Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Ciemne sekrety - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 maja 2021
Produkt chwilowo niedostępny

Ciemne sekrety - ebook

Dojrzały debiut Michaela Hjortha i Hansa Rosenfeldta, to znakomity, wielowątkowy i inteligentny kryminał, od którego trudno się oderwać!

Zaniepokojona matka zgłasza zaginięcie szesnastoletniego Rogera. Policja z Västeras z lekkim opóźnieniem podejmuje poszukiwania. Wkrótce w podmokłym lesie dochodzi do makabrycznego odkrycia. Staje się jasne, że wydarzyła się tragedia...

Sprawa jest na tyle poważna, że do akcji wkraczają śledczy z Krajowej Policji Kryminalnej oraz psycholog Sebastian Bergman. Wszystkie tropy prowadzą do szkoły zaginionego Rogera. To elitarne liceum zdaje się skrywać wiele ciemnych sekretów.

Ciemne sekrety to pierwsza część cyklu powieści kryminalnych z Sebastianem Bergmanem policyjnym psychologiem i ekspertem od seryjnych morderstw. Ta powieść wciąga i trzyma w napięciu i chce się tylko czytać dalej!

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8252-025-5
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Nie był mor­dercą.

Powta­rzał to sobie, wlo­kąc mar­twe ciało chłopca w dół zbo­cza: Nie jestem mor­dercą.

Mor­dercy to kry­mi­na­li­ści. Mor­dercy to źli ludzie. Mrok wchło­nął ich dusze, a oni wyszli naprze­ciw tej ciem­no­ści, odwró­ciw­szy się ple­cami do świa­tła. On zaś nie był zły.

Prze­ciw­nie.

Czyż ostat­nio nie poka­zał, że jest wprost odwrot­nie? Czyż pra­wie cał­ko­wi­cie nie zepchnął na bok swo­ich uczuć, swo­jej woli, nie­mal zada­jąc sobie gwałt, dla dobra innych? Nasta­wiał drugi poli­czek, to wła­śnie robił. Czyż jego obec­ność tutaj, w tej pod­mo­kłej niecce w samym środku głu­szy, z tym mar­twym chłop­cem, nie była kolej­nym dowo­dem na to, że zawsze chciał czy­nić dobrze? Musiał czy­nić dobrze. Już ni­gdy wię­cej nie chciał nikogo zawieść.

Zatrzy­mał się i wypu­ścił powie­trze. Mimo mło­dego wieku chło­pak był ciężki. Wyspor­to­wany. Wiele godzin na siłowni. Ale już było bli­sko. Moc­niej zła­pał za nogawki spodni, które kie­dyś były białe, lecz w mroku wyda­wały się czarne. Chło­piec bar­dzo krwa­wił.

To prawda, zabi­ja­nie było złe. Piąte przy­ka­za­nie. Nie zabi­jaj. Ist­niały jed­nak wyjątki. Biblia w kilku miej­scach nawo­ły­wała do zabi­ja­nia w imię spra­wie­dli­wo­ści. Nie­któ­rzy na to zasłu­gi­wali. Zło mogło być dobre. Nie ma nic abso­lut­nego.

Zwłasz­cza jeśli zamiar nie był ego­istyczny. Jeśli pozba­wie­nie życia jed­nego czło­wieka mogło ura­to­wać innych. Dać im szansę. Dać im życie. Wtedy taki czyn nie mógł być na pewno zły. Jeśli cel był dobry.

Męż­czy­zna zatrzy­mał się przy bajorku z ciemną wodą. Zwy­kle był to sta­wek głę­boki na kilka metrów, ale pada­jące przez ostat­nie dni desz­cze nasą­czyły zie­mię i teraz w zaro­śnię­tym krza­kami zagłę­bie­niu woda two­rzyła jeziorko.

Nachy­lił się i schwy­cił chłopca za koszulkę na ramio­nach. Z dużym wysił­kiem zdo­łał usta­wić go w pozy­cji na wpół sto­ją­cej. Przez moment spo­glą­dał w jego oczy. Jaka była ostat­nia myśl chłopca? Czy zdą­żył w ogóle coś pomy­śleć? Czy rozu­miał, że zaraz umrze? Dzi­wił się dla­czego? Pomy­ślał o rze­czach, któ­rych nie zdą­żył zro­bić w swoim krót­kim życiu, czy raczej o tym, co zro­bił?

To nie miało zna­cze­nia.

Dla­czego tak się drę­czył, bar­dziej, niż to było konieczne?

Nie miał wyboru.

Nie mógł zawieść.

Już ni­gdy wię­cej.

A mimo to zawa­hał się. Cho­ciaż nie, prze­cież oni ni­gdy by nie zro­zu­mieli. Nie wyba­czyli. Nie nasta­wi­liby, tak jak on, dru­giego policzka.

Popchnął chłopca do tyłu, ciało wpa­dło do wody z gło­śnym plu­skiem. Męż­czy­zna pod­sko­czył, nie­przy­go­to­wany na ten dźwięk w mrocz­nej ciszy.

Ciało chłopca zanu­rzyło się w wodzie i znik­nęło.

Męż­czy­zna, który nie był mor­dercą, ruszył z powro­tem do samo­chodu zapar­ko­wa­nego na leśnej dróżce i zawró­cił do domu.Poli­cja Västerås, Klara Lid­man.

– Chcia­łam zgło­sić zagi­nię­cie mojego syna.

Kobieta mówiła nie­mal prze­pra­sza­ją­cym tonem, jakby nie była pewna, czy dobrze się połą­czyła, albo nie spo­dzie­wała się, że ktoś jej uwie­rzy. Klara Lid­man się­gnęła po notat­nik, choć roz­mowa i tak była nagry­wana.

– Mogę pro­sić pani nazwi­sko?

– Lena. Lena Eriks­son. Mój syn ma na imię Roger. Roger Eriks­son.

– Ile lat ma pani syn?

– Szes­na­ście. Nie widzia­łam go od wczo­raj po połu­dniu.

Klara zapi­sała wiek i uświa­do­miła sobie, że powinna zaraz prze­słać tę sprawę dalej, żeby natych­miast pod­jęto odpo­wied­nie kroki. Jeśli chło­pak naprawdę zagi­nął.

– Kiedy dokład­nie to było?

– Wypadł z domu koło pią­tej.

Dwa­dzie­ścia dwie godziny temu. Dwa­dzie­ścia dwie ważne godziny.

– Wie pani, dokąd poszedł?

– Tak, do Lisy.

– Kim jest Lisa?

– To jego dziew­czyna. Dzwo­ni­łam do niej dzi­siaj, ale wyszedł od niej wczo­raj około dzie­sią­tej wie­czo­rem, jak mówiła.

Klara prze­kre­śliła dwie dwójki na papie­rze i zastą­piła je liczbą sie­dem­na­ście.

– Dokąd poszedł?

– Tego nie wie­działa. Myślała, że do domu. Ale w domu się nie poja­wił. Przez całą noc. A teraz już pra­wie minął dzień.

I pani dzwoni dopiero teraz, pomy­ślała Klara. Kobieta nie spra­wiała wra­że­nia szcze­gól­nie prze­ję­tej, ude­rzyło ją nagle. Była raczej wyci­szona. Zre­zy­gno­wana.

– Lisa, a jak się nazywa dalej?

– Hans­son.

Klara zapi­sała nazwi­sko.

– Czy Roger ma komórkę? Pró­bo­wała pani do niego dzwo­nić?

– Tak, ale nikt nie odbiera.

– I nie ma pani poję­cia, gdzie się może podzie­wać? Czy nie nocuje u kole­gów albo coś podob­nego?

– Nie, wtedy by zadzwo­nił.

Kobieta urwała na chwilę. Klara pomy­ślała, że głos odma­wia jej posłu­szeń­stwa, ale zaraz usły­szała, że jej roz­mów­czyni zaciąga się wolno papie­ro­sem i wydmu­chuje dym.

– Po pro­stu go nie ma.Sen powra­cał każ­dej nocy.

Nie dawał mu spo­koju.

Zawsze ten sam sen, który niósł ten sam nie­po­kój. To go iry­to­wało. Dopro­wa­dzało do szału. Prze­cież Seba­stian Berg­man nie był byle kim. Kto, jak nie on, mógł wie­dzieć, co zna­czą sny? Kto lepiej od niego powi­nien być ponad te gorącz­kowe wspo­mnie­nia z prze­szło­ści? Ale choćby był naj­le­piej przy­go­to­wany, świa­dom wła­ści­wego zna­cze­nia snu, nie był w sta­nie mu nie ulec. 4.43.

Zaczęło jaśnieć. Seba­stian poczuł suchość w ustach. Czyżby krzy­czał? Przy­pusz­czal­nie nie, przy­naj­mniej śpiąca obok kobieta się nie obu­dziła. Oddy­chała spo­koj­nie, widział dłu­gie włosy na wpół zakry­wa­jące jej nagą pierś. Wypro­sto­wał zaci­śnięte kur­czowo palce, nie poświę­ca­jąc temu nawet jed­nej myśli. Był przy­zwy­cza­jony, że budzi się ze snu z prawą dło­nią zaci­śniętą w pięść. Zamiast tego pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć imię osoby leżą­cej u jego boku.

Kata­rina? Karin?

Na pewno mówiła mu wczo­raj wie­czo­rem.

Kri­stina? Karo­lin?

Nie żeby to miało jakieś zna­cze­nie, nie zamie­rzał spo­ty­kać się z nią wię­cej, ale szpe­ra­nie w pamięci poma­gało prze­pę­dzić ostat­nie mgli­ste strzępy snu, które cze­piały się jesz­cze wszyst­kich jego zmy­słów.

Ten sen prze­śla­do­wał go już ponad pięć lat. Ten sam sen, te same obrazy każ­dej nocy. Cała jego pod­świa­do­mość w napię­ciu, prze­pra­co­wu­jąca to, z czym nie pora­dził sobie w dzień:

Ure­gu­lo­wać dług.

Seba­stian powoli wstał, stłu­mił ziew­nię­cie i zdjął ubra­nie z krze­sła, na któ­rym uło­żył je kilka godzin wcze­śniej. Ubie­ra­jąc się, oglą­dał obo­jęt­nie pokój, w któ­rym spę­dził noc. Łóżko, dwie szafy wbu­do­wane w ścianę, jedna z lustrza­nymi drzwiami, pro­sty biały sto­lik nocny z IKEA, na nim budzik i pismo „Zdro­wym być”, mały sto­lik ze zdję­ciem miesz­ka­ją­cego tu co tydzień dziecka i tro­chę dro­bia­zgów przy krze­śle, na któ­rym poło­żył wczo­raj ubra­nie. Pozba­wione wyrazu repro­duk­cje dzieł sztuki wisiały na ścia­nach, o któ­rych jakiś zręczny agent mógłby powie­dzieć, że są w kolo­rze kawy z mle­kiem, pod­czas gdy były tylko brud­no­be­żowe. Pokój był taki sam jak sto­su­nek sek­su­alny, który Seba­stian w nim odbył: bez fan­ta­zji, tro­chę nudny, ale speł­niał swoją funk­cję. Tak było za każ­dym razem. Nie­stety, satys­fak­cja nie utrzy­my­wała się zbyt długo.

Seba­stian zamknął oczy. To była zawsze naj­bar­dziej bole­sna chwila. Powrót do rze­czy­wi­sto­ści. Emo­cjo­nalny zakręt o sto osiem­dzie­siąt stopni. Znał to bar­dzo dobrze. Skon­cen­tro­wał się na kobie­cie w łóżku, zwłasz­cza na jej odsło­nię­tej bro­dawce.

Jak też ona miała na imię?

Wie­dział, że się przed­sta­wił, kiedy pod­szedł z drin­kami – zawsze tak robił. Ni­gdy nie pytał, czy to miej­sce obok jest wolne, czego się napije albo czy może jej coś posta­wić. Zawsze sta­wiał przed kobietą szklankę.

– A tak w ogóle to jestem Seba­stian.

A co ona odpo­wie­działa? Coś na K, był pra­wie pewien.

Zapiął pasek u spodni. Sprzączka brzęk­nęła meta­licz­nie.

– Idziesz już? – Jej głos był zachryp­nięty od snu, oczy szu­kały zegarka.

– Tak.

– Myśla­łam, że zjemy razem śnia­da­nie. Która jest godzina?

– Zaraz będzie piąta.

Kobieta unio­sła się i oparła na łok­ciu. Ile miała lat? Nie­całe czter­dzie­ści? Odgar­nęła z twa­rzy pasmo wło­sów. Sen się odda­lał, zamiast niego poja­wiała się świa­do­mość, że ranek, jaki sobie wyobra­ziła, ni­gdy nie sta­nie się rze­czy­wi­sto­ścią.

Wstał po cichu i ubrał się, chciał wyjść, nawet jej nie budząc. Nie zje­dzą razem śnia­da­nia przy lek­tu­rze „Dagens Nyhe­ter”, luźno gawę­dząc, nie pójdą na nie­dzielny spa­cer. On nie będzie chciał poznać jej lepiej i nie zadzwoni wię­cej, obo­jęt­nie, co mówił przed­tem.

Wie­działa. Dla­tego rze­kła tylko:

– No to cześć.

Seba­stian nawet nie pró­bo­wał zga­dy­wać jej imie­nia. Już nie miał pew­no­ści, czy na pewno zaczy­nało się na K.

Ulica o świ­cie była opu­sto­szała. Przed­mie­ście spało i wszyst­kie odgłosy zda­wały się przy­tłu­mione, jakby nie chciały go obu­dzić. Nawet ruch samo­cho­dów na Nynäsvägen kawa­łek dalej był uprzej­mie przy­ci­szony. Seba­stian zatrzy­mał się przy tablicy na skrzy­żo­wa­niu. Varpavägen. To gdzieś w Gubbängen. Nie­zły kawa­łek do domu. Czy o tej porze jeź­dziło jakieś metro? W nocy poje­chali tak­sówką. Zatrzy­mali się przy skle­piku 7-Ele­ven i kupili chleb na śnia­da­nie. Przy­po­mniała sobie, że nie ma nic w domu. Bo chyba zamie­rza zostać na śnia­da­nie? Kupili chleb i sok, razem z… no wła­śnie, niech to dia­bli. Jak ona się nazy­wała? Seba­stian ruszył opu­sto­szałą ulicą.

Zra­nił ją, nie­ważne jak jej było.

Za czter­na­ście godzin ma jechać do Västerås i kon­ty­nu­ować swoją pracę. Pomy­ślał teraz o innej kobie­cie – jej nie mógł już wię­cej zra­nić.

Zaczęło padać.

Co za bez­na­dziejny pora­nek!

W Gubbängen.Wszystko wła­śnie pie­przyło się kon­cer­towo. Buty komi­sa­rza Tho­masa Haralds­sona prze­pusz­czały wodę, jego radio padło, a do tego odłą­czył się od reszty grupy poszu­ki­waw­czej. Pro­mie­nie słońca tra­fiały go pro­sto w oczy, musiał mru­żyć powieki, żeby nie poty­kać się o krzaki i korze­nie, które nie­równo wyra­stały ponad wil­gotne pod­łoże. Zaklął pod nosem i spoj­rzał na zega­rek. Za ponad dwie godziny Jenny ma w szpi­talu prze­rwę na lunch. Wsią­dzie do samo­chodu i poje­dzie do domu, mając nadzieję, że on też zdą­żył wró­cić. Ale on nie zdąży. Będzie dalej sie­dział w tym cho­ler­nym lesie.

Lewa stopa Haralds­sona zapa­dła się jesz­cze głę­biej. Czuł, jak fro­towe skar­pety w jego pół­bu­tach nasią­kają zimną wodą. W powie­trzu czuć było ulotne cie­pło wio­sny, jed­nak w wodzie na­dal utrzy­my­wał się zimowy chłód. Zady­go­tał, ale udało mu się uwol­nić stopę i zna­leźć twarde pod­łoże.

Rozej­rzał się dookoła. Wschód powi­nien znaj­do­wać się tam. Czy z tam­tej strony byli żoł­nie­rze? A może skauci? Choć mógł też zato­czyć pełne koło i stra­cić poczu­cie, gdzie jest pół­noc. Kawa­łek dalej doj­rzał nie­wiel­kie wznie­sie­nie i pomy­ślał, że to ozna­cza kawa­łek suchego lądu, po pro­stu raj w tym mokrym pie­kle. Skie­ro­wał się w tamtą stronę. Stopa znów ugrzę­zła. Tym razem prawa. No super, coraz lepiej.

Wszystko to wina Han­ser.

Nie musiałby tu stać, prze­mo­czony aż po kolana, gdyby Han­ser nie zachciało się odgry­wać twar­dej i zde­cy­do­wa­nej sze­fo­wej. Zresztą potrze­bo­wała tego, bo prze­cież, do cho­lery, w grun­cie rze­czy wcale nie była poli­cjantką. Była praw­niczką, która zdo­łała prze­śli­zgnąć się bokiem i zostać sze­fem, nawet nie bru­dząc sobie rąk, czy też, tak jak on, nie mocząc nóg.

Nie, gdyby to on miał decy­do­wać, wszystko wyglą­da­łoby zupeł­nie ina­czej. To prawda, chło­pak znik­nął w pią­tek i zgod­nie z regu­la­mi­nem posze­rze­nie obszaru poszu­ki­wań było wła­ści­wym kro­kiem, zwłasz­cza że mieli zgło­sze­nie o „noc­nych aktyw­no­ściach” i „świa­tłach w lesie” w oko­licy Listakärr w ten wła­śnie week­end. Ale doświad­cze­nie pod­po­wia­dało Haralds­so­nowi, że były to manewry pozba­wione sensu. Chło­pak był w Sztok­hol­mie i śmiał się ze swo­jej zanie­po­ko­jo­nej matki. Miał szes­na­ście lat. Szes­na­sto­latki robią takie rze­czy. Śmieją się ze swo­ich matek.

Han­ser.

Im bar­dziej Haralds­son czuł się prze­mo­czony, tym bar­dziej jej nie­na­wi­dził. Ta kobieta to było naj­gor­sze, co go spo­tkało. Młoda, atrak­cyjna, idąca do przodu, poli­tycz­nie zaan­ga­żo­wana, przed­sta­wi­cielka nowej, współ­cze­snej poli­cji.

Weszła mu w drogę. Już pod­czas jej pierw­szego spo­tka­nia z poli­cją z Västerås Haralds­son zro­zu­miał, że jego kariera nagle zaha­mo­wała. Też się sta­rał o tę posadę. Ona ją dostała. Miała być jego sze­fem przez co naj­mniej pięć lat. Jego pięć lat. Ktoś wyrwał mu spod nóg dra­binę. Jego kariera, zamiast iść w górę, zaczęła zwal­niać i biec w pozio­mie i było tylko kwe­stią czasu, jak poleci w dół. Ta sytu­acja, kiedy tak stał po kolana w cuch­ną­cym bło­cie gdzieś w lesie pod Västerås, wyda­wała mu się nie­mal sym­bo­liczna.

PRZY­TU­LANKI NA LUNCH – gło­siły duże litery w SMS-ie, który dostał dziś rano. Ozna­czało to, że w porze lun­chu Jenny przy­je­dzie do domu, żeby się z nim kochać, potem mieli to robić jesz­cze raz albo dwa wie­czo­rem. Teraz ich życie tak wyglą­dało. Jenny leczyła się na bez­płod­ność i razem z leka­rzem opra­co­wała roz­kład dający naj­lep­sze szanse na zapłod­nie­nie. Dzi­siaj był wła­śnie taki opty­malny dzień. Dla­tego ten SMS. Haralds­son nie mógł się zde­cy­do­wać. Z jed­nej strony doce­niał fakt, że ich życie sek­su­alne popra­wiło się w ostat­nim cza­sie o kil­ka­set pro­cent. Że Jenny chciała się z nim kochać. Ale rów­no­cze­śnie nie mógł się pozbyć wra­że­nia, że nie cho­dziło jej o niego, tylko o jego spermę. Bez pra­gnie­nia posia­da­nia dziecka żonie ni­gdy nie przy­szłoby do głowy, żeby w cza­sie lun­chu sko­czyć do domu na szybki nume­rek. To wszystko miało raczej roz­pło­dowy cha­rak­ter. Gdy tylko jajeczko zaczy­nało swoją wędrówkę w kie­runku macicy, oni zaraz zabie­rali się do rze­czy, jak kró­liki. Pomię­dzy jajecz­ko­wa­niami też, trzeba przy­znać, tak na wszelki wypa­dek. Ale ni­gdy nie robili tego dla przy­jem­no­ści, ze względu na bli­skość. Co się stało z ich namięt­no­ścią? Pożą­da­niem? I teraz pod­czas prze­rwy ona miała wró­cić do pustego domu. Może powi­nien był zadzwo­nić do niej i spy­tać, czy ma zwa­lić konia przed wyj­ściem z domu i wło­żyć potem słoik do lodówki. Naj­gor­sze było to, że nie miał pew­no­ści, czy Jenny nie uzna tego za cał­kiem nie­zły pomysł.

To się zaczęło w sobotę.

Około pięt­na­stej prze­łą­czono roz­mowę z cen­trali alar­mo­wej do poli­cji w Västerås. Matka zgła­sza zagi­nię­cie szes­na­sto­let­niego syna. Ponie­waż cho­dziło o osobę nie­peł­no­let­nią, zgło­sze­nie było trak­to­wane prio­ry­te­towo. Cał­ko­wi­cie zgod­nie z regu­la­mi­nem.

Nie­stety, prio­ry­te­towe zgło­sze­nie musiało pocze­kać do nie­dzieli, kiedy patrol otrzy­mał pole­ce­nie zaję­cia się tą sprawą. W efek­cie dwóch poli­cjan­tów w mun­du­rach odwie­dziło matkę około szes­na­stej. Zgło­sze­nie zostało przy­jęte ponow­nie i wpi­sane do dzien­nika, kiedy patrol wie­czo­rem koń­czył służbę. Jesz­cze nie pod­jęto żad­nych dzia­łań ponad to, że powstały dwa wzor­cowe, iden­tyczne zgło­sze­nia o tym samym zagi­nię­ciu. W dodatku oba ozna­czone jako naj­wyż­szy prio­ry­tet.

Dopiero w ponie­dzia­łek rano, kiedy Roger Eriks­son był zagi­niony od pięć­dzie­się­ciu ośmiu godzin, ofi­cer dyżurny zauwa­żył, że zgło­sze­niem na­dal nikt się nie zajął. Nie­stety, zebra­nie związ­ków zawo­do­wych w spra­wie pro­po­no­wa­nych przez Komendę Główną nowych mun­du­rów nieco się prze­cią­gnęło, więc Haralds­so­nowi przy­dzie­lono tę zapo­mnianą sprawę dopiero w ponie­dzia­łek po połu­dniu. Kiedy zoba­czył datę wpły­nię­cia infor­ma­cji, podzię­ko­wał swo­jej szczę­śli­wej gwieź­dzie, że tam­ten patrol był u Leny Eriks­son w nie­dzielę wie­czo­rem. Prze­cież wcale nie musiała wie­dzieć, że skoń­czyło się tylko na napi­sa­niu raportu. Nie, poli­cja wsz­częła kroki już w nie­dzielę, ale jesz­cze nie miała rezul­ta­tów. Tej wer­sji Haralds­son zamie­rzał się trzy­mać.

Wie­dział, że zanim poroz­ma­wia z Leną Eriks­son, musi mieć jakieś nowe infor­ma­cje. Pró­bo­wał więc tele­fo­nicz­nie skon­tak­to­wać się z dziew­czyną zagi­nio­nego, Lisą Hans­son, ale oka­zało się, że jest jesz­cze w szkole.

Spraw­dził w kar­to­te­kach zarówno Lenę Eriks­son, jak i jej syna Rogera. Przy jego nazwi­sku było kilka zgło­szeń drob­nych kra­dzieży. Naj­now­sze pocho­dziło sprzed ponad roku i trudno je było powią­zać ze znik­nię­ciem. Na matkę nic.

Haralds­son zadzwo­nił do odpo­wied­niego urzędu i dowie­dział się, że Roger cho­dził do Palmlövska.

Nie­do­brze, pomy­ślał.

Liceum Palmlövska to pry­watna szkoła z inter­na­tem. Wymie­niana w ran­kin­gach naj­lep­szych szkół w kraju, jeśli cho­dzi o wyniki naucza­nia. Uczęsz­czały do niej zdolne i zmo­ty­wo­wane do nauki dzieci zamoż­nych rodzi­ców. Rodzi­ców ze zna­jo­mo­ściami. Jeśli trzeba będzie zna­leźć kozła ofiar­nego, przez któ­rego śledz­two nie ruszyło od razu, wtedy brak jakich­kol­wiek efek­tów w ciągu trze­ciej doby nie będzie wyglą­dał dobrze. Haralds­son zde­cy­do­wał, że odłoży na bok wszyst­kie inne sprawy. Jego kariera i tak znaj­do­wała się w mar­twym punk­cie, więc nie­roz­sądne byłoby ryzy­ko­wać jesz­cze bar­dziej.

Przez całe popo­łu­dnie ciężko pra­co­wał. Udał się do szkoły. Dyrek­tor Palmlövska, Ragnar Groth, i wycho­waw­czyni Rogera Eriks­sona, Beatrice Strand, wyra­zili zanie­po­ko­je­nie i smu­tek, kiedy się dowie­dzieli o znik­nię­ciu chłopca, ale poza tym nie byli w sta­nie pomóc. W każ­dym razie nie sły­szeli, żeby ostat­nio zda­rzyło się coś szcze­gól­nego. Roger zacho­wy­wał się nor­mal­nie, w szkole był taki sam jak zwy­kle, w pią­tek po połu­dniu miał ważny spraw­dzian ze szwedz­kiego i według kole­gów z klasy po spraw­dzianie był w dobrym humo­rze.

Haralds­so­nowi udało się przy­naj­mniej zła­pać Lisę Hans­son, ostat­nią osobę, która widziała Rogera w pią­tek wie­czo­rem. Cho­dziła do rów­no­le­głej klasy. Haralds­son popro­sił ją o spo­tka­nie w szkol­nej kawiarni. Była ładną, choć prze­ciętną dziew­czyną. Jasne pro­ste włosy z grzywką przy­piętą zwy­czajną spinką. Nie­bie­skie oczy bez maki­jażu. Biała bluzka zapięta na przed­ostatni guzik, na wierz­chu kami­zelka. Haralds­son miał nie­ja­sne reli­gijne sko­ja­rze­nia, kiedy usia­dła naprze­ciwko niego. Albo z tą dziew­czyną z serialu _Biały kamień_, który poka­zy­wali w tele­wi­zji, kiedy był mały. Zapy­tał, czy ma jej coś przy­nieść z kawiarni. Potrzą­snęła głową.

– Opo­wiedz o tym piątku, kiedy Roger był u cie­bie.

Lisa spoj­rzała na niego i lekko wzru­szyła ramio­nami.

– Przy­szedł chyba koło wpół do szó­stej. Sie­dzie­li­śmy u mnie w pokoju i oglą­da­li­śmy tele­wi­zję. Poszedł do domu o dzie­sią­tej. W każ­dym razie powie­dział, że idzie do domu…

Haralds­son ski­nął głową. Cztery i pół godziny w pokoju. Dwoje szes­na­sto­lat­ków. Oglą­dali tele­wi­zję, na pewno, niech sobie nie myśli, że on jej uwie­rzy. A może po pro­stu miał już skrzy­wione spoj­rze­nie? Odkąd on i Jenny tak po pro­stu nie spę­dzali wie­czoru przed tele­wi­zo­rem? Bez szyb­kiego sto­sunku w prze­rwie na reklamę. Od mie­sięcy.

– Czy zda­rzyło się coś jesz­cze? Pokłó­ci­li­ście się, poróż­ni­li­ście czy coś podob­nego?

Lisa potrzą­snęła głową. Przy­gry­zała pra­wie nie­ist­nie­jący pazno­kieć kciuka. Haralds­son zoba­czył, że skórka przy paznok­ciu jest podraż­niona.

– Czy kie­dyś przed­tem znik­nął w podobny spo­sób?

Lisa znów potrzą­snęła głową.

– Nic o tym nie wiem, ale nie jeste­śmy ze sobą tak długo. Nie roz­ma­wiał pan z jego mamą?

Przez chwilę Haralds­son miał wra­że­nie, że zabrzmiało to oskar­ży­ciel­sko, ale tak oczy­wi­ście nie było. To wina Han­ser. To przez nią zaczął w sie­bie wąt­pić.

– Odwie­dzili ją inni poli­cjanci, ale musimy roz­ma­wiać ze wszyst­kimi. Żeby mieć kom­pletny obraz. – Haralds­son odchrząk­nął. – A jak było z Roge­rem i jego matką? Nie było tam żad­nych pro­ble­mów?

Lisa znów wzru­szyła ramio­nami. Haralds­son pomy­ślał, że ma ogra­ni­czony reper­tuar reak­cji. Potrzą­sa­nie głową i wzru­sza­nie ramio­nami.

– Kłó­cili się?

– Chyba tak. Cza­sami. Ta szkoła jej się nie podo­bała.

– Ta szkoła?

Lisa potwier­dziła ski­nie­niem.

– Uwa­żała, że jest sno­bi­styczna.

No i miała cho­lerną rację, pomy­ślał Haralds­son.

– A ojciec Rogera, czy mieszka w mie­ście?

– Nie. Nie wiem, gdzie on mieszka. Nie wiem nawet, czy Roger to wie. Ni­gdy o nim nie mówi.

Haralds­son zapi­sał. Cie­kawe. Może syn wybrał się na poszu­ki­wa­nie swo­ich korzeni. Kon­fron­ta­cja z nie­obec­nym ojcem. I zataił to przed matką. Haralds­son sły­szał już o gor­szych rze­czach.

– Jak pan myśli, co się mogło z nim stać?

Prze­rwał roz­my­śla­nia. Spoj­rzał na Lisę i po raz pierw­szy zauwa­żył, że jest bli­ska łez.

– Nie wiem. Ale pew­nie wróci. Może po pro­stu wyje­chał na jakiś czas do Sztok­holmu czy coś takiego. Wiesz, taka przy­goda.

– Dla­czego miałby to robić?

Haralds­son widział na jej twa­rzy szczere zdzi­wie­nie. Nie­po­ma­lo­wany, obgry­ziony pazno­kieć w nie­usz­min­ko­wa­nych ustach. Nie, panienka z reli­gij­nego domu tego nie rozu­miała, ale on nabie­rał coraz więk­szej pew­no­ści, że to była ucieczka.

– Cza­sami ma się dziwne pomy­sły, które w tam­tej chwili wydają się świetne. Na pewno wróci, zoba­czysz. – Posłał jej prze­ko­nu­jący, pełen otu­chy uśmiech, ale po jej minie zoba­czył, że ona go tak nie ode­brała. – Obie­cuję – dodał.

Przed odej­ściem popro­sił Lisę o listę przy­ja­ciół Rogera i osób, z któ­rymi się kon­tak­to­wał. Lisa namy­ślała się przez dłuż­szą chwilę, potem coś napi­sała i pod­su­nęła mu kartkę. Dwa nazwi­ska: Johan Strand i Erik Heve­rin. Samotny chło­pak, pomy­ślał Haralds­son, samotni chłopcy ucie­kają.

Wsia­da­jąc do samo­chodu tego ponie­dział­ko­wego popo­łu­dnia, czuł się mimo wszystko zado­wo­lony z rezul­ta­tów. Roz­mowa z Joha­nem Stran­dem oczy­wi­ście nie przy­nio­sła niczego nowego. Ostatni raz Johan widział Rogera w pią­tek po lek­cjach. Wie­dział tylko, że tam­ten wybiera się wie­czo­rem do Lisy. Nie miał poję­cia, dokąd mógł potem pójść. Jeśli cho­dziło o Erika Heve­rina, to naj­wy­raź­niej miał długi urlop. Sześć mie­sięcy na Flo­ry­dzie. Wyje­chał sie­dem tygo­dni temu. Jego matka dostała posadę kon­sula w Sta­nach i udała się tam z całą rodziną. Nie­któ­rzy to mają dobrze, pomy­ślał Haralds­son i usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć, do jakich to egzo­tycz­nych miejsc zawio­dła go jego praca. Tamto semi­na­rium w Rydze było jedyną taką oka­zją, którą mógł sobie w tej chwili przy­po­mnieć, ale przez cały tydzień leżał wtedy w łóżku z grypą żołąd­kową i pamięta tylko, jak świet­nie bawili się kole­dzy, pod­czas gdy on się gapił na dno nie­bie­skiego pla­sti­ko­wego wia­derka.

Ale teraz mimo wszystko był cał­kiem zado­wo­lony. Prze­śle­dził kilka tro­pów i, co naj­waż­niej­sze, odkrył ewen­tu­alny kon­flikt mię­dzy synem a matką, który wska­zy­wał, że cała sprawa wkrótce już nie będzie zmar­twie­niem poli­cji. Czyż matka nie użyła w swoim zgło­sze­niu słowa „wypadł”? Tak, tak powie­działa. Haralds­son pamię­tał, że zwró­cił na to uwagę przy prze­słu­chi­wa­niu nagra­nia. Jej syn nie „poszedł gdzieś” ani nie „opu­ścił miesz­ka­nia”, tylko „wypadł”. To chyba ozna­czało, że roz­stali się w gnie­wie, prawda? Drzwi zatrza­śnięte przed nosem bez­rad­nej matki. Haralds­son nabie­rał coraz więk­szej pew­no­ści. Chło­pak był w Sztok­hol­mie i zdo­by­wał nowe doświad­cze­nia.

Ale dla pew­no­ści zde­cy­do­wał, że zaj­rzy jesz­cze na chwilę do domu Lisy i popyta miesz­kań­ców. Plan był taki, że pokaże się i poroz­ma­wia z kil­koma oso­bami, które to potwier­dzą, gdyby ktoś chciał zba­dać, jak się roz­wi­jało śledz­two. Może nawet ktoś widział Rogera, w naj­lep­szym razie w dro­dze do cen­trum czy na sta­cję. Potem znów uda się do jego matki i przy­ci­śnie ją tro­chę na temat ich kłótni. Świetny plan, pomy­ślał i zapu­ścił motor.

Zadzwo­niła komórka. Szyb­kie spoj­rze­nie na wyświe­tlacz zmro­ziło go w środku. Han­ser.

– Co znowu, do jasnej cho­lery – wymam­ro­tał Haralds­son i znów wyłą­czył sil­nik. Może lepiej nie odbie­rać? Kuszące, ale mogło się aku­rat oka­zać, że chło­pak wró­cił. Może wła­śnie to chciała mu zako­mu­ni­ko­wać Han­ser. Że przez cały czas miał rację. Zgło­sił się.

Roz­mowa trwała zale­d­wie osiem­na­ście sekund i ze strony Han­ser skła­dała się tylko z sze­ściu słów.

– Gdzie pan jest? – To były trzy pierw­sze.

– W samo­cho­dzie – odpo­wie­dział zgod­nie z prawdą. – Wła­śnie roz­ma­wia­łem z nauczy­cie­lami i kole­gami tego chło­paka.

Ku wła­snemu nie­za­do­wo­le­niu wyczu­wał w swoim gło­sie postawę obronną. Mówił ule­głym, nieco pod­wyż­szo­nym tonem. Niech to dia­bli, prze­cież robił to, co powi­nien.

– Pro­szę natych­miast wra­cać.

Haralds­son wła­śnie miał zacząć tłu­ma­czyć, dokąd się wybiera, i zapy­tać, co jest tak strasz­nie ważne, ale nie zdą­żył, bo Han­ser się roz­łą­czyła. Włą­czył sil­nik, zawró­cił i poje­chał w stronę komendy.

Han­ser już tam na niego cze­kała. Chłodne spoj­rze­nie. Nieco zbyt per­fek­cyj­nie uło­żone blond włosy. Zna­ko­mi­cie leżący i na pewno drogi kostium. Wła­śnie ode­brała tele­fon od bar­dzo zde­ner­wo­wa­nej Leny Eriks­son, która pytała, co się dzieje, więc teraz ona musiała zapy­tać o to samo. Co się dzieje?

Haralds­son stre­ścił szybko swoje dzia­ła­nia z popo­łu­dnia, przy czym cztery razy udało mu się pod­kre­ślić, że prze­jął tę sprawę dopiero dzi­siaj po lun­chu. Jeśli sze­fowa chce się na kimś wyży­wać, niech się rozej­rzy wśród dyżur­nych z week­endu.

– Zamie­rzam to zro­bić – odparła spo­koj­nie. – Dla­czego pan mnie nie poin­for­mo­wał, jeśli miał pan wra­że­nie, że ta sprawa została zanie­dbana? Wła­śnie o czymś takim muszę wie­dzieć.

Haralds­son poczuł, że roz­mowa zmie­rza w złym kie­runku. Stał przed nią i się tłu­ma­czył.

– Takie rze­czy się prze­cież zda­rzają. Nie mogę bie­gać do pani z każ­dym dro­bia­zgiem, kiedy tylko coś zazgrzyta w mecha­ni­zmie. Ma pani waż­niej­sze sprawy.

– Waż­niej­sze od dopil­no­wa­nia, żeby­śmy natych­miast roz­po­częli poszu­ki­wa­nia zagi­nio­nego dziecka? – Spoj­rzała na niego pyta­jąco.

Haralds­son mil­czał. To nie poszło zgod­nie z pla­nem. Ani tro­chę.

To było w ponie­dzia­łek. Teraz stał w mokrych skar­pe­tach pod Listakärr. Han­ser wyto­czyła całą arty­le­rię, zarzą­dziła cho­dze­nie po domach i prze­cze­sy­wa­nie lasów. Dotych­czas bez rezul­tatu. Wczo­raj Haralds­son natknął się w budynku poli­cji na komen­danta okrę­go­wego i lek­kim tonem zauwa­żył, że to będzie ich dużo kosz­to­wało. Wielu ludzi pra­co­wało przez wiele godzin, żeby zna­leźć chło­paka, który zaba­wia się w wiel­kim mie­ście. Haralds­son nie potra­fił do końca zin­ter­pre­to­wać reak­cji komen­danta, ale kiedy Roger wróci ze swo­jej małej wyprawy, wtedy tam­ten na pewno sobie przy­po­mni, co mówił mu pod­władny. Wtedy zro­zu­mie, ile kasy Han­ser wyrzu­ciła w błoto. Haralds­son pomy­ślał o tym i uśmiech­nął się. Regu­la­min to jedno, a intu­icja poli­cjanta to dru­gie. Tego nie można się wyuczyć.

Haralds­son przy­sta­nął w poło­wie drogi na wznie­sie­nie. Jego stopa znów się zapa­dła. Tym razem dość głę­boko. Wycią­gnął ją. Bez buta. Jesz­cze zdą­żył zoba­czyć, jak błoto łap­czy­wie się zamyka wokół czar­nego buta w roz­mia­rze czter­dzie­ści dwa, a rów­no­cze­śnie skar­peta na lewej sto­pie znów wchło­nęła kilka mili­li­trów zim­nej wody.

Miał już dość.

Wystar­czy.

To prze­wa­żyło.

Na kolana, rękę w błocko, wycią­gnąć but. A potem poje­dzie do domu. Niech sobie inni ganiają po lesie cho­lerną tyra­lierą. On musi zapłod­nić żonę.Było już ciemno, kiedy Seba­stian zapła­cił za tak­sówkę i wysiadł. Tak­sów­karz też wyszedł z auta. Otwo­rzył bagaż­nik, wyjął jego torbę i życzył mu przy­jem­nego wie­czoru. Przy­jemny wie­czór w domu rodzi­ców? No cóż, kie­dyś musi być ten pierw­szy raz, pomy­ślał Seba­stian. A fakt, że oboje rodzice już nie żyli, bez wąt­pie­nia znacz­nie zwięk­szał szanse.

Seba­stian prze­ciął ulicę i tak­sówka, która cze­kała na sąsied­nim pod­jeź­dzie, prze­mknęła za jego ple­cami. Zatrzy­mał się przy niskim ogro­dze­niu z bia­łych drew­nia­nych szta­chet, które wyma­gały odma­lo­wa­nia, i zauwa­żył, że skrzynka pocz­towa jest prze­peł­niona. Czy kiedy ktoś umie­rał, nie wycho­dziło jakieś cen­tralne zawia­do­mie­nie o zgo­nie, które zatrzy­my­wało wszyst­kie sprawy? Naj­wy­raź­niej nie.

Po przy­by­ciu do Västerås kilka godzin temu Seba­stian poje­chał do firmy pogrze­bo­wej i ode­brał klu­cze od domu. Naj­wy­raź­niej jedna z naj­star­szych przy­ja­ció­łek matki zajęła się pogrze­bem, skoro on nie chciał mieć z tym nic wspól­nego. Berit Holm­berg. Seba­stian nie mógł sobie przy­po­mnieć, żeby kie­dy­kol­wiek sły­szał to nazwi­sko. Firma pogrze­bowa zapro­po­no­wała mu obej­rze­nie jakie­goś albumu ze zdję­ciami z cere­mo­nii, podobno bar­dzo pięk­nej, nastro­jo­wej, z dużą liczbą uczest­ni­ków. Seba­stian nie reflek­to­wał.

Potem poszedł do restau­ra­cji. Spę­dził tam dłuż­szy czas przy dobrym posiłku. Sie­dział jesz­cze potem, czy­ta­jąc książkę. Wypił kawę. Obra­cał w pal­cach wizy­tówkę, którą dostał od czy­ta­jącej kobiety z pociągu, ale zde­cy­do­wał się zacze­kać. Zadzwoni jutro albo poju­trze. Pokaże, że mu zależy, ale nie jest zde­spe­ro­wany, to zawsze naj­le­piej dzia­łało. Prze­spa­ce­ro­wał się. Zasta­na­wiał się, czy nie pójść do kina, ale zre­zy­gno­wał. W reper­tu­arze nie było nic, co by go inte­re­so­wało. Wresz­cie nie mógł już dłu­żej odsu­wać od sie­bie wła­ści­wej sprawy, którą miał tu do zała­twie­nia, i zła­pał tak­sówkę.

Stał więc teraz na ulicy i przy­glą­dał się domowi, który opu­ścił na drugi dzień po swych dzie­więt­na­stych uro­dzi­nach. Po obu stro­nach wyło­żo­nej kamie­niami ścieżki były wypie­lę­gno­wane rabatki. Teraz rosły na nich sta­ran­nie przy­strzy­żone iglaki, ale wkrótce miały zakwit­nąć byliny. Jego matka kochała swój ogród i pie­lę­gno­wała go czule. Za domem znaj­do­wał się sad i grządki warzywne. Kamienna ścieżka pro­wa­dziła do dwu­pię­tro­wej willi. Seba­stian miał dzie­sięć lat, kiedy się tu wpro­wa­dzili. Dom był wtedy nowo wybu­do­wany. Nawet w sła­bym świe­tle ulicz­nych latarni widział, że budy­nek naprawdę wymaga remontu. Tynk odpa­dał z fasady, farba obła­ziła z okien, a dach w dwóch miej­scach wyda­wał się o ton ciem­niej­szy. Przy­pusz­czal­nie bra­ko­wało dachó­wek. Seba­stian prze­zwy­cię­żył fizyczną wręcz nie­chęć przed wej­ściem do środka i pod­szedł do drzwi.

Otwo­rzył je i wszedł do dusz­nej, nie­wie­trzo­nej sieni. Posta­wił walizkę. Stał pod łukiem pro­wa­dzą­cym do pozo­sta­łej czę­ści domu. Zaraz za nim znaj­do­wał się kom­pleks jadalny, a dalej w prawo zaczy­nał się salon. Seba­stian zauwa­żył, że wybili jedną ścianę i par­ter był teraz tak zwaną prze­strze­nią otwartą. Szedł dalej. Roz­po­zna­wał jedy­nie nie­wielką część mebli. Sekre­ta­rzyk po dziadku Seba­stiana i kilka obra­zów na ścia­nach wyglą­dało zna­jomo, ale tapety były cał­kiem nowe. Podob­nie par­kiet. Jak długo tu nie był? Seba­stian nie chciał myśleć o tym miej­scu jako o „domu”. Wypro­wa­dził się ze swo­imi rze­czami w wieku dzie­więt­na­stu lat, ale potem jesz­cze przy­jeż­dżał w odwie­dziny. Żywił próżną nadzieję, że być może kie­dyś, jako doro­sły czło­wiek, poro­zu­mie się z rodzi­cami. Ale się nie udało. Pamię­tał, że odwie­dził ich tydzień po swo­ich dwu­dzie­stych pią­tych uro­dzi­nach. Czy to był ostatni raz? Wkrótce minie trzy­dzie­ści lat. Nic dziw­nego, że czuł się tu obco.

W czo­ło­wej ścia­nie salonu znaj­do­wały się zamknięte drzwi. Kiedy Seba­stian tu miesz­kał, był tam pokój gościnny. Rzadko uży­wany. Rodzice mieli wpraw­dzie sze­ro­kie grono zna­jo­mych, ale skła­dało się ono nie­mal wyłącz­nie z miesz­kań­ców mia­sta. Otwo­rzył te drzwi. Jedną ścianę zakry­wały półki z książ­kami, a tam, gdzie kie­dyś stało łóżko, teraz znaj­do­wało się biurko z maszyną do pisa­nia i maszyną liczącą z rolką papieru. Seba­stian z powro­tem zamknął drzwi. Dom był pew­nie pełen podob­nych rupieci. Co on ma z tym wszyst­kim zro­bić?

Poszedł do kuchni. Nowe szafki kuchenne, nowy stół, ale ta sama pla­sti­kowa wykła­dzina jak z warsz­tatu samo­cho­do­wego. Seba­stian otwo­rzył lodówkę. Dobrze zaopa­trzona. Wszystko zepsute. Się­gnął po kar­ton mleka na drzwiach. Otwarty. Data przy­dat­no­ści do spo­ży­cia: ósmy marca. Mię­dzy­na­ro­dowy Dzień Kobiet. Choć wie­dział, co tam jest, wetknął nos w otwór kar­tonu. Wykrzy­wia­jąc twarz, odsta­wił mleko z powro­tem. Wyjął puszkę nisko­pro­cen­to­wego piwa, leżącą obok torebki, która, jak się domy­ślił, musiała kie­dyś zawie­rać ser, ale teraz wyglą­dała jak udany pro­jekt w labo­ra­to­rium bada­nia ple­śni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij