Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dorosłe dzieci - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 sierpnia 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Dorosłe dzieci - ebook

Najpierw bierzesz Xanax, żeby zasnąć. Potem – żeby przestać się bać. W końcu już sama nie wiesz, po co go bierzesz. Wiesz tylko, że bez niego nie potrafisz żyć. Luiza nie wygląda jak osoba uzależniona. Ma rodzinę, pracę, dom i dzieci. Robi zakupy, spotyka się ze znajomymi i pamięta, żeby się uśmiechać, kiedy ktoś pyta, czy wszystko w porządku. I ma tabletki. Na sen. Na nerwy. Na gorszy dzień. Na samotność. Na życie, które miało wyglądać zupełnie inaczej. Przecież nad tym panuje. Tylko że pół tabletki przestaje wystarczać. Potem jedna. Potem kilka. A jej rodzina również zaczyna pękać. Mąż ma własne tajemnice, dzieci własne problemy. Każdy przed czymś ucieka. „Dorosłe dzieci” to mocna, gorzka i podszyta czarnym humorem powieść o uzależnieniu, rodzinie i ludziach, którzy świetnie nauczyli się udawać, że wszystko jest w porządku.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 300 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DOROSŁE DZIECI

_DOROSŁE DZIECI_

_Dorosłe dzieci mają żal. Za kiepski przepis na ten świat. Dorosłe dzieci mają żal, że ktoś im kawał życia skradł…_

_Luiza_

_Jest pani w coś wjebana?_

_Słucham? Co to za słownictwo? Co to kurwa ma być? Na jakim świecie ja żyję? Czy naprawdę takim językiem mówią teraz lekarze do pacjentów? Czy nie ma już ani jednej enklawy normalności? Gabinetowej sterylności? Bezpieczeństwa od wszechobecnej nowomowy niespełnionych boomersów?_

_- Przepraszam, nie usłyszałam… Mogłaby pani powtórzyć?_

_Lekarka ma zmęczone, podkrążone oczy, których nawet nie próbowała zamaskować korektorem (a przecież to nie jest drogie. Już za 19.90 można kupić tubkę wybawienia, które zamaskuje, ukryje, zatuszuje. Olka zeszłego lata pracowała w Rossmanie, to Luiza wie takie rzeczy. Jak w tej reklamie społecznej. Matki wiedzą)._

_- Pytałam, czy przyjmuje pani na stałe jakieś leki – lekarka wbija w nią badawcze spojrzenie, jakby powoli zaczynało coś do niej docierać, jakby zaczynała się domyślać, że Luiza nie jest tym, na co wygląda._

_Nic nie jest tym, na co wygląda, proszę pani. Rzeczywistość to tylko powidok tego, co sobie wyobrażamy na jej temat._

_- Nie. Oczywiście, że nie – Luiza mówi trochę za szybko, z trochę za dużą nonszalancją, jakby usiłowała kogoś na siłę przekonać, że wszystko gra._

_Ale lekarka nie jest tu po to, żeby bawić się w Sherlocka Holmesa. Dopóki Luiza ma wykupiony pakiet prywatnej opieki medycznej to wszystko będzie grało. Nikt na siłę nie będzie skrobał pazurkami pod powierzchnią. Jeszcze się do czegoś doskrobie, jak ci ludzie, którzy dwa lata po katastrofie w Lesie Kabackim szli na spacer i znajdowali resztki tych, którzy zginęli w osiemdziesiątym siódmym. Czterdziestu sekund im zabrakło. Czterdziestu pierdolonych sekund, żeby samolot wylądował na Okęciu._

_- Czyli nie przyjmuje pani żadnych leków?_

_- Nie – powtarza tym razem znużonym (wyćwiczenie znużonym) głosem Luiza. Niech babsko skończy nim zacznie mi walić serce. Nim zdradzą mnie trzęsące się jak u nałogowego pijaka dłonie._

_A co pani się tak ręce trzęsą? Pije pani?_

_Nie jestem w nic wjebana, pani doktor. W żadne zolpidemy, xanaxy, klony. W ogóle nie znam takich słów. A to młodzież teraz ćpa? Nie wiem, nie mam czasu tych wszystkich głupot czytać, pani doktor. Wie pani, jak jest. Człowiek zabiegany, nie ma czasu nawet porządnie się wys… Przepraszam, nie ma czasu nawet na toaletę. Ciągle w biegu. Kiedy ja sobie odpocznę. W grobie sobie odpoczniesz, Luiza. Dziewięć metrów pod ziemią. Dziewięć metrów. Czemu akurat dziewięć? Czemu na tyle się kopie? A studnie głębinowe nieraz i na trzydzieści kopią i dokopać się nie mogą._

_- Pije pani?_

_- No wie pani, no tak jak każdy… Nie więcej chyba… Sporadycznie…_

_- Sporadycznie to znaczy ile? – Lekarka wbija w nią badawcze spojrzenie jasnoniebieskich oczu. – Raz w tygodniu, dwa?_

_- No raz, dwa… Zależy. Ostatnio wcale – mówi szybko Luiza, żeby przerwać już te dywagacje. Jakby o picie tu chodziło. Jakby picie kiedykolwiek było problemem._

_- A czemu ostatnio pani nie pije? – lekarka najwyraźniej nie zamierza odpuszczać. Znowu mierzy ją tym swoim spojrzeniem, które teraz jest jakby lekko szydercze. Jak u clowna._

_Ile ja tu już takich zapewnień słyszałam, mówi to spojrzenie. Nie nabierzesz mnie. I co ty sobie myślisz, że uwierzę, że nie pijesz codziennie na sen? A jak kurwa zasypiasz? No jak?_

_- Wątroba mnie boli – wypala szybko Luiza i momentalnie koryguje się w myślach._

_Wątroba nie boli, nie jest unerwiona, jak już zaboli to raz a porządnie, przypomina jej się zdanie, które kiedys przeczytała w magazynie dla kobiet. Gdy jeszcze czytała magazyny dla kobiet, a nie tak jak teraz, wszystko jest w komórce, to po co gazety kupować. Tylko frajer by gazety kupował._

_- To dobrze, dobrze – kiwa głową lekarka – clown. – Najgorzej to jak człowiek nauczy się zasypiać po winie. Kieliszek wina, mówią, dobry na serce. Tylko na czyje serce, ja się pytam – lekarka groźnie mruży brwi. – No nie na tego co pije, co nie? – zwraca się wprost do Luizy i świdruje ją tymi niebieskimi, błękitnymi, pustymi oczami wypranymi przez prochy, które sama sobie przepisuje na śniadanie, obiad i kolację. Na seks i zamiast seksu. Xanax zrozumie._

_No po co innego zostawałaby psychiatrą, jak nie po to, żeby mieć nieograniczony dostęp do recept. Przecież mogłaby zostać chirurgiem albo ortopedą. To są zawody z przyszłością, to są zawody, o których ludzie mówią: To moja córeczka. Została chirurgiem. Zawsze interesowała się medycyną. Zawsze wiedzieliśmy, że przyniesie nam pociechę. Zawsze miała dobre stopnie. Z biologii i chemii przede wszystkim. Bo wszyscy wiedzą, że biologia i chemia to jest przyszłość i z tego trzeba być dobrym, jak chce się tłuc porządny hajs. I z angielskiego. Bo to wstyd nie zdać rozszerzenia z angielskiego. Wszyscy zdają rozszerzenie z angielskiego. Moja córeczka też zdała, na dziewięćdziesiąt sześć procent. Na korepetycje chodziła, wie pani, od szóstej klasy. Do Anglika. Do prawdziwego Anglika. Żeby akcentu nabrała._

_Raz po korkach poszła na metro i tak się zjarała trawą od koleżanki, że jakaś baba gruba wezwała policję i rodzice musieli ją odbierać z komisariatu. Ale o tym już nie mówią. Szesnaście lat miała. Kto by się takimi głupotami chwalił. Nie ma czym. Te dzieciaki za dobrze teraz mają, w dupach im się poprzewracało. Nie miała gdzie iść tylko na metro, jak tam tyle ludzi chodzi na tych schodach Metra Służew. To jedna z najstarszych stacji przecież. Dobrze, że sobie przez to kariery nie zwichnęła, bo mogli jej nie przyjąć na medycynę i dopiero by było. Co by wtedy zrobiła, zawsze taka zdolna była. Miała być pierwszym lekarzem w rodzinie, to jest prestiż. Kto ma lekarza w rodzie, tego bieda nie ubodzie._

_- Tylko spać teraz pani doktor nie mogę._

_- Słucham? – lekarka podnosi te swoje błękitne oczy znad komputera. Co ona tam pisze i pisze? Przecież to nie jest psychoterapia. Obiad pewnie sobie wstawia w termomomix, co innego by robiła._

_- Jak przestałam pić to nie mogę spać._

_- No tak, no tak. Na sen też pani coś zapiszę. I na te nerwy. Zapiszę pani antydepresanty, ale one się powoli rozkręcają, więc na początek xanax. I nasen na sen. Tylko proszę nie przesadzać z tabletkami, bo te leki mocno uzależniają. Jedna w zupełności wystarczy. I tylko w sytuacjach awaryjnych._

_Chyba dla ciebie. Całe moje życie to jedna wielka sytuacja awaryjna._

_Luiza pierwszy cztery xany połyka jeszcze na parkingu. Po xanaxie nie powinno się prowadzić samochodu, jak wół jest to napisane na ulotce. Świat się tak lekko rozjeżdża, traci kontury, traci pazury._

_Xanax nie wchodzi tak jak choćby emka, że zalewa człowieka fala euforii albo nagle ma wrażenie, jakby przeniósł się do innego wymiaru, że kolory i dźwięki napierają na niego turkusem i granatem i może tylko szeptać, że jest zajebiście "i tak kurwa powinno być zawsze tak powinnam się zawsze czuć". Xanax wchodzi spokojnie, tak, że trudno uchwycić moment, kiedy przejmuje nad człowiekiem dowodzenie. Niedostrzegalnie, jak złodziej, który lekko uchyla sobie drzwi balkonowe i pyta, czy może wejść do środka. Taki uprzejmy złodziej. Apteczny arsen lupę._

_Nagle wszystko ustaje. Jakby ktoś uderzył kamieniem w szybę._

_Bicie serca, ścisk w żołądku, drżenie rąk._

_Jest cicho i dobrze jakby spadł pierwszy śnieg._

_Luiza wsiada do samochodu._

_- Długo mnie tu nie zobaczysz – mruczy do swojego odbicia, dynamicznie ruszając na dwójce i ignorując huk uderzanego bokiem auta progu._

_Kolejną receptę kupię przez receptomat. Sześćdziesiąt dziewięć złotych. Stać mnie. W końcu po dwóch latach wyżebrałam podwyżkę._

_Krzyku parkingowego, że ciągnie się za nią kawałek urwanego zderzaka, też udaje że nie słyszy. Albo i nie słyszy._

_Mikołaj_

_- Co ty wyprawiasz, dziecko?!_

_Mikołaj zahamował z taką siłą, że czoło wylądowało na obiciu kierownicy. Które, niestety, nie było miękkie._

_Że też zdecydował się zdjąć futrzaka ze starego opla ojca. Ojciec tyle lat jeździł i było dobrze, a teraz wyszło, że to obciach mieć coś niby podróbkę króliczka plejboja na kierownicy. Gdyby nie zdejmował, nie miałby teraz dwóch beznadziejnych szram na czole!_

_Luiza pomyśli, że się z kimś biłem – uśmiechnął się do siebie – Może jej to nawet zaimponuje. Taki prezent gwiazdkowy. Nowy, męski ja._

_- Życie ci niemiłe, gówniaro? – warknął, wracając do roli podstarzałego tatusia w starym samochodzie._

_- Pan nic nie rozumie – dziewczę wydęło wargi w sposób, który zapewne podpatrzyła w filmiku na jakimś tiktoku albo innym szajsie – Pan tam miał ditto… Chciałam złapać! Pan by też łapał, nie?!_

_Ditto? To jakiś królik? Piesek? Pod maską go schowałem?_

_Mikołaj patrzy na dziewczynę coraz bardziej osłupiałym wzrokiem. Schizofrenia dziecięca? Zaburzone postrzegane rzeczywistości? Podobno teraz to się coraz wcześniej zaczyna. Antybiotyki w mięsie i dziura ozonowa. Nie czają. Styki im nawalają._

_Wszystkie problemy świata w szesnastoletnim ciałku._

_- Pan naprawdę nic nie rozumie – dziewczynka patrzy teraz na niego oskarżycielsko, jakby rzeczywiście rozjechał tego jej wirtualnego królika – Moja mama ma rację. Dorośli to jednak są głupi. Pan tam miał pokemona._

_Pokemona? Czy to możliwe, żeby jakiś idiota umieścił wirtualnego potwora pod maską jego opla?! Czy ten świat naprawdę zwariował?_

_Co będzie następne: reality show z rozjechaną przez jego zdezelowane auto gówniarą? I podpis: „Sprytna plastelina”? Taki, kurwa, prezent na święta?!_

_- Twoja mama tak mówi, że dorośli są głupi? – zainteresował się nagle._

_A mama to co, nastolatka? Teenage pregnancy? Wszystkie problemy zjednoczonej Europy w jednym?_

_- Nie mogę z panem rozmawiać – wydęło oskarżycielsko wargi dziecko. Chciał wierzyć, że tylko oskarżycielsko – Może pan być pedofilem, który chce mnie zaczepić. I prawie mnie pan przejechał._

_Chciałabyś, pomyślał Mikołaj, teraz już maksymalnie wkurzony._

_- A pod choinkę dostaniesz rózgę – warknął jeszcze, odpalając silnik._

_Pod nosem szepnął sobie, że chodzi o rózgę wirtualną. Nie życz drugiemu, co tobie niemiłe. W końcu miał się zmienić._

_I dzisiaj miał być właśnie pierwszy dzień jego nowego życia. Że też od samego rana musiał się tak cholernie spieprzyć ten jego nowy dzień całkiem nowego życia!_

_Dobrze, że teraz chociaż nie przejechał tej gówniary. Oszczędził sobie dwudziestu lat w pace. Choć czasami nie był pewien, czy to momentami nie byłoby łatwiejsze. Tam podobno tylko w tyłek można od czasu do czasu zarobić, a tu trzeba po prostu żyć._

_Zgadnijmy, co jest łatwiejsze._

_Wygraliście pokemona spod maski samochodu. Dowolnie wybranego. Odbiór własny._

_Luiza i Mikołaj_

_Zaczęło się normalnie, od zębów w łazience._

_Ile razy ci mówiłam, żebyś nie zostawiała tej swojej sztucznej szczęki na umywalce. To jest kurwa obrzydliwe! Tomek._

_Czy ten dzieciak nie zna ku… nie zna do licha innych słów?! Nowy człowiek. Mikołaj, miałeś być nowym człowiekiem!_

_- Czy wy moglibyście chociaż od rana nie przeklinać?! To nie jest rodzina patologiczna! – przekręcił się w łóżku, odruchowo macając poduszkę po lewej, gdzie powinna leżeć Luiza. I gdzie od dobrej pół godziny nie leżała Luiza._

_I gdzie na dobrą sprawę od dobrych kilku lat nie leżała Luiza._

_Gdzie jest w ogóle jego żona?_

_- Zamknijcie się. To nie jest rodzina patologiczna – powtórzył o wiele za cicho._

_- W tej niepatologicznej rodzinie niech się ten debil odwali od moich zębów – usłyszał piskliwy głos młodszej latorośli._

_Zdecydowanie we współczesnym pożywieniu jest za dużo chemikaliów. Te dzieciaki mają głosiki jak kotki bez przerwy przyskrzyniane przez wieczka kanap._

_Przecież my nie mogliśmy tak cienko śpiewać w ich wieku. My, kurwa, w ich wieku budowaliśmy kapitalizm i szukaliśmy okazji na Stadionie Dziesięciolecia. Albo sami byliśmy tą okazją._

_- Coś przeoczyłem? – spojrzał pytająco w stronę szarego swetra, który chyba przygotowywał mu kanapkę do pracy._

_Znowu będzie musiał wywalić ją przed budynkiem firmy. Nie może dać zbankrutować Panu Kanapce._

_Dlaczego Luiza nie może tego pojąć. Ma się te zasady. Jak się coś nie spodoba tam na górze, to on zostanie Panem Kanapką._

_Nie zauważyłem, kiedy nasze dzieci straciły zęby i teraz mamlają bezzębnymi dziąsełkami?_

_- Bardzo śmieszne – szary sweter nawet nie zadał sobie trudu, żeby odwrócić się w jego stronę._

_Dla tej baby równie dobrze zamiast mnie mógłby stać tu Dziadek Mróz i podgryzać korniszony – uświadomił sobie nagle, zdjęty gwałtownym zniechęceniem – I po co to wszystko człowiekowi, po co zbierać na suva-większego-od-suva-sąsiada i wynosić po sobie śmieci, jeśli przychodzi taki moment, że dla własnej żony człowiek nie różni się niczym od bohatera radzieckiej kreskówki, którego goni Wilk._

_– Naprawdę czasami masz takie dziecinne poczucie humoru. Chyba w twoim wieku człowiek powinien już nieco spoważnieć?_

_- Na starość się dziecinnieje – mruknął Mikołaj, ale o wiele ciszej. Luiza pracuje w szkole. Wprawdzie w administracji, ale zawsze. Ma się ten respekt dla almamater dzieciństwa czy jakoś tak._

_- Oświecisz mnie, o co chodzi z tymi zębami? – zwrócił się w stronę młodszej córki, nie widząc szans, żeby dowiedzieć się czegokolwiek od ślubnej._

_Olka siedziała przed komputerem, oglądała jakiś durny filmik o kobiecie, która zdradzała swojego męża z listonoszem, to znaczy ten mąż myślał, że z listonoszem, bo tak naprawdę to zdradzała go z naczelniczką poczty, i przejeżdżała sobie po włosach czymś, co wyglądało na żelazko. Zgłupiała jeszcze bardziej, o ile to możliwe, skonstatował, ale pomny słów wychowawczyni Oli z ostatniego zebrania („Państwo musicie córkę bardziej wspierać. Ona mi się zwierzała, że nie wspieracie jej rozwoju osobistego, że nie wzmacniacie jej pozytywnie”) – nic nie powiedział. Niech się prasuje, jak lubi._

_- To przecież banalne. Ten debil nie lubi widoku zębów, bo sam nie ma własnych – wzruszyła ramionami Olka, jakby rzeczywiście to, co mówi, trzymało się kupy i było najnormalniejsze pod słońcem._

_- Debilką to jesteś tu ty – warknął z drugiego końca kuchni Tomek – A zęby mam równiutkie jak perełki i nie muszę nosić w nich jakiegoś żelastwa, jak ty, brzydulo._

_Rzeczywiście chyba z dorosłymi coś było nie tak. A może to tylko z nim, Mikołajem, coś było nie tak, bo dopiero w tej chwili zorientował się, o czym te dzieciaki (ile razy w życiu zastanawiał się, czy naprawdę są jego?) w ogóle mówią._

_Sprawa była banalna jak ich życie._

_Olka nosiła aparat na zęby, który uparcie zdejmowała rano (wolał myśleć, że to dlatego, że po prostu nie chciała pokazywać się w nim w szkole, i zapomnieć na zawsze o podsłuchanym kiedyś zdaniu, które rzuciła domyślnie w jej stronę Gośka, jedna z koleżanek jego córki: A co, on nie lubi się całować w aparacie? Jaki kurwa „on”?! Jego córka to jeszcze małe dziecko i niech ta debi… niech ta cała Gośka zajmie się sobą!). Aparat Ola zostawiała z uporem godnym lepszej sprawy na umywalce w łazience._

_Zwykle aparat był w estetycznym przezroczystym pudełeczku o psychodelicznym kolorku, ale czasami (raczej częściej niż rzadziej, jeśli miał być szczery) Ola zapominał wsadzić swoje ząbki do pudełka, więc szczęka straszyła otwartą i rozkłapaną buzią na brzegu umywalki. Każdy, kto szedł umyć zęby, ręce czy cokolwiek mógł sobie z tą szczęką porozmawiać niczym z czatem gpt._

_Kłap, kłap, jaki będzie dziś dzień? Powróżę ci. Chujowy._

_Szczęka przeszkadzała tylko Tomkowi, który twierdził, że widok zębów go obrzydza i nie przejmował się tym, że cała rodzina zgodnie stwierdziła, że to jakaś zębofobia i może to się nawet leczy._

_- Masz chować tę sztuczną szczękę i już! – pieklił się Tomek, na co siostra nie pozostawała mu dłużna i odwarkiwała:_

_- A ty masz zacząć się myć, bo cały mnie obrzydzasz! Zęby to akurat najnormalniejsza część ciebie! Mamo, ja widzę jego pachy!_

_Jednym słowem, to był normalny poranek w normalnej rodzinie i Mikołaj był tego w pełni świadomy, ale mimo to nie zdzierżył w momencie, kiedy kontrolnie spojrzał w ekran telefonu córki i zobaczył, że naczelniczka poczty jednak nie jest tą, z którą niewierna zdradza męża i że jednak winnym jest prawdopodobnie brat bliźniak czarnoskórego listonosza, nie to, żeby coś miał do czarnych, ale jednak tego było za wiele. I dlaczego film oznaczony był kontrolką, że jest od lat dwunastu, tego tym bardziej zrozumieć nie mógł._

_- Wyłącz kurwa te brednie! – krzyknął więc głośno, tym samym bezpowrotnie szanse na miękki i bezkonfliktowy początek nowego dobrego dnia._

_- Uwaga, ojciec na szaleju – szepnęła Olka, ale film jednak wyłączyła._

_Przez chwilę Mikołaj liczył na to, że Luiza choćby przez sekundę doceni, że jest takim prawdziwym ojcem i potrafi tę całą dzieciarnię doprowadzić do pionu, ale wystarczyło spojrzeć w stronę szarego swetra, żeby cała nadzieja wychlapała się jak ketchup z niedomkniętej butelki._

_- I po co się na nich drzesz od samego rana? – usłyszał tylko – Choinkę dziś kup. Potem będą kolejki, a mama przyjeżdża._

_Gdzie będą kolejki, w lesie będą kolejki? W szkółce z choinkami? I co to ma kurwa do rzeczy, że matka przyjeżdża? Co ona choinki nigdy nie widziała?_

_- A naprawdę musimy wywalać tyle kasy na choinkę? – usłyszał nagle głos starszego syna i poczuł, że ciśnienie podnosi mu się do niebezpiecznych wartości – Bo wiesz, z choinkami to tylko kłopot. Stoi, sypie się, potem trzeba zbierać, ubierać, rozbierać. A widziałem taką grę, trzysta dziewięć złotych… Jakbyśmy oszczędzili na choince…_

_- W dupę sobie tę grę wsadź!!! – rozpieklił się Mikołaj i poczuł, że jeszcze chwila, a eksploduje zabierając ze sobą całą tę rodzinę, która coraz bardziej przypominała mu zestaw źle dobranych klocków lego – Choinka to jest kurwa tradycja, rozumiesz! Rodzina, rozumiesz to, bałwanie!_

_Nie miał siły dłużej mu tłumaczyć. Kiedy usiłował na dole szpanersko piknąć pilotem od samochodu, dobiegł go jeszcze odgłos włączanego telewizora._

_Jednak to nie brat bliźniak był ciemnoskórą przyczyną zdrady. Jednak naczelnikowa. Jeden – zero dla Mikołaja. Pierwszy strzał, dobry strzał. Dzień się jeszcze nie rozpoczął, a on już miał dosyć._

_Wojtek miał wiele teorii dotyczących tego, kiedy człowiek, który zdradza, tak naprawdę nie zdradza._

_Nie zdradza się kobiety poza granicami kraju swojego matki-naszej-polszy. Nie zdradza się, kiedy człowiek (czyli oczywiście facet, bo kobiet te wszystkie jego teorie dziwnie jakoś się nie czepiały) jest bardzo pijany. Nie zdradza się, kiedy ona sama tego chciała. Nie zdradza się, kiedy żonę długo boli głowa. Nie zdradza się, kiedy żona się o tym nie dowie._

_- Sam chyba w te wszystkie bzdury nie wierzysz – Mikołaj roześmiał się życzliwie (przynajmniej taką miał nadzieję, że to zabrzmiało życzliwie) i nalał sobie do plastykowego kubka więcej rozpuszczalnej kawy z termosu. Kawa była zimna i bez smaku. Skrzywił się odruchowo. Dziękowanie za wszystko jest trudniejsze niż człowiekowi wydaje się, gdy słucha o tym z trzeciego rzędu w kościelnej ławce._

_- Wyobraź sobie, że jesteś na pustyni – odpowiedział mu Wojtek na niewypowiedzianą na głos skargę. Kupowanie drogiej kawy to niemoralność. Wiesz, ile lat mają te dziewczynki na plantacjach? – zabrzmiały mu w uszach słowa Luizy, jakby widział ją tu obok siebie._

_Kiedy jego żona zmieniła się w Gretę Thunberg._

_- A czemu miałbym w to nie wierzyć? – zdziwił się chyba całkiem szczerze Wojtek._

_O ile Mikołaj się orientował, Wojtek ożenił się z pierwszą dziewczyną, która zgodziła się zrobić mu loda w pierwszej klasie ogólniaka. Pomarzyć wszystkim wolno._

_- Zdradziłeś kiedyś Adę? – zaryzykował._

_- Gdybym ci powiedział, musiałbym cię zabić – wyrecytował oklepaną formułkę Wojtek i Mikołaj mógł tylko pokiwać z politowaniem głową. Więc już wszystko wie. Jest dokładnie tak, jak myślał. To nie Hollywood, gościu. Co najwyżej holiłud._

_Kiedy zadzwoniła komórka Wojtka, nawet nie zauważył, że kumpla nie ma w pokoju. Przecież nie czytał cudzych wiadomości. Co go obchodzi, co Ada ugotuje dziś na obiad albo o której muszą odebrać małego z przedszkola. Czy żony po czterdziestce piszą kiedykolwiek do swoich facetów coś innego niż „muszę dziś zostać dłużej w pracy, odgrzej sobie pizzę, jest w zamrażalniku” albo „odbierz spodnie z pralni, mały ma jutro występ w przedszkolu”._

_Tylko że ta wiadomość niewątpliwie nie była od Ady. I niewątpliwie nie dotyczyła pralni. A może jednak. Nie znał kumpla z tej strony._

_Mam na sobie tylko majteczki. Dasz radę wyrwać się na lancz? – pisała jakaś nieznana dziunia, która nie widziała potrzeby się podpisywać. Jakoś łatwo mógł się domyślić, czemu. W słowie „lancz” zrobiła dwa błędy, nie miał pojęcia, celowo, że niby taka wyluzowana i za nic ma reguły, przynajmniej te gramatyczne, czy przez przypadek, bo po prostu uczyła się czego innego, kiedy dzieciaki w jej klasie przyswajały angielski. Szybko odłożył komórkę kumpla na miejsce. Wydawała się jakaś mokra, jakby przyczepiła się do niej paczka dupnych chusteczek dla niemowlaków._

_- Wyjdę dziś wcześniej – usłyszał za sobą głos Wojtka. Kątem oka dostrzegł, że kumpel trzyma w rękach komórkę – Na lunch. Dawno nie jadłem nic porządnego na mieście. Wyskoczysz ze mną?_

_Co ty mi kurwa proponujesz, wściekł się w myślach. Trójkąt jakiś, zboczeńcu?_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij