Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dwór Crowdenów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 stycznia 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

Dwór Crowdenów - ebook

Powieść gotycka z elementami historycznymi i psychologicznymi. Anglia, druga połowa XIX wieku. Aurelius Bell, aptekarz naznaczony osobistą tragedią, opuszcza Londyn i przyjmuje posadę w odludnym Fairfield na bagnach Romney Marsh. Miejsce, które miało stać się azylem, szybko ujawnia swoje mroczne oblicze — pełne tajemnic, przemilczeń i sekretów, o których przeszłość nie pozwala zapomnieć. „Dwór Crowdenów” to nastrojowa, mroczna opowieść o winie, miłosierdziu i cienkiej granicy między dobrem a złem oraz o tym, jak daleko człowiek jest w stanie się posunąć, by uciszyć cudze — i własne — cierpienie. „Dwór Crowdenów” to mroczna, hipnotyzująca opowieść o winie, miłosierdziu i cenie, jaką płaci się za próbę zapomnienia. Jeśli lubisz historie w klimacie gotyckim, z duszną atmosferą i bohaterami noszącymi w sobie pęknięcia, ta książka nie pozwoli Ci zasnąć.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397934306
Rozmiar pliku: 5,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1.

Według kalendarza wiszącego na ścianie poczekalni dworcowej w Tonbridge był 2 października 1875 roku. Zegar wskazywał 08.51. Kalendarz spóźniał się o dwa dni, a pociąg, na który czekał Aurelius Bell, dwadzieścia jeden minut.

W poczekalni panował półmrok. Promienie słońca nie zdołały się przedrzeć przez chmury i można było odnieść wrażenie, że dzień, tak jak i pociąg, również nie nadszedł o właściwej porze. Zimne krople zacinały ostro o dworcowe szyby, wystukując chaotyczny rytm punktowany od czasu do czasu przez głuchy grzmot. Bell wsłuchiwał się w monotonny pomruk burzy, starając się ignorować chłód poczekalni, coraz głębiej wślizgujący się między grube warstwy jego ubrania. Razem z nim na pociąg czekało jeszcze czworo podróżnych.

Kiedy Bell pojawił się na dworcu punktualnie o godzinie ósmej, w poczekalni znajdowała się już rodzina składająca się z Johna Spafforda, jego młodej żony Mary Spafford i ich trzyletniego synka Roba. Wyglądali oni na sympatycznych i zamożnych ludzi. Na ich młodych twarzach życie jeszcze nie odcisnęło swojego piętna, oszczędzając rumiane policzki i wypielęgnowane dobrobytem, gładkie czoła. John Spafford siedział z założonymi ramionami i z głową chwiejącą się pod ciężarem snu. W pozycji pionowej utrzymywało go tylko oparcie drewnianej ławy. Jego żona, wdzięczna Mary Spafford, prawdopodobnie byłaby w podobnym stanie, gdyby nie okupujący jej kolana ruchliwy chłopczyk, którego bezustanne wiercenie zmuszało ją do ciągłego czuwania nad jego bezpieczeństwem.

Naprzeciw młodej pary przycupnęła na ławie niczym nastroszona wrona pani Goldberry. Była ona małą, przysadzistą kobietką w zaawansowanym wieku, ubraną od stóp do głów w czerń. Jak poinformowała Bella niecałe dziesięć minut po jego przybyciu, była w żałobie po mężu, któremu zmarło się pięć lat temu. Zaraz po tym przedstawiła mu wszystkich obecnych z imienia i nazwiska, jakby nie czekała na pociąg, tylko przyjmowała gości na proszonej herbatce.

Pięć lat noszenia żałoby przekonało panią Goldberry, że w żadnym innym kolorze nie jest jej tak do twarzy, jak w czerni. Obwisłym policzkom i haczykowatemu nosowi kolor ten dodawał dostojeństwa i powagi. Na rozmówcach wymuszał ton szacunku, który w przypadku innych kolorów migrował w rejony zdawkowości i impertynencji. Pani Goldberry zależało na byciu szanowaną, a przy jej statusie i niezbyt efektownym wyglądzie, tylko żałobna czerń mogła jej to zapewnić.

Jakiś czas później drzwi wejściowe ponownie się otworzyły i do środka wszedł, głośno tupiąc zabłoconymi butami, krępy mężczyzna z jasną brodą i nasuniętym na oczy kapeluszem. Było to dość osobliwe nakrycie głowy. Posiadało duże rondo i liczne małe przedmioty przywiązane do główki za pomocą rzemyków. Reszta ubrania też była dość ekscentryczna. Pani Goldberry jeszcze nigdy nie widziała płaszcza o tak intensywnej zielonej barwie ani żeby ktokolwiek nosił na sobie żółty krawat. Nie dość tego. Mogła przysiąc, że spodnie tego dżentelmena zamiast koloru czarnego, jak to się wydawało na pierwszy rzut oka, były ciemnofioletowe.

Mężczyzna zignorował pozdrowienie pani Goldberry ku jej niezadowoleniu i wybrawszy ławę w najdalszym kącie sali, siadł i wyciągnął przed siebie nogi z westchnieniem ulgi. Następnie wydobył z kieszeni płaszcza gazetę i pogrążył się w jej lekturze.

W tym czasie Aurelius Bell ulokował się blisko rodziny Spafford, w miejscu oddalonym od drzwi i ciągnących od nich przeciągów. Podobnie jak pani Goldberry ubrany był w czerń. Jedynym wyjątkiem był okręcony ciasno dookoła szyi jasny szalik. W jego przypadku kolor ubioru wiązał się z zawodem. Jak wyjaśnił, tryskającej ciekawością pani Goldberry, był aptekarzem i właśnie jechał objąć stanowisko w małej wiosce o nazwie Fairfield.

Pani Goldberry mocno się zdziwiła. Nie miała pojęcia, że aptekarze są zobowiązani do noszenia czarnej odzieży. Wiedziała, że obyczaj wymagał tego u duchownych, ale w przypadku aptekarzy o niczym takim nie słyszała. Bell zgodził się z nią. Nikt nie żądał od aptekarzy, by chodzili ubrani na czarno. Był to jego osobisty wybór, podyktowany wygodą i osobistymi preferencjami.

– Czerń tak łatwo się plami – wyjaśnił, a pani Goldberry gorliwie się z nim zgodziła.

Mary Spafford cichym głosem zapytała się, gdzie leży Fairfield, ponieważ nigdy wcześniej nie słyszała tej nazwy. Pani Goldberry skojarzyła się ona z miejscowości w Yorkshire, skąd pochodziła jej matka, jednak Bell poinformował obie kobiety, że Fairfield znajduje się w hrabstwie Kent, niedaleko wybrzeża.

Pani Spafford uznała, że wieś o tak ładnej nazwie musi być urocza i wyraziła nadzieję, że Bellowi spodoba się w nowym miejscu pracy. Aurelius Bell w podzięce skłonił głowę, na co młoda mężatka się zarumieniła. Być może sprawiła to szczera wdzięczność w jasnych oczach Aureliusa Bella, a może po prostu jego proporcjonalne rysy twarzy (z nieco zbyt długim nosem), w każdym razie osoba pana Bella wzbudziła w pani Spafford życzliwsze uczucia, mimo że zaledwie kilka centymetrów od niej siedział jej małżonek, którego dziecko bawiła na kolanie. Bystre oczka pani Goldberry natychmiast złowiły blady rumieniec na policzkach Mary Spafford. Oj, biedny Johnie Spafford twoja żona umizguje się do obcego, a ty sobie śpisz, rozbawiona zanuciła w głowie.

Jednak sama pani Goldberry musiała przyznać, że powierzchowność Aureliusa Bella była przyjemna dla oka, mimo że w pierwszej chwili wydał się on jej trochę za blady, za chudy i trochę za wysoki. Zazwyczaj preferowała mężczyzn z większą ilością ciała na kościach i którym mogła spojrzeć, jeśli nie w oczy, to przynajmniej w okolice podbródka. W przypadku Bella mogła liczyć co najwyżej na jego butonierkę.

Po wstępnych uprzejmościach oraz krótkiej, niezobowiązującej rozmowie i po tym, jak pasażerowie zorientowali się, że przyjdzie im czekać na pociąg znacznie dłużej, niż pierwotnie sądzili, nastąpiła przerwa w konwersacji. Nie sprzyjała jej ani wczesna pora, ani panujący w poczekalni ziąb.

Pani Spafford sennie zaczęła się zastanawiać, czy spakowała dostateczną ilość ciepłych ubrań dla swojego maleństwa. Być może zamiast tych kilku zabawek, na które uparł się jej chłopiec, powinna zabrać ten ciepły płaszczyk podbity bobrzym futrem? Popatrzyła na piąstkę synka, w której ściskał sznurek przyczepiony do drewnianego konika na kauczukowych kółkach. Jeden ruch w lewo, drugi w prawo i zabawka z turkotem podążała w wybranym przez dziecko kierunku. Pani Spafford zauważyła, że nie tylko ona śledzi ruchy zabawki. Aurelius Bell siedział sztywno wyprostowany, ze splecionymi na piersi rękami i w zamyśleniu podążał wzrokiem za zabawką. Mary Spafford przypadkowo spojrzała na twarz mężczyzny i natychmiast spuściła oczy z powrotem na podłogę. Mężczyzna wpatrywał się w drewnianego konika z dziwną mieszaniną smutku, strachu i głodu, która wyostrzyła mu rysy, napinając skórę wokół oczu i lekko rozchylając wąskie usta. Wyglądał niczym głodny pies, przyglądający się niedostępnej dla niego kości. Kobieta przytuliła dziecko mocniej do siebie.

– Przestań, przeszkadzasz panu – zwróciła synkowi uwagę i delikatnie wyjęła sznurek z jego dłoni, posyłając siedzącemu naprzeciw niej mężczyźnie przepraszające spojrzenie.

– Ależ skąd – zaprzeczył Bell. Formułowała słowa powoli i z namysłem, jakby mowa przychodziła mu z trudem. – Mój syn miał podobną zabawkę – dodał jakby na swoje usprawiedliwienie i delikatnie przesunął językiem po wargach.

– Tak, dzieci szybko się nudzą swoimi rzeczami – potwierdziła szybko kobieta.

Gdy pani Spafford była zdenerwowana, zaczynała paplać. Była to jedna z jej niewielu wad. Zdawał sobie sprawę z jej istnienia, jednak nie potrafiła nad nią zapanować.

– Tego konika kupiliśmy mu na urodziny, jakieś dwa tygodnie temu, a już chciałby dostać coś nowego. A ile lat ma pański syn? – zapytała.

– Mój syn nie żyje. Skończyłby sześć w tym roku. W sierpniu.

Mary Spafford nigdy nie doświadczyła większego nieszczęścia niż śmierć ulubionego kanarka, dlatego nie miała pojęcia, jak powinna zareagować na słowa Bella. Chciała powiedzieć coś miłego i pełnego współczucia, ale nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Z niezręcznej sytuacji wybawił ją zawiadowca stacji, który hałaśliwie wszedł do poczekalni, głośnymi tupnięciami próbując strząsnąć grudy błota z butów.

– A państwo tu cały czas marzną – westchnął, jakby uporczywa obecność pasażerów w poczekalni dworcowej osobiście go obrażała. Jego perkaty nos był zaczerwieniony z zimna, a długie wąsy ociekały wodą.

– Doprawdy nie mam pojęcia, co mogło spowodować to opóźnienie. Może drzewo zwaliło się na tory? Tyle że latem sprawdzaliśmy pobocza w okolicy i usunęliśmy wszystkie spróchniałe pnie mogące stanowić zagrożenie. – Musiał na chwilę przerwać, by wydmuchać nos w olbrzymią kraciastą chustkę do nosa.

– Zimno tu piekielnie, przyniosę państwu gorącej herbaty, a później postaram się napalić w piecyku. – Machnięciem ręki wskazał na małą kozę stojącą w najdalszym rogu poczekalni.

– Diabli wiedzą, ile będą państwo musieli tu jeszcze czekać? – zamruczał jeszcze pod nosem, wpychając zmiętą chustkę do kieszeni płaszcza, po czym obrócił się na pięcie i nachylając głowę niczym atakujący byk, wyszedł w objęcia szalejącej na zewnątrz burzy.

Pojawienie się zawiadowcy wybudziło Johna Spafforda z jego drzemki i teraz siedział zaspany, przysłuchując się gderaniu pani Goldberry na brytyjskie linie kolejowe.

– Kiedyś można było według nich regulować zegarki. A teraz? Gdzie te czasy?

Mary Spafford grzecznie potakiwała, zadowolona, że została wybawiona z obowiązku rozmowy z Bellem. Przelotnie spojrzała na niego, chcąc się upewnić, że mężczyzna przestał się interesować jej chłopcem. Rzeczywiście silne emocje, które jeszcze kilka minut temu gościły na jego twarzy, teraz zniknęły i Bell wydawał się tylko głęboko zatopiony we własnych myślach.

Kilka minut później, jakby pasażerom, którzy nastawili się na długie czekanie, z oddali rozległ się odgłos nadjeżdżającego pociągu. Długo nie trzeba było czekać na zgrzyt zaciąganych hamulców i przeciągły gwizd lokomotywy oznajmiającej swoje przybycie.

– Nareszcie! Ile można było czekać? – sapnęła pani Goldberry. Z wysiłkiem podniosła się z ławy i chwyciwszy swoją torbę, ruszyła w stronę wyjścia na peron. Zanim zdołała pociągnąć za mosiężną gałkę, drzwi gwałtownie się otworzyły i do środka, torując sobie drogę ramieniem, wszedł zawiadowca trzymający w obu rękach tacę z parującymi szklakami herbaty.

– Szybko! Pani weźmie to ode mnie! – Mężczyzna wcisnął tacę w ręce zaskoczonej kobiety, która musiała upuścić swój bagaż, by ją od niego odebrać. Zawiadowca na chwilę zniknął za drzwiami, zza których dobiegł panią Goldberry gwałtowny tupot nóg i wołanie zawiadowcy stojącego tuż za drzwiami, które trzymał cały czas uchylone.

– Tutaj panowie! Tutaj! Tylko proszę uważać na próg!

Zawiadowca ponownie otworzył drzwi, tym razem na całą szerokość i do środka wpadło, razem z gwałtownymi falami deszczu, czterech mężczyzn razem niosących pokaźny tłumok z białego prześcieradła. Jasna tkanina była poplamiona ciemnoczerwonymi zaciekami. Pakunek został ostrożnie położony na środku podłogi. Mężczyźni wyprostowali pochylone plecy. Jeden z nich zdjął kapelusz i odgarnął z czoła mokre pasma rzadkich włosów. Drugi nerwowo wycierał dłonie o poły jasnego płaszcza. Wszyscy mieli zasępione miny i starali się nie patrzeć na leżący pod ich nogami tłumok. Zawiadowca pochylił się i ostrożnie odsunął brzeg prześcieradła, odsłaniając ciało młodej kobiety. Przez jego tors przebiegała szeroka rana, odsłaniająca białe fragmenty żeber, prawa ręka była wykrzywiona pod dziwnym kontem, jednak najbardziej przerażał widok oderwanej w kolanie lewej nogi, którą ktoś wrzucił do prześcieradła i która teraz leżała w poprzek zwłok. Kikut, niezgrabnie podwiązany czymś, co wyglądało na niebieski szalik, powoli broczył krwią.

– Jezu Chryste! – krzyknął John Spafford i przyciągnął do siebie syna, odwracając jego twarz od makabrycznego widoku. Zgromadzeni w poczekalni ludzie stali w szoku, wpatrując się na leżące przed nimi ciało, w milczeniu. Nagle kobieta jęknęła i lekko poruszyła głową.

– Ona jeszcze żyje! – histerycznie pisnęła pani Goldberry, w dalszym ciągu trzymając tacę. Stojące na niej filiżanki cichutko postukiwały w drżących dłoniach kobiety.

– Spokojnie, potrzebny nam jest lekarz – Zawiadowca próbował opanować sytuację. – Czy może ktoś z państwa... ?

– Myśleliśmy, że nie żyje... – Jeden z przybyłych mężczyzn wyznał z przejęciem. – Konduktor z pociągu wysłał telegram, by tu na nas czekał koroner. On miał odebrać ciało. Gdybyśmy wiedzieli, wezwalibyśmy lekarza – próbował się usprawiedliwiać, nie wiadomo przed kim, ponieważ nikt ze zgromadzonych w poczekalni osób nie zwrócił uwagi na jego słowa.

Mary Spafford spojrzała na Aureliusa Bella.

– Mówił pan, że jest aptekarzem. Czy nie może jej pan pomóc? – zapytała. Jej głos drżał, a w oczach błyszczały łzy.

– Proszę pani, aptekarz to nie to samo co lekarz – odpowiedział Bell, wpatrując się w poranione ciało. Mimo własnych słów powoli podszedł do prześcieradła i przy nim przyklęknął.

– Dobrze, zróbmy temu panu trochę miejsca. Państwo mogą już wsiąść do pociągu. Mimo tego potwornego zajścia podróż będzie kontynuowana, choć pociąg będzie mógł ruszyć dalej dopiero, gdy ktoś odbierze od nas tę nieszczęsną osobę – zawiadowca rozłożył ręce i zamachał nimi, jakby chciał zapędzić towarzystwo do wagonów, niczym kurczęta do kojca. Gdy podróżni w końcu opuścili poczekalnię, w sali został tylko Aurelius Bell, zawiadowca oraz nieznajomy dżentelmen z dziwnym kapeluszem, który podszedł do klęczącego na podłodze Bella.

– Wie pan, ile to wszystko potrwa? – zapytał niskim, chrapliwym głosem z nieukrywaną ciekawością przyglądając się leżącemu na brudnym prześcieradle ciału.

– No cóż, nie wiem. Trzeba też wziąć pod uwagę, że koroner będzie chciał się o coś zapytać maszynistę lub konduktorów. Dopiero wtedy pociąg będzie mógł ruszyć dalej.

Zawiadowca podszedł do jednej z ław, na której pani Goldberry zostawiła tacę i wziąwszy jedną z filiżanek, upił z niej głęboki łyk.

– Czy może pan coś dla niej zrobić? – zwrócił się z tym pytaniem do Bella.

– A co tu można zrobić? Biedaczce zostały pewnie tylko minuty. Mogę się założyć, że gdyby wiedziała, jak to się skończy, dwa razy by pomyślała, zanim by skoczyła pod koła. – Mężczyzna odpowiedział za Bella tonem pełnym niesmaku.

Aurelius Bell klęczał nieruchomo, ignorując toczącą się za jego plecami wymianę zdań. Przyglądał się bladej, wymazanej krwią twarzy, przez którą przebiegał raz po raz skurcz. Kobieta cierpiała. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jak silny musiał być ból przy tak rozległych ranach. Delikatnie dotknął jej dłoni, sam nawet nie wiedział po co, być może po to by dać jej znać, że nie jest sama? Kiedyś był już w podobnej sytuacji. Też trzymał za rękę osobę, której cierpienia nie potrafił uśmierzyć. Zdziwił się, że życie potrafi być aż tak okrutne, by w taki sposób przypomnieć mu o najgorszym momencie jego życia.

– Tylko jedno można dla niej zrobić – powiedział cicho, dwaj mężczyźni popatrzyli na niego wyczekująco. Żaden z nich nie ruszył się, gdy Bell delikatnie zacisnął dłoń na nosie i ustach kobiety. Obaj patrzyli zaskoczeni, jak ciałem kobiety wstrząsa gwałtowny spazm, a jedna z jej dłoni zaciska się kurczowo na prześcieradle, by po chwili znieruchomieć. Śmierć ukoiła cierpienie.

– Coś pan zrobił? – z przerażaniem zapytał zawiadowca, gdy Bell delikatnie zabrał dłoń z twarzy kobiety.

– Zrobił to, co należało zrobić. – Nieznajomy uścisnął ramię Bella, chcąc zademonstrować swoje poparcie w obliczu niemego przerażenia, które malowało się na twarzy zawiadowcy. – A pan lepiej by zrobił, zatrzymując to, co pan teraz zobaczył, tylko dla siebie.

– Ale on ją zabił!

Bell zamknął oczy na te słowa. Zaraz jednak się otrząsnął i wyprostowawszy się, popatrzył zawiadowcy prosto w oczy.

– Nie zrobiłem niczego, czego ona sama by nie chciała. Miłosierdzie jest obowiązkiem każdego chrześcijanina. Może pan o tym powiedzieć, komu zechce. – Po czym znowu się pochylił, by rogiem prześcieradła przykryć twarz kobiety. Następnie zabrał swoją torbę podróżną i wyszedł z poczekalni, kierując się w stronę stojącego na peronie pociągu.

Zawiadowca nie poruszył się, by go zatrzymać. Wiele lat spędził na tym dworcu, lubił myśleć o sobie jako o doświadczonym człowieku, ale teraz doskonale zdawał sobie sprawę, że sytuacja go przerosła. Był przeciętnym człowiekiem, wiodącym nudne życie, którego największym osiągnięciem była nagroda w postaci złotego zegarka za dwadzieścia uczciwie przepracowanych lat. Leżące przed nim zwłoki przerażały go. Były bezlitosnym przypomnieniem, że poza rutyną jego codzienności, istnieje jeszcze świat, którym rządzi czysty przypadek. Nie wiedział, jak ma postąpić, więc zrobił jedyną rzecz, na którą było go stać. Czyli nic. Przyglądający mu się mężczyzna pokiwał głową, jakby aprobował jego decyzję. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął z niej skórzany portfel. Wyciągnięty z niego jednofuntowy banknot powoli wsunął w dłoń zawiadowcy.

– Jako rekompensata – wyjaśnił. Zawiadowca nawet na niego nie spojrzał. Obaj zdawali sobie sprawę, że banknot nie ma nic wspólnego z rekompensatą. Zawiadowca nie wiedział, dlaczego ten nieznany mu mężczyzna, miałby wyświadczać Bellowi przysługę, którego w ogóle nie znał. Nie rozumiał wielu rzeczy, które rozegrały się w przeciągu ostatniej godziny. Dlatego tylko pokiwał głową, ku widocznemu zadowoleniu swojego rozmówcy. Drzwi ponownie otworzyły się ze skrzypnięciem, wpuszczając do środka strumień gwałtownego deszczu i zawiadowca znalazł się sam ze zwłokami kobiety.

Przedział w wagonie kolejowym śmierdział tytoniem i tym nieuchwytnym zapaszkiem charakterystycznym dla mebli pozostawionych zbyt długo w wilgotnych i zakurzonych pomieszczeniach. Aurelius Bell mechanicznie wsunął swoją torbę na górną półkę i opadł na siedzenie obite wytartym zielonym pluszem. Spojrzał na swoje dłonie i dostrzegł na jednej z nich małe kropelki krwi. Zaczął szukać po kieszeniach swojej chustki. Nie mogąc jej znaleźć, zaczął coraz szybciej przetrząsać swoją odzież, aż w końcu zdenerwowany ściągnął z siebie płaszcz i wyrzuciwszy na siedzenie wszystkie rzeczy z kieszeni, znalazł w końcu to, czego szukał. Wytarcie plamek zajęło mu tylko chwilę, mimo to tarł dalej ręce, próbując nie tyle usunąć z nich krew, ile pamięć o minionym zdarzeniu. Na palcach ciągle czuł delikatną miękkość skóry kobiety i ciepłą wilgoć jej ostatniego oddechu, którą złapała jego dłoń.

Wagonem szarpnęło, gdy pociąg ruszył, a następnie zaczął nabierać prędkości. Nikt nie przyszedł. Drzwi do jego przedziału nie otworzyły się i nie wywleczono go za poły płaszcza w jesienną ulewę. Może spokojnie dołączyć następną śmierć do swojej skromnej kolekcji, którą dźwigało jego sumienie. Nawet za bardzo go to nie zdziwiło. Przyglądając się szybko migającemu za oknem rozmytemu krajobrazowi, powoli zaczął się uspokajać. Pozbierał rozrzucone po fotelu przedmioty. Wśród drobnych monet, kawałka sznurka i kilku pogniecionych gilz, znajdował się zmięty list schowany w zaplamionej herbatą kopercie. Krople wilgoci rozmyły dane adresata, ale imię i nazwisko nadawcy w dalszym ciągu było widoczne w jej górnym lewym rogu. Marcus Leftner. Pamięć Bella automatycznie dodała – profesor Marcus Leftner. Wyjął list z koperty i delikatnie wygładził pomięty papier.

Drogi przyjacielu,

Gdy tylko dotarła do mnie wieść z hrabstwa Kent, że w jednej z tamtejszych wsi poszukują aptekarza, zaraz pomyślałem o Tobie. Wiem, że prosiłeś by zostawić cię w spokoju, jednak przyjmij radę nie tylko od byłego nauczyciela, ale również od przyjaciela, któremu leży na sercu Twoje dobro. Nie odcinaj się od świata. Wiem z własnego doświadczenia, że najskuteczniejszym lekiem na żałobę jest praca. Gdy człowiek ma co robić, myśli nie błądzą po bolesnych wspomnieniach, tylko tkwią przytwierdzone do teraźniejszości obowiązkami, które muszą zostać wypełnione. Okropnie tęsknię za Tess i za małym Henrym, byli mi nie mniej rodziną niż moje własne dzieci. Jednak wiem, że moje poczucie straty jest niczym wobec tego, co sam musisz przeżywać. Proszę Cię, przez wzgląd na moje stare lata, przyjmij tę posadą i spróbuj dojść do ładu z samym sobą. Trzy lata żałoby wydają się dostatecznie długim czasem, by opłakać zmarłych.

Pozwól teraz, że napiszę kilka słów o miejscowości, o której wspomniałem na początku. Wioska nazywa się Fairfield i leży blisko granicy z Sussex, niedaleko miasta Rye, w dość odludnej okolicy, zamieszkałej głównie przez hodowców owiec. Co prawda przez bagniste środowisko tereny te nie mają najzdrowszego klimatu, ale ponieważ nigdy nie widziałem, abyś cierpiał choćby na katar, nie sądzę, aby wilgotne powietrze miało na Ciebie szkodliwy wpływ. Osoba, od której mam te informacje podkreśliła, że w Fairfield nie można liczyć na zbytnie atrakcje i że oferta jest przeznaczona raczej dla ludzi przywykłych do własnego towarzystwa, lubiących samotność i nieszukających rozrywek innych niż ciekawa książka czytana wieczorem przy kominku. Podobno apteka połączona jest ze sklepem z podstawowymi produktami spożywczymi, więc oprócz produkcji leków będziesz musiał bawić się w ekspedienta. Zdaję sobie sprawę, że jest to oferta znacznie poniżej Twoich kompetencji, ale przecież nie chodzi tu o zaliczenie kolejnego szczebla kariery naukowej (choć mam szczerą nadzieję, że kiedyś zdecydujesz się do niej wrócić), ale o zapewnienie Ci spokojnego miejsca, byś mógł dojść do ładu z własnymi emocjami. W postscriptum przesyłam Ci adres, na który należy pisać, jeśli zdecydowałbyś się podjąć tę pracę. Mam szczerą nadzieję, że tak się stanie.

Zawsze Ci oddany,

Marcus Leftner

Londyn i mieszcząca się przy Bloomsbury Square Szkoła Farmacji, w której spędził, jak mu się wydawało, najlepsze lata życia, teraz jawiły mu się nie tyle jako wspomnienia, ile błąkający się po umyśle, dawno temu wyśniony sen. Ciekawe, co powiedziałby stary, poczciwy Leftner, gdyby go teraz zobaczył? Czy odwróciłby się z odrazą? A może, co bardziej prawdopodobne, popatrzyłby na niego tym swoim współczującym spojrzeniem, które wielu brało za przejaw jego dobroci, natomiast Aurelius widział w nim jedynie naiwność. Pozycja i pieniądze rodziny zapewniły Leftnerowi wychowanie oraz medyczne wykształcenie, a także ochroniły go przed złem tego świata. Był ekscentrykiem i miewał szalone napady hojności i miłości dla tych biedniejszych i gorszych. Szczerze wierzył, że bieda jest chorobą, a swoją szczodrość postrzegał jako lek na nią. Mimo jego prostolinijności Aurelius uważał Leftnera za dobrego człowieka.

Kiedy Aurelius przybył z prowincji do Londynu z dwiema walizkami i sumą wystarczającą na opłacenie jednego semestru w Szkole Farmacji, Leftner zaopiekował się nim, załatwił stypendium, stancję w przystępnej cenie i rozpuścił wśród znajomych wici, że zna inteligentnego studenta farmacji, który za skromne wynagrodzenie udzieli korepetycji z chemii lub matematyki. Jego protekcja otworzyła Aureliusowi drzwi do domów, które w normalnej sytuacji byłyby dla niego równie niedostępne, co zaproszenie na herbatę do Windsoru. Był wdzięczny za to Leftnerowi, ale jednocześnie w głębi serca czekał na jakiś znak, że ta hojność nie jest tak bezinteresowna, jakby się mogło wydawać. Początkowo podejrzewał, że Leftner ma homoseksualne skłonności i mimo żony oraz trójki dzieci, zaspokaja swoje namiętności na boku, a cały ten taniec wokół jego osoby jest tylko formą zalotów połączonych z przekupstwem. Jednak mimo jego obaw Leftner nigdy nie zachował się wobec niego niestosownie. Wręcz przeciwnie, był usposobieniem poprawności. Nie tej jej sztywnej wersji, w której zdawały się lubować londyńskie salony, tylko zwykłej ludzkiej chęci utrzymania jak najlepszych stosunków z kimś, kogo uważał za przyjaciela.

Aurelius starał się odwzajemnić tę serdeczność, choć z jego strony nie była on całkowicie szczera. Przyjacielskość Leftnera krępowała go, nie chciał jednak stracić wszystkich korzyści, jakie się z nią wiązały. Chodził więc do niego do domu na niedzielne obiady, zamykał się z nim na długie godziny w gabinecie, by toczyć zawiłe dyskusje na nieinteresujące go tematy. Pozwalał jego żonie kupować sobie chustki do nosa, rękawiczki i wszelkie te drobiazgi, które młody człowiek z wyższych sfer powinien posiadać, a o których istnieniu nie miał pojęcia lub uważał je za zbędne. Pozwolił się nawet włączyć do rodzinnego życia Leftnerów, czując się trochę jak lis, którego kury zaprosiły do kurnika.

Pewnego dnia Marcus Leftner oznajmił mu, że szykuje się u niego obiad, na który mają przybyć specjalni goście i czyby Bell nie zechciał również się pojawić, jako dodatkowa osoba do towarzystwa. Wszystko to Leftner powiedział, uśmiechając się w zagadkowy sposób. Było jasne, że staruszek szykuje jakąś niespodziankę i jest bardzo ciekaw reakcji swojego młodego przyjaciela. Aurelius nie lubił niespodzianek. Wiązało się z nimi poczucie niepewności, którego nie znosił. Nie dał jednak po sobie poznać, że tajemniczość Marcusa go irytuje i grzecznie przyjął zaproszenie. Wyznaczonego dnia pojawił się u Leftnerów o umówionej godzinie, ubrany w odświętny frak, tak jak go o to prosił jego przyjaciel. Pokojówka wprowadziła go do salonu, gdzie oprócz gospodarzy znajdował się ich znajomy doktor Hugh Wright, którego Aurelius poznał dużo wcześniej na jednym z wykładów oraz ładna blondynka o pełnych kształtach i dużych oczach w kolorze szampana, którą przedstawiono mu jako Tess Wright.

Tessa okazała się kuzynką doktora Wrighta. Do Londynu przyjechała na rozpoczęcie sezonu towarzyskiego i nietrudno było się zorientować, że głównym celem jej wizyty było znalezienie męża. Z toczonej po obiedzie rozmowy Aurelius wywnioskował z zaskoczeniem, że Leftner uważa go za doskonałego kandydata do tej roli. Wprawiło go to w lekką konsternację, jednak rozmowa była na tyle lekka i przyjemna, że postanowił na razie nie zwracać na to uwagi. Leftner opowiadał o osiągnięciach swojego podopiecznego, jakby ten odkrył co najmniej morfinę, z kolei doktor Wright zmuszał Tess do chwalenia się swoimi umiejętnościami językowymi. Spłoniona dziewczyna zadeklamowała dwa wiersze, jeden po francusku, drugi po hiszpański, lekko jąkając się z przejęcia. Aurelius musiał przyznać, że w świetle kominka jej zarumienione policzki wyglądały uroczo. Po kilku rundach whiskey nastrój jeszcze bardziej się rozluźnił i koniec końców Aurelius zgodził się odwiedzić dom doktora Wrighta ku widocznemu zadowoleniu Tess, która pod koniec wizyty zaczęła na niego spoglądać z wyraźnym zaciekawieniem i sympatią. Aurelius nie miał pojęcia, czemu zawdzięczał tę przychylność, ale czując wyraźne ciepło w brzuchu od alkoholu, starał się ją odwzajemnić z taką samą intensywnością. Następnego dnia w przerwie między zajęciami, Aurelius znalazł doktora Wrighta w jego pokoju nauczycielskim i niezręcznie zaczął mu uświadamiać, że jeśli chodzi o posiadany majątek, to nie jest on najlepszym kandydatem na męża dla jego kuzynki. Doktor Wright uśmiechnął się pod nosem i ściągnąwszy z wydatnego nosa okulary w złotej oprawce, wytarł je zmiętym kawałkiem gazety.

– Marcus już mi wszystko dokładnie wyjaśnił – odparł, wkładając okulary z powrotem na nos. – Twoja skromność jest godna pochwały, ale musisz również wziąć pod uwagę swoje zalety. Jesteś jednym z najlepszych studentów. Z pewnością znajdziesz dobrą posadę, może sam otworzysz aptekę, więc o pieniądze nie będziesz się musiał martwić. Nie wiem, czy powinienem ci to mówić, ale Tess dysponuje wystarczającym majątkiem, by zapewnić wam obojgu dobry start w życiu. Poza tym masz wiele innych pozytywnych cech, których nie będę tutaj wymieniał, żeby ci woda sodowa nie uderzyła do głowy, ale które znacznie odróżniają cię od innych młodych ludzi, którzy posiadają pieniądze. Proszę tylko jedno, abyś był szczery w swoich zamiarach, dobrze?

Aurelius zmieszany słowami doktora Wrighta, skinął głową i na tym cała ta rozmowa się skończyła.

Przez następny rok, w którym Aurelius odebrał swój dyplom i zaczął praktykę w jednej z londyńskich aptek, spotykali się z Tess kilka razy w miesiącu, na proszonych obiadach lub herbatkach, aż w końcu, nie widząc powodu, dla którego miałby tego nie robić, Aurelius oświadczył się i został natychmiast przyjęty. Przyjęcie, na którym ogłosili z Tess swoje zaręczyny, było kulminacją okresu, który dla Aureliusa wydawał się niemal nierzeczywisty. Czasem obawiał się, że łańcuch przychylnych dla niego zdarzeń i zbiegów okoliczności, który się ciągnął, odkąd przyjechał do Londynu, musi się w końcu zerwać. Jednak dni mijały i życie toczyło się pomyślnie na przód, okres narzeczeństwa minął, ślub odbył się, jak zaplanowano, późną zimą, gdy całe miasto przykryte było grubą kołdrą białego puchu, a z jasnego nieba leniwie spływały pojedyncze płatki śniegu. Tess wyglądała wspaniale w swoich koronkach i futrze ze srebrnych lisów, a Aurelius nigdy nie czuł się tak lekko i tak beztrosko, jak w dniu, w którym związał się na całe życie z kobietą, której w zasadzie nie znał i której na pewno nie kochał, ale która ślicznie wyglądała u jego boku. Z zaskoczeniem stwierdził, że może uważać się za szczęśliwego człowieka.

Posag jego żony pozwolił mu na kupno niewielkiego domku na przedmieściach Londynu i na urządzeniu w nim własnej apteki. Okolica była spokojna, zamieszkała przez wyższą klasę średnią, która zamiast tytułami chwaliła się srebrną zastawą stołową oraz doskonale prosperującymi interesami. W piwnicy znajdowała się kuchnia, na parterze mieściła się apteka, a na pierwszym i drugim piętrze mieszkanie wraz z pokojami dla służby.

W rok po ślubie na świat przyszedł jego syn Henry. Kiedy Aurelius po raz pierwszy wziął go w ramiona, zauważył, że mała twarzyczka jego syna przypominała zmiętego pomidorka. Była cała czerwona, i cóż tu dużo mówić, okropnie brzydka. Aureliusa jednak zakuło w sercu, poczuł jakieś dziwne ciągnięcie, jakby coś w nim rosło. Wypełniła go nieznana mu wcześniej mieszanka strachu oraz nadziei. Po raz pierwszy uświadomił sobie, że już nie jest i nigdy nie będzie sam.

Tess, choć bardzo kochała swoje nowo narodzone dziecko, okazała się dość kiepską matką. Potrafiła poświęcić mu najwyżej godzinkę dziennie, po tym czasie zaczynała się wiercić i z westchnieniem spoglądać w okno, głośno zastanawiając się co słuchać u jej dobrych znajomych takich to a takich. Aureliusowi to nie przeszkadzało. Żona profesora Leftnera poleciła mu nianię z doskonałymi referencjami i to na jej barki spadła opieka nad małym Henrym, gdy jego tata zajęty był sprawami zawodowymi w aptece, a jego mama spędzała czas na wymienianiu plotek ze swoimi przyjaciółkami.

Tygodnie zamieniły się w miesiące, a te z kolei przeszły w lata i Aurelius powoli zakotwiczył się w swoim życiu, niczym statek, który po dopłynięciu do portu nie spodziewał się kiedykolwiek wyjść ponownie w morze. Aż pewnego wieczoru mały Henry podczas zabawy swoim konikiem na kauczukowych kółkach zakasłał. Ani Aurelius, który właśnie kończył czytać artykuł w popołudniowej gazecie, ani jego niania, zajęta swoją robótką przy kominku, nie zwrócili na to najmniejszej uwagi. Następnego ranka Henry obudził się z gorączką, jednak wezwany do niego w trybie natychmiastowym profesor Leftner, który zgodził się opuścić zajęcia w szkole farmacji, by wyświadczyć przysługę swojemu przyjacielowi, zapewnił Aurelius i jego zaniepokojoną żonę, że nie ma się czym przyjmować. Każde dziecko przez to przechodzi, po prostu tak jest skonstruowany świat. Jednak gorączka nie ustępowała, za to dołączyła do niej dziwna wysypka na udach i czole oraz krótkotrwałe ataki drżączki, które przychodziły i odchodziły niczym fale przypływu. Aurelius nie wychodził z sypialni syna, zmieniając zimne okłady na czole, a po drugiej stronie łóżka w ciężkim fotelu siedziała nieruchomo Tess, wpatrując się w synka szeroko otwartymi oczami i mamrocąc jedną modlitwę za drugą. Późną nocą czwartego dnia Henry zaczął jęczeć, najpierw cicho, niczym skomlący szczeniak, następnego dnia jego jęk zamienił się ochrypłe wycie. Miotał się po łóżku, zaciskając prześcieradła w małych piąstkach, a Tess krzyczała razem z nim.

– Zapalenie opon mózgowych – orzekł ciężkim głosem profesor Leftner, ściskając ramię Aureliusa, jakby tym gestem mógł ująć trochę z ciężaru, który spadł na jego barki. Aurelius wiedział, że nie ma leku, który mógłby uśmierzyć ból jego syna. Odprowadził Leftnera do drzwi wejściowych i mechanicznie uścisnął mu rękę na do widzenia. Wydawało mu się, że Leftner coś do niego powiedział, nim zamknął za nim drzwi, ale nie zwrócił na jego słowa uwagi. Pokojówka gdzieś zniknęła, niania krążyła między kuchnią a sypialnią jego syna, uzupełniając zimną wodę w miednicy i próbując przekonać Tess, by wypiła filiżankę gorącej herbaty. Ruszył w stronę przejścia między częścią mieszkalną a apteką. Głos jego dziecka niósł się za nim wzdłuż zimnego korytarza niczym odległy pogłos wodospadu. Gdy znalazł się już w kantorku apteki, zamknął za sobą drzwi, jednak wydawało mu się, że w dalszym ciągu słyszy słaby krzyk. Zaczął przekładać książki oraz księgi rachunkowe, pojedyncze kartki zgarnął na jeden stos, nie patrząc nawet, co zawierają. Robił to szybko i gwałtownie, byle głośniej, byle zgłuszyć ten szarpiący nerwy głos, który przedostawał się przez ściany i niczym żywa istota próbował się wedrzeć do jego głowy, by rozszarpać ją od środka. Nie pamiętał momentu, w którym opuścił kantorek. Wiele dni później nie potrafił sobie przypomnieć, jak otworzył główne drzwi do apteki. Był w samej kamizelce, bez marynarki, która został na górze w sypialni Henry'ego, a w której nosił pęk kluczy. Zapamiętał chłodne wieczorne powietrze, pachnące gnijącymi liśćmi i dymem z tysięcy kominów, a także niosące się w ciemności turkotanie kół nielicznych o tej porze dorożek. Nie miał pojęcia, jak długo tak bezmyślnie szedł przed siebie, dopiero gwałtowny kontakt z czyimś ramieniem, uświadomił mu, że mijają go w biegu jacyś ludzie. Ktoś cały czas krzyczał dwa słowa niczym mantrę 'Pali się'. Aurelius zaczął się rozglądać i spojrzał za siebie w momencie, gdy znajdujący się na końcu ulicy parter jego domu eksplodował, ogarniając górę budynku chmurą ognia.

Wspomnienie tych kilku sekund wypaliło się w jego umyśle z fotograficzną dokładnością. Potrafił sobie przypomnieć każdy najmniejszy szczegół, rżenie wystraszonych koni, twarze przebiegających obok niego ludzi, sposób, w jaki wiatr roznosił po ulicy płaty spopielonych kartek papieru. Kiedy zamykał oczy, pod powiekami szalały mu płomienie zapętlone razem z nieustającym krzykiem Henry'ego w niekończący się koszmar. Najdziwniejsze było to, że po tylu latach przeżywania tego samego wydarzenia wciąż od nowa, jakaś jego część przyzwyczaiła się do niego. Pierwotne uczucie paniki zastąpiło dziwne odrętwienie. Zaczął się czuć widzem we własnej głowie.

Powoli złożył list od profesora Leftnera i włożył go do kieszeni razem z resztą drobiazgów. Porządnie złożył płaszcz i położył go na siedzeniu obok siebie razem z kapeluszem i ponownie zająwszy swoje miejsce, wyjrzał za okno pociągu. Szybko przemieszczający się krajobraz był rozmyty przez spływające po szybie fale deszczu. Aurelius był szczerze wdzięczny za słowa wsparcia od starego mentora. Dawały mu one poczucie, że jeszcze coś go łączy z tym światem. Jest jeszcze ktoś, komu zależy na jego osobie. Wątpił, by mógł kiedykolwiek spełnić życzenie Leftnera i uwolnić się od przeszłości, ale przynajmniej mógł przyjąć zaoferowaną mu posadę, dając Leftnerowi poczucie wywiązania się z obowiązku wobec przyjaciela.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij