-
nowość
Dungeon Crawler Carl - ebook
Dungeon Crawler Carl - ebook
Witaj w Lochu, zawodniku! Zapewnienie widzom rozrywki jest koniecznością. Przetrwanie już nie.
Wiecie, co jest gorsze od rozstania z dziewczyną? Rozstać się z dziewczyną i dostać w zamian jej kapryśną kocią czempionkę. A wiecie, co jest jeszcze gorsze? Inwazja kosmitów, zawalenie się wszystkich stworzonych ludzkimi rękami struktur na planecie i systematyczna eksterminacja tych, którzy zdołali przetrwać w sadystycznej międzygalaktycznej grze. Właśnie to.
Dołącz do weterana straży przybrzeżnej Carla i kotki jego byłej, Królewny Pączuś, gdy próbują przetrwać koniec świata – albo przynajmniej dostać się na kolejny poziom – w rojącym się od zasadzek Lochu, który tak naprawdę stanowi plan reality show oglądanego przez niezliczonych widzów w całej galaktyce. Eksplodujące gobliny. Magiczne eliksiry. Dealerzy narkotyków. To nie jest zwyczajna gra…
„Jedna z najbardziej porąbanych, śmiesznych i pomysłowych książek, jakie kiedykolwiek czytaliśmy” – Book Riot.
„Jeśli istnieje lepsza książka z gatunku LitRPG niż Dungeon Crawler Carl, to ja jej nie czytałem” – Shirtaloon, autor He Who Fights Monsters.
„Dungeon Crawler Carl rozśmiesza od pierwszej do ostatniej strony. Załóżcie swoje najlepsze bokserki, usiądźcie wygodnie i przygotujcie się na naprawdę zabawną i wciągającą lekturę” – Kevin J. Anderson.
„Dungeon Crawler Carl to najlepszy początek serii w tym roku. Żałuję, że nie przeczytałem go wcześniej” – Will Wight, autor serii Cradle.
Matt Dinniman to bestsellerowy pisarz i artysta z Gig Harbow w Waszyngtonie. Opublikował dziesiątki opowiadań i całe mnóstwo książek. Jego grafiki – od pocztówek po zestawy papeterii i kalendarze – można znaleźć w butikach i sklepach papierniczych na całym świecie.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8382-224-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Transformacja miała miejsce około 2.23 nad ranem standardowego czasu pacyficznego. Na ile mogę stwierdzić, wszyscy, którzy przebywali wewnątrz budynków, gdy to się stało, umarli w jednej chwili. Jeśli mieliście jakikolwiek dach nad głową, byliście trupami. Dotyczyło to również samochodów, samolotów i wagonów metra. Nawet namiotów i kartonowych pudeł. Spotkało to pewnie nawet tych, którzy schronili się pod parasolami. Chociaż muszę przyznać, że co do tych ostatnich nie mam pewności.
Nie będę ściemniać. Wy wszyscy, którzy byliście gdzieś w środku, śpiąc w ciepełku i pewnie śniąc o czymś totalnie przypadkowym? Zazdroszczę wam. Mieliście prawdziwe szczęście. Zniknęliście w ułamku sekundy, obróceni w pył w momencie transformacji.
Był wtorek i kalendarz od niedawna oznajmiał trzeci stycznia. Nad Ameryką Północną szalała okropna zawieja i połowa kraju zniknęła pod śniegiem i lodem. W Seattle tej nocy nie śnieżyło aż tak bardzo. Jednak temperatura spadła poniżej zera, co oznaczało niezwykły chłód, nawet jak na styczeń.
Jestem pewien, że w innych częściach świata, gdzie panowała lepsza pogoda i nie był akurat środek nocy, przetrwało więcej ludzi. Znacznie więcej.
Mogę się też założyć, że większość z nich w tamtym krytycznym momencie miała na sobie coś więcej niż ja. I większość tych gnojków była dość sprytna, żeby nie iść w stronę światła.
Jeśli chodzi o mnie, nie dano mi wyboru. Jak już mówiłem, panował mróz. Znalazłem się na zewnątrz. I miałem na sobie bokserki, skórzaną kurtkę i parę różowych crocsów, które ledwo na mnie pasowały.
Trzymałem również wrzeszczącą, drapiącą, wyrywającą się i syczącą kotkę o imieniu Królewna Pączuś Tłuścioszek z Queen Anne. Była szylkretowym persem wartym więcej niż moje roczne zarobki. Moja eks wołała na nią po prostu Królewna Pączuś. Ja skróciłem jej imię do samej Pączuś.
Pozwólcie mi cofnąć się w czasie o dziesięć minut. Nie będę zanudzać was niepotrzebnymi szczegółami, ale niektóre z nich mogą okazać się istotne.
Nazywam się Carl i mam dwadzieścia siedem lat. Po służbie w straży nadbrzeża znalazłem pracę jako mechanik morski przy naprawach systemów elektrycznych na łodziach-imprezowniach należących do bogatych gnojków. Aż do kilku dni przed rozpoczęciem tych wydarzeń mieszkałem z dziewczyną w Seattle.
Miała na imię Beatrice. Bea. Poleciała na imprezę noworoczną na Bahamy z paczką przyjaciół. Nie powiedziała mi, że zabrał się też z nimi jej były, ale doszedłem do tego dość szybko, gdy zobaczyłem na Instagramie zdjęcie z nią na jego kolanach.
Nie lubię dramy i kiepsko sobie z nią radzę. Nie miało znaczenia, czy mnie z nim zdradziła, czy nie. Skłamała, więc zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że z nami koniec. Obiecałem, że spakuję wszystkie jej rzeczy, zanim wróci. Zero dramy. Żaden kłopot. Ale między nami skończone.
Poprosiła swoich rodziców, żeby odebrali kota, ale mieszkali po drugiej stronie Gór Kaskadowych i nikt nie miał szans przejechać przez przełęcze o tej porze roku. Obiecałem, że zajmę się kotem, dopóki Beatrice nie wróci.
Pozwólcie mi opowiedzieć o kotce Pączuś. Jak już wspomniałem, jest jednym z tych puszystych stworzeń o płaskim pyszczku, które wyglądają, jakby ich miejsce było na kolanach czarnego charakteru z Bonda. Bea i ja dzieliliśmy mieszkanie z dwiema sypialniami i jedna z nich należała do kotki. A bardziej konkretnie, znajdowały się tam wstążki dla „Najlepszego kota dorosłego”, „Najlepszego kota w kategorii rasa” oraz dziesiątki trofeów i oprawionych zdjęć, na których Pączuś wyglądała na rozwścieczoną i puchatą, zaś Bea i sędzia stali za nią. Bea musiała mieć chyba z pięćdziesiąt takich zdjęć. Wygrywała całe zatrzęsienie tych wstążek, trofeów i zdjęć praktycznie za każdym razem, gdy zabierała Pączuś na wystawę. A Bea zabierała gdzieś kotkę praktycznie w każdy weekend.
Cała jej rodzina zajmowała się hodowlą i wystawianiem kotów perskich. Ja miałem o świecie kocich wystaw średnie pojęcie. Nie chciałem się w to mieszać. Jak już mówiłem, nie lubię dramy. A pozwólcie, że powiem wam coś o kociarzach – a konkretniej o kociarzach, którzy chodzą na wystawy.
Albo nieważne. Niech się jebią. Najważniejsze, żebyście wiedzieli, że Bea i Pączuś były częścią tego świata, a ja nie chciałem mieć z nim nic wspólnego.
Nigdy nie uważałem się za szczególnego fana kotów. Gdybym jednak miał być szczery, to lubiłem Pączuś. Tej kotki nie obchodził absolutnie nikt i nic, a ja umiałem to uszanować. Jeśli Pączuś chciała siedzieć mi na kolanach, kiedy odpalałem PlayStation, to siedziała na moich kolanach. Gdy próbowałem ją podnieść, syczała, drapała i wskakiwała na mnie z powrotem. Potem zwracała w moją stronę ten krzywy pyszczek, jakby chciała powiedzieć „i co mi możesz zrobić?”.
Nieraz kusiło mnie, żeby ją udusić, ale nie jestem totalnym gnojkiem. Poza tym umiałem uszanować wytrwałość tego małego monstrum. Niektórzy kumple robili sobie ze mnie jaja, że spędzam tyle czasu z puchatym koteczkiem wartym więcej niż moje roczne zarobki, ale ja to lubiłem. Lubiłem czuć ten kłębek futra na kolanach.
Jedną z żelaznych i nienegocjowanych zasad Beatrice był absolutny zakaz palenia w mieszkaniu. Po naszej kłótni i zerwaniu podjąłem wysiłek, żeby palić tyle, ile tylko się da. No wiem, niezbyt to dojrzałe, ale pogoda była lodowata. Pączuś nie przepadała za dymem; poza tym zapach papierosów zostawał na jej futerku. W ramach kompromisu uchylałem przy paleniu okno.
Kiedy więc o drugiej nad ranem obudził mnie koszmar, doszedłem do wniosku, że potrzebuję papierosa. Wyjąłem paczkę, uchyliłem okno i zapaliłem.
Pączuś, która spała tuż obok mnie na łóżku, właśnie w tym momencie uznała, że po raz pierwszy w swoim kocim życiu chce wydostać się na zewnątrz i zbadać teren. Wskoczyła mi na ramię, a potem z okna pierwszego piętra na drzewo przed oknem. Tak po prostu. Otwierałem to okno dziesiątki razy w ciągu poprzedniego roku i Pączuś nigdy nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Jednak tej właśnie nocy – najzimniejszej nocy w roku – postanowiła wyruszyć na ekspedycję lądową jak Lewis i Clark w 1804 i opuściła mieszkanie.
Zsunęła się po pniu, powąchała parę razy chodnik, po czym natychmiast zdała sobie sprawę, że jest zajebiście zimno. Jej przygoda zakończyła się tak szybko, jak się zaczęła – Pączuś wbiegła na drzewo i posłała mi spojrzenie z gałęzi, którą od okna dzieliło jakieś półtora metra. Żądza przygody całkowicie ją opuściła i kotka postanowiła nie ryzykować skoku do wnętrza mieszkania. Zamiast tego zaczęła wyć z całych sił w swoich kocich płuckach.
Następnych kilka minut spędziłem na przeklinaniu Pączuś i jednoczesnych próbach zwabienia jej z powrotem do mieszkania. Otworzyłem okno na oścież, wpuszczając podmuchy lodowatego wiatru do dotychczas przytulnie ciepłego wnętrza. Puchata czarnobeżowa kocia kulka po prostu sobie siedziała, narzekając i miaucząc tak głośno, że obawiałem się, że któryś z sąsiadów obudzi się i ją zastrzeli.
Zostawiłem zimowe buty na suszarce w piwnicy budynku. Nie miałem pojęcia, gdzie podziewały się moje tenisówki do biegania. Błyskawicznie podjąłem więc decyzję, której wkrótce przyszło mi żałować: wcisnąłem stopy w parę crocsów mojej byłej dziewczyny, naciągnąłem na ramiona ciężką skórzaną kurtkę i wybiegłem złapać kotkę. Jakaś część mnie nadal powtarzała mi: do chuja z tym, to nie twój kot, niech zamarznie na śmierć!
Jednak, jak mówiłem, nie jestem aż takim dupkiem. Może i Beatrice nie zasługiwała na nic innego, ale ona przecież kochała tę cholerną kotkę. A biedna, głupia Pączuś nie miała najmniejszych szans przetrwać w tym zimnie. Przynajmniej nie długo.
Poza tym kotka była tuż obok, miaucząc, jakby ktoś obdzierał jej kocięta ze skóry. Zbiegłem na dół, przeskakując po dwa stopnie, popędziłem do drzewa między naszym blokiem a chodnikiem. Natychmiast pożałowałem, że nie poświęciłem dodatkowej chwili na włożenie porządnych ubrań. Lodowaty wiatr wbijał mi pazury w nogi i stopy.
Pączuś siedziała tuż obok na drzewie tak nisko, że prawie mógłbym jej dosięgnąć. Spoglądała raz po raz na mnie i na otwarte okno. Nadal wyła. W mieszkaniu na parterze zapaliło się światło. Jęknąłem. Pani Parsons. Pani Parsons, która uwielbiała narzekać i wysyłać listy ze skargami.
– Pączuś! – zawołałem. – Chodź tutaj, ty mała cholero! – Wyciągnąłem do niej ręce.
Pączuś umiała na mnie wskakiwać. Nauczyłem ją to robić. Wystarczyło, że potrząsnąłem torebką z kocimi przysmakami, a Pączuś skakała prosto na nie. Mówiłem przez chwilę „kici, kici, kici” i Pączuś skakała czasem na moje ramię. Przekląłem pod nosem, że nie zabrałem z domu smaczków.
Pani Parsons otworzyła okno.
– Co się tu dzieje, na Boga?! – zawołała, wychylając się na zewnątrz. Głowę miała zawiniętą w jakieś ręczniki, co nadawało jej wygląd hinduistycznego guru. Jej paciorkowate oczy zatrzymały się na mnie. – Carl, czy to ty?
– Tak, proszę pani – odparłem. – Bardzo przepraszam. Moja kotka uciekła przez okno i próbuję sprowadzić ją do domu, zanim zamarznie na śmierć.
– W tej chwili to ty wyglądasz, jakbyś miał zamarznąć…
Pani Parsons nigdy nie dokończyła zdania.
ŁUP.
To wydarzyło się tak szybko! Cały budynek na moich oczach runął na ziemię. W jednej chwili stał tam ze wszystkimi swoimi siedmioma piętrami, a w następnej go nie było. Jednak nie zniknął: patrzyłem prosto na panią Parsons, gdy to się działo. Wyglądało to tak, jakby cały blok był wielgaśną puszką zmiażdżoną przez gigantyczny kosmiczny but. Widziałem to i słyszałem. Wiatr zawiał mi w twarz i na zewnątrz w ułamku sekundy zrobiło się ciemno. Latarnia po lewej stronie tuż obok mnie zniknęła. Budynki wokół mnie przepadły. Samochody na ulicy też.
Zniknęło wszystko oprócz drzew, rowerów na stojakach i motoru Marjory Williams wciąż stojącego przy parkomacie.
Rozejrzałem się dookoła, chwilowo zapominając o lodowatym zimnie. Ledwo co widziałem tej ciemnej, pochmurnej nocy. W oddali – dostrzegalnej teraz wyłącznie dlatego, że budynki runęły – dojrzałem płonący ogień.
Panowała kompletna, niczym niezakłócona cisza.
– Co do kurwy?! – powiedziałem, kręcąc się w kółko.
Kilka przypadkowych rzeczy pozostało na swoich miejscach, jak wspomniany stojak rowerowy. Znak stopu nadal stał, ale znak z nazwą ulicy tuż obok zniknął. Nic nie miało sensu. Tam, gdzie zaparkowano na ulicy samochody, widać było pokryte pyłem wgniecenia w kształcie aut, jakby zostały wciągnięte w stronę wnętrza Ziemi prosto przez asfalt.
Pączuś skoczyła w moje wyciągnięte ramiona. Spojrzałem na nią. Nie wiedziałem, co powiedzieć ani co zrobić.
– Co, do cholery?! – powtórzyłem.
Z bloku, w którym mieszkałem, pozostał prostokąt gruzu i skłębionego pyłu. I wtedy zobaczyłem to tuż obok moich stóp.
Była to głowa pani Parsons. Trudno ją było rozpoznać w ciemności, ale od razu wiedziałem, czym jest.
Wtedy to do mnie dotarło. Nagły szok związany ze spłaszczeniem budynków był jednym. Tylko że w ich wnętrzach znajdowali się ludzie. Prawie wszyscy w całym tym cholernym mieście. Do diabła, nawet większość bezdomnych nocowała teraz w schroniskach. W wiadomościach pokazali cały materiał o tym, że sprowadzili tam wszystkich ze względu na wyjątkowy mróz. Była cholerna druga nad ranem w poniedziałek. Wszyscy byli w swoich łóżkach. I to oznaczało, że wszyscy nie żyli!
Kręciłem się w kółko jak skończony idiota, nie wiedząc, co począć. Było mi niedobrze. Pączuś zaczęła się wiercić, uznawszy najwyraźniej, że jestem bezużyteczny. Podrapała mnie, ale nie wypuściłem jej z rąk.
Wtedy usłyszałem męski, maszynowy głos.
Przemówił do mnie wewnątrz mojej głowy. Był jak fizyczny obiekt, jak gwóźdź drapiący po mózgu. Nie przemawiał po angielsku, ale rozumiałem go. W miarę jak mówił, słowa pojawiały się w powietrzu przede mną.
Niedobitki ludzkości, słuchajcie uważnie!
– Co? – powiedziałem na głos. – Co to takiego? Kto tu jest? – Spróbowałem kopnąć unoszący się w powietrzu tekst, ale za mały na mnie crocs odleciał z mojej stopy. Podskoczyłem i szybko wepchnąłem nogę z powrotem do buta. Słowa poruszały się za mną, falując kilka metrów od mojej twarzy.
Nie były nawet napisane łacińskim alfabetem. Wiły się w dół, nie z lewej do prawej. Mimo to znałem je, rozumiałem je, jakbym czytał to pismo przez całe życie.
Zgodnie z zasadami Syndykatu, subsekcją 543 kodu o Cennych Rezerwach Pierwiastkowych, w związku z brakiem odpowiedniego wniosku o prawa mineralne i pierwiastkowe w czasie pięćdziesięciu lat od pierwszego kontaktu, wasza planeta została skutecznie przejęta i jest obecnie eksploatowana pod kątem wszystkich pożądanych depozytów pierwiastkowych przez ustanowionego regenta planetarnego.
Wszystkie wnętrza waszej planety zostały zmiażdżone i z całości surowców naturalnych – organicznych i nieorganicznych – pozyskiwane są właśnie zamówione pierwiastki.
Zgodnie z ustawą o Odzyskaniu Pozyskanego Materiału oraz subsekcją 35 ustawy o Ochronie Międzyplanetarnych Gatunków Tubylczych wszyscy ludzie, którzy przetrwali, dostaną szansę wystąpić o zwrot utraconej materii. Korporacja Borant, która otrzymała regencję nad waszym układem słonecznym, ma prawo wybrać metodę zwrotu, z czego skorzystała, wyznaczając opcję numer trzy, znaną także jako osiemnastopoziomowy Loch. Korporacja Borant zastrzega dla siebie wszelkie prawa do emisji, eksploatacji oraz innych form kontroli nad Lochem i zatrzyma je, jak długo przestrzegać będzie regulacji Syndykatu dotyczących odzyskiwania zasobów planetarnych.
Po przejściu poziomu osiemnastego Lochu władza nad tą planetą przejdzie w ręce zwycięzcy.
Neutralna obserwująca sztuczna inteligencja Syndykatu – czyli ja – została stworzona i wysłana na waszą planetę, by nadzorować ustanowienie Lochu oraz zapewnić, że należycie przestrzegane są wszystkie zasady i regulacje.
Proszę zwrócić szczególną uwagę na następujące informacje, jako że nie będą powtarzane.
Zgodnie z ustawą o Ochronie Międzyplanetarnych Gatunków Tubylczych cały pozostały materiał – około 99,999999% posortowanej materii – jest obecnie wykorzystywany do produkcji podziemnego Lochu. Jego pierwszy poziom otworzy się mniej więcej osiemnaście sekund po zakończeniu tego ogłoszenia. Wejścia do pierwszego poziomu będą czynne przez dokładnie jedną ludzką godzinę. Gdy wejścia się zamkną, nie będzie możliwości uzyskania dostępu do pierwszego poziomu. Każdy, kto wejdzie do środka, będzie mógł wyjść dopiero po przejściu wszystkich osiemnastu poziomów lub spełnieniu pewnych innych określonych wymagań.
Jeśli zdecydujecie się nie wejść do Lochu, będziecie musieli samodzielnie utrzymać się na powierzchni planety i może to być ostatni komunikat, jaki otrzymacie w ciągu waszego życia. Wszystkie materiały oraz pierwiastki przerobione do tej pory przepadną. Będziecie jednak mogli pozyskiwać i wykorzystywać wszystkie naturalnie występujące zasoby dla własnej korzyści. Korporacja Borant życzy wam wszystkiego najlepszego i dziękuje za otrzymaną od was szansę.
Proszę o uwagę wszystkich, którzy pragną wykorzystać swoje prawo do odzyskania zasobów.
Wasza planeta otrzyma 150 000 wejść do poziomu pierwszego. Wszystkie będą oznaczone i łatwe do znalezienia. Jeśli zdecydujecie się skorzystać z wejścia do Lochu, otrzymacie czas równy pięciu obrotom waszej planety wokół własnej osi, by znaleźć wejście do następnego poziomu. Wejść do poziomu drugiego będzie 75 000. Wejść do poziomu trzeciego będzie 37 500, zaś do czwartego 18 750. Wejść do poziomu piątego będzie 9375, zaś do poziomu szóstego 4688. Do każdego następnego poziomu będzie o połowę mniej wejść, zaokrąglając w górę, póki nie osiągniecie poziomu osiemnastego, który posiadać będzie wyłącznie dwa wejścia i jedno wyjście.
Zawodnicy, którzy zdecydują się wejść do Lochu, muszą znaleźć schody i zejść na głębszy poziom przed upływem czasu wyznaczonego dla tego poziomu. Gdy wyznaczony czas minie, poziom zostanie odzyskany i cała pozostająca w nim materia, organiczna i nieorganiczna, przepadnie. Wygenerowany łup i inna materia, która nie zostanie zebrana i wzięta w posiadanie, może być sprzedana na rynkach Syndykatu.
Każdy niższy poziom otrzyma dłuższy czas do pozyskania. Dodatkowe zasady wejdą w życie, gdy zawodnicy zejdą na poziom dziesiąty. Zostaną one wyjaśnione, gdy oraz jeśli jacyś zawodnicy do niego dotrą.
Jeśli zdecydujecie się wejść do Lochu, gorąco polecamy znalezienie i skorzystanie ze szkolenia. Wiele z nich zostanie umieszczonych na poziomach od jeden do trzy Lochu.
Jeśli macie dodatkowe pytania bądź pragniecie złożyć podanie, wszystkie wnioski muszą zostać dostarczone osobiście na piśmie do najbliższego biura Syndykatu.
Dziękujemy za udział w działaniach Syndykatu. Miłego dnia!
Ledwo byłem w stanie zrozumieć, co mówił do mnie głos, tak bardzo zszokowały mnie wszystkie dotychczasowe wydarzenia. Straciłem czucie w nogach. Za długo stałem na zewnątrz i zupełnie poważnie groziła mi śmierć przez zamarznięcie, a przynajmniej odmrożenie i utrata palców u nóg. Musiałem wejść do środka – i to natychmiast.
Tylko że nie było już żadnego środka. Nie było nawet samochodów. Rzuciłem okiem w stronę ognia, który nadal płonął kilka przecznic stąd. Musiałem jak najszybciej się przy nim znaleźć. Obróciłem się i zacząłem truchtać.
Wiatr, który był lekką bryzą, zanim wszystkie budynki zniknęły, stał się teraz nieustającą lodowatą wichurą cuchnącą oceanem. Pączuś wierciła się w moich ramionach i drapała mnie, próbując wydostać się na wolność. Wbiła we mnie ząbki, ale ochroniła mnie kurtka. Mocniej przycisnąłem ją do siebie.
Czy to wszystko mi się śniło? Czy ktoś przez pomyłkę podał mi środki halucynogenne?
Loch? Co do ciężkiej cholery? Co to w ogóle znaczyło? Nie mogłem opanować gonitwy myśli. Natychmiast skojarzyły mi się _Pathfinder_, _Dungeons and Dragons_ i inne gry, w które nie grałem od końca służby. Nie widziałem wokół żywej duszy. Otaczał mnie wyłącznie szum wiatru.
Sygnał podobny do trąbki rozległ się w nocnym powietrzu. Zamarłem i rozejrzałem naokoło. Co teraz? Pomyślałem, że na pewno pojawia się Loch. Cholera, cholera, to się naprawdę dzieje!
Po lewej stronie, mniej niż trzydzieści metrów ode mnie, pośrodku miejsca, które dawniej było second-handem, rozbłysło światło reflektora. Zobaczyłem drugie podobne światło o jakiś kilometr ode mnie. Obróciłem się i zauważyłem następne, rozproszone po całym mieście.
Nawet z tej odległości czułem gorąco dochodzące z jasno oświetlonej dziury w ziemi.
Nie zastanowiłem się nawet. Głowa nadal puchła mi od usłyszanych przed chwilą informacji. Różowe crocsy ledwo pasowały na moje stopy. Ogień palił się o wiele dalej, niż myślałem. Widziałem już na własne oczy, co hipotermia robi z ludźmi.
Odwróciłem się więc w stronę światła i pobiegłem.2
Poziom 1
Czas pozostały do zawalenia poziomu: 5 dni
Ozdobne schody prowadziły w stronę światła. Każdy stopień wyglądał na wykuty z żelaza i był dość szeroki, by zmieścić ze dwadzieścia osób idących ramię w ramię. Z wnętrza dziury promieniowało gorąco. Zszedłem o stopień, lądując nieco niżej, niż się spodziewałem. Echo moich kroków rozlegało się w jasnym świetle.
W tym mieście mieszkał prawie milion ludzi, ale teraz byłem tu sam.
Pączuś przestała się wyrywać, przywarła do mojego ramienia i zaczęła warczeć. Witaj – cudowne ciepełko zapraszało mnie coraz głębiej w stronę światła. Nogi i stopy, w których zdążyłem stracić czucie, zaczęły mnie piec. Nie spędziłem na zimnie dość czasu, żeby doznać większych szkód, ale nieźle się odmroziłem.
Schody wydawały się nie mieć końca. Na stopniach wykuty był dziwaczny wzór przedstawiający coś, co mogło być rybami. Albo demonami. Płaskorzeźby w niemal azjatyckim stylu sprawiały, że czułem się nieswojo. Tych schodów nie było tutaj jeszcze kilka minut wcześniej. Cała ta przestrzeń wykonana została z budynków, samochodów i ludzi z Ziemi. Kto to zrobił? Jak tego dokonał?
Gdy dotarłem do końca schodów, temperatura osiągnęła przyjemne i wilgotne 25 stopni. Metalowe stopnie przeszły w marmurową podłogę prowadzącą do ogromnych drzwi, wysokich co najmniej na dziesięć metrów i tak samo szerokich. Na drewnianych wrotach wyrzeźbiono postać gigantycznego rybiego demona, tak samo jak na stopniach schodów.
Podniosłem na nią wzrok.
– Co to jest, do cholery? – wymamrotałem pod nosem.
Gdy wpatrywałem się w drzwi, pojawiło się nad nimi okienko z informacjami. Stało się to tak nagle, że instynktownie się cofnąłem. Miałem wrażenie, że znalazłem się wewnątrz gry albo miałem w oczach specjalne soczewki kontaktowe, które wyświetlały przede mną użyteczne wskazówki i informacje. Okienko miało nawet umieszczonego w rogu iksa, żeby je zamknąć.
To przedstawienie wizualne kua-tina, dominującego gatunku systemu Borant i właściciela Korporacji Borant. Pamiętaj o tych gościach! Będą potem na sprawdzianie.
Czy ten ostatni kawałek miał być żartem? Skoncentrowałem się na iksie w kącie okienka i telepatycznie je zamknąłem.
Hm, pomyślałem. Mogłem kontrolować informacje za pomocą umysłu. Otwierałem okienka z opisami przedmiotów, koncentrując się na nich. Tak samo mogłem je potem telepatycznie zamknąć.
To oznacza, że są w twojej głowie, pomyślałem. Może to wszystko nie dzieje się naprawdę. Może tylko śpisz, a to jakaś wyrafinowana technologicznie symulacja. Jak w _Matriksie_.
Ból w rozgrzewających się nogach przypomniał mi, że nie miało znaczenia, czy znajdowałem się w symulacji, czy nie. Nie kiedy tak bolało.
Wolno popchnąłem drzwi. Lekko otworzyły się do środka, odsłaniając korytarz oświetlony mnóstwem pochodni. Miał tę samą szerokość i wysokość jak drzwi i bardziej przypominał tunel wykopany na potrzeby drogi dwupasmowej niż chodnik dla pieszych. W oddali widziałem kilka odnóg. Przy pierwszej z nich pojawiło się migające światełko. Wyglądało na jakiś znak, ale nie byłem w stanie odczytać go z takiej odległości.
– Aua! – wrzasnąłem, gdy Pączuś wgryzła mi się w rękę. Upuściłem ją na ziemię, a ona popędziła w głąb korytarza. Zatrzymała się po jakichś dziesięciu susach, spoglądając na mnie ze zmieszanym i przestraszonym wyrazem pyszczka.
Zrobiłem krok w jej stronę, a drzwi zatrzasnęły się za mną. Światło z przedsionka zniknęło i wokół nas zapanowała znowu ciemność.
Witaj, zawodniku! Znalazłeś się na poziomie pierwszym!
To był nowy głos. Nadal brzmiał męsko, ale słychać w nim było nadmiar entuzjazmu, zupełnie jak w głosie gospodarza teleturnieju. Nie mówiła ta sama osoba ani ten sam głośnik z pierwszego ogłoszenia. Słowa pojawiały się w powietrzu przede mną i jednocześnie rozbrzmiewały w mojej głowie. Inaczej niż w przypadku okienka ze wskazówkami, tego komunikatu nie mogłem w żaden sposób zamknąć. To było bardziej jak film z napisami.
W prawym górnym rogu mojego pola widzenia pojawiło się odliczanie: 4 dni, 23 godziny, 48 minut. Powiodłem ręką po cyfrach. Nie zniknęły. Zamknąłem oczy i wyświetlony czas zniknął. Z nerwów kłuło mnie w żołądku.
Pączuś utrzymywała pozycję o kilka kroków przede mną, ale też machała nerwowo ogonem, wpatrując się w powietrze przed sobą. Cholera, pomyślałem. Ona też to widzi. Cokolwiek to było, oddziaływało na kocią tłuścioszkę tak samo jak na mnie.
– Pączuś – zawołałem do niej. – Zostań ze mną.
Kotka, jak to kotka, zupełnie mnie zignorowała. Jednak gdy na nią spojrzałem, poczułem to samo prawie niedostrzegalne mrowienie co wtedy, gdy patrzyłem na drzwi. Skoncentrowałem się bardziej i nad jej główką wyskoczyło okno z informacją.
zawodnik #4119, Królewna Pączuś
poziom 1
rasa: kot
klasa: niewybrana
Zrobiłem krok naprzód z bolesną świadomością, że miałem na nogach za małe crocsy.
Zaatakowało mnie jeszcze więcej tekstu.
Przypisano ci numer zawodnika 4122. Przypisano ci imię zawodnika Carl.
Twoja przypisana rasa to człowiek. Twój obecny poziom to poziom pierwszy. Możesz wybrać nową rasę i klasę, gdy tylko osiągniesz poziom trzeci. Punkty zostały przypisane do twoich parametrów zgodnie z obecnym profilem fizycznym i mentalnym. Więcej informacji znajdziesz w menu „parametry”.
Menu? Zacząłem się zastanawiać, jak je przywołać. Zanim do tego doszedłem, przytłoczyła mnie kolejna ściana tekstu.
Gratulacje! Zdobywasz pierwsze osiągnięcie: Stara Kociara.
Wszedłeś do Lochu w towarzystwie kota. Czy to nie słodkie?
Nagroda: otrzymujesz Brązową Skrzynkę dla Pupila!
Nowe osiągnięcie: Stara Kociara Przecieraczka Szlaków.
Jesteś pierwszym zawodnikiem w historii, który wszedł do Lochu w towarzystwie kota. Musisz naprawdę go kochać. Szkoda, że oboje na pewno zginiecie wkrótce bolesną śmiercią. Albo i nie? Zobacz, jaką właśnie otrzymałeś nagrodę!
Nagroda: Legendarna Skrzynka dla Pupila!
Nowe osiągnięcie: Ranny Ptaszek.
Jesteś jednym z pierwszych pięciu tysięcy zawodników, którzy weszli do Lochu. Naiwniaku!
Nagroda: otrzymujesz Srebrną Skrzynkę Poszukiwacza Przygód!
Nowe osiągnięcie: Puste Kieszenie.
Nie zabrałeś ze sobą żadnego ekwipunku ani zapasów. Kompletnie nic. Zdajesz sobie sprawę, że nadal musisz jeść, prawda?
Nagroda: otrzymujesz Brązową Skrzynkę Poszukiwacza Przygód!
Nowe osiągnięcie: Dlaczego Nie Masz Spodni?
Wszedłeś do Lochu bez spodni. Typie, ogarnij się!
Nagroda: otrzymujesz Złotą Skrzynkę z Ubraniami!
Nowe osiągnięcie: Walka Bez Broni.
Więc serio wparowujesz do miejsca o nazwie „Loch” i nie zabierasz ze sobą żadnej broni? Albo jesteś odważniejszy, niż wyglądasz, albo strasznie głupi. Powodzenia bez broni, Van Damme!
Nagroda: otrzymujesz Brązową Skrzynkę z Bronią!
Nowe osiągnięcie: Samotnik.\\ Wszedłeś do Lochu bez żadnych ludzkich towarzyszy. Nikt cię nie nauczył, że w kupie raźniej?
Nagroda: żadna. Ha, ha! Typie, jesteś skończony.
Patrzyłem jeszcze na ostatnie słowa, gdy rozpływały się w powietrzu.
„Jesteś skończony”.
Pączuś znowu biła łapkami o powietrze.
– Menu – powiedziałem. Nic się nie wydarzyło. – Parametry – spróbowałem ponownie, ale bez skutku.
Jak miałem szukać informacji? Komunikat powiedział, że otrzymałem całą serię czego… skrzynek? Jak skrzynki z łupem? Tak to z całą pewnością brzmiało. Musiało to oznaczać, że dostałem jakiś inwentarz z ekwipunkiem. Przypomniałem sobie słowa z pierwszego ogłoszenia o konieczności znalezienia szkolenia. Podniosłem wzrok na neon jaśniejący jakieś sto metrów w głębi ciemnego tunelu. Czy to było to?
Zacząłem truchtać w kierunku znaku. Minąłem Pączuś, która siedziała na ziemi, liżąc sobie łapkę i drapiąc się nią po głowie. Po chwili miałem wrażenie, że westchnęła i zdecydowała się iść za mną.
Neon głosił „Gildia szkoleniowa DA” ze strzałką wskazującą na wąską, ciemną uliczkę. Zatrzymałem się. Odgłos moich kroków rozlegał się echem w wielkim, pustym tunelu. Spojrzałem w ciemność. Wszystko było czarne jak smoła.
Za moimi plecami Pączuś zamiauczała z troską.
Wszedłem do uliczki.
Nowe osiągnięcie: Wpadłeś w Oczywistą Pułapkę.
Nagroda: cóż, jeśli istnieje niebo i nie byłeś zbyt wielkim dupkiem, to może cię tam wpuszczą. Bo zaraz spotkasz swojego Stwórcę!
Rozbłysły trzy światła, oślepiając mnie. Zakryłem rękami oczy i cofnąłem się o krok. Zasyczało coś mechanicznego i z rykiem włączyło się coś jak silnik parowy. Usłyszałem piskliwy śmiech.
Odwróciłem się i pobiegłem. Oba moje crocsy odleciały w siną dal, gdy skręciłem z powrotem do głównego tunelu, kierując się w stronę odwrotną do tej, z której przyszedłem, schodząc schodami. Pączuś zamiauczała z niezadowoleniem i popędziła za mną.
Zaryzykowałem szybkie spojrzenie przez ramię i zobaczyłem, jak maszyna wypala z bocznej uliczki, prawie zderza się ze ścianą, po czym zaczyna powoli skręcać w moją stronę.
Była wielkości traktora i jechała na gąsienicach jak czołg. Zbudowano ją z niepasujących do siebie pordzewiałych kawałków metalu i wyglądała, jakby miała lada moment się rozpaść. Front tej śmiercionośnej machiny zajmowało jeżące się od gwoździ ogromne wirujące koło. Na górze tego niby-traktora stały trzy zielone humanoidalne potwory, które wrzeszczały i wskazywały palcami w moją stronę. Miały nieco ponad metr wzrostu i ubrane były w skórzane łachmany. Jeden z nich nosił na głowie kuchenny garnek. Stękał i pokrzykiwał, obsługując układ sterowania. Z kilku rur unosił się czarny dym. Koło wirujące z przodu furkotało coraz szybciej, gdy maszyna wykonała do końca zakręt i ruszyła prosto na mnie.
Otworzyło się okno ze wskazówką.
Morderczy Mordożer Goblinów – maszyna
Urządzenie zbudowane przez gobliny i napędzane parą wodną, by rozjeżdżać i mordować niczego niepodejrzewających zawodników w Lochu. Mam nadzieję, że odnowiłeś szczepionkę przeciw tężcowi!
Trzy następne okna otworzyły się nad załogą maszyny.
Goblin – poziom 2
Mały, zielony i cwany. Wszelkie braki w budowie fizycznej gobliny nadrabiają entuzjazmem.
Trzeci z goblinów, ten z garnkiem na głowie, był opisany w inny sposób.
Goblin Inżynier – poziom 3
Inżynierowie. Incele gobliniego świata. Trudno im się umówić na randkę, przez co są jeszcze bardziej wkurwieni. Jeśli w waszej drużynie znajdują się kobiety, zaatakują je jako pierwsze.
Nie miałem czasu zastanowić się ani nad bezdenną głupotą tych żartów, ani nad faktem, że po raz pierwszy w życiu mierzyłem się z grupą prawdziwych, żywych potworów, które chciały mnie zabić. Popędziłem w głąb korytarza, aż dobiegłem do kolejnych rozstajów. Mogłem biec prosto, w lewo albo w prawo. Po prawej stronie znajdował się słabo oświetlony korytarz, o połowę węższy niż obecny, lecz nadal dość szeroki, by gobliny mogły nas ścigać. Lewa odnoga prowadziła do wąskiego i ciemnego korytarza, o wiele za ciasnego dla buldożera.
Oczywistym wyborem byłaby ucieczka ciemnym i wąskim korytarzem. Zawahałem się. Droga była zbyt oczywista. Wyczułem kolejną pułapkę. Nie mogłem iść prosto, bo kolejne rozwidlenie znajdowało się za daleko i maszyna na pewno zdążyłaby mnie dogonić.
Skręciłem w prawo. Pączuś pobiegła za mną, prawie przy mojej nodze, co było bardzo nie w jej stylu.
Ten nowy korytarz był szeroki jak zwyczajna ulica, z gładkim sufitem na wysokości jakichś pięciu metrów. Na ceglanych ścianach i sufitach rosły świecące porosty, przez co cały korytarz rozjaśniał widmowy blask. Gobliny za moimi plecami popiskiwały, próbując skutecznie manewrować mordożerem. Urządzenie potrzebowało sporej przestrzeni, by zakręcić, więc dogonienie mnie musiało zająć im co najmniej minutę.
Przed nami pojawiło się następne skrzyżowanie. Lecz tuż przed nim wypatrzyłem pojedyncze drewniane drzwi w ścianie korytarza. Napis na nich głosił tym samym kolorem, co ciemnoczerwone ceglane ściany, „Gildia Szkoleniowa”. Słowa napisano w tym samym dziwnym języku, co wcześniej.
Jak tylko przeczytałem szyld, nad nazwą na drzwiach pojawiła się świecąca zielona ramka podkreślająca nazwę.
Nowe osiągnięcie! Odkryłeś i przeczytałeś oficjalny znak w Lochu.
Łał. Więc jednak potrafisz czytać! Gratulacje.
Nagroda: wszystkie znaki w Lochu będą od tej pory podświetlone i łatwiejsze do znalezienia. Pobliskie gildie pojawią się na twojej minimapie.
Minimapie? Naprawdę powinienem ją znaleźć. Goblini buldożer znowu zaklinował się na zakręcie i jeden z goblinów na poziomie drugim krzyczał i walił kijkiem w garnek na głowie inżyniera. Trzeci spojrzał na mnie i potrząsnął pięścią.
Czy pójdą za mną do gildii? Nie wiedziałem. Chwyciłem za brązową klamkę i spróbowałem ją przekręcić.
Drzwi nie otworzyły się. Musiały być zamknięte.
– Co, do cholery?! – krzyknąłem. Walnąłem pięścią w drzwi. – Hej! – zawołałem. – Jest tam kto?
Dwa gobliny z poziomu drugiego najwyraźniej zarzuciły czekanie, aż maszyna weźmie zakręt, bo zeskoczyły z niej i zaczęły biec w moją stronę. Nie miały zbroi, ale dzierżyły coś, co wyglądało jak drewniane patyki z ananasem na czubku. Za moment nas dogonią. Przy mojej nodze Pączuś zaczęła warczeć i syczeć.
Z drugiej strony drzwi dobiegł dźwięk brzęczących łańcuchów i przekręcanych zamków. Drzwi drgnęły i uchyliły się lekko. Dostępu do środka bronił teraz już tylko ostatni łańcuch.
W szczelinie ukazała się brodata szczurowata postać. Ledwo mogłem dostrzec jej rysy twarzy, ale była o głowę niższa ode mnie. Czyli trochę wyższa od goblinów, ale nie bardzo.
– Czego chcesz? – odezwała się. – Taki motłoch jak wy nie ma tutaj wstępu. Wiesz przecież!
– Ej, to gildia szkoleniowa, prawda? Głos powiedział, że mam tutaj przyjść!
Oko patrzące na mnie rozwarło się szerzej.
– J-jesteś… zawodnikiem?! Czekaj. – Postać cofnęła się, jakby chciała lepiej mi się przyjrzeć. Natychmiast przypomniał mi się Mistrz Splinter z _Teenage Mutant Ninja Turtles_. – Faktycznie, jesteś zawodnikiem! Na jego lewy sutek, znowu się otworzyliśmy i nawet nie zauważyłem! Musiałem przespać ogłoszenie. Nikt nic nie mówi staremu Mordecaiowi! Wcześniej mieliśmy listę mejlingową. Dochodziła raz na parę cykli, zawsze o czasie. Ale potem po prostu przestała. Pewnie znowu cięcia budżetowe. Zawsze tylko ograniczają wydatki. Byłem pewien, że nie otwieramy się jeszcze przez dwa lata!
– Weź, wpuść mnie – przerwałem mu. Odwróciłem się, stając twarzą w twarz z dwoma goblinami, które do nas dobiegły. Jeden przeszedł na lewo. Drugi odciął mi drogę ucieczki. – Otwórz te cholerne drzwi! – wykrzyknąłem.
Jeden z goblinów powiedział coś do szczurowatego humanoida po drugiej stronie drzwi, który najwyraźniej nazywał się Mordecai. Nie rozumiałem ich języka. Składał się z posapywań i pisków. Mordecai odpowiedział im po gobliniemu i obaj się zaśmiali.
– Wybacz, zawodniku. Byłeś zbyt powolny – powiedział Mordecai przez uchylone drzwi. – Nie mogę ci otworzyć, jeśli moby są tuż obok. Zasady to zasady.
– Ja byłem zbyt wolny?! – wykrzyknąłem.
Przybrałem pozycję obronną. Jeden z goblinów zaatakował, mierząc we mnie kijkiem. Ananas na jego czubku zsunął się, gdy goblin się zamachnął, i spadł na ziemię z głośnym plaśnięciem. Goblin zaklął i usunął go kopniakiem. Cofnąłem się o krok. Między moimi nogami stała Pączuś, plując i sycząc.
– To chociaż powiedz mi, jak otwierać te cholerne skrzynki z łupem!
Mordecai milczał przez moment, jakby rozważał, czy powinien mi odpowiedzieć.
– Są w zakładce Nagrody i Skrzynki w twoim ekwipunku – rzekł w końcu. – Ale nie masz jeszcze do nich dostępu, młody.
– To jak mogę zyskać do nich dostęp?
Drugi goblin, nadal z ananasem na końcu swojego kijka, zamierzył się na mnie, ale kompletnie spudłował. Z bliska gobliny wyglądały z grubsza jak w filmach i grach komputerowych. Niskie, zielone, prawie kompletnie łyse, ze spiczastymi uszami, kościstymi twarzami i ostrymi zębami. Chwilę mnie to zafrapowało. Wyglądało na to, że kosmici mieli całkiem niezłe pojęcie o ziemskiej mitologii i popkulturze.
Daleko za nami mordożer wreszcie porządnie się wycofał i wziął zakręt. Z łomotem popędził korytarzem prosto na nas.
– No tak, musisz najpierw przejść szkolenie.
Goblin z ananasem znowu się na mnie zamachnął. Odczekałem, aż kijek minie najwyższy punkt łuku, który miał zakreślić, i podszedłem bliżej. Walnąłem goblina prosto w nos, a potem dołożyłem mu sierpowym w prawą skroń. Natychmiast padł na ziemię. Gdy tylko go uderzyłem, nad jego głową pojawił się pasek. Z punktami życia, zdałem sobie sprawę. Nie było go widać, póki goblin nie doznał obrażeń. Pasek zrobił się krótszy o ponad połowę, przechodząc z zielonej w czerwoną barwę. Goblinowi zostało niewiele życia.
Uznałem, że to całkiem niezły wynik, ale nie dobry. Ostatecznie to było prawie jakbym uderzył dziesięcioletnie dziecko.
Drugi goblin spojrzał z otwartymi ustami na swojego towarzysza, po czym odwrócił się na pięcie i popędził z powrotem do buldożera.
Bolały mnie pięści. Od lat nie brałem udziału w prawdziwej bójce. Większość służby w straży przybrzeżnej spędziłem na pokładzie kutra jako technik maszynowy. Nigdy nie miałem do czynienia z konfrontacją w jakichkolwiek siłach mundurowych. To rzekłszy, większość ludzi, których poznałem, nie zdawała sobie sprawy, że w straży musimy aż tyle trenować. Ludzie uważali nas za przereklamowanych ratowników. Nie mieli pojęcia, że nas też uczono walki wręcz.
– Ale jak mam to zrobić, jeśli nie otwierasz tych cholernych drzwi! – wrzasnąłem, kopiąc leżącego goblina w żebra. Usłyszałem bardzo satysfakcjonujące chrupnięcie. – Nie możesz mnie wpuścić teraz?
– To tak nie działa, młody – oświadczył Mordecai. – Nie możemy pozwolić, by niewytrenowani zawodnicy włóczyli się po Lochu. Sam rozumiesz. Poza tym skrzynki wolno otwierać tylko w bezpiecznej strefie. A o ile nie jesteś skończonym idiotą, zdajesz sobie na pewno sprawę, że się w niej teraz nie znajdujesz.
Pasek życia goblina przesunął się dalej w ciemną czerwień, ale stwór nadal nie umarł. Jakaś odległa część mnie była przerażona, że chciałem zabić tę istotę. Mimo że był uzbrojony, bardzo łatwo było zrobić mu krzywdę. Ale jeden rzut oka na mordożer, który zatrzymał się, żeby zabrać ze sobą drugiego goblina, wystarczył, by uwolnić mnie od wszelkich skrupułów. Chwyciłem nieprzytomnego goblina obiema rękami za głowę i walnąłem nią o kamienie. Waliłem raz po raz, póki jego pasek życia kompletnie nie zniknął.
– Ejże, ejże! – zawołał Mordecai. – Ejże, przestań!
– Po czyjej ty w ogóle jesteś stronie? – zapytałem, odwracając się do niego.
Zdałem sobie jednak sprawę, że nie mówił do mnie.
– Nie możesz tu wejść! – mówił nadal, odwrócony do mnie plecami.
Pączuś. Mówił do cholernego kota. Pączuś uznała, że ma dość siedzenia na korytarzu, i weszła do środka gildii przez uchylone drzwi.
Ściana tekstu z nowymi osiągnięciami pojawiła się w powietrzu razem z kilkoma innymi powiadomieniami, ale zamiast przewijać się przed moimi oczami jak poprzednio, stały się zaledwie maleńkimi komunikatami w lewym górnym rogu pola widzenia. Zdałem sobie sprawę, że mogłem na nie telepatycznie kliknąć, tylko nie teraz. Sztuczna inteligencja – czy czymkolwiek było to, co zarządzało całym tym cyrkiem – najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że to nie był właściwy moment, by zakrywać połowę mojego pola widzenia bzdurami związanymi z grą. Nie kiedy zmierzało w moją stronę prawdziwe niebezpieczeństwo.
– Otwórz te jebane drzwi! – wrzasnąłem.
– Młody, zabierz to swoje zwierzę – zażądał Mordecai, zwracając się w moją stronę z dziwnym odcieniem paniki w głosie. – Wpadnę w kłopoty, jeśli dowiedzą się, że pozwoliłem zawodnikowi wślizgnąć się tutaj wbrew regułom.
– Otwórz drzwi – powtórzyłem. – Sam zobacz. Nikogo tu nie ma, ale za pięć sekund to się zmieni. Wpuść mnie!
Drzwi się zatrzasnęły, łańcuch zabrzęczał, po czym drzwi otworzyły się na oścież. Wpadłem do środka, gdy nadjechał buldożer, rozjeżdżając goblinie ciało. Zaskrzeczały hamulce, ale mordożer pędził naprzód, pędzony siłą bezwładności, ślizgając się na zwłokach i rozmazując je na całej długości korytarza. Dwa gobliny odwróciły się i spojrzały mi w oczy, a ja pokazałem im wielkiego fakulca. Zapiszczały z wściekłości, a ja zatrzasnąłem drzwi.