Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja
  • Empik Go W empik go

Dyrektor pod kanapą i inne opowiadania - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lipca 2018
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Dyrektor pod kanapą i inne opowiadania - ebook

Wyjątkowa kolekcja ponadczasowych powieści należących do klasyki literatury światowej. Najsłynniejsze dzieła amerykańskich i rosyjskich pisarzy w znakomitych przekładach i nowej, eleganckiej szacie graficznej. Obowiązkowa pozycja w biblioteczce każdego miłośnika literatury pięknej.

Bezpretensjonalne i pozornie lekkie w tonie opowiadania demaskują głupotę i hipokryzję ludzką, oddają również wszystkie obawy i lęki epoki. Jak się okazuje, po latach nie straciły absolutnie nic na swojej aktualności.

Kategoria: Literatura piękna
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-280-5948-1
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DWA ROMANSE

I. Romans lekarza

Gdy dochodzisz do wieku dojrzałego, to recipe: feminam unam i posagu quantum satis.

Ja też tak zrobiłem: wziąłem feminam unam (dwu brać nie wolno) i posag. Już starożytni ganili tych, którzy żeniąc się, nie brali posagu (Ichtyozaurus XII. 3).

Zaordynowałem sobie konie, pałacyk, zacząłem pić vinum gallicum rubrum i kupiłem sobie futro za siedemset rubli. Słowem, zacząłem pędzić żywot lege artis.

Jej habitus jest nie najgorszy: Wzrost – średni. Barwa naskórka i błon śluzowych – normalna, podściółka tłuszczowa – zadowalająca. Budowa klatki piersiowej – prawidłowa, rzężeń nie ma, oddech – pęcherzykowaty. Tony sercowe – czyste. W sferze zjawisk psychicznych daje się zauważyć jedno odchylenie: jest gadatliwa i krzykliwa. Dzięki jej gadatliwości cierpię na hyperaesthesię prawego nerwu słuchowego. Kiedy oglądam język pacjenta, przypominam sobie żonę, a przypomnienie to wywołuje mi bicie serca. Słuszność miał pewien filozof, który powiedział: „lingua est hostis hominum amicusque diaboli et feminarum”. Na to samo cierpi mater feminae – teściowa (z gatunku mammalia).

I wobec tego, że one obie krzyczą dwadzieścia trzy godziny na dobę, cierpię na skłonność do obłędu i samobójstwa. Według twierdzenia moich szanownych kolegów dziewięć dziesiątych kobiet cierpi na chorobę, którą Charcot nazwał hyperaesthesią ośrodka ruchowego mowy. Charcot zaleca amputację języka.

Operacja ta ma według niego zbawić ludzkość od jednej ze strasznych chorób, lecz – niestety! Billroth, który niejednokrotnie robił tego rodzaju operacje, twierdzi w swoich klasycznych pamiętnikach, że kobiety nauczyły się po takiej operacji mówić palcami i takim rodzajem mowy działały na mężów gorzej jeszcze: one swych mężów hipnotyzowały (Memor. Acad. 1878). Ja polecam inny sposób leczenia (vide moja dysertacja). Nie negując amputacji języka, zalecanej przez Charcota, mając całkowite zaufanie do twierdzenia takiego autorytetu, jakim jest Billroth, poleciłbym ze swej strony połączenie amputacji języka z nakładaniem rękawic. Moje obserwacje dowiodły mi, że głuchoniemi, którzy noszą rękawice z jednym palcem, milczą nawet wtedy, kiedy są głodni.

II. Romans reportera

Prosty nosek, biust – pirsza klasa, cudne włosy, prześliczne oczki – ani jednej omyłki! Zrobił korektę i ożenił się.

– Będziesz musiała należeć wyłącznie do mnie! – powiedział jej, żeniąc się. – Sprzedaż detaliczną bezwarunkowo zakazuję! Pamiętaj!

Nazajutrz po ślubie już zauważyłem w mojej żonie pewne zmiany. Włosy były już rzadsze, twarz już nie tak interesująco blada, rzęsy – nie piekielnie czarne, ale rude. Ruchy już nie były takie miękkie, a słowa – nie takie czułe.

Niestety! Żona jest to narzeczona na poły przekreślona przez cenzurę!

W pierwszym półroczu zastałem ją z jakimś fenrychem, który ją obcałowywał (fenrychy lubią gratisowe przyjemności). Zrobiłem jej pierwsze ostrzeżenie i na przyszłość kategorycznie zabroniłem jej detalicznej sprzedaży.

W drugim półroczu obdarzyła mnie premią: urodził nam się synek. Spojrzałem na odbicie swoje w lustrze, potem na niego i oświadczyłem żonie:

– Temat zapożyczony, mateczko! Poznaję po pysku! Nie nabierzesz mnie!

Rzekłem i zrobiłem jej drugie ostrzeżenie, zapowiadając, aby mi się nie ważyła pokazywać na oczy w ciągu trzech miesięcy.

Ale to, bynajmniej, nie podziałało. W drugim roku żona moja miała już nie jednego, ale kilku fenrychów. Nie widząc skruchy z jej strony i nie chcąc dzielić się ze swoimi współpracownikami, zrobiłem jej trzecie ostrzeżenie i wysłałem ją razem z premią do domu pod dozór rodziców, u których znajduje się dotychczas.

Honorarium rodzicom za utrzymanie żony wysyłane jest co miesiąc.

1882WRÓŻKI I WRÓŻBICI (OBRAZKI PRZEDNOWOROCZNE)

Staruszka niania wróży podtatusiałemu intendentowi.

– Droga – mówi niania.

– Jaka?

Niania pokazuje ręką na północ. Podtatusiały intendent blednie.

– Pan jedzie – dodaje staruszka – a na kolanach pan ma worek pieniędzy.

Twarz podtatusiałego intendenta rozjaśnia się.

…Urzędniczyna siedzi przy stole i przy świetle dwu świec wpatruje się w lustro. Zgaduje, jakiego wzrostu, maści i temperamentu będzie jego nowy, niemianowany jeszcze dotychczas, naczelnik… Wpatruje się w to lustro godzinę, dwie, trzy… Migają mu już przed oczami gwiazdki, skaczą pałeczki, fruwają jakieś nitki, a naczelnika jak nie ma, tak nie ma! Nic nie widać: ani naczelników, ani podwładnych. Mijają cztery godziny, pięć… Aż mu się sprzykrzyło czekać na nowego naczelnika. Wstał, machnął ręką i westchnął.

– Widocznie miejsce będzie nieobsadzone! – mówi sam do siebie. – A to niedobrze. Nie ma nic gorszego nad bezkrólewie!…

…Panienka stoi w podwórzu za bramą i czeka na przechodnia. Musi się dowiedzieć, jak będzie miał na imię jej przyszły. Ktoś nadchodzi. Panienka prędko otwiera furtkę i pyta:

– Jak panu na imię?

W odpowiedzi na pytanie swoje słyszy ryk i przez uchyloną furtkę widzi wielki ciemny łeb… Na łbie rogi…

Może i słusznie – myśli panienka. – Różni się tylko pyskiem.

…Redaktor pisma codziennego stara się wywróżyć los swego dziecięcia.

– Daj pan spokój! – radzą mu. – Chce się też panu denerwować. Zostaw pan!

Redaktor nie słucha i wpatruje się w gęsty osad kawy…

– Rysunków dużo – mówi redaktor. – Ale diabli je tam wiedzą… To są rękawiczki. To – podobne do jeża… A tu znów nos… Jak mojego Makara… O, cielę… Nic nie rozumiem!…

…Doktorowa wróży sobie przed lustrem i widzi… trumny.

– Jedno z dwojga – myśli. – Albo ktoś umrze, albo mąż mój będzie miał w tym roku dużą praktykę…

1882ALEM WPADŁ…

Śpiący jestem! – myślałem, siedząc w banku. – Przyjdę do domu i jak się kropnę…

– Jak mi dobrze! – mruczałem po zjedzeniu na chybcika obiadu, stojąc przed łóżkiem. – Dobrze jest na tym bożym świecie! Ooo… dobrze!

Uśmiechając się do siebie, przeciągając leniwie jak kot na słońcu, zamknąłem oczy i zacząłem usypiać. Pod powiekami uczułem przyjemne łaskotanie, po chwili nastąpił lekki zawrót głowy, rozpostarły się jakieś skrzydła, uniosły się w górę jakoweś futra czy coś podobnego… głowę zapełniła lecąca z nieba wata… A wszystko było takie wielkie, miękkie, puszyste, mgliste. Z mgły wyłonili się jacyś maleńcy ludzie. Dziwnie jakoś zaczęli maszerować, pokręcili się na miejscu i rozpłynęli. Gdy ostatnie z tych maleństw zniknęło i Morfeusz całkowicie wziął mnie w swoje posiadanie, drgnąłem…

– Iwanie Osipowiczu, tutaj! – wrzasnął ktoś w sąsiedztwie.

Otworzyłem oczy. W przyległym „pokoju umeblowanym” brzęczały butelki, z których dwie niezwłocznie odkorkowano. Przewróciłem się na drugi bok i naciągnąłem kołdrę przez głowę.

– „Ja kocham cię! Ach, kocham cię!” – zaśpiewał z uczuciem baryton.

– Czemu pan sobie nie kupi pianina? – spytał inny głos za ścianą.

– Niech was wszyscy diabli – mruknąłem. – Spać nie dają!

Odkorkowali drugą butelkę. Rozległ się brzęk kieliszków. Ktoś zaczął chodzić, dzwoniąc ostrogami. Energicznie trzaśnięto drzwiami.

– Timofiej! Jak tam samowar? Prędzej! Jeszcze kilka talerzy! No, panowie! Po chrześcijańsku. Po jednej… Madmazel de kozel de baranie nóżki, że wu pri!

W sąsiedniej „meblówce” pijaństwo rozpoczęło się na dobre. Ukryłem głowę pod poduszką.

– Timofiej! Jeżeli przyjdzie wysoki blondyn w futrze na niedźwiedziach, to powiesz mu, że jesteśmy tutaj…

– Panowie! – krzyknąłem płaczliwie. – Przecież to jest najzwyklejsze świństwo. Ja bardzo panów proszę! Chory jestem i muszę się wyspać.

– Czy to do nas pan mówi?

– Tak, do panów.

– O co chodzi?

– Proszę nie hałasować! Spać mi się chce!

– A śpij pan sobie! Przecież panu tego nie zabraniamy. A jeśli pan chory – no, to do lekarza. „Bo miłość to cygańskie dziecię!” – ryknął baryton.

– Głupio się panowie zachowują – zawyrokowałem – bardzo głupio. Świńtuchy!

– Milczeć tam! – odpowiedział zza ściany jakiś starczy głos.

– No proszę, jaki mi groźny! A to ci władza! Któż pan jest, do kroćset?

– Mil-czeć!

– Chamskie obyczaje! Ochlali się wódką i ryczą!

– Mil-czeć! – powtórzył z uporem, chyba z dziesięć razy, ten sam starczy głos.

Przewracałem się z boku na bok. Świadomość, że nie śpię dzięki tym nierobom pijackim, doprowadziła mnie wreszcie do wściekłości…

Za ścianą rozpoczęły się tańce…

– Jeżeli się panowie w tej chwili nie uspokoją – krzyczałem, krztusząc się własną złością – to poślę po policję.

– Hej, tam! Timofiej!

– Milczeć! – odezwał się raz jeszcze starczy głos.

Zerwałem się na równe nogi i jak szaleniec pobiegłem do hałasujących sąsiadów. Za wszelką cenę chciałem postawić na swoim.

A tam zabawa odchodziła na cały regulator.

Uginający się pod ciężarem butelek stół obsiadły jakieś typy z wypukłymi, jak u raków, oczyma. W głębi pokoju rozparł się starszy jegomość i tulił do piersi główkę znanej jasnowłosej kokoty, i w kierunku mojej ściany wciąż powtarzał swoje „mil-czeć”.

Już otworzyłem usta, z których posypać się miał grad najwymyślniejszych obelg, gdy… o Boże!… w owym starszym panu poznałem dyrektora banku, w którym miałem posadę. W mgnieniu oka odleciały mnie senność, złość i chęć nawymyślania całej kompanii… Uciekłem do swojego pokoju.

Przez cały następny miesiąc dyrektor nie patrzał w moją stronę i nie zamienił ze mną ani jednego słowa. Unikaliśmy się wzajemnie. Po upływie miesiąca podszedł do mnie, stanął przy biurku, schylił głowę i patrząc na podłogę, przemówił:

– Przypuszczałem… miałem nadzieję, że pan się sam domyśli… Widzę jednak, że pan nie ma zamiaru… Hm… Proszę się nie denerwować… Może pan nawet usiąść… Przypuszczałem, że… Tu dla nas obu jest za ciasno… Takeś pan przestraszył moją siostrzenicę… Teraz pan już chyba rozumie… Proszę przekazać urzędowanie Iwanowi Nikiticzowi…

Podniósł głowę i odszedł…

A ja – byłem zgubiony.

1882FATALNA WIZYTA

Goguś wpada do domu, w którym przedtem nigdy nie był. Przyszedł złożyć wizytę… W przedpokoju spotyka dziewczynkę lat szesnastu w perkalikowej sukience i białym fartuszku.

– Zastałem?

– Owszem.

– Hm… Wisienka! I pani w domu?

– Tak jest – odpowiada dziewczynka, rumieniąc się bez powodu.

– Mm… migdałek, szszszelmutka! Gdzie położyć kapelusz?

– Gdzie pan chce. Proszę mnie puścić! Dziwne…

– No, czegóż się rumienisz? Też!… Przecież cię nie zjem…

I Goguś klepnął dziewczynkę rękawiczką po biodrze.

– Widzisz ją! A niczego sobie! Niebrzydka! No idź, zamelduj!

Dziewczę spąsowiało jak mak i uciekło.

– Jeszcze za młoda! – stwierdza elegant i wchodzi do salonu.

W salonie – spotkanie z panią domu. Siadają, gawędzą…

Po pięciu minutach przez salon przechodzi dzieweczka w fartuszku.

– Moja starsza córka – mówi pani domu, wskazując na sukienkę perkalikową.

Tableau.

1882Z NATURY (SZKIC PSYCHOLOGICZNY)

Nowy Rok. Wchodzą do poczekalni. Stało tam, prócz portiera, jeszcze kilku naszych: Iwan Iwanycz, Piotr Kuźmicz, Jegor Sidorycz… Wszyscy przyszli złożyć podpisy na arkuszu, który majestatycznie spoczywał na stole (zresztą był to lichy papier nr 8).

Spojrzałem na arkusz. Podpisów aż za wiele i… o, obłudo!… Jakaż dwulicowość! Gdzie jesteście, sztrychy, kreski, kropki, ogonki, zakrętasy? Wszystkie litery – okrąglutkie, różowiutkie, gładziuchne, niby różowe policzki. Widzę znajome nazwiska, lecz nie poznaję ich. Czy aby ci panowie nie zmienili swych charakterów pisma?

Ostrożnie umoczyłem pióro w kałamarzu, nie wiedzieć czemu stropiłem się, wstrzymałem oddech i ostrożnie wycyzelowałem swoje nazwisko. Zazwyczaj nigdy nie stawiałem na końcu wyrazów znaków twardych, teraz jednakże postawiłem: zacząłem i skończyłem.

– Chcesz, zgubię cię! – usłyszałem nad samem uchem głos i poczułem oddech Piotra Kuźmicza.

– W jaki sposób?

– A tak, zgubię cię. Tak. Chcesz? Chi-chi-chi…

– Tu się śmiać nie wolno, Piotrze Kuźmiczu! Niech pan nie zapomina, gdzie się pan znajduje. Śmiechy są tu zupełnie nie na miejscu. Daruje pan, ale sądzę… To – profanacja, nieposzanowanie, że tak powiem…

– Chcesz, zgubię cię!

– W jaki sposób? – zapytałem.

– A w ten sam sposób, w jaki pięć lat temu zgubił mnie von Klausen… che-che-che! Bardzo zwyczajnie. Podejdę i dorobię do twojego nazwiska zakrętas. Taki sztrych zrobię… Che-che-che! Uczynię twój podpis nieważnym. Chcesz?

Zbladłem. Istotnie, życie moje było w rękach tego człowieka o fioletowym nosie… Spojrzałem na jego złowieszcze oczy bojaźliwie i z pewnym szacunkiem…

Jak mało potrzeba, żeby skręcić człowiekowi kark!

– Albo kapnę atramentem obok twojego podpisu. Żyda zrobię… Chcesz?

Nastało milczenie… On – świadomy swojej potęgi, wyniosły, dumny ze zdradliwą trucizną w ręku – i ja – w poczuciu bezradności swojej, godny politowania, przygotowany na stracenie – obydwaj milczeliśmy. On wybałuszył na mnie gały, ja unikałem jego wzroku…

– Zażartowałem sobie – odezwał się wreszcie. – Nie bój się.

– O, dziękuję panu! – odparłem i dziękczynnie uścisnąłem mu dłoń.

– Zażartowałem… A jednak mogę… Pamiętaj… Idź sobie… Na razie zażartowałem… A później, co Bóg da…

1882WDZIĘCZNOŚĆ (SZKIC PSYCHOLOGICZNY)

– Oto masz trzysta rubli! – powiedział Iwan Pietrowicz, podając paczkę banknotów swojemu sekretarzowi, dalekiemu krewnemu, Michałowi Bobowowi. – Ha, trudno, masz… Nie chciałem ci dać, ale cóż robić? Bierz… Ostatni raz… Żonie mojej podziękuj. Gdyby nie ona, nie dostałbyś… Przekonała mnie.

Misza wziął pieniądze i zamrugał. Nie mógł znaleźć słów wdzięczności. Oczy zaczerwieniły mu się i zwilgotniały. Objąłby Iwana Pietrowicza, ale zwierzchników nijako jest obejmować!

– Żonie podziękuj – powiedział raz jeszcze Iwan Pietrowicz. – Ona wyprosiła… Takeś ją rozczulił swoją ślamazarną gębą… Jej więc tylko dziękuj.

Misza cofnął się i tyłem wyszedł z gabinetu. Poszedł dziękować swojej dalekiej krewnej, małżonce Iwana Pietrowicza.

Jest to mała, ładniutka blondyneczka. Siedziała właśnie na kozetce w swoim buduarku i czytała romans. Misza stanął przed nią i rzekł:

– Nie wiem, doprawdy, jak pani dziękować!

Uśmiechnęła się pobłażliwie, odłożyła książkę i łaskawie wskazała mu miejsce obok siebie. Misza usiadł.

– Jak mam pani dziękować? Jak się odwdzięczyć? Czym? Niech mnie pani nauczy! Mario Siemionowno! Pani wyrządziła mi więcej niż dobrodziejstwo! Przecież za te pieniądze wyprawię wesele z moją najdroższą Katią!

Po prawym policzku Miszy spłynęła łza. Głos mu drżał.

– O, dziękuję pani!

Nachylił się i cmoknął Marię Siemionownę w pulchniutką rączkę.

– Pani jest taka dobra! A jakiż dobry jest pani Iwan Pietrowicz! Taki dobry, taki pobłażliwy! Złote serce! Pani powinna dziękować Panu Bogu, że obdarzył ją takim mężem! Droga pani, niech go pani kocha! Błagam, niech go pani kocha!

Misza nachylił się i wycałował obie rączki. Łzy spływały już i po drugim policzku. Jedno oko zmniejszyło się.

– On jest stary, brzydki, ale jaką za to ma piękną duszę! Niech mi pani znajdzie drugą taką duszę! Nie znajdzie pani! Niechże go pani kocha! Wy, młode żony, jesteście tak lekkomyślne! W mężczyźnie szukacie panie nade wszystko pozorów… efektów… Błagam panią!

Misza chwycił ją za łokcie i ścisnął je kurczowo w dłoniach. W głosie słychać było rzewny płacz.

– Niech go pani nie zdradza! Zdradzić takiego człowieka – to zdradzić anioła! Proszę go ocenić, pokochać! Kochać takiego złotego człowieka, należeć do niego… to przecież szczyt szczęścia! Wy, kobiety, nie chcecie rozumieć wielu… wielu rzeczy… Ja bardzo panią kocham, wściekle panią kocham za to, że pani do niego należy! Całuję świętość, która do niego należy!… To – święty pocałunek… Proszę się nie obawiać, ja jestem zaręczony… Nie szkodzi…

Misza, drżący, rozpalony, przesunął się ustami od ucha do policzka i musnął ją wąsem.

– Proszę go nie zdradzać, najdroższa! Przecież pani go kocha? Kocha go pani, prawda?

– Tak!

– O, boska!

Misza przez długą chwilę wpatrywał się z rozanieloną twarzą w jej oczy. Ujrzał w nich szlachetną duszę…

– Cudo moje… – mówił dalej, biorąc ją wpół. – Pani go kocha… To złoto… Tego anioła… To jest złote serce… serce…

Chciała się uwolnić z jego objęć, ale jeszcze bardziej się w nie zaplątała… Główka – jakże niewygodnie jest siedzieć na tych kozetkach! – niechcący opadła na pierś Miszy.

– Jego dusza… serce… Gdzie szukać drugiego takiego człowieka? Kochać go… Wsłuchiwać się w bicie jego serca… Kroczyć z nim ramię przy ramieniu… Cierpieć… dzielić radości… Proszę mnie zrozumieć! Zrozumieć proszę!…

Łzy trysnęły z oczu Miszy… Zatrząsł rozpaczliwie głową i skłonił ją na jej piersi… Rozpłakał się i chwycił Marię Siemionownę w objęcia…

Strasznie niewygodnie jest siedzieć na tych kozetkach! Chciała się uwolnić z objęć, pocieszyć go, uspokoić… On jest taki nerwowy! Podziękuje mu za jego przywiązanie do męża… Ale nie można jakoś wstać!

– Proszę go kochać… Nie zdradzać go… Błagam panią! Wy… kobiety… takie lekkomyślne… nie rozumiecie…

Misza nie wyrzekł więcej ani słowa… Język mu się zaplątał i zamarł…

Po pięciu minutach wszedł po coś do jej buduarku Iwan Pietrowicz… Nieszczęsny! Dlaczego nie wszedł wcześniej? Gdy zobaczyli zsiniałą twarz zwierzchnika, zaciśnięte jego pięści, gdy usłyszeli głuchy, zdławiony głos, zerwali się…

– Co ci się stało? – zapytała blada Maria Siemionowna. Zapytała, bo przecież trzeba było coś powiedzieć!

– Ale… ale ja przecież szczerze, wasza ekscelencjo! – wykrztusił Misza. – Słowo honoru, że szczerze!

1883KOCHAJĄCY BRACISZEK

Przy oknie, pogrążona w zadumie, patrząc na zabłoconą ulicę, stała młoda dziewczyna. Tuż obok niej młody człowiek, w mundurze urzędnika państwowego, nerwowo tarmosił wąsiki i drżącym głosem mówił:

– Siostro, opamiętaj się. Jeszcze nie za późno. Zaklinam cię. Zerwij z tym sklepikarzem, z tym kacapem. Pluń na ten nalany pysk. Niech go dunder świśnie. Raz jeszcze zaklinam cię.

– Nie mogę, braciszku! Dałam słowo.

– Błagam. Miej wzgląd na nasze nazwisko. Tyś jest przecież dobrze urodzona, szlachcianka, panna z wykształceniem; a on kupczy kwasem; chłop, cham!… Cham! Zrozumżeż to – niemądra! Cuchnącym kwasem handluje, stęchłe śledzie sprzedaje. Tyś mu wczoraj dała słowo, a on dziś okpił naszą kucharkę o kilka kopiejek! Skórę z biednych ludzi łupi! Gdzież się podziały twoje ideały? O Boże mój, Boże! Co? Słuchajże, przecież kochasz Miszkę Trechwostowa z naszego departamentu, o nim tylko marzysz! On cię kocha…

Siostra oblała się rumieńcem. Grymas wykrzywił jej twarzyczkę. Oczy pełne były łez. Widocznie brat trafił w najczulsze „centrum”.

– Siebie gubisz i Miszkę gubisz… Zaczął pić! Och! Siostro, siostro! Dałaś się wziąć na lep chamskiego bogactwa, kolczyki, bransoletki. Wychodzisz za mąż z wyrachowania. A to taki kiep, taki bydlak… Oddajesz rękę nieukowi, który nawet nie potrafi się ortograficznie podpisać! „Mitrji Niekołajew”. Czy słyszysz to „Nie”? Niekołajew. Bydlęęę!… Stary, ordynarny, gbur… Zaklinam cię!

Głos brata zadrżał i stał się chrypliwy. Kochający braciszek kaszlnął, zakrztusił się i wytarł oczy. I jego twarz skaził grymas.

– Braciszku drogi, dałam słowo. A zresztą mam już potąd naszej nędzy…

– No, jeżeli tak, to jestem zmuszony wszystko ci wyjawić. Nie chciałem być w twoich oczach skalany moralnie, powiem jednak. Lepiej stracić dobrą opinię niż pozwolić siostrze iść na zatracenie… Posłuchajże, Katia. Znam ja pewną tajemnicę twego sklepikarza. Gdy się o niej dowiesz – natychmiast z nim zerwiesz. Oto ta tajemnica. Czy dasz wiarę, że spotkałem się z nim w jednym plugawym lokalu? A może pragniesz się dowiedzieć, gdzie się z nim spotkałem? Co?

– Gdzie?!…

Odpowiedź zawisła na ustach brata. Przeszkodzono mu jednak. Do pokoju wszedł chłopiec w kubraczku, w zabłoconych butach, trzymając oburącz sporych rozmiarów worek. Przeżegnał się i stanął przy drzwiach.

– Kłania się panu Mitryj Terentjicz – zwrócił się nowo przybyły do brata – i przy dzisiejszej niedzieli życzy wszystkiego najlepszego. A to – do rąk własnych.

Brat nasrożył się, przyjął worek, zajrzał do środka i uśmiechnął się pogardliwie.

– Cóż tam jest? Prawdopodobnie jakieś drobnostki. Hm… Głowa cukru.

Wyciągnął ją z worka, zdjął z niej kołpak papierowy i począł obstukiwać palcem.

– Hm… Z jakiej cukrowni? Bobrińskiego? Dobrze… A to? Herbata? Czymś ją czuć… Cóż to za sardynki… Jakaś pomada… Rodzynki ze śmieciami… Chce mnie przekupić, podlizuje się… Nieee… mój drogi!… Nie uda ci się! A czemuż to kawę z cykorią przemycił? Zresztą kawy nie pijam. Jest szkodliwa dla zdrowia. Działa na nerwy. Wszystko w porządku. Możesz już odejść. Pokłoń się tam.

Chłopiec wyszedł. Siostra szybko podbiegła do brata, chwyciła go za rękę. Poprzednie jego słowa wywarły na niej potężne wrażenie.

Jeszcze jedno słówko i… sklepikarz byłby odpalony!

– Mówże! Mów! Gdzieś go widział?

– Nigdzie, zażartowałem z ciebie. Rób, co ci się podoba – oświadczył kochający braciszek i raz jeszcze ostukał głowę cukru.

1883W BIURZE POCZTOWYM

Pochowaliśmy w tych dniach młodziutką żonę naszego starego poczmistrza Słodkopiewcewa. Zakopawszy w ziemi piękną zmarłą, udaliśmy się zwyczajem ojców i dziadów na stypę do biura pocztowego.

Gdy podano bliny, staruszek wdowiec zaczął gorzko płakać i powiedział:

– Bliny takie rumianiutkie jak nieboszczka. Takie piękne jak ona. Akurat.

– Tak – zgodzili się biesiadnicy – rzeczywiście, piękna była. Kobieta pierwsza klasa.

– Ta-ak… Wszyscy ją podziwiali… Ale kochałem ją nie za urodę i nie za łagodny charakter. Te cechy są w ogóle właściwe naturze kobiecej i spotykają się dość często na naszym padole. Kochałem ją za inną zaletę jej duszy. Mianowicie, kochałem nieboszczkę – świeć Panie nad jej duszą! – za to, że będąc z usposobienia żywa i lekkomyślna, była zawsze wierna swemu mężowi. Dochowywała mi wierności, chociaż miała zaledwie dwadzieścia lat, gdy tymczasem ja mam blisko sześćdziesiąt. Była wierna mnie, starcowi!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij