Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dzieci Mallaroy - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 września 2026
3599 pkt
punktów Virtualo

Dzieci Mallaroy - ebook

Kontynuacja trylogii Mallaroy hitu Wattpada.

Dark urban fantasy z elementami thrillera politycznego i motywem prześladowań.

Wczoraj Erin Lanford udawała swoją bliźniaczkę w niezwykłej szkole Mallaroy, dziś wraz z pozostałymi uczniami walczy o przetrwanie. Wszystko dlatego, że sentura zderzyła się z naturą: wampiry, wilkołaki, zmiennokształtni, łowcy i czarodzieje desperacko próbują znaleźć dla siebie nowe miejsce wśród ludzi. W wirze paskudnej propagandy, policyjnych łapanek, tajnych baz, niewygodnych romansów, wyrzutów sumienia, zdradzonego zaufania, tęsknoty, strachu, głodu i zmęczenia grupa nastolatków zmuszona jest nieustannie wybierać: kiedy stawiać aktywny opór, a kiedy odwracać wzrok?

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8457-052-4
Rozmiar pliku: 5,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1. STAN OBECNY

1.

Stan obecny

Czerw­cowe noce miały w sobie resztki utra­co­nej bez­tro­ski. Powie­trze było wciąż cie­płe, ale zni­kały bez­li­to­sna duchota i męczący skwar, a dła­wiący strach przed poj­ma­niem tra­cił nieco na inten­syw­no­ści. Niebo z bole­śnie błę­kit­nego zmie­niało się w kojąco czarne, ulice pusto­szały, a panu­jący na nich spo­kój tylko cza­sem zakłó­cały odgłosy przy­spie­szo­nych kro­ków w cięż­kich, woj­sko­wych butach albo wale­nie pię­ściami w drzwi. Na skle­po­wych pół­kach nie bra­ko­wało już towa­rów, za to pod­trzy­my­wano ofi­cjalny stan wyjąt­ko­wego zagro­że­nia, godzinę poli­cyjną i liczne blo­kady dro­gowe.

Pierw­sze fale szoku po glo­bal­nym ujaw­nie­niu sen­tury zaczęły opa­dać, świat ni­gdy już nie miał być nato­miast taki sam i Erin Lan­ford szybko odkryła, że łatwiej jej sta­wiać mu czoła pod osłoną mil­czą­cej ciem­no­ści.

To mil­cze­nie dia­bli wzięli, gdy coś trza­snęło gło­śno. Erin wstrzy­mała oddech, a jej ciało spięło się momen­tal­nie, pod­świa­do­mie szy­ku­jąc się do biegu. Odwró­ciła się i spoj­rzała na Alex. Cza­ro­dziejka prze­ło­żyła wła­śnie pierw­szą nogę nad para­pe­tem i sie­działa teraz na nim okra­kiem.

– Alex! – W szep­cie dziew­czyny sły­chać było panikę. – Diego powta­rzał tysiąc razy, by uwa­żać na ten wazon!

Alex zmarsz­czyła brwi.

– Co?

Erin zigno­ro­wała pyta­nie. Przy­ło­żyła jedy­nie palec do ust, naka­zu­jąc ciszę. Przez moment stała w bez­ru­chu, nasłu­chu­jąc. Wresz­cie ode­tchnęła z ulgą, ale jej serce wciąż ude­rzało zbyt szybko.

– Nie obu­dził się. Właź dalej – pona­gliła naj­ci­szej, jak się dało. – Tylko ostroż­nie!

Gdy obie zna­la­zły się w spo­wi­tym mro­kiem salo­nie, chwilę zajęło im szu­ka­nie wazonu, który prze­tur­lał się pod stół po tym, jak spadł z para­petu.

– Nie pękł – stwier­dziła Erin po ner­wo­wych oglę­dzi­nach.

Alex nie odpo­wie­działa. Spoj­rzała w sufit i na jej twa­rzy poja­wiło się sku­pie­nie, ale zaraz odwró­ciła się gwał­tow­nie w bok, jak gdyby roz­pro­szyło ją coś nie­wi­dzial­nego. Potem ruszyła bez­tro­skim kro­kiem w głąb nie­wiel­kiego domu, w stronę otwar­tej kuchni.

Erin wes­tchnęła, odsta­wiła pla­sti­kowy wazon z powro­tem na para­pet, po czym ruszyła w ślad za cza­ro­dziejką.

Obco­wa­nia z Alex Hughes trzeba się było nauczyć. Spra­wiała wra­że­nie, jakby zupeł­nie nie przej­mo­wała się kry­zy­sem, i coraz czę­ściej była cał­ko­wi­cie nie­obecna myślami, przez co ktoś zawsze musiał ją nad­zo­ro­wać i pouczać, aby jakąś głu­pią nie­uwagą nie spro­wa­dziła na grupę nie­bez­pie­czeń­stwa. Jed­no­cze­śnie to wła­śnie ona ich wszyst­kich chro­niła – gdyby nie jej zaklę­cia, pew­nie dawno już zosta­liby zlo­ka­li­zo­wani przez cza­ro­dzie­jów, któ­rzy opo­wie­dzieli się po stro­nie ludzi. Jedna nie­wła­ściwa runa i mie­liby na karku żoł­nie­rzy… Trwali więc w para­dok­sie: musieli pil­no­wać bez­tro­skiej Alex jak dziecka, zara­zem powie­rza­jąc jej magii swoje życie.

– Jest wię­cej jedze­nia – oznaj­miła teraz melo­dyj­nym gło­sem. Świa­tło z otwar­tej lodówki rzeź­biło jej pro­fil pla­mami ostrego świa­tła i cieni.

Erin miała ochotę zaci­snąć ręce na jej szyi.

– Szep­tem – syk­nęła ledwo sły­szal­nie. – Mów szep­tem, Alex, bła­gam cię!

Cza­ro­dziejka wyglą­dała na sko­ło­waną. Było nie­stety bar­dzo praw­do­po­dobne, że umknął jej cał­ko­wi­cie fakt, iż wła­mały się wła­śnie w środku nocy do cudzego domu.

– Masz rację, jest wię­cej – mruk­nęła Erin, tym razem sama do sie­bie, zaglą­da­jąc przy­ja­ciółce przez ramię. Żołą­dek skrę­cał jej się z głodu i widok wypcha­nych jedze­niem pó­łek był przy­tła­cza­jący. – Podaj mi nóż. Jak utniemy kawa­łek sera, to chyba nie zauważy, prawda?

Alex wzru­szyła ramio­nami.

Pod­kra­dali jedze­nie naj­rza­dziej, jak się dało i w nie­wiel­kich ilo­ściach, żeby wła­ści­ciel nie zwró­cił uwagi na braki. Po podziale mię­dzy ukry­wa­jącą się sió­demkę – Erin, Alex, Tatianę, Lizzy, Keitha, Anthony’ego i Diego – por­cje były żało­śnie nie­wiel­kie.

Na bla­cie obok lodówki pię­trzyły się jabłka. W szafce zna­la­zły trzy paczki chleba. Sta­rzec wyraź­nie nie zamie­rzał uda­wać się nie­ba­wem do sklepu i natych­miast wzbu­dziło to w Erin nie­po­kój. Czyżby zapo­wie­dziano kolejny lock­down? Gdy szó­stego maja w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ofi­cjal­nie ujaw­niono ist­nie­nie sen­tury, wie­ści te lotem bły­ska­wicy obie­gły cały świat, wzbu­dza­jąc napię­cia. Choć eko­no­miczne i poli­tyczne rela­cje mię­dzy­na­ro­dowe już nieco się uspo­ko­iły, zmiany wewnętrzne w każ­dym pań­stwie nabie­rały tempa. Aby być z nimi na bie­żąco, pró­bo­wali pod­słu­chi­wać pod oknem, gdy męż­czy­zna oglą­dał wia­do­mo­ści na sta­rym, trzesz­czą­cym tele­wi­zo­rze, ale nie zawsze to się uda­wało. Jed­nego mogli być pewni: polo­wa­nie na wam­piry i wil­ko­łaki trwało.

Ponie­waż spi­sek Mar­tina Gal­la­ghera się powiódł i zmien­no­kształtni, łowcy oraz cza­ro­dzieje z kraju w porę pod­jęli współ­pracę z ludźmi, celem łapa­nek były tylko dwa sen­tu­ralne rodzaje. Jak dotąd. Ludziom, któ­rzy zna­cząco domi­no­wali pod wzglę­dem liczeb­no­ści, nie­wiele mogłoby sta­nąć na dro­dze, gdyby zde­cy­do­wali się ści­gać też pozo­sta­łych.

Kąty pogrą­żo­nego w mroku domu wydały się nagle Erin jesz­cze czar­niej­sze.

– Myśla­łam, że Tatiana szła za tobą? – szep­nęła, zer­ka­jąc za sie­bie kon­tro­l­nie. Pusto.

Alex patrzyła w nie­ist­nie­jący punkt, pocie­ra­jąc poty­licę. Włosy odro­sły jej już nieco po zgo­le­niu głowy w Mal­la­roy, mimo to na­dal były kró­ciut­kie.

– Kto?

– Tatiana.

– Co?

Erin wes­tchnęła cicho, ale ciężko.

– Czy Tatiana wró­ciła do szopy? – zapy­tała ponow­nie, na­dal szep­tem, ale wol­niej i wyraź­niej. Za nie­wiel­kim domem znaj­do­wała się stara szopa z narzę­dziami i gra­tami. To tam koczo­wali przez więk­szość czasu.

– Nie. – Alex uśmiech­nęła się pro­mien­nie. – Powie­działa, że zosta­nie z tyłu, żeby patrzeć, czy w oknie nie zapala się świa­tło.

Erin ski­nęła głową.

– Chcesz iść pierw­sza?

– Co?

Z Alex było coraz gorzej. Im trud­niej­sza sta­wała się ich sytu­acja, tym moc­niej dziew­czyna ucie­kała do wnę­trza wła­snej głowy.

– Nie­ważne – mruk­nęła Erin z rezy­gna­cją. Nie miała siły cią­gle się powta­rzać.

Od czte­rech tygo­dni – od kiedy w noc zde­ma­sko­wa­nia urzą­dzono masowe aresz­to­wa­nia, a Mal­la­roy, które było jej nowym domem, zmie­niło się w pole bitwy – była bez prze­rwy zmę­czona. Wykoń­czona wszyst­kim: ucieczką, ukry­wa­niem się, walką o schro­nie­nie i jedze­nie, poszu­ki­wa­niem dostępu do wody, nie­usta­ją­cym lękiem, kosz­ma­rami, żałobą po ponie­sio­nych stra­tach i tęsk­notą za rodziną. Przede wszyst­kim jed­nak była zmę­czona bez­ce­lo­wo­ścią. Nic nie robili. Nie bie­gli w kon­kretną stronę, ale jedy­nie przed czymś ucie­kali. Zasta­na­wiała się cza­sem, jak długo można tak żyć. Jak długo można podą­żać po pro­stu przed sie­bie, byle dalej od zagro­że­nia. I czy w ogóle da się to nazwać życiem?! Potem przy­po­mi­nała sobie, że świat widział już takie histo­rie. Tyle było prze­śla­do­wań, tyle okru­cień­stwa, tyle nie­na­wi­ści. Nie byli pierwsi, nie będą ostatni.

– Idę do toa­lety – oznaj­miła wresz­cie cicho, zer­ka­jąc na Alex, która mam­ro­tała coś pod nosem. – Alex? Alex…?

Cza­ro­dziejka unio­sła palec, naka­zu­jąc Erin mil­cze­nie. Dopiero po chwili stało się jasne, że odna­wia jedno z zaklęć. Erin ski­nęła głową, wła­ści­wie sama do sie­bie, i ruszyła bez­sze­lest­nie w stronę łazienki.

Kiedy za pierw­szym razem wła­mali się do domu, miała okrop­nie spo­cone ręce i wra­że­nie, że serce wysko­czy jej przez gar­dło i narobi hałasu, ude­rza­jąc o pod­łogę. Tym­cza­sem teraz już nawet obmy­wała się w umy­walce. Prysz­nic wciąż wyda­wał się jed­nak za gło­śny.

Pierw­szy tydzień po ucieczce ze szkoły Erin wspo­mi­nała jako mie­sza­ninę brudu, bólu i para­li­żu­ją­cego lęku. Potem nade­szła peł­nia. Mia­sta roz­bły­sły set­kami poli­cyj­nych syren, lasy prze­cięły snopy reflek­to­rów z heli­kop­te­rów mili­tar­nych. Ile wil­ko­ła­ków zła­pano? Ile zastrze­lono, a ilu udało się uciec? Ilu zaata­ko­wało ludzi? Erin nie miała poję­cia. Z pew­no­ścią wiele.

Gdy Keith się zmie­nił, Alex i Diego cudem utrzy­mali go w kry­jówce za pomocą magii i run. Zakłó­ce­nie nor­mal­nego obco­wa­nia z ener­gią księ­ży­cową spra­wiło, że chło­pak spę­dził następne dwa dni, zwra­ca­jąc wszystko, co udało mu się prze­łknąć – ale co z tego?

Musieli iść dalej.

Na początku rato­wało ich chyba jedy­nie to, że ukry­wał się wraz z nimi Diego. Dys­po­no­wał impo­nu­jącą wie­dzą w zakre­sie sztuki prze­trwa­nia, jak na porząd­nego łowcę przy­stało, a do tego w szkole uczest­ni­czył w kur­sie, który miał mu pomóc wstą­pić w sze­regi pro­tek­to­rów. Stał się nie­za­stą­piony, bo myślał tro­chę jak prze­ciw­nik. Pro­blem pole­gał na tym, że nikt z przy­ja­ciół nie był do końca pewny, jak daleko sięga to podo­bień­stwo. Jesz­cze do nie­dawna Diego był szpie­giem – śle­dził poczy­na­nia Erin w Mal­la­roy na pole­ce­nie Gal­la­ghera. Ufa­nie mu było cho­ler­nie nie­bez­pieczne, ale jak mie­liby pora­dzić sobie bez niego?

Musieli ryzy­ko­wać.

Erin przy­mknęła oczy i obmyła twarz zimną wodą. Potem z ulgą się­gnęła po mydło, wspo­mi­na­jąc obskurne łazienki na zapo­mnia­nych sta­cjach ben­zy­no­wych i mętne wody w leśnych bajo­rach.

Dobre dwa tygo­dnie spę­dzili pra­wie non stop zaszyci w lesie, wycień­czeni i głodni, wciąż idąc w nie­okre­ślo­nym kie­runku. Dopiero kiedy cał­ko­wity zakaz prze­miesz­cza­nia się zastą­piono godziną poli­cyjną, odwa­żyli się zbli­żyć do cywi­li­za­cji. Od tego czasu kra­dli. Tu jedze­nie, tam ubra­nie albo inną przy­datną rzecz… Nie mieli pie­nię­dzy i nie mogli ich zdo­być. Aktyw­ność kart ban­ko­wych mogła być moni­to­ro­wana, tele­fony musieli wyrzu­cić na samym początku, bo – jak pouczył ich Diego – łowcy wyna­leźli sys­tem sczy­ty­wa­nia śla­dów sen­tury z sygna­łów GSM, przed któ­rym nie dało się ochro­nić żadną magią. Nie mogli też żebrać ani liczyć na miło­sier­dzie, bo nie potra­fili oce­nić, z kim mają do czy­nie­nia. Czy ta osoba stoi po stro­nie woj­ska? Czy to jeden ze zmien­no­kształt­nych, który ze stra­chu wspiera uprze­dzo­nych ludzi? Czy może czło­wiek, który mimo wszystko wie­rzy w dobroć wil­ko­ła­ków? Nie dało się tego prze­wi­dzieć, a pomyłka mogła ich słono kosz­to­wać. Lepiej było więc zakła­dać, że wszy­scy są źli. A potem ich okra­dać.

Pew­nego dnia, kiedy sie­dzieli pod wiatą nie­czyn­nego od dawna przy­stanku, Erin przy­szło do głowy, że może wła­śnie na tym polega sztuka prze­trwa­nia: trzeba zawsze zakła­dać naj­gor­sze, na wszelki wypa­dek. Może dokład­nie to samo robiła obec­nie więk­szość ludzi i ci cza­ro­dzieje, zmien­no­kształtni oraz łowcy, któ­rzy sta­nęli po ich stro­nie. Każdy tak naprawdę chciał jedy­nie prze­trwać, a wszystko inne – krew, ból, prze­moc, okru­cień­stwo, nie­na­wiść – poja­wiało się jako efekt uboczny stra­chu, a potem niczym śnieżna kula toczyło się dalej. Albo może nie, może zawsze cho­dzi o to samo: o wła­dzę i pie­nią­dze, i nie było jesz­cze w całej histo­rii świata okresu nie­prze­żar­tego zgni­li­zną. Taką wer­sję miała Tatiana. Erin wolała wie­rzyć we wła­sną, bo była w niej cho­ciaż odro­bina opty­mi­zmu.

Ktoś zapu­kał cicho w drzwi i dziew­czyna wzdry­gnęła się, wyrwana z zamy­śle­nia.

– Erin? – Szept Alex prze­bił się przez drewno, z któ­rego odła­ziła biała farba.

– Już, już. – Dziew­czyna wcią­gnęła na sie­bie przy­dużą koszulkę i wyszła do cza­ro­dziejki. – Łazienka twoja.

Alex nie ruszyła się z miej­sca.

– Alex?

– Co?

– Łazienka?

– Co?

Erin dostrze­gła błysk paniki w sza­ro­fio­le­to­wych oczach cza­ro­dziejki. Była to jed­nak tylko chwila i zaraz Alex uśmiech­nęła się sze­roko. Potem znik­nęła w łazience.

W kuchni Erin upew­niła się, że w ple­caku jest wszystko, co zamie­rzała wynieść tej nocy z domu do szopy, a następ­nie ostroż­nie usia­dła na jed­nym z krze­seł, uwa­ża­jąc, by nie zatrzesz­czało zbyt gło­śno. Po tygo­dniu spę­dzo­nym w tym miej­scu wie­działa już, na co uwa­żać.

W sta­rym domu oto­czo­nym polami i pastwi­skami miesz­kała jedna samotna osoba: chudy sta­rzec ze skórą znisz­czoną słoń­cem. Codzien­nie wsta­wał o świ­cie i jechał gdzieś czer­wo­nym, odra­pa­nym pick-upem. Druga część ich grupy wła­śnie wtedy zakra­dała się do posia­dło­ści.

Podział na osoby śpiące w dzień i śpiące w nocy powstał przede wszyst­kim ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, choć nie tylko. Erin wolała patrzeć na niebo, kiedy było czarne, a nie bole­śnie błę­kitne, jak oczy kogoś, kogo już z nią nie było. Tatiana od zawsze wybie­rała spo­kój nocy i szu­kała w nim teraz odro­biny kom­fortu, a Alex po pro­stu lubiła patrzeć w gwiazdy. Zmiany dzienne prze­jęli Keith, Lizzy i Diego, a Anthony… O Antho­nym pró­bo­wali nie roz­ma­wiać.

– Erin? – Smuga świa­tła wylała się na ciemną pod­łogę wraz z szep­tem Alex przez uchy­lone drzwi do łazienki. – Możesz?

Erin zbli­żyła się, wzięła wycią­gnięty w jej stronę mar­ker i sku­piła wzrok na ciele przy­ja­ciółki. Cza­ro­dziejka miała na sobie spor­towy top, a bluzkę trzy­mała w ręku. Jej ciało zdo­biło kilka zadra­pań i sinia­ków zaro­bio­nych gdzieś po dro­dze, nie­świa­do­mie – od spa­nia na twar­dej powierzchni albo nie­uważ­nego poru­sza­nia się po zagra­co­nej szo­pie. Uwagę przy­cią­gały jed­nak nie one, tylko czarne runy, które pokry­wały cały jej brzuch i plecy.

– Nie ruszaj się – mruk­nęła Erin, otwie­ra­jąc mar­ker. Wciąż wie­działa nie­wiele o magii i pra­wie nic o runach, ale nie sta­no­wiło to pro­blemu, bo jej zada­nie pole­gało tylko na popra­wieniu wybla­kłych śla­dów nową war­stwą per­ma­nent­nego tuszu. Nie miała poję­cia, czemu cza­ro­dziejka nie chce robić tego sama, ale z jakie­goś powodu bała się zapy­tać.

Przez pierw­sze kil­ka­na­ście dni Alex sta­ran­nie opi­sy­wała runami anty­lo­ka­li­za­cyj­nymi każde miej­sce, w któ­rym spali, a po dro­dze mam­ro­tała zaklę­cia. Potem wpa­dła na genialny pomysł, żeby z samej sie­bie zro­bić płótno. Teraz co kilka dni popra­wiali ukryte pod jej ubra­niami runy, które woda i pot ście­rały ze skóry. Było to spore uła­twie­nie logi­styczne, nie zmie­niało jed­nak ilo­ści magicz­nej ener­gii, którą dziew­czyna musiała odda­wać.

– Gotowe – oznaj­miła wresz­cie Erin. – Sie­dzimy tu zbyt długo, pora się wyno­sić – dodała.

Alex pod­nio­sła się z miej­sca i nacią­gnęła na sie­bie bluzkę.

– Dzięki.

– Nie ma za co.

– Co? – zapy­tała cza­ro­dziejka, zdez­o­rien­to­wana.

– Nie­ważne. – Erin wes­tchnęła, po czym coś jej się przy­po­mniało. Cof­nęła się cicho do kuchni i otwo­rzyła szafkę nad zle­wem, gdzie sta­rzec trzy­mał mocne alko­hole. Bute­lek było mniej niż ostat­nio. Prze­klęła cicho, zaci­ska­jąc dłoń moc­niej na drzwiach szafki, ale nic nie powie­działa.

Po chwili obie wyla­zły przez to okno, któ­rym weszły. Alex ruszyła bez­tro­skim kro­kiem w stronę szopy, nie­wzru­szona. Erin na otwar­tej prze­strzeni poczuła się natych­miast mniej pew­nie, ogar­nięta irra­cjo­nal­nym lękiem, że ktoś obser­wuje je z daleka. Przy­gar­biła się odru­chowo i rozej­rzała ner­wowo, szu­ka­jąc wzro­kiem Tatiany. Zmien­no­kształtna stała kawa­łek dalej i na nią patrzyła. Ski­nęły sobie deli­kat­nie gło­wami – ledwo zauwa­żalny, ale pełen wspar­cia gest sygna­li­zu­jący, że są w tym razem. Zbli­żyły się do sie­bie szybko i w mil­cze­niu ruszyły za Alex.

Spo­kój trwał tylko przez kil­ka­na­ście kro­ków. Po chwili Tatiana zła­pała Erin za przed­ra­mię, zatrzy­mu­jąc ją w miej­scu. W ciem­no­ści trudno było dostrzec wyraz jej twa­rzy, ale sam gest wystar­czył, by dziew­czyna zamarła, prze­ra­żona.

Coś sze­le­ściło w gęstwi­nie wyso­kich krza­ków tuż za szopą.

– Alex, stój! – syk­nęła cicho Erin.

Cza­ro­dziejka oczy­wi­ście nie usły­szała.

– Reszta na­dal śpi… – szep­nęła Tatiana drżą­cym gło­sem, pod­świa­do­mie ści­ska­jąc przed­ra­mię Erin jesz­cze moc­niej.

– Alex! – Pełen paniki szept Erin wciąż nie dawał efek­tów.

Liście trzę­sły się zauwa­żal­nie, ciszę nocy prze­ry­wał odgłos łama­nia drob­nych gałą­zek. Nie było wąt­pli­wo­ści, że ktoś prze­suwa się w ich stronę, ale cza­ro­dziejka rado­śnie zbli­żała się wciąż do nie­bez­pie­czeń­stwa, z głową zadartą do góry, by patrzeć w gwiazdy. Dzie­liło ją już tylko kilka metrów, jeden krok, drugi…

Anthony Tow­ner wypadł z krza­ków z kijem w ręku, nie­bez­piecz­nie się zata­cza­jąc.

– Ej! – rzu­cił gło­śno i z wyrzu­tem, bo ledwo unik­nął zde­rze­nia z cza­ro­dziejką.

– Dzień dobry – odpo­wie­działa uprzej­mie Alex.

Strach Erin momen­tal­nie prze­isto­czył się we wście­kłość.

– Trzy­maj mnie, bo go zamor­duję – syk­nęła do Tatiany, która wolno wypusz­czała powie­trze.

Z ciał ich obu ulot­niło się napię­cie.

– Czy wie­cie, że – zaczął Anthony, wciąż koły­sząc się na boki i nawet nie pró­bu­jąc ści­szyć głosu – te krzaki to labi­rynt? Można się w nich zgu­bić, kurde…

– Tony, zamknij się – ostrze­gła Erin, mie­rząc go dość wro­gim spoj­rze­niem.

W sto­ją­cym przed nią chło­paku trudno było dopa­trzyć się odpo­wie­dzial­nego lidera brac­twa zmien­no­kształt­nych z Mal­la­roy. Brą­zowe, krę­cone włosy ster­czały na boki, brudne i potar­gane, skóra pełna była drob­nych zadra­pań, a wymięty T-shirt zdo­biła na środku spo­rej wiel­ko­ści plama. Śmier­działo od niego alko­ho­lem na metr, ale nawet bez tego widać było jak na dłoni, że jest nawa­lony. Naj­gor­sze były jed­nak jego oczy: puste i obce.

– Musisz się zamknąć – prze­drzeź­niał ją Anthony z nutą drwiny, która poja­wiała się, gdy pił. – Sama musisz się… Ej, ej, ej! – zapro­te­sto­wał gło­śno, bo Erin ode­brała mu kij, któ­rym już zaczy­nał wyma­chi­wać. – To było – czknął – moje. – Wciąż nie ści­szał głosu, wręcz prze­ciw­nie.

Tatiana bała się, że w oknie na pię­trze pojawi się świa­tło.

– Musimy zacho­wać ciszę, prze­cież dobrze wiesz.

Chło­pak zaczął mam­ro­tać coś pod nosem, wyraź­nie nie­za­do­wo­lony, ale przy­naj­mniej nie wsz­czął kłótni. Zamiast tego roz­glą­dał się na boki, jak gdyby usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć, gdzie w ogóle się znaj­duje. Przy­ja­ciółki wymie­niły spoj­rze­nia. Były sfru­stro­wane i zmę­czone, lecz nie zasko­czone.

– Poszu­kam butelki – oznaj­miła wresz­cie chłodno Tatiana, marsz­cząc nos na obecny wciąż w powie­trzu, ostry zapach alko­holu i wymio­cin. – Pew­nie porzu­cił ją gdzieś w krza­kach. Znowu. – Znik­nęła w gąsz­czu zie­leni, zro­biła to jed­nak ze znacz­nie więk­szą gra­cją niż zmien­no­kształtny.

Anthony tym­cza­sem ruszył w sobie tylko zna­nym kie­runku, zata­cza­jąc się żało­śnie. Znów zaczął coś mówić, ale wyszedł z tego jedy­nie beł­kot. Po chwili potknął się o wła­sne stopy i upadł na trawę, zano­sząc się gło­śnym śmie­chem.

Erin w dwóch susach zna­la­zła się przy chło­paku.

– Cho­lera jasna, Tony! – syk­nęła z mie­sza­niną zło­ści i nie­do­wie­rza­nia w gło­sie.

Anthony był w roz­sypce od pierw­szych dni wspól­nej ucieczki. Na początku funk­cjo­no­wał tylko w zmien­no­kształt­nej postaci wiel­kiego psa, potem jed­nak, gdy zaczęli się od czasu do czasu zbli­żać do cywi­li­za­cji, przy­brał w końcu ludzką. Wtedy też zaczął się sta­czać. Nikt jed­nak nie zauwa­żył, co się kroi, aż było za późno. Teraz rzadko uda­wało im się widzieć go trzeź­wego. Plą­tał się zawsze gdzieś z tyłu, sam ze sobą i butel­kami wsze­la­kiego świń­stwa, które kradł, nara­ża­jąc się na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Kie­dyś był jedną z naj­od­po­wie­dzial­niej­szych osób, jakie Erin znała. Teraz leżał na brud­nej ziemi, w alko­ho­lo­wym odrę­twie­niu, dła­wiąc się niskim, pustym recho­tem. Poko­nany.

Na początku Erin czuła głów­nie żal, potem na pro­wa­dze­nie wyszła złość, aż wresz­cie – strach. Każdy ma limit złych rze­czy, które jest w sta­nie znieść, zanim wpad­nie w prze­paść zadrę­czo­nego umy­słu. Teraz, patrząc na tak odmie­nio­nego Anthony’ego, trudno było nie zada­wać sobie pyta­nia: jak bli­sko tej gra­nicy jest cała reszta grupy? Jak daleko ona sama stoi od prze­pa­ści?

Tatiana wyło­niła się z krza­ków z pra­wie pustą butelką wódki. Nie powie­działa nic, zmie­rzyła jedy­nie leżą­cego na ziemi chło­paka spoj­rze­niem peł­nym nie­po­koju i nie­chęci. Zmien­no­kształtny roz­ło­żył ręce i nogi sze­roko na tra­wie i wybuchł kolej­nym napa­dem śmie­chu. Było w tym odgło­sie coś nie­wła­ści­wego. Jakieś echo ciem­no­ści, lęku i śmierci, które spra­wiło, że po ple­cach Erin prze­bie­gły ciarki.

– On jest za gło­śny – szep­nęła Tatiana z iry­ta­cją. – Tow­ner, chcesz nas zde­ma­sko­wać?

Zero reak­cji. Śmiech rósł w siłę. Okno na pię­trze pozo­sta­wało ciemne. Przy­ja­ciółki czuły nara­sta­jącą panikę.

– Tony! – jęk­nęła bła­gal­nie Erin, a potem przy­kuc­nęła i zakryła mu dło­nią usta. Musiały go uci­szyć za wszelką cenę, bo sytu­acja prze­ra­dzała się w praw­dziwe zamie­sza­nie, a oni nie byli bez­pieczni.

Ni­gdy nie byli bez­pieczni.

– Mpfhh. – Anthony szarp­nął głowę w bok, uwal­nia­jąc usta spod jej dłoni, i mach­nął ręką na oślep, pró­bu­jąc je odgo­nić. – No co?! Odwal się. – Prze­tur­lał się na bok, wydał z sie­bie dziwny odgłos i zaczął się pod­no­sić. Udało mu się, ale stał chwiej­nie, raz po raz przy­my­ka­jąc oczy, bo zale­wały go fale mdło­ści.

– Na to się nie da patrzeć… – szep­nęła Tatiana, lecz nie odwró­ciła wzroku.

– No co?! – powtó­rzył pro­wo­ka­cyj­nie Anthony, znowu pod­no­sząc głos.

– Szzz. – Erin przy­ło­żyła w panice palec do wła­snych ust. – Bła­gam cię, Anthony. Musisz być cicho.

– Bo co?! Muszę być cicho, bo co?!

Od czte­rech tygo­dni każde z nich pró­bo­wało stać się nie­wi­dzialne, a Anthony Tow­ner stał nie­da­leko domu, gdzie spał czło­wiek, i darł się jak opę­tany.

– Alex, możesz coś zro­bić?! – Tatiana odwró­ciła się w stronę błą­dzą­cej w pobliżu cza­ro­dziejki. W jej gło­sie, obok lęku, cza­iła się praw­dziwa złość.

– Co? – padła roz­ko­ja­rzona odpo­wiedź.

– BĘDĘ GŁO­ŚNO, NO I CO?! – Anthony kiwał się na boki, wyma­chu­jąc rękoma.

– Bła­gam cię…

– Alex! – Tatiana chwy­tała się ostat­niej deski ratunku, ska­cząc wzro­kiem od okien domu do cza­ro­dziejki i z powro­tem. – Pro­szę, ucisz jakoś magią Anthony’ego!

– HALO? Czy ktoś mnie sły­szy!? – Zmien­no­kształtny znów zaniósł się śmie­chem.

– Tony, spójrz na mnie…

– Co?

– Ucisz go!

– NO I CO MI ZRO­BISZ?!

– ZAMKNIJ SIĘ! – Tatiana nie wytrzy­mała.

Wszy­scy zamarli. Upra­gniona cisza, która zapa­dła, pełna była napię­cia. W oknach na­dal nie poja­wiło się świa­tło, ale może męż­czy­zna już wybie­rał w ciem­no­ści numer alar­mowy.

Anthony chwilę wodził nie­za­do­wo­lo­nym, choć pozba­wio­nym sku­pie­nia wzro­kiem mię­dzy Erin a Tatianą, sta­ra­jąc się obmy­ślić kolejny ruch. Potem zgiął się wpół i zwy­mio­to­wał.

– Powin­ni­śmy go wyrzu­cić z szopy na stałe – rzu­ciła Tatiana surowo, z maską obo­jęt­no­ści na twa­rzy. – Jak zacznie rzy­gać w środku, to będziemy mieć kolejny pro­blem.

– Wciąż cię sły­szę­ęęę… – zanu­cił Anthony prze­śmiew­czo.

– I dobrze – odcięła się chłodno zmien­no­kształtna. Widać było, że nie jest w sta­nie dalej dusić w sobie zło­ści, ale była na tyle odpo­wie­dzialna, by pozo­stać przy szep­cie. – Myślisz, że tylko tobie jest ciężko? Że tylko ty coś stra­ci­łeś? Weź się w garść. Jeśli nasze życia cię nie obcho­dzą, pomyśl przy­naj­mniej o wła­snej sio­strze!

Pełne nie­po­koju spoj­rze­nie Erin prze­nio­sło się na Tatianę. Zmien­no­kształtna od tygo­dni trzy­mała głowę wysoko, odgry­wa­jąc rolę sil­nej i roz­sąd­nej. Jeśli dotarła wła­śnie do limitu wytrzy­ma­ło­ści, było to zro­zu­miałe, ale cho­ler­nie, cho­ler­nie nie­ko­rzystne.

Anthony wydał z sie­bie stłu­miony, gorzki odgłos roz­ba­wie­nia, odsu­wa­jąc się od wła­snych wymio­cin.

– A weź się odwal, Tatiana. – Już nie krzy­czał, za to tro­chę beł­ko­tał. Wycią­gał z sie­bie słowa, jakby były lep­kie i zosta­wały mu czę­ściowo na języku. – Jaki ty masz pro­blem, co? – Prze­rwał, żeby czknąć. – No? Że cię chło­pak okła­mał, ta? Bo jak spraw­dza­łem ostat­nim razem, to na­dal za nami łaził. Jeśli mu nie umiesz wyba­czyć, to… – Wyko­nał czy­telne tylko dla sie­bie mach­nię­cie ręką i nie dokoń­czył.

Alko­hol robił z Anthony’ego praw­dzi­wego chama. Wszy­scy mieli już oka­zję się o tym prze­ko­nać. Zda­wali sobie sprawę, że szuka odrę­twie­nia, by nie czuć bólu. Trudno było jed­nak patrzeć na niego ze współ­czu­ciem.

– Wystar­czy – zażą­dała Erin, chcąc chro­nić uczu­cia przy­ja­ciółki.

W Mal­la­roy Tatiana Len­nox po raz pierw­szy w życiu się zako­chała – w poważ­nym łowcy ze star­szej klasy. Potem wyszło na jaw, że Diego Vélez Reyes w sekre­cie pil­nuje Erin na pole­ce­nie Mar­tina Gal­la­ghera. Szó­stego maja świat sen­tury sta­nął w pło­mie­niach, a serce Tatiany obro­sło lodem. Nie ma nic gor­szego, niż zawieść zaufa­nie osoby, która pra­wie przed nikim się nie otwiera.

– Ach tak, taaak. No i prze-ż jesz­cze złote dziecko, Erin Lamf- Lan­ford… – beł­ko­tał Anthony, chwie­jąc się na nogach. – Włą­czyła radio­wę­zeł szkolny, co? I połowa uczniów padła tru­pem…

Erin zaci­snęła ręce, a jej oczy zaszkliły się nie­bez­piecz­nie.

– Ktoś musiał ich ostrzec, Tony! Prze­cież tam byłeś, widzia­łeś… – bro­niła się, pró­bu­jąc prze­ko­nać nie tylko jego, ale też sie­bie. – Zła­pa­liby wszyst­kich w łóż­kach… – dodała słab­szym gło­sem. Powinna być już odporna na paskudne tek­sty Tow­nera, ale ten nawet pijany wie­dział, gdzie ude­rzyć.

Gdy woj­sko weszło w nocy na teren Szkoły Sen­tu­ral­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya, Erin użyła radio­wę­zła, by obu­dzić uczniów w inter­na­cie. Liczyła, że wam­pi­rom i wil­ko­ła­kom uda się jakoś uciec. I w przy­padku nie­któ­rych tak się stało. Wznie­ciła też jed­nak panikę, przez co osoby wszyst­kich rodza­jów wypa­dły na kory­ta­rze i to, co pla­no­wano jako spo­kojne poj­ma­nie, zmie­niło się w krwawą walkę. Nie­jed­nej nocy zasta­na­wiała się, czy w osta­tecz­nym roz­ra­chunku sie­dze­nie cicho nie oca­li­łoby więk­szej liczby ist­nień.

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście… – Słowa zmien­no­kształt­nego obcią­żone były gory­czą nie tylko alko­holu. – Chcia-ś rato­wać przy­ja­ciół? No i pr-szę bar­dzo, wyszło! – Roz­ło­żył ręce. – Pr-szę bar­dzo, no to liczy-y-my, liczymy… Keith? Jest, jest. Tatiana? Stoi, tutaj, o tutaj! Lizzy, Alex? M-hm. – Czknął, a potem znowu zaśmiał się gorzko. – A chce­cie wie­dzieć, kto był moim przy­ja­cie­lem? – Zro­bił chwiejny krok do przodu i pod­niósł głowę, by spoj­rzeć pro­sto na Erin. – Isaac. Jess. Annie. Wie­cie… Wie­cie, co ich wszyst­kich łączy? – Dopiero teraz, w nikłym świe­tle księ­życa, Erin dostrze­gła, że w jego oczach błysz­czą łzy. – Mar­twi. Wszy­scy są mar­twi. Wszy­scy na naszych oczach… Na moich oczach…

Cisza, która zapa­dła po tych sło­wach, była tak dru­zgo­cąca, że przez chwilę Erin zaczęła tęsk­nić za nara­ża­ją­cymi ich na nie­bez­pie­czeń­stwo krzy­kami.

– Masz Lizzy – zauwa­żyła cicho. Czuła, że jej słowa brzmią idio­tycz­nie, ale nie mogła już znieść mil­cze­nia. – Masz nas…

– Nie wiesz – wymam­ro­tał Anthony. Jego wzrok powę­dro­wał w stronę butelki, którą Tatiana wciąż trzy­mała. – Nic nie rozu­mie­cie. Nie rozu­mie­cie…

Erin poczuła, że zie­mia osuwa się jej pod nogami. Nie rozu­miała? Miała bliź­niaczkę po złej stro­nie tej prze­klę­tej wojny i widziała, jak życie gaśnie w błę­kit­nych oczach Michae… Nie. Nie­ważne.

Jeśli boli cię serce, zamień je w kamień, a gdy zacznie ci cią­żyć w klatce pier­sio­wej, wyrzuć. Nic już z niego nie będzie.

– Więc o to cho­dzi? – Tatiana brzmiała oschle, zamknięta za ścianą pozor­nej obo­jęt­no­ści. Dla bez­pie­czeń­stwa. – Chcesz nas wszyst­kich pocią­gnąć na dno?

Anthony prych­nął tylko, czknął i zaczął nie­po­rad­nie chwy­tać za wła­sny T-shirt.

– Tony, nie… – zaczęła Erin, ale było za późno. Chło­pak wśli­zgnął się w skórę dużego, burego kun­dla i zata­cza­jąc się na czte­rech łapach, wyplą­tał z reszty ubrań, a potem ruszył w stronę jedy­nej drogi w zasięgu ich wzroku.

– Zostaw go – pora­dziła Tatiana z wes­tchnie­niem. – Niech idzie.

Erin skrzy­wiła się w mil­cze­niu.

Tatiana spoj­rzała na nią tro­chę nie­pew­nie. Wąt­pli­wo­ści rosły.

– Myślisz, że… – W jej tonie poja­wiło się poczu­cie winy. – Nie powin­nam reago­wać aż tak ostro, wiem. Nikomu to nie pomaga. Jestem po pro­stu…

– …zmę­czona – dokoń­czyła za nią Erin.

Przy­ja­ciółka poki­wała głową. Chwilę roz­ma­wiały ze sobą bez słów, samymi spoj­rze­niami. Ostat­nimi czasy nie­które rze­czy dało się prze­ka­zać tylko w ten spo­sób.

– Ta jest ładna – oznaj­miła Alex, o któ­rej pra­wie zapo­mniały. Wciąż stała nie­opo­dal i wska­zy­wała pal­cem jakąś gwiazdę na nie­bie.

Erin i Tatiana pra­wie rów­no­cze­śnie przy­mknęły oczy, czu­jąc nara­sta­jącą bez­rad­ność. Ich uwagę szybko przy­cią­gnął jed­nak kolejny obcy szmer. Nie były same.

Pod ścianą szopy sie­dział jasno­brą­zowy kró­lik, który wyglą­dał jak Yorick, ale nim nie był, o czym świad­czył wyraźny brak pogardy w spoj­rze­niu. Zwie­rzę drgnęło, przy­ła­pane, i umknęło do szopy.

Tatiana przy­ło­żyła palce do skroni i roz­ma­so­wała je despe­racko, muska­jąc opusz­kami kró­ciut­kie, cia­sno skrę­cone loki.

– Ta noc się nie koń­czy…

– Myślisz, że wszystko sły­szała? – zapy­tała głu­pio Erin.

Obie wie­działy, jaka jest odpo­wiedź, i ruszyły śla­dem Lizzy Tow­ner, któ­rej zmien­no­kształtną formą był kró­lik.

W szo­pie pano­wał chaos. Wszę­dzie walały się rupie­cie: zardze­wiałe gra­bie, zepsute skrzy­nie, stare czę­ści maszyn rol­ni­czych, a także – na szczę­ście dla nich – kilka koców i poszar­pane plan­deki. Z tych ostat­nich uło­żyli pro­wi­zo­ryczne lego­wi­ska tam, gdzie udało się zna­leźć pusty kawa­łek pod­łogi. Koło drzwi leżał Diego. Erin była pra­wie pewna, że obu­dził się od krzy­ków Anthony’ego, ale wyraź­nie nie chciał dać tego po sobie poznać. Kawa­łek dalej, za sta­rym kar­to­nem i wiel­kim, nie­dzia­ła­ją­cym sil­ni­kiem, chra­pał cicho Keith.

Erin i Tatiana skie­ro­wały się w stronę gru­bego, zaku­rzo­nego koca. Wiel­kość wybrzu­sze­nia suge­ro­wała, że Lizzy zmie­niła się już pod nim w ludzką formę. Tuż obok leżał zwi­nięty w kulkę Yorick, ten praw­dziwy.

– Liz – zaczęła łagod­nie Erin. Przy­klę­kła obok przy­ja­ciółki, ostroż­nie kła­dąc rękę w miej­scu, gdzie, jak zga­dy­wała, znaj­do­wały się jej plecy.

Lizzy nie odpo­wie­działa. Sły­chać za to było cichy szloch.

– Wróci rano – szep­nęła Tatiana, mając oczy­wi­ście na myśli Anthony’ego. Kuc­nęła obok Erin. – Na pewno wróci. Ni­gdy nie prze­sta­nie być twoim bra­tem. Zawsze będzie cię kochać, nawet jeśli nie umie teraz tego oka­zy­wać.

Stan Anthony’ego nikogo nie ranił tak mocno jak jego młod­szej sio­stry, Lizzy. Pogrą­żony w żało­bie po tych, któ­rych utra­cił, prze­sta­wał dostrze­gać tych, któ­rzy dalej przy nim trwali. Roz­pacz ma tę prze­wrotną naturę, że odcina czło­wieka od innych, jakby celowo robiła miej­sce kolej­nemu nie­szczę­ściu.

Spod brud­nego koca wychy­nęły naj­pierw jasne, krę­cone włosy, potem czer­wone, opuch­nięte oczy, wresz­cie pie­go­waty nos i okrą­głe policzki. Przez chwilę Lizzy tylko mru­gała, gapiąc się w sufit, żeby powstrzy­mać nową falę łez.

– Nie mia­łam poję­cia… – zaczęła wresz­cie i urwała, prze­ły­ka­jąc ślinę. Widać było, że ciężko jej prze­ci­snąć słowa przez gar­dło. – Nie mia­łam poję­cia, że to było aż tak poważne, wie­cie? On i Annie…

Cza­sem Erin miała wra­że­nie, że coraz rza­dziej komu­kol­wiek z nich udaje się koń­czyć zda­nia. Wszyst­kie słowa ury­wały się, zastę­po­wane przez zna­czącą ciszę. Z tygo­dnia na tydzień rze­czy­wi­stość robiła się coraz bar­dziej… nie do wypo­wie­dze­nia.

– Cza­sem żar­to­wał przy rodzi­cach, że się jej oświad­czy – kon­ty­nu­owała Lizzy, pocią­ga­jąc nosem. – Albo mówił nam, jak nazwą swoje dzieci, ale to było takie… To zawsze było nie do końca serio. Tak myśle­li­śmy. Ale on chyba naprawdę miał plan…

Anthony chciał oddać zmien­no­kształt­nej Annie całe swoje życie, ale ona umarła, więc teraz nie miał co z tym życiem zro­bić.

Erin objęła Lizzy mocno. Jej też chciało się pła­kać.

– Wszystko będzie z nim w porządku – szep­nęła, pró­bu­jąc prze­ko­nać i Lizzy, i sie­bie. – Z nami też wszystko będzie w porządku.

– Obie­cu­jesz? – zapy­tała cicho zmien­no­kształtna.

Erin zamil­kła.

– Lepiej nie – wtrą­ciła ponuro Tatiana, przy­ci­ska­jąc do nich swoje ramię. Nie lubiła przy­tu­la­nia, mimo to chciała jakoś w tej bli­sko­ści uczest­ni­czyć.

Lizzy otarła policzki wierz­chem dłoni i zaśmiała się cicho, tro­chę smutno, lecz szcze­rze.

– Mądrze – stwier­dziła z cie­niem uśmie­chu.

Erin kiw­nęła głową.

– Tatiana zawsze ma rację – zgo­dziła się, przy­wo­łu­jąc przy­pad­kiem echo bez­tro­skich, wie­czor­nych roz­mów w pokoju numer 465 w inter­na­cie Mal­la­roy.

Nawet Tatia­nie zakrę­ciły się łzy w oczach.

Yorick łypał na nie, jak zawsze pogar­dli­wie, a one pła­kały cicho razem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij