-
nowość
-
promocja
Cesarz radości - ebook
Cesarz radości - ebook
Ocean Vuong powraca z przejmująco piękną powieścią o rodzinie z wyboru, nieoczekiwanej przyjaźni i historiach, które opowiadamy sobie, aby przetrwać.
Pewnego letniego wieczoru w miasteczku East Gladness w stanie Connecticut dziewiętnastoletni Hai stoi na moście, gotowy do skoku, gdy słyszy krzyk dochodzący z drugiej strony rzeki. Głos należy do Graziny, starszej wdowy cierpiącej na demencję. W ciągu roku ta niecodzienna para nawiązuje więź, która zmienia ich życie.
Cesarz radości pokazuje, jak głęboko nasze życie zmieniają najbardziej nieoczekiwane osoby. Kiedy Hai podejmuje pracę w restauracji, aby utrzymać siebie i Grazinę, jego współpracownicy stają się rodziną, której nie spodziewał się znaleźć. Zjednoczeni desperacją i okolicznościami, żyjąc na marginesie społeczeństwa, wspólnie są świadkami wzajemnego przetrwania.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-137-9 |
| Rozmiar pliku: | 4,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Najtrudniejszą rzeczą na świecie jest żyć tylko raz.
Ale jest tu pięknie, nawet duchy się z tym zgadzają. Rankami, gdy światło spłukuje z tego miejsca odcień owsianki, unoszą się jak mgła nad żytem po drugiej stronie torów i zataczają się w kierunku czarnych sosen, gdzie szukają swoich imion, imion, których nie ma już na ustach żadnej żywej istoty. Nasze miasto powstało na skrawku ziemi, nad rzeką w Nowej Anglii. Kiedy prehistoryczne lodowce zanikły, dolina zmieniła się w jezioro wielkości świata, a kiedy jezioro wyschło, pozostawiło srebrzystą strużkę wzdłuż dorzecza zwaną Connecticut: po algonkińsku „długa pływowa rzeka”. Tutejsze namuły są żyzne, a każda ich cząsteczka zachęca do życia. Gdy się zbliżysz, otoczą cię szerokie zagony lśniących kiełków wielkości kciuka, wybijających przez kwietniowe błoto. W ciągu kilku miesięcy te pędy zmienią się w gęste rzędy tytoniu szlachetnego i kukurydzy odmiany Silver Queen. Za cmentarzem, gdzie kamienie z biegiem lat utraciły wykute imiona, znajduje się kryty most przerzucony nad wyschniętym potokiem, którego pamięć o wodzie nie sięga tego stulecia. Przejdź przez niego, a znajdziesz nas. Skręć w prawo do Słodkiej Budy u Conwaya, wypatroszonej i zamkniętej, bez okien, z drewnianym szyldem z napisem słodzimy wybitnie, gdy tylko krokus zakwitnie, pokiereszowanym przez wiatr, tak że wyglądał na pisany brajlem. Wiosną w całym hrabstwie na każdym skrawku zieleni niezagospodarowanym przez farmy lub centra handlowe pienią się kwiaty wiśni. Pojawiły się u nas po wiekach gówna zrzucanego na to miejsce przez gęsi za każdym razem, gdy lato wzywa ich pneumatyczne kości na północ.
Nasze trawniki są porośnięte ambrozją i perzem, a na jednym z nich każdej wiosny pyszni się rząd czerwonych i różowych tulipanów, ich główki łapie w potrzask druciana siatka płotu, o który się opierają. Na pobliskim ganku walają się plastikowe zabawki, wózek, trójkołowe rowerki, wóz strażacki, których pierwotne kolory zblakły do wielkanocnych beży. Za skrzynkę na listy robi ustawiona na spróchniałym kredensie skrzynka na mleko z przybitą w poprzek klapką ze starej opony, z napisem _Ramirez 47_ wymalowanym korektorem na gumie. Obok znajduje się blaszany karmnik dla ptaków w kształcie głowy Billa Clintona. Nasiona sypią się z jego roześmianych ust i szumią jak oklaski za każdym razem, gdy zrywa się wiatr od wagonów kolejowych, przewalających się przez to miejsce w nocy o niewiadomych godzinach. Chociaż pociąg nigdy nie staje w naszym mieście, jego gwizd słychać w każdym salonie w promieniu pięciu kilometrów. Nic się tu nie zatrzymuje, jeśli nie liczyć nas. Hartford, stolica zbudowana na firmach ubezpieczeniowych, broni palnej i sprzęcie medycznym, biurokratyzacji śmierci i katastrof, znajduje się zaledwie dwanaście minut jazdy samochodem autostradą międzystanową, a wszyscy pędzą obok nas albo w drodze dokądś, albo żeby się stąd wynieść. Jesteśmy rozmytą plamą w oknach waszych pociągów i minivanów, waszych Greyhoundów, nasze twarze, zmaltretowane przez wiatr i prędkość, są jak rozbitkowie z obrazów Muncha. Jedyne, co nas łączy z miastem, to karetki pogotowia, bo jesteśmy na tyle niedaleko Hartford, że przyjeżdżają do nas, gdy jesteśmy bliscy śmierci, lub odwożą na metalowych wózkach, kiedy nie mamy najbliższych krewnych. Żyjemy na obrzeżach, ale umieramy w sercu stanu. Płacimy podatki od każdego czeku, by tkwić na podmywanym brzegu rzeki, która staje się kostnicą naszych marzeń.
Na podrzędnych drogach dziury są tak szerokie i głębokie, że kilka dni po letniej ulewie nornice swobodnie pływają w przejrzystozielonych basenach. Z ciemności nieoświetlonego ganku czyjś śmiech przecina powietrze tak szybko, że można go pomylić z gwałtownym westchnięciem. Ta beżowa rudera otoczona nawłocią to Klub ii wś, bar z trzema stołkami i oklejonym drewnianymi panelami automatem sprzedającym jedynie Marlboro i miodowe bułeczki. Naprzeciwko znajdują się ceglane domy szeregowe. Zbudowano je dla mężczyzn pracujących w papierni przy Jennings Road, ale teraz mieszkają w nich weterani, którzy wrócili z każdego pola bitwy, jakie można sobie wyobrazić, i siedzą na plastikowych krzesełkach, wpatrują się w górski grzbiet, a potem wracają do zadymionych pokoi, w których minitelewizory wielkości ludzkich torsów szemrzą im do snu.
Spójrz, jak brzozy, na noc sczerniałe od szpaków, otrzepują się, gdy pierwsze iskry świtu dotykają ptasich dziobów. Jak ostatnie świerszcze śpiewają przez mgłę rozwłóczoną nad pastwiskami pachnącymi dopiero co rozrzuconym obornikiem. W sierpniu tory kolejowe emanują takim gorącem, że stopiłaby ci się guma na podeszwach, gdyby chodzić po nich dłużej niż minutę. Pomimo tego upału wszystko zielenieje jakby w odwecie za jałową, kauteryzującą zimę, mech między drewnianymi podkładami kolejowymi staje się tak bujny, że pod pewnym kątem w gęstym zielonym świetle wygląda jak glony, jakby w ciągu jednej nocy powróciła powódź glacjalna i sprawiła, że robimy się tacy, jacy stajemy się od zawsze: biblijni.
Podążaj za śladami, aż rozwidlą się i złączą z wydeptaną w chwastach ścieżką prowadzącą do złomowiska pełnego szkolnych autobusów w różnych stadiach amnezji. Niektóre są tak stare, że straciły całą żółć i osiadły jak szare wraki statków. Obrośnięte bluszczem, z wgniecionymi maskami i wysypane chrupiącymi liśćmi, relikty naszej kiepskiej nauki. Kiedy mijasz to podwórko – jak ci, którzy wracali do domu z nocnej zmiany w fabryce skarpet Myers lub po prostu snuli się w niedzielne popołudnia sam na sam z myślami – idziesz przez pokolenia pragnień podróżowania wypalonych między siedzeniami ze sztucznej skóry. Na skraju działki leży tydzień wcześniej potrącone zwierzę, oczodół wypełniony jest ciepłą Coca-Colą, czyn dziewczynki, która w drodze ze szkoły z nudów wlała napój w tę skończoną ciemność pozbawionych wzroku wizji.
Jeśli zmierzasz do Gladness i nie trafisz, znajdziesz nas. My jesteśmy bowiem East Gladness. Samo Gladness przestało istnieć, przemianowane na Millsap prawie sto lat temu na cześć Tony’ego Millsapa, chłopca, który z wielkiej wojny wrócił bez kończyn i został bohaterem – dowód na to, że w tym kraju można stracić prawie całego siebie, a mimo to zyskać miasto. Garstka z nas chciała stać się East Millsap, by nasiąknąć jego blaskiem i zapełnić sklepy, ale reszta była zbyt dumna, by nazwać się po dzieciaku, którego wózek inwalidzki nigdy nie śmigał po naszych chodnikach.
Trwająca siedem miesięcy zima zaczyna się pod koniec września, kiedy szron zabłyszczy na trawniku sądu i na maskach samochodów ustawionych wzdłuż drogi. Gdy kołyszą się klony, topole i sasafrasy, a ich przemijające liście filtrują bursztynowe światło. Do południa nawet wieża zabitego deskami kościoła luterańskiego zmienia kolor z gołębiobiałego na maślany.
Choć sceptyczni, nie jesteśmy ambiwalentni wobec nadziei. Pod tym wszystkim na naszej głównej ulicy lśnią dwa irlandzkie bary, restauracja, kwiaciarnia, salon kosmetyczny. Najpierw Bóg, chińska knajpa Panda Gate, dziura w ścianie z taco bez nazwy, dom pogrzebowy pomalowany na niebiesko, aby zniwelować w ten sposób spustoszenia leżące u podstaw instytucji, pralnia, której tylne wejście prowadzi do piwnicy mieszczącej trzy kabiny porno na monety. Dwa budynki dalej znajduje się Legion Amerykański, gdzie w każdy piątek sprzedają owinięte w folię kromki chleba dyniowego i czarną kawę pod rozwiewaną przez wiatr plandeką. Za ymca stoi biuro prawne migrujących robotników, które w zeszłym roku w końcu jedno ze skrzydeł przekształciło w punkt wymiany igieł. Mamy też ogromny wiktoriański dom na rogu Lilac i Main. To dom naszego pierwszego burmistrza, obecnie schronienie dla osób wychodzących z uzależnienia, wzdłuż chodnika wkopano rząd poliestrowych róż, które po zamieciach śnieżnych na niebiesko i fioletowo sterczą z zasp.
Na rogu stoi dwupiętrowy dom w stylu cape cod pomalowany tak wysoko, jak sięgał najstarszy syn, który zimą rzucił pracę i wstąpił do Marines, budynek więc przez ostatnie siedem lat pozostał w połowie oliwkowozielony. Pod koniec lipca przy drodze pojawia się czarna minilodówka z przedłużaczem biegnącym od domu. W środku rzędy borówek w zielonych papierowych kubeczkach, a obok puszka po kawie z karteczką _Borówki $5 Zapłać, ile możesz_.
To miasto, w którym licealiści, nie mając dokąd pójść w piątkowe wieczory, zatrzymują półciężarówki swoich ojczymów na nieoświetlonych obrzeżach parkingu Walmartu, piją Smirnoffa z butelek Poland Spring i słuchają Weezera i Lila Wayne’a, aż pewnej nocy spoglądają w dół i widzą dziecko w ramionach, i zdają sobie sprawę, że mają trzydzieści kilka lat, a Walmart w ogóle się nie zmienił, z wyjątkiem logo, teraz jaśniejszego, które nadaje niebieskawą poświatę ich opalonym twarzom. To tutaj ojcowie w niebieskich dżinsach poplamionych bejcą stoją na skraju boisk piłkarskich i z jedną ręką w kieszeni, a drugą trzymając kubek z Dunkin’ Donuts, obserwują swoich synów parujących w blasku czerwonego świtu. Mogliby być posągami tego, co to znaczy czekać, aż chłopiec przekuje się w męskość. Każdego ranka siadałeś na pokrytych szronem trybunach, na kolanach miałeś zużyty egzemplarz _Do latarni morskiej_ i obserwowałeś graczy na boisku, niebieskie tomahawki drżące na koszulkach, plastikowe ochraniacze trzeszczące we mgle. A kiedy przewracałeś stronę, ta wyślizgiwała się, leciała przez boisko, rozmazywała tusz na mokrej trawie, aż w końcu zaplątywała się w nogi chłopców i rozpadała pod parami czarnych korków. Słowa wsiąkały w ziemię. Takie to miasto.
Wbrew wszelkim przeciwnościom mamy tu bibliotekę. Niegdyś była to zbrojownia, w której schroniła się grupa zbiegłych niewolników w drodze do Nowej Szkocji, co stało się przyczyną wzniesienia brązowego posągu Sojourner Truth przy fontannie, od trzech lat pozbawionej wody. Naprzeciwko posągu stoi wysoki na metr czterdzieści czerwony T-Rex z Lego, którego klocki sklejono ze sobą. Jest wzrostu chłopca o imieniu Adam Munsey. Kilka metrów dalej chłopiec ten został potrącony przez autobus szkolny, na który czekał, kierowca był nawalony jak szpadel Southern Comfortem, bo przez całą noc oglądał Patriotów wygrywających Super Bowl 2002. Dalej, gdzie ulica rozszerza się i zmienia w międzystanową numer cztery, a chodnik w pył, i gdzie czerwone plamy maku i niebieskich astrów ścielą się nad zielenią po prawej stronie, znajdziesz fabrykę Colta, której założyciel, Samuel Colt, stał się jednym z najbogatszych ludzi w Ameryce, bo sprzedawał rewolwery obu stronom podczas wojny secesyjnej. Obecnie to fabryka Coca-Coli i gdy słońce chowa się za górami na zachodzie, wypolerowane czerwone ciężarówki ustawiają się wzdłuż starych ceglanych ramp załadunkowych.
Jest też Cumberland Road, która prowadzi do Zakładu Karnego dla Kobiet w Yorku, wyłożona o tej porze roku dyniami, które znakują ponure pola pasmami ochry – nagrodą dla zajęcy i wygłodniałych oposów gromadzących zapasy na zimę. Do rzeki tulą się płyty piaskowca z odciskami łap podokezaurów sprzed ponad 195 milionów lat, ciągnące się aż do parkingu Wendy’s. Dalej są inne franczyzy: Burger King, AutoZone, Mattress Firm, Family Dollar, Dollar General. Dalej motel Nite-E-Nite z pięciorgiem srakowatej barwy drzwi, a naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, klub nocny Kahoots, który obiecuje NOWE DZIEWCZYNY CO SIEDEM MIESIĘCY! Dalej znajdują się ręcznie malowane znaki: NATYCHMIASTOWA KAUCJA U BRYONA, DREWNO OPAŁOWE $25 TANIEJ ZA PIERWSZY KUBIK, ŻADNEGO SZCZELINOWANIA W IMIĘ JEZUSA, wyblakły MARTHA BEAN NA MIEJSKĄ REWIDENTKĘ PODATKOWĄ 2006. I jeden napisany eleganckim fontem, który brzmi jak proroctwo: BROŃ JUŻ ZARAZ.
Co tak naprawdę wiesz o tym, co wiesz o Nowej Anglii?
Za betonową płytą, na której niegdyś stało Citgo, w gaj mleczy ostrożnie, jakby był ostatnim ze swojego gatunku, wkracza jeleń, po czym wskakuje w zarośla, gdzie potok łączy się z rzeką przepływającą pod Mostem Króla Filipa. Cementowy przyczółek mostu, nazwanego tak na cześć wodza Wampanoagów, który wzniecił tu powstanie, żeby odbić swoją ziemię z rąk purytanów, zdobią kolorowe graffiti z napisami _SpyKids 2_, _Guerra a los ricos_, _Uwolnić Mumię Abu-Jamala!!!_, _Laura & Jonny ‘92_, _niños malos_ oraz _9/11 to rządowy spisek_.
Jest to również ostatnia droga wyjazdowa z miasta.
To właśnie ten most przekroczył chłopiec pewnego popołudnia 15 września 2009 roku. Gdy szedł skulony w sercu doliny, a ziemia uciekała od niego ku kamienistym chmurom wtapiającym się w horyzont, deszcz siekł w jego zawieszoną na ramionach za dużą kurtkę UPS. Miał dziewiętnaście lat, znalazł się w mrocznej nocy swojego dzieciństwa, i całe życie od pierwszego światła. Nie zostało mu wybaczone, podobnie jak tobie. Niebo zrobiło się dobroczynnie szare, gdy popołudnie przeszło w wieczór, a chłód zamienił jego oddech w mgłę. Pod butami tory świszczały od ciągłych smagnięć wiatru uderzającego w stalowe dźwigary. Tak, jest tu pięknie, dlatego duchy nigdy stąd nie odchodzą. Musisz to wiedzieć, gdy miasto zamazywało się za jego plecami. Musisz to zrozumieć, gdy czarna toń kipiała jak chemicznie zmiękczony granit, gdy światła włączały się jedno po drugim wzdłuż kobaltowych brzegów, że chłopiec należał do cenionej części tego świata, gdy spojrzał przez ramię i zobaczył linie telefoniczne uginające się od wron pogodzonych ze zmierzchem i czerwoną wieżę ciśnień w oddali, anonsującą nas – EAST GLADNESS – wyblakłą białą farbą, po czym odwrócił się od tego miejsca, przerzucił jedną nogę przez barierkę i postanowił, jak dobry syn, skoczyć.