-
nowość
-
promocja
Drobne owady - ebook
Drobne owady - ebook
Pochodzący ze Szwecji Magnus Florin (ur. 1955) to autor o wyjątkowym charakterze pisma. Jego proza jest prozą ciszy i domysłów. Prostą i wieloznaczną. Gdyby miał ją opisać Stanisław Lem, zrobiłby to tak: „powściągliwość tekstu działa na umysł czytelnika jak ciemność na wzrok; wzrasta wrażliwość; gwiazdy widać tylko nocą”. Walser, Kafka, Perec, Calvino, Nabokov, a nawet Astrid Lindgren – to nieprzypadkowe skojarzenia. A jednocześnie jakże jest Florin osobny.
Drobne owady to dwie mikropowieści. Pierwsza z nich, Rodzeństwo z 1998 roku, opowiada o dziesięciorgu braciach i siostrach. Przede wszystkim o najstarszym z rodzeństwa, który uczy pozostałych mówić, przygotowuje do zawodu aptekarza, przywiązuje do siebie, a w końcu od siebie uzależnia. Córka Kartezjusza (2023) – druga część zbioru – rozgrywa się podczas ostatniej podróży filozofa, rejsu z Holandii do Sztokholmu jesienią 1649 roku. Kartezjusz wiezie skrzynię i wyobraża sobie, że mieszka w niej jego córka, która zmarła w wieku pięciu lat.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8442-041-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Byłem mały. Wszedłem do apteki. Cicho tu. Ciemno. Poruszałem się ostrożnie. Ten zapach. Te substancje. Wszystko w odcieniach brązu. Delikatny puder.
Wszedłem do dyspenzatorium. Widziałem wystrój z regałami, ordynek puszek regałowych i lożę recepturową. Widziałem odważniki i menzury, księgę trucizn, skorowidz z numerami telefonów i pliki recept, zgodnie z prawem przechowywanych przez dwa lata.
Widziałem czułe wagi marek Bunge, Metz i Sartorius. Pośrodku izby stała szafka na trucizny zamknięta na cztery spusty, a w niej naczynia różnych kształtów opatrzone sygnaturami. Acidum carbolicum, Chloretum ammonicum, Brometum natricum.
Ruszyłem w głąb, do izby odwarów i płukań.
Potem do izby preparatów, którą ojciec nazywał materialnią, ze składem szkieł do użytku medycznego.
Było tam na tabliczce zarządzenie, którego nauczyłem się na pamięć: „By w razie zaszłej konieczności niezwłocznie mogły być dostępne, w każdej aptece winny być na stanie dwa albo trzy nieużywane, wyposażone w szlifowane korki, słoje z mocnego szkła mlecznego o przybliżonej pojemności 1000 cm kubicznych, a także przynależne do nich cylindryczne puszki z żelaznej blachy cynowanej oraz stosowna skrzynia z drewna”.
Wszedłem do izby tynktur z jej płynnymi medykamentami ze sproszkowanych ziół na spirytusie. Na dolnej półce spoczywały czerwone wina w butlach, których kołnierze wydawały nieco duszny zapach, tak jak zmurszałe drewno.
Następnie na dół, do piwnicy ze składem wód mineralnych i kwasów, chloroformu i linimentów.
Znowu na górę, do zielarni, którą ojciec nazywał stryszkiem zielnym, choć nie mieściła się na strychu. Kilka etykiet naklejonych na pustych półkach: Folium menyanthis, Folium sennae, Rhizoma graminis.
Poszedłem dalej, do leżącej w głębi proszkarni z jej żelaznymi i kamiennymi moździerzami. Sprzęt do krajania i tłuczenia surowców roślinnych. Sieczkarnia, krajalnica i scyzory. Nóż kołyskowy i nóż rolujący, młyn do wstępnego rozdrabniania, do incyzacji i do kontuzacji. Siedem rodzajów sit: „dwójka”, „trójka” i „piątka” z cynowanego drutu żelaznego różnej grubości i gęstości, „dziesiątka” z mosiądzu oraz „dwudziestka”, „trzydziestka” i „czterdziestka” z muślinu.
Wszedłem głębiej, do laboratorium, gdzie stały susznie, aparat destylacyjny, puszki do dekantacji, puszki do infuzji, perkolatory, parownie, cedzidła. Pipety do odmierzania objętości płynów.
W ostatniej izbie, pokoju analiz, kiedy zmrużyłem oczy i powoli przyzwyczaiłem je do półmroku, znalazłem moje rodzeństwo.
Niektórzy spali, złożywszy główki na dłoniach. Inni bawili się cichutko szpatułkami i naczyniami. Byli tam Ingvar, Sofia, Sverker, Gunhilda, Sven, Ragnhilda, Nils, Rolf i Gertruda. Cała dziewiątka.
Powiedziałem im:
– Chodźcie. Idziemy do domu.
Styczeń. Na szybie osiadły lodowe kryształki. Patrzyłem na nie. Każdy był inny. Każdemu czegoś brakowało. Myślałem: kolce, ości, strzałki.
Spadł śnieg i na podłodze w sieni zrobiło się mokro od zaśnieżonych bucików. Mama mnie poprosiła:
– Dopilnuj młodszego rodzeństwa. Pamiętajcie, aby przed wejściem otrzepać się ze śniegu.
Koledzy w szkole powiedzieli:
– Twoje rodzeństwo jest takie milczące.
Odpowiedziałem:
– Moje rodzeństwo nic nie mówi. Ale mi pokazuje. Ja zawsze wiem, o co im chodzi, i mówię dorosłym.
Koledzy:
– Dziwaczni jesteście.
Powiedziałem ojcu:
– Szkoła mnie nie bawi. Wolałbym rzucić szkołę i zacząć praktykować w aptece.
Kiedy rodzeństwo przepadało, ruszałem za nim. Szukałem ich, kiedy znikali. Każdego dnia.
Szedłem spać późnym wieczorem i wstawałem wczesnym rankiem.
Ojciec:
– Skoro chcesz podjąć praktykę w aptece, to z pewnością masz zamiar wybrać karierę aptekarza.
Zbliżał się wieczór i mama zapytała:
– Gdzie jest twoja siostra Gertruda?
Wdziałem na siebie coś ciepłego i wyszedłem. Szukałem w wielu miejscach i nawoływałem. Szukałem na Rynku Siennym i przy Muzeum Historycznym. Szukałem koło Studium Nauczycielskiego i przy kościele św. Piotra. Znalazłem ją na Rynku Świętomarcińskim, gdzie przyglądała się kramarzom pakującym swoje wózki.
Powiedziałem do niej:
– Chodź ze mną, wracamy do domu. Robi się ciemno i mama już czeka.
Mój ojciec był farmaceutą i właścicielem Apteki pod Lwem przy ulicy Małej Rybackiej w Lund. To była duża apteka z własną uprawą ziół leczniczych i niewielką własną produkcją farmaceutyczną.
Ojciec o wagach handlowych:
– Jeden cetnar to cztery kamienie – sto funtów. Jeden funt to trzydzieści dwa łuty. Jeden łut to dwanaście skrupułów.
Luty. Śnieg padał i prószył w oczy, kiedy szedłem do szkoły i do domu.
Oprócz aptecznej oficyny ojciec prowadził także sprzedaż artykułów chemicznych, drogeryjnych i farbiarskich własnego wyrobu.
Ojciec:
– Być praktykantem w aptece to ważne i odpowiedzialne zajęcie.
Nie spałem więcej jak po parę godzin na noc.
Wewnątrz Apteki pod Lwem czułem zapachy grynszpanu, kwasu cukrowego, cukru ołowianego, taniny, tłuszczu z wełny owczej, soli śmierdzącej, octu lodowego, piestraku, hubki, smalcu, serwasera, białego nic i stroju bobrowego.
Ojciec powiedział:
– Pamiętaj, aby zawsze winszować rodzeństwu z okazji imienin. To dla nich ważne dni i jest im miło, że o nich pamiętamy.
Bawiłem się z moim rodzeństwem. Bez słów wołaliśmy do siebie. Mocowaliśmy się. Rzucaliśmy sobie piłeczkę.
– Ooo! Hau! Eee!
Ojciec powiedział:
– Praktykę w aptece możesz odbywać wieczorami oraz w niedziele i święta. Ale jedynie pod warunkiem, że dalej będziesz uczęszczał do szkoły i solidnie przyłożysz się do nauki. Czy to jasne?
Odpowiedziałem twierdząco. Ojciec ciągnął dalej:
– Poza tym musisz dodatkowo uczyć się łaciny, matematyki i chemii. Czy to jasne?
Odpowiedziałem twierdząco. Ojciec zakończył:
– Pomówię zatem z nauczycielami tych przedmiotów.
Rodzeństwo siedziało na podłodze i wydawało różne głosy. Słuchałem i słyszałem słowa. Mama i ojciec zwracali się do mnie. Ja tłumaczyłem, co mówi rodzeństwo:
– Mówią: jeść. Mówią: sikać.
Mój brat Ingvar zniknął. Poszedłem go szukać. Szukałem na placu Clemensa, wzdłuż całej Kiliana, św. Piotra i na Kolegiackiej. Znalazłem go na Dworcu Głównym. Siedział na peronie i patrzył na pociągi do Landskrony.
Mama opowiadała:
– Lew wisiał nad bramą, na dwóch żelaznych łańcuchach. Ukradli go przy renowacji u stolarza. To było parę lat przed twoim urodzeniem.
Pilnowałem, aby rodzeństwo miało czapeczki i rękawiczki, aby porządnie zjadło i wieczorem w porę kładło się spać.
Nauczyciel łaciny powiedział:
– Iam seges est, ubi Troia fuit. Jak to będzie?
Przetłumaczyłem:
– Teraz jest pole tam, gdzie stała Troja.
Bawiliśmy się z rodzeństwem w policjantów i złodziei. Nigdy nie mieli dość.
Marzec. Włamanie w Grand Hotelu. Włamywacz skorzystał z oustiti. Spytałem ojca:
– Co to jest oustiti?
Ojciec:
– Oustiti to specjalny przyrząd, dzięki któremu klucz, zostawiony w zamku po wewnętrznej stronie, może być przekręcony z zewnątrz. W ten sposób drzwi można z zewnątrz otworzyć lub zamknąć, nie mając dostępu do klucza. Rozumiesz?
Odpowiedziałem, że rozumiem. Ojciec zakończył:
– Niech to włamanie w Grand Hotelu będzie dla ciebie przestrogą, by nigdy nie zostawiać klucza w zamku.
Mieliśmy 10 kwietnia. Z rana wciąż dosyć chłodno. Ja:
– Winszuję, Ingvarze, z okazji imienin.
Maj. Nauczyciel chemii powiedział:
– Wszelkie przedmioty naturalne są zbudowane z elementów, które same są zbudowane z prostszych elementów, a zatem wszystko, co jest całe i złożone, da się rozłożyć na składniki prostsze.
Czerwiec. Czułem zapachy wosku japońskiego, czerwonych alg, oleju smoczego, nibyrzewienia, mydła masłowego i wanilii.
Stałem w dyspenzatorium i czułem, jak zapachy mieszają się z sobą.
Mój brat Sverker zniknął, szukałem go na św. Anny, na Dużym Rynku i przy Szkole Katedralnej. Znalazłem go pod Instytutem Niewidomych, gdzie siedział i patrzył na ociemniałe dzieci.
15 lipca. Ciepło. Imieniny Ragnhildy.
Ja:
– Winszuję, Ragnhildo, z okazji imienin.
Śpiewałem mojemu rodzeństwu:
– Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje, a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje.
Spytałem ich:
– A gdzie podziały się Ragnhilda, Gertruda, Gunhilda i Sofia?
Bacznie śledziłem poczynania rodzeństwa.
Ojciec powiedział:
– Do twoich obowiązków jako praktykanta w Aptece pod Lwem należy obsługa nocnego okienka. Musisz się obyć bez mojej asysty. Farmaceutę budzi się jedynie do pilnej ekspedycji leków na receptę.
Moja siostra Ragnhilda wjechała rowerem do przydrożnego rowu. Potłukła się, a na dodatek opiła się wody. Wyciągnąłem ją i zadbałem, aby dostała suchą odzież. Powiedziałem rodzeństwu:
– Popatrzcie, jaki los spotkał Ragnhildę. Niech będzie to dla was nauczką, aby nie zjeżdżać rowerem do rowów.
Ojciec powiedział:
– Do obowiązków praktykanta należy macerowanie plastrów i maści.
Bawiłem się z rodzeństwem i śpiewałem im:
– Mało nas, mało nas do pieczenia chleba, tylko nam, tylko nam ciebie tu potrzeba!
Wytłumaczyłem:
– Teraz każde z was powie swoje imię.
Czuwałem, kiedy reszta rodziny spała. Myślałem, że gdybym zasnął, rodzeństwo by się obudziło i zniknęło.
Lubiłem studiować pijawki trzymane na składzie w aptecznej piwnicy.
Na opuszkach moich palców narysowałem atramentem twarze i pokazałem rodzeństwu:
– To wy. Widzicie? Jak ładnie kłaniacie się i dygacie?
Nasz matematyk opowiadał, jak niedorosły Archimedes rysował małe kwadraty na piasku. Lubiłem słuchać tych historii o młodym Archimedesie.
27 sierpnia. Imieniny Rolfa. Mama zawołała:
– Obiad gotowy. Gdzie jest twój brat Rolf?
Szukałem go na placu Tegnéra, wzdłuż całej Wielkiej Franciszkańskiej i koło Kurii Biskupiej. Znalazłem go przy Dworcu Głównym, gdzie siedział i wpatrywał się w pociągi do Trelleborga.
Ja:
– Winszuję, Rolfie, z okazji imienin.
Ojciec pokazał mi apteczne utensylia:
– Tu są łopatki do maści. Tu skrobaki. A tu łopatki do pigułek. Teraz mi zademonstruj sposób ich użycia.
Śpiewałem rodzeństwu:
– Hejże, dzieci, hejże ha, hejże ha, hejże ha! Róbcie wszystko co i ja, co i ja.
Spytałem:
– Gdzie są Rolf, Sverker, Ingvar, Nils i Sven?
Mama powiedziała:
– Gdy kania krzyczy, będzie deszcz.
Wrzesień. Czułem zapachy pieprzu jamajskiego, wapna karbolowego, bielidła, strąconego gipsu, kredy, mchu irlandzkiego i strączków „Kaśka świstała”.
Moja siostra Gunhilda zniknęła. Znalazłem ją koło Zakładu dla Upośledzonych Umysłowo, gdzie przyglądała się pensjonariuszom.
Nauczyciel chemii mówił o strącaniu, filtrowaniu, obmywaniu, suszeniu, podgrzewaniu i ważeniu.
Mama powiedziała:
– Pomyśl, jak byłoby cudownie, gdyby udało ci się kiedyś skłonić rodzeństwo do mówienia.
Październik. Ojciec zapoznał mnie z systemem aptekarskim:
– Jedna libra to dwanaście uncji. Jedna uncja to osiem drachm. Jedna drachma to trzy skrupuły.
Mama zawołała:
– Gdzie jest twój brat Rolf?
Szukałem go koło Katedry i przy Bibliotece Uniwersytetu. Znalazłem go przy Szkole Głuchoniemych, gdzie patrzył na głuche dzieci.
Listopad. Nauczyciel łaciny powiedział:
– Repetitio est mater studiorum. Jak to będzie?
Przetłumaczyłem:
– Powtarzanie jest matką nauk.
Grałem z rodzeństwem w różne gry. Wołałem:
– Ostatni musi zacząć od samiuśkiego początku.
W dyspenzatorium, na poczesnym miejscu, przechowywana była Ustawa o towarach aptecznych. Ojciec przeczytał mi z niej paragraf trzynasty:
„Jeden egzemplarz niniejszej ustawy winien znajdować się na stałe, udostępniony klienteli, w każdym lokalu prowadzącym sprzedaż towarów aptecznych”.
Grudzień. Koledzy w szkole zapytali:
– Czemu tak często jesteś w domu zamiast w szkole?
Ja:
– To dlatego, że moje rodzeństwo często choruje lub jest niespokojne. Wtedy ich doglądam.
Koledzy:
– Zabawni jesteście.
Styczeń. Ojciec powiedział:
– Dobrze zapoznaj się z ustawą. Później przepytam cię z jej treści.
Nauczyciel matematyki powiedział:
– Czym byłoby życie bez arytmetyki? Jedynie masą okropieństw.
Luty. Bawiłem się z rodzeństwem i wołałem do nich:
– Pochwalony, pochwalony! Macie tu garnki do sprzedania?
Wytłumaczyłem:
– Teraz wy macie odpowiedzieć: ależ oczywiście, a w jakim kolorze?
Marzec. Wieczorem. Rozgwieżdżone niebo. Mama mi pokazała:
– Tamta jasna gwiazda to nie jest gwiazda, tylko planeta Wenus. Gwiazda wieczorna do połowy kwietnia, a potem gwiazda zaranna – aż do Bożego Narodzenia.
Ja:
– A potem co?
Mama:
– Wszystko zaczyna się od nowa.
Przeczytałem w Ustawie o towarach aptecznych:
„Za towary apteczne, w rozumieniu niniejszej ustawy, uważa się substancje oraz preparaty używane wyłącznie, albo w głównej mierze, w charakterze środków leczniczych bądź też do sporządzania takowych”.
Kwiecień. Był późny wieczór, ale jeszcze nie chciałem iść spać. Rodzeństwo spało w swoich łóżkach. Mama i ojciec też się położyli, lecz mama wstała i zobaczyła, że siedzę. Powiedziała:
– Czas się położyć. Już późno i jesteś zmęczony. Jutro wszyscy musimy rano wstać.
Odpowiedziałem:
– Zaraz się położę.
15 maja. Imieniny Sofii. Sofia zniknęła i szukałem jej na Południowej, przy Instytucie Zoologii, na Szerokiej, przy Instytucie Fizjologii i wzdłuż alei Wszystkich Świętych. Znalazłem ją w parku koło Szpitala Zakaźnego, gdzie przyglądała się pacjentom.
Ja:
– Winszuję, Sofio, z okazji imienin.
W chwilach wolnych od zajęć praktykanta lubiłem oglądać dziwne ryciny zdobiące ściany naszego dyspenzatorium.
Moje rodzeństwo zaczęło pomalutku mówić. Jakieś słówko, to tu, to tam. Mówili tylko do mnie. Nie chcieli mówić do innych.
Ojciec przepytał mnie z Ustawy o towarach aptecznych. Zacytowałem mu ustęp z drugiego paragrafu:
„W przypadku, gdy użycie towaru może okazać się groźne dla zdrowia, na wniosek Rady Lekarskiej winien być wydany zakaz importu i sprzedaży takiego towaru albo też towar ów winien być uznany za towar apteczny”.
Ojciec powiedział:
– Cieszy mnie twoja pilność i rad obserwuję twoje postępy w aptekarskim fachu.
Czerwiec. Lipiec. Sierpień. Rodzeństwo spało w swoich łóżkach. Pootulałem je i dopatrzyłem, aby mu było cieplutko.
Dwaj inni aptekarze w naszym mieście mieli przyznane koncesje. Jeden był właścicielem Apteki pod Jeleniem, drugi Apteki pod Łabędziem. Mój ojciec nigdy nie wspominał o tych aptekarzach ani o ich aptekach.
Nauczyciel łaciny powiedział:
– Ex nihilo nihil fit. Jak to będzie?
Przetłumaczyłem:
– Z niczego będzie nic.
Wrzesień. Październik. Bawiłem się z moim rodzeństwem i śpiewałem:
– Mało nas, mało nas do pieczenia chleba, tylko nam, tylko nam ciebie tu potrzeba!
Rodzeństwo głośno i wyraźnie śpiewało swoje imiona. Nils, Sofia, Ingvar, Gertruda, Gunhilda, Ragnhilda, Sverker, Sven i Rolf. Śpiewali wszyscy razem:
– Dużo nas, dużo nas do pieczenia chleba.
Listopad. Ojciec zatroszczył się o wyrób własny lakieru caponowego. Na półce stały buteleczki z bladożółtym płynem. Po wyjęciu korka czuło się najpierw nagłą woń kamfory i acetonu, a potem trwalszy, nieco kwaskowy aromat.