Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dungeon Crawler Carl - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Dungeon Crawler Carl - ebook

Witaj w Lochu, zawodniku! Zapewnienie widzom rozrywki jest koniecznością. Przetrwanie już nie.

Wiecie, co jest gorsze od rozstania z dziewczyną? Rozstać się z dziewczyną i dostać w zamian jej kapryśną kocią czempionkę. A wiecie, co jest jeszcze gorsze? Inwazja kosmitów, zawalenie się wszystkich stworzonych ludzkimi rękami struktur na planecie i systematyczna eksterminacja tych, którzy zdołali przetrwać w sadystycznej międzygalaktycznej grze. Właśnie to.

Dołącz do weterana straży przybrzeżnej Carla i kotki jego byłej, Królewny Pączuś, gdy próbują przetrwać koniec świata – albo przynajmniej dostać się na kolejny poziom – w rojącym się od zasadzek Lochu, który tak naprawdę stanowi plan reality show oglądanego przez niezliczonych widzów w całej galaktyce. Eksplodujące gobliny. Magiczne eliksiry. Dealerzy narkotyków. To nie jest zwyczajna gra…

„Jedna z najbardziej porąbanych, śmiesznych i pomysłowych książek, jakie kiedykolwiek czytaliśmy” – Book Riot.

„Jeśli istnieje lepsza książka z gatunku LitRPG niż Dungeon Crawler Carl, to ja jej nie czytałem” – Shirtaloon, autor He Who Fights Monsters.

„Dungeon Crawler Carl rozśmiesza od pierwszej do ostatniej strony. Załóżcie swoje najlepsze bokserki, usiądźcie wygodnie i przygotujcie się na naprawdę zabawną i wciągającą lekturę” – Kevin J. Anderson.

„Dungeon Crawler Carl to najlepszy początek serii w tym roku. Żałuję, że nie przeczytałem go wcześniej” – Will Wight, autor serii Cradle.

Matt Dinniman to bestsellerowy pisarz i artysta z Gig Harbow w Waszyngtonie. Opublikował dziesiątki opowiadań i całe mnóstwo książek. Jego grafiki – od pocztówek po zestawy papeterii i kalendarze – można znaleźć w butikach i sklepach papierniczych na całym świecie.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-224-2
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Trans­for­ma­cja miała miej­sce około 2.23 nad ranem stan­dar­do­wego czasu pacy­ficz­nego. Na ile mogę stwier­dzić, wszy­scy, któ­rzy prze­by­wali wewnątrz budyn­ków, gdy to się stało, umarli w jed­nej chwili. Jeśli mie­li­ście jaki­kol­wiek dach nad głową, byli­ście tru­pami. Doty­czyło to rów­nież samo­cho­dów, samo­lo­tów i wago­nów metra. Nawet namio­tów i kar­to­no­wych pudeł. Spo­tkało to pew­nie nawet tych, któ­rzy schro­nili się pod para­so­lami. Cho­ciaż muszę przy­znać, że co do tych ostat­nich nie mam pew­no­ści.

Nie będę ściem­niać. Wy wszy­scy, któ­rzy byli­ście gdzieś w środku, śpiąc w cie­pełku i pew­nie śniąc o czymś total­nie przy­pad­ko­wym? Zazdrosz­czę wam. Mie­li­ście praw­dziwe szczę­ście. Znik­nę­li­ście w ułamku sekundy, obró­ceni w pył w momen­cie trans­for­ma­cji.

Był wto­rek i kalen­darz od nie­dawna oznaj­miał trzeci stycz­nia. Nad Ame­ryką Pół­nocną sza­lała okropna zawieja i połowa kraju znik­nęła pod śnie­giem i lodem. W Seat­tle tej nocy nie śnie­żyło aż tak bar­dzo. Jed­nak tem­pe­ra­tura spa­dła poni­żej zera, co ozna­czało nie­zwy­kły chłód, nawet jak na sty­czeń.

Jestem pewien, że w innych czę­ściach świata, gdzie pano­wała lep­sza pogoda i nie był aku­rat śro­dek nocy, prze­trwało wię­cej ludzi. Znacz­nie wię­cej.

Mogę się też zało­żyć, że więk­szość z nich w tam­tym kry­tycz­nym momen­cie miała na sobie coś wię­cej niż ja. I więk­szość tych gnoj­ków była dość sprytna, żeby nie iść w stronę świa­tła.

Jeśli cho­dzi o mnie, nie dano mi wyboru. Jak już mówi­łem, pano­wał mróz. Zna­la­złem się na zewnątrz. I mia­łem na sobie bok­serki, skó­rzaną kurtkę i parę różo­wych croc­sów, które ledwo na mnie paso­wały.

Trzy­ma­łem rów­nież wrzesz­czącą, dra­piącą, wyry­wa­jącą się i syczącą kotkę o imie­niu Kró­lewna Pączuś Tłu­ścio­szek z Queen Anne. Była szyl­kre­to­wym per­sem war­tym wię­cej niż moje roczne zarobki. Moja eks wołała na nią po pro­stu Kró­lewna Pączuś. Ja skró­ci­łem jej imię do samej Pączuś.

Pozwól­cie mi cof­nąć się w cza­sie o dzie­sięć minut. Nie będę zanu­dzać was nie­po­trzeb­nymi szcze­gó­łami, ale nie­które z nich mogą oka­zać się istotne.

Nazy­wam się Carl i mam dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Po służ­bie w straży nad­brzeża zna­la­złem pracę jako mecha­nik mor­ski przy napra­wach sys­te­mów elek­trycz­nych na łodziach-impre­zow­niach nale­żą­cych do boga­tych gnoj­ków. Aż do kilku dni przed roz­po­czę­ciem tych wyda­rzeń miesz­ka­łem z dziew­czyną w Seat­tle.

Miała na imię Beatrice. Bea. Pole­ciała na imprezę nowo­roczną na Bahamy z paczką przy­ja­ciół. Nie powie­działa mi, że zabrał się też z nimi jej były, ale dosze­dłem do tego dość szybko, gdy zoba­czy­łem na Insta­gra­mie zdję­cie z nią na jego kola­nach.

Nie lubię dramy i kiep­sko sobie z nią radzę. Nie miało zna­cze­nia, czy mnie z nim zdra­dziła, czy nie. Skła­mała, więc zadzwo­ni­łem do niej i powie­dzia­łem, że z nami koniec. Obie­ca­łem, że spa­kuję wszyst­kie jej rze­czy, zanim wróci. Zero dramy. Żaden kło­pot. Ale mię­dzy nami skoń­czone.

Popro­siła swo­ich rodzi­ców, żeby ode­brali kota, ale miesz­kali po dru­giej stro­nie Gór Kaska­do­wych i nikt nie miał szans prze­je­chać przez prze­łę­cze o tej porze roku. Obie­ca­łem, że zajmę się kotem, dopóki Beatrice nie wróci.

Pozwól­cie mi opo­wie­dzieć o kotce Pączuś. Jak już wspo­mnia­łem, jest jed­nym z tych puszy­stych stwo­rzeń o pła­skim pyszczku, które wyglą­dają, jakby ich miej­sce było na kola­nach czar­nego cha­rak­teru z Bonda. Bea i ja dzie­li­li­śmy miesz­ka­nie z dwiema sypial­niami i jedna z nich nale­żała do kotki. A bar­dziej kon­kret­nie, znaj­do­wały się tam wstążki dla „Naj­lep­szego kota doro­słego”, „Naj­lep­szego kota w kate­go­rii rasa” oraz dzie­siątki tro­feów i opra­wio­nych zdjęć, na któ­rych Pączuś wyglą­dała na roz­wście­czoną i puchatą, zaś Bea i sędzia stali za nią. Bea musiała mieć chyba z pięć­dzie­siąt takich zdjęć. Wygry­wała całe zatrzę­sie­nie tych wstą­żek, tro­feów i zdjęć prak­tycz­nie za każ­dym razem, gdy zabie­rała Pączuś na wystawę. A Bea zabie­rała gdzieś kotkę prak­tycz­nie w każdy week­end.

Cała jej rodzina zaj­mo­wała się hodowlą i wysta­wia­niem kotów per­skich. Ja mia­łem o świe­cie kocich wystaw śred­nie poję­cie. Nie chcia­łem się w to mie­szać. Jak już mówi­łem, nie lubię dramy. A pozwól­cie, że powiem wam coś o kocia­rzach – a kon­kret­niej o kocia­rzach, któ­rzy cho­dzą na wystawy.

Albo nie­ważne. Niech się jebią. Naj­waż­niej­sze, żeby­ście wie­dzieli, że Bea i Pączuś były czę­ścią tego świata, a ja nie chcia­łem mieć z nim nic wspól­nego.

Ni­gdy nie uwa­ża­łem się za szcze­gól­nego fana kotów. Gdy­bym jed­nak miał być szczery, to lubi­łem Pączuś. Tej kotki nie obcho­dził abso­lut­nie nikt i nic, a ja umia­łem to usza­no­wać. Jeśli Pączuś chciała sie­dzieć mi na kola­nach, kiedy odpa­la­łem Play­Sta­tion, to sie­działa na moich kola­nach. Gdy pró­bo­wa­łem ją pod­nieść, syczała, dra­pała i wska­ki­wała na mnie z powro­tem. Potem zwra­cała w moją stronę ten krzywy pysz­czek, jakby chciała powie­dzieć „i co mi możesz zro­bić?”.

Nie­raz kusiło mnie, żeby ją udu­sić, ale nie jestem total­nym gnoj­kiem. Poza tym umia­łem usza­no­wać wytrwa­łość tego małego mon­strum. Nie­któ­rzy kum­ple robili sobie ze mnie jaja, że spę­dzam tyle czasu z pucha­tym kotecz­kiem war­tym wię­cej niż moje roczne zarobki, ale ja to lubi­łem. Lubi­łem czuć ten kłę­bek futra na kola­nach.

Jedną z żela­znych i nie­ne­go­cjo­wa­nych zasad Beatrice był abso­lutny zakaz pale­nia w miesz­ka­niu. Po naszej kłótni i zerwa­niu pod­ją­łem wysi­łek, żeby palić tyle, ile tylko się da. No wiem, nie­zbyt to doj­rzałe, ale pogoda była lodo­wata. Pączuś nie prze­pa­dała za dymem; poza tym zapach papie­ro­sów zosta­wał na jej futerku. W ramach kom­pro­misu uchy­la­łem przy pale­niu okno.

Kiedy więc o dru­giej nad ranem obu­dził mnie kosz­mar, dosze­dłem do wnio­sku, że potrze­buję papie­rosa. Wyją­łem paczkę, uchy­li­łem okno i zapa­li­łem.

Pączuś, która spała tuż obok mnie na łóżku, wła­śnie w tym momen­cie uznała, że po raz pierw­szy w swoim kocim życiu chce wydo­stać się na zewnątrz i zba­dać teren. Wsko­czyła mi na ramię, a potem z okna pierw­szego pię­tra na drzewo przed oknem. Tak po pro­stu. Otwie­ra­łem to okno dzie­siątki razy w ciągu poprzed­niego roku i Pączuś ni­gdy nie zaszczy­ciła go nawet spoj­rze­niem. Jed­nak tej wła­śnie nocy – naj­zim­niej­szej nocy w roku – posta­no­wiła wyru­szyć na eks­pe­dy­cję lądową jak Lewis i Clark w 1804 i opu­ściła miesz­ka­nie.

Zsu­nęła się po pniu, pową­chała parę razy chod­nik, po czym natych­miast zdała sobie sprawę, że jest zaje­bi­ście zimno. Jej przy­goda zakoń­czyła się tak szybko, jak się zaczęła – Pączuś wbie­gła na drzewo i posłała mi spoj­rze­nie z gałęzi, którą od okna dzie­liło jakieś pół­tora metra. Żądza przy­gody cał­ko­wi­cie ją opu­ściła i kotka posta­no­wiła nie ryzy­ko­wać skoku do wnę­trza miesz­ka­nia. Zamiast tego zaczęła wyć z całych sił w swo­ich kocich płuc­kach.

Następ­nych kilka minut spę­dzi­łem na prze­kli­na­niu Pączuś i jed­no­cze­snych pró­bach zwa­bie­nia jej z powro­tem do miesz­ka­nia. Otwo­rzy­łem okno na oścież, wpusz­cza­jąc podmu­chy lodo­wa­tego wia­tru do dotych­czas przy­tul­nie cie­płego wnę­trza. Puchata czar­no­be­żowa kocia kulka po pro­stu sobie sie­działa, narze­ka­jąc i miau­cząc tak gło­śno, że oba­wia­łem się, że któ­ryś z sąsia­dów obu­dzi się i ją zastrzeli.

Zosta­wi­łem zimowe buty na suszarce w piw­nicy budynku. Nie mia­łem poję­cia, gdzie podzie­wały się moje teni­sówki do bie­ga­nia. Bły­ska­wicz­nie pod­ją­łem więc decy­zję, któ­rej wkrótce przy­szło mi żało­wać: wci­sną­łem stopy w parę croc­sów mojej byłej dziew­czyny, nacią­gną­łem na ramiona ciężką skó­rzaną kurtkę i wybie­głem zła­pać kotkę. Jakaś część mnie na­dal powta­rzała mi: do chuja z tym, to nie twój kot, niech zamar­z­nie na śmierć!

Jed­nak, jak mówi­łem, nie jestem aż takim dup­kiem. Może i Beatrice nie zasłu­gi­wała na nic innego, ale ona prze­cież kochała tę cho­lerną kotkę. A biedna, głu­pia Pączuś nie miała naj­mniej­szych szans prze­trwać w tym zim­nie. Przy­naj­mniej nie długo.

Poza tym kotka była tuż obok, miau­cząc, jakby ktoś obdzie­rał jej kocięta ze skóry. Zbie­głem na dół, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie, popę­dzi­łem do drzewa mię­dzy naszym blo­kiem a chod­ni­kiem. Natych­miast poża­ło­wa­łem, że nie poświę­ci­łem dodat­ko­wej chwili na wło­że­nie porząd­nych ubrań. Lodo­waty wiatr wbi­jał mi pazury w nogi i stopy.

Pączuś sie­działa tuż obok na drze­wie tak nisko, że pra­wie mógł­bym jej dosię­gnąć. Spo­glą­dała raz po raz na mnie i na otwarte okno. Na­dal wyła. W miesz­ka­niu na par­te­rze zapa­liło się świa­tło. Jęk­ną­łem. Pani Par­sons. Pani Par­sons, która uwiel­biała narze­kać i wysy­łać listy ze skar­gami.

– Pączuś! – zawo­ła­łem. – Chodź tutaj, ty mała cho­lero! – Wycią­gną­łem do niej ręce.

Pączuś umiała na mnie wska­ki­wać. Nauczy­łem ją to robić. Wystar­czyło, że potrzą­sną­łem torebką z kocimi przy­sma­kami, a Pączuś ska­kała pro­sto na nie. Mówi­łem przez chwilę „kici, kici, kici” i Pączuś ska­kała cza­sem na moje ramię. Prze­klą­łem pod nosem, że nie zabra­łem z domu smacz­ków.

Pani Par­sons otwo­rzyła okno.

– Co się tu dzieje, na Boga?! – zawo­łała, wychy­la­jąc się na zewnątrz. Głowę miała zawi­niętą w jakieś ręcz­niki, co nada­wało jej wygląd hin­du­istycz­nego guru. Jej pacior­ko­wate oczy zatrzy­mały się na mnie. – Carl, czy to ty?

– Tak, pro­szę pani – odpar­łem. – Bar­dzo prze­pra­szam. Moja kotka ucie­kła przez okno i pró­buję spro­wa­dzić ją do domu, zanim zamar­z­nie na śmierć.

– W tej chwili to ty wyglą­dasz, jak­byś miał zamar­z­nąć…

Pani Par­sons ni­gdy nie dokoń­czyła zda­nia.

ŁUP.

To wyda­rzyło się tak szybko! Cały budy­nek na moich oczach runął na zie­mię. W jed­nej chwili stał tam ze wszyst­kimi swo­imi sied­mioma pię­trami, a w następ­nej go nie było. Jed­nak nie znik­nął: patrzy­łem pro­sto na panią Par­sons, gdy to się działo. Wyglą­dało to tak, jakby cały blok był wiel­ga­śną puszką zmiaż­dżoną przez gigan­tyczny kosmiczny but. Widzia­łem to i sły­sza­łem. Wiatr zawiał mi w twarz i na zewnątrz w ułamku sekundy zro­biło się ciemno. Latar­nia po lewej stro­nie tuż obok mnie znik­nęła. Budynki wokół mnie prze­pa­dły. Samo­chody na ulicy też.

Znik­nęło wszystko oprócz drzew, rowe­rów na sto­ja­kach i motoru Mar­jory Wil­liams wciąż sto­ją­cego przy par­ko­ma­cie.

Rozej­rza­łem się dookoła, chwi­lowo zapo­mi­na­jąc o lodo­wa­tym zim­nie. Ledwo co widzia­łem tej ciem­nej, pochmur­nej nocy. W oddali – dostrze­gal­nej teraz wyłącz­nie dla­tego, że budynki runęły – doj­rza­łem pło­nący ogień.

Pano­wała kom­pletna, niczym nie­za­kłó­cona cisza.

– Co do kurwy?! – powie­dzia­łem, krę­cąc się w kółko.

Kilka przy­pad­ko­wych rze­czy pozo­stało na swo­ich miej­scach, jak wspo­mniany sto­jak rowe­rowy. Znak stopu na­dal stał, ale znak z nazwą ulicy tuż obok znik­nął. Nic nie miało sensu. Tam, gdzie zapar­ko­wano na ulicy samo­chody, widać było pokryte pyłem wgnie­ce­nia w kształ­cie aut, jakby zostały wcią­gnięte w stronę wnę­trza Ziemi pro­sto przez asfalt.

Pączuś sko­czyła w moje wycią­gnięte ramiona. Spoj­rza­łem na nią. Nie wie­dzia­łem, co powie­dzieć ani co zro­bić.

– Co, do cho­lery?! – powtó­rzy­łem.

Z bloku, w któ­rym miesz­ka­łem, pozo­stał pro­sto­kąt gruzu i skłę­bio­nego pyłu. I wtedy zoba­czy­łem to tuż obok moich stóp.

Była to głowa pani Par­sons. Trudno ją było roz­po­znać w ciem­no­ści, ale od razu wie­dzia­łem, czym jest.

Wtedy to do mnie dotarło. Nagły szok zwią­zany ze spłasz­cze­niem budyn­ków był jed­nym. Tylko że w ich wnę­trzach znaj­do­wali się ludzie. Pra­wie wszy­scy w całym tym cho­ler­nym mie­ście. Do dia­bła, nawet więk­szość bez­dom­nych noco­wała teraz w schro­ni­skach. W wia­do­mo­ściach poka­zali cały mate­riał o tym, że spro­wa­dzili tam wszyst­kich ze względu na wyjąt­kowy mróz. Była cho­lerna druga nad ranem w ponie­dzia­łek. Wszy­scy byli w swo­ich łóż­kach. I to ozna­czało, że wszy­scy nie żyli!

Krę­ci­łem się w kółko jak skoń­czony idiota, nie wie­dząc, co począć. Było mi nie­do­brze. Pączuś zaczęła się wier­cić, uznaw­szy naj­wy­raź­niej, że jestem bez­u­ży­teczny. Podra­pała mnie, ale nie wypu­ści­łem jej z rąk.

Wtedy usły­sza­łem męski, maszy­nowy głos.

Prze­mó­wił do mnie wewnątrz mojej głowy. Był jak fizyczny obiekt, jak gwóźdź dra­piący po mózgu. Nie prze­ma­wiał po angiel­sku, ale rozu­mia­łem go. W miarę jak mówił, słowa poja­wiały się w powie­trzu przede mną.

Nie­do­bitki ludz­ko­ści, słu­chaj­cie uważ­nie!

– Co? – powie­dzia­łem na głos. – Co to takiego? Kto tu jest? – Spró­bo­wa­łem kop­nąć uno­szący się w powie­trzu tekst, ale za mały na mnie crocs odle­ciał z mojej stopy. Pod­sko­czy­łem i szybko wepchną­łem nogę z powro­tem do buta. Słowa poru­szały się za mną, falu­jąc kilka metrów od mojej twa­rzy.

Nie były nawet napi­sane łaciń­skim alfa­be­tem. Wiły się w dół, nie z lewej do pra­wej. Mimo to zna­łem je, rozu­mia­łem je, jak­bym czy­tał to pismo przez całe życie.

Zgod­nie z zasa­dami Syn­dy­katu, sub­sek­cją 543 kodu o Cen­nych Rezer­wach Pier­wiast­ko­wych, w związku z bra­kiem odpo­wied­niego wnio­sku o prawa mine­ralne i pier­wiast­kowe w cza­sie pięć­dzie­się­ciu lat od pierw­szego kon­taktu, wasza pla­neta została sku­tecz­nie prze­jęta i jest obec­nie eks­plo­ato­wana pod kątem wszyst­kich pożą­da­nych depo­zy­tów pier­wiast­ko­wych przez usta­no­wio­nego regenta pla­netarnego.
Wszyst­kie wnę­trza waszej pla­nety zostały zmiaż­dżone i z cało­ści surow­ców natu­ral­nych – orga­nicz­nych i nieorga­nicz­nych – pozy­ski­wane są wła­śnie zamó­wione pier­wiastki.
Zgod­nie z ustawą o Odzy­ska­niu Pozy­ska­nego Mate­riału oraz sub­sek­cją 35 ustawy o Ochro­nie Mię­dzy­pla­ne­tar­nych Gatun­ków Tubyl­czych wszy­scy ludzie, któ­rzy prze­trwali, dostaną szansę wystą­pić o zwrot utra­co­nej mate­rii. Kor­po­ra­cja Borant, która otrzy­mała regen­cję nad waszym ukła­dem sło­necz­nym, ma prawo wybrać metodę zwrotu, z czego sko­rzy­stała, wyzna­cza­jąc opcję numer trzy, znaną także jako osiem­na­sto­po­zio­mowy Loch. Kor­po­ra­cja Borant zastrzega dla sie­bie wszel­kie prawa do emi­sji, eks­plo­ata­cji oraz innych form kon­troli nad Lochem i zatrzyma je, jak długo prze­strze­gać będzie regu­la­cji Syn­dy­katu doty­czą­cych odzy­ski­wa­nia zaso­bów pla­ne­tar­nych.
Po przej­ściu poziomu osiem­na­stego Lochu wła­dza nad tą pla­netą przej­dzie w ręce zwy­cięzcy.
Neu­tralna obser­wu­jąca sztuczna inte­li­gen­cja Syn­dy­katu – czyli ja – została stwo­rzona i wysłana na waszą pla­netę, by nad­zo­ro­wać usta­no­wie­nie Lochu oraz zapew­nić, że nale­ży­cie prze­strze­gane są wszyst­kie zasady i regu­la­cje.
Pro­szę zwró­cić szcze­gólną uwagę na nastę­pu­jące infor­ma­cje, jako że nie będą powta­rzane.
Zgod­nie z ustawą o Ochro­nie Mię­dzy­pla­ne­tar­nych Gatun­ków Tubyl­czych cały pozo­stały mate­riał – około 99,999999% posor­to­wa­nej mate­rii – jest obec­nie wyko­rzy­sty­wany do pro­duk­cji pod­ziem­nego Lochu. Jego pierw­szy poziom otwo­rzy się mniej wię­cej osiem­na­ście sekund po zakoń­cze­niu tego ogło­sze­nia. Wej­ścia do pierw­szego poziomu będą czynne przez dokład­nie jedną ludzką godzinę. Gdy wej­ścia się zamkną, nie będzie moż­li­wo­ści uzy­ska­nia dostępu do pierw­szego poziomu. Każdy, kto wej­dzie do środka, będzie mógł wyjść dopiero po przej­ściu wszyst­kich osiem­na­stu pozio­mów lub speł­nie­niu pew­nych innych okre­ślo­nych wyma­gań.
Jeśli zde­cy­du­je­cie się nie wejść do Lochu, będzie­cie musieli samo­dziel­nie utrzy­mać się na powierzchni pla­nety i może to być ostatni komu­ni­kat, jaki otrzy­ma­cie w ciągu waszego życia. Wszyst­kie mate­riały oraz pier­wiastki prze­ro­bione do tej pory prze­padną. Będzie­cie jed­nak mogli pozy­ski­wać i wyko­rzy­sty­wać wszyst­kie natu­ral­nie wystę­pu­jące zasoby dla wła­snej korzy­ści. Kor­po­ra­cja Borant życzy wam wszyst­kiego naj­lep­szego i dzię­kuje za otrzy­maną od was szansę.
Pro­szę o uwagę wszyst­kich, któ­rzy pra­gną wyko­rzy­stać swoje prawo do odzy­ska­nia zaso­bów.
Wasza pla­neta otrzyma 150 000 wejść do poziomu pierw­szego. Wszyst­kie będą ozna­czone i łatwe do zna­le­zie­nia. Jeśli zde­cy­du­je­cie się sko­rzy­stać z wej­ścia do Lochu, otrzy­ma­cie czas równy pię­ciu obro­tom waszej pla­nety wokół wła­snej osi, by zna­leźć wej­ście do następ­nego poziomu. Wejść do poziomu dru­giego będzie 75 000. Wejść do poziomu trze­ciego będzie 37 500, zaś do czwar­tego 18 750. Wejść do poziomu pią­tego będzie 9375, zaś do poziomu szó­stego 4688. Do każ­dego następ­nego poziomu będzie o połowę mniej wejść, zaokrą­gla­jąc w górę, póki nie osią­gnie­cie poziomu osiem­na­stego, który posia­dać będzie wyłącz­nie dwa wej­ścia i jedno wyj­ście.
Zawod­nicy, któ­rzy zde­cy­dują się wejść do Lochu, muszą zna­leźć schody i zejść na głęb­szy poziom przed upły­wem czasu wyzna­czo­nego dla tego poziomu. Gdy wyzna­czony czas minie, poziom zosta­nie odzy­skany i cała pozo­sta­jąca w nim mate­ria, orga­niczna i nieorga­niczna, prze­pad­nie. Wyge­ne­ro­wany łup i inna mate­ria, która nie zosta­nie zebrana i wzięta w posia­da­nie, może być sprze­dana na ryn­kach Syn­dy­katu.
Każdy niż­szy poziom otrzyma dłuż­szy czas do pozy­ska­nia. Dodat­kowe zasady wejdą w życie, gdy zawod­nicy zejdą na poziom dzie­siąty. Zostaną one wyja­śnione, gdy oraz jeśli jacyś zawod­nicy do niego dotrą.
Jeśli zde­cy­du­je­cie się wejść do Lochu, gorąco pole­camy zna­le­zie­nie i sko­rzy­sta­nie ze szko­le­nia. Wiele z nich zosta­nie umiesz­czo­nych na pozio­mach od jeden do trzy Lochu.
Jeśli macie dodat­kowe pyta­nia bądź pra­gnie­cie zło­żyć poda­nie, wszyst­kie wnio­ski muszą zostać dostar­czone oso­bi­ście na piśmie do naj­bliż­szego biura Syn­dy­katu.
Dzię­ku­jemy za udział w dzia­ła­niach Syn­dy­katu. Miłego dnia!

Ledwo byłem w sta­nie zro­zu­mieć, co mówił do mnie głos, tak bar­dzo zszo­ko­wały mnie wszyst­kie dotych­cza­sowe wyda­rze­nia. Stra­ci­łem czu­cie w nogach. Za długo sta­łem na zewnątrz i zupeł­nie poważ­nie gro­ziła mi śmierć przez zamar­z­nię­cie, a przy­naj­mniej odmro­że­nie i utrata pal­ców u nóg. Musia­łem wejść do środka – i to natych­miast.

Tylko że nie było już żad­nego środka. Nie było nawet samo­cho­dów. Rzu­ci­łem okiem w stronę ognia, który na­dal pło­nął kilka prze­cznic stąd. Musia­łem jak naj­szyb­ciej się przy nim zna­leźć. Obró­ci­łem się i zaczą­łem truch­tać.

Wiatr, który był lekką bryzą, zanim wszyst­kie budynki znik­nęły, stał się teraz nie­usta­jącą lodo­watą wichurą cuch­nącą oce­anem. Pączuś wier­ciła się w moich ramio­nach i dra­pała mnie, pró­bu­jąc wydo­stać się na wol­ność. Wbiła we mnie ząbki, ale ochro­niła mnie kurtka. Moc­niej przy­ci­sną­łem ją do sie­bie.

Czy to wszystko mi się śniło? Czy ktoś przez pomyłkę podał mi środki halu­cy­no­genne?

Loch? Co do cięż­kiej cho­lery? Co to w ogóle zna­czyło? Nie mogłem opa­no­wać goni­twy myśli. Natych­miast sko­ja­rzyły mi się _Path­fin­der_, _Dun­ge­ons and Dra­gons_ i inne gry, w które nie gra­łem od końca służby. Nie widzia­łem wokół żywej duszy. Ota­czał mnie wyłącz­nie szum wia­tru.

Sygnał podobny do trąbki roz­legł się w noc­nym powie­trzu. Zamar­łem i rozej­rza­łem naokoło. Co teraz? Pomy­śla­łem, że na pewno poja­wia się Loch. Cho­lera, cho­lera, to się naprawdę dzieje!

Po lewej stro­nie, mniej niż trzy­dzie­ści metrów ode mnie, pośrodku miej­sca, które daw­niej było second-han­dem, roz­bły­sło świa­tło reflek­tora. Zoba­czy­łem dru­gie podobne świa­tło o jakiś kilo­metr ode mnie. Obró­ci­łem się i zauwa­ży­łem następne, roz­pro­szone po całym mie­ście.

Nawet z tej odle­gło­ści czu­łem gorąco docho­dzące z jasno oświe­tlo­nej dziury w ziemi.

Nie zasta­no­wi­łem się nawet. Głowa na­dal puchła mi od usły­sza­nych przed chwilą infor­ma­cji. Różowe crocsy ledwo paso­wały na moje stopy. Ogień palił się o wiele dalej, niż myśla­łem. Widzia­łem już na wła­sne oczy, co hipo­ter­mia robi z ludźmi.

Odwró­ci­łem się więc w stronę świa­tła i pobie­głem.2

Poziom 1

Czas pozo­stały do zawa­le­nia poziomu: 5 dni

Ozdobne schody pro­wa­dziły w stronę świa­tła. Każdy sto­pień wyglą­dał na wykuty z żelaza i był dość sze­roki, by zmie­ścić ze dwa­dzie­ścia osób idą­cych ramię w ramię. Z wnę­trza dziury pro­mie­nio­wało gorąco. Zsze­dłem o sto­pień, lądu­jąc nieco niżej, niż się spo­dzie­wa­łem. Echo moich kro­ków roz­le­gało się w jasnym świe­tle.

W tym mie­ście miesz­kał pra­wie milion ludzi, ale teraz byłem tu sam.

Pączuś prze­stała się wyry­wać, przy­warła do mojego ramie­nia i zaczęła war­czeć. Witaj – cudowne cie­pełko zapra­szało mnie coraz głę­biej w stronę świa­tła. Nogi i stopy, w któ­rych zdą­ży­łem stra­cić czu­cie, zaczęły mnie piec. Nie spę­dzi­łem na zim­nie dość czasu, żeby doznać więk­szych szkód, ale nie­źle się odmro­zi­łem.

Schody wyda­wały się nie mieć końca. Na stop­niach wykuty był dzi­waczny wzór przed­sta­wia­jący coś, co mogło być rybami. Albo demo­nami. Pła­sko­rzeźby w nie­mal azja­tyc­kim stylu spra­wiały, że czu­łem się nie­swojo. Tych scho­dów nie było tutaj jesz­cze kilka minut wcze­śniej. Cała ta prze­strzeń wyko­nana została z budyn­ków, samo­cho­dów i ludzi z Ziemi. Kto to zro­bił? Jak tego doko­nał?

Gdy dotar­łem do końca scho­dów, tem­pe­ra­tura osią­gnęła przy­jemne i wil­gotne 25 stopni. Meta­lowe stop­nie prze­szły w mar­mu­rową pod­łogę pro­wa­dzącą do ogrom­nych drzwi, wyso­kich co naj­mniej na dzie­sięć metrów i tak samo sze­ro­kich. Na drew­nia­nych wro­tach wyrzeź­biono postać gigan­tycz­nego rybiego demona, tak samo jak na stop­niach scho­dów.

Pod­nio­słem na nią wzrok.

– Co to jest, do cho­lery? – wymam­ro­ta­łem pod nosem.

Gdy wpa­try­wa­łem się w drzwi, poja­wiło się nad nimi okienko z infor­ma­cjami. Stało się to tak nagle, że instynk­tow­nie się cof­ną­łem. Mia­łem wra­że­nie, że zna­la­złem się wewnątrz gry albo mia­łem w oczach spe­cjalne soczewki kon­tak­towe, które wyświe­tlały przede mną uży­teczne wska­zówki i infor­ma­cje. Okienko miało nawet umiesz­czo­nego w rogu iksa, żeby je zamknąć.

To przed­sta­wie­nie wizu­alne kua-tina, domi­nu­ją­cego gatunku sys­temu Borant i wła­ści­ciela Kor­po­ra­cji Borant. Pamię­taj o tych gościach! Będą potem na spraw­dzia­nie.

Czy ten ostatni kawa­łek miał być żar­tem? Skon­cen­tro­wa­łem się na iksie w kącie okienka i tele­pa­tycz­nie je zamkną­łem.

Hm, pomy­śla­łem. Mogłem kon­tro­lo­wać infor­ma­cje za pomocą umy­słu. Otwie­ra­łem okienka z opi­sami przed­mio­tów, kon­cen­tru­jąc się na nich. Tak samo mogłem je potem tele­pa­tycz­nie zamknąć.

To ozna­cza, że są w two­jej gło­wie, pomy­śla­łem. Może to wszystko nie dzieje się naprawdę. Może tylko śpisz, a to jakaś wyra­fi­no­wana tech­no­lo­gicz­nie symu­la­cja. Jak w _Matrik­sie_.

Ból w roz­grze­wa­ją­cych się nogach przy­po­mniał mi, że nie miało zna­cze­nia, czy znaj­do­wa­łem się w symu­la­cji, czy nie. Nie kiedy tak bolało.

Wolno popchną­łem drzwi. Lekko otwo­rzyły się do środka, odsła­nia­jąc kory­tarz oświe­tlony mnó­stwem pochodni. Miał tę samą sze­ro­kość i wyso­kość jak drzwi i bar­dziej przy­po­mi­nał tunel wyko­pany na potrzeby drogi dwu­pa­smo­wej niż chod­nik dla pie­szych. W oddali widzia­łem kilka odnóg. Przy pierw­szej z nich poja­wiło się miga­jące świa­tełko. Wyglą­dało na jakiś znak, ale nie byłem w sta­nie odczy­tać go z takiej odle­gło­ści.

– Aua! – wrza­sną­łem, gdy Pączuś wgry­zła mi się w rękę. Upu­ści­łem ją na zie­mię, a ona popę­dziła w głąb kory­ta­rza. Zatrzy­mała się po jakichś dzie­się­ciu susach, spo­glą­da­jąc na mnie ze zmie­sza­nym i prze­stra­szo­nym wyra­zem pyszczka.

Zro­bi­łem krok w jej stronę, a drzwi zatrza­snęły się za mną. Świa­tło z przed­sionka znik­nęło i wokół nas zapa­no­wała znowu ciem­ność.

Witaj, zawod­niku! Zna­la­złeś się na pozio­mie pierw­szym!

To był nowy głos. Na­dal brzmiał męsko, ale sły­chać w nim było nad­miar entu­zja­zmu, zupeł­nie jak w gło­sie gospo­da­rza tele­tur­nieju. Nie mówiła ta sama osoba ani ten sam gło­śnik z pierw­szego ogło­sze­nia. Słowa poja­wiały się w powie­trzu przede mną i jed­no­cze­śnie roz­brzmie­wały w mojej gło­wie. Ina­czej niż w przy­padku okienka ze wska­zów­kami, tego komu­ni­katu nie mogłem w żaden spo­sób zamknąć. To było bar­dziej jak film z napi­sami.

W pra­wym gór­nym rogu mojego pola widze­nia poja­wiło się odli­cza­nie: 4 dni, 23 godziny, 48 minut. Powio­dłem ręką po cyfrach. Nie znik­nęły. Zamkną­łem oczy i wyświe­tlony czas znik­nął. Z ner­wów kłuło mnie w żołądku.

Pączuś utrzy­my­wała pozy­cję o kilka kro­ków przede mną, ale też machała ner­wowo ogo­nem, wpa­tru­jąc się w powie­trze przed sobą. Cho­lera, pomy­śla­łem. Ona też to widzi. Cokol­wiek to było, oddzia­ły­wało na kocią tłu­ścioszkę tak samo jak na mnie.

– Pączuś – zawo­ła­łem do niej. – Zostań ze mną.

Kotka, jak to kotka, zupeł­nie mnie zigno­ro­wała. Jed­nak gdy na nią spoj­rza­łem, poczu­łem to samo pra­wie nie­do­strze­galne mro­wie­nie co wtedy, gdy patrzy­łem na drzwi. Skon­cen­tro­wa­łem się bar­dziej i nad jej główką wysko­czyło okno z infor­ma­cją.

zawod­nik #4119, Kró­lewna Pączuś
poziom 1
rasa: kot
klasa: nie­wy­brana

Zro­bi­łem krok naprzód z bole­sną świa­do­mo­ścią, że mia­łem na nogach za małe crocsy.

Zaata­ko­wało mnie jesz­cze wię­cej tek­stu.

Przy­pi­sano ci numer zawod­nika 4122. Przy­pi­sano ci imię zawod­nika Carl.
Twoja przy­pi­sana rasa to czło­wiek. Twój obecny poziom to poziom pierw­szy. Możesz wybrać nową rasę i klasę, gdy tylko osią­gniesz poziom trzeci. Punkty zostały przy­pi­sane do two­ich para­me­trów zgod­nie z obec­nym pro­fi­lem fizycz­nym i men­tal­nym. Wię­cej infor­ma­cji znaj­dziesz w menu „para­me­try”.

Menu? Zaczą­łem się zasta­na­wiać, jak je przy­wo­łać. Zanim do tego dosze­dłem, przy­tło­czyła mnie kolejna ściana tek­stu.

Gra­tu­la­cje! Zdo­by­wasz pierw­sze osią­gnię­cie: Stara Kociara.
Wsze­dłeś do Lochu w towa­rzy­stwie kota. Czy to nie słod­kie?
Nagroda: otrzy­mu­jesz Brą­zową Skrzynkę dla Pupila!
Nowe osią­gnię­cie: Stara Kociara Prze­cie­raczka Szlaków.
Jesteś pierw­szym zawod­ni­kiem w histo­rii, który wszedł do Lochu w towa­rzy­stwie kota. Musisz naprawdę go kochać. Szkoda, że oboje na pewno zgi­nie­cie wkrótce bole­sną śmier­cią. Albo i nie? Zobacz, jaką wła­śnie otrzy­ma­łeś nagrodę!
Nagroda: Legen­darna Skrzynka dla Pupila!
Nowe osią­gnię­cie: Ranny Ptaszek.
Jesteś jed­nym z pierw­szych pię­ciu tysięcy zawod­ni­ków, któ­rzy weszli do Lochu. Naiw­niaku!
Nagroda: otrzy­mu­jesz Srebrną Skrzynkę Poszu­ki­wa­cza Przygód!
Nowe osią­gnię­cie: Puste Kieszenie.
Nie zabra­łeś ze sobą żad­nego ekwi­punku ani zapa­sów. Kom­plet­nie nic. Zda­jesz sobie sprawę, że na­dal musisz jeść, prawda?
Nagroda: otrzy­mu­jesz Brą­zową Skrzynkę Poszu­ki­wa­cza Przygód!
Nowe osią­gnię­cie: Dla­czego Nie Masz Spodni?
Wsze­dłeś do Lochu bez spodni. Typie, ogar­nij się!
Nagroda: otrzy­mu­jesz Złotą Skrzynkę z Ubraniami!
Nowe osią­gnię­cie: Walka Bez Broni.
Więc serio wpa­ro­wu­jesz do miej­sca o nazwie „Loch” i nie zabie­rasz ze sobą żad­nej broni? Albo jesteś odważ­niej­szy, niż wyglą­dasz, albo strasz­nie głupi. Powo­dze­nia bez broni, Van Damme!
Nagroda: otrzy­mu­jesz Brą­zową Skrzynkę z Bronią!
Nowe osią­gnię­cie: Samotnik.\\ Wsze­dłeś do Lochu bez żad­nych ludz­kich towa­rzy­szy. Nikt cię nie nauczył, że w kupie raź­niej?
Nagroda: żadna. Ha, ha! Typie, jesteś skoń­czony.

Patrzy­łem jesz­cze na ostat­nie słowa, gdy roz­pły­wały się w powie­trzu.

„Jesteś skoń­czony”.

Pączuś znowu biła łap­kami o powie­trze.

– Menu – powie­dzia­łem. Nic się nie wyda­rzyło. – Para­me­try – spró­bo­wa­łem ponow­nie, ale bez skutku.

Jak mia­łem szu­kać infor­ma­cji? Komu­ni­kat powie­dział, że otrzy­ma­łem całą serię czego… skrzy­nek? Jak skrzynki z łupem? Tak to z całą pew­no­ścią brzmiało. Musiało to ozna­czać, że dosta­łem jakiś inwen­tarz z ekwi­pun­kiem. Przy­po­mnia­łem sobie słowa z pierw­szego ogło­sze­nia o koniecz­no­ści zna­le­zie­nia szko­le­nia. Pod­nio­słem wzrok na neon jaśnie­jący jakieś sto metrów w głębi ciem­nego tunelu. Czy to było to?

Zaczą­łem truch­tać w kie­runku znaku. Miną­łem Pączuś, która sie­działa na ziemi, liżąc sobie łapkę i dra­piąc się nią po gło­wie. Po chwili mia­łem wra­że­nie, że wes­tchnęła i zde­cy­do­wała się iść za mną.

Neon gło­sił „Gil­dia szko­le­niowa DA” ze strzałką wska­zu­jącą na wąską, ciemną uliczkę. Zatrzy­ma­łem się. Odgłos moich kro­ków roz­le­gał się echem w wiel­kim, pustym tunelu. Spoj­rza­łem w ciem­ność. Wszystko było czarne jak smoła.

Za moimi ple­cami Pączuś zamiau­czała z tro­ską.

Wsze­dłem do uliczki.

Nowe osią­gnię­cie: Wpa­dłeś w Oczy­wi­stą Pułapkę.

Nagroda: cóż, jeśli ist­nieje niebo i nie byłeś zbyt wiel­kim dup­kiem, to może cię tam wpusz­czą. Bo zaraz spo­tkasz swo­jego Stwórcę!

Roz­bły­sły trzy świa­tła, ośle­pia­jąc mnie. Zakry­łem rękami oczy i cof­ną­łem się o krok. Zasy­czało coś mecha­nicz­nego i z rykiem włą­czyło się coś jak sil­nik parowy. Usły­sza­łem piskliwy śmiech.

Odwró­ci­łem się i pobie­głem. Oba moje crocsy odle­ciały w siną dal, gdy skrę­ci­łem z powro­tem do głów­nego tunelu, kie­ru­jąc się w stronę odwrotną do tej, z któ­rej przy­sze­dłem, scho­dząc scho­dami. Pączuś zamiau­czała z nie­za­do­wo­le­niem i popę­dziła za mną.

Zary­zy­ko­wa­łem szyb­kie spoj­rze­nie przez ramię i zoba­czy­łem, jak maszyna wypala z bocz­nej uliczki, pra­wie zde­rza się ze ścianą, po czym zaczyna powoli skrę­cać w moją stronę.

Była wiel­ko­ści trak­tora i jechała na gąsie­ni­cach jak czołg. Zbu­do­wano ją z nie­pa­su­ją­cych do sie­bie pordze­wia­łych kawał­ków metalu i wyglą­dała, jakby miała lada moment się roz­paść. Front tej śmier­cio­no­śnej machiny zaj­mo­wało jeżące się od gwoź­dzi ogromne wiru­jące koło. Na górze tego niby-trak­tora stały trzy zie­lone huma­no­idalne potwory, które wrzesz­czały i wska­zy­wały pal­cami w moją stronę. Miały nieco ponad metr wzro­stu i ubrane były w skó­rzane łach­many. Jeden z nich nosił na gło­wie kuchenny gar­nek. Stę­kał i pokrzy­ki­wał, obsłu­gu­jąc układ ste­ro­wa­nia. Z kilku rur uno­sił się czarny dym. Koło wiru­jące z przodu fur­ko­tało coraz szyb­ciej, gdy maszyna wyko­nała do końca zakręt i ruszyła pro­sto na mnie.

Otwo­rzyło się okno ze wska­zówką.

Mor­der­czy Mor­do­żer Gobli­nów – maszyna
Urzą­dze­nie zbu­do­wane przez gobliny i napę­dzane parą wodną, by roz­jeż­dżać i mor­do­wać niczego nie­podej­rze­wa­ją­cych zawod­ni­ków w Lochu. Mam nadzieję, że odno­wi­łeś szcze­pionkę prze­ciw tęż­cowi!

Trzy następne okna otwo­rzyły się nad załogą maszyny.

Goblin – poziom 2
Mały, zie­lony i cwany. Wszel­kie braki w budo­wie fizycz­nej gobliny nad­ra­biają entu­zja­zmem.

Trzeci z gobli­nów, ten z garn­kiem na gło­wie, był opi­sany w inny spo­sób.

Goblin Inży­nier – poziom 3
Inży­nie­ro­wie. Incele gobli­niego świata. Trudno im się umó­wić na randkę, przez co są jesz­cze bar­dziej wkur­wieni. Jeśli w waszej dru­ży­nie znaj­dują się kobiety, zaata­kują je jako pierw­sze.

Nie mia­łem czasu zasta­no­wić się ani nad bez­denną głu­potą tych żar­tów, ani nad fak­tem, że po raz pierw­szy w życiu mie­rzy­łem się z grupą praw­dzi­wych, żywych potwo­rów, które chciały mnie zabić. Popę­dzi­łem w głąb kory­ta­rza, aż dobie­głem do kolej­nych roz­sta­jów. Mogłem biec pro­sto, w lewo albo w prawo. Po pra­wej stro­nie znaj­do­wał się słabo oświe­tlony kory­tarz, o połowę węż­szy niż obecny, lecz na­dal dość sze­roki, by gobliny mogły nas ści­gać. Lewa odnoga pro­wa­dziła do wąskiego i ciem­nego kory­ta­rza, o wiele za cia­snego dla bul­do­żera.

Oczy­wi­stym wybo­rem byłaby ucieczka ciem­nym i wąskim kory­ta­rzem. Zawa­ha­łem się. Droga była zbyt oczy­wi­sta. Wyczu­łem kolejną pułapkę. Nie mogłem iść pro­sto, bo kolejne roz­wi­dle­nie znaj­do­wało się za daleko i maszyna na pewno zdą­ży­łaby mnie dogo­nić.

Skrę­ci­łem w prawo. Pączuś pobie­gła za mną, pra­wie przy mojej nodze, co było bar­dzo nie w jej stylu.

Ten nowy kory­tarz był sze­roki jak zwy­czajna ulica, z gład­kim sufi­tem na wyso­ko­ści jakichś pię­ciu metrów. Na cegla­nych ścia­nach i sufi­tach rosły świe­cące poro­sty, przez co cały kory­tarz roz­ja­śniał wid­mowy blask. Gobliny za moimi ple­cami popi­ski­wały, pró­bu­jąc sku­tecz­nie manew­ro­wać mor­do­że­rem. Urzą­dze­nie potrze­bo­wało spo­rej prze­strzeni, by zakrę­cić, więc dogo­nie­nie mnie musiało zająć im co naj­mniej minutę.

Przed nami poja­wiło się następne skrzy­żo­wa­nie. Lecz tuż przed nim wypa­trzy­łem poje­dyn­cze drew­niane drzwi w ścia­nie kory­ta­rza. Napis na nich gło­sił tym samym kolo­rem, co ciem­no­czer­wone ceglane ściany, „Gil­dia Szko­le­niowa”. Słowa napi­sano w tym samym dziw­nym języku, co wcze­śniej.

Jak tylko prze­czy­ta­łem szyld, nad nazwą na drzwiach poja­wiła się świe­cąca zie­lona ramka pod­kre­śla­jąca nazwę.

Nowe osią­gnię­cie! Odkry­łeś i prze­czy­ta­łeś ofi­cjalny znak w Lochu.
Łał. Więc jed­nak potra­fisz czy­tać! Gra­tu­la­cje.
Nagroda: wszyst­kie znaki w Lochu będą od tej pory pod­świe­tlone i łatwiej­sze do zna­le­zie­nia. Pobli­skie gil­die poja­wią się na two­jej mini­ma­pie.

Mini­ma­pie? Naprawdę powi­nie­nem ją zna­leźć. Goblini bul­do­żer znowu zakli­no­wał się na zakrę­cie i jeden z gobli­nów na pozio­mie dru­gim krzy­czał i walił kij­kiem w gar­nek na gło­wie inży­niera. Trzeci spoj­rzał na mnie i potrzą­snął pię­ścią.

Czy pójdą za mną do gil­dii? Nie wie­dzia­łem. Chwy­ci­łem za brą­zową klamkę i spró­bo­wa­łem ją prze­krę­cić.

Drzwi nie otwo­rzyły się. Musiały być zamknięte.

– Co, do cho­lery?! – krzyk­ną­łem. Wal­ną­łem pię­ścią w drzwi. – Hej! – zawo­ła­łem. – Jest tam kto?

Dwa gobliny z poziomu dru­giego naj­wy­raź­niej zarzu­ciły cze­ka­nie, aż maszyna weź­mie zakręt, bo zesko­czyły z niej i zaczęły biec w moją stronę. Nie miały zbroi, ale dzier­żyły coś, co wyglą­dało jak drew­niane patyki z ana­na­sem na czubku. Za moment nas dogo­nią. Przy mojej nodze Pączuś zaczęła war­czeć i syczeć.

Z dru­giej strony drzwi dobiegł dźwięk brzę­czą­cych łań­cu­chów i prze­krę­ca­nych zam­ków. Drzwi drgnęły i uchy­liły się lekko. Dostępu do środka bro­nił teraz już tylko ostatni łań­cuch.

W szcze­li­nie uka­zała się bro­data szczu­ro­wata postać. Ledwo mogłem dostrzec jej rysy twa­rzy, ale była o głowę niż­sza ode mnie. Czyli tro­chę wyż­sza od gobli­nów, ale nie bar­dzo.

– Czego chcesz? – ode­zwała się. – Taki motłoch jak wy nie ma tutaj wstępu. Wiesz prze­cież!

– Ej, to gil­dia szko­le­niowa, prawda? Głos powie­dział, że mam tutaj przyjść!

Oko patrzące na mnie roz­warło się sze­rzej.

– J-jesteś… zawod­ni­kiem?! Cze­kaj. – Postać cof­nęła się, jakby chciała lepiej mi się przyj­rzeć. Natych­miast przy­po­mniał mi się Mistrz Splin­ter z _Teenage Mutant Ninja Tur­tles_. – Fak­tycz­nie, jesteś zawod­ni­kiem! Na jego lewy sutek, znowu się otwo­rzy­li­śmy i nawet nie zauwa­ży­łem! Musia­łem prze­spać ogło­sze­nie. Nikt nic nie mówi sta­remu Mor­de­ca­iowi! Wcze­śniej mie­li­śmy listę mej­lin­gową. Docho­dziła raz na parę cykli, zawsze o cza­sie. Ale potem po pro­stu prze­stała. Pew­nie znowu cię­cia budże­towe. Zawsze tylko ogra­ni­czają wydatki. Byłem pewien, że nie otwie­ramy się jesz­cze przez dwa lata!

– Weź, wpuść mnie – prze­rwa­łem mu. Odwró­ci­łem się, sta­jąc twa­rzą w twarz z dwoma gobli­nami, które do nas dobie­gły. Jeden prze­szedł na lewo. Drugi odciął mi drogę ucieczki. – Otwórz te cho­lerne drzwi! – wykrzyk­ną­łem.

Jeden z gobli­nów powie­dział coś do szczu­ro­wa­tego huma­no­ida po dru­giej stro­nie drzwi, który naj­wy­raź­niej nazy­wał się Mor­de­cai. Nie rozu­mia­łem ich języka. Skła­dał się z posa­py­wań i pisków. Mor­de­cai odpowie­dział im po gobli­niemu i obaj się zaśmiali.

– Wybacz, zawod­niku. Byłeś zbyt powolny – powie­dział Mor­de­cai przez uchy­lone drzwi. – Nie mogę ci otwo­rzyć, jeśli moby są tuż obok. Zasady to zasady.

– Ja byłem zbyt wolny?! – wykrzyk­ną­łem.

Przy­bra­łem pozy­cję obronną. Jeden z gobli­nów zaata­ko­wał, mie­rząc we mnie kij­kiem. Ana­nas na jego czubku zsu­nął się, gdy goblin się zamach­nął, i spadł na zie­mię z gło­śnym pla­śnię­ciem. Goblin zaklął i usu­nął go kop­nia­kiem. Cof­ną­łem się o krok. Mię­dzy moimi nogami stała Pączuś, plu­jąc i sycząc.

– To cho­ciaż powiedz mi, jak otwie­rać te cho­lerne skrzynki z łupem!

Mor­de­cai mil­czał przez moment, jakby roz­wa­żał, czy powi­nien mi odpo­wie­dzieć.

– Są w zakładce Nagrody i Skrzynki w twoim ekwi­punku – rzekł w końcu. – Ale nie masz jesz­cze do nich dostępu, młody.

– To jak mogę zyskać do nich dostęp?

Drugi goblin, na­dal z ana­na­sem na końcu swo­jego kijka, zamie­rzył się na mnie, ale kom­plet­nie spu­dło­wał. Z bli­ska gobliny wyglą­dały z grub­sza jak w fil­mach i grach kom­pu­te­ro­wych. Niskie, zie­lone, pra­wie kom­plet­nie łyse, ze spi­cza­stymi uszami, kości­stymi twa­rzami i ostrymi zębami. Chwilę mnie to zafra­po­wało. Wyglą­dało na to, że kosmici mieli cał­kiem nie­złe poję­cie o ziem­skiej mito­lo­gii i popkul­tu­rze.

Daleko za nami mor­do­żer wresz­cie porząd­nie się wyco­fał i wziął zakręt. Z łomo­tem popę­dził kory­ta­rzem pro­sto na nas.

– No tak, musisz naj­pierw przejść szko­le­nie.

Goblin z ana­na­sem znowu się na mnie zamach­nął. Odcze­ka­łem, aż kijek minie naj­wyż­szy punkt łuku, który miał zakre­ślić, i pod­sze­dłem bli­żej. Wal­ną­łem goblina pro­sto w nos, a potem doło­ży­łem mu sier­po­wym w prawą skroń. Natych­miast padł na zie­mię. Gdy tylko go ude­rzy­łem, nad jego głową poja­wił się pasek. Z punk­tami życia, zda­łem sobie sprawę. Nie było go widać, póki goblin nie doznał obra­żeń. Pasek zro­bił się krót­szy o ponad połowę, prze­cho­dząc z zie­lo­nej w czer­woną barwę. Gobli­nowi zostało nie­wiele życia.

Uzna­łem, że to cał­kiem nie­zły wynik, ale nie dobry. Osta­tecz­nie to było pra­wie jak­bym ude­rzył dzie­się­cio­let­nie dziecko.

Drugi goblin spoj­rzał z otwar­tymi ustami na swo­jego towa­rzy­sza, po czym odwró­cił się na pię­cie i popę­dził z powro­tem do bul­do­żera.

Bolały mnie pię­ści. Od lat nie bra­łem udziału w praw­dzi­wej bójce. Więk­szość służby w straży przy­brzeż­nej spę­dzi­łem na pokła­dzie kutra jako tech­nik maszy­nowy. Ni­gdy nie mia­łem do czy­nie­nia z kon­fron­ta­cją w jakich­kol­wiek siłach mun­du­ro­wych. To rze­kł­szy, więk­szość ludzi, któ­rych pozna­łem, nie zda­wała sobie sprawy, że w straży musimy aż tyle tre­no­wać. Ludzie uwa­żali nas za prze­re­kla­mo­wa­nych ratow­ni­ków. Nie mieli poję­cia, że nas też uczono walki wręcz.

– Ale jak mam to zro­bić, jeśli nie otwie­rasz tych cho­ler­nych drzwi! – wrza­sną­łem, kopiąc leżą­cego goblina w żebra. Usły­sza­łem bar­dzo satys­fak­cjo­nu­jące chrup­nię­cie. – Nie możesz mnie wpu­ścić teraz?

– To tak nie działa, młody – oświad­czył Mor­de­cai. – Nie możemy pozwo­lić, by nie­wy­tre­no­wani zawod­nicy włó­czyli się po Lochu. Sam rozu­miesz. Poza tym skrzynki wolno otwie­rać tylko w bez­piecz­nej stre­fie. A o ile nie jesteś skoń­czo­nym idiotą, zda­jesz sobie na pewno sprawę, że się w niej teraz nie znaj­du­jesz.

Pasek życia goblina prze­su­nął się dalej w ciemną czer­wień, ale stwór na­dal nie umarł. Jakaś odle­gła część mnie była prze­ra­żona, że chcia­łem zabić tę istotę. Mimo że był uzbro­jony, bar­dzo łatwo było zro­bić mu krzywdę. Ale jeden rzut oka na mor­do­żer, który zatrzy­mał się, żeby zabrać ze sobą dru­giego goblina, wystar­czył, by uwol­nić mnie od wszel­kich skru­pu­łów. Chwy­ci­łem nie­przy­tom­nego goblina obiema rękami za głowę i wal­ną­łem nią o kamie­nie. Wali­łem raz po raz, póki jego pasek życia kom­plet­nie nie znik­nął.

– Ejże, ejże! – zawo­łał Mor­de­cai. – Ejże, prze­stań!

– Po czy­jej ty w ogóle jesteś stro­nie? – zapy­ta­łem, odwra­ca­jąc się do niego.

Zda­łem sobie jed­nak sprawę, że nie mówił do mnie.

– Nie możesz tu wejść! – mówił na­dal, odwró­cony do mnie ple­cami.

Pączuś. Mówił do cho­ler­nego kota. Pączuś uznała, że ma dość sie­dze­nia na kory­ta­rzu, i weszła do środka gil­dii przez uchy­lone drzwi.

Ściana tek­stu z nowymi osią­gnię­ciami poja­wiła się w powie­trzu razem z kil­koma innymi powia­do­mie­niami, ale zamiast prze­wi­jać się przed moimi oczami jak poprzed­nio, stały się zale­d­wie maleń­kimi komu­ni­ka­tami w lewym gór­nym rogu pola widze­nia. Zda­łem sobie sprawę, że mogłem na nie tele­pa­tycz­nie klik­nąć, tylko nie teraz. Sztuczna inte­li­gen­cja – czy czym­kol­wiek było to, co zarzą­dzało całym tym cyr­kiem – naj­wy­raź­niej zda­wała sobie sprawę, że to nie był wła­ściwy moment, by zakry­wać połowę mojego pola widze­nia bzdu­rami zwią­za­nymi z grą. Nie kiedy zmie­rzało w moją stronę praw­dziwe nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Otwórz te jebane drzwi! – wrza­sną­łem.

– Młody, zabierz to swoje zwie­rzę – zażą­dał Mor­de­cai, zwra­ca­jąc się w moją stronę z dziw­nym odcie­niem paniki w gło­sie. – Wpadnę w kło­poty, jeśli dowie­dzą się, że pozwo­li­łem zawod­ni­kowi wśli­zgnąć się tutaj wbrew regu­łom.

– Otwórz drzwi – powtó­rzy­łem. – Sam zobacz. Nikogo tu nie ma, ale za pięć sekund to się zmieni. Wpuść mnie!

Drzwi się zatrza­snęły, łań­cuch zabrzę­czał, po czym drzwi otwo­rzyły się na oścież. Wpa­dłem do środka, gdy nad­je­chał bul­do­żer, roz­jeż­dża­jąc gobli­nie ciało. Zaskrze­czały hamulce, ale mor­do­żer pędził naprzód, pędzony siłą bez­wład­no­ści, śli­zga­jąc się na zwło­kach i roz­ma­zu­jąc je na całej dłu­go­ści kory­ta­rza. Dwa gobliny odwró­ciły się i spoj­rzały mi w oczy, a ja poka­za­łem im wiel­kiego fakulca. Zapisz­czały z wście­kło­ści, a ja zatrza­sną­łem drzwi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij