Musiałem wydać mu się straszny, groźny niczym gromowładny Jowisz, ukazujący się zza chmur. Uklęknął i wyciągnął ku mnie instynktownie rękę, oferując garść owoców, podczas gdy drugą zasłaniał głowę.

– Wybacz mi, panie. – Wiedział, że powinien czuć się winny, ale nie bardzo rozumiał za co.

– Odpowiedz: kto nauczył cię tego rysunku?

Że jakiś strzygacz, który był w okolicy.

– Jeden z moich?

Nie, to był obcy człowiek, przybywał z daleka i dokądś się udawał. I chłopiec drżał, z trudem powstrzymywał płacz. Przebarwione od jeżyn usta przydawały mu żałosnego wyglądu tragicznego mima.

– Uciekaj!

Puścił się biegiem między krzewami i zniknął, pozostawiając za sobą ścieżkę rozrzuconych jeżyn.

Podeptałem starannie rysunek swoimi ciężkimi butami – została z niego tylko górka wzruszonej ziemi. Bezużyteczny gest. Rzeczywistość nie znika, gdy zniszczy się jej symbol. Być może wiele mil stąd, na drodze strzygacza, pojawią się nowe znaki, ożyją nowe wspomnienia. Czy kongregacja ryby przestała istnieć? Chciałem przekonać samego siebie, że tak, ale cóż mogłem wiedzieć?

Było to niedługo po tym, jak Prozerpin zaskoczył mnie swoją wizytą. Siedziałem na swoim zwykłym miejscu, przy stole z zielonego marmuru, pochylony nad rachunkami. Sprzedałem dwa jugery na obrzeżach moich posiadłości, żeby uwolnić się od sporu o granice gruntów z jednym z sąsiadów obdarzonych temperamentem jak dla mnie zbyt rustykalnym. Uzgodniliśmy cenę mieszaną – w aureusach, miarach oliwy i zwojach lnu. Chciałem sprawdzić wszystko jak najdokładniej, bo niezbyt mu ufałem. Musiałem przeliczyć ceny towarów, więc z rezygnacją usiadłem nad liczydłami i tabliczkami. Kiedy psy zaczęły szczekać i biegać wzdłuż bramy w murze i zjawił się nieznajomy niewolnik odganiający je kosturem, pomyślałem, że to sąsiad przyszedł, by jeszcze raz się pożalić i błagać o obniżenie uzgodnionej stawki. Ale potem, za niewolnikiem, pochylony i bardzo zalękniony psami, ukazał się ten mężczyzna – wysoki, z garbatym nosem, nerwowy – którego znałem tak dobrze i którym trochę pogardzałem. Poczułem niemal bolesną niechęć: Prozerpin! Wstałem, zaniepokojony. Co mogło sprowadzać tu Prozerpina?

Zobaczyłem, jak Mara wyłania się z domu i bardzo spokojnie schodzi po stopniach, uciszając psy. Przywitała się z intruzem. Nie zdradzała najmniejszego zaskoczenia i pozdrowiła Prozerpina tak, jakby widziała go wczoraj. Mara zawsze umiała stanąć na wysokości zadania. On był otulony obszernym azjatyckim płaszczem, haftowanym i bardzo zakurzonym, na głowie zaś miał podróżny kapelusz, który zdjął, by okazać szacunek. Po jego zamaszystych gestach domyśliłem się, że prosi Marę o pozwolenie na wejście swojego orszaku. Mara powiedziała coś głośno i niewolnicy pobiegli otworzyć bramę. Orszak Prozerpina, niosący jego lektykę, przemaszerował pomiędzy mną a Marą, a potem poprowadzono go do stajni. Kiedy wędrowcy szli, utrudzeni i brudni, Prozerpin szukał mnie niespokojnym spojrzeniem. Dokładnie widziałem jego nerwowe oczy i twarz skrzywioną w grymasie wysiłku, kiedy z daleka ujrzał moją postać. Zrobił dwa kroki, wytężył wzrok. Uśmiechnął się. Rozpoznał mnie. Pomachał z roztargnieniem Marze i niemal pobiegł mi na spotkanie.

– Lucjuszu, bądź pozdrowiony! Jak dobrze znów cię widzieć po tylu latach…

Prozerpin stał przede mną w swoim przepastnym płaszczu, mało brakowało, a upadłby mi do nóg. Cóż miałem robić? Nie mogłem źle potraktować tak uprzejmego gościa, choćby i był nieproszony. Nie okazałem niechęci. Zaproponowałem, by skorzystał z łaźni, dotrzymywałem mu towarzystwa, poprosiłem o radę w sprawie swojej transakcji, zaprosiłem do stołu z zielonego marmuru, słuchałem go grzecznie i z uwagą.

Potem kazałem osiodłać dwa muły i zabrałem go na przejażdżkę po moich włościach. Prozerpin nie był specjalnie wrażliwy na uroki wsi, zupełnie umykało mu piękno samotnego dębu korkowego na polanie pożółkłych chaszczy, nigdy nie czytał Hezjoda i przechodził obojętnie przez świątynię natury. Mimo to ciągle cytował Wergiliusza: „Szczęśliwy i ów, kto zna wiejskie bóstwa…”.

Próbował zrobić na mnie wrażenie, rozprawiając o Magonie i jego traktacie o rolnictwie. Czy Kartagińczyk, jakim był Mago, miał dość przenikliwości, by wypowiadać się o rolnictwie po tej stronie Morza Śródziemnego?

Kiedy Prozerpin mówił, wyciągał przed siebie otwartą dłoń, prawie dotykając uszu muła, jakby co i rusz energicznie rzucał kośćmi. Niczym nauczyciel retoryki okrągłymi zdaniami rozwodził się również na te tematy, o których nie miał bladego pojęcia.

Zastanawiał się, czy Kartagińczyk mógł aspirować do uniwersalnych wniosków, nawet jeśli chodziło tylko o uprawę winorośli. Poza tym, zauważał, wszyscy wiedzą, że pomyślny wzrost upraw zależy od przychylności lokalnych bóstw, które należy czcić we właściwych miejscach i porach. Jak punickie rytuały, odpowiednie dla punickich bogów, miały przekonać bogów Italii albo tych sprawujących jurysdykcję nad polami Hispanii?

Przypomniałem mu, że Mago był jedynym kartagińskim pisarzem tłumaczonym na łacinę, i to z polecenia senatu, więc jego pisma musiały w sobie coś mieć. W odpowiedzi Prozerpin uraczył mnie elokwentną rozprawką na temat Kartagińczyków, którzy – jak powszechnie wiadomo – pozbawieni są wszelakich zalet.

Pozwoliłem mu dywagować, próbując jednocześnie odgadnąć, co naprawdę go tu sprowadza. Byłem pewien, że skoro zawitał do mnie tak niespodziewanie, widział w tym dla siebie jakąś korzyść. Nie sądziłem, by sama koncepcja bezinteresowności była mu znana. Okazało się, że nie miałem racji. Ani przez chwilę nie wyglądał, jakby zamierzał mnie o cokolwiek prosić albo w jakiś sposób wykorzystać. Nie chciał mnie też urazić ani zranić. Ludzie mali mają w zwyczaju korzystać z nieszczęścia innych, by okazać im swoją wyższość. Jako że nie są przekonani o własnej wartości, próbują budować ją na cudzym cierpieniu, które potrafią wzbudzić aluzjami, ambiwalentnymi uwagami albo niefortunnymi odniesieniami sprawiającymi przykrość rozmówcy. To żywienie się porażką innych poprawia im humor i sprawia przyjemność z powodu, którego nie potrafię zrozumieć. Ale ze strony Prozerpina nie spotkała mnie żadna agresja, lecz jedynie wypowiadane tonem specjalisty – choć muszę przyznać, że użyteczne – rady dotyczące moich interesów, głupstwa na temat rolnictwa, tyrady przeciw Kartagińczykom, jakieś cytaty z Greków zaczerpnięte z podręcznika retoryki, udawane zachwyty przyrodą – i tak przez cały dzień… Zawsze stylem uczonym, wyszukanym, obrazowym i wyniosłym. Ani razu nie napomknął o moim wygnaniu ani nie starał się mnie upokorzyć wspomnieniem moich nieszczęść. Ponieważ znałem go tak dobrze, nie mogłem nie być mu za to wdzięczny. I to drugi raz w życiu.

– Zwróć uwagę – mówiłem – że tym razem to nie Kartagińczycy na nas napadli. Zrobili to Maurowie z Tingitany.

– Na jedno wychodzi: Kartagińczycy, Maurowie… Z tej samej gliny ulepieni. Ta zła strona _mare nostrum_.

Do kolacji Prozerpin wystroił się w ciemne jedwabie i sowicie skropił wytwornymi perfumami. Chciał w ten sposób okazać nam szacunek, mimo iż wiedział, że podczas posiłków hołdujemy umiarkowaniu i skromności. Mara, zgodnie z dawnym zwyczajem przekazanym jej jeszcze przez matkę, jada na siedząco obok triklinium, jest to dla niej równie naturalne jak archaiczny zwrot „przyjacielu”, którego używa wobec mnie. Na stół wjechały jedynie króliki, grzyby, rzeczne ryby, chleb i regionalne garum. Wino – wyłącznie nasze. Usługiwał nam stary niewolnik, który podawał do stołu mojemu ojcu. Za oświetlenie służyły trzy lampki, nic poza tym. Rozkazałem tylko, by amfory i sztućce były srebrne i by przyniesiono laski cynamonu w miseczce, równie egzotyczne, co jedwabie Prozerpina – nie chciałem, by wziął naszą prostotę za oznakę skąpstwa.

Przy stole wręczył mi prezent. Wygłosił przy tym krótkie przemówienie, w którym podziękował za gościnę. Przywiózł mi opakowaną w skórę kopię _Katona_ Kuriacjusza Materna i podał mi ją uroczyście. Uprzejmie mu podziękowałem. Mara dodała kilka miłych słów, rozwijając z roztargnieniem zwoje.

– Nie czytałem, ale uznałem, że sprawi ci przyjemność – powiedział Prozerpin.

Był to rzeczywiście zacny podarek. A ta kopia – zwoje, uchwyty z rzeźbionego egzotycznego drewna, skórzane etui – musiała sporo kosztować.

Podczas rozmowy opowiedział nam, że wybrał się z Tarcisis do Vipaski, żeby załatwić tam formalności prawne dla pewnej wdowy, swojej klientki. Moja posiadłość nie leży na trasie do Vipaski, Prozerpin musiał znacznie nadłożyć drogi, zejść z patrolowanych traktów tylko po to, by mnie odwiedzić. Przybył tu z obawą: prawdę mówiąc, spodziewał się, że przyjmiemy go niechętnie albo zadzierając nosa, ale nasza prostolinijność, jak sam twierdził, bardzo go wzruszyła.

Opowiedział nam ze szczegółami o swojej podróży i drobiazgowo wyjaśnił jej przyczyny. Od czasu do czasu spoglądałem ukradkiem na Marę, pytając ją wzrokiem: „Czego on od nas chce?”. Mara, jak zwykle subtelna, rozumiała mój niepokój i nie dawała rozmowie zgasnąć. Kiedy tylko Prozerpin robił pauzę, spieszyła z jakimś komentarzem albo pytaniem, utrzymując konwersację z dala od tematu, który – jak dobrze wiedziała – mógłby mnie zranić. Tarcisis.

Mara była niezwykle taktowna… Ale przekonałem się, że także Prozerpin uważał, by nie wspominać o zdarzeniach, w których uczestniczyłem przed laty. I to nie tylko dlatego, że nie miał zbyt wielu okazji, gdyż Mara starannie kierowała rozmową, ale i ponieważ sam wyraźnie tego nie chciał. Z ręką na sercu – nie przychodzi mi do głowy zbyt wiele pochwał dla Prozerpina. Zawsze czułem wobec niego jakąś nieprzyjemną pogardę i nie wątpię, że on o tym wiedział. Ale muszę przyznać, że w jego zmiennej, interesownej i sprytnej naturze były resztki szlachetności, które nie pozwalały mu mnie zawstydzać.

Czy nie byłem ciekaw wieści z Tarcisis? W środku, chociaż nie dawałem tego po sobie poznać, aż płonąłem z ciekawości. Ale jednocześnie przerażała mnie myśl, że temat zostanie choćby wspomniany, na dodatek przez Prozerpina. Chciałem ponad wszystko zachować spokój. Byłoby to wielkim okrucieństwem, gdyby ktoś zaczął rozdrapywać moje stare rany, kiedy czułem się tak bezbronny.

Jednak Mara i Prozerpin, każde ze swojej strony, jakby łączyło ich jakieś sekretne porozumienie, ledwo wspomnieli o Tarcisis jako odnośniku geograficznym: miejsce rozpoczęcia podróży, jej zakończenia, punkt w przestrzeni, nic poza tym. Domyślam się, że Mara pragnęła dowiedzieć się tylu rzeczy, Prozerpin zaś z rozkoszą zabłysnąłby w moim triklinium typową dla siebie złośliwością, z jaką relacjonował zwykle życie innych. Ale zdarzył się cud. Nie zaspokoiłem wprawdzie swojej ciekawości, lecz moja duma – a to najważniejsze – nie została urażona.

W pewnej chwili Prozerpin, któremu już trochę plątał się język, zaczął mnie wychwalać:

– Nigdy, słyszysz, Lucjuszu, nigdy nie spotkałem sędziego tak prawego i mądrego jak ty. A nie jestem już najmłodszy…

– Nie wygrałeś zbyt wielu spraw w moim trybunale…

– Ja nie, ale wygrała sprawiedliwość! Nie, w tamtym mieście nigdy nie było bardziej niezłomnego sędziego, Lucjuszu.

I nieco trzęsącymi się rękami Prozerpin wyciągnął ku mnie kubek w szczerym pozdrowieniu. Nie upierał się przy wspominaniu procesów z innych czasów, wiedział bowiem lepiej niż ktokolwiek, że jedna z tamtych spraw była przyczyną mojej goryczy i mojego nieszczęścia… Za to zaczął rozwodzić się w podniosłych zdaniach nad sensem istnienia i życiowymi zasadami pozwalającymi stawić czoła zmiennemu losowi.

Pod koniec wieczoru wypytywał mnie jeszcze o różne kwestie związane z mitologią. Dopiero wtedy nie bez ulgi stwierdziłem, że nie zrobił już żadnej aluzji do Junii Kantaber…

– Uważasz, Lucjuszu, że Minos, gdy oszczędził Minotaura i kazał go zamknąć w labiryncie, przewidział już z natchnienia bogów czyny Tezeusza, czy wręcz przeciwnie, chciał zachować potwora, żeby utrzymać żywą pamięć o winie Pazyfae?

Odpowiadałem mu to, co akurat przychodziło mi do głowy. Zostałem poddany przesłuchaniu, coraz łagodniejszemu, w sprawach tyczących się Achillesa, Prokulusa, Morfeusza, Alkinoe i Siedmiu przeciw Tebom. Prozerpin nie słyszał już moich ostatnich opinii. Przestał kiwać głową, a jego podbródek zastygł przyklejony do piersi. Mara przywołała niewolników, żeby zanieśli go do pokoju.

Jeszcze przez moment rozmawialiśmy z Marą o głupstwach. Żadne z nas nie wspomniało o Prozerpinie ani o Tarcisis. Później, w łożu, przypomniałem sobie raz jeszcze pytania, które bardzo pragnąłbym zadać, a jednak moja duma oraz uprzejmość Mary i Prozerpina na to nie pozwoliły. Spałem niewiele i niespokojnie, marząc tylko o tym, żeby gość już odjechał.

Zgodnie ze zwyczajem chciałem wstać przed wszystkimi: pan powinien być na nogach wcześniej niż jego niewolnicy. Tak było zawsze w moim domu i w domu mojego ojca. Służba jednak zdążyła już rozpalić ogień w kuchni, a kiedy pokazałem się w atrium, orszak Prozerpina miał zaraz ruszać w drogę. Rozkazałem, żeby zaopatrzono go w prowiant na cały dzień, i wzmocniłem jego eskortę o czterech uzbrojonych młodzieńców. Żegnał się tak wylewnie, że niewiele brakowało, a przed odjazdem zacząłby całować moją ziemię.

Tego ranka nie przyjmowałem nikogo. Kazałem przekazać jałmużnę tym kilku klientom, którzy się zapowiedzieli, i usiadłem przy stoliku z zielonego marmuru z trzciną, kałamarzem i nowym papirusem. Po wizycie Prozerpina, być może aby wreszcie wypowiedzieć to, co zostało przemilczane, postanowiłem napisać o zdarzeniach, które zaszły w Tarcisis, gdy byłem tam duumwirem. A to, czego nie zdołam sobie przypomnieć, zmyślę bez najmniejszych skrupułów. Wyobraźnia bywa czasem podporą prawdy. Możliwe, że podczas pisania zyskam spokój ducha, którego tak bardzo mi brakuje. Chciałbym jednak przede wszystkim, żeby ta księga była lekcją dla tego, kto ją przeczyta. Postaram się więc być zrozumiały, precyzyjny, uważny, prawdomówny, zręczny, pełen fantazji – i oby tak natchnęła mnie opatrzność. Nie pogardzę też interwencją pewnego boga, który, jak się wydaje, na samym początku przechadzał się po ogrodzie w popołudniowym wietrze.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij