Copycat - ebook
Agnieszka Dudek. Kiedyś patrzyła śmierci prosto w oczy. Jako nastolatka została w ostatniej chwili uratowana przez policję z piwnicy brutalnego oprawcy. Dziś jest uznaną pisarką. Próbuje zostawić przeszłość za sobą i wciąż uczy się żyć normalnie.
Robert Wójtowicz. Kiedyś otarł się o śmierć, a wspomnienie tamtych wydarzeń do dziś wywołuje w nim paraliżujący lęk. Dziś jest cenionym fotografem, lecz zmaga się z wieloma fobiami. Rzadko opuszcza swój dom, który stał się jego jedynym bezpiecznym azylem.
Marek Rosiński. Kiedyś śmierć zburzyła jego bezpieczne życie. Odebrała mu ojca – policjanta, który zginął tragicznie. Dziś sam jest policjantem w stopniu komisarza.
Pewnego dnia śmierć wraca, żeby dokończyć dzieło rozpoczęte przed laty.
Tym razem ma imię Copycat.
Mieczysław Gorzka urodził się w 1969 roku w Środzie Śląskiej, od wielu lat mieszka we Wrocławiu. Z wykształcenia ekonomista, ale od zawsze jego największą pasją jest pisanie. Realizuje się w różnych gatunkach, jednak największe uznanie czytelników przyniosły mu powieści kryminalne.
Twórca postaci nadkomisarza Marcina Zakrzewskiego, pojawiającego się w powieściach: Martwy sad (2019), Iluzja (2019) i Totentanz (2020), Polowanie na psy (2021), Dziewięć (2021), Lilie (2022), Nie-Anioł (2024) i Zła przeszłość (2025) oraz Laury Wilk i Macieja Lesieckiego bohaterów powieści Poszukiwacz Zwłok (2023) i Wilczyca (2024).
Poza seriami opublikowano dotąd utwory: Krwawnica (2022), Burza (2023), Rok zmian (2025), Spadek po mojemu (2026) i wspólnie z Michałem Śmielakiem Cienie dawnych grzechów (2024).
Powieści Klątwa (2024) i Przedostatni smok (2025) zostały wydane przez autora samodzielnie, żeby wesprzeć kilka zaprzyjaźnionych z nim małych księgarni stacjonarnych.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8457-026-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Fuck you and your killing lies_
_I hate your pissing attitude_
_Why did you have to go so low_
_Trueler – Copycat_
_What if I break the silence?_
_What if I do forgive the past?_
_Sucking like a vampire_
_The blood of all your friends_
_But sorry, my blood was poisoned_
_Now burn in hell_
_You killed the love_
_You killed the trust_
_What if I break the silence_
_What if I do forgive the past?_
Lacrimosa, _Copycat_POCZĄTEK
Dwadzieścia trzy lata wcześniej…
_Tego dnia od rana było szaro, ponuro, a z nieba siąpił deszcz._
_To był zły dzień._
_Kto wie, czy nie najgorszy w życiu trzynastoletniego chłopca, jakim był wtedy Marek Rosiński? Gorszy nawet niż ten, w którym jego matka została napadnięta, pobita i trafiła na kilka dni do szpitala. Wtedy strasznie się o nią bał, ale przecież była jego matką – najsilniejszą na świecie i najmądrzejszą. Święcie wierzył, że wyzdrowieje. Nie dopuszczał do siebie innej myśli. Nie pomylił się._
_Teraz było inaczej._
_Czuł rozpacz, przygnębienie i brak nadziei. Bezwzględny morderca dzieci, grasujący od kilku lat w okolicach Środy Śląskiej, nieuchwytny dla policji, porwał jego najlepszą przyjaciółkę z podwórka, Agnieszkę Dudek. Na początku oczywiście nikt z dorosłych nie chciał mu nic powiedzieć. Po ich marsowych minach i sztucznych uśmiechach szybko poznał, że stało się coś strasznego. Próbował pytać mamę, lecz nic mu nie powiedziała i zaraz wyszła z domu, nie mówiąc mu, dokąd idzie. Na progu absolutnie zabroniła mu opuszczać mieszkanie._
_Przerażony Marek został posłusznie z policjantem pilnującym ich rodziny od czasu napadu na mamę. Wujek Michał był posterunkowym, jednym z podwładnych ojca Marka, komisarza Rosińskiego. Prywatnie wujek mieszkał dwie ulice od ich bloku, Marek znał go od dzieciństwa i bardzo lubił z nim rozmawiać, i grać z nim w makao. Policjant również darzył Marka wielką sympatią. To on w końcu ugiął się pod presją próśb chłopca i powiedział mu o Agnieszce._
_Marek Rosiński poczuł, jakby ktoś wepchnął mu bryłę lodu do gardła._
_Tylko nie Aga!_
_Przerażenie spowodowało dziwną słabość w nogach i drżenie warg. Oczy zaczęły go niepokojąco piec, ale się nie rozpłakał. Nic nie powiedział. Usiadł na łóżku w swoim pokoju i siedział jak skamieniały, nie słysząc już ani jednego ze słów pocieszenia płynących z ust policjanta._
_Tylko nie Aga!_
_Była tylko jedna osoba, która mogła uratować Agnieszkę Dudek. Jego ojciec!_
_Skorzystał z pierwszej okazji do ucieczki. Posterunkowy poszedł do kuchni, wtedy Marek włożył po cichu trampki i wybiegł z mieszkania._
_Dopiero kiedy biegł ulicą, rozpłakał się. Oczy zaszły mu gwałtownie łzami, które popłynęły po policzkach i zmieszały się z kroplami deszczu. Przestał cokolwiek widzieć. Biegł jednak szybko w górę ulicy Kolejowej. Drogę znał na pamięć. Po pewnym czasie za plecami usłyszał wołanie posterunkowego. Było jednak odległe i tylko upewniło go, że zdąży do ojca, zanim zostanie doścignięty. Myśl ta dodała mu skrzydeł i wlała w serce nadzieję._
_Skręcił w prawo w krótką uliczkę Świętego Andrzeja, na której do dzisiaj znajduje się budynek komisariatu policji, i wtedy gwałtownie się z kimś zderzył. Poczuł, jak silne dłonie chwytają go za ramiona i unieruchamiają. Wszystko stracone, posterunkowy na pewno go teraz dogoni i nie pozwoli przeszkadzać ojcu w pracy. Marek podniósł wzrok na górującego nad nim wzrostem mężczyznę i znowu odzyskał nadzieję. Przytrzymywał go najlepszy przyjaciel ojca i zarazem jego najbliższy współpracownik, komisarz Romuald Greń._
_– Muszę się zobaczyć z tatą – wysapał cicho, patrząc na niego błagalnie. – Porwali Agnieszkę…_
_Zanim odpowiedział, Greń zmierzył go badawczym spojrzeniem i przez jego twarz przemknął grymas, którego mały chłopiec nie zrozumiał._
_– Wszystko będzie dobrze – odezwał się policjant. – Na pewno znajdziemy porywacza._
_– Ale ja muszę do taty…_
_W tej chwili dogonił ich posterunkowy i zatrzymał się, ciężko dysząc. Nie wziął z mieszkania czapki, blond włosy na grzywce miał mokre i potargane._
_– Przepraszam – wysapał. – Zagapiłem się._
_– Nie szkodzi – odpowiedział mu Greń, po czym spojrzał na Marka i zmierzwił mu dłonią mokre włosy. – Zmokniesz cały. Chodź, zaprowadzę cię na chwilę do ojca. On na pewno cię pocieszy._
_Od skrzyżowania z Kolejową do budynku komendy policji było dwieście metrów. To dziwne, ale Marek Rosiński dokładnie zapamiętał każdą sekundę tej drogi i później, kiedy był już dorosły, wielokrotnie wracała mu w pamięci w coraz bardziej nierealnej poświacie. Wydawało mu się, że wszystko wtedy odbywało się jakby w zwolnionym tempie. Szli nieprawdopodobnie wolno, ich kroki odbijały się echem, zupełnie jakby znajdowali się na korytarzu jakiegoś opuszczonego urzędu państwowego. Kroki brzmiały i brzmiały, a oni szli i szli._
_Po przeciwnej stronie ulicy ciągnął się mur, a za nim strzelała w niebo wielka, gotycka budowla z czerwonej cegły – Kościół pod wezwaniem Świętego Andrzeja. Marek zawsze patrzył na bryłę kościoła z szacunkiem i podziwem. Nie wyobrażał sobie, jak można było wznieść tak okazałą budowlę. Ile do tego potrzeba cegieł. Nie dałoby się ich policzyć na żadnym kalkulatorze!_
_Kościół górował nad małym budynkiem komendy miejskiej policji, jakby drwiąc sobie z władzy świeckiej, która od końca drugiej wojny światowej próbowała wykorzenić na stałe religię ze społeczeństwa. Bezskutecznie. Karzeł nie mógł pokonać giganta. Doskonałym przykładem była ulica Świętego Andrzeja, na której po jednej stronie stał mały budynek komendy, jeszcze do niedawna milicji, teraz policji, a po drugiej – okazały i majestatyczny kościół._
_Marek pamiętał, że tego dnia gmach kościoła wyglądał jakoś inaczej. Tajemniczo i… złowrogo. Tak przynajmniej zapamiętał go mały chłopiec, który tego dnia, za chwilę, miał zobaczyć swojego ojca ostatni raz w życiu._1. WSTRĘT
(17 maja 2025 – sobota)
– Chyba jesteśmy na miejscu.
Przy jednym ze zjazdów w leśną dróżkę, na poboczu po prawej stronie drogi, zobaczyli zaparkowany srebrno-niebieski radiowóz. Joanna zdjęła nogę z gazu, wrzuciła kierunkowskaz i zatrzymała służbową Skodę Superb zaraz za nim. Marek wysiadł pierwszy i ciekawie rozejrzał się wokoło.
Polna droga pełna dziur, które po ostatnich deszczach wypełniły się wodą, prowadziła w głąb lasu. Na linii drzew stał zaparkowany jeszcze jeden pojazd – stary wojskowy jeep. Właśnie wysiadało z niego dwóch mężczyzn: policjant w mundurze i drugi po cywilnemu. Od razu rzucały się w oczy ich ubłocone buty i spodnie mokre prawie do kolan. Marek pewnie ruszył w ich stronę.
– Sierżant Jabłoński? – zapytał.
– Tak.
– Komisarz Marek Rosiński z komendy wojewódzkiej we Wrocławiu.
Pokazał mu odznakę i uścisnęli sobie dłonie. Policjant przedstawił drugiego mężczyznę.
– To mój brat, Jerzy – powiedział. – Mieszka w wiosce nieopodal tego miejsca. Ma terenowy samochód, więc poprosiłem go o pomoc. To jest dosyć daleko w lesie, a tą drogą po deszczu może przejechać tylko mocne auto.
– Rozumiem.
W tym momencie obok nich stanęła Aśka.
– To jest podkomisarz Joanna Borowiec – przedstawił ją Marek. – To z Joanną rozmawiał pan telefonicznie. Pracujemy razem.
Po wymianie kolejnych uścisków dłoni sierżant spojrzał na nich pytająco.
– To może pojedziemy? – zapytał. – Będziemy mieli czas porozmawiać po drodze.
– Dobrze.
Wsiedli do jeepa. Rozrusznik zazgrzytał przeraźliwie i ruszyli w głąb lasu. Kierowca prowadził auto wolno i uważnie. Błoto i kałuże były w niektórych miejscach tak wielkie, że nawet auto z napędem na cztery koła mogło im nie sprostać. Dwa razy zdarzyło się, że musieli zjechać z drogi i szukać przejazdu, lawirując pośród drzew. Liczący wiele lat silnik samochodu wydawał przy tym odgłosy, jakby za chwilę miał eksplodować albo w najlepszym razie rozpaść się na kawałki. Na domiar złego w środku wszystko drżało i stukało. Musieli przekrzykiwać cały ten zgiełk, żeby się usłyszeć. Marek z Joanną usiedli na tylnym siedzeniu, a policjant na miejscu pasażera z przodu. Nie patrzył na drogę, cały czas obrócony był w ich stronę.
– Tak jak mówiłem, na nasz posterunek w Miliczu przyszedł wczoraj list polecony – powiedział sierżant Jabłoński. – Nie wiem, dlaczego nikt go nie otworzył od razu. W końcu ja się nim zainteresowałem. Brakowało nadawcy, ale na kopercie przyklejono znaczki i napisano nasz adres.
Podał Markowi foliową koszulkę z kopertą formatu B5. Ten obejrzał ją szybko i oddał Aśce.
– Stempel pocztowy z Wrocławia – zauważyła.
– Rozpakowałem list. W środku była tylko dokładna mapa tych okolic z zaznaczonym krzyżykiem. Krzyżyk opisany został jako miejsce ukrycia zwłok.
Teraz podał im drugą koszulkę. Mapę w środku tak zagięto, żeby widać było fragment, o którym mowa. Marek przyjrzał się niedbałemu dopiskowi czerwonym cienkopisem umieszczonemu trochę z boku zaznaczonego punktu. Joanna też pochyliła się zaintrygowana. Na wertepach prawie zderzali się głowami. Aśka odsunęła się, ziewając ostentacyjnie, jakby ciągle jeszcze nie mogła się obudzić.
– Nie wiedziałem za bardzo, co zrobić – ciągnął policjant. – Wczoraj było już późno, wie pan, piątek, koledzy poszli do domu. Nie miałem nawet kogo zapytać o zdanie. Pomyślałem, że skoro dzisiaj i tak mam służbę, poproszę brata, żeby mnie tu przywiózł. Tak się składa, że pochodzimy z tych okolic i w dzieciństwie często chodziliśmy po tych lasach na grzyby.
– Teraz też czasem to robimy – odezwał się po raz pierwszy kierowca.
– Szczerze mówiąc, myślałem, że ktoś sobie kawał jakiś robi. Kiedy jednak dzisiaj rano tam pojechaliśmy… No cóż, znaleźliśmy zwłoki kobiety.
Sierżant zamilkł.
– Rozumiem. – Komisarz Rosiński pokiwał głową.
W tym momencie silnik pojazdu zawył ostrzegawczo i utknęli w kałuży. Kierowca szybko wrzucił wsteczny, skrzynia biegów zarzęziła donośnie, koła zabuksowały i udało im się wycofać, ominąć kałużę i ruszyć dalej przez las. Nad maską auta unosiły się kłęby pary wodnej.
– Uważaj, Jurek – powiedział policjant.
– Zagapiłem się.
– Czy ktoś jeszcze oprócz pana dotykał koperty i mapy? – zapytała Joanna.
– Koperty pewnie wiele osób – odparł sierżant. – Co do mapy, jestem pewien, że była wyłącznie w moich rękach.
– Jasne. Daleko jeszcze?
– Kilka minut.
Marek obejrzał się do tyłu, potem wyciągnął szyję i spojrzał przez przednią szybę. Droga prowadziła przez gęsty las liściasty, czasem do góry, czasem w dół, i lawirowała pomiędzy zielonymi gęstwinami krzaków. Szare chmury od wielu dni przysłaniały niebo, izolując ziemię od promieni słonecznych i pogrążając ją w deszczowej szarości. Szczególnie dawało się to odczuć pośrodku lasu. Auto miało włączone światła, lecz ten fakt niczego nie zmieniał.
– O której znalazł pan zwłoki? – zapytała podkomisarz.
– Ponad dwie godziny temu. W tym miejscu mój telefon nie ma zasięgu. Żeby po was zatelefonować, musiałem wrócić do głównej drogi.
Wreszcie jeep stanął.
Wysiedli.
Jabłoński wskazał im lewą stronę drogi. Poszli za nim gęsiego po wyraźnie wydeptanej ścieżce pośród rzadkich traw wyrastających ze ściółki. Trawy pokrywały wielkie krople rosy i natychmiast zamoczyli buty i spodnie. W lesie było chłodno i wilgotno.
– Jak pan znalazł to miejsce? – zapytała ze zdziwieniem idąca na końcu Borowiec. – Nawet z mapą trafienie tu graniczy z cudem.
Zdążyła już wyjąć papierosa i zapalić. Ciągnął się za nią siwy obłoczek dymu.
Jabłoński, nie zatrzymując się, rzucił jej do tyłu zadowolone spojrzenie.
– Proste – odpowiedział. – Tu jest taki mały stawek leśny. Pamiętam go jeszcze z dzieciństwa, jak był większy. Teraz zarósł prawie zupełnie.
Marek przypomniał sobie, że na mapie rzeczywiście zaznaczone było oczko wodne.
Po następnych kilkudziesięciu krokach sierżant zatrzymał się i wskazał im coś palcem.
– Pod tymi dwoma drzewami – powiedział.
– Proszę tu zaczekać.
– Dobrze.
Dalej poszli już tylko we dwoje. Po prawej stronie, tak jak mówił policjant, znajdował się zarośnięty wodną roślinnością staw. Na jego skraju rosły bardzo blisko siebie dwie olchy. U ich stóp dostrzegli przykryte gałęziami ciało. Podeszli blisko, uważnie patrząc pod nogi, chociaż zdawali sobie sprawę, że znalezienie śladów na leśnej ściółce, po kilku dniach intensywnych deszczów, było niemożliwe.
Kobieta leżała na brzuchu, twarzą do ziemi. Jej prawa ręka ułożona była wzdłuż ciała, lewa schowana pod brzuchem, nogi zgięte w kolanach pod niewielkim kątem, burza mokrych blond włosów otaczała głowę, uniemożliwiając zajrzenie denatce w twarz. Na lewej nodze brakowało buta, rajstopy miała podarte w wielu miejscach, widać było liczne otarcia na skórze, które nabrały nieprzyjemnej sinej barwy. Ubrana była w czarną spódnicę mini. Na jasnozielonej kurtce w okolicach lewej łopatki widniała wielka, chociaż już rozmyta przez padający deszcz, czarno-czerwona plama krwi. Ktoś niedbale rzucił na zwłoki kilka znalezionych pewnie nieopodal suchych gałęzi, starając się w ten sposób – raczej bezskutecznie – je zamaskować.
Rosiński stał z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie spodni, Aśka rzuciła niedopałek na mokrą ściółkę, przydusiła go podeszwą buta i zaczęła krążyć dookoła zwłok, uważnie się im przypatrując.
– Dobrze, że ten policjant ma więcej oleju w głowie od swojego brata – wycedziła przez zęby.
– Pan Jerzy nie wpadł ci w oko? – zakpił Marek.
– Wygląda, jakby skończył trzy klasy, ale w czterech podstawówkach.
Rosiński parsknął śmiechem i zaraz się opanował, zerkając szybko do tyłu na stojącego w oddali sierżanta. Śmiech echem rozszedł się po lesie.
– Nie śmiej się z człowieka. Gdyby nie jego dobra wola, musielibyśmy tu przyjść piechotą.
– Co to dla ciebie, biegacza?
– Mogę biegać, ale chodzenie okropnie mnie męczy.
Popatrzyła na niego ironicznie, po czym przykucnęła po drugiej stronie zwłok i starała się zajrzeć ofierze w zakrytą włosami twarz.
– Ciągle cię męczy kac? – zapytała.
– Jak cholera!
– Gdzie tu logika? Trenujesz do maratonu, biegasz dziesiątki kilometrów, a później upijasz się do nieprzytomności.
– Jedno nie przeszkadza drugiemu.
– Ta! Niezła teoria.
Wstała z kucek.
– Nic nie widać…
Stanęła obok Marka i też wcisnęła dłonie w kieszenie spodni.
Joanna Borowiec była jego wzrostu, miała ciemne, proste włosy sięgające do ramion, zawsze w pracy upięte starannie w koński ogon, brązowe oczy i szeroki uśmiech. Ubierała się zazwyczaj w obcisłe spodnie, podkreślające jej kobiece kształty, i skórzaną kurtkę z dużą liczbą zamków błyskawicznych. Nieraz widział, jak faceci na korytarzach komendy tęsknie odprowadzają ją wzrokiem. Niedawno skończyła trzydzieści dwa lata i była od niego o cztery lata młodsza. Pracowali ze sobą dopiero od początku roku, odkąd została przeniesiona z komendy miejskiej. Jeszcze wcześniej pracowała w Poznaniu.
Miała wszystkie cechy dobrego policjanta, chociaż na początku tego nie dostrzegał. Może dlatego, że ciągle sprawiała wrażenie, jakby jej się nie chciało, albo ziewała i zasypiała w aucie, jakby wciąż była niewyspana. Dopiero po jakimś czasie zmienił o niej zdanie. Tak naprawdę była dociekliwa, logiczna do bólu, czasem stawała się nerwowa, kiedy coś jej nie wychodziło, uwielbiała swoją pracę i podporządkowała jej całe życie osobiste. Kiedyś wyrwało się jej po paru drinkach, że już dawno nie miała faceta. Brak czasu, tłumaczyła. Kiedy tylko nadarzała się okazja, potrafiła się też nieźle zabawić. Koledzy w wydziale do dzisiaj wspominają, jak pierwszy raz wyszli na wódkę do jakiegoś baru. Piła równo z facetami i nikt jej nie sprostał.
Od pierwszego spotkania z Joanną Rosiński postanowił, że będzie traktować ją z pewnym dystansem, jak starszy i bardziej doświadczony kolega. Ona jednak miała tak bezpośredni sposób bycia, że nawet nie zauważył, kiedy zaczęli rozmawiać o wszystkim, jakby znali się od lat. Co więcej, Marek polubił jej zaczepki i złośliwości. Mógłby z nią rozmawiać bez przerwy.
Wyciągnęła z kieszeni kurtki paczkę papierosów, włożyła jednego do ust i zapaliła. Paliła bardzo dużo i wcale nie ukrywała, że to lubi. Kupowała zawsze cienkie mentolowe papierosy i zwykle miała otwartych jednocześnie kilka paczek. Jedną nosiła w kieszeni, drugą trzymała w skrytce w aucie, kolejną w biurku. Marek złośliwie mówił, że pewnie w domu otwarte paczki trzyma w każdym pomieszczeniu, żeby daleko nie chodzić. Zawsze gubiła gdzieś zapalniczki, dlatego często kupowała nowe. Potem te zgubione nagle się odnajdywały i walały się wszędzie w biurze. Parę dni wcześniej Marek pozbierał te odnalezione – było ich sześć – i rozdał innym palącym kolegom.
– Komisarz Marek Rosiński, miłośnik kobiet i dobrej whisky – odezwała się nagle. – Albo odwrotnie. Już nie pamiętam. Zresztą różnica niewielka.
– Co?
– Takie opowieści o tobie krążą po wydziale. Wcześniej nie wiedziałam, na co cię stać. Teraz zaczynam sobie co nieco wyobrażać.
Półtorej godziny wcześniej ledwo wyciągnęła go z łóżka. W jednej z knajpek na rynku spotkał się z przyjacielem z czasów studiów i nie pamiętał, jak wrócił nad ranem do domu.
– Tak mówią? – zapytał. – Kto?
– Twoi koledzy.
– Pierwsze słyszę…
– To jak miała na imię ta laska?
Spojrzał na nią z ukosa, trochę zaskoczony fałszywą nutą w tonie jej głosu. Niby miała być kpina, a wyszło nie wiadomo co.
– Johnny.
– Ach tak! – Pokiwała głową ostentacyjnie, dając do zrozumienia, że nie wierzy w takie tłumaczenia.
Zamilkli, patrząc na leżące przed nimi zwłoki. Marek jeszcze raz obejrzał się na sierżanta Jabłońskiego i przywołał go gestem dłoni. Zanim policjant przyszedł, zapytał Joannę:
– I co o tym myślisz?
W jednej sekundzie znowu była śledczą.
– Ułożenie ciała wskazuje, że zginęła w tym miejscu – powiedziała. – Nie pytaj mnie, co robiła na takim odludziu. Nie mam pojęcia.
– Morderca strzelił jej w plecy, upadła i tak już została – dodał Marek.
– Też tak uważam. – Pokiwała głową. – Otarcia na nogach i brak jednego buta sugerują, że przed kimś uciekała, przedzierając się przez zarośla. Sprawca musiał ją w tym miejscu dogonić i zastrzelić. Zauważ, że nigdzie nie widać torebki. Kobieta nigdzie nie rusza się bez torebki. Musiała ją wyrzucić podczas ucieczki. Trzeba dokładnie przeczesać połać lasu. Moim zdaniem gdzieś musi być but, torebka i może coś jeszcze.
– Masz rację.
– Ciało niezbyt przyjemnie pachnie, widać już początek procesów rozkładu. Musi tu leżeć jakiś czas.
Zamilkła i spojrzała na bladego Jabłońskiego.
– Dobrze się pan czuje? – zapytała.
– Nie jestem przyzwyczajony do takich widoków – odpowiedział, z trudem przełykając ślinę.
– Jeśli panu niedobrze, proszę wrócić do auta. Zaraz też tam podejdziemy.
– Nie jest mi niedobrze, czuję raczej… wstręt.
Policjant odwrócił się i szybko odszedł, nie oglądając się za siebie.
– Mogłem go nie wołać – odezwał się Marek, odprowadzając go wzrokiem.
– Jesteśmy nienormalni.
– Skąd taki brutalny osąd? – zakpił.
– Zwykli ludzie na widok śmierci zachowują się w sposób podobny do naszego przystojnego sierżanta. Nikomu nie przyszłoby do głowy żartować lub gadać o pierdołach, jak nam. Dlatego jesteśmy inni.
Marek wzruszył ramionami.
– Tylko czy od razu nienormalni? – zapytał z powątpiewaniem w głosie. – Chirurg kroi ludzi, myśląc o tym, co zje na obiad, a patolog robi sekcję zwłok, przypominając sobie krągłości ciała swojej kochanki.
Nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
– Dlaczego akurat kochanki?
Rzucił okiem za siebie, jakby upewniając się, czy mężczyźni przy aucie nie usłyszeli jej śmiechu.
– A dlaczego nie? Nie jesteśmy aż tak bardzo nienormalni. W grę wchodzi raczej rutyna.
– Chciałabym ci wierzyć. Czasem dochodzę do innych wniosków.
– Uważasz, że nasz sierżant Jabłoński jest przystojny? – zapytał, zmieniając nagle temat.
Teraz Aśka się obejrzała.
– Niezłe ciacho – mruknęła, oblizując wargi.
Marek rzucił jej pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym przeniósł wzrok na swoje przemoczone buty i spodnie i nagle wzdrygnął się, kiedy wielka, zimna kropla spadająca z drzewa wylądowała mu za kołnierzem.
– Niech to cholera! Zmarzłem już na kość.
– Po co ta szopka z mapą? – zapytała. – Przecież tutaj nikt nie znalazłby zwłok do wczesnej jesieni, kiedy ludzie ruszają na grzyby, jak słyszeliśmy z opowieści sprzed kwadransa.
– Zależało mu, żebyśmy ją znaleźli.
– Po co?
– Chciał się pochwalić? Mordowanie go kręci.
– Mordowanie czy świadomość, że policja go szuka?
– Może i jedno, i drugie?
Patrzyła na zwłoki z twarzą zastygłą w dziwnym grymasie, po czym zapytała:
– Co robimy?
– Dzwonimy po prokuratora i techników, może jeszcze uda się znaleźć jakieś ślady.
– Zastanawiam się, jak tu dojadą?
– Może podwiezie ich pan Jerzy. Idź i z nim porozmawiaj.
Szybko wyciągnęła z kieszeni swój aparat.
– Cholera, brak zasięgu! Obiecałam, że zatelefonuję do prokuratora Kotowicza i zdam mu relację z miejsca zdarzenia. Chyba się nie ucieszy, że będzie musiał tu przyjechać.
– Jak uważasz. – Uśmiechnął się pod nosem i ruszył w kierunku stojącego na leśnej drodze pojazdu.2. NIEPOKÓJ
(17 maja 2025 – sobota)
Piwnica była zimna i wilgotna. Dzienne światło sączyło się przez niewielkie okno przy samym suficie i ledwo rozświetlało mrok.
Agnieszka Dudek siedziała naga, przywiązana do krzesła stojącego na środku pomieszczenia. Usta miała zakneblowane szmatą i zaklejone taśmą izolacyjną. Szmata była brudna, miała posmak oleju silnikowego i przyprawiała ją o mdłości. Walczyła, żeby nie zemdleć. Dygotała z zimna i przerażenia.
Najgorzej było, kiedy przychodził On. Stawał blisko, tak że czuła kwaśny zapach jego potu. Gładził ją po szyi, zanurzał palce we włosach, kładł dłonie na ramionach, po czym nagle chwytał ją boleśnie za piersi albo brutalnie wciskał dłoń między zaciśnięte rozpaczliwie uda. Jego dotyk był jak tortury rozpalonym żelazem. Wyobrażała sobie, że każde muśnięcie jego palców zostawia na jej delikatnej, dziecięcej skórze krwawe znaki, z których później bez przerwy sączy się krew.
Najgorsza była jednak chwila, kiedy się dostatecznie podniecił. Wtedy opuszczał spodnie i robił sobie dobrze. Drugą ręką trzymał ją za policzki i krzyczał, żeby otworzyła oczy i patrzyła. Groził, że w przeciwnym razie ją udusi, a później pójdzie do jej matki i wytnie jej nożem serce z piersi. Ta groźba jeszcze bardziej ją przerażała niż perspektywa uduszenia. Była posłuszna. Patrzyła szeroko otwartymi oczami, w których groza z każdą upływającą godziną zmieniała się w pustkę i beznadzieję.
Potem On odchodził. Miała chwilę ulgi. Raz zerwał jej z twarzy taśmę izolacyjną, wyszarpał z ust szmatę i dał pić. Drugim razem oprócz picia przyniósł jej batona w mlecznej czekoladzie. Później okrywał ją całą kocem z wyciętym otworem na głowę, żeby zbytnio nie zmarzła, i wychodził. Najpierw czuła ulgę, która wraz z upływającym wolno czasem zmieniała się powoli w strach i na końcu przerażenie. Wiedziała, że On znowu wróci.
Pamiętała dokładnie, że przychodził do niej cztery razy.
Agnieszka Dudek obudziła się, gwałtownie łapiąc oddech. Usiadła na łóżku i opuściła stopy na miękki i ciepły dywan. Zupełnie inaczej niż w piwnicy.
To był jedynie sen.
Tym bardziej przerażający, bo prawdziwy.
Kiedy porwał ją człowiek, nazywany później Bestią ze Środy, miała trzynaście lat. Trzy doby przetrzymywał ją w piwnicy opuszczonego domu swoich rodziców. Dom stał blisko lasu, z dala od ludzkich siedzib. Potem planował ją zabić, a ciało porzucić gdzieś w rowie na skraju drogi, podobnie jak wcześniejsze swoje ofiary. Siedem dziewczynek w wieku od jedenastu do trzynastu lat.
Przeżyła cudem. Policjanci ocalili ją w ostatnim momencie. Jeszcze godzina, a zostałaby zgwałcona i zamordowana, jeszcze kilkanaście godzin, a sama zmarłaby z wychłodzenia i wycieńczenia organizmu.
Zanim trafiła do piwnicy Bestii, była wesołą, pełną energii, ciekawą świata dziewczynką o prześlicznym uśmiechu. Sanitariusze pogotowia ratunkowego wyciągnęli z piwnicy istotę tylko z pozoru przypominającą dziecko. Odtąd przestała się odzywać, zapomniała o uśmiechu, a jedynym uczuciem, jakie znała, był strach. Szczególnie bała się mężczyzn.
To był jedynie sen.
Nawiedzał ją regularnie przez ostatnie dwadzieścia trzy lata i stało się coś bardzo dziwnego. Oswoiła go. Nie był już tak przerażający jak na samym początku, przez lata stracił swoją grozę i teraz był tylko straszny. Czas spiłował jego ostre kły. Co dziwne, zawsze był taki sam. Często sny są absurdalnym kolażem nonsensu. Nawet sen o minionych prawdziwych wydarzeniach mógł zrobić się znienacka irracjonalny i kpić z nich, rozgrywając je na swój własny, nieprzewidywalny sposób. Z tym snem było inaczej. On nigdy nie zmieniał swojej formy. Zawsze był nadzwyczaj realny. Odtwarzał złe chwile z przeszłości z chirurgiczną wręcz precyzją, nie pomijając żadnych szczegółów. Nawet zapachu nasienia mordercy.
Agnieszka wstała z sofy i nie zwracając uwagi na koc, który spadł na podłogę, poczłapała do kuchni. Sięgnęła do szafki nad zlewem po puszkę z kawą, papierowe filtry i po chwili z jej przelewowego, starego jak świat ekspresu rozszedł się po całym domu rześki zapach kawy. Siedziała przy stole kuchennym i czekała, aż ostatnie krople spłyną do dzbanka. Zegar wiszący na ścianie pokazywał piętnastą siedem. Ziewnęła i przejechała dłonią po zmierzwionych długich, ciemnych włosach. Znowu będzie miała problem z ich rozczesaniem.
Poprzedniego dnia siedziała do trzeciej w nocy nad nową książką. Potem wstała, jak zwykle o ósmej, do południa starała się normalnie funkcjonować, jednak przeceniła swoje siły. Nie miała już przecież osiemnastu lat. Zarwana noc szybko dała o sobie znać uczuciem ciężkości, zwolnionym myśleniem, brakiem ochoty na cokolwiek – nawet nie zrobiła sobie kawy na przebudzenie. Pokręciła się bez celu po domu i w południe ogłosiła kapitulację. Prawie trzy godziny spała zawinięta w koc na sofie w salonie, lecz teraz nie czuła się ani krztynę lepiej. Najchętniej położyłaby się znowu.
Może gdyby śniło jej się coś innego, jeszcze by trochę pospała. Niestety, ten sen, mimo że znany i już nie tak straszny, zawsze odbierał ochotę na przytulenie się do poduszki.
Z kubkiem gorącej czarnej kawy w dłoni Agnieszka włączyła laptopa i przeglądała ostatnie strony książki, które powstały w nocy. Zdziwiła się, że nie bardzo pamięta, co napisała. Tak było zawsze, kiedy pisała w nocy. Z zadowoleniem stwierdziła, że tekst jest bardzo dobry. Według niej nie wymagał żadnych poprawek. Zaraz jednak uśmiechnęła się cierpko pod nosem. Redaktor z wydawnictwa i tak pewnie zechce wszystko pozmieniać i wyjdzie z tego nie to, co było jej zamierzeniem.
Nie tym razem – pomyślała z determinacją. Potem przypomniała sobie, że przy poprzednich dwóch książkach też tak mówiła i w końcu przystawała bez walki na propozycje zmian.
Zła taktyka. Stanowczo.
Nagle coś wyrwało ją z zamyślenia.
_Co to było?_
Rozglądała się po salonie zdziwiona. Omiotła spojrzeniem otwarte drzwi do korytarza, obok których znajdowały się schody na pierwsze piętro i na poddasze, potem jej spojrzenie prześlizgnęło się po starych meblach, które odziedziczyła – podobnie jak dom – po dziadkach ze strony mamy, popatrzyła na koc nadal leżący przy sofie. Dłużej zatrzymała wzrok na dwuskrzydłowych drzwiach na taras i do ogrodu.
Nareszcie się rozpogadzało. Po wielu dniach deszczów chmury się rozpraszały i pojawiła się szansa na słońce. Potem popatrzyła jeszcze na kuchnię. Po śmierci dziadków, kiedy wreszcie mogła wyremontować dół domu tak, jak chciała, zrezygnowała z osobnej kuchni i kazała wyburzyć ścianę działową. Teraz salon i kuchnia stanowiły jedno. Tu też nie znalazła nic, co mogło wyrwać ją z zamyślenia.
_Co to było?_
Wzruszyła ramionami i wróciła do czytania. Po czterdziestu pięciu minutach ciągłego wpatrywania się w ekran komputera z przygarbionymi plecami rozprostowała się z rozkosznym westchnieniem i stwierdziła, że jest głodna. Poszła do kuchni, usiadła przy stole i otworzyła książkę z przepisami na potrawy zapobiegające powstawaniu nowotworów. Miała obsesję na tym punkcie. Wmówiła sobie, że ma wady genetyczne i na pewno w końcu zachoruje na raka, i z tego powodu umrze. Była o tym przekonana, dlatego starała się za wszelką cenę naturalnymi sposobami odwlec moment zachorowania. Przecież jej ojciec zmarł na raka tuż przed jej drugimi urodzinami – znała go jedynie z kilku czarno-białych fotografii, które zostawiła jej matka w spadku. Dziadkowie, po których odziedziczyła dom, również zmarli na raka. Przecież rekombinacja genów następuje zawsze w drugim pokoleniu. A to oznacza, że najbardziej jesteśmy podobni do swoich dziadków. Dziedziczymy też ich wady. Stąd jej pewność. Na pewno umrze na nowotwór. Kwestią otwartą było, kiedy pojawią się pierwsze objawy choroby. Odwlekała ten moment, jak mogła – regularnie od lat łykała tabletki tranu, starała się zażywać codziennie duże dawki witaminy C, każdego dnia rano piła łyżeczkę oleju lnianego, jadła pestki moreli gorzkich, które zawierały amigdalinę. Wyczytała w internecie, że amigdalina hamuje rozwój nowotworów i można ją również stosować zapobiegawczo. Kupiła też książkę z przepisami kucharskimi na potrawy o właściwościach antyrakowych i odtąd korzystała tylko z niej.
Teraz również szybko przerzuciła listę przepisów, oceniając, które składniki ma w tej chwili dostępne w lodówce.
Około osiemnastej, ciągle jeszcze ziewając, siedziała zamyślona na krześle w salonie, grzebiąc widelcem w resztkach. Nie smakowało jej, wsypała za dużo pieprzu cayenne i teraz czuła nieprzyjemne pieczenie w gardle. Sięgnęła więc do szafki po swoje ulubione czerwone wino Faustino V, w które regularnie zaopatrywali ją znajomi jeżdżący często do Hiszpanii, nalała sobie lampkę i znowu siadła do komputera. Nawet nie chciało się jej sprzątnąć po obiedzie. Ciągle nie mogła dojść do siebie. Wino nie było dobrym rozwiązaniem. Pewnie kiedy wypije go za dużo, zaraz znowu pójdzie spać i nie zrealizuje planu. Całą sobotę miała poświęcić na pisanie.
Nagle ponownie poczuła niepokój.
Podniosła głowę, rozejrzała się i… znowu nic. Odstawiła kieliszek, włożyła kapcie, na ramiona zarzuciła rozpinany sweter i wyszła na korytarzyk, skąd skrzypiącymi schodami ruszyła w górę. Weszła na poddasze. Na szczycie schodów zatrzymała się na chwilę, żeby przyzwyczaić oczy do panującego tu wiecznie półmroku. Ta część domu była praktycznie nieremontowana od wojny. Wcześniej dziadkowie uważali, że remont jest niepotrzebny, teraz Agnieszki po prostu nie było na niego stać. Sprzątała tu raz. Zaraz po śmierci babci dziesięć lat temu. Wyrzuciła wtedy cały kontener nikomu niepotrzebnych starych mebli i ubrań, w końcu dała sobie spokój. Poddasze i tak wyglądało jak nietknięte. Porozstawiane bezładnie po korytarzyku i dwóch pokojach stare, zakurzone meble patrzyły na nią ponuro. Miała wrażenie, jakby zazdrośnie strzegły tajemnicy zawartości swoich wnętrz. Tak naprawdę już tylko one pamiętały, co jest w środku. Agnieszka nie chciała sprawdzać. Przynajmniej na razie. Zawsze obiecywała sobie, że gdy zarobi na kolejnej książce więcej pieniędzy, zdecyduje się na remont. Wtedy wszystkie meble po prostu wyrzuci, nie zastanawiając się, jakie mogą kryć skarby sprzed lat.
Wydawało jej się, że z pokoju naprzeciw schodów dobiegło skrzypnięcie. Bez wahania weszła do środka i stanęła zaskoczona. Jedna z szafek była otwarta, a na zakurzonym, poszarzałym ze starości dywanie leżały rozrzucone wycinki z gazet. Akurat oświetlała je smuga światła wpadająca do środka przez szczelinę w zaciągniętych zasłonach.
_Jak to możliwe, że szafka sama się otworzyła?_
Każda inna kobieta samotnie mieszkająca w wielkim, starym domu, pamiętającym jeszcze początki dwudziestego stulecia, poczułaby w tym momencie strach. Ale nie Agnieszka Dudek. Ona miała defekt. Od wielu lat nie czuła strachu. Chyba że we śnie, kiedy wracały wspomnienia koszmaru z piwnicy. Oczywiście odczuwała stany niepokoju, może nawet lekkiego lęku, lecz jej zdaniem nie był to strach. Znajomym często mówiła, że jest rozregulowana. W dzieciństwie przeżyła takie przerażenie, że teraz nic nie mogło jej przestraszyć. Nic nie dorównuje skalą tamtemu Strachowi.
Teraz też się nie bała. Spokojnie schyliła się i podniosła wycinki z podłogi. Wiedziała, czego dotyczą. Zbierała je przez dwa lata, przygotowując się do napisania swojej pierwszej książki.
_Wspomnienia z piwnicy_ odniosły wielki sukces, bardzo dobrze się sprzedały, zrobiły spory szum na rynku, dostała nawet jakieś nagrody literackie za debiut roku, sprzedała prawa do filmu. W książce opisała minuta po minucie swój pobyt w piwnicy mordercy, nie pomijając żadnych brutalnych szczegółów, a później wieloletnią tułaczkę po szpitalach psychiatrycznych i powolny powrót do normalnego życia. Redaktor zmienił jednak zakończenie na bardziej optymistyczne. I żyli długo i szczęśliwie – szyderczo komentowała nowe zakończenie, ale zgodziła się. Jedynie w tym miejscu książka rozmijała się z prawdą.
Ona nigdy już nie będzie normalna. Tylko udaje normalność, żeby nie zrażać do siebie innych i móc żyć spokojnie na wolności, a nie w zakładzie zamkniętym, gdzie umieściłaby siebie bez wahania, gdyby była lekarzem.
Włożyła wycinki do szafki, nawet na nie nie spojrzawszy, i zamknęła ją. Drzwiczki zaskrzypiały z oporem, poddając się naciskowi dłoni. Nie mogły się same otworzyć. Pewnie otworzył je któryś z Gości nawiedzających czasem jej dom.
Tak nazywała duchy zmarłych. Wierzyła, że jest nawiedzona, przyciąga do siebie dusze skrzywdzonych i zamordowanych osób jak płomień świecy ćmy. Po raz pierwszy zmarli odwiedzili ją w szpitalu już na drugi dzień po tym, jak sanitariusze wyciągnęli ją z piwnicy. Odwiedzały ją dzieci zamordowane przez Bestię ze Środy. Stawały w drzwiach, nagie, okaleczone, pokrwawione, cierpiące i patrzyły na nią jakby z wyrzutem, że jej udało się przeżyć ten koszmar. Czasem w ich oczach malowała się niemożliwa do spełnienia prośba o pomoc. Odwiedzały ją w nocy, w trakcie dnia, były dni, kiedy czuła, że któreś z nich ukrywa się pod jej szpitalnym łóżkiem, przesiadywały godzinami na jego skraju, nie zważając na wizyty pielęgniarek i lekarzy, lub stały pod ścianami. Tak było przez lata. Bez względu na miejsce, w którym akurat przebywała.
Nie bała się duchów i nie potrafiła im pomóc.
Potem odeszły, lecz odtąd przychodzili do niej inni. Nie mieli już widzialnej postaci. Miała świadomość ich obecności, czasem zostawiali widoczne znaki, tak jak teraz. Wszyscy cierpieli, byli przerażeni i zagubieni.
Wyszła z pokoju i schodziła zamyślona po schodach. Duchy też opisała w swojej pierwszej książce. Były przecież nieodłącznym elementem jej życia. Redaktor zmienił zakończenie jej książki, pisząc, że przestały przychodzić. To nie była prawda.
Usiadła na sofie z lampką wina w dłoni, zawinęła się w koc i rozmyślała o wszystkim i o niczym. Dzisiaj już nie będzie w stanie napisać nawet zdania. Szkoda.
We _Wspomnieniach z piwnicy_ świadomie pominęła jeden bardzo ważny wątek swojego życia: gorący romans z młodą panią psycholog, Izą Karewicz. Nie chciała sprowadzić na nią kłopotów – przecież wiadomo, że media są bezwzględne. Ich romans trwał wiele lat, nawet kiedy Iza wyjechała do pracy do Francji, a Agnieszka próbowała ułożyć sobie kilkakrotnie życie w związkach z mężczyznami. Korespondowały i spotykały się przy każdej nadarzającej się okazji. Wtedy zawsze szły do łóżka. Nawet teraz utrzymywały mailowy kontakt, mimo że Iza od kilku lat mieszkała na stałe w Bostonie, gdzie pracowała w tamtejszej klinice psychiatrycznej. Ocean stał się przeszkodą trudną do pokonania. Powrót Agnieszki do świata i normalnego życia był w całości zasługą Izy. Nigdy jej tego nie zapomni i będzie wdzięczna do końca życia, jakkolwiek się jeszcze ono potoczy.
Doktor Iza często powtarzała aforyzm: „Życie jest jak jajo, trzeba je znieść”. Takie motto swojego życia przyjęła Agnieszka.
W drugiej książce: _Ja i śmierć_, która ukazała się na rynku półtora roku po pierwszej, Agnieszka wspominała swoje życie po tym, jak opuściła mury szpitalne. Opisała wieloletnie zmagania z depresją, próby samobójcze, aż wreszcie zaakceptowanie życia takiego, jakie przynosi los, i pogodzenie się z nieuchronnością śmierci. Znowu sukces, pieniądze, nagrody i – co najważniejsze – listy od czytelników zmagających się z podobnymi problemami, których podniosła na duchu i którym pomogła, uświadamiając im, że nie są sami. Miała jednak niesmak, wspominając tę książkę. Redaktor namówił ją, żeby zaczęła od opisu samobójstwa swojej matki, która nie wytrzymała psychicznie tragedii córki i któregoś wieczora odkręciła gaz. Sąsiedzi znaleźli ją martwą po kilku godzinach. Cud, że cały blok nie wyleciał w powietrze. Nie powinna się na to zgodzić, ale uległa. I teraz żałowała.
Obecnie pisała trzecią książkę, zatytułowaną roboczo _Ja i życie_, w której opisywała swoją przemianę duchową i uzasadniała, dlaczego jednak warto żyć.
Około dwudziestej odstawiła wino i stanęła przed drzwiami prowadzącymi na taras. Miała stąd doskonały widok na dom obok. Ogrodzenie oddzielające obie posesje dawno się zawaliło ze starości i bardzo dobrze widać było drzwi wejściowe i ścieżkę prowadzącą do furtki. Poprzedni właściciele nie wyrażali chęci naprawy płotu, a Agnieszka nie miała zamiaru sama finansować takiej poważnej inwestycji. Jednak od dwóch miesięcy sąsiedni dom miał nowego mieszkańca i spodziewała się, że kwestia ogrodzenia wypłynie prędzej czy później. Miała nawet odłożone na ten cel pieniądze w banku.
Nie wiedziała dlaczego, ale nowy właściciel domu bardzo ją pociągał. Był wysoki, dobrze zbudowany, miał nie więcej niż czterdzieści lat i był… dziwny.
_Tak jak ja._
Rzadko wychodził z domu, zakupy dowoziła mu firma transportowa, często w trakcie dnia przyjmował gości, lecz wieczorami czas spędzał samotnie.
Teraz właśnie zobaczyła, że otwierają się drzwi i pojawia się w nich sąsiad. Jakby z wahaniem, niepewnie przestępuje przez próg, blady, z mocno zaciśniętymi wargami. Potem drżącymi jak u alkoholika rękami przekręca klucz w zamku i nieruchomieje, oparty o drzwi. Wyraźnie uspokaja oddech. Minęły co najmniej dwie minuty, zanim zdecydował się iść dalej. Niepewnie zbliżył się do furtki prowadzącej na ulicę i znowu przystanął, przytrzymując się klamki. W końcu ostrożnie otworzył furtkę, nieśmiało, ze strachem wyjrzał na zewnątrz, jakby miało mu tam grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Wreszcie zniknął jej z oczu.
Dziwne. Podejrzewała, że musiał być na coś ciężko chory. Taka procedura wyjścia na ulicę powtarzała się codziennie, mniej więcej o tej samej porze. Wracał zawsze po trzydziestu minutach. Jakby go ktoś gonił, szybko, nie oglądając się za siebie, wpadał do domu i zatrzaskiwał drzwi.
Naprawdę dziwne. Tym bardziej że już kilka tygodni temu Agnieszka dokonała nieoczekiwanego odkrycia. Sąsiad obserwował ją całymi godzinami, stojąc w oknie naprzeciwko okien jej salonu. Szczególnie wieczorami. Miał doskonały widok przy zapalonym u niej świetle. Nie wyrobiła w sobie nawyku opuszczania żaluzji. Kiedyś sąsiedni dom zajmowała starsza pani, która bardzo wcześnie chodziła spać, później przez półtora roku dom stał pusty.
Po pierwszym szoku spowodowanym tym odkryciem uspokoiła się. Teraz jej to nie przeszkadzało. Nawet czasami czuła coś na kształt podniecenia, mając świadomość, że on tam jest i patrzy.
Zresztą ona też go często obserwowała z okna sypialni na piętrze.