-
nowość
-
promocja
Cienie w blasku księżyca - ebook
Cienie w blasku księżyca - ebook
W starym okazałym dworze położonym na klifach Kornwalii młoda kobieta, Pixie Tate, odnajduje listy, które otwierają drzwi do tajemnicy sprzed ponad stu lat. Zatracając się w ich czytaniu, poznaje historię wielkiej miłości, zapomnianej przez czas.
W blasku księżyca przeszłość staje się równie żywa jak teraźniejszość. Pixie podąża śladem dawnych uczuć i odkrywa, że czasem to, czego najbardziej się boimy, jest tym, czego najbardziej potrzebujemy.
Santa Montefiore po raz kolejny maluje opowieść pełną romantyzmu, piękna i melancholii. Cienie w blasku księżyca to powieść o miłości, która przekracza granice czasu – i o bliznach, które tylko miłość potrafi uleczyć.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68725-06-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Anglia, 1987 rok
Pixie wsunęła się pod kołdrę i zwinęła w nogach łóżka w ciasny kłębek. Krzyki dochodzące z kuchni na dole stawały się coraz głośniejsze, przebijały się przez deski podłogi niczym pociski. Przerażona dziewczynka przytuliła się w ciemnościach do pluszowego pieska, lecz okazał się on mizerną tarczą, nie chronił przed zalewem złości docierającym do niej przez kołdrę. Kłótnie rodziców były dla Pixie czymś aż za dobrze znanym, lecz za każdym razem okrutne słowa raniły ją tak boleśnie, jakby słyszała je po raz pierwszy. Łzy płynące spod zaciśniętych powiek moczyły bawełniane powłoczki, a ona czekała, wiedząc, że w końcu zapadnie cisza.
Zawsze tak się działo. W chwili gdy z rozpaczy była już bliska szaleństwa, poczuła to. Ten delikatny szmer w uszach, znajomą ociężałość nóg i rąk, błogie wrażenie, że opuszcza ciało, które zostanie w łóżku, podczas gdy ona uniesie się z taką łatwością jak smuga dymu, przepełniona radosnym oczekiwaniem i wszechogarniającym poczuciem ulgi.
Znalazła się na łące. Nie pamiętała, kiedy odkryła to miejsce, wiedziała jednak, że zna je całe życie. Już nie płakała. Była pewna, że nikt jej tu nie znajdzie. Nigdy się to nie zdarzyło, sądziła więc, że nadal się nie zdarzy. To było jej miejsce, tylko jej i nikogo innego.
Wzięła głęboki oddech i delektowała się zapachem wsi. Łagodny wiatr rozwiewał jej włosy, a przyjazny konik polny cykał w trawie. Po bladoniebieskim wieczornym niebie płynęły chmury niczym łodzie z różowej waty. Pod chmurami krążyły mewy, także różowe. Pixie wiedziała, że ma czas – zawsze go miała – by pobawić się w tym uroczym miejscu; uroczym dla dziecka, które widziało tylko miasto, a trawę i kwiaty znało z parku i z małego skrawka zapuszczonego ogrodu na tyłach rodzinnego domu.
Dla Pixie ta łąka była po prostu upragnioną ucieczką od nieprzyjemnych sytuacji. Była zbyt mała, żeby wiedzieć, czym ona jest naprawdę. Przypuszczała, że łąka jest w niebie. Wolała jednak nie pytać. Instynkt jej podpowiadał, że musi zachować wszystko w sekrecie, bo gdyby powiedziała rodzicom, po prostu by jej nie uwierzyli. Mogliby nawet posądzić ją o kłamstwo. Któregoś dnia dowie się jednak, co to jest i jak nad tym zapanować. Zda sobie sprawę, jak szczególnym darem jest umiejętność wymknięcia się z własnego ciała i prześliźnięcia przez zasłonę. A potem nada temu nazwę. Odpowiednią nazwę. Taką, która dokładnie określi, czym jest przenoszenie się w czasie.
Nie wiedząc, co przyniesie przyszłość, Pixie bawiła się w swoim prywatnym niebie, goniła motyle i obserwowała pszczoły szukające pożywienia na stokrotkach i chabrach. Nie wiedziała, że nie odbyła żadnej podróży, że znajdowała się dokładnie w tym samym miejscu, tylko w innym czasie, długo przed swoimi narodzinami. Długo przed tym, zanim zbudowano jej dom. A nawet długo przed przyjściem na świat dziadków.
Nie zdawała sobie sprawy, gdzie jest i co ma się wydarzyć. Było to miłe, nieskomplikowane i całkowicie bezpieczne.
Na razie.ROZDZIAŁ PIERWSZY
Kornwalia, 2013 rok
Mgła znad morza osiadła na lądzie, zaciemniła światło i sprowadziła mżawkę na pola i wzgórza. Wilgotne powietrze wydawało się chłodniejsze. Owce tłoczyły się między skałami, szukając ciepła, choć miały na sobie wełniane palta, a samotny królik uznał, że lepiej wrócić do nory. Bezlistne drzewa dygotały, rachityczne gałęzie wydawały się czarne na tle szarości i tylko mewy odważyły się latać; ich upiorne krzyki przywodziły na myśl lamenty po żeglarzach, których dawno temu pochłonęło morze. Skończył się odpływ, pozostały po nim płytkie kałuże i mokry piasek, po którym pełzały nieszczęsne stworzenia pozostawione przez wodę; wszystko wokół zdawało się ponure i nieprzyjazne.
Nie był to dobry dzień na podróż, lecz Bruce i Olivia Talwynowie bardzo chcieli osiąść w swoim nowym domu w Kornwalii przed Bożym Narodzeniem. Bruce siedział za kierownicą lśniącego czarnego range rovera, skupiając uwagę na wygłaszanych melodyjnym głosem wskazówkach nawigacji satelitarnej, i powoli przedzierał się przez mgłę. Miał potargane rude włosy, piwne oczy i szeroką, przystojną twarz, na której pozostały ślady pewności siebie i dawnego uroku, lecz malujące się na niej znużenie przygasiło blask, pozbawiło ją promiennego uśmiechu; ta twarz przypominała teraz brzoskwinię pozostawioną zbyt długo w misce na owoce. Bruce był po prostu zmęczony. Z kolei Olivia, ładna blondynka o pełnych życia niebieskich oczach i szerokich ustach, wydawała się zadowolona. Mimo lekkiego niepokoju nie zamierzała się poddać, ponieważ pokładała wielkie nadzieje w tej nowej przygodzie.
– Czy to nie fascynujące?! – zawołała po raz setny ze zbytnim entuzjazmem, odwracając się z uśmiechem do dwojga dzieci, gdy nawigacja oznajmiła, że za dziesięć minut dotrą do celu.
Dzieci zignorowały zachwyt matki. Piętnastoletni Zach oglądał film na iPadzie. Miał brązowe włosy, piwne oczy, w których widać było inteligencję, i piegi na małym, wciąż chłopięcym nosie. Jego młodsza siostra, trzynastoletnia Tabitha, mająca podobnie jak Olivia długie, kręcone blond włosy i niebieskie oczy marzycielki, patrzyła przez szybę; jej wyobraźnię rozbudziło piękno odludnej wsi. Naprawdę coś się w niej rozpaliło, mała iskierka inwencji twórczej podsycana zdziwieniem, że jeszcze z tego nie wyrosła. Bruce psioczył na pogodę, Olivia próbowała zachować optymizm, Zacha pochłonął fantastyczny świat George’a R.R. Martina, a Tabitha widziała sznury pereł w żywopłotach i brylanty lśniące w trawie, a jej ekscytacja wzrosła, gdy kręte drogi stały się węższe, a mgła pociemniała, ponieważ to miejsce znajdowało się nieskończenie daleko od jasnych, zimnych ulic Notting Hill i kryło w sobie zapowiedź oczarowania.
Nowy dom rodziny, St Sidwell Manor, stał przy końcu długiej alei wiekowych platanów. Była to elżbietańska rezydencja z szarego kamienia, zbudowana w kształcie litery E, z trzema szczytami w stylu holenderskim i wysokimi kominami na planie kwadratu. Budowla miała przyjemne dla oka, harmonijne proporcje oraz piękne, zabawnie i ekstrawagancko rzeźbione szczyty, lecz coś w oknach przeczyło pozornej aurze wesołości. Okna wydawały się patrzeć na świat z niechęcią, przypominały oczy kogoś, kto nie życzy sobie, by mu przeszkadzano. A ściślej mówiąc, oczy kogoś, kto ostro sprzeciwiał się próbom przeszkadzania.
Co prawda, mgła nie pomogła. Wywoływała wrażenie, że dom wyłaniał się z niej niczym duch – widmowy galeon błąkający się po morzach i ubarwiający opowieści miejscowych rybaków, którzy przy kuflu piwa w pubie lubili straszyć turystów siłami nadprzyrodzonymi. Olivia chciała, żeby wyszło słońce i dzieci mogły zobaczyć rozmiary i wspaniałość ogrodów. Gdy wiosną zobaczyła je po raz pierwszy, były urzekające, choć zaniedbane. W otoczonych murem ogrodach warzywnych królowały chwasty, ale wystarczyło je wyplenić; dwie okazałe wiktoriańskie szklarnie będą jak nowe po starannym wyszorowaniu szyb; w sadzie rosły jabłonie i grusze, a rozległe trawniki Bruce będzie z przyjemnością strzygł kosiarką. Wszystko to wymagało mnóstwa pracy, ponieważ dalekiej krewnej Bruce’a, która zapisała mu tę posiadłość, wyraźnie zabrakło i pieniędzy, i zapału, zostawiła ją więc na łasce natury. Olivia zastanawiała się, czy postąpili rozsądnie, tak pospiesznie sprzedając dom w Londynie i przeprowadzając się tutaj. St Sidwell Manor znajdował się w opłakanym stanie, a był środek zimy. Co oni sobie myśleli?
Zerknęła na męża. Bruce wydawał się spięty, chyba uważał, że podjęli decyzję zbyt pochopnie, i przypomniała sobie, jaki był prawdziwy powód, dla którego tak szybko porzucili życie w mieście, by przenieść się do posiadłości na odludziu. Po prostu od tego zależało zdrowie Bruce’a. Gdy nieoczekiwanie pojawiła się szansa przeprowadzki, chwycili się jej niczym wspinacz liny ratunkowej, choć wcale nie mieli pewności, co znajdą na końcu tej liny. Bruce potrzebował spokoju po załamaniu nerwowym, do którego przyczynił się narastający stres związany z jego pracą handlowca – Olivia przekonała go w końcu, by zrezygnował z tego zajęcia – i musiał znaleźć nowy sposób na życie. Przyjemna perspektywa gospodarowania na farmie na odległej kornwalijskiej wsi pojawiła się właśnie wtedy, gdy najbardziej tego potrzebował. Bruce niczego nie wiedział o pracy na farmie, ale jak ciężka mogła ona być?
Bruce zatrzymał samochód przed gankiem z kolumnami. W tej samej chwili otworzyły się duże drewniane drzwi i pojawiła się tęga, siwowłosa kobieta w długiej, czarnej sukience i kolorowym szalu z frędzlami, a za nią korpulentny młody mężczyzna o potarganych brązowych włosach i nieogolonej twarzy, ubrany w gruby, granatowy rybacki golf i ciężkie sznurowane buty. Olivia i Bruce poznali już Elsę Tregoning i jej syna Toma, gdy wiosną po raz pierwszy przyjechali do tego miejsca, i uznali, że są to przyzwoici, spokojni ludzie. Elsa pracowała przeszło pięćdziesiąt lat dla poprzedniej właścicielki, pani Delaware, i chętnie by odeszła. Olivia próbowała znaleźć kogoś, kto ją zastąpi, ale nikt nie odpowiedział na jej ogłoszenie, choć przez siedem miesięcy wisiało na tablicy ogłoszeń w miejscowym sklepie. Nawet sobie nie wyobrażała, że na wsi tak trudno znaleźć pomoc domową. Tom zarządzał farmą, podobnie jak wcześniej jego nieżyjący już ojciec, przydawał się też, gdy trzeba było porąbać drewno czy udrożnić rury. Wydawało się, że odetchnął z ulgą, gdy Bruce wyjaśnił, iż nie zamierza go zastępować, i był nieco oszołomiony, gdy nowy właściciel dodał, że ma zamiar sam pracować na roli, jeśli Tomowi wystarczy cierpliwości, aby go tego nauczyć. Olivia wyczytała z wyrazu twarzy mężczyzny, że jego zdaniem Bruce w dżinsach, sportowych butach i drogiej marynarce nie wyglądał na kogoś, kogo łatwo będzie przemienić w farmera.
Na szczęście Elsa zgodziła się zostać, dopóki rodzina się nie zadomowi.
– Tak będzie najlepiej. Ten stary dom wymaga czasu, żeby się w nim urządzić – powiedziała z miękkim kornwalijskim zaśpiewem, uśmiechając się znacząco. – Może być trochę nieznośny dla nowych mieszkańców.
Olivia pomyślała, że to dość dziwne sugerować, że ten dom ma uczucia jak człowiek. Uznała, że to śmieszne, a Elsa jest dziwaczką, i postanowiła dać kolejne ogłoszenie gdzieś w dalszej okolicy. Gdy jednak gospodyni i jej syn zeszli ze schodów na żwirowy podjazd, by pomóc wnieść bagaże, Olivia poczuła wdzięczność do nich obojga, ponieważ nie spodobałoby się jej przybycie do pustego domu.
Olivia przyjęła z zadowoleniem, że w dużym kominku w holu pali się ogień. Płomienie tańczyły żwawo na grubych polanach, które trzaskały i wypuszczały w powietrze pachnący drewnem dym. Zatrudniona przez nią miejscowa firma budowlana wykonała tylko niezbędne naprawy, jako że dom miał solidną konstrukcję, a w pokojach znajdowało się dużo marmurowych kominków, mnóstwo pięknych starych mebli i obrazów w pozłacanych ramach. Na ścianach wisiały też wyblakłe gobeliny, a podłogę z desek pokrywały wytarte dywany. Olivii i Bruce’owi wystarczyło jednak pieniędzy tylko na odnowienie kilku pokojów, z których mieli korzystać. Chcieliby kiedyś wymienić instalację elektryczną i odnowić cały budynek, ponieważ nic tu nie zostało zmienione od czasów wiktoriańskich, ale kosztowałoby to fortunę. Teraz było ważne, żeby tu zamieszkać, a dopiero potem postanowić, co należy zrobić. Mimo że St Sidwell Manor wyglądał, jakby czas się w nim zatrzymał, był to dom jak z marzeń, a gdy dzieci pobiegły poszukać swoich pokoi, Olivia się uspokoiła i odetchnęła z ulgą; podróż trwała długo, ale już byli na miejscu. Bruce wziął ją za rękę.
– Wszystko w porządku, prawda? – zapytał, szukając w oczach żony potwierdzenia, bo choć decyzja o przeprowadzce była wspólna, wiedział, że na jej podjęciu zaważył stan jego zdrowia.
– Jest idealnie – odparła z uspokajającym uśmiechem. – Ale przydałby mi się jeszcze jeden sweter – dodała, dygocząc. Mimo głośno buzującego ognia w kominku dom wydawał się zimny.
Olivia wędrowała spojrzeniem po holu i rozmyślała o poprzedniej właścicielce St Sidwell Manor, tajemniczej krewnej Bruce’a; to ona zapisała mu w testamencie całą posiadłość. Bruce nigdy o niej nie słyszał, a ona niczego nie wyjaśniła, oświadczyła tylko, że Bruce jest jej najbliższym żyjącym krewnym. Nie zajęło dużo czasu odkrycie, że Delaware nazwała się po mężu, a jej nazwiskiem panieńskim było Pengower. Elsa powiedziała im wiosną, że Pengowerowie zbudowali ten dom za panowania Elżbiety Pierwszej i mieszkali w nim nieprzerwanie przez ponad czterysta lat. Bruce przeprowadził krótkie poszukiwania i dowiedział się, że wśród jego przodków nie było nikogo o nazwisku Delaware lub Pengower, ale jakie to miało znaczenie? Pani Delaware zapisała mu posiadłość i to bardzo miło z jej strony.
Ten dom jest o wiele za duży dla nich czworga, pomyślała Olivia, wędrując po ogromnym salonie o wysokim, zdobionym suficie i również wysokich, wielodzielnych oknach. Zastanawiała się, jak pani Delaware mogła mieszkać tu sama tak długo. To z pewnością nie był dom dla jednej osoby, lecz dla dużej rodziny i dużego zastępu służby. Olivia nie wybrałaby takiej rezydencji na miejsce do życia, ale gdy przyjechała tu po raz pierwszy ładnego dnia przed dziewięcioma miesiącami, zakochała się w tym domu, bez wątpienia wspaniałym i dającym nadzieję na spokojne, służące zdrowiu życie. Właśnie w tym miejscu biedny, załamany Bruce mógłby wrócić do siebie, a Olivia miałaby pracownię, gdzie mogłaby malować. Na swoje miejsce do pracy wybrała przyjemny pokój dzienny z widokiem na ogród. Nie musiałaby już ilustrować książek przy stole kuchennym, nie przeszkadzałyby jej dzieci i dzwonek do drzwi bez końca obwieszczający kolejne dostawy z Amazona. Będzie wspaniale.
Z przyjemnością myślała również o bliskości morza odległego od domu o zaledwie kilka kilometrów. Czy to nie cudownie, że można wędrować po plaży? Spacerować boso po piasku, ilekroć ma się na to ochotę? Leżeć na plecach w słońcu i słuchać delikatnego plusku fal? Spojrzała przez małe prostokątne szybki okienne na ogród, wciąż niewidoczny z powodu mgły i zapadającego zmroku, i próbowała go sobie wyobrazić. Wszystko okaże się piękne, gdy wyjdzie słońce, powiedziała sobie stanowczo.
Odeszła od okna i nagle poczuła się zniechęcona rozmiarami tego pokoju. Nie przywykła do tak dużej przestrzeni. Nie wiedziała, co z nią zrobić. Czuła się przytłoczona i przez okropną chwilę wątpiła, czy da sobie radę. Oczywiście, że zostawienie domu, przyjaciół i wszystkiego, co znała, było ryzykownym posunięciem, ale oboje się zgadzali, że najważniejsze jest zdrowie Bruce’a. Bez tego nic mu nie pozostało. Bez tego im obojgu nic nie pozostało. Poza tym dzieci będą dorastać w czystym powietrzu i będą miały dużo swobody. Każdemu z nich będzie tu dobrze. Ta decyzja okaże się najlepsza ze wszystkich, jakie kiedykolwiek podjęli, Olivia była tego pewna.
Właśnie wtedy jej optymizm otrzymał bolesny cios w samo serce. Zobaczyła siebie w swojej małej kuchni w Londynie, gdzie piła herbatę przy cicho grającej muzyce. Jakże miło i przytulnie było w tym małym, ale znanym pomieszczeniu. Wyrzuciła ten obraz z głowy. Nie, wszystko będzie wspaniale, zapewniła się po raz milionowy; to jest nowy początek i nowa przygoda, a gdy się tu zadomowi, St Sidwell Manor będzie się wydawał równie przytulny jak jej dom w Londynie.
Założyła ręce na piersi i zadrżała. Jak powiedziała mężowi, będzie musiała po prostu nosić jeszcze jeden sweter lub dwa.
Przekształcenie rezydencji w dom zawsze będzie wyzwaniem, Olivia i Bruce wprowadzili jednak pewne zmiany po to, by budynek wydawał się mniej przepastny. Postanowili w ogóle nie korzystać z poddasza, bo do czego im było potrzebnych sześć małych pokoików dla służby, skoro piętro niżej znajdowało się dziesięć większych? Dlatego Olivia już zamknęła drzwi do wąskiej klatki schodowej. Te pokoje ze starymi podłogami z desek, z białymi ścianami i prostymi żelaznymi łóżkami miały pozostać nieużywane.
– Nie jestem pewna, czy ten dom będzie szczęśliwy z powodu tej zmiany – stwierdziła Elsa, widząc, co się dzieje.
Olivia zapewniła ją, że dom się do tego przyzwyczai, lecz Elsa nie wyglądała na przekonaną. Wzięła się pod boki, przymrużyła zielone oczy i złowieszczo potrząsnęła głową, nie wysunęła już jednak dalszych obiekcji.
Olivia rozumiała, że nie wszystkim podobają się zmiany. Nic nie pozostaje jednak takie samo. Taka jest natura rzeczy. St Sidwell Manor musi się po prostu z tym pogodzić, podobnie jak Elsa Tregoning.
Wszystkim czworgu pierwsza noc wydawała się dziwna. Bruce i Olivia wybrali dla siebie największą sypialnię. Z wychodzących na południe okien widać było trawnik i jezioro. W sypialni stało staroświeckie łoże z baldachimem, były tam też solidna szafa, komoda i elegancka toaletka, wszystko wykonane z drewna orzecha włoskiego. Na jednej ścianie dominowało duże, wychodzące na południe okno, typowe w czasach Tudorów, z małymi prostokątnymi szybkami, z widokiem na trawnik i jezioro. W wyłożonych boazerią niszach znajdowały się piękne ławeczki. Olivia urządziła sypialnię zgodnie ze swoim gustem – tapety i zasłony we wzór kwiatowy, niebieskozielony dywan i elegancka biała pościel – ale pokój wciąż wydawał się jej dziwnie upiorny. Miała wrażenie, że na nią patrzy, że cały dom obserwuje ją z dezaprobatą.
Mgła osiadła nisko na ziemi, a gdy w ogrodach zapadł mrok, widać było tylko nieprzeniknioną ciemność, którą rozjaśniało od czasu do czasu słabe światło księżyca. Z tej czerni wyłaniało się lśniące jak onyks jezioro. Wiatr smagał mury i gałęzie platanów, a stary dom skrzypiał i jęczał niczym zrzędliwy staruszek, któremu nie podobało się przybycie obcych miastowych. Olivia nie spała, wychwytywała każdy nieznajomy dźwięk. Brakowało jej odgłosów ruchu ulicznego i pomarańczowego światła, które przenikało przez szpary w zasłonach w jej sypialni w Notting Hill. Tutaj panowała całkowita ciemność, jakby Olivia znalazła się w brzuchu wieloryba. Przytuliła się do ciepłych pleców Bruce’a i poczuła się lepiej, gdy ten wziął ją za rękę i przyłożył do swojej piersi. Olivia usnęła po kilku chwilach, po raz pierwszy w życiu wdzięczna mężowi za chrapanie, ponieważ gdy chrapał, mniej się bała. Miała nadzieję, że dzieci śpią, a nie leżą bezsennie tak jak ona, z uczuciem, że nie powinna tu być.
Zach nie chciał przyznać, że się boi. Miał piętnaście lat, od ósmego roku życia uczył się w szkole z internatem, tu jednak zawodzenie wiatru przypominało płacz, a skrzypienie desek podłogowych – odgłos kroków zbliżających się do jego pokoju. Prawie się spodziewał, że w którymś momencie otworzą się drzwi i Wildling¹ albo Biały Wędrowiec² wejdzie do pokoju z toporem. Łóżko z baldachimem uznał za dziwaczne. W gruncie rzeczy cały dom był jak z horroru. Rodzice oszaleli, decydując się na przeprowadzkę tutaj, na tę odludną wieś, gdzie nikogo nie znali. On wolałby zostać w Londynie. Tam mieli przynajmniej miłych sąsiadów i latarnie uliczne. Zamrugał oczami i spróbował okiełznać wyobraźnię. W końcu pokonał strach, włożył do uszu słuchawki i słuchał ulubionej muzyki, dopóki nie zapadł w niespokojny sen.
Tabitha natomiast wcale się nie bała. Siedziała po turecku na ławeczce we wnęce okiennej i obserwowała chmurę rozrzedzającą się powoli, dopóki srebrzyste smugi światła księżyca nie zaczęły rozjaśniać nieba, niespiesznie po nim frunąc jak anioły. Przez małe szybki patrzyła oczarowana na urzekający nowy świat, stopniowo się przed nią objawiający. Kontury drzew, których gałęzie się poruszały, w wyobraźni dziewczynki budziły się do życia niczym olbrzymy zbierające się o północy w ogrodzie. Być może machały do niej, witały ją w nowym domu, rozpoznawszy, że jest kimś wyjątkowym, ponieważ dostrzegła, kim są w rzeczywistości.
Tabitha już kochała to miejsce. Zachwycały ją łóżko z baldachimem i grubymi aksamitnymi zasłonami, boazerie i ławeczki pod oknami, historia wyczuwalna w starych korytarzach, nierównych ścianach i skrzypiących deskach podłogowych. Miała nadzieję, że zobaczy ducha, ponieważ dom tak stary jak ten musi być siedliskiem duchów dawno zmarłych mieszkańców. Gdy Tabitha była mała, często budziła się w nocy i widziała jakieś półprzezroczyste istoty kręcące się po jej pokoju. Początkowo ją przerażały, więc w panice włączała światło, a one znikały. Ale od kiedy przeczytała _The Ghosts_ (Duchy) Antonii Barber³, podniszczoną książkę, którą znalazła w bibliotece i czytała przy latarce długo po zgaszeniu światła, zjawiska paranormalne już jej nie przerażały, lecz fascynowały. Zach nie wierzył w duchy, natomiast Tabitha nie rozmawiała z rodzicami na ten temat, bo znaleźliby logiczne wytłumaczenia i zaprzeczyli istnieniu duchów, a ona nie chciała tego słuchać. Była pewna, że to, co widziała, istniało naprawdę. Już dawno temu postanowiła więc zatrzymać dla siebie to, czego doświadczyła. Ale czy nie byłoby wspaniale zobaczyć choć jednego ducha tutaj? Przyglądała się chmurze, teraz podzielonej, ujrzała okrągłe, jasne oblicze niezawodnego strażnika nocy i miała wielką nadzieję, że zobaczy coś nie z tego świata.
Następnego dnia o świcie niebo było przejrzyste. Na trawniku pojawił się szron skrzący się jak magiczny pył w bladym zimowym słońcu. Wiatr ucichł, jego miejsce zajęła łagodna bryza niosąca nad ujście rzeki i St Sidwell Manor słony zapach morza. Olivia rozsunęła zasłony i uśmiechnęła się z ulgą, widząc, że nowy dom wygląda w bieli niewinnie i uspokajająco. Przerośnięte chwasty i splątane krzewy ukryte pod zimowymi szatami prezentowały się czarująco. Po jasnym niebie szybował czerwony latawiec, jego smutny świst przerwał ciszę, a po zamarzniętym nocą jeziorze dreptała para kaczek krzyżówek. Olivia chłonęła ten widok, ponieważ słońce wkrótce roztopi szron i ukaże się cała mizeria ogrodów wraz z zapowiedzią ogromu pracy, którego będzie wymagało przywrócenie ich do dawnej świetności. Ale ona to zrobi. Nie przyjęła żadnych nowych zleceń, żeby mogła się poświęcić przemianie tej wspaniałej budowli w dom.
Elsa przygotowała śniadanie i zostawiła je w jadalni na gorącej płycie. Budynek nie był modernizowany, więc kuchnia, spiżarnia, zmywalnia naczyń, składziki nadal były odcięte od głównej części domu solidnymi drzwiami. Pomieszczenia za nimi były domeną służby; zgodnie z tradycją rodzina właścicieli nie była tam mile widziana. Olivia chciała otworzyć tę cześć domu, tak by powstała duża przestrzeń łącząca kuchnię z pokojem dziennym, lecz nie było na to pieniędzy. Przynajmniej na razie.
Olivia czuła się dziwnie, siedząc z mężem i dziećmi przy jednym końcu długiego mahoniowego stołu, podczas gdy reszta blatu była pusta. Bruce natomiast z przyjemnością zajadał jajka na bekonie i zaproponował, żeby zaraz po śniadaniu poszli dokładnie obejrzeć dom. Nocą nie słyszał odgłosów domu, bo spał, głośno chrapiąc. A teraz ubrany w niebieską koszulę w kratkę z podwiniętymi rękawami i dżinsy nie wydawał się zmarznięty.
– Czy to nie wspaniałe? – zapytał, patrząc to na syna, to na córkę. – Jakie to uczucie mieszkać w rezydencji? Proponuję, żebyście zjedli, a potem możemy się tu rozejrzeć. Mam wrażenie, że to miejsce nie zmieniło się od czasów wiktoriańskich. Czas naprawdę stanął tu w miejscu.
Zach cieszył się, że jest już dzień. Przez okna wpadało światło słoneczne, przepędzając mroki nocy, a wraz z nimi strach. Entuzjazm ojca sprawił, że Zachowi zrobiło się głupio, że tak się bał. Biali Wędrowcy, rzeczywiście! Co za idiota z niego.
Tabitha niecierpliwie czekała na oglądanie domu, Olivia wolała jednak, by wszyscy wyszli i nie plątali się jej pod nogami, ponieważ nadal stało wiele pudeł do rozpakowania, różne rzeczy należało schować, a ona nie życzyła sobie, by ktoś jej przeszkadzał i czegoś od niej chciał. Mieli mnóstwo czasu na przeszukanie domu później.
– Racja – zgodził się Bruce, dopijając kawę i odsuwając swoje krzesło. Uśmiechnął się szeroko do syna i córki, oczy mu błyszczały, był pełen entuzjazmu. – Gotowi na przygodę w dziczy? Będziemy potrzebowali kos i mieczy, żeby wyciąć ścieżkę między tymi chwastami. – Zwrócił się do Olivii: – To będzie wyzwanie!
Zach posmarował masłem kolejną grzankę i ją ze sobą zabrał. Tabitha pobiegła włożyć palto i kalosze. Olivia odłożyła serwetkę na talerz.
– Całe to miejsce będzie wyzwaniem – zauważyła z uśmiechem. – Ale razem zamienimy je w dom jak z bajki.
Po śniadaniu Olivia znalazła Elsę w kuchni. Było to jedno z pomieszczeń, które najbardziej pragnęła zmienić, ponieważ wyglądało na przygnębiająco staroświeckie. Stał tam duży sosnowy stół, w niszy, w której kiedyś z pewnością znajdował się kominek, zgromadzono różne żeliwne przybory i sprzęty, a kredens wypełniały lśniące mosiężne garnki i patelnie, których nigdy nie używano. Oliwia wstawiła do kuchni zmywarkę, ale sądząc po stercie talerzy w zlewie, wyglądało na to, że Elsa nie wie, jak się ją obsługuje.
– Czy wszystko jest tak, jak pani lubi, pani Olivio? – zapytała Elsa. Choć powiedziano jej, by zwracała się nowej właścicielki po imieniu, Elsa uparcie trzymała się tradycyjnej formy. Nie wydawała się też zadowolona z widoku Olivii na swoim terytorium.
– Wszystko dobrze, dziękuję, Elso – odparła Olivia wesoło, zdecydowana zaprzyjaźnić się z tą kobietą.
Elsa pasowała do tej kuchni tak samo jak stół. Miała gołębioszare włosy upięte w luźny kok, biały fartuszek na czarnej sukni sięgającej do pięt i czarne sznurowane buty. W gruncie rzeczy wyglądała jak przeniesiona z innej epoki, podobnie jak ten dom. Wszystko w Elsie było staroświeckie, z wyjątkiem dużego, połyskliwego kamienia, prehnitu, na jej szyi, pasującego do niezwykłego, niebieskozielonego koloru oczu Elsy. Olivia miała wrażenie, że jest intruzem we własnym domu.
– Bardzo przydałaby mi się pomoc – powiedziała przepraszającym tonem. – Jest dużo pudeł do rozpakowania. Czy mogę na ciebie liczyć?
Elsa skinęła głową i podeszła do zlewu, aby umyć ręce.
– Jak minęła pani pierwsza noc? Dobrze pani spała? – Wzięła do ręki mydło i odwróciła się do starego mosiężnego kranu. Woda bulgotała i rozpryskiwała się, wreszcie popłynął rdzawy strumień.
– Szczerze mówiąc, było trochę strasznie – odparła Olivia. – Nigdy nie spałam w tak dużym domu.
– O tak, dom jest duży i trochę złośliwy – zgodziła się Elsa, namydlając ręce; na jej nadgarstkach brzęczały bransoletki. – Po prostu musicie poznać się nawzajem.
– Nie jest nawiedzony, prawda? – Olivia roześmiała się nerwowo. Nie wierzyła w duchy, wolała jednak się upewnić.
Elsa się odwróciła, wyraz jej twarzy złagodniał.
– Nie, pani Olivio. To tylko odgłosy wiatru i normalne skrzypienie starego domu. Za kilka dni nawet nie zwróci pani na to uwagi.
Olivia poczuła ulgę.
– To dobrze. Wszyscy przypuszczają, że w miejscach takich jak to roi się od duchów.
– Ludzie bardzo lubią takie opowieści, czyż nie? W okolicy jest mnóstwo takich, którzy powiedzą pani, że ten dom jest nawiedzony. Proszę ich nie słuchać. Mieszkam tu przeszło pięćdziesiąt lat i nigdy się tym nie przejmowałam.
– Dziękuję, Elso, dobrze to słyszeć – powiedziała Olivia. – Głupio z mojej strony, że o tym wspomniałam.
Elsa uśmiechnęła się ciepło i wytarła ręce ściereczką do naczyń.
– A teraz proszę mi powiedzieć, od czego chce pani zacząć.
Tabitha w palcie i kaloszach poszła za ojcem i bratem do tylnych drzwi i na duży, wychodzący na ogród taras z kamienną balustradą, elegancką, lecz omszałą. Tak samo omszałe schodki prowadziły z tarasu do brukowanej ścieżki. Biegła ona przez coś, co niegdyś było nienagannie utrzymanym trawnikiem, a potem stało się kawałkiem terenu porośniętym chwastami, które, pokryte szronem, wystawały z ziemi niczym kępki futra. Na końcu ścieżki znajdowała się żałośnie wyglądająca fontanna. Wydawała się zagubiona w tej opuszczonej części ogrodu.
Tabitha przyglądała się z zachwytem, jak para jej oddechu miesza się z powietrzem. Panowało gryzące zimno, wszystko dookoła było białe, ponieważ mróz miał pracowitą noc. Niebo skrzyło się milionami okruchów lodu, a to, że krążyły pod nim mewy, wskazywało, że morze jest dla ptaków niedostępne. Tabithę ekscytowała bliskość morza.
Z entuzjazmem szybko maszerowała ścieżką, po której obu stronach stały rzędy cisów z ogromnymi, kulistymi koronami przypominającymi wielkie puddingi bożonarodzeniowe posypane cukrem pudrem. Zeszła ze ścieżki i powędrowała po trawie, jej kalosze wellingtony zostawiały ślady tworzące linię. Na podobny pomysł musiała wpaść para królików, które też zeszły ze ścieżki; o ich nocnym tańcu świadczyły dwie splątane linie śladów małych króliczych łapek.
Tabitha doszła do końca ścieżki i zatrzymała się przy fontannie. Wykonana z szarego kamienia, miała kształt dość dużego koła. Pośrodku znajdowała się intrygująca figura kobiety. Robiła wrażenie bardzo samotnej, jakby nikt od bardzo dawna nie zwracał na nią uwagi. Nawet kosy i kruki zdawały się ją opuścić, bo szukały pożywienia na drugim końcu ścieżki. Kamień, z którego wyrzeźbiono figurę, w wielu miejscach pokrywały porosty, czas nie obrabował jej jednak z urody. Twarz tej kobiety była rzeczywiście zniewalająca, jednocześnie uderzająco piękna i smutna. Długie rozwiane spódnice stwarzały wrażenie, że smukła sylwetka się porusza, a uniesione w górę ręce przywodziły na myśl błaganie o coś niebios. Tabitha stała przez figurą, ogarnięta nagle dziwnym smutkiem. Kobieta miała głowę przechyloną w jakiś taki wzruszający sposób, jakby szukała czegoś cennego w górze, w chmurach. Fontanna była sucha, co potęgowało wrażenie osamotnienia i opuszczenia. W basenie, gdzie kiedyś była woda, leżały tylko zbrązowiałe liście.
– Tabitho!
Rozmyślania dziewczynki przerwał ojciec, który machał do niej, stojąc przy ładnej drewnianej furtce w wysokim kamiennym murze. Niechętnie zostawiła kobietę na pastwę samotności i dołączyła do ojca. Za furtką znajdował się otoczony murem ogród warzywny; leżała tam wyrzucona pordzewiała taczka, a dalej stały ogromne szklarnie, puste inspekty i stodoła pełna wielkich kłód drewna. Bruce jęknął na widok pokrytych pleśnią szyb w szklarniach nie nęciła go perspektywa mycia tego wszystkiego. Tabitha i Zach przebiegli obok zapuszczonych grządek do rozpadającej się furtki na końcu ogrodu i pognali do lasu. Ojciec wołał za nimi, lecz go zignorowali i biegli dalej. Uczucie swobody działało oszałamiająco, perspektywa przygody ekscytowała; żadne nie chciało zwolnić, pójść krokiem spacerowym. Zbyt dużo było do zobaczenia. Zbyt dużo do odkrycia. Po życiu na ulicach Londynu ta rozległa przestrzeń wydawała się rajem. Nawet Zach zaczynał doceniać zalety przeprowadzki do dużej posiadłości na wsi.
Za lasem ukazały się porośnięta bujną roślinnością łąka i błękitna, połyskująca w porannym słońcu wstęga rzeki wpadającej do morza. Pośrodku łąki stała mała, szara kaplica otoczona grobami. Siostra i brat zatrzymali się i zapatrzyli, widok cmentarza ich otrzeźwił i nagle ostudził entuzjazm obojga. Miejsce było upiornie ciche, najwyraźniej opuszczone, być może od dziesiątków lat. Tylko wrony podskakiwały w wysokich trawach tam, gdzie szron już stopniał. Między tradycyjnymi nagrobkami na cmentarzu stały też obeliski na cokołach. Jeden czy dwa były przechylone, może przez potężne wichury, a może, pomyślała Tabitha, wpatrując się z fascynacją w obeliski, wytrąciły je z równowagi dusze zmarłych niezaznające spokoju pod ziemią.
Zach, który nie miał tak wybujałej wyobraźni jak jego siostra, widział po prostu nagrobki, poczerniałe przez upływ czasu i podniszczone przez wiatr. Zaciekawiły go jednak inskrypcje wykute w kamieniu, ponieważ były świadectwem historii, a Zacha bardzo interesowała przeszłość. Pobiegł przodem, aby się im przyjrzeć.
Bruce dogonił dzieci.
– Coś takiego! Spójrzcie na to! – zawołał, biorąc się pod boki i łapiąc oddech. Żałował, że spędził tak dużo czasu, siedząc za biurkiem, i zaniedbał ćwiczenia. Ale teraz miał zostać farmerem i zamierzał zadbać o kondycję. – Opuszczona kaplica! Niesamowite! – Nie zwrócił uwagi na tę budowlę, gdy wiosną po raz pierwszy oglądał posiadłość. Wziął Tabithę za rękę i ruszyli w stronę kaplicy. – Zobaczmy, co jest w środku, zgoda?
Gdy dotarli na miejsce, Zach już wycierał porosty z jednej z tablic nagrobnych i próbował przeczytać widoczny na niej napis.
– Czyje są te wszystkie nagrobki? – zapytała Tabitha.
– Ludzi, którzy umarli – odparł Zach ze śmiechem.
– Wiem, że oni nie żyją, głupku. – Tabitha przewróciła oczami. – Myślisz, że to są ludzie, którzy mieszkali w naszym domu?
– Przypuszczam, że to kaplica rodziny Pengowerów – włączył się Bruce. – Niech zobaczę. – Nachylił się, by przeczytać napis na jednym z kamieni. – „Bernard Pengower, tysiąc osiemset dwadzieścia jeden, tysiąc osiemset osiemdziesiąt jeden”. Widzicie? Miałem rację.
– Tu też jest jakiś Pengower! – zawołał Zach, wyskubując mech pokrywający litery imienia. – Tysiąc osiemset osiemdziesiąt sześć, tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt pięć. Wydaje się, że to mógł być Robert, Robin, Richard. Jakiś R.
Tabitha puściła dłoń ojca i pobiegła przyjrzeć się jednemu z pochylonych obelisków. Stanęła przed nim. Na białym marmurowym cokole dostrzegła płaskorzeźbę przedstawiającą kobiecą dłoń, w której spoczywała mała rączka dziecka. Powyżej znajdowała się krótka inskrypcja: „Cordelia Pengower 1862–1896. Niech spoczywa w spokoju”.
– Tato, spójrz tutaj. Jak myślisz, kim ona była?
Bruce podszedł bliżej. Przeczytał inskrypcję i przyjrzał się wysmakowanej płaskorzeźbie. Te dłonie przypominały białego gołębia.
– Cóż – zaczął, starając się przypomnieć sobie nieliczne informacje, które znalazł podczas poszukiwań przeprowadzonych po otrzymaniu zaskakującej wiadomości o spadku. – Thomas Pengower zbudował tę rezydencję w tysiąc pięćset osiemdziesiątym szóstym roku po tym, jak zarobił fortunę, dostarczając drewno flocie królewskiej. Moim zdaniem Cordelia Pengower była kimś ważnym, skoro postawiono jej taki duży pomnik. W czasach wiktoriańskich lubiano takie wyszukane nagrobki. Przypuszczam, że była panią tego domu, a także matką, ponieważ trzyma dziecięcą rączkę. I zmarła młodo, miała zaledwie trzydzieści cztery lata. Być może umarła przy porodzie. Kto wie?
Tabitha zastanawiała się, czy właśnie tę kobietę przedstawia figura w ogrodzie. W chwili gdy wróciła do niej myślami, poczuła, że jeżą jej się włosy na karku. Potarła to miejsce ręką.
– Czy leżą tu sami Pengowerowie? – zapytał Zach, biegający teraz od grobu do grobu jak fryga i liczący, ilu Pengowerów udało mu się znaleźć.
– Na to wygląda, prawda? Talwynów nie ma? – dopytywał się Bruce.
– Jeszcze nie – odparł Zach.
– Wejdziemy do środka? – zaproponował Bruce, kierując się do drzwi. – Potem wrócimy do domu i zobaczymy, co uda się znaleźć w bibliotece. Księgozbiór w rezydencji – dodał z dumą – jest naprawdę wyjątkowy.
– Do domu… – Zach wzruszył ramionami. – Brzmi śmiesznie.
– Śmiesznie czy po prostu dziwnie? – zapytał jego ojciec.
– Dziwnie – sprostował Zach. – Jeszcze nie czuję się tam jak w domu.
– A ja tak – wtrąciła Tabitha. – Wcale nie chcę wracać do Londynu.
Ku zaskoczeniu Bruce’a drzwi do kaplicy nie były zamknięte. Dzieci w milczeniu weszły za ojcem do środka. Sądząc z tablic z nazwiskiem Pengower datowanych od siedemnastego wieku, była to po prostu kaplica zbudowana dla tej rodziny. Przed ołtarzem stały rzędy drewnianych ławek, duże okna zdobiły witraże. Biały obrus na ołtarzu był czysty, lecz nic na nim nie leżało. Raczej nie było wątpliwości, że już nie korzystano z tego miejsca – unosiła się w nim aura opuszczenia – lecz najwyraźniej ktoś przychodził, aby utrzymać je w czystości. Na parapetach okiennych nie było martwych insektów, a na posadzce nie leżały w rogach suche liście. Nie czuło się też zapachu stęchlizny, jakiego można by się spodziewać w starym, niewykorzystywanym budynku. W krajobrazie tak często nękanym przez wichry znad morza i deszcze kaplica robiła wrażenie przyjemnej oazy spokoju i ciszy.
– Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o Pengowerach – mruknął Bruce, przebiegając palcami po marmurowej płaskorzeźbie na tablicy ku pamięci Arthura Pengowera zmarłego przed trzystu laty.
Bruce mówił do siebie, ale Tabitha usłyszała.
– Nie żyje nikt z tej rodziny – powiedziała. – Gdyby było inaczej, nie dostałbyś spadku.
– Masz rację, kochanie – przytaknął Bruce.
– Czy pani Delaware była z domu Pengower?
– Tak. Nazywała się Emily Pengower, ale wyszła za mąż za Henry’ego Delaware’a, więc powinna być pochowana tutaj – zauważył Bruce. – Nie widziałem tu świeżego grobu, a ty?
– Tato, masz pewność, że nie jesteś Pengowerem? – dopytywał się Zach, padając z założonymi rękami na ławkę w pierwszym rzędzie. Cały się trząsł, ponieważ w kaplicy panowało lodowate zimno. – A poza tym w jaki sposób jesteś spokrewniony z panią Delaware?
– Nie wiem. Na pewno jest to dalekie pokrewieństwo.
Bruce i Olivia zadawali sobie to samo pytanie, a Elsa też nie potrafiła ich oświecić. Nie mieli czasu na poszukiwania głębsze niż zapoznanie się z drzewem genealogicznym rodziny Bruce’a, co nic nie dało. Szczerze mówiąc, Bruce miał na głowie rzeczy ważniejsze niż genealogia.
– Skąd to wiesz? – nie ustępował Zach.
– Krewni, do których dzwoniłem, nie mogli mi pomóc. Nikt nie słyszał ani o Pengowerach, ani o Delaware’ach. Po tych rozmowach nie jestem mądrzejszy.
Rodzice Bruce’a nie żyli, a młodszy brat mieszkał w Australii. Fakt, że Olivia miała bardzo dużą rodzinę, w niemałym stopniu sprawił, że tak go pociągała. Bruce’a zmęczyła samotność.
– Z jakiego czasu są ślady twojej rodziny, które udało ci się znaleźć?
– Naszej rodziny – poprawiła brata Tabitha.
– Z dość odległej przeszłości, ale nie ma w nich ani nazwiska Delaware, ani Pengower. To pewne.
Zach zachichotał.
– Czyli wierzysz, że jesteś krewnym pani Delaware dlatego, że ona tak powiedziała?
– Tak, synu. Jestem pewien, że tego nie zmyśliła. Być może jestem potomkiem jakiejś jej dalekiej kuzynki. Nie musiała to być Delaware, prawda? Mógł to być ktokolwiek. Znajdą się gdzieś jakieś powiązania. Ona nie zamierzała przekazać domu przypadkowej osobie. Specjalnie podkreśliła, że jestem jej najbliższym żyjącym krewnym. Dlatego tu jesteśmy. – Zaśmiał się. – A ja nie narzekam.
Bruce doceniał swoje niezwykłe szczęście, cieszył się, że podano mu na talerzu tak wspaniałą posiadłość.
Tabitha uśmiechnęła się od ucha do ucha.
– Chciałabym nazywać się Pengower – oznajmiła.
– Dlaczego? – zapytał Zach, wstając. – Co w tym takiego dobrego? Z tego, co widzę, oni wszyscy nie żyją.
– Podoba mi się to nazwisko. Brzmi jak Pendragon⁴ – odparła Tabitha. Nie potrafiła ująć w słowa, jak bardzo podziwia rodzinę, która wybudowała ten piękny dom i kaplicę, i postawiła figurę w ogrodzie.
– Prawdopodobnie gdzieś w domu jest drzewo genealogiczne rodziny – stwierdził Bruce, wyprowadzając dzieci na słońce, po czym zamknął za nimi drzwi kaplicy. – Możemy poszukać w bibliotece. Jest tam mnóstwo książek. Rzucam wam obojgu wyzwanie. Kto pierwszy znajdzie drzewo, dostanie piątaka.
Zachowi się to spodobało.
– Znajdę je – rzucił, wkładając ręce do kieszeni i szybko ruszył do domu.
Tabitha wzięła ojca za rękę.
– Wiem, że jesteś Pengowerem – zapewniła i spojrzała na niego z powagą.
– Skąd możesz to wiedzieć, skarbie?
– Po prostu wiem.
Przez chwilę błądziła spojrzeniem po nagrobkach, gdy oboje szli za Zachem przez wysokie trawy. Była pewna, że widziała coś przechodzącego przed nimi. Coś ulotnego, widziała to kątem oka. To mógł być ptak albo wiewiórka. Chłodna bryza lekko muskała jej policzek, a skóra na jej ramieniu ścierpła. Tabitha szukała oczu, które ich obserwowały, ponieważ czuła, że nie są sami, ale nie widziała nic prócz nagrobków – spokojnych, milczących i zimnych.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Wilding – postać z horroru o takim samym tytule z 1991 roku. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki, chyba że zaznaczono inaczej).
2. Biały Wędrowiec – postać z serialu Gra o tron.
3. Książka z 1969 roku, z gatunku fantasy dla dzieci, niewydana w Polsce; dwukrotnie zekranizowana pod tytułem _The Amazing Mr. Blunden_, w 1972 i 2021 roku (przyp red.).
4. Pendragon – pochodzący z języka walijskiego przydomek nadawany wybitnym wodzom i królom, np. Uther Pendragon, legendarny król Brytanii, ojciec króla Artura (przyp. red.).