Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Czarne Morze - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
3199 pkt
punktów Virtualo

Czarne Morze - ebook

Mroczny kryminał o winie, przeznaczeniu i przeszłości, przed którą nie można uciec.

Niepokorny komisarz Paweł Hardy zawalił najważniejszą sprawę w swojej karierze, pozwalając uciec seryjnemu mordercy znanemu jako Bestia z Zagłębia.

Gdy rok później pogrążonym w deszczu sosnowieckim Czarnym Morzem wstrząsa seria brutalnych zbrodni, Hardy dostaje szansę na odkupienie. Ktoś z zimną krwią morduje młode kobiety, a sposób działania sprawcy niepokojąco przypomina metody, które stosował Jan Kańczuga. Czy to możliwe, że Bestia znów wyruszyła na łowy? A może ktoś postanowił dokończyć jej dzieło?

Tajemniczy zabójca zdaje się rzucać Hardemu wyzwanie. Każda ofiara i każdy pozostawiony ślad prowadzą w jednym kierunku – do przeszłości komisarza i wydarzeń, które na zawsze naznaczyły jego życie.

Czy człowiek, który raz został wciągnięty w mroczną toń czarnego morza, zdoła kiedykolwiek wypłynąć na powierzchnię?

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-893-0
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Chłopczyk

A kto to się scho­wał w ciem­no­ści? Kto tak wci­ska się w kącik, drobne plecki kuli, główkę chowa w ramion­kach i zamyka oczka, żeby nikt go nie widział? Czy to wystar­czy, aby się ukryć? Czy tak działa świat? Nie, chłop­czyku, tak nie działa. Gdy zamkniesz oczy, zni­kają cie­nie, ale nie potwory. W domu jed­nak ich nie ma, prze­cież tata spraw­dzał – zaglą­dał pod łóżko, zer­kał za zasłonę i otwie­rał drzwi do szafy, bo bałeś się, że i tam coś może czy­hać. No bałeś się? Bałeś. To nic złego, bo mały chłop­czyk może mieć wiel­kie stra­chy, ale duży tata wszyst­kie je wyga­nia.

Pod łóż­kiem jest pusto. Za zasłoną nikogo nie ma. W sza­fie nikt nie sie­dzi. To bez­pieczne miej­sca.

Czy aby na pewno?

A pamię­tasz, jak twoja sio­stra, Zosia, opo­wia­dała tę straszną histo­rię? Tę, przez którą nie możesz teraz zasnąć, o chłopcu i jego tacie?

Otóż, gdy mały chło­piec przed snem prze­czy­tał z tatą wszyst­kie bajki, także tę o Sło­niu Trą­bal­skim i tę o Psz­czółce Mai, i gdy już dostał buziaka w czoło, po czym tata wyszedł, to on go jesz­cze zawo­łał.

– Tatu­siu, boję się ciem­no­ści – poskar­żył się piskli­wym gło­si­kiem.

– Synku, nie bój się, prze­cież tu jestem, obro­nię cię – odpo­wie­dział tata i usiadł ponow­nie na skraju łóżka.

– Ale tam mogą być potwory. – Chło­piec nie ustę­po­wał.

– Prze­cież spraw­dza­li­śmy dziś razem i żad­nego nie było – tłu­ma­czył cier­pli­wie tata.

– Bo się pocho­wały – wyja­śnił chło­piec. – Ale teraz wró­ciły, bo one lubią ciem­ność.

– Mam spraw­dzić jesz­cze raz?

– Tak. Bo wiesz, ktoś jest pod moim łóż­kiem.

– Naprawdę?

– Tak – odparł poważ­nie malec. – I chce mi odgryźć głowę.

Ojciec uśmiech­nął się, pogła­skał synka po gło­wie, po czym ukląkł na zim­nych deskach i zaj­rzał pod łóżko. A tam zoba­czył swo­jego synka, sku­lo­nego z zimna i stra­chu w samej piżamce, mokrej, bo ten był tak prze­ra­żony, że aż się zsiu­siał.

– Tato, ktoś jest w moim łóżeczku – wyszep­tał chło­piec.

A potem potwór odgryzł tacie głowę.Prolog

Było tu zimno, mokro i jakoś tak tru­pio. Gęste krzaki, mokre po cało­noc­nych opa­dach wycią­gały do nich nasą­czone wodą ramiona i pró­bo­wały wyssać choć gram cie­pła, bo ileż można tak mar­z­nąć w desz­czu? Buty śli­zgały się na roz­mo­kłej ścieżce, woda kapała z drzew i wpa­dała im za koł­nie­rze. Sły­chać było jedy­nie pla­ska­nie pode­szew o mazi­ste błoto, ude­rze­nia mokrych gałęzi o ubra­nia, posa­py­wa­nia zmę­czo­nych ludzi, co jakiś czas krót­kie, acz soczy­ste prze­kleń­stwo. Kiedy kopuła zaro­śli na chwilę odsła­niała niebo, uka­zy­wała wiszące nisko chmury, paskud­nie oło­wiane, i było wręcz pewne, że za chwilę znowu lunie jak z cebra i całe przed­się­wzię­cie trafi szlag.

– Mówi­łem, żeby odwo­łać to gówno – wark­nął gościu z kamerą, jakiś świe­żak.

Komi­sarz Paweł Hardy w ogóle go nie koja­rzył. Szczyl miał na sobie pach­nącą nowo­ścią kurtkę i takie same buty, na które pew­nie wydał wię­cej, niż poli­cjant zara­bia w mie­siąc. W niczym mu to nie poma­gało, śli­zgał się po nie­rów­nej ścieżce jak pozo­stali.

– Zamknij się – rzu­cił krótko ktoś z tyłu.

– Daleko jesz­cze? – zapy­tał Paweł i szarp­nął za kaj­danki, któ­rymi był spięty z oskar­żo­nym.

Ten zatrzy­mał się i spoj­rzał komi­sa­rzowi pro­sto w oczy. Razem z nimi sta­nęła cała kolumna, którą pro­wa­dził jakiś poli­cjant w mun­du­rze, a zamy­kało kilku innych funk­cjo­na­riu­szy, pani pro­ku­ra­tor i ten pie­przony kame­rzy­sta.

Męż­czy­zna złą­czony łań­cu­chem z komi­sa­rzem Har­dym nie odzy­wał się, taki miał zwy­czaj: naj­pierw patrzył roz­mówcy w oczy, jakby chciał wszystko prze­ka­zać siłą umy­słu, a dopiero potem mówił. Paweł, pod­czas jed­nego z prze­słu­chań, wpa­tru­jąc się w niego przez wenec­kie lustro, zmie­rzył czas tych nie­zno­śnych pauz i wyszła mu minuta na każdą. Zupeł­nie jakby facet miał w gło­wie sto­per i dopiero po sześć­dzie­się­ciu sekun­dach odmie­rzo­nych gdzieś za tymi wod­ni­stymi oczami mógł coś powie­dzieć. Teraz także nie­zno­śnie mijała minuta wymu­szo­nej ciszy z sapią­cymi męż­czy­znami i wodą kapiącą z liści w tle.

– Pra­wie jeste­śmy – powie­dział w końcu, nie kry­jąc satys­fak­cji z tego, że urzą­dził im spa­cer, któ­rego długo nie zapo­mną.

– Nie dziwne, że nikt nie zna­lazł tych ofiar – sko­men­to­wał gościu z kamerą. Widocz­nie był strasz­nym gadułą i Hardy już go nie lubił.

Naj­wię­cej gadają ci, co mają naj­mniej do powie­dze­nia, taką wyzna­wał zasadę. Ruszył dalej w drogę, szarp­nąw­szy za kaj­danki, co uru­cho­miło pozo­stałe pla­śnię­cia, szu­ra­nia i gło­śne sap­nię­cia. Mokre gałę­zie ude­rzały w nich, jakby pokle­py­wały ich po ple­cach dla zapew­nie­nia, że dobra robota, że już nie­da­leko, dadzą radę.

Wyszli w końcu na polanę wiel­ko­ści dwóch boisk do siat­kówki, ści­śle oto­czoną zie­loną ścianą mokrych zaro­śli wyso­kich na trzy, a może i cztery metry. Na jej środku leżała sterta sta­rych desek i kawał­ków drewna się­ga­jąca doro­słemu czło­wie­kowi do piersi. Jed­no­cze­śnie paso­wała do tego miej­sca i nie paso­wała. Z jed­nej strony zda­wała się być na miej­scu, bo i sama polana jawiła się jako zaką­tek, który powstał tylko po to, aby nikt nie musiał tu ni­gdy zaglą­dać. Z dru­giej – kto i po jaką cho­lerę gro­ma­dził tutaj stare deski? Może chciał coś zbu­do­wać?

– To tutaj? – zapy­tał kame­rzy­sta.

Hardy szarp­nął za łań­cuch kaj­da­nek, spięty z nim męż­czy­zna naj­pierw spoj­rzał na niego w ten swój dener­wu­jący spo­sób, a potem na pyta­ją­cego, przez co przy­kuł go wzro­kiem na swoje nie­zmienne sześć­dzie­siąt sekund. Zda­wało się, że gów­niarz wytrzyma, ale nie, w oczach męż­czy­zny było coś takiego, czego zwy­czajny czło­wiek nie mógł zdzier­żyć, poje­dy­nek był z góry ska­zany na prze­graną. Hardy kie­dyś zde­fi­nio­wał to jako uczu­cie podobne do tego wystę­pu­ją­cego pod­czas oglą­da­nia hor­roru, gdy ofiara wspina się po toną­cych w mroku scho­dach na pię­tro, dosko­nale zda­jąc sobie sprawę z faktu, że tam czeka mor­derca i że nie dożyje finału tego filmu. Mimo to się wspina. A widz napeł­nia się wła­śnie takimi emo­cjami, napię­cie tuż przed nagłą zmianą akcji staje się tak nie­zno­śne, że oglą­da­jący zamyka oczy albo odwraca głowę, cza­sem chowa ją pod koc, bywa, że zatrzy­muje film. Tak, wpa­try­wa­nie się w oczy tego czło­wieka było jak oglą­da­nie bru­tal­nego i nie­zno­śnie brud­nego filmu grozy.

– Tak, to tutaj – odpo­wie­dział po minu­cie skuty z nim męż­czy­zna.

– Gdzie? – zapy­tał Hardy.

– Pod deskami. Tam jest dziura w ziemi. Sztol­nia. Głę­boka.

– I niby za każ­dym razem odwa­la­łeś te dechy, żeby wrzu­cić do środka ciało? – nie dowie­rzał poli­cjant.

– Deko­ra­cja – wyja­śnił męż­czy­zna.

– Co?

– To tylko deko­ra­cja, jak skle­powa wystawa, która zachęca lub znie­chęca. Ta miała znie­chę­cić.

– Do czego?

– Do grze­ba­nia.

– W tej ster­cie?

Męż­czy­zna tylko roz­ło­żył ręce, jakby chciał powie­dzieć: „Czego tu nie rozu­mieć? Prze­cież wszystko jest jasne”.

– Zaczy­namy? – zapy­tał natar­czy­wie znu­dzo­nym gło­sem kame­rzy­sta, niczym dziecko mające dość podróży po pię­ciu minu­tach od wyru­sze­nia w drogę.

Hardy wes­tchnął. Mógł sobie odpu­ścić tę setkę wódki po śnia­da­niu, ale czuł się tak źle, że nie potra­fił utrzy­mać kubka z kawą. Tłu­ma­czył sobie, że już po wszyst­kim, dorwał Jana Kań­czugę, przez media nazwa­nego Bestią z Zagłę­bia, wsa­dził go za kratki, wziął udział w set­kach godzin prze­słu­chań, gro­ma­dze­niu mate­riału dowo­do­wego, ana­li­zie jego mor­derstw. Pozo­stało tylko prze­żyć wizję lokalną i po spra­wie, będzie mógł wziąć się za sie­bie, prze­sta­nie chlać, poprosi o prze­nie­sie­nie za biurko, zacznie bie­gać, pój­dzie na siłow­nię. Za dużo przez te dwa lata prze­żył, zbyt mocno wszedł w skórę tego maniaka, co przy­pła­cił alko­ho­li­zmem. Szyb­kim, gwał­tow­nym niczym burza. Jed­nego dnia wódki odma­wiał, nie­na­wi­dził jej smaku, dru­giego już go do niej cią­gnęło. Zda­wał sobie z tego sprawę i chciał wyjść z alko­ho­lo­wego mara­zmu. Tylko jesz­cze ta ostat­nia wizja lokalna.

– Komi­sa­rzu? – Kame­rzy­sta spoj­rzał w jego stronę.

– Pani pro­ku­ra­tor? – Hardy prze­ka­zał pyta­nie do Justyny Potom­nej.

Nie lubił jej, podob­nie jak wszy­scy poli­cjanci. Zasad­ni­cza, trzy­mała się kodek­sów bez cie­nia zro­zu­mie­nia dla ludzi, któ­rzy musieli dbać o ich prze­strze­ga­nie. Zasta­no­wił się, czy był na świe­cie kto­kol­wiek, kto ją darzył sym­pa­tią. Te zacięte i wąskie usta, wiecz­nie zmru­żone, roz­bie­gane oczy, jakby szu­kała nie­osło­nię­tego miej­sca na twoim ciele, w które może wbić szpilę. Była piękną kobietą i to zmy­liło zarówno wielu oskar­żo­nych, jak i poli­cjan­tów. Blon­dynka, mająca wszystko na miej­scu, jak mawiali chło­paki na komen­dzie, oczy­wi­ście oprócz choć odro­biny dobra, cie­pła czy zro­zu­mie­nia, które chyba ktoś ode­brał jej zaraz po naro­dzi­nach. Może wisiało na jakiejś osob­nej pępo­wi­nie i lekarz, nie wie­dząc, z czym ma do czy­nie­nia, posta­no­wił to po pro­stu odciąć. Takim czło­wie­kiem się nie zostaje, takim trzeba się uro­dzić.

– Jedziemy z tym – odparła ze skrzy­wioną miną, wkła­da­jąc rurkę para­sola mię­dzy poli­czek a ramię, po czym wyjęła z torebki cien­kiego papie­rosa. – Pro­szę zaczy­nać.

Roz­sta­wili się na pola­nie bez słów. To była już trze­cia wizja lokalna z Janem Kań­czugą i kolejne miej­sce, w któ­rym ukry­wał zwłoki. Do tej pory wska­zał im, skąd pory­wał dziew­czyny, potem polanę, na któ­rej je zako­py­wał. Zna­leźli dokład­nie trzy­na­ście ciał. Same młode kobiety, wszyst­kie bez wyjątku piękne przed śmier­cią, bestial­sko oka­le­czone tuż po niej.

Zdzi­wiło ich, kiedy po zakoń­cze­niu ostat­niej zapla­no­wa­nej wizji oznaj­mił, że to nie koniec, że jesz­cze coś dla nich ma. Było wię­cej niż trzy­na­ście ofiar? Bali się, że taka infor­ma­cja po wypły­nię­ciu do mediów może zachwiać kil­koma stoł­kami w poli­cji.

– Krę­cimy? – zapy­tał gów­niarz z kamerą tonem, który zadzia­łał na Har­dego niczym mimo­wolny skurcz mię­śnia zaci­ska­jący dłoń w pięść.

Kame­rzy­sta był z nimi pierw­szy raz, a Har­dego nie inte­re­so­wało, co się stało z poprzed­nim. Liczyło się tylko to, co im teraz pokaże Kań­czuga, a potem setka wódki mię­to­wej cze­ka­jąca w samo­cho­dzie. Chwilę póź­niej koniec sprawy i ze dwa tygo­dnie urlopu. Ni­gdy wię­cej alko­holu i Potom­nej. Podobno miała awan­so­wać na jakiś mini­ste­rialny sto­łek. I bar­dzo, kurwa, dobrze.

Sze­ściu mun­du­ro­wych roz­sta­wiło się wokół polany, co zarówno utwo­rzyło bufor ochronny przed jakim­kol­wiek zagro­że­niem z zewnątrz, jak i unie­moż­li­wiło ucieczkę aresz­to­wa­nemu. Na czas nagry­wa­nia odpi­nano mu kaj­danki, żeby dokład­nie zilu­stro­wał, co robił z cia­łami, jak je cho­wał, po to, aby potwier­dzić zezna­nia i wyklu­czyć wszel­kie wąt­pli­wo­ści. On zaś chęt­nie opo­wia­dał, wszystko poka­zy­wał, co naj­moc­niej rado­wało panią pro­ku­ra­tor, która nie będzie musiała się spe­cjal­nie prze­mę­czać w sądzie.

Komi­sarz stał naj­bli­żej Kań­czugi, inny funk­cjo­na­riusz poda­wał mane­kina, na któ­rym oskar­żony pre­zen­to­wał swoje dzia­ła­nia. Byli jesz­cze kame­rzy­sta, foto­graf, pro­ku­ra­torka oraz dwóch kole­gów z wydziału kry­mi­nal­nego, któ­rzy wspo­ma­gali akcję. Do tego kilku mun­du­ro­wych z pre­wen­cji. Wielu ojców jego ofiar chciało wymie­rzyć spra­wie­dli­wość wła­sno­ręcz­nie, obstawa była konieczna, cho­ciaż dziś naj­wy­raź­niej zby­teczna. Kto by się tutaj zapusz­czał i po jaką cho­lerę?

Hardy zdjął kaj­danki z nad­garstka Kań­czugi i odszedł kilka kro­ków, aby nie stać w kadrze. Pani pro­ku­ra­tor bez­na­mięt­nym gło­sem wyre­cy­to­wała for­mułkę doty­czącą miej­sca, oskar­żo­nego oraz celu wizji lokal­nej, cho­wa­jąc zapa­lo­nego papie­rosa za ple­cami.

Mor­derca deli­kat­nie roz­ma­so­wał nad­gar­stek, po czym zadarł głowę i spoj­rzał w niebo, jakby prze­czu­wał, że zaraz spad­nie deszcz. Szczu­pły facet koło pięć­dzie­siątki z twa­rzą wymę­czo­nego robot­nika budow­la­nego, nie­chluj­nie ogo­loną, ogo­rzałą od słońca. Wyglą­dał dużo sta­rzej, przez co zda­wał się cał­ko­wi­cie nie­groźny. Jego postura myliła, bo pozor­nie chudy miał silne ręce i twarde mię­śnie nabyte przez lata pracy fizycz­nej. A może regu­lar­nie ćwi­czył? Tego nikt nie wie­dział, bo on sam był cał­ko­witą zagadką. Nie udało się usta­lić ani jego praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści, ani daty uro­dze­nia. Cudowna sprawa dla mediów. On po pro­stu przed­sta­wił się im na pierw­szym prze­słu­cha­niu jako Jan Kań­czuga. Jego twarz także była pułapką, mogła ilu­stro­wać straj­ku­ją­cego rol­nika, gór­nika tuż po szych­cie, czło­wieka ludu, przez co ide­al­nie masko­wała ponad­prze­ciętną inte­li­gen­cję.

– Dajesz, Janek – zachę­cił mor­dercę do dzia­ła­nia pod­ko­mi­sarz Edward Kostecki. – Bo nam z zimna dupy odpadną.

Był to facho­wiec z dłu­gim sta­żem w sosno­wiec­kim wydziale kry­mi­nal­nym. Wie­dział, że mówie­nie do mor­dercy po imie­niu strasz­nie go dener­wuje, a on lubił grać mu na ner­wach.

Kań­czuga postał chwilę bez ruchu, jakby chłodne powie­trze go zamro­ziło, prze­niósł wzrok na Kostec­kiego, po czym ponow­nie pod­niósł głowę i spoj­rzał w zasnute oło­wia­nymi chmu­rami niebo. Zda­wał sobie pew­nie sprawę, że to jego ostat­nie chwile poza murami wię­zie­nia.

Wod­ni­ste oczy. O tak, jego wyłu­pia­ste śle­pia wyglą­dały, jakby cały czas padał na nie deszcz, a one wiecz­nie go pra­gnęły. Miało się wra­że­nie, że potrafi tymi śle­piami patrzeć także na boki.

Zaczął mówić.

– To deko­ra­cja – powie­dział. – Tak, aby przy­godni spa­ce­ro­wi­cze czy też dzie­ciaki nie zain­te­re­so­wały się tym miej­scem.

– Zwłoki są pod deskami? – upew­nił się Hardy.

– Tak – odpo­wie­dział Kań­czuga, patrząc wprost na komi­sa­rza. Uni­kał spo­glą­da­nia w obiek­tyw kamery niczym zawo­dowy aktor.

– Niech oskar­żony pokaże, co robił z cia­łami – zażą­dała pro­ku­ra­tor.

– Przy­cią­ga­łem je tutaj na takim wózku woj­sko­wym do trans­portu ran­nych na noszach. Kupi­łem z demo­bilu na targu. Bar­dzo wygodny sprzęt, nawet po bło­cie prze­je­dzie z tru­pem, ma duże szpry­chowe koła. Zapew­nia kom­for­tową pracę na każ­dym polu walki, tak twier­dzi pro­du­cent. Wózek jest scho­wany w tej ster­cie. – Wska­zał na pię­trzące się graty.

Paweł zaklął w myślach. Co za nadęty pajac. To był pierw­szy seryjny mor­derca, z któ­rym miał do czy­nie­nia, i żywił szczerą nadzieję, że ostatni.

– Oskar­żony przy­wo­ził ciała po tej ścieżce? – dopy­ty­wała Potomna.

– Tak, dokład­nie. Jest ide­alny do wąskich miejsc. Dziew­czyny były mar­twe, to się nie rzu­cały na wózku.

– Co dalej? – pona­gliła pro­ku­ra­tor.

– Mogę podejść? – zapy­tał, wska­zu­jąc pal­cem na stertę.

– Tak. – Potomna ski­nęła głową.

Kań­czuga zbli­żył się do kupy desek i kawa­łów drewna, przy­glą­dał się jej przez chwilę, jakby liczył zardze­wiałe gwoź­dzie wysta­jące tu i ówdzie. Prze­su­nął się dwa kroki w prawo. Hardy wie­dział, że roz­ko­szuje się tą całą sytu­acją, naj­pew­niej przy­po­mi­nają mu się te wspa­niałe chwile tuż po mor­der­stwie, gdy osią­gał naj­wyż­szy stan speł­nie­nia, satys­fak­cję abso­lutną, jak sam to okre­ślił w zezna­niach.

– Zwio­złem te deski sam i je zmon­to­wa­łem wła­śnie w taką stertę – oznaj­mił. – Ona się roz­kłada. Trzeba łapać za żółte.

Schy­lił się, po czym chwy­cił scho­wany na dole kawał deski poma­lo­wany na żółto. Pocią­gnął go i jedna trze­cia bez­ład­nego składu rupieci gładko odsu­nęła się na bok. Dopiero teraz było widać, że wszystko jest uło­żone na pale­cie z docze­pio­nymi kół­kami.

– Ożeż ty – ode­zwał się Kostecki. – Nie­zły z cie­bie Bob Budow­ni­czy.

– Pro­szę nie komen­to­wać – skar­ciła go pro­ku­ra­tor.

Tym­cza­sem Kań­czuga pod­szedł znowu do sterty, zła­pał kolejny żółty kawa­łek i odsu­nął naj­pierw deski znaj­du­jące się po lewej, potem po pra­wej stro­nie. Dokład­nie pośrodku nie­daw­nego składu rupieci ziała czarna dziura oto­czona przez trzy sterty drewna osa­dzone na rucho­mych pale­tach, które prze­su­wały się po tere­nie na małych gumo­wych kół­kach.

– Spry­ciarz – sko­men­to­wał cicho Kostecki.

– Tu jest wózek. – Kań­czuga wska­zał pal­cem na jedną z rucho­mych stert drewna. – Mogę go wycią­gnąć?

Pro­ku­ra­tor kiw­nęła głową. Męż­czy­zna powoli pod­szedł do wózka, zła­pał za rączkę i pod­cią­gnął kilka metrów bli­żej poli­cjan­tów i kame­rzy­sty. Uklęk­nął na jedno kolano i zaczął pre­zen­ta­cję.

– Tak się roz­kłada – powie­dział, poka­zu­jąc, jak przy­go­to­wać sprzęt do trans­portu.

Po kilku wpraw­nych pocią­gnię­ciach i klik­nię­ciach zapa­dek stały przed nimi bre­zen­towe nosze z dwoma rowe­ro­wymi kół­kami po bokach, przy­po­mi­na­jące nieco ręczną rik­szę.

– Zabez­pie­czyć. – Hardy wydał pole­ce­nie, które natych­miast wyko­nał jeden z mun­du­ro­wych.

– Wcho­dzi­łem na polanę, aby spraw­dzić, czy nikogo nie ma – mówił dalej mor­derca. – Jeśli było czy­sto, to wyj­mo­wa­łem wózek i wra­ca­łem do samo­chodu, pako­wa­łem dziew­czynę na nosze, przy­pi­na­łem pasami, przy­kry­wa­łem bre­zen­tem i przy­jeż­dża­łem z powro­tem. Zrzu­ca­łem zezw­łok do dziury, skła­da­łem wózek, ukła­da­łem z powro­tem moją deko­ra­cję i wra­ca­łem do samo­chodu. Szybko, spraw­nie, godzinka roboty z prze­rwą na jedze­nie.

Hardy się wzdry­gnął. Zezw­łok? Kto, do cho­lery, uży­wał w ogóle takiego okre­śle­nia? I prze­rwy na jedze­nie, nie­mal zgod­nie z kodek­sem pracy. Nie powinni nazy­wać go Bestią z Zagłę­bia, lecz Bydla­kiem.

– Co to za dziura? – zapy­tała pro­ku­ra­torka. – Skąd oskar­żony o niej wie­dział?

– To stara sztol­nia – powie­dział Kań­czuga. – Bie­da­szyb, przed wojną wydo­by­wano stąd na dziko węgiel. Po woj­nie zresztą też. Zaraz po wej­ściu ruskich roz­strze­li­wano tu ludzi nie­przy­chyl­nych wła­dzy ludo­wej. Wystar­czy wrzu­cić zezw­łok do środka i po pro­ble­mie. Mam kolegę w kopalni, pra­cuje przy zabez­pie­cza­niu dzi­kich wyro­bisk i szkód gór­ni­czych, kie­dyś wska­zał mi kil­ka­na­ście takich miejsc w oko­licy. Wie pani, tę dziel­nicę Sosnowca nazwano Czar­nym Morzem, od bagnisk i tor­fo­wisk, ale też od węgla. Tu było mnó­stwo bie­da­szy­bów. Wszyst­kie są obec­nie zabez­pie­czone, oprócz tego jed­nego. Miej­sce wyda­wało mi się ide­alne: cicho, spo­koj­nie, uro­czo, na odlu­dziu. Jak świeci słońce, to jest tu naprawdę bar­dzo ład­nie.

Kostecki pod­szedł do dziury, zaświe­cił do środka latarką, ale świa­tło ugrzę­zło w smo­li­stej czerni. Rozej­rzał się, zła­pał za stary gwóźdź wiszący przy jed­nej z desek two­rzą­cych przy­go­to­waną przez Kań­czugę stertę, wycią­gnął go, po czym rzu­cił do dziury i nad­sta­wił ucha.

– Głę­boko – stwier­dził po chwili.

– Bar­dzo – zgo­dził się Kań­czuga.

– Nic nie sły­chać – dodał poli­cjant.

– Może spa­dło na mięk­kie, kto wie – powie­dział mor­derca, wzru­sza­jąc ramio­nami i uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie.

Har­demu coś nie paso­wało. Nic mu się nie wyświe­tliło, nie zoba­czył w gło­wie scenki, jak Kań­czuga przy­wozi te dziew­czyny i wrzuca je do środka, a potem siada na jed­nej z desek, odpa­ko­wuje kanapkę i zjada ją, popi­ja­jąc her­batą z ter­mosu. To był zły znak, bo zawsze wizu­ali­zo­wał takie rze­czy. Miał bar­dzo bujną wyobraź­nię, w szkole śmiali się, że zosta­nie pisa­rzem kry­mi­na­łów, bo nie­ustan­nie opo­wia­dał kole­gom nie­stwo­rzone histo­rie, a każdą z nich odtwa­rzał w gło­wie niczym na kino­wym ekra­nie. W Parku Kuro­nia widział mor­dercę polu­ją­cego na ofiary, prze­mie­rza­ją­cego czerń nocy, wcią­ga­ją­cego ofiary do bagaż­nika. Na łące sły­szał trzask łopaty wbi­ja­nej w zie­loną trawę, sapa­nie zmę­czo­nego Kań­czugi, dźwięk upa­da­ją­cych zwłok spusz­cza­nych do głę­bo­kiego rowu. A tutaj nic. Czarny ekran.

– Kań­czuga, a mnie się wydaje, że ty coś w chuja walisz – rzu­cił po chwili namy­słu.

– Komi­sa­rzu, nagry­wamy to – upo­mniała go pro­ku­ra­tor.

Mor­derca patrzył na poli­cjanta tym swoim mokrym wzro­kiem, który koja­rzył się Paw­łowi z żarów­kami świe­cą­cymi ostat­kiem sił, jakby za jego źre­ni­cami tliła się już tylko resztka życia. Jak wyglą­dały te oczy, gdy wynaj­dy­wał kolejną ofiarę? Czy jego źre­nice roz­sze­rzały się, gdy ją dusił? Świa­tło za nimi wzmac­niało się, życie kumu­lo­wało się za prze­krwio­nymi biał­kami, gwał­ce­nie kobiet i ich mor­do­wa­nie doda­wało mu siły, wysy­sał z nich wital­ność?

– Mówię prawdę – wyce­dził Kań­czuga, ale komi­sa­rzowi zda­wało się, że gdzieś w kąci­kach ust błąka się cień uśmie­chu.

– Pier­do­lisz – odparł krótko Paweł.

– Komi­sa­rzu! – Tym razem Potomna krzyk­nęła, ale poli­cjant nie zwra­cał na to uwagi.

– Janek – mówił dalej Hardy. – Prze­cież ty lubi­łeś patrzeć na ciała. Przy­jeż­dża­łeś w te miej­sca, oglą­da­łeś groby swo­ich dziew­czyn, trze­pa­łeś nad nimi konia. Dla­czego aku­rat tutaj wrzu­ca­łeś ofiary, skoro resztę grzecz­nie i równo zako­py­wa­łeś na łąkach pod lasem?

Kań­czuga spoj­rzał na Potomną, a potem prze­niósł wzrok ponow­nie na komi­sa­rza i patrzył spo­koj­nie, cier­pli­wie, lekko mru­żąc oczy. Cisza trwała równą minutę, ale nikt go nie poga­niał, przy­zwy­cza­ili się do jego stylu wypo­wie­dzi. W końcu uśmiech­nął się i powie­dział nie­mal rado­snym gło­sem:

– Tu odsy­ła­łem te dziew­czyny, które jed­nak mi się nie spodo­bały.

– Ile ich było?

– Połowa. Jestem wybredny.

– Połowa z ilu? – zapy­tała pro­ku­ra­tor Potomna.

– No ze wszyst­kich.

– Kań­czuga, grzecz­niej, bo pani pro­ku­ra­tor wycofa się z układu i tyle zwo­ju­jesz – ostrzegł go Kostecki.

Mor­derca nie odwra­cał wzroku od Har­dego, patrzył na niego z tym uśmie­chem, za który komi­sarz miał chęć po pro­stu skuć mu ryj, ska­to­wać tego dupka do nie­przy­tom­no­ści, może nawet na śmierć.

– Czyli kolejne osiem ofiar? – zapy­tała Potomna.

– Trzy­na­ście – popra­wił ją Kań­czuga. – Połowa ze wszyst­kich.

– Co ci się w nich nie podo­bało? – ode­zwał się Hardy, bio­rąc butelkę wody od sto­ją­cego naj­bli­żej poli­cjanta.

Musiał się cze­goś napić, może jak zamknie na chwilę oczy, to zwi­zu­ali­zuje sobie, że to coś z pro­cen­tami.

– Cho­dzi o uczu­cia – wes­tchnął Kań­czuga.

– Janek. – Kostecki pogro­ził mu pal­cem. – Ty sobie nie igraj.

– To jak z pierw­szą randką, taką w ciemno. Spo­ty­kamy piękną dziew­czynę, mamy co do niej plany, ale pod­czas kola­cji zauwa­żamy, że nie mamy wspól­nych tema­tów, ona za gło­śno się śmieje, mlasz­cze przy jedze­niu, dłu­bie w nosie, śmiesz­nie kicha, może ma jakiś tik, opo­wiada dyr­dy­mały, taka tro­chę głu­piutka. Róż­nie bywa. Roz­sta­jemy się, nasze pierw­sze spo­tka­nie oka­zuje się zara­zem tym ostat­nim. Zda­rza się, komi­sa­rzu.

– Ty nie jesteś rand­ko­wicz, tylko mor­derca – upo­mniał go Hardy.

– Moja namięt­ność szła może i o krok za daleko, ale była szczera. Wiem, że dla spo­łe­czeń­stwa jestem zwy­rod­nial­cem, mor­dercą, zbo­kiem, róż­nie pew­nie o mnie mówią. Ale sam dla sie­bie jestem nor­mal­nym czło­wie­kiem, który po pro­stu dał się porwać namięt­no­ści.

– No dobrze, o tych rze­czach to sobie poroz­ma­wiasz z dok­tor­kami od świ­rów – stwier­dził komi­sarz. – Wra­cajmy do tematu. Czyli wrzu­ca­łeś tu ciała dziew­czyn, które zamor­do­wa­łeś, ale z jakichś powo­dów nie zyskały two­jego uzna­nia, tak?

– Zga­dza się – odparł Kań­czuga.

– Pokaż – zażą­dał Paweł, kiwa­jąc głową na poli­cjanta trzy­ma­ją­cego mane­kina.

– O tak.

Kań­czuga wypo­wie­dział te słowa, po czym po pro­stu dał krok w bok i wsko­czył do czar­nego szybu.

Znik­nął.

Hardy nie wie­rzył wła­snym oczom, to nie mogło się zda­rzyć. Nie powinno. Nie miało prawa.

Tym­cza­sem wła­śnie się wyda­rzyło.

Komi­sarz dosko­czył do szybu, padł na kolana i nasłu­chi­wał. Po chwili usły­szał łomot, ale nie­zwy­kle odle­gły, jakby ciało dole­ciało nie­mal do samego środka ziemi. Jak głę­boko mogło tu być?

– Latarka! – krzyk­nął w stronę reszty uczest­ni­ków.

Kilka sekund póź­niej zoba­czył dwa snopy świa­tła wdzie­ra­jące się w zie­jącą czer­nią dziurę. Nie­wiele to jed­nak dało.

– To nie zadziała – usły­szał nad uchem kame­rzy­stę. – Do studni patrzy się przez odbite świa­tło sło­neczne, na przy­kład od lusterka.

Hardy w pierw­szym odru­chu chciał wrzu­cić gów­nia­rza do środka, żeby spraw­dził, czy coś tam jest, ale się powstrzy­mał. Dru­gim pomy­słem, rów­nie bez­sen­sow­nym, było strze­le­nie w czerń z pisto­letu. Prze­cież skoro Kań­czuga tam sko­czył, to naj­pew­niej roz­trza­skał się o dno, może spadł na stertę tru­pów swo­ich ofiar albo topił się wła­śnie w brud­nej wodzie, która uzbie­rała się tutaj przez lata.

– Musimy tam zejść – powie­dział, wsta­jąc.

Napo­tkał spoj­rze­nia poli­cjan­tów i pani pro­ku­ra­tor, żadne nie było miłe; patrzyli na niego z wyrzu­tem, a kame­rzy­sta spo­glą­dał na wiszące przy jego nad­garstku kaj­danki. To on był odpo­wie­dzialny za wizję lokalną, pil­no­wał Kań­czugi, on oso­bi­ście.

– Dzwo­nię po stra­ża­ków – zarzą­dził Kostecki. – Mają pew­nie sprzęt do takich akcji.

– Niech szybko tu przy­jadą – powie­działa pro­ku­ra­tor Potomna. – Wezwij­cie też karetkę, może on wciąż żyje.

– Jasne – zgo­dził się Kostecki i odszedł na kilka metrów z komórką w dłoni.

– Ty. – Potomna wska­zała na jed­nego z mun­du­ro­wych. – Idź do samo­chodu.

– Po co? – zdzi­wił się poli­cjant.

Pro­ku­ra­torka wzięła go pod łokieć i ode­szła na kilka kro­ków. Funk­cjo­na­riusz wysłu­chał tego, co miała mu do powie­dze­nia, ski­nął głową i wspól­nie ze swoim kolegą z patrolu ruszyli w stronę ścieżki.

Hardy patrzył cały czas w ciemny otwór sztolni i pró­bo­wał uspo­koić myśli. Na pewno pomo­głaby mu mała bute­leczka z zawar­to­ścią o mocy czter­dzie­stu pro­cent, naj­le­piej o kla­sycz­nym smaku, gorz­kim, cierp­kim i orzeź­wia­ją­cym. O, jakże by mu pomo­gła.

To, co zro­bił Kań­czuga, wyda­wało się cał­ko­wi­cie bez sensu. Samo­bój­stwo nie było w jego stylu, nie miał tego w pla­nach, Hardy o tym dosko­nale wie­dział. Przy­po­mniał sobie jedno z dłu­gich prze­słu­chań, które męczyły jego i kole­gów, ale ni­gdy tego zwy­rod­nialca. Uwiel­biał opo­wia­dać o swo­ich doko­na­niach, z uśmie­chem opi­sy­wał naj­drob­niej­sze szcze­góły zbrodni, nie oszczę­dzał im niczego. Psy­chia­trzy i psy­cho­lo­go­wie powie­dzieli, że to nor­malne, on na powrót prze­żywa gwałty i mor­der­stwa, wzbu­dza emo­cje, które towa­rzy­szyły mu w tam­tej chwili, to kla­syczne zacho­wa­nie, dla­tego też mor­dercy wra­cają na miej­sce prze­stęp­stwa, aby dostać choć namiastkę tego, co czuli w momen­cie wyrzą­dza­nia krzywdy bliź­niemu. Paweł pamię­tał, jak już pod koniec dnia Kań­czuga spoj­rzał mu w oczy i po zwy­cza­jo­wych sześć­dzie­się­ciu sekun­dach ode­zwał się z tym swoim cynicz­nym uśmie­chem:

– Ucieknę wam.

– Wąt­pię, Janek, wąt­pię – odpo­wie­dział mu komi­sarz.

– Wymiar spra­wie­dli­wo­ści nie jest na mnie gotowy – mówił dalej Kań­czuga. – Znie­siono karę śmierci, a tylko taka mi się należy. Spo­łe­czeń­stwo nie­po­tra­fiące eli­mi­no­wać zagro­żeń wygi­nie, nie ma innej moż­li­wo­ści, a ja jestem kolo­sal­nym zagro­że­niem, panie komi­sa­rzu. Olbrzy­mim. Powinno się mnie roz­gnieść jak kara­lu­cha cięż­kim bucio­rem ozdo­bio­nym para­gra­fami, a nie niań­czyć do końca życia w wię­zie­niu.

– Zatem jesteś kara­lu­chem?

– A czy to coś złego? Postrze­gamy je jako stwo­rze­nia paskudne, a jak one widzą nas? W swo­ich oczach są pew­nie stwo­rze­niami bożymi, a my potwo­rami.

– Dobra, nie będę wcho­dził w filo­zo­ficzne dys­puty, za głupi jestem na to – odpo­wie­dział Hardy. – Nie uciek­niesz, zarę­czam ci.

– Ucieknę, bo mój pobyt tutaj nie ma sensu – tłu­ma­czył mu Kań­czuga. – Ale wrócę, pierw­szego dnia po tym, gdy zosta­nie przy­wró­cona kara śmierci. Obie­cuję.

– Nikt nie przy­wróci kary śmierci wyłącz­nie dla cie­bie, bądź poważny. Niby taki filo­zof, a gadasz jak potłu­czony.

– Przy­wrócą, komi­sa­rzu, pro­szę to już zosta­wić mnie. Ucieknę, a potem zacznę pra­co­wać na to, aby spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość.

Z zamy­śle­nia i mie­le­nia w gło­wie scen z prze­szło­ści wyrwał go war­kot sil­nika, jesz­cze stłu­miony przez krzaki, ale oznaj­mia­jący, że zbliża się pomoc. Rzu­cił okiem na zega­rek, minęło jakieś dwa­dzie­ścia minut. Pro­ku­ra­tor wyko­ny­wała jeden tele­fon za dru­gim, sto­jąc daleko od feral­nej sztolni, reszta funk­cjo­na­riu­szy paliła papie­rosy albo patrzyła w smart­fony, kame­rzy­sta i foto­graf dys­ku­to­wali o czymś zawzię­cie, co jakiś czas cicho się śmie­jąc.

War­kot sil­nika wzmógł się i po chwili w akom­pa­nia­men­cie trza­sków łama­nych gałęzi na polanę wje­chał quad straży pożar­nej z dwoma stra­ża­kami i przy­czepą. Jeden z nich zesko­czył i zaczął zdej­mo­wać z przy­czepki sprzęt, mun­du­rowi poli­cjanci rzu­cili mu się na pomoc. I już po chwili pusty pojazd mógł ruszyć w drogę powrotną.

Paweł roz­po­znał stra­żaka dowo­dzą­cego akcją, to był Michał Szklar­ski, z któ­rym już kil­ka­na­ście razy spo­tkał się na róż­nych akcjach.

– Co my tu mamy? – zapy­tał stra­żak, poda­jąc mu rękę na powi­ta­nie.

– Taka sytu­acja. – Komi­sarz wska­zał czarną dziurę. – Klient nam się zawi­nął do dziury i nie mamy jak spraw­dzić, co się z nim stało.

– No, Edek już stre­ścił przez tele­fon. Cze­kaj, muszę powie­dzieć chło­pa­kom, co zabrać.

Wyjął z kie­szeni radio i wydał krót­kie pole­ce­nia, wymie­nia­jąc sprzęt, jaki będzie im potrzebny. Trwało to kil­ka­dzie­siąt sekund, a gdy uzy­skał potwier­dze­nie, scho­wał krót­ko­fa­lówkę i sta­nął nad dziurą.

– Na wszelki wypa­dek wezwiemy nur­ków – oznaj­mił. – Cho­lera wie, co tam jest.

– Mam złe prze­czu­cia – powie­dział Hardy.

– Gość strze­lił samo­bója? – zapy­tał stra­żak.

– Na stówę – wtrą­cił się kame­rzy­sta.

– Nie – odparł sta­now­czo komi­sarz, po czym odwró­cił się w stronę chło­paka z kamerą. – A ty jak wła­ści­wie masz na imię?

– Patryk.

– Spier­da­laj, Patryk.

Kame­rzy­sta zro­bił duże oczy, odwró­cił się i rzu­cił coś pod nosem, co ewi­dent­nie Paw­łowi zabrzmiało jak „debil”. Ruszył w jego stronę, ale stra­żak zła­pał go za ramię i powstrzy­mał, po czym pokrę­cił głową.

– Nie warto – powie­dział. – Olej gnoja. Co z tym zbi­rem?

– To nie ten typ – stwier­dził Hardy z wes­tchnie­niem. – On by ni­gdy nie popeł­nił samo­bój­stwa. Nie ma szans.

Na polanę wje­chał ponow­nie quad zała­do­wany sprzę­tem, a zaraz za nim wkro­czyło czte­rech kolej­nych stra­ża­ków. Poja­wili się też dwaj mun­du­rowi poli­cjanci ode­słani wcze­śniej przez Potomną.

– Komi­sa­rzu? – Pro­ku­ra­tor pode­szła do Har­dego. – Mogę na chwilę?

– Pani pro­ku­ra­tor, mamy chyba waż­niej­sze sprawy niż… – zaczął Paweł, ale Potomna po pro­stu się odwró­ciła i ode­szła kilka metrów na bok. Ruszył za nią.

– O co cho­dzi? – zapy­tał, gdy już się zatrzy­mała.

– Czy pan spo­ży­wał dzi­siej­szego dnia alko­hol? – odpo­wie­działa pyta­niem.

Mil­czał. Jej wzrok był świ­dru­jący, usta zacięte, lewą dłoń miała zaci­śniętą w pięść, prawą na tele­fo­nie.

– Pani pro­ku­ra­tor – zaczął spo­koj­nie. – Wiem, że doszło tutaj…

– Cisza – rzu­ciła przez zaci­śnięte zęby, nie dając mu dokoń­czyć.

Pod­szedł do nich jeden z poli­cjan­tów, zła­mana belka na pago­nie infor­mo­wała, że ma sto­pień sier­żanta, czyli potocz­nie sier­ściu­cha. W ręku trzy­mał żółty alko­mat, minę miał nie­tęgą, ade­kwatną do wyzna­czo­nego mu zada­nia.

– Pro­szę dmuch­nąć – pole­ciła Potomna.

– Pani pro­ku­ra­tor, to nie czas i miej­sce na takie rze­czy – zaopo­no­wał Hardy.

– Komi­sa­rzu, jeśli pan nie dmuch­nie, to może natych­miast żegnać się z pracą. Gwa­ran­tuję.

– Ale…

– Dmu­chaj, kurwa! – wark­nęła.

– Spier­da­laj! – odparł i ruszył w stronę sztolni i stra­ża­ków przy­go­to­wu­ją­cych sprzęt.

Nie odwra­cał się, nie inte­re­so­wało go, co zrobi ani jak zare­aguje. Przy­glą­dał się stra­ża­kom roz­kła­da­ją­cym ste­laż z blocz­kiem, przez który prze­ło­żyli linę, potem jeden z nich dopiął nie­duży uchwyt z zamon­to­waną kamerą i zaczęto całość spusz­czać w czarną pasz­czę sztolni. Lina roz­wi­jała się z cichut­kim szu­mem, a jeden ze stra­ża­ków wpa­try­wał się w moni­tor prze­ka­zu­jący obraz z kamery, jed­no­cze­śnie kciu­kami opar­tymi o joy­sticki kon­tro­lo­wał zacho­wa­nie sprzętu.

– Stop – oznaj­mił i kiw­nął głową w stronę kapi­tana Szklar­skiego, a ten natych­miast pod­szedł i spoj­rzał na ekran.

– Pięć metrów niżej jest roz­pięta siatka alpi­ni­styczna – powie­dział stra­żak kon­tro­lu­jący sprzęt. – Czarna, matowa, nie widać jej w świe­tle latarki. Świeża robota, bo na hakach nie ma żad­nych nacie­ków ani koro­zji.

– Co takiego? – zapy­tał Hardy.

– Siatka, taka, jaką cza­sem roz­pina się w jaski­niach, żeby zabez­pie­czyć się przed ewen­tu­al­nym upad­kiem, albo żeby sprzęt nie pole­ciał na dół. No, taka jakby paję­czyna. Wasz gość wsko­czył i miękko na niej wylą­do­wał. Pan sam zoba­czy, komi­sa­rzu.

Hardy natych­miast pod­szedł do stra­ża­ków i spoj­rzał na moni­tor. Fak­tycz­nie, obraz poka­zy­wał siatkę roz­piętą w dziu­rze w taki spo­sób, że osoba wpa­da­jąca musiała się na niej zatrzy­mać.

– O, tędy spier­do­lił – oznaj­mił stra­żak, po czym ruszył joy­stic­kiem i na ekra­nie poja­wił się otwór wykuty w bocz­nej ścia­nie sztolni.

– Trzeba wejść w tę dziurę. Natych­miast – zarzą­dził komi­sarz.

– To nie my – odpo­wie­dział koor­dy­nu­jący akcję Szklar­ski. – Do tego potrzebna jest ekipa ze sprzę­tem, zabez­pie­cze­nie. Ratow­nicy z Byto­mia muszą przy­je­chać, z ratow­nic­twa gór­ni­czego, a nie my, to nie nasza działka.

– Facet wsko­czył tam tak, jak stał, i wlazł w tę dziurę, a wy potrze­bu­je­cie sprzętu? – Hardy pod­niósł głos.

– Nie wiemy, co tam jest – odparł kapi­tan. – Może gość sie­dzi w tym chod­niku i czeka? Skoro przy­go­to­wał sobie taką ucieczkę, może tam mieć broń. To jest mor­derca, Paweł. Widzisz, wszystko przy­go­to­wał, pew­nie także miał plan na wypa­dek tego, że ktoś za nim pój­dzie. Nie mogę ryzy­ko­wać. My jeste­śmy od rato­wa­nia życia, a nie ści­ga­nia prze­stęp­ców. A po dru­gie, to jest jakaś stara kopal­nia i to po pro­stu nie nasz zakres obo­wiąz­ków. Na akcje w kopal­niach wzywa się gór­ni­ków.

– Mnie tam spuść­cie – powie­dział komi­sarz.

– Nie – usły­szeli z tyłu kobiecy głos. – Komi­sarz został wła­śnie zawie­szony w czyn­no­ściach służ­bo­wych. Jest tutaj bez­praw­nie i nie może brać udziału w akcji.

– Paweł, daj spo­kój – ode­zwał się do niego Kostecki.

– Edek, musimy za nim pójść.

– Nie ty, dobra? – Kolega pod­szedł do niego. – Nie nakrę­caj się, idź grzecz­nie z chło­pa­kami, zwiozą cię na bada­nie. Wiesz, że jak będziesz się sta­wiał, to niczego nie zmieni, będzie tylko gorzej.

Wie­dział to. Zamknął oczy, uspo­ka­jał oddech. Cisza, która zapa­no­wała na pola­nie, była ciężka i przy­tła­cza­jąca. Może i dobrze, że wódka wie­trzała z jego umy­słu, mógł spo­koj­nie zasta­no­wić się nad dal­szym dzia­ła­niem, nie ule­gać pijac­kim emo­cjom.

– Chcesz go jesz­cze kie­dyś zła­pać? – zapy­tał Edek.

Hardy zro­zu­miał, co chciał mu prze­ka­zać kolega z wydziału. Potomna była uwa­żana za karie­ro­wiczkę i straszną kosę, z chę­cią dorzuci kamy­czek do swo­jego poletka, wykry­wa­jąc pija­nego poli­cjanta na służ­bie, i to jesz­cze takiego, któ­remu uciekł oskar­żony. Jeśli będzie się teraz sta­wiał, to prze­kre­śli wszel­kie szanse na zamie­ce­nie sprawy pod dywan. Miał sporo zna­jo­mo­ści i przy­sług do wyko­rzy­sta­nia, ale są gra­nice, zza któ­rych wró­cić się nie da.

– Chcę.

– Wezwiemy jed­nostkę spe­cjalną, mają tam fachow­ców od takiego łaże­nia po dziu­rach.

– Złap­cie go – rzu­cił Hardy i ruszył w stronę ścieżki.

Zaczęło padać.Rozdział 2

1

Śmierć śmier­dzi. Wie to każdy poli­cjant, szcze­gól­nie ten z kry­mi­nal­nej. Nie ma zna­cze­nia, czy trup leżał godzinę, czy też tydzień, ma swoją woń, nie­moż­liwą do pomy­le­nia z żadną inną. Podobno zapach ścię­tej trawy to jej alarm, sygnał ostrze­gaw­czy dla całej trawy świata, że wła­śnie umiera, i Paweł był pewien, że czło­wiek ma podob­nie – wydziela swo­isty smród ostrze­ga­jący współ­ple­mień­ców przed śmier­tel­nym zagro­że­niem. Gdy życie ucieka, prze­bie­ra­jąc nogami, by jak naj­szyb­ciej opu­ścić ciało swo­jego nosi­ciela, to zosta­wia za sobą swąd palo­nej gumy jako ostrze­że­nie dla innych ludzi. Tutaj gra­suje śmierć. Strzeż się.

No i tego naj­bar­dziej mu bra­ko­wało w nowej pracy, zdał sobie z tego sprawę po dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu dniach w Służ­bie Celno-Skar­bo­wej. Nie było tru­pów, smrodu melin, odoru bez­dom­nych, meta­licz­nej woni krwi, brzę­czą­cych much na cia­łach. Nie było zamie­sza­nia na miej­scu zbrodni, tech­ni­ków, bły­ska­ją­cych fle­szy apa­ra­tów, nie­wy­spa­nych kole­gów, iry­tu­ją­cych świad­ków, podej­rza­nych kła­mią­cych jak z nut. Cała powyż­sza lista może dla zwy­czaj­nego śmier­tel­nika nie pre­zen­to­wała się zbyt atrak­cyj­nie, jed­nak dla niego to była codzien­ność, sta­no­wiła jego natu­ralne śro­do­wi­sko, z któ­rym potra­fił sobie dosko­nale radzić. Co dostał w zamian?

Czy­stość i ste­ryl­ność. Żad­nych melin, dwor­ców, naj­ciem­niej­szych ulic w naj­po­dlej­szych dziel­ni­cach. Tak naprawdę smród tych miejsc jest szyl­dem tego, co może się w nich wyda­rzyć, nos od razu wyła­puje fetor zwłok, smród nie­my­tych ciał, odór goto­wa­nego przez ćpu­nów kom­potu, który wstrzyk­nięty do zgru­bia­łych żył napę­dza ich do dzia­ła­nia mają­cego na celu zor­ga­ni­zo­wa­nie kolej­nej działki.

A tutaj? Gabi­nety leka­rzy nie­wy­sta­wia­ją­cych para­go­nów za wizyty, knajpy oszu­ku­jące na sprze­daży alko­holu bez akcyzy, hur­tow­nie wpusz­cza­jące do obrotu szmu­glo­wane papie­rosy, firmy trans­por­towe jeż­dżące na oleju opa­ło­wym. Wszę­dzie biura, eks­presy do kawy, jasne świa­tło ledo­wych żaró­wek, szum dru­ka­rek, miłe panie, które o niczym nie wie­dzą. Wszę­dzie czy­sto, pach­nąco, żad­nego ostrze­że­nia, bo i przed czym. Jego zada­niem było prze­pro­wa­dza­nie nud­nych pro­wo­ka­cji albo reali­za­cja, którą tu nazy­wano „win­dy­ka­cją”, taki żart wewnętrzny, he, he, he, boki zry­wać. Nad­rzędny cel: nie pozwo­lić na znisz­cze­nie dowo­dów, które znaj­do­wały się albo w kom­pu­te­rach, albo w segre­ga­to­rach równo uło­żo­nych na pół­kach.

Wytrzyma tu rok? Cho­ciażby dzień dłu­żej niż ten mie­siąc obie­cany Drew­nia­kowi? Nie wytrzyma. Dziś był ostatni dzień próby obie­ca­nej kole­dze, będzie mógł w końcu swo­bod­nie się naje­bać. Nie zamie­rza zostać w Skar­bon­kach, został stwo­rzony do psiarni, a nie jakie­goś gania­nia za księ­go­wymi i fak­tu­rami. Wolał się nawa­lić, miał już kupioną na tę oko­licz­ność flaszkę – stała dum­nie na stole w salo­nie, ozdo­biona czer­woną kokardką, i cze­kała na koniec trzy­dzie­stego dnia pracy, gdy zerwie wszyst­kie ozdoby, pozbę­dzie się zakrętki i gol­nie sobie od serca.

Czy miał z tyłu głowy kwe­stię Kań­czugi? Oczy­wi­ście, jed­nak przez ten mie­siąc prze­słu­chał dzie­siątki pod­ca­stów i repor­taży poświę­co­nych Kań­czu­dze, prze­czy­tał wszyst­kie arty­kuły, a nawet książkę o tej spra­wie i doszedł do wnio­sku, że ten zwy­rod­nia­lec fak­tycz­nie znik­nął, naj­pew­niej zdechł w kopalni, którą przy­go­to­wał sobie jako drogę ucieczki. Skoro tak, to Hardy nie miał już nic wię­cej do roboty.

– Komi­sa­rzu? – Gliń­ska, kole­żanka z patrolu zwró­ciła się do niego z manierą w gło­sie, która dopro­wa­dzała go do szału.

Nie­speł­niona urzęd­niczka skar­bówki, któ­rej ta posada tra­fiła się jak śle­pej kurze ziarno. Została od razu aspi­ran­tem, cho­ciaż zwy­czajny poli­cjant musiał wyszli­fo­wać tysiąc kra­węż­ni­ków, by dostać taki awans. Jemu nato­miast przy­wró­cono sto­pień zabrany po zawie­sze­niu, co tylko świad­czyło o tym, jak bar­dzo nie­po­waż­nie była trak­to­wana tu dra­binka służ­bowa.

– Tak? – zapy­tał z rezy­gna­cją. Żało­wał, że wyrwała go z zamy­śle­nia.

– Wcho­dzimy?

– Ta, wbi­jaj. – Ski­nął głową w stronę szkla­nych drzwi kli­niki gine­ko­lo­gicz­nej.

Gliń­ska szarp­nęła za klamkę, szklana tafla mlecz­nego szkła otwo­rzyła się z cichym sykiem i funk­cjo­na­riu­sze weszli do recep­cji. Pierw­sze pacjentki dopiero miały się zja­wić, ale lekarz przy­je­chał wcze­śniej, cze­kali na niego i gdy tylko jego nowy Mer­ce­des zapar­ko­wał z tyłu budynku, ruszyli do akcji.

To była spo­kojna win­dy­ka­cja, za którą nie musiał się wsty­dzić. Ina­czej niż dru­giego dnia pracy, kiedy wstrzy­mali parę nowo­żeń­ców zmie­rza­jącą do sali wesel­nej. Otrzy­mali infor­ma­cję, że na przy­ję­ciu będzie alko­hol bez akcyzy. No i był, bo ojciec panny mło­dej zor­ga­ni­zo­wał bim­ber z Pod­la­sia, kilka sma­ków i warian­tów. Para młoda stała wraz z gośćmi godzinę w wej­ściu, pod­czas gdy oni pro­to­ko­ło­wali zna­le­ziony alko­hol i wypi­sy­wali sto­sowne kwity.

Minęli pustą ladę recep­cji i weszli bez puka­nia do gabi­netu. Gine­ko­log spoj­rzał na nich nieco zdu­miony, a gdy Gliń­ska poka­zała mu swoją legi­ty­ma­cję i bla­chę, na któ­rej dum­nie pre­zen­to­wały się dwa skrzy­żo­wane klu­cze, lekko zbladł.

– Pan Hie­ro­nim Wolak? – zapy­tała.

– Tak – odpo­wie­dział spo­koj­nym, mięk­kim i niskim gło­sem.

– Panie Wolak, jest pan podej­rzany o łama­nie zapi­sów ustawy o skar­bie pań­stwa, nie­wy­sta­wia­niu para­go­nów oraz nie­le­galne wpro­wa­dza­nie do obrotu środ­ków medycz­nych zagra­ża­ją­cych życiu pacjenta.

Nie­wia­ry­godne, ale wyre­cy­to­wała to na jed­nym wyde­chu. I to zwra­ca­nie się do leka­rza na pan, tak mocno bez sza­cunku, przy­po­mi­nało mu czasy PRL-u, gdy każdy był „oby­wa­te­lem” bez względu na zaj­mo­wane sta­no­wi­sko.

– Pro­szę, niech pań­stwo usiądą. – Lekarz wska­zał im dwa wygodne skó­rzane fotele usta­wione pod zie­loną ścianą. – Poczę­sto­wał­bym kawą, ale Mal­winka, moja recep­cjo­nistka, przy­cho­dzi dopiero za pół godziny, a ja, wstyd przy­znać, nie potra­fię obsłu­gi­wać eks­presu.

– Ja bym się napił – wtrą­cił Paweł.

– Potrafi pan sobie pora­dzić z eks­pre­sem? – zapy­tał lekarz.

– Może się uda.

– Chyba nie zdaje sobie pan sprawy z przed­sta­wio­nych zarzu­tów?! – Gliń­ska pod­nio­sła głos.

– Póki co żad­nych mi pani nie przed­sta­wiła. Jeśli zamie­rza pani to uczy­nić, to chyba wypi­cie fili­żanki moc­nej kawy ich nie obali, czyż nie? Nie zamie­rzam także pań­stwa otruć, zapew­niam.

Gine­ko­log pod­szedł do zdob­nej szafy z litego drewna, otwo­rzył drzwi i wska­zał lśniący eks­pres. Urzą­dze­nie wyglą­dało na dro­gie i było sty­li­zo­wane na zabyt­kowe.

– Pod­czas ostat­niej burzy zalało nam pokój socjalny i musie­li­śmy go gdzieś prze­nieść – poin­for­mo­wał Wolak z lek­kim zakło­po­ta­niem.

– Piękna maszyna – pochwa­lił komi­sarz i zaczął uru­cha­miać eks­pres.

Gliń­ska pode­szła w stronę leka­rza, fuk­nęła gniew­nie i poczer­wie­niała na twa­rzy.

– Panie Wolak, jest pan oskar­żony…

– Pro­szę pani – prze­rwał jej gine­ko­log. – Oskar­że­nie wymaga posta­no­wie­nia o przed­sta­wie­niu zarzu­tów, ogło­sze­nia ich podej­rza­nemu i ich wymie­nie­nia. Rozu­miem, że wydano posta­no­wie­nie o przed­sta­wie­niu mi zarzu­tów, bo jeśli nie, to naj­pew­niej jeste­ście tutaj pań­stwo w ramach raczej roz­py­ta­nia.

– Dokład­nie – potwier­dził Hardy, pod­sta­wia­jąc kubek pod dyszę eks­presu. – Espresso, panie dok­to­rze?

– Dop­pio – odpo­wie­dział z uśmie­chem Wolak. – Zatem pytaj­cie – zwró­cił się do Gliń­skiej.

– Czy to prawda, że wyda­wał pan oby­wa­te­lom Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej recepty na środki wcze­sno­po­ronne?

– Nie.

– Jak to: nie? – zdzi­wiła się urzęd­niczka.

– Nie wyda­łem ani jed­nej recepty oby­wa­te­lowi Rzecz­po­spo­li­tej. – Medyk schy­lił się i wycią­gnął paczkę cia­stek z szafki nad pod­łogą.

– Panie Wolak! – Gliń­ska pod­nio­sła głos.

– To robu­sta? – zapy­tał Hardy, przy­kła­da­jąc nos do zia­ren kawy.

– Ara­bica – odparł lekarz. – Mie­szanka wprost z Bra­zy­lii.

– Ulala. – Komi­sarz poki­wał głową. – A ty, Gliń­ska, byłaś kie­dyś u gine­ko­loga? – Skie­ro­wał głowę w jej stronę.

– Ale co to ma do rze­czy?

– Byłaś?

– Oczy­wi­ście.

– I powiedz mi, czy ty widzia­łaś kie­dyś, aby twój lekarz przyj­mo­wał jakie­goś męż­czy­znę i wysta­wiał mu receptę? Szcze­gól­nie na środki wcze­sno­po­ronne?

Gliń­ska zaci­snęła usta, przez co wyglą­dały jak kre­ska naszki­co­wana kiep­skim ołów­kiem. To przez te usta wła­śnie jej nie lubił, takie same jak u Potom­nej. Tamta cho­ciaż cza­sem nało­żyła na nie szminkę, a jego part­nerka uzna­wała kosme­tyki za dzieło sza­tana, zresztą jak nie­mal wszystko na tym świe­cie. Nie, jed­nak nie cho­dziło tylko o usta, ale też o to podą­ża­nie jedy­nie jasno wyty­czo­nymi przez kodeksy i regu­la­miny szla­kami. Tak, to głów­nie przez to.

– Pani… – Wolak spoj­rzał pyta­jąco na kobietę, a ta natych­miast odparła.

– Aspi­rant.

– Pani aspi­rant, jak słusz­nie zauwa­żył pan komi­sarz, wysta­wiam recepty jedy­nie oby­wa­tel­kom Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej.

– Zatem potwier­dza pan, że dopu­ścił się czynu praw­nie zabro­nio­nego?

– Nie.

– Przed chwilą pan powie­dział, że to robił.

– Nie.

– Zatem wysta­wiał pan czy nie?

– Wysta­wia­łem. – Lekarz naj­wy­raź­niej dobrze się bawił, gra­jąc z urzęd­niczką w kotka i myszkę.

– Pro­szę. – Paweł wrę­czył Wola­kowi fili­żankę, po czym posta­wił pod dyszę drugą i uru­cho­mił pro­ces przy­go­to­wa­nia _ame­ri­cano._

Widział, jak bar­dzo iry­tuje tym zacho­wa­niem swoją kole­żankę, co pobu­dzało go chyba moc­niej niż kawa. Aku­rat otwie­rała usta, aby coś powie­dzieć, gdy eks­pres dał znać cichym pika­niem, że cze­goś mu bra­kuje.

– Trzeba dolać wody – poin­for­mo­wał Hardy.

Lekarz podał mu z uśmie­chem butelkę mine­ral­nej. Gliń­ska aż zazgrzy­tała zębami. Paweł pomy­ślał, że mógłby popra­co­wać tutaj dłu­żej, dla samej satys­fak­cji zatru­wa­nia życia wred­nej urzęd­niczce.

– Wysta­wiał je pan nie­zgod­nie z pra­wem – oznaj­miła w końcu suchym gło­sem Gliń­ska, jakby odczy­ty­wała nie­mal wyrok śmierci.

– Ależ nic z tych rze­czy – odpo­wie­dział gine­ko­log. – Zapis ustawy jasno wska­zuje, że jeśli wystę­puje zagro­że­nie życia kobiety będą­cej w ciąży, lekarz, na jej wyraźne życze­nie i po pisem­nym potwier­dze­niu pacjentki oraz przy­naj­mniej jed­nego świadka, może doko­nać czyn­no­ści medycz­nych mają­cych na celu rato­wa­nie jej życia. Mówi o tym dokład­nie arty­kuł szes­na­sty, para­graf dwu­na­sty, pod­punkt A ustawy, na którą się pani powo­łuje. Tak było w każ­dym przy­padku.

– Mamy podej­rze­nia, że nie do końca – powie­działa z trium­fal­nym uśmie­chem.

– Gliń­ska, a ty co pijesz? – wpadł jej w słowo komi­sarz.

– Nic nie chcę – odpo­wie­działa szybko.

– Twoja strata, wyborna kawa – wes­tchnął Hardy i usiadł w skó­rza­nym fotelu, a Wolak usa­do­wił się w dru­gim.

Gliń­ska stała teraz przed nimi niczym petentka w gabi­ne­cie pre­zesa. Nie chciała kawy, ni­gdy nie przyj­mo­wała poczę­stunku od ludzi, któ­rych odwie­dzali. Twier­dziła, że to pod­cho­dzi pod przyj­mo­wa­nie korzy­ści mająt­ko­wych i jest niczym wię­cej jak tylko łapówką.

– Sza­nowna pani, każda ciąża sta­nowi w pew­nym sen­sie zagro­że­nie życia dla kobiety, ale z chę­cią pod­dam się sto­sow­nej wery­fi­ka­cji.

– Spraw­dzimy – rzu­ciła cierpko. – Skuć go? – Wska­zała pyta­jąco na leka­rza uno­szą­cego fili­żankę do ust.

– Wcze­śniej pobij – rzu­cił krótko Paweł, upi­ja­jąc łyk kawy, która sma­ko­wała wręcz nie­ziem­sko.

– Za co?

– Gliń­ska, po pro­stu spisz jego wyja­śnie­nia, poucz i spa­damy. A naj­le­piej wypisz man­dat.

– Ale prze­cież on… wyda­wał środki wcze­sno­po­ronne kobie­tom z pełną pre­me­dy­ta­cją, bo wie­dział, że nie może tego robić. Brał za to pie­nią­dze, ale nie wysta­wiał żad­nych rachun­ków. Może stra­cić prawo wyko­ny­wa­nia zawodu.

– Panie dok­to­rze – prze­rwał jej Hardy, zwra­ca­jąc się do leka­rza. – Ile poro­dów pan do tej pory ode­brał?

– No w tym roku powinno stuk­nąć pięć tysięcy – powie­dział z dumą lekarz.

– Pacjentki bar­dzo pana chwalą. Czy­ta­łem opi­nie w inter­ne­cie.

– Każda jest dla mnie małym cen­trum wszech­świata i tak je trak­tuję. Już nawet odbie­ra­łem porody od kobiet, które lata temu jako pierw­szy wita­łem na tym świe­cie.

– Panie dok­to­rze, pro­szę obie­cać, że dołoży pan szcze­gól­nych sta­rań, by wyklu­czyć sytu­acje, kiedy prze­pi­sze pan śro­dek wcze­sno­po­ronny, gdy życie kobiety nie będzie zagro­żone.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij