Dylematy kobiet pracujących - ebook
Feministyczna klasyka literatury japońskiej po raz pierwszy po polsku
Bohaterkami opowiadań w zbiorze Dylematy kobiet pracujących są kobiety, które nie chcą i nie potrafią dostosować się do obowiązujących w patriarchalnej strukturze zasad. To kobiety, które są zmęczone narzuconymi normami, zbuntowane, poszukujące własnej definicji wolności we współczesnej Japonii. Yamamoto z ciętym humorem, ironią i empatią opisuje bohaterki, które odmawiają dalszego spełniania cudzych oczekiwań i kwestionują świat, w którym wartość kobiety mierzy się produktywnością, a sens życia podporządkowuje pracy.
Dylematy kobiet pracujących to zbiór pięciu opowiadań, który już w momencie premiery w 2000 roku stał się fenomenem - sprzedano blisko pół miliona egzemplarzy, a autorka otrzymała prestiżową Nagrodę Naokiego. Tytuł uznawany jest za jedno z najważniejszych dzieł literatury japońskiej, a problemy w nim poruszone pozostają zdumiewająco aktualne do dziś. Ich ostrość, ironia i emocjonalna precyzja trafiają w doświadczenie kobiet także w Polsce - kobiet, które zmagają się z nierównościami, kultem pracy, wypaleniem zawodowym, presją „radzenia sobie ze wszystkim” oraz bycia „matką-polką”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8425-925-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– W następnym życiu chciałabym się urodzić jako wypławek.
Wyrwało mi się to podczas lekkiej rozmowy przy drinku, lecz ku mojemu zdziwieniu wszyscy spojrzeli na mnie z zainteresowaniem. Wyszliśmy na miasto z trójką młodych znajomych z poprzedniej pracy, gdzie dorabiałam na pół etatu. Mój chłopak siedział obok mnie.
– Co to jest wypławek?
– Ach! Ja wiem! Jest śliczny! Wygląda jak aniołek, pływa pod górą lodową, macha błonami jak skrzydełkami.
– Nie pomyliło ci się z aniołem morskim? Clione coś tam…?
Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Żeby przerwać debatę nad ciekawostkami ze świata przyrody, potrząsnęłam moją szklanką z lodem zalanym Four Roses, jakbym potrząsała dzwonkiem.
– Wypławki są mniej więcej tej samej wielkości, ale nie żyją w morzu, tylko w górskich strumieniach.
– Coś takiego! – Dwie dziewczyny i chłopak wydali z siebie pomruk zdziwienia niemal jednocześnie, jakby chórem. Mój chłopak się nie odzywał, bo znał tę historię i wiedział, co będzie dalej. Zamiast angażować się w rozmowę, zaczął wkładać do ust resztki przekąsek leżących na stole.
– Niedawno oglądałam o nich program w telewizji. Siedzą pod kamieniami w górskich potokach albo w rowach melioracyjnych, którymi doprowadza się wodę na pola ryżowe, o ile nie stosuje się tam chemii. Wyglądają trochę jak brązowe pijawki o długości około centymetra. Jeśli dobrze się przyjrzeć, mają trójkątną główkę, przez co wyglądają trochę nieprzyzwoicie.
– To znaczy jak? – Wszyscy zaczęli się śmiać i licytować, kto ma brudniejsze myśli.
Dopiłam swoją whisky i zamówiłam jeszcze raz to samo. Siedzieliśmy już prawie trzy godziny. Obie dziewczyny i mój chłopak przestali pić alkohol i zamówili herbatę oolong.
– Haruka, dlaczego chcesz być czymś takim? – zapytał dwudziestolatek, jedyny oprócz mnie, który wciąż miał ochotę na mocniejsze trunki.
Już otwierałam usta, gdy wtrąciła się jedna z dziewczyn. Najwyraźniej postanowiła odpowiedzieć za mnie.
– Chyba wiem! Będąc takim stworzeniem, można się pluskać w czystej, źródlanej wodzie i o niczym nie myśleć przez całe życie.
– E, ja to bym nie chciała odrodzić się jako pijawka czy jakaś żołądź. Wolałabym życie supermodelki.
– Nie mów „żołądź”, bądź damą.
Na tym rozmowa się urwała, co mnie nie satysfakcjonowało, więc celowo dodałam trochę głośniej:
– Chodzi o to, że taki wypławek można pociąć na kawałki, a i tak nie zdechnie.
Spojrzeli na mnie, wytrzeszczając oczy.
– Nawet jeśli się go pokroi na trzy kawałki, to każdy kawałek odrośnie i z jednego wypławka powstaną trzy nowe. Co tam trzy, można go pociąć na dziesięć części i każda się zregeneruje, jak ogon jaszczurki.
Wszyscy zamilkli, słysząc moje dziecinne, lecz gwałtowne wyjaśnienia. Właśnie przyniesiono nam herbatę i drinki, więc dziewczyny skorzystały z okazji, żeby zmienić temat. Otworzyły kartę i głośno zastanawiały się nad deserem.
– Naprawdę?
Młody chłopak przyszedł mi na ratunek, okazując zainteresowanie, więc kontynuowałam wykład z pijackim zapałem.
– Tak, naprawdę. Nawet jeśli zostanie tylko koniec ogona, to i tak odrośnie całe ciało i główka podobna do końcówki prącia!
– Przestań, Haruka… – upomniał mnie cichym głosem mój chłopak. W barze było dość głośno, tamtych troje siedziało po drugiej stronie stołu i prawdopodobnie tego nie słyszeli.
– A czy wypławki to stawonogi?
– A co to są stawonogi?
– Coś jak owady albo robaki.
– Nie, najbardziej przypominają pijawki.
– Są jednokomórkowe?
– Nie mam pojęcia! Ale kto wie… skoro można je przeciąć, a one się dzięki temu rozmnożą. – Wyprostowałam się i dodałam jeszcze głośniej: – Nie znam szczegółów, ale czy to nie fantastyczne, że można im odciąć dowolną część ciała, a ona się zregeneruje? Jak wiecie, miałam raka piersi. Gdybym była wypławkiem, pierś sama by mi odrosła. Niepotrzebna byłaby rekonstrukcja. Jaka to oszczędność czasu, zachodu i pieniędzy!
Chciałam ich w ten sposób rozśmieszyć, ale chłopak tylko uśmiechnął się niemrawo, a koleżanki przerwały rozważania, czy lepsza na deser będzie tapioka na mleku czy sorbet truskawkowy, i zwiesiły głowy.
– My już chyba pójdziemy – oznajmił mój chłopak i wstał, nie czekając na moją zgodę.
Wszyscy odetchnęli z ulgą.
– Co ty wyprawiasz? Opamiętaj się! – powiedział Hyōsuke, zapalając silnik. Miał zniesmaczoną minę. – Widziałaś ich konsternację, Run-chan? Zawsze tak robisz!
– Przecież to nie tajemnica, wszyscy wiedzą o mojej chorobie.
– Nie o to chodzi. Zawsze kiedy wszyscy się napiją i są w dobrym humorze, ty wyjeżdżasz z takim tematem. Psujesz innym zabawę. Masz z tego satysfakcję?
Aha! Więc moim rakiem piersi psuję innym zabawę, pomyślałam, ale nie okazałam złości.
– Naprawdę musisz z tym skończyć. Przestań ciągle wspominać o swojej chorobie, Run-chan. Stracisz wszystkich przyjaciół, jeśli nie zaczniesz tego kontrolować. Niedługo znów mamy się spotkać ze znajomymi w barze i boję się, że będzie to samo. Tym razem to będą moi koledzy, więc proszę, żebyś nie wykręciła numeru.
Mówił do mnie „Run-chan”. Moje imię ewoluowało w jego ustach z Haruki, przez Haru-chan i Haru-run, aż do Run-chan. Przy innych ludziach zwracaliśmy się do siebie naszymi normalnymi imionami – Haruka i Hyōsuke – ale gdy byliśmy sami, zamienialiśmy się w Run-chan i Hyō-chi. Wiedziałam, że kochankowie powinni posługiwać się dziecinnymi zdrobnieniami, ale za każdym razem, kiedy słyszałam „Run-chan”, zdawało mi się, że coś się we mnie kurczy, czegoś ze mnie ubywa.
Kiedy Hyōsuke nacisnął hamulec, żeby zatrzymać się na światłach, zrobiło mi się niedobrze.
– Chyba znów źle się czuję – mruknęłam.
– Za dużo wypiłaś. Mówisz, że źle się czujesz, a upijasz się kilka razy w tygodniu. Mogłabyś przestać pić i zapisać się na siłownię. Schudłabyś przy okazji.
Proszę, proszę… W barze prawie się nie odzywał, a teraz, gdy byliśmy sami, nagle zrobił się rozmowny. Jego małomówność w towarzystwie częściowo wynikała z nieśmiałości, a częściowo z faktu, że był ode mnie o cztery lata młodszy, dopiero kończył studia licencjackie. Mimo młodego wieku był ode mnie sto razy mądrzejszy, ale w miejscach publicznych zawsze musiałam przejmować inicjatywę.
– Jedziemy do mnie, Run-chan? – Jego głos stał się łagodniejszy.
Czy nie powiedziałam przed chwilą, że źle się czuję? Zawieź mnie prosto do domu, proszę, prosto do domu! – pomyślałam, ale nie mogłam powiedzieć czegoś takiego na głos. Hyō-chi mnie kochał. To była jedyna rzecz, która dodawała mi otuchy. Tylko dzięki temu udawało mi się prowadzić w miarę normalne życie. Gdyby nie jego wsparcie, z pewnością straciłabym grunt pod nogami i sprawiłabym jeszcze więcej – bo już sprawiałam dużo – kłopotów mojej rodzinie i wszystkim dookoła. A na koniec zniszczyłabym samą siebie.
Ponad rok temu zdiagnozowano u mnie raka i usunięto mi prawą pierś. Było to mniej więcej miesiąc przed moimi dwudziestymi czwartymi urodzinami. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Tak mi się wtedy wydawało, ale gdy teraz o tym myślę, nie jestem pewna, czy to właściwe określenie. Jeśli się zastanowić, poprzednie dwadzieścia trzy lata też nie były usłane różami. Należałoby raczej powiedzieć, że mój pech rozwinął się w naturalny sposób i osiągnął apogeum. Pechowcy zawsze mają pod górkę, to wszystko.
Wtedy jeszcze nie miałam tak głębokich przemyśleń. Otrzymałam od życia cios, który powala na ziemię. Byłam zdruzgotana, mogłam tylko płakać i krzyczeć z przerażenia. Lekarz powiedział, że rak jest już w czwartym stadium i nie ma innej możliwości, jak tylko amputować pierś, i to natychmiast.
Podczas pierwszej operacji usunięto nowotwór, który utworzył się tuż pod sutkiem, wraz z otaczającą go tkanką tłuszczową, a rok później pobrano mi tkankę z pleców i użyto jej do rekonstrukcji piersi. Brzmi to banalnie prosto, ale trudno uwierzyć, ile się przy tym nacierpiałam, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. To, co się ładnie nazywa rekonstrukcją piersi, wcale nie oznacza, że w wyniku tej operacji biust znów wygląda tak jak wcześniej. Było pół roku po zabiegu – moją pierś wciąż otaczał wyraźny wianuszek blizn, a na plecach miałam piętnastocentymetrowy jaskrawy ślad po ranie, jakby mnie ktoś ugodził samurajskim mieczem. Na dodatek wciąż nie miałam sutka, ponieważ nie można było go zrekonstruować jednocześnie z samą piersią. Musiałam poczekać, aż zagoją się rany. Początkowo chciałam odzyskać sutek jak najszybciej, ale później na myśl o powrocie do szpitala i ponownej operacji pod narkozą robiło mi się słabo i zastanawiałam się, czy nie wolę obejść się bez niego.
Poznałam Hyōsuke tuż przed diagnozą. Byłam wtedy z innym, starszym facetem. Pierwszy raz w życiu – bo nigdy nie miałam szczęścia do mężczyzn – znalazłam się w sytuacji, kiedy mogłam wybierać pomiędzy dwoma kochankami. Oczywiście to nonsens, ale kiedy już dowiedziałam się o raku, przyszło mi do głowy, że moja choroba to sposób na przywrócenie równowagi we wszechświecie. Czy ktoś tak nieatrakcyjny jak ja mógł cieszyć się uwagą dwóch mężczyzn jednocześnie? Nie. Musiało nastąpić wyrównanie.
Wracając do rzeczy, Hyōsuke dorabiał sobie podczas wakacji w firmie, w której wówczas pracowałam. Rozmawialiśmy ze sobą kilka razy, gdy wychodziliśmy na drinka z ludźmi z pracy. Trochę się polubiliśmy, a pewnej nocy upiliśmy się tak bardzo, że znaleźliśmy się razem w łóżku.
Kiedy myślę o tym, że mogłabym poznać Hyōsuke później, już po tym, jak zdiagnozowano u mnie raka, jestem i pozostanę wdzięczna losowi za tę odrobinę szczęścia. I za to, że mój chłopak był wystarczająco młody, by bez namysłu przyjąć wszystko, co na niego spadło. I że okazał się tak dobrze wychowany.
Starszy facet, który w tamtym momencie był moim oficjalnym partnerem, na wieść o moim raku piersi natychmiast się ode mnie odwrócił i po prostu uciekł. Powiedziałam mu o diagnozie, płacząc przez telefon. Odparł: „Nie martw się, będę przy tobie”, ale kiedy następnego dnia jego telefony, stacjonarny i komórkowy, były wyłączone, zadzwoniłam do firmy, w której pracował.
– Wziął tydzień wolnego bez uprzedzenia i nawet nie powiedział dlaczego! – nakrzyczał na mnie jakiś obcy człowiek, jakbym miała z tym coś wspólnego, choć być może miałam.
A Hyōsuke nie uciekł. Wrósł w moją rodzinę, płakał razem z nami, spotykał się ze mną każdego dnia i pocieszał mnie cierpliwie, nawet gdy byłam tak zdenerwowana, że nie dawało się ze mną wytrzymać. Gdy obudziłam się po operacji, stał obok moich rodziców i troskliwie zaglądał mi w oczy.
Od tamtej pory był ze mną cały czas. Gdy w gorsze dni czułam się kompletnie załamana i wybuchałam, on również się unosił, krzycząc w młodzieńczym stylu coś takiego:
– Masz raka i nic na to nie poradzisz! Zaakceptuj to!
Ale nawet w takich sytuacjach nigdy mnie nie opuścił.
Hyōsuke zaparkował samochód na płatnym parkingu, po czym wysiedliśmy i trzymając się za ręce, poszliśmy do jego mieszkania. Pochodził z zamożnej rodziny, która prowadziła na prowincji świetnie działającą firmę transportową. Jego trzypokojowe mieszkanie było za duże dla studenta, poza tym dostawał od rodziców tak wysokie kieszonkowe, że nie musiał dorabiać.
Jak zwykle pierwszą rzeczą, którą zrobił po wejściu, było podgrzanie wanny¹. Miał obsesję na punkcie czystości i zawsze kąpał się po powrocie do domu. Mnie również do tego zmuszał, więc najczęściej wchodziliśmy do wanny razem.
Wkrótce wspólna kąpiel stała się nawykiem i nie było w niej już nic seksownego. Hyōsuke po prostu szorował nasze ciała, jakby mył stertę brudnych talerzy. Na początku byłam zażenowana i zdziwiona, że tak dba o moją pokiereszowaną skórę, ale w końcu przestałam się przejmować i zwyczajnie poddawałam się procesowi mycia. Dawniej sądziłam, że może to wyraz miłości z jego strony, później jednak zaczęłam w to wątpić. Zastanawiałam się, dlaczego ten mężczyzna myje mnie z taką pasją.
Wycieranie po kąpieli też nie odbywało się normalnie. Po wyjściu z wanny brał świeżo wyprany, suchy ręcznik i wycierał nim każdy centymetr mojego ciała. Następnie suszył mi włosy suszarką. Zaczął to robić bez pytania, gdy zobaczył, że jedynie rozczesuję mokre włosy i czekam, aż same wyschną. Sam też nosił długie włosy, dlatego posługiwał się suszarką jak profesjonalny fryzjer. Wisienką na torcie było jednak to, że przycinał mi brwi – miał do tego specjalne nożyczki. Ja nigdy nie trzymałam w ręce nawet szczoteczki do brwi. Powiedziałam mu pewnego razu, że powinien zapisać się do szkoły kosmetycznej, ale chyba nigdy nie przyszło mu to do głowy, bo bez chwili namysłu odparł drętwym głosem, że w przyszłości przejmie biznes po ojcu.
Po kąpieli był czas na seks, niezależnie od tego, czy miałam na to ochotę czy nie. Od czasu operacji przyjmowałam zastrzyki hormonalne i nie miałam okresu, więc ta wymówka odpadła. Próbowałam innych, na przykład że jestem zmęczona albo że kręci mi się w głowie. Ale gdy mu odmawiałam, robił żałosną minę i zły humor nie opuszczał go tak długo, że już łatwiej było zgodzić się na seks i mieć to za sobą.
Pozwalałam mu robić z moim ciałem, co chciał, tak samo jak w wannie. Wcześniej moje libido było tak wysokie, że mogłabym je rozdawać, lecz teraz w ogóle go nie odczuwałam, przez co seks stał się dla mnie uciążliwym obowiązkiem. Ludzie są jednak dziwni. Mówiłam sobie, że jestem kochana, więc mogę trochę pojęczeć – i to dawało efekty, moje ciało reagowało mniej więcej normalnie. Z wdzięczności za to, że mnie kochał, mogłam zrobić dla niego kilka rzeczy, których się domagał. Na szczęście był młody, więc nie trwało to długo.
Po seksie Hyōsuke podawał herbatę. To nie była zimna oolong z plastikowej butelki, ale porządnie zaparzona czarna lub zielona herbata, a czasem kawa. Na początku byłam mu wdzięczna, że zadaje sobie tyle trudu z mojego powodu, ale później zrozumiałam, że robił to głównie dla siebie. Jego wzrok, do tej pory skierowany na mnie, odpływał w kierunku telewizora – włączał go, gdy popijaliśmy herbatę. Tak to wyglądało zawsze, trzy lub cztery razy w tygodniu. Bycie kochanym też nie jest łatwe.
– Masz jutro zajęcia, Hyō-chi?
– Tak, od drugiej. Wytrzeźwiałaś, Run-chan?
Powiedział to, bezmyślnie wpatrując się w telewizor. Nie zdawał sobie z tego sprawy, ale za pytaniem o to, czy wytrzeźwiałam, stała myśl, że mogłabym już wrócić do domu. Mimo że mnie kochał, raczej nie lubił, gdy zostawałam u niego na noc. Nic nie wskazywało na to, żeby spotykał się z kimś oprócz mnie lub coś takiego. Myślę, że po prostu w czasie snu nie chciał się ze mną dzielić swoim pojedynczym łóżkiem.
– Wybieram się jutro na zastrzyk, chyba więc powinnam już iść do domu. Zadzwonię, jak będzie po wszystkim. Chcesz zjeść ze mną potem kolację?
Zadałam mu to pytanie, ubierając się, ale nie odpowiedział. Nadal leżał na łóżku i przyciskał palce do skroni.
– Dobrze się czujesz?
– Tak, tylko trochę boli mnie głowa. Może się przeziębiłem.
– Ach! Powinieneś pójść do lekarza.
– Nie, nie jest tak źle.
– Dobrze ci radzę. Lepiej słuchać rad starszych i chorych na raka.
Hyōsuke nagle uderzył pięścią w poduszkę. Poszewka się rozdarła, wypuszczając w górę chmurę pierza. Znowu się wściekł – pomyślałam, a on przemówił dziwnie niskim głosem:
– Przestań!
Potem westchnął, jakby był wyczerpany.
– To się skończyło. Run-chan, nie jesteś chora. Wyleczyli cię. Jak długo będziesz się nad sobą użalać? Nie chcesz pracować? Myślisz, że wyjdziesz za mnie za mąż i będziesz mieć spokój?
Spokój? Jaki spokój? Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam, i otworzyłam usta, żeby się bronić – ale moje własne usta mnie zdradziły. Wydobył się z nich tylko cichy głosik:
– Przepraszam, nie będę więcej o tym mówić.
Wstałam i szykując się do wyjścia, dodałam:
– Idę do domu.
Hyōsuke zdał sobie sprawę, że posunął się za daleko, więc poszedł za mną i w progu lekko pocałował mnie w usta. Nie wybierał się dalej, więc z uśmiechem zamknęłam za sobą drzwi.
Wolnym krokiem poszłam na parking, zapłaciłam i wyjechałam na ulicę. Samochód należał do moich rodziców, ale używali go tylko w weekendy, więc w dni powszednie mogłam z niego korzystać.
Rodzice Hyōsuke kupili mu samochód, jeszcze zanim się poznaliśmy, ale podobno od razu spowodował wypadek. Od tamtej pory nie chciał prowadzić i siadał za kierownicą tylko wtedy, gdy ja byłam pijana, tak jak tego wieczoru. „Jak to? Ty, syn właściciela firmy transportowej, nie chcesz prowadzić samochodu?” – zażartowałam pewnego razu, ale to też go rozzłościło. „Ty tego po prostu nie rozumiesz, Run-chan” – odparł ostro.
Prowadziłam samochód otępiała ze zmęczenia. Po jutrzejszym zastrzyku hormonalnym będzie jeszcze gorzej. Dostawałam takie zastrzyki raz w miesiącu i czułam się po nich tak senna, że trudno było mi się zmusić nawet do chodzenia. To przygnębiające. Jadąc samotnie autostradą o północy, patrzyłam w gwiazdy i w myślach wypowiadałam życzenie: „W następnym życiu chcę być wypławkiem!”.
Ponieważ byłam bezrobotna, nie miałam stałych obowiązków i niczego nie robiłam według ustalonego harmonogramu. Niczego oprócz jednej rzeczy – dokładnie co cztery tygodnie jeździłam do najlepszego szpitala w prefekturze. Było już za późno, żeby cokolwiek zmienić, ale wybór tego ogromnego, hipernowoczesnego ośrodka prawdopodobnie był błędem. Zawsze przyjeżdżałam dokładnie o dziewiątej rano, ale i tak czekałam co najmniej cztery godziny na spotkanie z moim lekarzem.
Ten szpital miał po prostu zbyt wielu pacjentów. Ludzie ustawiali się w kolejce – jakby czekali na wejście do najsłynniejszej restauracji z ramenem w mieście – żeby pobrano im krew w sposób przypominający linię montażową. Moich żył wcale nie było widać, więc pielęgniarka dźgała mnie raz po raz, nim w końcu się udało. Mówiłam sobie, że nie powinnam się przejmować takimi drobnostkami, ale kiedy stamtąd wychodziłam, chcąc nie chcąc byłam nerwowo rozbita, jeśli nie załamana.
Moja głowa wypełniała się bezużytecznymi myślami. Żałowałam, że zachorowałam na raka. Nie miało to żadnego sensu, ale nie mogłam przestać. Nie zachorowałam celowo, więc dlaczego dręczę się tym próżnym żalem? Nie potrafiłam zmusić się do zaakceptowania faktu, że to zwykły pech. Dlaczego to ja zachorowałam, a nie na przykład ta niezdarna młoda pielęgniarka, która posiniaczyła mi całą rękę? Dlaczego tylko ja? Nie, to nieprawda, nie byłam sama. Wszyscy czekający razem ze mną na parominutową wizytę u lekarza, wszyscy ci ludzie, mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, każdy z nich miał raka. Była nas cała masa. Trudno się dziwić, że ten szpital wyglądał jak fabryka.
Tylko dlaczego trzeba tu tyle czekać? To przygnębiające. Nie mogą umawiać naszych wizyt na określoną godzinę? I trzymać się grafiku? – myślałam. Nie miałam pracy, więc mogłam poczekać, ale inni? Lekarz nie przyjmował w soboty i niedziele, więc co robili ludzie, którzy normalnie pracowali? Poza tym spotkanie z lekarzem nie trwało dłużej niż pięć minut. Wiedziałam, że rozmawiał z wieloma ludźmi przede mną i że będzie rozmawiał z tymi, którzy przyjdą po mnie, ale mógłby okazać mi choć trochę współczucia. Jedyne, co od niego usłyszałam, to że po zastrzyku nie będę miała okresu. A od hormonów, które zaczęłam przyjmować, miałam zawroty głowy, budziłam się co kilka godzin zlana potem, a czasem nie mogłam przez całą noc zmrużyć oka, więc wstawałam wyczerpana. Ze zmęczenia chciało mi się wymiotować – i wymiotowałam.
Kiedy powiedziałam o tym lekarzowi, on odparł krótko: „Tak, to się czasami zdarza”. A potem dodał oschle: „Ten rodzaj leczenia hamuje raka piersi, ale może wywołać raka macicy”. „Ach! To co ja mam robić?” – zmartwiłam się. Z własnej inicjatywy wybrałam się do ginekolożki, od której usłyszałam, że zastrzyków nie podaje się dłużej niż przez sześć miesięcy. Przyjmowałam je od półtora roku, więc stwierdziła, że to dziwne. Była na tyle miła, że porozmawiała bezpośrednio z moim onkologiem, ale ostatecznie jedyna odpowiedź, jaką od niej otrzymałam, była taka, że przerwanie leczenia w tym momencie może spowodować przerzuty. Wznowiliśmy zastrzyki. Kiedy po fakcie zaczęłam się martwić, że ta chwilowa przerwa w kuracji mogła być niebezpieczna, usłyszałam tylko tyle, że to była moja decyzja.
Martwiłam się więc podwójnie: i wstrzymaniem zastrzyków, i tym, że przyjmuję je trzy razy dłużej, niż powinnam. Czy wystąpią skutki uboczne? Czy nadal będę mogła mieć dzieci? Nie wiedziałam, gdzie znaleźć odpowiedzi na te pytania, więc poszłam do biblioteki i przejrzałam kilka książek, które wydawały się pomocne, ale wcale takie nie były. Mój onkolog i ginekolożka wydawali się tak zajęci, że nie miałam ochoty zadawać im w kółko tych samych pytań. W końcu nie robili mi na złość, po prostu nie wiedzieli, co powiedzieć.
Z punktu widzenia szpitala usunięto mi guz o średnicy prawie pięciu centymetrów, a po operacji, bez stosowania radioterapii i chemioterapii, mój stan cofnął się z czwartego stadium do pierwszego, więc ogólnie rzecz biorąc, miałam dużo szczęścia. Mimo to wciąż nie czułam wdzięczności za uratowanie mi życia. Poza tym kosztowało mnie to mnóstwo pieniędzy.
Tego dnia po czterech godzinach i piętnastu minutach oczekiwania pielęgniarka zawołała mnie i powiedziała:
– Lekarz musiał iść na operację, dlatego dziś zbada panią ktoś inny. Oczywiście jeśli pani woli, możemy przełożyć wizytę na późniejszy termin.
Z natury jestem trochę anemiczna, a po pobraniu krwi zwyczajnie brakowało mi siły, żeby się wykłócać, więc tylko słabo kiwnęłam głową. I tak nie miałam wielkiego zaufania do mojego lekarza. Trochę się zastanawiałam, co powiedzieć medykowi, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Weszłam jednak do gabinetu i na pytanie, jak się czuję, wyrecytowałam listę moich zwykłych skarg: mdłości, zawroty głowy, niepokój związany z kontynuowaniem zastrzyków hormonalnych.
Lekarz, jak się wydawało, był lekko po trzydziestce. Odpowiedział mi szczerze:
– Jestem tu na zastępstwie, więc nie wiem, co pani doradzić. Jeśli chodzi o zawroty głowy, to może się pani zgłosi na neurologię?
O, tam też chcą się napić mojej krwi? – pomyślałam gniewnie, ale zachowałam to dla siebie. Skinęłam głową i opuściłam gabinet.
Potem zrobiono mi niemożliwie drogi i przeraźliwie bolesny zastrzyk, którego z jakiegoś powodu nie pokrywało ubezpieczenie.
Na chwiejnych nogach i ze łzami w oczach szłam w stronę parkingu, powtarzając sobie, żeby nie przejmować się takimi drobnostkami. Zdawałam sobie sprawę, że jestem żałosna, ale moja ręka sama sięgnęła po telefon i wybrała numer Hyōsuke.
– Run-chan? Skończyłaś już w szpitalu? – spytał głosem bez emocji.
Poczułam ulgę i wściekłość jednocześnie.
– Tak. Wciąż jesteś na uczelni? Mam przyjechać po ciebie?
– Byłoby świetnie! Będę w McDonaldzie.
Mój nastrój nieco się poprawił, a gdy zakończyliśmy rozmowę i podniosłam wzrok, zobaczyłam drobną kobietę, która skinęła do mnie głową. Szła do swojego samochodu. Widziałam ją z pewnej odległości, mimo to poznałam ją od razu. Tak, to ona, pomyślałam i odwzajemniłam pozdrowienie. Widywałam ją często w palarni, kiedy leżałam w szpitalu, ale od tamtego czasu nigdy się nie spotkałyśmy.
Może to normalne, bo przecież to szpital, ale wydawało mi się, że tak ogromna placówka, składająca się z trzech wielopiętrowych budynków, mogłaby sobie pozwolić na więcej niż tylko jedną palarnię. Sześciomatowego² pomieszczenia bez okien, jedynie z systemem wentylacji, w żaden sposób nie można było nazwać miłym, a mimo to, kiedy tylko byłam w stanie chodzić o własnych siłach, brałam papierosy, które przynosili mi znajomi, i odbywałam regularne pielgrzymki do palarni. Tam ją spotykałam. Miała na sobie szpitalną piżamę, z nikim nie rozmawiała, po prostu bezmyślnie paliła. Była piękna, lecz niedostępna. Odwiedzający palarnię starsi rubaszni mężczyźni i ciekawskie panie, jakby nieczuli na jej dystans, próbowali zamienić z nią choć kilka słów. Jej uroda była olśniewająca, kobieta mogłaby być aktorką. Zbywała ich milczeniem, ale być może z powodu ich nachalności po pewnym czasie po prostu przestała przychodzić. Słyszałam plotkę, że widziano ją palącą papierosy na dostępnym dla pacjentów dachu budynku. To przez was! Bo nie umiecie się zachować! – myślałam wtedy ze złością. Chociaż nigdy nie zamieniłyśmy ani słowa, widok jej idealnego profilu, jasnej cery, szczupłych nóg i ramion zawsze sprawiał, że czułam się trochę lepiej. Piękne kobiety najczęściej wprawiały mnie w zły nastrój, ponieważ ogarniała mnie zazdrość, ale przy niej czułam raczej czysty zachwyt i wyobrażałam sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdybym urodziła się taka ładna. Wreszcie chyba wypisano ją ze szpitala, bo nikt jej już nie widział.
Gdy zobaczyłam ją po tak długim czasie, znów wpadłam w zachwyt. Kobieta emanowała wysublimowanym pięknem, nawet ubrana w prosty T-shirt i dżinsy. Wsiadła do wypolerowanego, eleganckiego japońskiego samochodu i z wprawą godną zawodowego kierowcy wyjechała z parkingu. Nie odrywałam od niej wzroku. Kiedy się ocknęłam, zorientowałam się, że zapamiętałam numer rejestracyjny jej wozu, jak prawdziwy stalker, i zachciało mi się śmiać.
Skończyło się na tym, że zjedliśmy z Hyōsuke kolację w małej restauracji. Chłopak nie zatrzymywał mnie dłużej i puścił od razu do domu, być może zrobił to z litości, bo widział, jak jestem blada po zastrzyku. Udało mi się dojechać, chociaż pole mojego widzenia z każdą minutą stawało się coraz węższe. Z trudem powstrzymałam mdłości i nie zwymiotowałam zjedzonego przed chwilą ryżu z krewetkami. W domu, ku mojemu zdziwieniu, zastałam matkę.
– Wcześnie wróciłaś.
Nie było to czułe powitanie, więc odparłam krótko:
– Ty też.
I położyłam się na kanapie.
– Byłaś w szpitalu?
– Tak.
– Jak było?
– Normalnie.
Na moją lakoniczną odpowiedź matka, ubrana w garsonkę, przygryzła dolną wargę, ale nie wiedziałam, czy była zaniepokojona czy poirytowana.
– Widziałaś się z Hyōsuke?
Znów miałam mdłości. Wraz z intensywnym uderzeniem gorąca poczułam pot na czole i pod pachami. Straciłam energię, by odpowiadać na pytania.
– Jeśli tak źle się czujesz, to zamiast latać gdzieś codziennie, zostań w domu i odpocznij.
– Zwykle nie jest tak źle. To z powodu zastrzyku.
Już spodziewałam się usłyszeć, że w takim razie powinnam rozejrzeć się za jakąś pracą, ale ona nagle odwróciła głowę i wyszła z salonu.
Odkąd pamiętam, matka pracowała w urzędzie miasta i zarabiała znacznie więcej niż zatrudniony w hurtowni obuwia ojciec. Prawie zawsze wracała z pracy późno, co nie podobało się ojcu, który każdego wieczoru topił smutki w alkoholu i zjawiał się w domu w środku nocy.
A jednak, być może dlatego, że byłam jedynaczką, zawsze czułam się kochana przez rodziców. Może nawet za bardzo: byłam rozpieszczona, zawsze dostawałam to, czego chciałam. Również do jedzenia – i dlatego byłam w dzieciństwie bardzo gruba. Otyłe dzieci nie mają lekko.
Zauważyłam to już w przedszkolu. Chłopcy rzucali we mnie kamieniami, a dziewczynki nie chciały się ze mną bawić. Dowiedziałam się również, jak trudno zmienić nawyki dziecka, któremu do tej pory wszystko podawano na tacy.
W podstawówce i gimnazjum znosiłam przezwiska typu „Prosiak”, którymi zwracano się do mnie bez mrugnięcia okiem, i inne rzeczy, ale kiedy skończyłam piętnaście lat, poczułam, że jeśli nie przejdę na dietę, to rówieśnicy albo zabiją mnie własnymi rękami, albo zaszczują na śmierć. Tego roku zaczęłam chodzić do liceum i dziewczyny ze starszych klas pobiły mnie dotkliwie, mówiąc, że nie mogą na mnie patrzeć. Zdałam sobie sprawę, że gra toczy się o moje życie, więc zmusiłam się do zrzucenia czterdziestu kilogramów w niecały rok. Nadal czułam się trochę „puszysta”, ale udało mi się przekonać innych, że mieszczę się w normie, i szykanowanie ustało. Wszyscy o tym zapomnieli i życie toczyło się dalej, jak gdyby nigdy nic.
Opowiedziałam o tym lekarzowi, a on stwierdził: „Tak, to mogło się przyczynić do choroby”. Więc kiedyś, gdy byłam pijana, wygarnęłam to mojej matce: „Pozwalałaś mi się objadać, kiedy byłam dzieckiem, to przez ciebie dostałam raka!”. Przeprosiła mnie ze łzami w oczach, ale było już za późno na łzy i przeprosiny. Poza tym zdawałam sobie sprawę, że szukam winnego, żeby się wyżyć. Ale nie umiałam inaczej.
Hyōsuke miał rację – to wszystko już się skończyło. Powinnam postawić kropkę i iść dalej.
A tak naprawdę to nie była wina matki. Doprowadziłam się do takiego stanu przez własne zaniedbanie. Już dwa lata przed wykryciem nowotworu zauważyłam, że z mojego sutka wycieka brązowy, krwisty płyn. Ani mnie to nie bolało, ani nawet nie swędziało, a ponieważ właśnie zaczęłam nową pracę i byłam zajęta sprawami miłosnymi, wyrzuciłam to z głowy. Potem byłam jeszcze bardziej pochłonięta dwoma romansami naraz, a pierś pod sutkiem zaczęła mnie swędzieć.
Koleżanka, z którą o tym porozmawiałam, stwierdziła, że to może być chlamydia, więc umówiłam się na wizytę u ginekolożki i podczas badania, gdy mimochodem wspomniałam, że zauważyłam płyn wyciekający z sutka, lekarka momentalnie zbladła.
Przeprowadziła serię badań, a następnego dnia odebrałam w pracy telefon z kliniki. Powiedziano mi, że muszę natychmiast przyjść. „Natychmiast?” Pamiętam moje zdziwienie. „Tak, proszę przyjść jak najszybciej i jeśli to możliwe, z kimś z rodziny”.
W klinice nie owijano w bawełnę: „Ma pani raka piersi. Trzeba go jak najszybciej wyciąć”.
Nie byłam jedyną osobą, która się załamała, usłyszawszy tę wiadomość – moi rodzice byli w rozsypce podobnie jak ja. Wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdyby guz został wykryty wcześniej. Był jednak już tak duży, że inne opcje leczenia nie wchodziły w grę.
Operacja miała się odbyć w ogromnym nowoczesnym szpitalu, do którego przyjeżdżali ludzie nawet z innych prefektur, a chirurg, który miał mnie operować, podobno był najlepszy. Ale ani ja, ani moja rodzina tak naprawdę nie mieliśmy w tej sprawie wyboru.
Moja matka wciąż płakała, twierdząc, że wolałaby sama mieć raka, niż patrzeć na moje cierpienie. Ojciec, który nigdy nie był zbyt wylewny, ścisnął moją dłoń ze łzami w oczach. Kochają mnie, pomyślałam. Przyjaciele i znajomi również mi współczuli. Jednak miłość i współczucie nie wyleczą raka. Przyjaciółka, która znała mnie i moją przewrotną naturę od lat, powiedziała: „Po tej operacji staniesz się innym człowiekiem, Haruka”.
Ale nie zmieniłam się ani trochę. Przeczytałam sporo pamiętników i wspomnień ludzi, którzy stoczyli podobną walkę. Pisali zwykle o tym, że dzięki chorobie dokonali wielkiego odkrycia: zrozumieli, że życie to cudowny dar, a zdrowie jest bezcenne, no i że przekonali się, jak ważna jest dla nich rodzina. W ogóle tego nie poczułam.
Zarówno po pierwszej operacji, jak i po operacji rekonstrukcji piersi moja rodzina, przyjaciele i chłopak byli dla mnie niesamowicie mili. Kiedy wymiotowałam, bo nie tolerowałam środków znieczulających, albo gdy z powodu rurek wbitych w różne miejsca mojego ciała czułam takie swędzenie i dyskomfort, że leżałam w łóżku i płakałam, wszyscy robili, co mogli, żeby mi pomóc.
Ale kiedy już było po wszystkim, zaczęłam się zastanawiać, o co chodziło z tą całą życzliwością. Czemu znikła? Miałam wrażenie, że tamto to były święta, a teraz jest już po świętach. Moja rodzina i chłopak zaczęli mi mówić to samo: „Już jesteś zdrowa, nie ma powodu ciągle wspominać o nowotworze”. Ale jeśli to się naprawdę skończyło, to dlaczego wciąż, codziennie, miałam zawroty głowy, chciało mi się wymiotować i nie mogłam spać? Nie, moim zdaniem nic się jeszcze nie skończyło.
Raz nawet spróbowałam wrócić do społeczeństwa. Po pierwszej operacji. Wprawdzie bolało mnie jeszcze prawe ramię, kiedy nim ruszałam, ale po trzymiesięcznej fizjoterapii wróciłam do pracy. Mój szef powiedział: „Świetnie dajesz sobie ze wszystkim radę, i to po takiej ciężkiej chorobie! Podziwiam cię”. Chyba naprawdę muszę być przewrotna, bo nie umiałam wziąć jego pochwały za dobrą monetę i być z siebie dumna.
Skończyło się na tym, że pożegnałam się z firmą. Nie chciało mi się już pracować. Nic mi się nie chciało. Nawet żyć mi się nie chciało, prędzej umrzeć z własnej woli – ale to też wymagało wysiłku. Powinnam była przestać chodzić do szpitala i pozwolić, by rak wrócił i mnie zabił, ale to, prawdę mówiąc, przerażało mnie najbardziej. Wiem, że to sprzeczność, bardzo męcząca sprzeczność.
Nie miałam więc stałej pracy i poza comiesięcznymi wizytami w szpitalu większość czasu spędzałam z Hyōsuke, który jako student też prawie nic nie robił. Od czasu do czasu podejmowałam jakąś krótkoterminową pracę, żeby mieć na własne wydatki.
Moi rodzice chyba byli w szoku po tym, jak im zarzuciłam, że to przez ich pobłażliwość dla mojego obżarstwa w dzieciństwie dostałam potem raka, więc nigdy nie powiedzieli wprost: „Musisz znaleźć normalną pracę”, ale jednocześnie nie chodzili już wokół mnie na palcach. To „przestań” mieli wypisane na twarzach, a ja, jak tyran, udawałam, że tego nie zauważam. Czasami myślałam, że mszczę się na nich za to, że kiedyś mnie rozpieszczali, zamiast poświęcić mi więcej czasu. Czy jednak powinnam mścić się tak idiotycznie? W moim wieku? Wiedziałam, że to głupie, ale nie zmieniało to faktu, że nie chciało mi się pracować. Nie mogłam znieść myśli o powrocie do społeczeństwa ani o tym, że jakiś facet spojrzy na mnie, jakby wiedział, co przeszłam, i powie: „Świetnie dajesz sobie ze wszystkim radę, i to po takiej ciężkiej chorobie! Podziwiam cię”.
W ten weekend Hyōsuke pojechał do domu na urodziny swojej matki (!), więc mogłam umówić się z koleżanką. W zasadzie z przyjaciółką z dzieciństwa, tą, która powiedziała, że rak może zmienić mój charakter. Niedawno rozstała się z chłopakiem, dlatego miała dużo wolnego czasu. Spytała, czy mogłybyśmy pojechać samochodem moich rodziców na zakupy, żeby poprawić sobie humor. Uznałam, że to dużo lepszy sposób na spędzenie czasu niż bezczynne siedzenie w domu, i chętnie przystałam na jej propozycję.
Kiedy wjechałyśmy na parking nowego, największego domu towarowego w mieście, samochód stojący obok wydał mi się znajomy. Spojrzałam na tablicę rejestracyjną i stwierdziłam, że to ten sam pojazd, do którego wsiadła tamta kobieta, którą widziałam na szpitalnym parkingu. Miasto było niewielkie, więc nic dziwnego, że w weekend udałyśmy się na zakupy do tego samego sklepu. Fajnie byłoby ją niechcący spotkać, pomyślałam i serce zabiło mi trochę mocniej.
– Znasz właściciela? – spytała przyjaciółka nieco drwiącym tonem, widząc, że gapię się na samochód.
– Tak… w pewnym sensie.
– Facet? Może zostawisz mu liścik za wycieraczką?
– Ach, nie! To kobieta. Poznałam ją w szpitalu.
Przyjaciółka prychnęła nosem, nie dając mi wiary, ale nie zdążyłam jej niczego wyjaśnić, bo w tylnej kieszeni moich dżinsów zadzwoniła komórka. Pospiesznie odebrałam połączenie. Tak jak podejrzewałam, był to Hyōsuke.
– Co robiisz, Run-chaan? – Przeciągał słowa jak dziewczyna.
– Jestem na zakupach z Mii-tan. A ty, Hyō-chi? – Zdrabniałam imiona jak w przedszkolu.
– Ja też! Zamierzam przygotować kolację dla mamy. Kupiłem superdrogi stek marmurkowy i tort.
– Naprawdę? Run-chan też by coś takiego zjadła!
– Kiedyś ci zrobię. To na razie, wróć do domu o normalnej porze.
– Dobrze! Pa! – zaszczebiotałam jeszcze, zanim się rozłączyłam.
W tym samym momencie Mi pacnęła mnie dłonią w czoło.
– Mii-tan, Run-chan… Robi mi się niedobrze, kiedy was słucham. Nie wstydzicie się tak mówić?
– Dobrze wiem, że to głupio brzmi – odparłam, wypinając pierś.
Przyjaciółka z niesmakiem wzruszyła ramionami. Kiedy sama miała chłopaka, dzwonili do siebie codziennie i wtedy ja musiałam słuchać: „Haloo, tu Mii-tan!”. Czy jeśli mówi się w ten sposób i nawet tego nie zauważa, to nie jest to bardziej żenujące?
Przeszłyśmy z budynku parkingu do domu towarowego i umówiłyśmy się w tym samym miejscu za dwie godziny. Ubrania, które chciała obejrzeć Mi, w ogóle mnie nie interesowały, a nawet gdyby tak było, to i tak nie miałam pieniędzy, żeby kupować ciuchy renomowanych marek, dlatego zamierzałam spędzić ten czas w księgarni.
Ponieważ jednak byłam w tym nowo otwartym sklepie pierwszy raz, postanowiłam zjechać windą na poziom minus jeden i przyjrzeć się stoiskom z tradycyjnymi japońskimi przysmakami. Dzień wolny od pracy i ładna pogoda sprawiły, że miejsce to było pełne par i rodziców z dziećmi. Przechadzałam się wzdłuż alejek, przyglądając się rzędom słodyczy, wymyślnych przekąsek i innych potraw. Przypomniałam sobie rozmowę z Hyōsuke i poczułam, że też kupiłabym coś dla swojej matki. Zastanawiałam się, czy wolałaby coś na słono czy słodko.
Nienawiść jest pewną formą miłości. Mówiłam swojej matce najgorsze rzeczy, a jednocześnie kupowałam jej małe prezenty, czasem też gotowałam i sprzątałam, by wyręczyć ją w jej domowych obowiązkach. Często chodziłyśmy razem na zakupy, a nawet wyjeżdżałyśmy na weekendy do pobliskich gorących źródeł. Z zewnątrz musiałyśmy wyglądać jak kochające się matka z córką, ale będąc w środku tej relacji, zdawałam sobie sprawę, że po prostu żadna z nas nie umiała przeciąć tej psychicznej pępowiny, którą wciąż byłyśmy połączone.
Było dopiero wczesne popołudnie, mimo to w dziale z gotowymi daniami na kolację tłoczyło się tyle gospodyń domowych, że kiedy próbowałam się przez nie przecisnąć, znów poczułam zawroty głowy. Zauważyłam trochę więcej wolnego miejsca przy stoiskach z tradycyjnymi słodyczami. Kiedy ruszyłam w tamtą stronę, poczułam mocne szarpnięcie za rękaw.
– Nie wiesz, gdzie jest wyjście, drogie dziecko?
Zaskoczona, odwróciłam się w stronę tubalnego głosu i zobaczyłam starszą, niższą ode mnie o głowę kobietę, uczepioną mojego łokcia.
– Hmm…
– Szukam wyjścia od dłuższego czasu, ale nie mogę znaleźć.
Kobieta mocno trzymała mój rękaw w garści i nie chciała puścić. Z początku myślałam, że jest bardzo niska, ale po chwili zrozumiałam, że stała jakby zgięta wpół. Miała na sobie spodnie i sweter w jednakowym wypłowiałym kolorze. Jedną ręką ściskała moją prawą dłoń, w drugiej laskę. Jej wielkie, wyłupiaste oczy, płytko osadzone w pomarszczonej twarzy, patrzyły tak, jakby chciały na mnie wskoczyć. Ich mętna biel wywołała u mnie mdłości. Czułam, że smażony makaron yakisoba, który jadłam na obiad, podnosi się z żołądka w stronę mojego gardła.
Zakryłam lewą dłonią usta, myśląc o tym, żeby nie zwymiotować. Chwyt staruszki był tak silny, że nie mogłam poruszyć prawą ręką. Mój wzrok zaczął się rozmazywać, a nogi zrobiły się miękkie.
– Więc nie wiesz, gdzie wyjście?
Nie byłam w stanie dłużej stać, powoli osunęłam się na podłogę, ale nawet to nie powstrzymało kobiety od powtarzania pytania. Sprzedawcy z pobliskich stoisk w końcu zauważyli, że coś jest nie tak, i zaczęli się wokół nas gromadzić.
– Źle się pani czuje? – spytał czyjś głos, a potem dodał: – Ach! To ty?
Zmagając się z mdłościami, spojrzałam w górę i zobaczyłam piękną znajomą ze szpitala. Była ubrana w biały fartuch, obowiązkowy dla sklepikarzy w dziale spożywczym.