Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Bracia Karamazow - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
3839 pkt
punktów Virtualo

Bracia Karamazow - ebook

Bracia Karamazow to ostatnia powieść Fiodora Dostojewskiego i ważne dzieło literatury psychologicznej. Historia uwikłanych w morderstwo ojca trzech braci, którzy zaprzepaszczają nadzieję na zjednoczenie postulowane przez głowę rodziny. Moralne dylematy każdego z nich są podstawą do rozważań filozoficznych i egzystencjalnych. Dobro i zło, boskość i człowieczeństwo – to tematy, po które sięga Dostojewski. Powieść miała stanowić część cyklu, jednak autor zmarł niedługo po jej publikacji.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-118-8
Rozmiar pliku: 5,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Opowieść o życiu mojego bohatera, Aleksego Fiodorowicza Karamazowa, rozpoczynam z niejakim zakłopotaniem. Albowiem: chociaż nazywam Aleksego Fiodorowicza moim bohaterem, sam przecież wiem, że wielkim człowiekiem to on bynajmniej nie jest, dlatego uprzedzam nieuniknione pytania w rodzaju: czym to zasłużył sobie na uwagę ten pański Aleksy Fiodorowicz, że wybrał go pan na swojego bohatera? Co takiego zrobił? Komu jest znany i z jakiego powodu? Dlaczego to ja, czytelnik, mam tracić czas na poznawanie faktów z jego życia?

Ostatnie pytanie jest wyjątkowo kłopotliwe, ponieważ mogę na nie tylko tak odpowiedzieć: „Być może przekonacie się o tym sami, czytając powieść”. No, a jeśli przeczytacie ją i nie zdołacie się przekonać, jeśli nie dostrzeżecie osobliwości Aleksego Fiodorowicza? Mówię o tym, ponieważ z żalem to przewiduję. Według mnie jest on kimś godnym uwagi, ale zdecydowanie wątpię, czy zdołam przekonać o tym czytelnika. Chodzi o to, że jest kimś w rodzaju działacza, tyle że dalece w swej działalności nieokreślonym, niepojętym. Dziwnie byłoby jednak w takich czasach jak nasze domagać się od ludzi jasności. Jedno wszak wydaje się całkowicie niewątpliwe: to człowiek dziwny, nawet cudaczny. Lecz dziwactwo i cudaczność prędzej szkodzą, niż przyciągają uwagę, zwłaszcza wtedy, gdy wszyscy dążą do tego, by powiązać ze sobą poszczególne przypadki i znaleźć jakiś ogólny sens we wszechogarniającym bezsensie. A cudak to w większości wypadków szczegół i wyjątek. Czyż nie tak?

Jeśli jednak nie zgodzicie się z tą ostatnią tezą i odpowiecie: „nie tak” albo „nie zawsze tak”, to zapewne pokrzepi mnie to na duchu co do znaczenia mojego bohatera Aleksego Fiodorowicza. Nie dość bowiem, że cudak „nie zawsze” jest szczególnym i wyjątkowym przypadkiem, to, przeciwnie, bywa też tak, że to właśnie w nim bije niekiedy serducho całości, podczas gdy pozostałych ludzi jego epoki – wszystkich – nie wiedzieć czemu oderwał od niego na chwilę jakiś przygodny wiatr…

Nie wdawałbym się zresztą w te zupełnie nieciekawe i mętne zapowiedzi i przystąpił do rzeczy po prostu i bez przedmowy: spodoba się – to i tak przeczytacie; bieda jednak w tym, że opowieść o życiu mam jedną, a powieści dwie. Główną powieścią jest ta druga – to działalność mojego bohatera już w naszych czasach, właśnie w naszej bieżącej, obecnej chwili. Pierwsza zaś powieść dzieje się trzynaście lat temu i jest nie tyle nawet powieścią, ile jednym tylko momentem z wczesnej młodości mojego bohatera. Nie mogę się jednak bez niej obejść, ponieważ w drugiej wiele rzeczy pozostałoby niezrozumiałych. Lecz w ten sposób dodatkowo komplikuje się moje początkowe zadanie: skoro ja sam, to znaczy biograf, uważam, że na tak skromnego i nieokreślonego bohatera zbyteczna jest już jedna choćby powieść, to jak się ma rzecz z dwoma i czym wyjaśnić takie zarozumialstwo z mojej strony?

Gubiąc się w rozstrzygnięciach tych kwestii, pozostawiam je bez jakiegokolwiek rozstrzygnięcia. Oczywista, wnikliwy czytelnik już dawno odgadł, że od początku się do tego skłaniałem, i ma prawo oburzać się na mnie, że na próżno marnotrawię jałowe słowa i bezcenny czas. Odpowiem na to już bardzo precyzyjnie: marnotrawiłem jałowe słowa i bezcenny czas po pierwsze, z uprzejmości, a po drugie, z chytrości: tak czy owak, jak to się mówi, o czymś tam przecież uprzedziłem. Przy czym jestem nawet rad, że moja powieść sama z siebie rozpadła się na dwie opowieści „przy zachowaniu istoty całości”: zaznajomiwszy się z pierwszą opowieścią, czytelnik sam już zdecyduje, czy warto zabierać się za drugą. Rzecz jasna, nikt nie jest do niczego zobowiązany, można rzucić książkę po dwóch stronach pierwszej opowieści i nigdy już jej nie otwierać. Znajdą się jednak tacy wrażliwi czytelnicy, którzy z pewnością zechcą przeczytać ją do końca, aby nie omylić się przy wydawaniu bezstronnego sądu – tacy są, dla przykładu, wszyscy rosyjscy krytycy. Dzięki nim jakoś znacznie lżej na sercu: niezależnie od właściwej im rzetelności i sumienności przyznaję im tak czy owak bezwarunkowe prawo do rzucenia książki po przeczytaniu pierwszego epizodu powieści. Oto i cała przedmowa. Zgadzam się bez zastrzeżeń, że jest zbyteczna, lecz skoro została napisana, niechaj już zostanie.

A teraz do dzieła.Księga I
Historia pewnej rodzinki

– I –
Fiodor Pawłowicz Karamazow

Aleksy Fiodorowicz Karamazow był trzecim synem właściciela majątku z naszego powiatu, Fiodora Pawłowicza Karamazowa, tak słynnego w swoim czasie (wspomina się go u nas po dziś dzień jeszcze) z powodu swej tragicznej i tajemniczej śmierci, do której doszło dokładnie trzynaście lat temu i z której zdam relację w stosownym miejscu. Natomiast teraz powiem o tym „właścicielu majątku” (jak go u nas nazywali, choć niemal całe swoje życie przeżył poza swoim majątkiem) tylko tyle, że był on dziwnym typem, stosunkowo często jednak spotykanym, mianowicie typem człowieka nie dość, że podłym i zdeprawowanym, to zarazem postrzelonym – lecz z tego wszak gatunku postrzeleńców, którzy potrafią doskonale zajmować się swoimi majątkowymi interesikami i, jak się zdaje, wyłącznie nimi. Gwoli przykładu, Fiodor Pawłowicz zaczął niemal bez niczego, był dziedzicem najbardziej lichym, węszył za obiadem po cudzych stołach, odstawiał pieczeniarza, a przecież w chwili jego śmierci okazało się, że ma nieomal sto tysięcy rubli w żywej gotówce. A tymczasem przez całe swoje życie prowadził się jak najdurniejszy postrzeleniec w całym naszym powiecie. Raz jeszcze powtórzę: to nie głupota – większość tych postrzeleńców jest wyjątkowo rozumna i chytra – lecz właśnie postrzeleństwo, i to jakieś szczególne, narodowe.

Był żonaty dwa razy i miał trzech synów – starszy, Dymitr Fiodorowicz, z pierwszej żony, a dwaj pozostali, Iwan i Aleksy, z drugiej. Pierwsza małżonka Fiodora Pawłowicza pochodziła z dość zamożnego i znanego szlacheckiego rodu Miusowych, również właścicieli ziemskich z naszego powiatu. Jak to się właściwie stało, że dziewczyna z posagiem, i to piękna, na dodatek z tych bystrych mądralińskich, których niemało w naszym dzisiejszym pokoleniu, a nie brakowało ich również wcześniej, mogła wyjść za mąż za takiego nędznego „niezgułę”, jak go wszyscy wtenczas nazywali – tego wyjaśnić nie jestem w stanie. Znałem wszak jedną taką pannę, z poprzedniego, „romantycznego” jeszcze pokolenia, która po kilku latach tajemniczej miłości do pewnego pana – a mogła, dodam, w każdej chwili najspokojniej w świecie wyjść za niego za mąż – skończyła jednakże w ten sposób, że wydumała sobie nieprzezwyciężone przeszkody i pewnej burzliwej nocy rzuciła się z wysokiego brzegu, przypominającego urwisko, w odmęty dość głębokiej i rwącej rzeki, zginęła w niej przeto wyłącznie z własnego kaprysu, tylko dlatego, żeby upodobnić się do Szekspirowskiej Ofelii, i wolno przypuszczać, że gdyby owo urwisko, od dawna przez nią upatrzone i ukochane, nie było tak malownicze, lecz znacznie bardziej prozaiczne i płaskie, do samobójstwa prawdopodobnie w ogóle by nie doszło. To najprawdziwszy fakt i wolno sądzić, że w naszym rosyjskim życiu w ciągu dwóch czy trzech ostatnich pokoleń tego rodzaju faktów, albo bardzo do nich podobnych, zdarzyło się niemało. Podobnie postępek Adelajdy Iwanowny Miusowej był bez wątpienia echem obcych wpływów, jak również mętnej myśli rozdrażnieniem. Zachciało się jej, być może, zamanifestować kobiecą samodzielność, zbuntować się przeciwko warunkom społecznym, przeciwko despotyzmowi najbliższych i własnej rodziny, a usłużna fantazja przekonała ją, załóżmy na moment, że Fiodor Pawłowicz jest mimo wszystko, bez względu na swą reputację darmozjada, jednym z najśmielszych i najbardziej szyderczych ludzi tej wędrującej ku wszystkiemu, co najlepsze, epoki, podczas gdy był zaledwie złośliwym błaznem i niczym więcej. Pikanterii dodawało jeszcze i to, że do małżeństwa doszło dzięki porwaniu, co szalenie imponowało Adelajdzie Iwanownie. Fiodor Pawłowicz zaś był wówczas zdolny do wszystkich tego rodzaju wyskoków już choćby z powodu swej pozycji społecznej, ponieważ pragnął namiętnie zbudować swoją karierę na czymkolwiek zgoła; wkręcić się do szlachetnego rodu i wziąć posag – to bardzo kuszące przedsięwzięcie. Co się natomiast tyczy obopólnej miłości, to jej, jak się zdaje, w ogóle nie było – ani ze strony niewiasty, ani z jego strony, nawet mimo urody Adelajdy Iwanowny. Tak więc przypadek ów był prawdopodobnie jedynym tego rodzaju w życiu Fiodora Pawłowicza, owego rozpustnego przez całe swe życie lubieżnego łasucha, gotowego gonić na skinienie za każdą spódniczką. Tymczasem w sferze namiętności tylko ta jedna kobieta nie wywarła na nim żadnego specjalnego wrażenia.

Wkrótce po porwaniu Adelajda Iwanowna w mig spostrzegła, że dla swego męża żywi wyłącznie pogardę i nic więcej. W ten sposób efekty małżeństwa ujawniły się z nadzwyczajną szybkością. Niezależnie od tego, że rodzina stosunkowo nawet prędko pogodziła się z faktami i oddała uciekinierce posag, pożycie małżonków przebiegało w całkowitym chaosie, pełne niekończących się scen. Opowiadano, że młoda żona wykazała się przy tym niezrównanie większą szlachetnością i wyniosłością aniżeli Fiodor Pawłowicz, który, jak teraz wiadomo, rąbnął wtenczas od razu wszystkie jej pieniążki, całe dwadzieścia pięć tysięcy, kiedy je tylko dostała, tak że owe tysiączki jakby utonęły bez śladu w głębokiej wodzie. Wioseczkę zaś i całkiem niczego sobie dom w mieście, które również dostały się jej w posagu, długi czas ze wszystkich sił starał się przepisać na siebie, sporządzając jakikolwiek stosowny akt, i z pewnością dopiąłby celu z jednego tylko, by tak rzec, powodu, mianowicie z powodu pogardy i obrzydzenia, jakie wywoływał stale w małżonce swoimi bezwstydnymi żądaniami i żebraniną. Adelajda Iwanowna przystałaby na to, choćby ze znużenia, byleby się tylko od niego odczepić. Lecz na szczęście wmieszała się jej rodzina i poskromiła zapędy złodziejaszka. Wiadomo z całą pewnością, że między małżonkami dochodziło nierzadko do awantur, lecz jak wieść głosi, tym, kto bił, nie był Fiodor Pawłowicz, lecz Adelajda Iwanowna, dama krewka, odważna, o smagłej cerze, porywcza, obdarzona niezwykłą siłą fizyczną. W końcu rzuciła dom i uciekła od Fiodora Pawłowicza z pewnym przymierającym z nędzy seminarzystą-nauczycielem, zostawiając mężowi trzyletniego Mitię. Fiodor Pawłowicz w mig zamienił dom w istny harem i oddał się hulankom i pijaństwu, a w antraktach objeżdżał całą niemal gubernię i ze łzami skarżył się wszystkim i każdemu z osobna na niewierną żonę, przy czym zdradzał takie szczegóły z ich pożycia, których wstyd było słuchać. A co najważniejsze, z niejaką przyjemnością, a nawet chełpliwością odgrywał przed wszystkimi swoją śmieszną rolę skrzywdzonego męża i ozdabiał pięknymi detalami własną krzywdę. „Można pomyśleć, Fiodorze Pawłowiczu, żeś zyskał jakiś przywilej, takeś zadowolony z całego swego utrapienia” – powiadali prześmiewcy. Wielu zaś dodawało, że z radością jawi się w odnowionej postaci błazna i rozmyślnie, gwoli spotęgowania efektu śmieszności, rozsiewa pozory, jakby nie zauważał swojej komicznej sytuacji. Kto wie zresztą, może robił to całkiem bezwiednie. W końcu udało mu się wpaść na ślad uciekinierki. Biedaczka odnalazła się w Petersburgu, dokąd przeniosła się ze swoim seminarzystą i gdzie z żarliwością i bez reszty oddała się działalności emancypacyjnej. Fiodor Pawłowicz zakrzątnął się raz-dwa i postanowił zbierać się do Petersburga – po co? – tego, rzecz jasna, sam nie wiedział. Może by wówczas naprawdę tam pojechał, lecz podjąwszy taką decyzję, poczuł, że ma szczególny powód, by – dla pokrzepienia przed drogą – oddać się znów niepohamowanemu pijaństwu. I w tym właśnie momencie rodzina jego żony otrzymała wiadomość o jej śmierci w Petersburgu. Zmarła nagle, gdzieś na jakimś strychu, jedni powiadają, że na tyfus, inni, że niby z głodu. Fiodor Pawłowicz dowiedział się o śmierci swojej żony pijaniusieńki; powiadają, że wybiegł na ulicę i zaczął wrzeszczeć, wznosząc z radości ręce do nieba: „Wreszcie wolny!”; inni zaś mówili, że zanosił się od płaczu jak małe dziecko, aż żal było patrzeć na niego, niezależnie od całej odrazy, jaką wzbudzał. Bardzo możliwe, że zdarzyło się jedno i drugie, to jest, że cieszył się ze swego oswobodzenia i opłakiwał zarazem tę, która go oswobodziła. W większości przypadków ludzie, nawet złoczyńcy, są znacznie bardziej naiwni i prostoduszni, niż zwykło się sądzić. I my sami również.

– II –
Spławił pierwszego syna

Łatwo sobie, rzecz jasna, wyobrazić, jakim wychowawcą i ojcem mógł być taki człowiek. Jako ojcu przydarzyło mu się to, co się przydarzyć musiało, to znaczy całkowicie i bez wahania porzucił swoje dziecko powite z Adelajdą Iwanowną, i to nawet nie ze złości do niego czy też z powodu urażonych uczuć małżonka, ale po prostu dlatego, że całkiem o nim zapomniał. Podczas gdy Fiodor Pawłowicz dokuczał wszystkim swoimi łzami i skargami, a dom obrócił w gniazdo rozpusty, trzyletniego chłopczyka Mitię wziął pod opiekę wierny sługa domu Grigorij i gdyby się nim wtenczas nie zajął, to prawdopodobnie nie znalazłby się nikt, kto by dziecku zmienił koszulinę. Na dobitkę tak się stało, że rodzina dziecka ze strony matki również na początku o nim zapomniała. Jego dziadek, to znaczy sam dziedzic Miusow, ojciec Adelajdy Iwanowny, już wtedy nie żył; jego owdowiała żona, babka Mitii, przeniosła się do Moskwy, gdzie się poważnie rozchorowała, siostry zaś powychodziły za mąż, tak że Mitia niemal cały rok przebywał pod opieką służącego Grigorija i mieszkał w jego stróżówce. Przy czym gdyby ojczulek sobie o nim przypomniał (wszak w rzeczy samej nie mógł nie wiedzieć o jego istnieniu), to sam by go tam odesłał, ponieważ dziecko wadziłoby mu w jego hulankach. Lecz tak się złożyło, że z Paryża wrócił stryjeczny brat nieboszczki Adelajdy Iwanowny, Piotr Aleksandrowicz Miusow, który wiele lat spędził za granicą, wówczas jeszcze bardzo młody człowiek, i to wyjątkowy pośród Miusowych, jako że wykształcony, stołeczny, zagraniczny i na dodatek przez całe swoje życie Europejczyk pełną gębą, a pod koniec życia liberał na modłę lat czterdziestych i pięćdziesiątych. W ciągu swojej kariery utrzymywał stosunki z największymi liberałami swojej epoki, i w Rosji, i za granicą, znał osobiście Proudona i Bakunina, a szczególnie lubił wspominać i opowiadać, pod koniec swoich wędrówek, o trzech dniach paryskiej rewolucji lutowej 1848 roku, napomykając, że niewiele brakowało, a sam znalazłby się na barykadach. To było jedno z najradośniejszych wspomnień jego młodości. Niezależność dawał mu majątek, wedle dawnej rachuby jakiś tysiąc dusz. Jego wspaniała posiadłość znajdowała się teraz tuż przy wyjeździe z naszego miasteczka i graniczyła z ziemią naszego znamienitego monasteru, z którym Piotr Aleksandrowicz już za młodu, jak tylko otrzymał spadek, w mig wdał się w niekończący się proces o prawo jakiegoś połowu ryb w rzece i wyrąb lasu – nie wiem tego dokładnie – atoli proces z „klerykałami” uznawał po prostu za swój obywatelski obowiązek. Kiedy usłyszał całą historię Adelajdy Iwanowny, którą oczywiście pamiętał, a nawet kiedyś zwrócił na nią uwagę, i dowiedział się o Mitii, szybko się za to wziął, mimo młodzieńczego oburzenia i pogardy wobec Fiodora Pawłowicza. Właśnie wtedy spotkał się z nim po raz pierwszy. Zakomunikował mu bez ogródek, że życzy sobie wziąć na siebie wychowanie dziecka. Potem przez długi czas opowiadał, jako rzecz bardzo charakterystyczną, że kiedy wspomniał Fiodorowi Pawłowiczowi o Mitii, ten przez pewien czas jakby w ogóle nie pojmował, o jakie dziecko chodzi, i nawet wydawał się zdziwiony, że gdzieś w jego domu chowa się jego maleńki syn. Jeśli nawet w opowiadaniu Piotra Aleksandrowicza kryła się pewna przesada, to wszystko i tak było bardzo prawdopodobne. W rzeczywistości Fiodor Pawłowicz przez całe swoje życie uwielbiał udawać, odegrać przed kimś jakąś niespodziewaną rolę i, co najważniejsze, bez jakiejkolwiek potrzeby, wręcz z uszczerbkiem dla samego siebie, jak choćby w niniejszym wypadku. Ta cecha jest zresztą właściwa nie tylko Fiodorowi Pawłowiczowi, ale zdumiewająco wielu ludziom, i to całkiem rozsądnym. Piotr Aleksandrowicz zabrał się do rzeczy z zapałem i nawet go wyznaczono (wespół z Fiodorem Pawłowiczem) na opiekuna dziecka, albowiem po matce został mająteczek, dom i posiadłość ziemska. Mitia faktycznie przeniósł się do stryja, który nie miał jednak własnej rodziny, a ponieważ szybko załatwił i zabezpieczył swoje sprawy majątkowe i znów wyjechał na długo do Paryża, poruczył dziecko opiece jednej ze swych ciotek, pewnej damie z Moskwy. Tak się złożyło, że zadomowiwszy się w Paryżu, również on zapomniał o chłopcu, zwłaszcza że wybuchła owa lutowa rewolucja, która zrobiła na nim takie wrażenie i której przez całe życie nie mógł już zapomnieć. Tymczasem ciotka z Moskwy zmarła i Mitia trafił do jednej z jej zamężnych córek. Zdaje się, że potem jeszcze po raz czwarty zmienił swoje gniazdo. O tym rozprawiał teraz nie będę, tym bardziej że niejedno przyjdzie jeszcze opowiedzieć o pierworodnym Fiodora Pawłowicza, ograniczam się przeto tylko do niezbędnych wiadomości o nim, bez których nie będę mógł rozpocząć powieści.

Po pierwsze, Dymitr Fiodorowicz był jedynym z trzech synów Fiodora Pawłowicza, który dorastał w przekonaniu, że ma jakiś majątek, i że kiedy osiągnie pełnoletność, stanie się niezależny. Dzieciństwo i młodość minęły mu bez ładu i składu: gimnazjum nie skończył, dostał się potem do jakiejś szkoły wojskowej, trafił na Kaukaz, gdzie dosłużył się awansu, bił się w pojedynku, za co został zdegradowany, znów zdobył awans, wiele hulał i roztrwonił całkiem dużo pieniędzy. Zaczął je dostawać od Fiodora Pawłowicza dopiero jako pełnoletni, a do tego czasu zdążył narobić długów. Swojego ojca, Fiodora Pawłowicza, poznał i zobaczył pierwszy raz już po osiągnięciu pełnoletności, kiedy specjalnie przyjechał w nasze okolice, aby rozmówić się z nim w sprawach majątkowych. Zdaje się, że rodzic nie bardzo mu się wtedy spodobał; zabawił u niego niedługo i szybko wyjechał, gdy tylko otrzymał od niego pewną sumkę i dogadał się w kwestii przyszłych dochodów z majątku, o którego (znaczący fakt) dochodowości i wartości nie zdołał tym razem dowiedzieć się od ojca. Fiodor Pawłowicz zauważył wówczas od razu (i to warto zapamiętać), że wyobrażenie Mitii o własnej sytuacji majątkowej jest przesadne i fałszywe. Był z tego bardzo rad, mając w tej materii własne rachuby. Wywnioskował tylko, że młody człowiek jest lekkomyślny, porywczy, pełen namiętności, niecierpliwiec, birbant, któremu starczy coś niecoś czasem podrzucić, aby go zadowolić. Tak oto zaczęła się eksploatacja syna przez ojca, który opędzał się małymi podarkami i drobnymi przesyłkami. Koniec końców doszło do tego, że kiedy po czterech z górą latach Mitia, straciwszy cierpliwość, pojawił się w naszym miasteczku po raz drugi, żeby ostatecznie załatwić sprawy z ojcem, okazało się nagle, ku jego wielkiemu zdumieniu, że nie ma już w ogóle nic, że niepodobna niczego porachować, że pobrał już w gotówce od Fiodora Pawłowicza całą wartość swojego majątku, a być może sam jest już jego dłużnikiem; że na skutek takich to a takich transakcji, na które sam się niegdyś zgodził, nie ma prawa domagać się niczego więcej i tak dalej, i tak dalej. Młody człowiek był wstrząśnięty, podejrzewał kłamstwo, oszustwo, niemal wychodził z siebie i tracił zmysły. Ta właśnie okoliczność przywiodła do katastrofy i stanowi przedmiot mojej pierwszej, wstępnej powieści albo, ściślej mówiąc, jej zewnętrznej strony. Zanim jednak przejdę do samej powieści, wypada jeszcze opowiedzieć o dwóch pozostałych synach Fiodora Pawłowicza, braciach Mitii, i wyjaśnić, skąd się oni wzięli.

– III –
Drugie małżeństwo i kolejne dzieci

Kiedy Fiodor Pawłowicz pozbył się z domu czteroletniego Mitii, bardzo szybko ożenił się po raz drugi. To drugie małżeństwo trwało osiem lat. Za drugą żonę wziął sobie także bardzo młode dziewczę, Sofię Iwanownę, którą przywiózł z innej guberni, dokąd zajechał za jakimś niejasnym interesem, w kompanii pewnego Żydka. Choć Fiodor Pawłowicz hulał, pił i rozrabiał, nigdy nie przestał zajmować się pomnażaniem swego kapitału i zawsze udatnie przeprowadzał swoje interesiki, co prawda niemal bez wyjątku dość podłymi sposobami. Sofia Iwanowna wywodziła się z „sierotek”, rodzice odumarli ją w dzieciństwie, była córką jakiegoś ciemnego diakona, dorastała w bogatym domu swojej dobrodziejki, nauczycielki i dręczycielki, znanej staruchy generałowej, wdowy po generale Worochowie. Szczegółów nie znam, słyszałem tylko, jakoby pewnego razu tę łagodną, dobrotliwą, potulną uczennicę odcięto ze stryczka, który powiesiła sobie na gwoździu w komórce – tak trudno jej było znosić kaprysy i wieczne wyrzuty tej staruchy, która najwidoczniej zła nie była, lecz stała się nieznośną despotką z próżniactwa. Fiodor Pawłowicz oświadczył się Sofii, przepędzono go jednak po zasięgnięciu o nim języka i wtedy znów, jak w pierwszym małżeństwie, zaproponował sierotce porwanie. Bardzo, naprawdę bardzo możliwe, że za żadną cenę nie wyszłaby za niego, gdyby w swoim czasie dowiedziała się o nim czegoś więcej. Historia działa się jednak w innej guberni; cóż zresztą miała począć szesnastoletnia dziewczynka, lepiej już chyba rzucić się do rzeki, aniżeli zostać u swej dobrodziejki. I tak to biedaczka zamieniła dobrodziejkę na dobrodzieja. Fiodor Pawłowicz nie dostał tym razem ani grosza, ponieważ generałowa się rozsierdziła, niczego nie dała i, co więcej, oboje wyklęła; lecz on tym razem nie liczył na nic, połasił się tylko na niepospolitą urodę niewinnej dziewczyny i, co ważniejsze, na jej niewinność, która uderzyła go, lubieżnego łasucha i wielbiciela – jak dotąd – tylko grubiańskich kobiecych wdzięków. „Te niewinne oczęta jakby mi wtenczas brzytwą duszę ciachnęły” – opowiadał potem, chichocząc plugawo po swojemu. Przy czym w wypadku rozpustnika mogło to być czymś w rodzaju lubieżnego pragnienia. Jako że nie dostał nic w posagu, Fiodor Pawłowicz nie certował się ze swoją małżonką i, usprawiedliwiając się tym, że jest jakoby „winna” wobec niego i że niemal uratował ją „przed stryczkiem”, wykorzystując poza tym jej fenomenalną pokorę i potulność, po prostu rozdeptał buciorami najzwyklejsze zasady małżeńskiej przyzwoitości. Sprowadzał do domu, również w obecności żony, rozpustne kobiety i urządzał orgie. Jako charakterystyczną rzecz odnotuję, że służący Grigorij, ponury, głupi i uparty rezoner, który nienawidził poprzedniej pani, Adelajdy Iwanowny, tym razem wziął stronę nowej baryni, bronił jej i awanturował się o nią z Fiodorem Pawłowiczem w sposób wielce jak na służącego zuchwały, a pewnego razu nawet uciął orgię i siłą przepędził wszystkie przybyłe bezwstydnice. Później nieszczęsna, zahukana od dzieciństwa młoda kobieta popadła w kobiecą chorobę nerwową, spotykaną często wśród prostego ludu, u wiejskich bab nazywanych z tego powodu klikuszami. Prześladowana chorobą ze strasznymi atakami histerii, niekiedy odchodziła od zmysłów. Fiodorowi Pawłowiczowi urodziła jednakże dwóch synów, Iwana i Aleksego, pierwszego w pierwszym roku małżeństwa, drugiego trzy lata później. Kiedy zmarła, Aleksy miał cztery latka i choć to dziwne, wiem, że zapamiętał matkę na całe życie – jak przez sen, rzecz jasna. Po jej śmierci obu chłopcom przydarzyło się niemal jota w jotę to samo co pierwszemu, Mitii: zostali całkowicie zapomniani i porzuceni przez ojca, trafili do tego samego Grigorija i jego stróżówki. W tej izbie odnalazła ich starucha generałowa despotka, dobrodziejka i nauczycielka ich matki. Wciąż jeszcze żyła i przez cały czas, przez długie osiem lat, nie mogła zapomnieć krzywdy, jaka ją spotkała. O życiu swojej „Sofii” miała przez tych osiem lat dokładne informacje z pierwszej ręki i słysząc, jak jest chora i jakie niegodziwości ją spotykają, dwa czy trzy razy oświadczyła głośno w obecności swych rezydentek: „Dobrze jej tak, Bóg pokarał ją za niewdzięczność”.

Dokładnie trzy miesiące po śmierci Sofii Iwanowny generałowa zjawiła się osobiście w naszym mieście i udała się do Fiodora Pawłowicza, a choć w miasteczku spędziła ledwie pół godziny, zdążyła wiele zrobić. Zapadał wieczór. Fiodor Pawłowicz, którego nie widziała przez osiem lat, powitał ją pijaniusieńki. Opowiadają, że natychmiast, jak tylko go zobaczyła, bez jakichkolwiek wyjaśnień, wycięła mu dwa pierwszorzędne, siarczyste policzki i trzy razy wytargała go za kudły, po czym bez słowa ruszyła wprost do stróżówki do dwóch chłopców. Widząc na pierwszy rzut oka, że są niedomyci i w brudnej bieliźnie, zaraz trzasnęła w gębę samego Grigorija i oświadczyła mu, że zabiera obu chłopców do siebie, po czym wyprowadziła ich, jak stali, okryła pledem, posadziła w karecie i wywiozła do swego miasta. Grigorij zniósł zniewagę jak pokorny sługa, nie mruknął żadnego grubiańskiego słowa, ale gdy odprowadzał starą barynię do karety, pokłoniwszy się jej w pas, rzekł surowo: „Bóg odpłaci za sieroty”. „I tak nicpoń z ciebie!” – krzyknęła mu generałowa na odjezdnym. Kiedy Fiodor Pawłowicz przemyślał całe zajście, doszedł do wniosku, że sprawy potoczyły się dobrze, i wyraził potem formalną zgodę na wychowanie dzieci przez generałową, w żadnym też punkcie nigdy jej nie uchybił. A o wyciętych mu policzkach rozpowiadał po całym mieście.

Tak się złożyło, że generałowa wkrótce potem zmarła, lecz zapisała obu malcom w testamencie po tysiąc rubli na głowę „na ich wykształcenie i żeby całe te pieniądze przeznaczone zostały bezpośrednio na nich, z tym jednak, by starczyło ich aż do pełnoletności, albowiem taki datek jest całkowicie wystarczający dla takich dzieci, a jeśli kto chce, niech sam sypnie groszem” i tak dalej, i tak dalej. Testamentu sam wprawdzie nie czytałem, ale słyszałem, że znalazło się w nim coś bardzo dziwnego w tym rodzaju i to ujęte wielce osobliwie. Głównym spadkobiercą staruchy okazał się jednak człowiek uczciwy, gubernialny marszałek szlachty, Jefim Pietrowicz Polenow. Porozumiewał się listownie z Fiodorem Pawłowiczem i w mig się zorientował, że pieniędzy na wykształcenie jego dzieci nie wyciągnie się od niego (choć ten wprost nigdy nie odmówił, lecz zawsze w takich wypadkach mataczył i zwlekał, niekiedy nawet rozpływając się w czułościach), więc sam wziął odpowiedzialność za sieroty i szczególnie polubił młodszego z nich, Aleksego, tak że ten chował się nawet dłuższy czas w jego rodzinie. Proszę czytelnika, żeby dobrze to sobie zapamiętał. I jeśli komuś młodzi ludzie zawdzięczali otrzymane na całe życie wychowanie i wykształcenie, to właśnie Jefimowi Pietrowiczowi, rzadko spotykanemu szlachetnemu i humanitarnemu człowiekowi. Pozostawione przez generałową dwa tysiące dla malców przechował nietknięte, tak że dzięki procentom podwoiły się one do czasu ich pełnoletności, wychowywał ich na swój koszt i, rzecz jasna, znacznie więcej niż po tysiąc rubli wydał na każdego z nich. Szczegółowo nie będę opowiadał o ich dzieciństwie i młodości, wskażę tylko główne okoliczności. O Iwanie powiem jedynie, że wyrastał na posępne, skryte w sobie pacholę, bynajmniej nie bojaźliwe, które mając dziesięć lat zdawało już sobie sprawę, że dorastają obaj w obcej rodzinie i żyją z cudzej łaski, i że mają jakiegoś tam ojca, o którym wstyd nawet mówić, i tak dalej, i tak dalej. Chłopiec ten bardzo szybko, już we wczesnym dzieciństwie (tak przynajmniej powiadali), zaczął przejawiać niezwykłe, zgoła nieprzeciętne zdolności do nauki. Dokładnie nie wiem, lecz tak jakoś wyszło, że z rodziną Jefima Pietrowicza rozstał się już jako trzynastolatek, trafił do jednego z moskiewskich gimnazjów i zamieszkał na pensji u pewnego doświadczonego i bardzo wtenczas znanego pedagoga, przyjaciela z dzieciństwa Jefima Pietrowicza. Sam Iwan opowiadał potem, że wszystko stało się dzięki, by tak rzec, „żarliwości do dobrych uczynków” Jefima Pietrowicza, który wyznawał ideę, iż chłopiec obdarzony genialnymi zdolnościami powinien je rozwijać u genialnego nauczyciela. Kiedy jednak młody człowiek, ukończywszy gimnazjum, wstąpił na uniwersytet, nie żył już ani Jefim Pietrowicz, ani genialny nauczyciel. Ponieważ Jefim Pietrowicz wydał złe dyspozycje i wypłata zapisanych dzieciom przez despotyczną generałową pieniędzy, które zdążyły się już podwoić, przeciągała się z powodu różnych nieuniknionych u nas formalności i zwykłej opieszałości, to młodemu człowiekowi wiodło się dość krucho przez pierwsze dwa lata na uniwersytecie, do tego stopnia, że zmuszony był przez cały ten czas utrzymywać się samemu, zarabiać na siebie i jednocześnie studiować. Warto zauważyć, że nie podjął wtedy nawet próby skontaktowania się z ojcem – być może z dumy, z pogardy do niego, a może wskutek chłodnej, rozsądnej kalkulacji, która podpowiedziała mu, że nie może liczyć na jakiekolwiek poważne wsparcie ojczulka. Jakkolwiek tam było, młody człowiek nie zatracił się i wystarał się o pracę, najpierw udzielając lekcji po dwadzieścia kopiejek, potem biegając po redakcjach gazet i pisując artykuliki na dziesięć wierszy o miejskich wypadkach, które podpisywał jako „Naoczny Świadek”. Artykuliki te były, jak mówią, zawsze tak ciekawie i pikantnie zmajstrowane, że szybko zyskały rozgłos, i już choćby tym młody człowiek wykazał swoją praktyczną i intelektualną przewagę nad niezliczoną, wiecznie biedującą i nieszczęsną gromadą naszej uczącej się młodzieży obojga płci, która w stolicach od rana do wieczora wyciera z przyzwyczajenia progi różnych gazet i pism, nie potrafiąc wymyślić nic lepszego prócz stale powtarzanej jednej i tej samej prośby o przekład z francuskiego lub przepisywanie. Nawiązawszy znajomości w redakcjach, Iwan Fiodorowicz utrzymywał te kontakty i w swoich ostatnich latach na uniwersytecie zaczął publikować wielce ciekawe recenzje książek z różnych specjalistycznych dziedzin, które przyniosły mu pewien mir w kręgach literackich. Dopiero jednak w ostatnim okresie przypadkiem udało mu się zwrócić nagle na siebie szczególną uwagę znacznie szerszego kręgu czytelników, tak że dość wielu ludzi zauważyło go wówczas i zapamiętało. To był niezwykle ciekawy przypadek. Już po ukończeniu uniwersytetu, przygotowując się do wyjazdu za granicę za swoje dwa tysiące, Iwan Fiodorowicz wydrukował raptem w jednej z większych gazet pewien dziwny artykuł, który zainteresował zresztą nie tylko specjalistów, a co najważniejsze, na temat całkowicie mu, jak się zdawało, obcy, jako że ukończył on wydział przyrodniczy. Artykuł poświęcony był szeroko wówczas dyskutowanej kwestii sądu cerkiewnego. Roztrząsając niektóre znane opinie w tej kwestii, wypowiedział również swój własny pogląd. To, co istotne, kryło się w tonacji i zaskakującej konkluzji. Wielu stronników Cerkwi zdecydowanie uznało jednak autora za swojego. A wraz z nimi nie tylko ludzie świeccy, ale i sami ateiści powitali go ze swej strony oklaskami. W rezultacie niektórzy dociekliwi czytelnicy uznali, że cały artykuł jest tylko bezczelną farsą i drwiną. Wspominam ten przypadek zwłaszcza dlatego, że artykuł dotarł w swoim czasie również do naszego słynnego podmiejskiego monasteru, gdzie interesowano się wielce problemem sądu cerkiewnego – dotarł i wywołał niemałe zakłopotanie. Kiedy poznano nazwisko autora, zainteresowano się także tym, że pochodzi z naszego miasta i jest synem „tegoż samego Fiodora Pawłowicza”. I oto nagle w tym właśnie momencie zjawił się u nas sam autor.

Po co przyjechał wtedy do nas Iwan Fiodorowicz – przypominam sobie, że także wtenczas zadawałem sobie to pytanie z niejakim niepokojem. Długo jeszcze, właściwie na zawsze pozostało dla mnie sprawą niejasną, jak dalece feralny okazał się ten przyjazd, brzemienny tylu następstwami. Mówiąc ogólnie, było rzeczą dziwną, że tak wykształcony, tak dumny i przezorny na pozór młody człowiek zjawia się nagle w tak ohydnym domu, u takiego ojca, który ignorował go przez całe życie, nie znał go i nie pamiętał, i za nic w świecie w żadnym razie nie dałby mu pieniędzy, gdyby syn o nie poprosił, a zarazem przez całe życie bał się, że synowie, Iwan i Aleksy, zjawią się kiedyś i o pieniądze poproszą. I oto młody człowiek zamieszkuje w domu takiego ojca, żyje z nim miesiąc, dwa i obaj zżywają się ze sobą jak się patrzy. To ostatnie zdziwiło nie tylko mnie, ale i wielu innych. Piotr Aleksandrowicz Miusow, o którym już mówiłem, daleki krewniak Fiodora Pawłowicza po jego pierwszej żonie, także zawitał wtedy do nas, do swojej podmiejskiej majętności, przyjechawszy z Paryża, gdzie mieszkał już na stałe. Przypominam sobie, że to właśnie on dziwił się najbardziej, gdy poznał się z niezwykle intrygującym go młodzieńcem, z którym nie bez pewnej skrywanej przykrości przekomarzał się niekiedy w kwestiach naukowych. „Dumny jest – powiadał nam wtedy o nim – zawsze zdobędzie sobie kopiejkę, nawet teraz ma pieniądze na wyjazd za granicę – cóż tu po nim? Wszyscy pojmują, że nie przyjechał do ojca po pieniądze, ponieważ wie, że ojciec w żadnym razie ich nie da. Pić wina i oddawać się rozpuście nie lubi, a przecież stary obejść się bez niego nie może, tak się ze sobą zżyli!” Tak było naprawdę; młody człowiek wywierał oczywisty wpływ na starego; ten zaczął go niekiedy niemal słuchać, chociaż był zarazem wtedy niezwykle, a nawet złośliwie niesforny; zaczął się nawet prowadzić jakby przystojniej…

Dopiero później wydało się, że Iwan Fiodorowicz przyjechał po części na prośbę i w sprawach swojego starszego brata, Dymitra Fiodorowicza, którego poznał i zobaczył pierwszy raz także w tym samym czasie, podczas tego samego przyjazdu, ale z którym z pewnego ważnego powodu, dotyczącego bardziej Dymitra Fiodorowicza, korespondował jeszcze przed wyjazdem z Moskwy. Jaka to była sprawa – czytelnik dowie się w szczegółach w swoim czasie. Niemniej jednak nawet wówczas, kiedy znałem już tę szczególną okoliczność, Iwan Fiodorowicz wydawał mi się zagadkowym typem, podobnie jak zagadkowy był dla mnie jego przyjazd.

Dodam jeszcze, że Iwan Fiodorowicz odgrywał wówczas rolę pośrednika i rozjemcy między ojcem i swoim starszym bratem, Dymitrem Fiodorowiczem, który wszczął wtedy wielką awanturę, a nawet wystąpił przeciwko ojcu z formalnym powództwem.

Owa rodzinka, powtórzę, zebrała się wówczas wspólnie pierwszy raz, a niektórzy jej członkowie pierwszy raz w życiu zobaczyli się nawzajem. Tylko młodszy syn, Aleksy Fiodorowicz, mieszkał u nas od roku i w ten sposób znalazł się tu wcześniej od braci. Jednak właśnie o Aleksym przychodzi mi mówić z największym trudem w tym wstępnym opowiadaniu, zanim wprowadzę go na scenę powieści. Lecz i o nim wypada wspomnieć w przedmowie, przynajmniej po to, by zawczasu wyjaśnić pewien bardzo dziwny punkt, mianowicie: mojego przyszłego bohatera powinienem przedstawić czytelnikowi od pierwszej sceny powieści w riasie nowicjusza. Minął już niemal rok, od kiedy przebywał w naszym monasterze i, zdawało się, zamierzał zamknąć się w nim na całe życie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij