Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Ciemność. W obronie mroku - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 października 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Ciemność. W obronie mroku - ebook

Nowe spojrzenie na ciemność – dlaczego jest nam potrzebna do życia?

Większość ludzi kojarzy ją z lękiem i smutkiem. Prawda jest jednak taka, że większość z nas nie ma nawet szansy na to, aby doświadczyć prawdziwej ciemności. Światło otacza nas przez całą dobę, zacierając granicę między nocą a dniem. Rozprasza mrok dzięki żarówkom ledowym, ekranom smartfonów i tabletów, ulicznym lampom, diodom i neonom.

Sigri Sandberg wyrusza na daleką Północ w poszukiwaniu całkowitej ciemności. Walcząc z własnym lękiem, przekonuje się, że jest ona sprzymierzeńcem człowieka. Zwraca uwagę na narastający problem zanieczyszczenia świetlnego i związane z nim zagrożenia.

W swojej niezwykłej opowieści o mroku udowadnia, że bardziej przerażający od ciemności okazuje się jej brak.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66436-42-8
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Kiedy ostatnio widziałeś gwiazdy?

Spójrz na satelitarne zdjęcie Ziemi. Tam gdzie kiedyś spowijała ją ciemność nocy, teraz jaśnieje niczym migocząca choinka. Gdy zrobisz zbliżenie na dowolne miasto, zobaczysz iluminacje i neony, reflektory samochodów i latarnie uliczne. Jeśli zbliżysz się jeszcze bardziej, aż do swojej sypialni, być może ujrzysz lampy, ekrany telewizorów, komputerów i komórek. Jeśli mieszkasz w mieście, Drogę Mleczną za oknem przesłania ci szarożółty welon. Mimo że jest noc. Mimo że jest zima. Mimo że jesteś w Norwegii, kraju nocy polarnej.

Ludzie od zawsze walczyli z ciemnością – ale czy nie robi się już za jasno? Jak całe to światło wpływa na nas i na wszystko, co żyje?

Słyszałam o lekarzach, którzy używają pomarańczowych okularów i zalecają je pacjentom dla ochrony przed sztucznym światłem. Inni walczą z globalnym zanieczyszczeniem świetlnym i uważają, że prawo do oglądania rozgwieżdżonego nieba jest podstawowym prawem człowieka.

Wysoko w górach, w Finse, wciąż można zobaczyć ciemność i gwiazdy. Szczególnie pięknie jest tam teraz, w najczarniejszej porze roku. Chcę tam pojechać. Zbliżyć się do naturalnej ciemności, do wiedzy i nieba gwiaździstego – i sprawdzić, jak długo odważę się zostać. Paradoksalnie boję się dwóch rzeczy. Zarówno tego, że będzie zbyt jasno, jak i ciemności. Lęk przed ciemnością jest wszechogarniający, zwłaszcza gdy jestem całkiem sama.

Do Finse nie da się dojechać samochodem, kupuję więc bilet na pociąg.Pociąg wytacza się z miasta wczesnym poniedziałkowym rankiem. Miasto migocze i mruga skąpane w sztucznym świetle nocnym. Mam duży niebieski plecak, który odkładam między walizki i torby na końcu wagonu numer 4, po czym siadam na swoim miejscu numer 36.

Mieszkam w tym mieście, w wysokim bloku z widokiem na wszystkie strony. Widzę fiord i kilka tysięcy domów, widzę kawałek lasu. Ale w nocy wszystko się zmienia w iskrzący świetlny hałas. W silny szum przerywany ryczącymi dźwiękami. Sztuczne światło przykrywa wszystkie duże miasta nocą. Światło z Oslo sięga 150–200 kilometrów od granic miasta w każdym kierunku. Naprawdę trudno tu zobaczyć rozgwieżdżone niebo. Nie da się dojrzeć Drogi Mlecznej.

Pociąg jedzie dalej, a po kwadransie przychodzi przedpołudnie z dziennym światłem. Wagon numer 4 tętni odgłosami rozmów, kroków i siorbania kawy, cichą muzyką i lekkim kaszlem konduktora pytającego o bilet. Mam ze sobą komputer i kilka książek. Jedna z nich opowiada o kobiecie, która w 1934 roku wyjeżdżała z innego miasta. Christiane Ritter zmierzała daleko na północ, aż na Svalbard. Zmierzała w ciemność i zimę, o których nic nie wiedziała. Jak ciemno może być tak blisko bieguna północnego? Czy da radę?

Christiane

Christiane była damą z wyższej klasy urodzoną w Czechach, które wtedy były częścią Czechosłowacji. Jej mąż, Hermann Ritter, był traperem na Svalbardzie, archipelagu leżącym w połowie drogi między biegunem północnym a Norwegią. Próbował ściągnąć ją do siebie, do Gråhuken na północy Spitsbergenu, największej wyspy archipelagu. Naprawdę nie chciała jechać, było jej dobrze pośród swych obrazów, z czteroletnią córką i przyjaciółmi, ale mąż pisał i pisał list za listem: „Zostaw wszystko i dołącz do mnie w Arktyce!”.

Pisał, że nie jest w stanie opowiedzieć o tym wszystkim. O wiecznym świetle latem. O długiej ciemności zimą. Musiała przyjechać zobaczyć to na własne oczy. Wreszcie dała się przekonać, spakowała bagaże i wyjechała latem 1934 roku. Wzięła ze sobą Biblię, bieliznę z wielbłądziej wełny, suszoną pietruszkę i farby. Weszła na pokład łodzi, która wiozła ją coraz dalej na północ, w górę wybrzeża Norwegii. W stronę krajobrazu, który był coraz bardziej nagi i samotny.

Mija najbardziej wysunięty na północ punkt na kontynencie, przepływa obok Wyspy Niedźwiedziej, a gdy inni pasażerowie dowiadują się, dokąd zmierza, są przerażeni: „Ach. Musi pani wybić to sobie z głowy. Na tej wyspie zamarznie pani na śmierć. To nie miejsce dla tak delikatnej istoty jak pani. No i jeszcze może pani dostać szkorbutu”.

Na północno-zachodnim wybrzeżu Svalbardu, w Ny-Ålesund, Christiane spotyka męża, dalej płyną razem na mniejszej łodzi.

Tutaj wiele osób zna archipelag, chwalą go głośno, jakiś Norweg mówi o wiośnie, najpiękniejszej porze roku. Christiane nie sądzi, by miała poczuć to samo, mówi wyzywająco, że to miejsce nie urzeknie jej tak jak ich. „Och, zobaczy pani, panią też urzeknie”, mówi Norweg cicho, lecz zdecydowanie.

W końcu Christiane widzi Gråhuken, puste, szare, wydłużone wybrzeże w oddali. Spostrzega także domek. Jej zdaniem wygląda jak mała skrzynka wyrzucona przez morze. Więc tutaj ma mieszkać. Ze swoim mężem – i z jeszcze jednym traperem. Przez rok. Przez dziką długą zimę. Na pokładzie wszyscy milczą poza jednym starszym panem mówiącym po niemiecku, któremu wyrywa się parę słów: „Nie, szanowna pani, nie może pani zostać tu na zimę. To byłaby bezdenna lekkomyślność!”.

Wyspa jest szara i deszczowa. Christiane uważa, że to przerażająca kraina. „Nic, tylko woda, mgła i deszcz. Otumania ludzi, aż tracą zdrowy rozsądek. Co człowiek może robić na tej wyspie? Ileż nadziei, ileż dumnych planów zostało tu zniszczonych, ileż przedsięwzięć rozbiło się o skały i przede wszystkim: ileż istnień ludzkich pochłonęła ta ziemia?”

Wyładowują bagaż na ląd, Christiane ogląda maleńką myśliwską chatkę. Ma wymiary 7,42 na 1,28 metra, czyli poniżej 10 metrów kwadratowych. Leży 250 kilometrów od najbliższego miasta, Longyearbyen. Gdy łódź odpływa, nie wiadomo zupełnie, kiedy znów zobaczą innych ludzi. Traperzy nie mają telefonu satelitarnego, nie ma tu służb ratunkowych ani helikoptera, który mógłby ich zabrać, jeśli coś się wydarzy.

Nie działa też piec, a mgła jest gęsta. Christiane zwraca się do męża: „Gdzie buduar, który obiecywałeś mi w listach?”.

Jest sierpień i lato, jasny dzień wokół. Szary dzień wokół.

Wysiadam w Finse, 1222 metry nad poziomem morza

Urodziłam się w sierpniu, lubię tę porę roku. Lubię długie jasne wieczory, gdy fiord jest ciepły. Może nie jest to takie dziwne – my, ludzie, jesteśmy przystosowani do życia bez kurtki puchowej i wełnianej bielizny, na mniejszej szerokości geograficznej, gdzie jest cieplej. Nasze geny od wieków nastawione są na jasny dzień, po którym następują zmierzch i ciemna noc.

Mimo to mieszkałam przez osiem lat na Svalbardzie, od zawsze bywałam też w Finse. Od ponad czterdziestu lat zawiązuję kaptur, zakładam gogle i przebijam się przez wiatr i ciemność. I zdaje się, że śnieg i burza, śnieżna breja i zmarzlina, to wszystko stało się częścią mnie. Że jestem, mówiąc nieco górnolotnie, uzależniona od oddychania tamtejszym powietrzem. Czasem górnolotny ton jest potrzebny.

Poza tym Finse to najlepsze miejsce do obserwacji rozgwieżdżonego nieba, jakie znam.

Jednak niewiele czasu spędziłam tam sama. Nie lubię być sama, w każdym razie nie dłużej, kilka godzin wystarczy. Sypiałam już na zewnątrz, w górach, w jamach śnieżnych, w namiotach przy odczuwalnej temperaturze minus czterdzieści, ależ tak, zawsze jednak byłam z kimś. Z mężczyzną, z dziećmi, z przyjaciółmi. Chociaż nie podoba mi się to, muszę dać radę – zostać sama w górach po zmroku. Muszę się sprawdzić, muszę tam być. W życiu przeprowadzałam się wiele razy, ale zawsze wracałam do Finse. To miejsce to najbardziej stabilna rzecz w moim życiu, więc muszę tam zostać, nie mając nikogo, kto mógłby mnie przytulić. Musi mi się udać.

Muszę dać radę siedzieć tam i pisać, jestem dziennikarką, piszę reportaże i książki o naturze, o Północy i o ludziach – i o tym, jak to wszystko trzyma się kupy na tym niepewnym świecie. A nie trzyma się przecież za dobrze. Może więc ta wycieczka jest częścią większego projektu, a może nie. Może to tylko głupota, może wycofam się w drzwiach domku i wrócę.

Wyglądam przez okno pociągu na wszystko, co przemyka obok, drzewa są coraz mniejsze i rzadsze, aż w końcu znikają. Myślę o dzieciach i mężu, którzy zostali w mieście, już za nimi tęsknię. Po czterech i pół godziny podróży wysiadam na stacji Finse, 1222 metry nad poziomem morza – to najwyżej położona stacja kolejowa w Europie Północnej.

Finse nazywane jest „południową Arktyką”: temperatura i krajobraz są podobne. Wiatr i zimy są podobne. Nie ma tu drzew. Średnia roczna temperatura jest ujemna. Tu przyjeżdżali dawni bohaterowie. Brytyjski polarnik Ernest Shackleton przygotowywał się tu do swoich długich, trudnych ekspedycji. Fridtjof Nansen był tu nieco później. A w domu Roalda Amundsena znaleźć można zdjęcia zarówno jeziora Finsevatnet, jak i lodowca Hardangerjøkulen. Finse to miejsce o dość krótkiej historii, trochę jak Svalbard. Pierwsza mała społeczność pojawiła się tu podczas budowy linii kolejowej Bergensbanen otwartej w 1909 roku.

Robotnicy kolejowi przybywali tu z nizin, ubiegali się o pracę i mieszkali w małych barakach, wysoko w górach, budując linię kolejową ze wschodu na zachód długą na 492 kilometry. W głębi najczarniejszej góry drążyli tunele, używając dynamitu i siły własnych rąk. Projekt był szczytem możliwości ówczesnej wiedzy i technologii budowlanej, a praca ciężka. W kurzu, błocie i ciemności, w śniegu, burzach i ulewach.

Bergensbanen nazywano trudnym, wymagającym i ogromnym projektem, który kosztował tyle co cały ówczesny roczny budżet państwa: 52,5 miliona koron. „Wielkie dzieło naszych czasów”, tak nazwał tę linię król Haakon, otwierając ją w listopadzie 1909 roku. Dzięki niej można było przedostać się z Oslo do Bergen w 15 godzin. Lub wysiąść wysoko w górach. Zameldować się w dobrym hotelu.

Tym razem wysiadam tylko ja. Przy stacji kolejowej nadal działa hotel. Kilkaset metrów dalej stoi duże schronisko górskie. Wszystko jest teraz zamknięte. To nie sezon. Wieje.

Rozpalam w piecu i zaczynam się bać

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij