-
nowość
-
promocja
Dzieci Mallaroy - ebook
Dzieci Mallaroy - ebook
Kontynuacja trylogii Mallaroy hitu Wattpada.
Dark urban fantasy z elementami thrillera politycznego i motywem prześladowań.
Wczoraj Erin Lanford udawała swoją bliźniaczkę w niezwykłej szkole Mallaroy, dziś wraz z pozostałymi uczniami walczy o przetrwanie. Wszystko dlatego, że sentura zderzyła się z naturą: wampiry, wilkołaki, zmiennokształtni, łowcy i czarodzieje desperacko próbują znaleźć dla siebie nowe miejsce wśród ludzi. W wirze paskudnej propagandy, policyjnych łapanek, tajnych baz, niewygodnych romansów, wyrzutów sumienia, zdradzonego zaufania, tęsknoty, strachu, głodu i zmęczenia grupa nastolatków zmuszona jest nieustannie wybierać: kiedy stawiać aktywny opór, a kiedy odwracać wzrok?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8457-052-4 |
| Rozmiar pliku: | 5,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1.
Stan obecny
Czerwcowe noce miały w sobie resztki utraconej beztroski. Powietrze było wciąż ciepłe, ale znikały bezlitosna duchota i męczący skwar, a dławiący strach przed pojmaniem tracił nieco na intensywności. Niebo z boleśnie błękitnego zmieniało się w kojąco czarne, ulice pustoszały, a panujący na nich spokój tylko czasem zakłócały odgłosy przyspieszonych kroków w ciężkich, wojskowych butach albo walenie pięściami w drzwi. Na sklepowych półkach nie brakowało już towarów, za to podtrzymywano oficjalny stan wyjątkowego zagrożenia, godzinę policyjną i liczne blokady drogowe.
Pierwsze fale szoku po globalnym ujawnieniu sentury zaczęły opadać, świat nigdy już nie miał być natomiast taki sam i Erin Lanford szybko odkryła, że łatwiej jej stawiać mu czoła pod osłoną milczącej ciemności.
To milczenie diabli wzięli, gdy coś trzasnęło głośno. Erin wstrzymała oddech, a jej ciało spięło się momentalnie, podświadomie szykując się do biegu. Odwróciła się i spojrzała na Alex. Czarodziejka przełożyła właśnie pierwszą nogę nad parapetem i siedziała teraz na nim okrakiem.
– Alex! – W szepcie dziewczyny słychać było panikę. – Diego powtarzał tysiąc razy, by uważać na ten wazon!
Alex zmarszczyła brwi.
– Co?
Erin zignorowała pytanie. Przyłożyła jedynie palec do ust, nakazując ciszę. Przez moment stała w bezruchu, nasłuchując. Wreszcie odetchnęła z ulgą, ale jej serce wciąż uderzało zbyt szybko.
– Nie obudził się. Właź dalej – ponagliła najciszej, jak się dało. – Tylko ostrożnie!
Gdy obie znalazły się w spowitym mrokiem salonie, chwilę zajęło im szukanie wazonu, który przeturlał się pod stół po tym, jak spadł z parapetu.
– Nie pękł – stwierdziła Erin po nerwowych oględzinach.
Alex nie odpowiedziała. Spojrzała w sufit i na jej twarzy pojawiło się skupienie, ale zaraz odwróciła się gwałtownie w bok, jak gdyby rozproszyło ją coś niewidzialnego. Potem ruszyła beztroskim krokiem w głąb niewielkiego domu, w stronę otwartej kuchni.
Erin westchnęła, odstawiła plastikowy wazon z powrotem na parapet, po czym ruszyła w ślad za czarodziejką.
Obcowania z Alex Hughes trzeba się było nauczyć. Sprawiała wrażenie, jakby zupełnie nie przejmowała się kryzysem, i coraz częściej była całkowicie nieobecna myślami, przez co ktoś zawsze musiał ją nadzorować i pouczać, aby jakąś głupią nieuwagą nie sprowadziła na grupę niebezpieczeństwa. Jednocześnie to właśnie ona ich wszystkich chroniła – gdyby nie jej zaklęcia, pewnie dawno już zostaliby zlokalizowani przez czarodziejów, którzy opowiedzieli się po stronie ludzi. Jedna niewłaściwa runa i mieliby na karku żołnierzy… Trwali więc w paradoksie: musieli pilnować beztroskiej Alex jak dziecka, zarazem powierzając jej magii swoje życie.
– Jest więcej jedzenia – oznajmiła teraz melodyjnym głosem. Światło z otwartej lodówki rzeźbiło jej profil plamami ostrego światła i cieni.
Erin miała ochotę zacisnąć ręce na jej szyi.
– Szeptem – syknęła ledwo słyszalnie. – Mów szeptem, Alex, błagam cię!
Czarodziejka wyglądała na skołowaną. Było niestety bardzo prawdopodobne, że umknął jej całkowicie fakt, iż włamały się właśnie w środku nocy do cudzego domu.
– Masz rację, jest więcej – mruknęła Erin, tym razem sama do siebie, zaglądając przyjaciółce przez ramię. Żołądek skręcał jej się z głodu i widok wypchanych jedzeniem półek był przytłaczający. – Podaj mi nóż. Jak utniemy kawałek sera, to chyba nie zauważy, prawda?
Alex wzruszyła ramionami.
Podkradali jedzenie najrzadziej, jak się dało i w niewielkich ilościach, żeby właściciel nie zwrócił uwagi na braki. Po podziale między ukrywającą się siódemkę – Erin, Alex, Tatianę, Lizzy, Keitha, Anthony’ego i Diego – porcje były żałośnie niewielkie.
Na blacie obok lodówki piętrzyły się jabłka. W szafce znalazły trzy paczki chleba. Starzec wyraźnie nie zamierzał udawać się niebawem do sklepu i natychmiast wzbudziło to w Erin niepokój. Czyżby zapowiedziano kolejny lockdown? Gdy szóstego maja w Stanach Zjednoczonych oficjalnie ujawniono istnienie sentury, wieści te lotem błyskawicy obiegły cały świat, wzbudzając napięcia. Choć ekonomiczne i polityczne relacje międzynarodowe już nieco się uspokoiły, zmiany wewnętrzne w każdym państwie nabierały tempa. Aby być z nimi na bieżąco, próbowali podsłuchiwać pod oknem, gdy mężczyzna oglądał wiadomości na starym, trzeszczącym telewizorze, ale nie zawsze to się udawało. Jednego mogli być pewni: polowanie na wampiry i wilkołaki trwało.
Ponieważ spisek Martina Gallaghera się powiódł i zmiennokształtni, łowcy oraz czarodzieje z kraju w porę podjęli współpracę z ludźmi, celem łapanek były tylko dwa senturalne rodzaje. Jak dotąd. Ludziom, którzy znacząco dominowali pod względem liczebności, niewiele mogłoby stanąć na drodze, gdyby zdecydowali się ścigać też pozostałych.
Kąty pogrążonego w mroku domu wydały się nagle Erin jeszcze czarniejsze.
– Myślałam, że Tatiana szła za tobą? – szepnęła, zerkając za siebie kontrolnie. Pusto.
Alex patrzyła w nieistniejący punkt, pocierając potylicę. Włosy odrosły jej już nieco po zgoleniu głowy w Mallaroy, mimo to nadal były króciutkie.
– Kto?
– Tatiana.
– Co?
Erin westchnęła cicho, ale ciężko.
– Czy Tatiana wróciła do szopy? – zapytała ponownie, nadal szeptem, ale wolniej i wyraźniej. Za niewielkim domem znajdowała się stara szopa z narzędziami i gratami. To tam koczowali przez większość czasu.
– Nie. – Alex uśmiechnęła się promiennie. – Powiedziała, że zostanie z tyłu, żeby patrzeć, czy w oknie nie zapala się światło.
Erin skinęła głową.
– Chcesz iść pierwsza?
– Co?
Z Alex było coraz gorzej. Im trudniejsza stawała się ich sytuacja, tym mocniej dziewczyna uciekała do wnętrza własnej głowy.
– Nieważne – mruknęła Erin z rezygnacją. Nie miała siły ciągle się powtarzać.
Od czterech tygodni – od kiedy w noc zdemaskowania urządzono masowe aresztowania, a Mallaroy, które było jej nowym domem, zmieniło się w pole bitwy – była bez przerwy zmęczona. Wykończona wszystkim: ucieczką, ukrywaniem się, walką o schronienie i jedzenie, poszukiwaniem dostępu do wody, nieustającym lękiem, koszmarami, żałobą po poniesionych stratach i tęsknotą za rodziną. Przede wszystkim jednak była zmęczona bezcelowością. Nic nie robili. Nie biegli w konkretną stronę, ale jedynie przed czymś uciekali. Zastanawiała się czasem, jak długo można tak żyć. Jak długo można podążać po prostu przed siebie, byle dalej od zagrożenia. I czy w ogóle da się to nazwać życiem?! Potem przypominała sobie, że świat widział już takie historie. Tyle było prześladowań, tyle okrucieństwa, tyle nienawiści. Nie byli pierwsi, nie będą ostatni.
– Idę do toalety – oznajmiła wreszcie cicho, zerkając na Alex, która mamrotała coś pod nosem. – Alex? Alex…?
Czarodziejka uniosła palec, nakazując Erin milczenie. Dopiero po chwili stało się jasne, że odnawia jedno z zaklęć. Erin skinęła głową, właściwie sama do siebie, i ruszyła bezszelestnie w stronę łazienki.
Kiedy za pierwszym razem włamali się do domu, miała okropnie spocone ręce i wrażenie, że serce wyskoczy jej przez gardło i narobi hałasu, uderzając o podłogę. Tymczasem teraz już nawet obmywała się w umywalce. Prysznic wciąż wydawał się jednak za głośny.
Pierwszy tydzień po ucieczce ze szkoły Erin wspominała jako mieszaninę brudu, bólu i paraliżującego lęku. Potem nadeszła pełnia. Miasta rozbłysły setkami policyjnych syren, lasy przecięły snopy reflektorów z helikopterów militarnych. Ile wilkołaków złapano? Ile zastrzelono, a ilu udało się uciec? Ilu zaatakowało ludzi? Erin nie miała pojęcia. Z pewnością wiele.
Gdy Keith się zmienił, Alex i Diego cudem utrzymali go w kryjówce za pomocą magii i run. Zakłócenie normalnego obcowania z energią księżycową sprawiło, że chłopak spędził następne dwa dni, zwracając wszystko, co udało mu się przełknąć – ale co z tego?
Musieli iść dalej.
Na początku ratowało ich chyba jedynie to, że ukrywał się wraz z nimi Diego. Dysponował imponującą wiedzą w zakresie sztuki przetrwania, jak na porządnego łowcę przystało, a do tego w szkole uczestniczył w kursie, który miał mu pomóc wstąpić w szeregi protektorów. Stał się niezastąpiony, bo myślał trochę jak przeciwnik. Problem polegał na tym, że nikt z przyjaciół nie był do końca pewny, jak daleko sięga to podobieństwo. Jeszcze do niedawna Diego był szpiegiem – śledził poczynania Erin w Mallaroy na polecenie Gallaghera. Ufanie mu było cholernie niebezpieczne, ale jak mieliby poradzić sobie bez niego?
Musieli ryzykować.
Erin przymknęła oczy i obmyła twarz zimną wodą. Potem z ulgą sięgnęła po mydło, wspominając obskurne łazienki na zapomnianych stacjach benzynowych i mętne wody w leśnych bajorach.
Dobre dwa tygodnie spędzili prawie non stop zaszyci w lesie, wycieńczeni i głodni, wciąż idąc w nieokreślonym kierunku. Dopiero kiedy całkowity zakaz przemieszczania się zastąpiono godziną policyjną, odważyli się zbliżyć do cywilizacji. Od tego czasu kradli. Tu jedzenie, tam ubranie albo inną przydatną rzecz… Nie mieli pieniędzy i nie mogli ich zdobyć. Aktywność kart bankowych mogła być monitorowana, telefony musieli wyrzucić na samym początku, bo – jak pouczył ich Diego – łowcy wynaleźli system sczytywania śladów sentury z sygnałów GSM, przed którym nie dało się ochronić żadną magią. Nie mogli też żebrać ani liczyć na miłosierdzie, bo nie potrafili ocenić, z kim mają do czynienia. Czy ta osoba stoi po stronie wojska? Czy to jeden ze zmiennokształtnych, który ze strachu wspiera uprzedzonych ludzi? Czy może człowiek, który mimo wszystko wierzy w dobroć wilkołaków? Nie dało się tego przewidzieć, a pomyłka mogła ich słono kosztować. Lepiej było więc zakładać, że wszyscy są źli. A potem ich okradać.
Pewnego dnia, kiedy siedzieli pod wiatą nieczynnego od dawna przystanku, Erin przyszło do głowy, że może właśnie na tym polega sztuka przetrwania: trzeba zawsze zakładać najgorsze, na wszelki wypadek. Może dokładnie to samo robiła obecnie większość ludzi i ci czarodzieje, zmiennokształtni oraz łowcy, którzy stanęli po ich stronie. Każdy tak naprawdę chciał jedynie przetrwać, a wszystko inne – krew, ból, przemoc, okrucieństwo, nienawiść – pojawiało się jako efekt uboczny strachu, a potem niczym śnieżna kula toczyło się dalej. Albo może nie, może zawsze chodzi o to samo: o władzę i pieniądze, i nie było jeszcze w całej historii świata okresu nieprzeżartego zgnilizną. Taką wersję miała Tatiana. Erin wolała wierzyć we własną, bo była w niej chociaż odrobina optymizmu.
Ktoś zapukał cicho w drzwi i dziewczyna wzdrygnęła się, wyrwana z zamyślenia.
– Erin? – Szept Alex przebił się przez drewno, z którego odłaziła biała farba.
– Już, już. – Dziewczyna wciągnęła na siebie przydużą koszulkę i wyszła do czarodziejki. – Łazienka twoja.
Alex nie ruszyła się z miejsca.
– Alex?
– Co?
– Łazienka?
– Co?
Erin dostrzegła błysk paniki w szarofioletowych oczach czarodziejki. Była to jednak tylko chwila i zaraz Alex uśmiechnęła się szeroko. Potem zniknęła w łazience.
W kuchni Erin upewniła się, że w plecaku jest wszystko, co zamierzała wynieść tej nocy z domu do szopy, a następnie ostrożnie usiadła na jednym z krzeseł, uważając, by nie zatrzeszczało zbyt głośno. Po tygodniu spędzonym w tym miejscu wiedziała już, na co uważać.
W starym domu otoczonym polami i pastwiskami mieszkała jedna samotna osoba: chudy starzec ze skórą zniszczoną słońcem. Codziennie wstawał o świcie i jechał gdzieś czerwonym, odrapanym pick-upem. Druga część ich grupy właśnie wtedy zakradała się do posiadłości.
Podział na osoby śpiące w dzień i śpiące w nocy powstał przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa, choć nie tylko. Erin wolała patrzeć na niebo, kiedy było czarne, a nie boleśnie błękitne, jak oczy kogoś, kogo już z nią nie było. Tatiana od zawsze wybierała spokój nocy i szukała w nim teraz odrobiny komfortu, a Alex po prostu lubiła patrzeć w gwiazdy. Zmiany dzienne przejęli Keith, Lizzy i Diego, a Anthony… O Anthonym próbowali nie rozmawiać.
– Erin? – Smuga światła wylała się na ciemną podłogę wraz z szeptem Alex przez uchylone drzwi do łazienki. – Możesz?
Erin zbliżyła się, wzięła wyciągnięty w jej stronę marker i skupiła wzrok na ciele przyjaciółki. Czarodziejka miała na sobie sportowy top, a bluzkę trzymała w ręku. Jej ciało zdobiło kilka zadrapań i siniaków zarobionych gdzieś po drodze, nieświadomie – od spania na twardej powierzchni albo nieuważnego poruszania się po zagraconej szopie. Uwagę przyciągały jednak nie one, tylko czarne runy, które pokrywały cały jej brzuch i plecy.
– Nie ruszaj się – mruknęła Erin, otwierając marker. Wciąż wiedziała niewiele o magii i prawie nic o runach, ale nie stanowiło to problemu, bo jej zadanie polegało tylko na poprawieniu wyblakłych śladów nową warstwą permanentnego tuszu. Nie miała pojęcia, czemu czarodziejka nie chce robić tego sama, ale z jakiegoś powodu bała się zapytać.
Przez pierwsze kilkanaście dni Alex starannie opisywała runami antylokalizacyjnymi każde miejsce, w którym spali, a po drodze mamrotała zaklęcia. Potem wpadła na genialny pomysł, żeby z samej siebie zrobić płótno. Teraz co kilka dni poprawiali ukryte pod jej ubraniami runy, które woda i pot ścierały ze skóry. Było to spore ułatwienie logistyczne, nie zmieniało jednak ilości magicznej energii, którą dziewczyna musiała oddawać.
– Gotowe – oznajmiła wreszcie Erin. – Siedzimy tu zbyt długo, pora się wynosić – dodała.
Alex podniosła się z miejsca i naciągnęła na siebie bluzkę.
– Dzięki.
– Nie ma za co.
– Co? – zapytała czarodziejka, zdezorientowana.
– Nieważne. – Erin westchnęła, po czym coś jej się przypomniało. Cofnęła się cicho do kuchni i otworzyła szafkę nad zlewem, gdzie starzec trzymał mocne alkohole. Butelek było mniej niż ostatnio. Przeklęła cicho, zaciskając dłoń mocniej na drzwiach szafki, ale nic nie powiedziała.
Po chwili obie wylazły przez to okno, którym weszły. Alex ruszyła beztroskim krokiem w stronę szopy, niewzruszona. Erin na otwartej przestrzeni poczuła się natychmiast mniej pewnie, ogarnięta irracjonalnym lękiem, że ktoś obserwuje je z daleka. Przygarbiła się odruchowo i rozejrzała nerwowo, szukając wzrokiem Tatiany. Zmiennokształtna stała kawałek dalej i na nią patrzyła. Skinęły sobie delikatnie głowami – ledwo zauważalny, ale pełen wsparcia gest sygnalizujący, że są w tym razem. Zbliżyły się do siebie szybko i w milczeniu ruszyły za Alex.
Spokój trwał tylko przez kilkanaście kroków. Po chwili Tatiana złapała Erin za przedramię, zatrzymując ją w miejscu. W ciemności trudno było dostrzec wyraz jej twarzy, ale sam gest wystarczył, by dziewczyna zamarła, przerażona.
Coś szeleściło w gęstwinie wysokich krzaków tuż za szopą.
– Alex, stój! – syknęła cicho Erin.
Czarodziejka oczywiście nie usłyszała.
– Reszta nadal śpi… – szepnęła Tatiana drżącym głosem, podświadomie ściskając przedramię Erin jeszcze mocniej.
– Alex! – Pełen paniki szept Erin wciąż nie dawał efektów.
Liście trzęsły się zauważalnie, ciszę nocy przerywał odgłos łamania drobnych gałązek. Nie było wątpliwości, że ktoś przesuwa się w ich stronę, ale czarodziejka radośnie zbliżała się wciąż do niebezpieczeństwa, z głową zadartą do góry, by patrzeć w gwiazdy. Dzieliło ją już tylko kilka metrów, jeden krok, drugi…
Anthony Towner wypadł z krzaków z kijem w ręku, niebezpiecznie się zataczając.
– Ej! – rzucił głośno i z wyrzutem, bo ledwo uniknął zderzenia z czarodziejką.
– Dzień dobry – odpowiedziała uprzejmie Alex.
Strach Erin momentalnie przeistoczył się we wściekłość.
– Trzymaj mnie, bo go zamorduję – syknęła do Tatiany, która wolno wypuszczała powietrze.
Z ciał ich obu ulotniło się napięcie.
– Czy wiecie, że – zaczął Anthony, wciąż kołysząc się na boki i nawet nie próbując ściszyć głosu – te krzaki to labirynt? Można się w nich zgubić, kurde…
– Tony, zamknij się – ostrzegła Erin, mierząc go dość wrogim spojrzeniem.
W stojącym przed nią chłopaku trudno było dopatrzyć się odpowiedzialnego lidera bractwa zmiennokształtnych z Mallaroy. Brązowe, kręcone włosy sterczały na boki, brudne i potargane, skóra pełna była drobnych zadrapań, a wymięty T-shirt zdobiła na środku sporej wielkości plama. Śmierdziało od niego alkoholem na metr, ale nawet bez tego widać było jak na dłoni, że jest nawalony. Najgorsze były jednak jego oczy: puste i obce.
– Musisz się zamknąć – przedrzeźniał ją Anthony z nutą drwiny, która pojawiała się, gdy pił. – Sama musisz się… Ej, ej, ej! – zaprotestował głośno, bo Erin odebrała mu kij, którym już zaczynał wymachiwać. – To było – czknął – moje. – Wciąż nie ściszał głosu, wręcz przeciwnie.
Tatiana bała się, że w oknie na piętrze pojawi się światło.
– Musimy zachować ciszę, przecież dobrze wiesz.
Chłopak zaczął mamrotać coś pod nosem, wyraźnie niezadowolony, ale przynajmniej nie wszczął kłótni. Zamiast tego rozglądał się na boki, jak gdyby usiłował sobie przypomnieć, gdzie w ogóle się znajduje. Przyjaciółki wymieniły spojrzenia. Były sfrustrowane i zmęczone, lecz nie zaskoczone.
– Poszukam butelki – oznajmiła wreszcie chłodno Tatiana, marszcząc nos na obecny wciąż w powietrzu, ostry zapach alkoholu i wymiocin. – Pewnie porzucił ją gdzieś w krzakach. Znowu. – Zniknęła w gąszczu zieleni, zrobiła to jednak ze znacznie większą gracją niż zmiennokształtny.
Anthony tymczasem ruszył w sobie tylko znanym kierunku, zataczając się żałośnie. Znów zaczął coś mówić, ale wyszedł z tego jedynie bełkot. Po chwili potknął się o własne stopy i upadł na trawę, zanosząc się głośnym śmiechem.
Erin w dwóch susach znalazła się przy chłopaku.
– Cholera jasna, Tony! – syknęła z mieszaniną złości i niedowierzania w głosie.
Anthony był w rozsypce od pierwszych dni wspólnej ucieczki. Na początku funkcjonował tylko w zmiennokształtnej postaci wielkiego psa, potem jednak, gdy zaczęli się od czasu do czasu zbliżać do cywilizacji, przybrał w końcu ludzką. Wtedy też zaczął się staczać. Nikt jednak nie zauważył, co się kroi, aż było za późno. Teraz rzadko udawało im się widzieć go trzeźwego. Plątał się zawsze gdzieś z tyłu, sam ze sobą i butelkami wszelakiego świństwa, które kradł, narażając się na niebezpieczeństwo.
Kiedyś był jedną z najodpowiedzialniejszych osób, jakie Erin znała. Teraz leżał na brudnej ziemi, w alkoholowym odrętwieniu, dławiąc się niskim, pustym rechotem. Pokonany.
Na początku Erin czuła głównie żal, potem na prowadzenie wyszła złość, aż wreszcie – strach. Każdy ma limit złych rzeczy, które jest w stanie znieść, zanim wpadnie w przepaść zadręczonego umysłu. Teraz, patrząc na tak odmienionego Anthony’ego, trudno było nie zadawać sobie pytania: jak blisko tej granicy jest cała reszta grupy? Jak daleko ona sama stoi od przepaści?
Tatiana wyłoniła się z krzaków z prawie pustą butelką wódki. Nie powiedziała nic, zmierzyła jedynie leżącego na ziemi chłopaka spojrzeniem pełnym niepokoju i niechęci. Zmiennokształtny rozłożył ręce i nogi szeroko na trawie i wybuchł kolejnym napadem śmiechu. Było w tym odgłosie coś niewłaściwego. Jakieś echo ciemności, lęku i śmierci, które sprawiło, że po plecach Erin przebiegły ciarki.
– On jest za głośny – szepnęła Tatiana z irytacją. – Towner, chcesz nas zdemaskować?
Zero reakcji. Śmiech rósł w siłę. Okno na piętrze pozostawało ciemne. Przyjaciółki czuły narastającą panikę.
– Tony! – jęknęła błagalnie Erin, a potem przykucnęła i zakryła mu dłonią usta. Musiały go uciszyć za wszelką cenę, bo sytuacja przeradzała się w prawdziwe zamieszanie, a oni nie byli bezpieczni.
Nigdy nie byli bezpieczni.
– Mpfhh. – Anthony szarpnął głowę w bok, uwalniając usta spod jej dłoni, i machnął ręką na oślep, próbując je odgonić. – No co?! Odwal się. – Przeturlał się na bok, wydał z siebie dziwny odgłos i zaczął się podnosić. Udało mu się, ale stał chwiejnie, raz po raz przymykając oczy, bo zalewały go fale mdłości.
– Na to się nie da patrzeć… – szepnęła Tatiana, lecz nie odwróciła wzroku.
– No co?! – powtórzył prowokacyjnie Anthony, znowu podnosząc głos.
– Szzz. – Erin przyłożyła w panice palec do własnych ust. – Błagam cię, Anthony. Musisz być cicho.
– Bo co?! Muszę być cicho, bo co?!
Od czterech tygodni każde z nich próbowało stać się niewidzialne, a Anthony Towner stał niedaleko domu, gdzie spał człowiek, i darł się jak opętany.
– Alex, możesz coś zrobić?! – Tatiana odwróciła się w stronę błądzącej w pobliżu czarodziejki. W jej głosie, obok lęku, czaiła się prawdziwa złość.
– Co? – padła rozkojarzona odpowiedź.
– BĘDĘ GŁOŚNO, NO I CO?! – Anthony kiwał się na boki, wymachując rękoma.
– Błagam cię…
– Alex! – Tatiana chwytała się ostatniej deski ratunku, skacząc wzrokiem od okien domu do czarodziejki i z powrotem. – Proszę, ucisz jakoś magią Anthony’ego!
– HALO? Czy ktoś mnie słyszy!? – Zmiennokształtny znów zaniósł się śmiechem.
– Tony, spójrz na mnie…
– Co?
– Ucisz go!
– NO I CO MI ZROBISZ?!
– ZAMKNIJ SIĘ! – Tatiana nie wytrzymała.
Wszyscy zamarli. Upragniona cisza, która zapadła, pełna była napięcia. W oknach nadal nie pojawiło się światło, ale może mężczyzna już wybierał w ciemności numer alarmowy.
Anthony chwilę wodził niezadowolonym, choć pozbawionym skupienia wzrokiem między Erin a Tatianą, starając się obmyślić kolejny ruch. Potem zgiął się wpół i zwymiotował.
– Powinniśmy go wyrzucić z szopy na stałe – rzuciła Tatiana surowo, z maską obojętności na twarzy. – Jak zacznie rzygać w środku, to będziemy mieć kolejny problem.
– Wciąż cię słyszęęęę… – zanucił Anthony prześmiewczo.
– I dobrze – odcięła się chłodno zmiennokształtna. Widać było, że nie jest w stanie dalej dusić w sobie złości, ale była na tyle odpowiedzialna, by pozostać przy szepcie. – Myślisz, że tylko tobie jest ciężko? Że tylko ty coś straciłeś? Weź się w garść. Jeśli nasze życia cię nie obchodzą, pomyśl przynajmniej o własnej siostrze!
Pełne niepokoju spojrzenie Erin przeniosło się na Tatianę. Zmiennokształtna od tygodni trzymała głowę wysoko, odgrywając rolę silnej i rozsądnej. Jeśli dotarła właśnie do limitu wytrzymałości, było to zrozumiałe, ale cholernie, cholernie niekorzystne.
Anthony wydał z siebie stłumiony, gorzki odgłos rozbawienia, odsuwając się od własnych wymiocin.
– A weź się odwal, Tatiana. – Już nie krzyczał, za to trochę bełkotał. Wyciągał z siebie słowa, jakby były lepkie i zostawały mu częściowo na języku. – Jaki ty masz problem, co? – Przerwał, żeby czknąć. – No? Że cię chłopak okłamał, ta? Bo jak sprawdzałem ostatnim razem, to nadal za nami łaził. Jeśli mu nie umiesz wybaczyć, to… – Wykonał czytelne tylko dla siebie machnięcie ręką i nie dokończył.
Alkohol robił z Anthony’ego prawdziwego chama. Wszyscy mieli już okazję się o tym przekonać. Zdawali sobie sprawę, że szuka odrętwienia, by nie czuć bólu. Trudno było jednak patrzeć na niego ze współczuciem.
– Wystarczy – zażądała Erin, chcąc chronić uczucia przyjaciółki.
W Mallaroy Tatiana Lennox po raz pierwszy w życiu się zakochała – w poważnym łowcy ze starszej klasy. Potem wyszło na jaw, że Diego Vélez Reyes w sekrecie pilnuje Erin na polecenie Martina Gallaghera. Szóstego maja świat sentury stanął w płomieniach, a serce Tatiany obrosło lodem. Nie ma nic gorszego, niż zawieść zaufanie osoby, która prawie przed nikim się nie otwiera.
– Ach tak, taaak. No i prze-ż jeszcze złote dziecko, Erin Lamf- Lanford… – bełkotał Anthony, chwiejąc się na nogach. – Włączyła radiowęzeł szkolny, co? I połowa uczniów padła trupem…
Erin zacisnęła ręce, a jej oczy zaszkliły się niebezpiecznie.
– Ktoś musiał ich ostrzec, Tony! Przecież tam byłeś, widziałeś… – broniła się, próbując przekonać nie tylko jego, ale też siebie. – Złapaliby wszystkich w łóżkach… – dodała słabszym głosem. Powinna być już odporna na paskudne teksty Townera, ale ten nawet pijany wiedział, gdzie uderzyć.
Gdy wojsko weszło w nocy na teren Szkoły Senturalnej imienia Flanagana Mallaroya, Erin użyła radiowęzła, by obudzić uczniów w internacie. Liczyła, że wampirom i wilkołakom uda się jakoś uciec. I w przypadku niektórych tak się stało. Wznieciła też jednak panikę, przez co osoby wszystkich rodzajów wypadły na korytarze i to, co planowano jako spokojne pojmanie, zmieniło się w krwawą walkę. Niejednej nocy zastanawiała się, czy w ostatecznym rozrachunku siedzenie cicho nie ocaliłoby większej liczby istnień.
– Oczywiście, oczywiście… – Słowa zmiennokształtnego obciążone były goryczą nie tylko alkoholu. – Chcia-ś ratować przyjaciół? No i pr-szę bardzo, wyszło! – Rozłożył ręce. – Pr-szę bardzo, no to liczy-y-my, liczymy… Keith? Jest, jest. Tatiana? Stoi, tutaj, o tutaj! Lizzy, Alex? M-hm. – Czknął, a potem znowu zaśmiał się gorzko. – A chcecie wiedzieć, kto był moim przyjacielem? – Zrobił chwiejny krok do przodu i podniósł głowę, by spojrzeć prosto na Erin. – Isaac. Jess. Annie. Wiecie… Wiecie, co ich wszystkich łączy? – Dopiero teraz, w nikłym świetle księżyca, Erin dostrzegła, że w jego oczach błyszczą łzy. – Martwi. Wszyscy są martwi. Wszyscy na naszych oczach… Na moich oczach…
Cisza, która zapadła po tych słowach, była tak druzgocąca, że przez chwilę Erin zaczęła tęsknić za narażającymi ich na niebezpieczeństwo krzykami.
– Masz Lizzy – zauważyła cicho. Czuła, że jej słowa brzmią idiotycznie, ale nie mogła już znieść milczenia. – Masz nas…
– Nie wiesz – wymamrotał Anthony. Jego wzrok powędrował w stronę butelki, którą Tatiana wciąż trzymała. – Nic nie rozumiecie. Nie rozumiecie…
Erin poczuła, że ziemia osuwa się jej pod nogami. Nie rozumiała? Miała bliźniaczkę po złej stronie tej przeklętej wojny i widziała, jak życie gaśnie w błękitnych oczach Michae… Nie. Nieważne.
Jeśli boli cię serce, zamień je w kamień, a gdy zacznie ci ciążyć w klatce piersiowej, wyrzuć. Nic już z niego nie będzie.
– Więc o to chodzi? – Tatiana brzmiała oschle, zamknięta za ścianą pozornej obojętności. Dla bezpieczeństwa. – Chcesz nas wszystkich pociągnąć na dno?
Anthony prychnął tylko, czknął i zaczął nieporadnie chwytać za własny T-shirt.
– Tony, nie… – zaczęła Erin, ale było za późno. Chłopak wślizgnął się w skórę dużego, burego kundla i zataczając się na czterech łapach, wyplątał z reszty ubrań, a potem ruszył w stronę jedynej drogi w zasięgu ich wzroku.
– Zostaw go – poradziła Tatiana z westchnieniem. – Niech idzie.
Erin skrzywiła się w milczeniu.
Tatiana spojrzała na nią trochę niepewnie. Wątpliwości rosły.
– Myślisz, że… – W jej tonie pojawiło się poczucie winy. – Nie powinnam reagować aż tak ostro, wiem. Nikomu to nie pomaga. Jestem po prostu…
– …zmęczona – dokończyła za nią Erin.
Przyjaciółka pokiwała głową. Chwilę rozmawiały ze sobą bez słów, samymi spojrzeniami. Ostatnimi czasy niektóre rzeczy dało się przekazać tylko w ten sposób.
– Ta jest ładna – oznajmiła Alex, o której prawie zapomniały. Wciąż stała nieopodal i wskazywała palcem jakąś gwiazdę na niebie.
Erin i Tatiana prawie równocześnie przymknęły oczy, czując narastającą bezradność. Ich uwagę szybko przyciągnął jednak kolejny obcy szmer. Nie były same.
Pod ścianą szopy siedział jasnobrązowy królik, który wyglądał jak Yorick, ale nim nie był, o czym świadczył wyraźny brak pogardy w spojrzeniu. Zwierzę drgnęło, przyłapane, i umknęło do szopy.
Tatiana przyłożyła palce do skroni i rozmasowała je desperacko, muskając opuszkami króciutkie, ciasno skręcone loki.
– Ta noc się nie kończy…
– Myślisz, że wszystko słyszała? – zapytała głupio Erin.
Obie wiedziały, jaka jest odpowiedź, i ruszyły śladem Lizzy Towner, której zmiennokształtną formą był królik.
W szopie panował chaos. Wszędzie walały się rupiecie: zardzewiałe grabie, zepsute skrzynie, stare części maszyn rolniczych, a także – na szczęście dla nich – kilka koców i poszarpane plandeki. Z tych ostatnich ułożyli prowizoryczne legowiska tam, gdzie udało się znaleźć pusty kawałek podłogi. Koło drzwi leżał Diego. Erin była prawie pewna, że obudził się od krzyków Anthony’ego, ale wyraźnie nie chciał dać tego po sobie poznać. Kawałek dalej, za starym kartonem i wielkim, niedziałającym silnikiem, chrapał cicho Keith.
Erin i Tatiana skierowały się w stronę grubego, zakurzonego koca. Wielkość wybrzuszenia sugerowała, że Lizzy zmieniła się już pod nim w ludzką formę. Tuż obok leżał zwinięty w kulkę Yorick, ten prawdziwy.
– Liz – zaczęła łagodnie Erin. Przyklękła obok przyjaciółki, ostrożnie kładąc rękę w miejscu, gdzie, jak zgadywała, znajdowały się jej plecy.
Lizzy nie odpowiedziała. Słychać za to było cichy szloch.
– Wróci rano – szepnęła Tatiana, mając oczywiście na myśli Anthony’ego. Kucnęła obok Erin. – Na pewno wróci. Nigdy nie przestanie być twoim bratem. Zawsze będzie cię kochać, nawet jeśli nie umie teraz tego okazywać.
Stan Anthony’ego nikogo nie ranił tak mocno jak jego młodszej siostry, Lizzy. Pogrążony w żałobie po tych, których utracił, przestawał dostrzegać tych, którzy dalej przy nim trwali. Rozpacz ma tę przewrotną naturę, że odcina człowieka od innych, jakby celowo robiła miejsce kolejnemu nieszczęściu.
Spod brudnego koca wychynęły najpierw jasne, kręcone włosy, potem czerwone, opuchnięte oczy, wreszcie piegowaty nos i okrągłe policzki. Przez chwilę Lizzy tylko mrugała, gapiąc się w sufit, żeby powstrzymać nową falę łez.
– Nie miałam pojęcia… – zaczęła wreszcie i urwała, przełykając ślinę. Widać było, że ciężko jej przecisnąć słowa przez gardło. – Nie miałam pojęcia, że to było aż tak poważne, wiecie? On i Annie…
Czasem Erin miała wrażenie, że coraz rzadziej komukolwiek z nich udaje się kończyć zdania. Wszystkie słowa urywały się, zastępowane przez znaczącą ciszę. Z tygodnia na tydzień rzeczywistość robiła się coraz bardziej… nie do wypowiedzenia.
– Czasem żartował przy rodzicach, że się jej oświadczy – kontynuowała Lizzy, pociągając nosem. – Albo mówił nam, jak nazwą swoje dzieci, ale to było takie… To zawsze było nie do końca serio. Tak myśleliśmy. Ale on chyba naprawdę miał plan…
Anthony chciał oddać zmiennokształtnej Annie całe swoje życie, ale ona umarła, więc teraz nie miał co z tym życiem zrobić.
Erin objęła Lizzy mocno. Jej też chciało się płakać.
– Wszystko będzie z nim w porządku – szepnęła, próbując przekonać i Lizzy, i siebie. – Z nami też wszystko będzie w porządku.
– Obiecujesz? – zapytała cicho zmiennokształtna.
Erin zamilkła.
– Lepiej nie – wtrąciła ponuro Tatiana, przyciskając do nich swoje ramię. Nie lubiła przytulania, mimo to chciała jakoś w tej bliskości uczestniczyć.
Lizzy otarła policzki wierzchem dłoni i zaśmiała się cicho, trochę smutno, lecz szczerze.
– Mądrze – stwierdziła z cieniem uśmiechu.
Erin kiwnęła głową.
– Tatiana zawsze ma rację – zgodziła się, przywołując przypadkiem echo beztroskich, wieczornych rozmów w pokoju numer 465 w internacie Mallaroy.
Nawet Tatianie zakręciły się łzy w oczach.
Yorick łypał na nie, jak zawsze pogardliwie, a one płakały cicho razem.