Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dina, Dina - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
3439 pkt
punktów Virtualo

Dina, Dina - ebook

Agata Romaniuk, jedna z najpopularniejszych polskich pisarek, autorka m.in. „Krótko i szczęśliwie” oraz „Z miłości? To współczuję”, wraca z nową książką.

„Dina, Dina” to subtelna i poruszająca, rozpisana na wiele tonów historia, rozpięta między Italią, Warszawą, Bagramem i Charkowem, między latami osiemdziesiątymi a współczesnością. To opowieść o rodzinnych tajemnicach i splątanych losach, a także o dojrzewaniu do bycia kobietą i odkrywaniu siebie na nowo.

Dwudziestoletnia Dina studiuje malarstwo w Bolonii i pracuje jako ilustratorka książek dla dzieci. Kiedy w Ukrainie wybucha wojna, postanawia wrócić́ do rodzinnego Charkowa, by zająć́ się̨ schorowaną babcią, która ją wychowała. Dina próbuje różnych wersji siebie, chce się umościć się w swoim ciele i znaleźć własny głos. Zrozumieć, kim jest, kim chce być i gdzie właściwie przynależy. O tych zmaganiach, ale także o różnych rodzajach miłości, jest ta książka.

„Dina nie wie do końca kim jest, kim chce być, dokąd przynależy. Próbuje, jak kostiumów, różnych wersji siebie. To osobiście bliskie mi doświadczenie. Te poszukiwania zajęły mi jednak dłużej, o całe dekady niż powieściowej Dinie. Znaleźć swój głos wcale nie jest łatwo, szczególnie jeśli jest się, jak bohaterka książki, młodą dziewczyną, której rodzice zbyt byli zajęci walką ze sobą, żeby zauważyć córkę. Teraz, po latach, ona szuka swojego miejsca i próbuje naprawić relację z ojcem. Pisząc powieść sama byłam ciekawa, czy Dinie się to uda” – Agata Romaniuk

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-929-0
Rozmiar pliku: 5,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Miała rajstopy w kropki. Cienkie, czarne, przezroczyste. Na prawej łydce poszło jej oczko. Wąska ścieżka jasnej skóry zaczynała się tuż pod kolanem i biegła po skosie w dół, żeby następnie zanurkować w ciężkich męskich butach. Skrzyżowała nogi, wiercąc się niespokojnie przy okrągłym stoliku na Piazza Maggiore. Zerknęła na zegarek, Luca się spóźniał. Pomyślała, że może w ogóle nie przyjdzie, choć przecież obiecał, że wyrwie się z targów przynajmniej na chwilę. W porze obiadowej było mniej tłoczno. Wydawcy i autorzy szli coś zjeść albo porozmawiać przy kawie, na stoisku nie potrzeba było więcej niż jednej osoby. Ojciec oczywiście nie będzie zadowolony, ale Luca nic sobie z tego nie robił. Na co dzień nie miał wiele wspólnego z rodzinną firmą, w przeciwieństwie do sióstr nie pracował na stałe w wydawnictwie Libri Conti, ale w tym roku przypadła jego kolej, żeby pomóc na targach. Ostatecznie to była najważniejsza impreza w roku. No więc teraz się spóźniał. Dina zamówiła kolejne espresso. Miała jeszcze godzinę do zajęć z historii sztuki. Jeśli się pojawi, pomyślała, to będzie szedł od strony bazyliki, bo tylko tam mógł zaparkować.

Zmrużyła oczy i wtedy go zobaczyła – niewysoki, z plecakiem przewieszonym przez ramię, szybko stawiał kroki. Pomachał jej na powitanie, a może tylko tak to zapamiętała, nie wiem. Nie było mnie tam przecież w ten słoneczny zimowy dzień, na tym placu w Bolonii, nie mogłam jej towarzyszyć, córce mojej najbliższej przyjaciółki, choć zawsze starałam się być na wyciągnięcie ręki, zwłaszcza od kiedy Chiara… Ale nie wchodźmy w to teraz, po prostu mnie tam nie było. Dina opowiedziała mi, co się wydarzyło. Ale przecież historie opowiedziane zawsze są jak odbicie w lustrze – krzywe, niepełne, zniekształcone. Tak więc może i Dina, siedząc jakiś czas później na sofie w moim ursynowskim mieszkaniu, blada i zakatarzona, nogi podkulone, skarpetki frotté, zmęczona, senna, myślami już gdzie indziej, przekazała mi tylko jakąś możliwą wersję ich spotkania. Wspomnienie, które niekoniecznie w pełni oddaje jego przebieg. W każdym razie zapamiętała pospieszny pocałunek na powitanie i suche, szorstkie usta chłopaka, który usiadł naprzeciwko niej i powiedział:

– Nigdzie nie pojedziesz. Tam jest piekło. Resta qui, per favore.

– Nie mogę tu zostać – przerwała mu. – Poza tym nie pytałam cię o zdanie. Ani o zgodę. – Dina poruszyła się niespokojnie na krześle. Było jej niewygodnie. Oparła dłonie na stoliku, który przechylał się na jedną stronę, jakby okulał, i głośno wypuściła powietrze. Luca złapał ją za nadgarstek.

– Po prostu nie możesz jechać. Tu jest nasze życie. Ty, ja, wszystko. Na zawsze, Dina.

– Niszczo ne wiczne – odparła po ukraińsku. Nic nie jest na zawsze.

Może coś sobie wtedy jeszcze powiedzieli. Może jedno z nich wstało, gestykulowało nerwowo, może dłonie, jej albo jego, ostro cięły powietrze. A może któreś podniosło głos i w końcu się pokłócili. Nie wiem. Wiem tylko, że był szósty dzień wojny i że chłopak miał rację. Po co ktokolwiek miałby tam teraz wracać.ROZDZIAŁ 1

Akwarele nie stawiają oporu. Niepilnowane rozlewają się barwną plamą, tracą kontur, nie trzymają kształtu. Nie dają szansy na żadne poprawki. Jest w nich miękkość i pozorna uległość, choć tak naprawdę żyją własnym życiem. Nieposłuszne nikomu potrzebują dużo wody, powietrza i przestrzeni. Dina kochała je od zawsze, odkąd ojciec przyniósł jej pierwsze pudełko farb wodnych kupionych na Umańskiej w małym sklepiku na rogu, do którego chodzili po gazety dla babci Luby. Pędzelki trzymała w poszewce od poduszki zawieszonej na klamce okna, tak szybciej schły. Ten najmniejszy, z sobolowego włosia, był okrągły i szczególnie miękki. Myła go mydłem i ciepłą wodą, a potem suszyła bawełnianą szmatką. Wyjeżdżając na studia, wzięła go ze sobą, ale tu, w Bolonii, wszyscy używali tylko syntetycznych pędzli. Koleżanka z grupy popatrzyła na nią jak na dzikuskę, kiedy powiedziała, że jej pędzelek do akwareli, podarunek od babci, jest z futra łasicy syberyjskiej. Zupełnie jakby to ona sama oskórowała zwierzę i zostawiła je na płocie, żeby skruszało. Na zdziwione spojrzenia odpowiedziała milczeniem. Takie sytuacje się powtarzały.

Często czuła się jak dziewczyna z odległego kraju, obca, inna. Nie chodziło o jej akcent, bo mówiła po włosku czysto i śpiewnie, jakby urodziła się nad Saveną, ale takie właśnie drobiazgi zdradzały ją zawsze. Podobnie jak miłość do akwareli. Academia di Belle Arti di Bologna nie była miejscem, gdzie farby wodne cieszyłyby się specjalnym poważaniem. Dina malowała więc nimi głównie dla przyjemności, jak w dzieciństwie, kiedy zapełniała kolejne kartki, które przynosił ze szpitala ojciec, nie zważając na regulamin, który tego zabraniał. Awers: wyniki morfologii, opis złamania, skierowanie, nowotwór. Rewers: barwne plamy, rozmyte postaci i zwierzęta, nieistniejące miejsca, niekontrolowany wybuch kolorów. Liczne kartki puchły od nadmiaru wody, wznosiły się i falowały, a potem schły potulnie na żeberkach kaloryfera, na których rozkładała je babka Luba. Wystarczyło jednak, żeby ktoś otworzył drzwi, byle powiew, przeciąg, a już zrywały się do lotu. Niespokojne wznosiły się do góry i lądowały na linoleum w kuchni albo na wytartym żółtym dywanie koło regału, w którym babcia trzymała armeński koniak, medale i odznaczenia należące do ojca. Dinowe akwarele nie miały długiego życia. Zebrane lądowały w pudełku na makulaturę razem z krzyżówkami, rachunkami i gazetami codziennymi. Tylko nieliczne babcia przyklejała na lodówce i szafce pod oknem, która służyła za spiżarkę. Dina najbardziej lubiła malować zwierzęta: różowe nosorożce, opalizujące ważki rozedrgane w locie, niebieskie chrabąszcze. Często jednak zaplanowane odcienie mieszały się i zlewały w jedną nieokreśloną burą barwę. I tylko Dina wiedziała, że szarość jest tak naprawdę mieszaniną najdzikszych kolorów.

Bolońska pracownia akwareli profesor Aoki była mała i ciemna, brakowało w niej powietrza i światła, którego tak łakną farby wodne, ale Wydział Malarstwa od dawna pękał w szwach. Nie mógł pomieścić wszystkich chętnych studentów, ich sztalug, płócien, werniksów i innych gromadzonych na uczelni przez lata akcesoriów. Tak więc to, że w ogóle udało się znaleźć miejsce na pracownię akwareli, zakrawało na cud. Przeznaczono na nią małe pomieszczenie na poddaszu, w którym kiedyś było uczelniane archiwum, i chociaż dawno wyniesiono stamtąd wszystkie dokumenty, ich zapach i kurz zdawały się wciąż unosić w powietrzu. Pojedyncze okna znajdowały się w połaciach dachu i dawały niewiele światła. Pod każdym wykuszem ustawiono jeden pulpit, w sumie było ich sześć, tyle, ilu studentów, i teraz każdy z nich siedział we własnej plamie słońca. Profesor Aoko krążyła między nimi bez słowa, nieduża, z przedziałkiem pośrodku czarnych, gładko zaczesanych włosów, który sprawiał, że jej głowa przypominała błyszczącego żuka. Nigdy się nie uśmiechała i Dina nieraz się zastanawiała, czy gdyby jednak zdobyła się na uśmiech, jej twarz, gładka, jakby zbyt mocno napięta na okrągłych policzkach, nie pękłaby na pół. Głęboka bruzda rozorałaby ją wówczas od żuchwy przez kość policzkową aż do skroni. Niczego nie dałoby się już uratować. Ale Mieke Aoko nigdy się nie uśmiechała. Udzielała wskazówek cichym, monotonnym głosem, jakby czytała prognozę pogody w radiu dla emerytów. Dina bardzo to lubiła, szczególnie w kontrze do ekspresyjnych i głośnych włoskich profesorów, którzy chcieli, żeby ich pracownie wypełniał gwar i nieustające dyskusje. Tu, na poddaszu, było cicho, a zajęcia toczyły się niespiesznie.

Profesor Aoko miała swoje zasady. Wymagała, żeby malować wyłącznie na papierze o wysokiej gramaturze, który zrobiony w stu procentach z bawełny, bardzo chłonny, wymusza dyscyplinę. Pozwalała używać tylko ręcznie robionych japońskich farb Kuretake Gansai w kostkach, bo miały największe stężenie pigmentu i jednocześnie jedwabistą, kremową konsystencję. Swoją pierwszą kasetkę Gansai Dina kupiła z pieniędzy zarobionych na pilnowaniu córeczek wuja Alessandro. Nie znosiła tych rozwydrzonych i płaczliwych bliźniaczek i każdy kwadrans spędzony z nimi przeliczała na kostki farby. Trampolina w ogrodzie: palona sjena. Kąpiel dziewczynek: ultramaryna. Kakao na dobranoc: ochra. Kiedy w końcu miała upragniony zestaw dwudziestu czterech kolorów zamkniętych w lakierowanym czarnym pudełku, wpatrywała się w nie jak w barwne czekoladki. Nigdy później nie chciała już malować innymi farbami.

Dziś też miała ze sobą kasetkę japońskich farb wodnych, ale był to zestaw szczególny – zgaszone pudrowe kolory w stylu art nouveau, ledwie tuzin. Idealnie nadawały się jednak do projektu, który zgłosiła na zaliczenie semestru. Profesor Aoko chciała ją namówić na coś tradycyjnego, bo w przeciwieństwie do innych studentów Dina wykazywała się cierpliwością i uważnością konieczną do żmudnej wielogodzinnej pracy. Od wielkich kontrastowych plam kolorystycznych zawsze wolała detal i precyzję. Pod wpływem nauczycielki Dina rozważała pracę w stylu sumi-e, który łączy kaligrafię z malarstwem, ale jest monotonny kolorystycznie, bo używa się w nim wyłącznie czarnego tuszu i czerwonej farby, a Dinę pociągały kolory. Zdecydowała się więc na serię pocztówek. W czasie wakacji w bibliotece uniwersyteckiej trafiła na album o etegami. Wyczytała w nim, że kiedy pod koniec XIX wieku cesarska poczta wprowadziła tanie znaczki, Japończycy masowo zaczęli wysyłać sobie życzenia noworoczne. Co zamożniejsi zamawiali ręcznie malowane miniaturowe akwarele, zazwyczaj bardzo konwencjonalne i ozdobne. Dominowały widoczki góry Fudżi, gałązki kwitnącej wiśni i świątynie. Aż do czasu, kiedy znany kaligraf Kunio Koike, znudzony powtarzalnymi wzorami, zaczął malować proste, osobiste obrazki na papierze washi, robionym z morwy i łyka dziko rosnącego ganpi. Rozsyłał je przyjaciołom. Podchwycili to inni, którym brakowało talentu, żeby tworzyć dopracowane dzieła, ale chcieli namalować coś swojego.

Dina przez wiele tygodni ćwiczyła pozornie łatwą technikę etegami, która na pierwszy rzut oka wydaje się sprowadzać do spontanicznych pociągnięć pędzlem i kilku znaków zapisanych tuszem sumi. Należy jednak wyćwiczyć odpowiedni kąt, pod którym unosi się, a potem opada łokieć, i delikatny ruch pędzla. Jednostajny, ciągły, ale zdecydowany jak ścieżka skalpela. Początkowo Dina pracowała za szybko, chcąc natychmiast zobaczyć efekt, albo przeciwnie – ślęczała nad każdym szczegółem w nieskończoność. Wiosną profesor Aoko udzieliła jej jednej wskazówki: karu-sa, co oznacza „lekko”. Od tego momentu część każdego dnia Dina spędzała na tarasie w mieszkaniu matki, gdzie poranki były chłodne i rześkie nawet w największe upały, ze stosem kartek gasenshi, grubych i porowatych, ćwicząc idealny ruch ręki, jak inni ćwiczą asany. We wrześniu poczuła się gotowa i razem z profesor Aoko zdecydowały o temacie projektu etegami. Dina przyniosła album z ptakami i razem wybrały tuzin najmniejszych i najdelikatniejszych, po jednym na każdy miesiąc. Tego dnia właśnie pochylała się nad szkicem jemiołuszki. Zawsze najpierw rysowała ołówkiem, żeby potem rozbić dokładność i precyzję szkicu na rozmyte plamy barwne. Pracowała akurat nad rdzawymi lotkami ptaka, kiedy usłyszała głos siedzącej obok dziewczyny, która dołączyła do grupy późno, ledwie dwa tygodnie wcześniej, tłumacząc się wypadkiem na skuterze. Rzeczywiście, na lewej ręce miała ortezę, co czyniło ją trochę niezdarną. Na ostatnich zajęciach potrąciła miseczkę z wodą, która natychmiast rozlała się po deskach starej podłogi i podeszła pod stopy Diny. Przepraszała bardzo głośno i ostentacyjnie. Potem już ze sobą nie rozmawiały. Po zajęciach Dina zawsze wymykała się po cichu. Teraz jednak dziewczyna nachyliła się do niej i zapytała szeptem:

– Ej, możesz mi pożyczyć jeden arkusz? Zapomniałam kupić ten papier, co kazała signora Biscotti. – Przewróciła oczami, wskazując na nauczycielkę. Dina wiedziała, że profesor Aoko ma takie przezwisko, ale sama nigdy go nie używała. Podała dziewczynie papier, a ta dodała: – Przecież wygląda jak biscotti, suchy i twardy, prawda? I w dodatku taka skwaszona zawsze.

– Ja myślę, że ona jest po prostu smutna. – Dina nie podniosła głowy znad pulpitu.

– Va bene, jak chcesz. Nie znasz się na żartach, co? Spodobałabyś się mojemu ojcu. Jesteś taka poważna i skupiona. Nie to co ja – powiedziała dziewczyna, marszcząc nos i wyciągając rękę. – Jestem Giulia. Giulia Conti, jak to wydawnictwo Libri Conti. Wszyscy zawsze pytają, więc mówię od razu. A ty?

– Ja jestem Dina. Jak nic konkretnego.

Na przerwę wyszły już razem. Usiadły na kamiennych schodach z widokiem na patio, na którym profesor Aoko paliła papierosa. Skręciła go jednym szybkim ruchem i teraz zaciągała się z wyraźną przyjemnością, chodząc po dziedzińcu.

– Ona jest pół-Japonką, pół-Holenderką, wiedziałaś? Stąd to imię: Mieke. Wychowała się w Osace. Podobno jej ojciec był japońskim generałem, miał romans z jej matką, holenderską malarką, wynikł z tego jakiś skandal, ale sprawa się rozeszła i zostało jej tylko nazwisko. Większość dorosłego życia mieszkała w Rotterdamie. I podobno miała czterech mężów.

– Jakie to ma dla nas znaczenie? – Dina wyjęła z torby jabłko i ugryzła je. Było twarde, winne w smaku. Obtarła wierzchem dłoni sok, który spłynął jej po brodzie.

– Tak tylko mówię. Moja matka zna wszystkie plotki, przez lata pracowała w administracji wydziału. To ona nalegała, żebym studiowała malarstwo.

– A nie chciałaś?

– Nie, wolałabym grafikę komputerową. Ale dla moich rodziców to niepojęte, żebym mogła zajmować się projektowaniem strojów dla postaci z gier komputerowych, a to właśnie chciałabym robić. I będę, ale najpierw muszę spłacić dług alla famiglia Conti – powiedziała Giulia, a jej głos był cierpki, jakby mówiła o czymś nieprzyjemnym, co już wielokrotnie powtarzała, jak skargę.

– Czyli co? – zapytała Dina z grzeczności, choć nie interesowały jej rodzinne problemy nowej koleżanki.

– Praca dla rodzinnego wydawnictwa oczywiście. Wszyscy musimy to robić, moja siostra Maria, ja, Gabriele. Tylko Luca się wymigał.

– Luca?

– Mój najstarszy brat. Jest prawnikiem. Ale to się w rodzinie Conti wybacza – prychnęła Gulia, wykrzywiając usta.

Dwa miesiące później Dina sama mogła się przekonać, co uchodzi, a co nie w tej starej bolońskiej rodzinie. Najpierw jednak poznała Lucę. Opowiedziała mi, jak zderzyła się z nim w holu, kiedy z Giulią zbierały się do wyjścia objuczone rulonami i tubami na płótna. Zapomniał czegoś i wpadł na chwilę zdyszany, musiał biec po schodach na czwarte piętro, gwałtownie otworzył drzwi. Spojrzał na Dinę, ale od razu zwrócił się do siostry.

– Chi ha portato la mia sorellina oggi? – zapytał zaczepnie.

– Twoja siostrzyczka przyprowadziła koleżankę ze studiów. Jestem Dina – odpowiedziała za Giulię, wyciągając do niego rękę. Uścisnął ją z wahaniem, zmieszany, że zrozumiała, co powiedział.

– Nie wyglądasz na Włoszkę, nie sądziłem, że… – Nie dokończył.

– Bo nie jestem Włoszką – powiedziała, choć sama nie była pewna, czy to prawda.

Nie była pewna, jak odpowiadać na to pytanie. Urodziła się w Kijowie, mieszkała trochę tu, trochę tam. Jej matka pochodziła z Werony, ojciec z Charkowa. Kim była ona sama? Mając sześć lat, zapytała mnie, jak moim zdaniem powinna odpowiadać, kiedy ludzie chcą wiedzieć, skąd jest. Szłyśmy wzdłuż jeziora Jagodne, przyjechały do mnie z Chiarą na Mazury na wakacje, mieszkałyśmy w starej ceglanej szkole na końcu wsi. Z mojego okna widać było bocianie gniazdo. Jej matka spała zawsze do południa, więc poranki spędzałyśmy we dwie. Ja – czytając gazety i pijąc kawę na tarasie, ona – rysując biało-czarne ptaki z czerwonymi nogami. Pamiętam, jak pochylała się nad kartką, drobna, skupiona, biała grzywka wpadała jej do oczu, ale nigdy nie dawała sobie założyć opaski czy spinek. Przyciskała mocno czerwoną świecową kredkę. Ptasie dzioby i nogi wychodziły jej dziwnie za długie, nieproporcjonalne, ale było w nich coś, co przykuwało uwagę. Te geometryczne bociany w wyrazistych kolorach, naszkicowane cienką jak nitka kreską, wyglądały, jakby uciekły z obrazów Miró. Uchwycone przez Dinę w locie, zdawały się wyrywać poza kartkę. Było coś niepokojącego w tych zupełnie niedziecinnych rysunkach.

– A jak ty czujesz? Skąd jesteś? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Usiadłam na kamieniu, a ona przede mną na trawie, po turecku. Dłuższą chwilę się zastanawiała.

– Jestem Dina, po prostu Dina.

– Dina. Dina – powtórzyłam. – I to wystarczy.

Pierwsza kolacja u rodziny Conti, przynajmniej tak, jak nakreśliła mi ją Dina, a jej opowieści były zawsze plastyczne, barwne, z masą detali, miała w sobie coś z filmów Viscontiego. Wszyscy wyglądali jak żywcem wyjęci z kadru Portretu rodziny we wnętrzu – przeestetyzowani, sztuczni, jak postaci, które perfekcyjnie odgrywają swoje role. Upozowano ich z dbałością o szczegóły: ojciec, nestor rodu, z obowiązkowym wąsem i wykrochmalonym kołnierzykiem, starsza córka Maria – potulna, włosy gładko zaczesane, wąskie usta, młodsza córka Giulia – zbuntowana, a więc gotycki makijaż i obgryzione paznokcie. I wreszcie Luca, najstarszy syn, milczący i piękny jak ze starej ryciny. Na ich pierwszym wspólnym zdjęciu, które mi wysłała kilka dni później, ona letnia, prześwietlona, radosna, on wcale się nie uśmiecha, patrzy w obiektyw poważnie, jakby był naburmuszony.

Z kolei najmłodszy, Gabriele, był bledszą kopią brata. Niższy, zgarbiony. Tego dnia usiedli do stołu w szóstkę. Signora Conti, jak poinformowano Dinę, przebywała na wsi. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że to kod oznaczający, że matka Giulii po raz kolejny trafiła do szpitala. Zresztą nawet kiedy była w domu, nie pokazywała się gościom. Od ponad dekady cierpiała na chorobę Parkinsona, jej niekontrolowane drżenia nie pasowały do idealnego rodzinnego obrazu. Kolację podano w przestronnym salonie, ciemnym o tej porze dnia, zastawionym antycznymi meblami. Dina tylko czekała, aż z tekturowych dekoracji zacznie obłazić farba, na jakąś pomyłkę suflera, na nieprzywidziany antrakt. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Kolacja przebiegała zgodnie ze scenariuszem, a rozmowy nie wykraczały poza uprzejmą wymianę zdań i tylko Giulia próbowała zasiać ferment, wygłaszając kontrowersyjne opinie polityczne albo złośliwości pod adresem starszej siostry. Signor Conti reagował na to pobłażliwością, wyraźnie obojętny na kłótnie córek. Był tęgim mężczyzną, masywnym, mocnym jak ciężki drewniany mebel. Luca odziedziczył po nim rysy, wyraźną szczękę, ciemne, nakreślone zamaszystym ruchem brwi, ale był przy tym szczupły i znacznie niższy, jakby w kolejnym pokoleniu nie starczyło już materiału na tak samo okazały model jak jego ojciec.

– Giulia mówi, że świetnie sobie radzisz z akwarelami. Znam profesor Aoko, a raczej znałem jej męża. Dobrze trafiłaś. – Signor Conti po raz pierwszy zwrócił się do Diny, gdy podano espresso. Dinę speszyła gosposia z tacą, ale nie zdążyła nawet się jej przyjrzeć, bo signor Conti wstał i spojrzał na nią uważnie, zsuwając na nos okulary w rogowej oprawie. Zauważyła, że jego dolną wargę przecina brzydka blizna.

– Powinieneś zobaczyć jej pocztówki etegami, tato. Czy nie takich właśnie ilustracji szukasz do tej nowej angielskiej serii? – wtrącił Luca, a Dina pomyślała, że znalazła się na podwójnym przesłuchaniu, a raczej egzaminie: na dziewczynę Luki i na ilustratorkę w wydawnictwie Libri Conti. Nie była wcale pewna, czy zależy jej na jednej, obu czy na żadnej z tych ról. Nie powiedziała nic, bo nie padło pod jej adresem żadne pytanie.

Po chwili zresztą wszyscy wstali od stołu i Giulia wyciągnęła ją na taras, żeby opalać łydki we wczesnojesiennym słońcu. Signor Conti nie zwrócił się już do Diny ani słowem, ale przez resztę spotkania, wiem, bo napisała mi o tym jeszcze tego samego wieczora, miała pełną świadomość, że była przedmiotem oceny, obiektem obracanym i oglądanym z każdej strony, jak figurka netsuke, miniaturowa japońska rzeźba, którą umieszcza się na końcu sznura opasującego kimono, obok woreczka na drobne przedmioty. Pan Conti miał piękną kolekcję tych cudeniek: żabę, mnicha, żółwia, wojownika, zająca. Może brakowało mu dziewczynki z kości słoniowej? Krucha, jasna Dina nadawałaby się doskonale. Werdykt musiał być pozytywny, bo miesiąc po kolacji Luca zabrał ją do Castelletto nad jeziorem Garda, do rodzinnego domu ojca, a niedługo potem zaczęła pracę w kamienicy przy Via Torleone, gdzie mieściło się wydawnictwo Libri Conti. Początkowo czuła się tam nieswojo. Wszyscy pracownicy znali się od dawna, większość pochodziła z Bolonii, mówili skrótami, jakby szyfrem. Na ich tle wyróżniała się też wyglądem: zdradzały ją nie tylko jasne oczy i włosy, ale i żółte balerinki Karabadgak, które kupiła przed wyjazdem w butiku w Kijowie.

– Ładne – skomentowała Giulia, ciągnąc ją za rękaw, kiedy wychodziły na patio. – Można kupić w sieci? Albo mi przywieziesz następnym razem. Nosisz trzydzieści siedem, prawda? Tak jak ja!

Siedziały przy jednym biurku, co dodawało Dinie otuchy, czuła się mniej wyobcowana, choć gadatliwość Giulii nie pozwalała jej się skupić. Zazwyczaj więc zakładała duże białe słuchawki i pochylała się nad tabletem, mocno ściskając rysik. Na pierwsze służbowe spotkanie z signorem Contim przyniosła teczkę prac, a w niej akwarele przedstawiające ptaki: zimorodka, wilgę i kraskę. Spodobały mu się. Dostała zlecenie – ilustracje do nowego kolekcjonerskiego wydania Bajek Ezopa. Wydawnictwo Libri Conti było znane z takich właśnie projektów: wysmakowanych, artystycznych książek dla dzieci, które wydawali w ograniczonym nakładzie, a czasem po prostu na zamówienie. Tak było też tym razem. Bajki Ezopa powstawały dla Szkockiego Instytutu Książki. Dina nie do końca rozumiała teksty historii, ale ogólny zarys tak, a poza tym nikt jej nie narzucał, jakie sceny ma namalować. Zaczynała od szkiców i jeśli te spodobały się signorowi Conti, który osobiście nadzorował jej pracę, dopiero wyjmowała farby. Jej padrone był uważny, dawał konkretne wskazówki. Kruk powinien siedzieć wyżej, może na gałęzi albo na murku, żeby mógł patrzeć na lisa z góry. A ten z kolei – czy nie lepiej, żeby przysiadł na łapach? I uszy, koniecznie powinien położyć po sobie uszy. Dina notowała każde słowo. Była wdzięczna za te uwagi, choć w większości miały one charakter techniczny, ale signor Conti potrafił też przez kwadrans zastanawiać się nad wyborem koloru.

Na akademii żaden z nauczycieli, poza profesor Aoko, nie poświęcał jej tyle czasu. Teraz, na drugim roku, była już przyzwyczajona, że na zajęciach kłębi się tłum, a uwaga skupia się wyłącznie na tych, którzy się jej najgłośniej domagają. A tego nie potrafiła. To różniło ją od Chiary, która była zawsze najgłośniejszą, najbardziej widoczną postacią w każdym pomieszczeniu. Dina przeciwnie. Każdego dnia po wykładach przychodziła do wydawnictwa, nawet jeśli nie planowała pracować, bo lubiła po cichu przyglądać się, co robią inni. Patrzyła z uwagą, jak Giulia nakłada kolejne warstwy koloru, jak dobiera odpowiednie fonty i składa tekst. Oglądając próbne wydruki z drukarni, czuła się jak w cukierni, jak dziecko, niepewne, które słodycze wybrać.

Nie spieszyło jej się do domu, choć mieszkanie matki znajdowało się blisko. Wystarczyło minąć Kino Roma ukryte w podcieniach, z duszną salką i zakurzonymi fotelami obitymi szaroniebieskim aksamitem, przeciąć Piazza Carducci z marmurowymi rzeźbami schowanymi w cieniu cyprysów i już po chwili było się na Via San Giuliano. Wąska uliczka biegła po skosie aż do Bramy Świętego Stefana. Jej matka mieszkała u wylotu tej uliczki od czasu studiów, w dwupiętrowej kamienicy obłożonej żółtą klinkierową kostką, w lokalu na drugim piętrze. Mały kamienny balkon nigdy nie widział słońca, a samo mieszkanie też było ciemne. Długo stało puste. Dina nie była w nim przez sześć lat, w tym czasie nie odwiedzał go też nikt inny. Kiedy rok temu odebrała klucze od wuja Alessandra, miała przez chwilę ochotę upuścić je do studzienki kanalizacyjnej, udać, że się zgubiły, i tym samym już nigdy nie przekroczyć progu mieszkania, w którym widziała matkę po raz ostatni. Chiara była wtedy w szlafroku, z włosami związanymi niedbale w węzeł na karku, napuchnięta i blada, z kubkiem wczorajszej kawy, która zdążyła już stracić kolor i smak. Mówiła coś nerwowo, ale Dina jej nie słuchała, dociskając walizkę, która nie chciała się zamknąć. Bardzo się spieszyła. Czekałam na nią w taksówce. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że nie weszłam wtedy na górę, choć dobrze rozumiem, dlaczego tego nie chciała. Nigdy wcześniej nie widziała matki tak pijanej. Sądziła pewnie, że ja też nie. Okłamywałam ją i wtedy, i długo potem.

Mieszkania, w których nikt nie bywa, żyją własnym życiem. Suszące się pranie zarasta kurzem i traci świeżość, choć wciąż wisi karnie i równo na naprężonych sznurkach. Kwiaty więdną, a potem schną, żółkną, tracą liście i wyciągają do sufitu nagie gałązki w niemym geście rozpaczy. Szyby nieuchronnie matowieją. Na parapecie umierają kolejne pokolenia much, a pajęczyny coraz śmielej wychodzą z kątów. Pogłębia się rysa na ścianie, której nikt na czas nie zatrzymał. Mieszkanie na Via San Guliano umierało wiele lat. Po przyjeździe Dina nie zabrała się za gruntowne porządki. Wyrzuciła tylko śmieci, stare gazety i zeschnięte rośliny. Krążyła między meblami i zgromadzonymi rzeczami z wprawą godną lepszej sprawy, jak w labiryncie, starając się niczego nie poruszyć. Nad stołem w salonie wciąż wisiała wyszywana ikona w ciemnej drewnianej ramie, którą matka i ojciec dostali w prezencie ślubnym od jakiejś ciotki z Zaporoża. Była to bodaj jedyna rzecz, jaką Chiara zabrała ze sobą z Ukrainy do Włoch. Miała do ikony niezrozumiały dla niej samej sentyment. „Patrz na to kurewskie straszydło – mówiła, wypuszczając kółka papierosowego dymu. – Pilnuje mnie”. Po latach ciemna rama zdążyła się rozeschnąć, złote aureole nieco pożółkły, ale Maria i Dzieciątko spoglądali na Dinę tak samo smutno ciemnymi, martwymi oczami jak wtedy, gdy była mała.

W sypialni matki zastała bałagan, na komodzie: pierścionki, kolczyki, wisiorki, rozsypane jak okruszki złota. Na zielonym fotelu pod oknem jej płaszcz z futrzanym kołnierzem i torebka na ramię, a na stoliku nocnym – otwarta książka i fiolka z lekami. I tylko z łóżka ktoś zdarł pościel, a pusty, nagi materac wypłowiał na słońcu. Dina niczego nie zmieniła, nie przełożyła, nie wzięła do ręki, po prostu zamknęła drzwi sypialni. Nie opróżniła też szafy w swoim pokoju, gdzie wciąż na wieszakach wisiały jej nastoletnie sukienki, za krótkie, zbyt kuse, sprzed epoki zaokrąglonych piersi i bioder. Czekały na dziewczynkę, która nigdy już nie wróci. Na co czekała Dina, nie wiem. Rozmawiałyśmy wtedy prawie każdego dnia przez telefon, ale wyłącznie o sprawach trywialnych, jak dwie osoby, które tak bardzo chcą przemilczeć jakiś temat, że nie ustają w wysiłkach, dwustronnych zapasach, mówiąc o wszystkim innym, tylko nie o tym.

Luca pojawił się w mieszkaniu Chiary po raz pierwszy dopiero po wielu tygodniach od ich pierwszego spotkania, choć byłoby im przecież wygodniej spotykać się w pustym mieszkaniu niż w domu Contich, gdzie zawsze ktoś patrzył: milczący ojciec, rumuńska gosposia, która stąpała ciężko, krzątając się po domu, i wreszcie Giulia, z jej chaosem, bałaganem, w wiecznym biegu. Dina jednak zwlekała z zaproszeniem Luki, wciąż znajdowała wymówki, żeby do tego nie doszło, aż w końcu zdecydował przypadek. Byli w sąsiedztwie na późnym seansie w Kinie Roma. Po wyjściu złapał ich deszcz, nie było sensu przedzierać się przez całe miasto, zwłaszcza że po paru kieliszkach wina przed seansem Luca i tak musiałby zostawić skuter. Przemoczeni wbiegli na drugie piętro mieszkania przy Via San Giuliano 4. Klucz znowu się zaciął, weszli do środka po dłuższej chwili mocowania się z zamkiem. W korytarzu Luca zaczął ją rozbierać, powoli i delikatnie, a ona stała bez ruchu jak manekin. Bardzo szczupła, z delikatnymi węzełkami obojczyków, porcelanowa. Podnosiła i opuszczała ręce, a on zdejmował po kolei jej płaszcz, bluzkę, dżinsy, trampki. Ukląkł, żeby rozwiązać jej sznurówki. Przyglądała mu się z góry z ciekawością, jakby widziała go po raz pierwszy, jakby był kimś obcym. Powiedziała mi zresztą kiedyś, zaniepokojona, że to jej się czasem zdarza. Widzieć swoje życie z boku albo z góry, jakby jej nie dotyczyło, jakby to był film dokumentalny, w którym jakimś cudem bierze udział. Zapytała, czy to normalne, czy każdy tak ma. Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć.

Luca został wtedy na noc. Rano zrobił kawę, narzekając, że kawiarka rdzewieje i że nie da się znaleźć dwóch identycznych filiżanek do espresso. Rozejrzał się po kuchni i spojrzał na Dinę, która usiadła na stołku i podciągnęła kolana pod brodę. Jej nagie ciało lśniło w drewnianej ramie okna. Przez chwilę milczeli. Luca wyjął telefon i zrobił jej zdjęcie, nie mówiąc ani słowa. Po chwili jednak się odezwał, sarkając:

– To niezdrowe, wiesz, tak żyć. Jak w magazynie z rupieciami. – Podniósł do góry stertę papierów, które leżały na stole: jakieś koperty, wyniki badań, notes matki. Po przyjeździe Dina przesunęła je po prostu na skraj stołu, tylko tyle, żeby zrobić miejsce na talerz. Tak leżały już kolejny rok. – Rozumiem, że nie chcesz się tym zajmować, ale przecież ja mogę to zrobić za ciebie albo wynająć firmę. Pojedziemy do Castelletto na weekend i jak wrócisz, będzie po wszystkim. Wystarczy, że wybierzesz, co ma zostać. To bardzo proste, Dina.

– Proste? – zapytała bez ironii.

Zdążyła się już zorientować, że dla Luki wiele rzeczy było prostych.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij