-
nowość
Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn - ebook
Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn - ebook
Pamięć Anny rozpada się na fragmenty – podobnie jak czas. Życie składa się z porozrzucanych scen, którym przygląda się jedna po drugiej, próbując uchwycić sens. Jest wyspa i morze, znajomy krajobraz oraz Antti, mąż. Gdy Antti ginie w wypadku samochodowym, Anna wyrusza w podróż przez miejsca i stany świadomości. Londyn na chwilę staje się dla niej schronieniem: miastem wystarczająco anonimowym, by pomieścić kogoś zagubionego. Lecz nawet tam rzeczywistość zaczyna się rozmywać, a umysł zamyka się we własnych labiryntach.
Balansując między realizmem magicznym, fantastyką i subtelną ironią, Ahava opowiada o codziennym zmaganiu osoby żyjącej z zaburzeniami pamięci. To, co z zewnątrz może wydawać się surrealistyczne, dla Anny jest nieustanną próbą ocalenia tożsamości i zdolności bycia wśród innych.
Poruszająca powieść, misternie utkana i opowiedziana z jasnością oraz precyzją.
Badische Zeitung
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8435-088-1 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Anna była już staruszką, gdy Bóg w końcu powrócił. Drzwi sali numer dwanaście oddziału szpitala Ruusukumpu otworzyły się i do środka wtargnął wielki złoty bukiet kwiatów.
– No, co tam, dziewczyno? – Bóg uśmiechnął się i podszedł prosto do łóżka.
Anna podniosła się, żeby usiąść, i spojrzała na przybysza. Ten Bóg nic się nie zmienił.
– Oj, jaka tam ze mnie dziewczyna. Już dawno nie dziewczyna – wymamrotała.
Bóg usiadł na krześle dla gości. Obicie ze skaju zasyczało, gdy z wypełnienia uszło powietrze. Potem wręczył Annie bukiet – był ogromny. Pachniał latem i świeżością zroszonych deszczem krzewów i był tak złociście żółty, że aż raził w oczy. Anna zanurzyła twarz w kwiatach i wzięła głęboki wdech. Do oczu napłynęły jej łzy.
– Miło, że wpadłeś. Czekałam na ciebie.
Bóg pogładził ją po dłoni, a Anna zamknęła na chwilę oczy. Leżała w hamaku, wokół niej rozchodził się zapach wiązówek, a głaszcząca ją dłoń była chłodna i sucha. Wiało gdzieś z południowego zachodu, raczej niewięcej jak pięć metrów na sekundę. Wzdłuż brzegu niosły się smutne westchnienia brodźca piskliwego.
– Dasz wiarę, że nikt nawet nie przyniósł mi ubrań na zmianę? – wymruczała cicho Anna. – Zgubili wszystkie moje rzeczy.
– Dziś na dworze jest pięknie – powiedział Bóg.
Anna otworzyła oczy i zerknęła w stronę okna. Sala numer dwanaście była skierowana na północ, więc Anna mogła zobaczyć słońce tylko wieczorem, kiedy już zachodziło, o ile żaluzje były rozsunięte. Zajmowała dopiero drugie łóżko od okna, ale leżąca obok niej pani Kuronen nie pozwalała go otwierać, choć w pomieszczeniu czuło się przeraźliwy zaduch. Od razu zaczynała jojczyć i marudzić. Pani Kuronen sądziła, że na zewnątrz panuje zima. Za każdym razem, gdy ktoś otwierał drzwi sali, żeby wprowadzić wózek serwisowy albo inwalidzki, krzyczała: „Zamykać drzwi, bo śniegu napada!”.
– Byłoby miło zobaczyć słońce.
– No to chodźmy na spacer – zaproponował Bóg.
Na spacer, to brzmiało przyjemnie. Anna miała wrażenie, że leżała tak długo, aż zaczęła zarastać. Bóg podał Annie rękę i pomógł jej usiąść. Hopsasa i Anna już stała. Wyszli pod rękę z pokoju.
Anna na jednej ręce niosła złoty bukiet kwiatów, a drugą trzymała Boga. Bóg otworzył drzwi i za klatką schodową poszli dalej, na oddział numer piętnaście.
– No i to się nazywa przechadzka – stwierdziła Anna, uśmiechając się do mijającej ich pielęgniarki.
– Zaraz będzie przekąska – przypomniała pielęgniarka. – Dzisiaj jest kisiel rabarbarowy.
Lecz Anny nie interesował kisiel. Chciała się dowiedzieć, co słychać na świecie. A Bóg zaczął opowiadać, gdy tylko znów zostali we dwoje.
– Kwitną fiołki. Wygląda, jakby i przed twoim domkiem ktoś rozłożył błękitny dywan – opisywał Bóg.
– O proszę! – westchnęła z zadowoleniem Anna.
– A ten pomost w Sakkoniemi odpłynął razem z lodami.
– A nie mówiłam? Nie zdarzyło się, żeby jakiś pomost wytrzymał tam wiosenne lody.
– Cały pomost wylądował w olszynie na końcu zatoki, falochron też się rozpadł na kawałki.
– A to szkoda – powiedziała nagle Anna, po czym spojrzała na swoje stopy. – Znów zapomniałam włożyć buty.
– I co z tego. Ja zawsze tak chodzę – odrzekł Bóg i podwinął rąbek swojej szaty. Spod spodu wystawały białe skarpety.
– No dobrze – odparła Anna, a potem kontynuowała przechadzkę. – Ci tutaj zawsze gadają o butach.
– W samych skarpetach najprzyjemniej się chodzi – zapewnił Bóg.
Korytarze ciągnęły się jeden za drugim. W międzyczasie Anna z Bogiem zmienili piętro. Pielęgniarki wszędzie były przyjazne i zachwycały się bukietem Anny. W końcu Anna i Bóg znaleźli taras, który był skierowany na południe. Anna odłożyła bukiet na zielony plastikowy stolik i stanęła przy barierce. Słońce ogrzewało twarz, powiewał łagodny wiosenny wiatr. Gdzieś ćwierkał wróbel, a w rynnach ciurkała woda.
– W końcu jest gdzie sobie postać – powiedziała Anna.
Za brzozami widać było skraj miasta, jakąś drogę i blok, za nimi boisko, zbiorniki na ropę, a dalej morze. Anna patrzyła na horyzont. Ledwo była w stanie dostrzec swoją wyspę. Była tam, pośród innych, zielony wzgórek, na którego środku wyrastała czerwono-żółta tablica nawigacyjna.
– Słuchaj – powiedziała Anna – nie masz może papierosa?
Bóg przegrzebał kieszenie szaty i podał Annie paczkę. Anna zapaliła papierosa, zadowolona smakowała go w ustach, po czym wydmuchnęła powoli dym.
– Mogłeś wpaść w odwiedziny trochę wcześniej.
– Nie minęło wcale tak wiele czasu – odpowiedział Bóg.
– Wszyscy tak mówią.
Anna przez chwilę milczała, zaciągnęła się raz jeszcze papierosem, a potem zgniotła go o barierkę. Kondycja nie pozwalała jej na więcej.
– Moja pamięć już trochę szwankuje. O to tu chodzi, prawda?
Bóg pokiwał głową.
– Wcześniej musiałam szukać słowa czy wyrażenia. Teraz znikają całe myśli. Ale wspomnienia wciąż mam – wyznała Anna i zerknęła ostrożnie na Boga.
– Oczywiście – odpowiedział Bóg.
– Nie chcę oszaleć.
Cały oddział był pełen babć, a z ich opowieści trudno było wyciągnąć jakikolwiek sens. Anna jednak starała się zachowywać kulturalnie. Czasami zdarzało się jej otworzyć drzwi do złej sali albo wyjść na zewnątrz bez stosownego ubrania.
Dobrze wiedziała, skąd się to wzięło. Wszystko było w porządku do chwili, w której wybrała się do lasu i natknęła na zamarzniętą we śnie kobietę. Potem w myślach zaczęły pojawiać się obrazy, które wyskakiwały ze swoich miejsc i porywały ze sobą. Właśnie teraz, gdy Anna zamierzała opowiedzieć Bogu o tamtej kobiecie, zauważyła, że myśli o jakimś innym śnie zimowym, odległej zimie jeszcze przed księżną Dianą, o swoim własnym śnie. Potem na myśl przyszedł jej Antti, potem małpa ciągnąca swoje martwe młode, potem pies, który wskoczył na śpiącą Annę, zdjęcie w gazecie, na którym był chłopiec i pies…
I nagle Anna siedziała znów na drewnianym stołku, zerkała na Anttiego i zaznaczała w dokumentach numer ujęcia kamery. Mama zastępcza Iwana przyniosła z kuchni tacę z herbatą i kotlety, operator opuścił kamerę na udo i Antti skinieniem głowy dał chłopakowi i tłumaczce znak, żeby zrobić przerwę. Iwan zeskoczył z kanapy zwinnie jak zwierzę i zaczesana na bok grzywka opadła mu na oczy. Antti delikatnie zmierzwił chłopakowi włosy. Anna zobaczyła przez własnoręcznie zrobione na szydełku koronkowe firany, że na zewnątrz prószy śnieg. Mieszkająca po sąsiedzku babulinka szła z workiem śmieci w ręku.
– Nie, nie od tego się zaczęło – parsknęła Anna. – I znów zniknęło.
– Od Moskwy? – zapytał Bóg.
– Tak. Ale to nie było to.
– Trudno, nieważne – odrzekł Bóg pocieszająco. – Idziemy dalej?
Lecz Anna pokręciła głową. Była zmęczona i poirytowana, miała ochotę wrócić do swojego łóżka. To znaczy, jej łóżko było w zielonym bloku przy ulicy Pormestari, który majaczył tam za drzewami, ale teraz byliśmy na oddziale. Wszyscy o niej zapomnieli, nikt nie wpadał w odwiedziny. A to dranie.2
Czas rozpadł się Annie w dłoniach. Rozpościerał się jak leżąca na kolanach uszyta ze skrawków narzuta, wszystkie fragmenty były tej samej wielkości i tak samo oddalone od siebie. A Anna przyglądała się tym kawałkom ze zdziwieniem, nie mogąc doszukać się w nich żadnej większej logiki.
Czasami skrawki pamięci unosiły się ze szpitalnej narzuty w powietrze, zaczynały tańczyć i rozpierzchały się bez ładu i składu. Wówczas rozbawiona tym Anna zaczynała opowiadać leżącej obok pani Kuronen o angielskim puddingu bożonarodzeniowym, który najpierw przechowywano pod łóżkiem przez pięć lat, a później podpalano przy użyciu brandy. Albo o tym, jak szczenięta nietoperza spadały z komina na podłogę w salonie i w popłochu wczołgiwały się pod kanapę. Albo jak klucz wiolinowy wzbił się do lotu, zmienił kolor, po czym wślizgnął się jej do ust.
– Nie wzięłaś tabletek? – wymamrotała pani Kuronen.
– Pfff – odparła Anna – spokojnie, dobrze rozumiem, co się tu dzieje. Ale to i tak jest fantastyczne. Te kawałki tutaj latają jak popadnie.
Przyglądając się patchworkowej narzucie, Anna była niemal całkiem pewna jednego. Zaczęło się od wyspy. Wyspa była gdzieś na początku. I to na nią próbowała wracać, gdy wszystko wokół gmatwało się albo odlatywało przed siebie.
Na wyspie była płaska, rozległa, jasnoczerwona skała, kilka sadzawek z żabami, wielkie odłamy skalne rozsiane to tu, to tam i pusty horyzont w jednym kierunku. Wytrwałe, wykręcone sosny rosły, stawiając czoła wiatrowi z południowego zachodu, a wszystkie ich gałęzie wyginały się zgodnie z jego kierunkiem. Przed sośniną ciągnął się żwir, potem połać większych kamieni, a rumowisko rozpościerało się daleko aż do z wolna pogłębiającego się morza.
Zimowe lody obracały głazy dla zabawy. Anna pamiętała, że na jednej ze skał na brzegu była twarz mężczyzny. To był albo ten brzeg, albo ten po drugiej stronie cypla, w każdym razie wszystko jedno. Powierzchnia skały spoglądała ponuro na prawo, usta były poważne, nos mocno zarysowany. I również ten głaz obróciły lody, lecz Anna nie rozpoznawała już jego kształtu. Wiedziała tylko, że gdzieś na jego odwrocie smutny mężczyzna wpatrywał się w mokre żwirowe dno.
Domek stał u podnóża skały. Latem, patrząc od strony morza, nie sposób było go dostrzec, ale gdy opadły liście, blaszany dach błyszczał pośród drzew. Przed domkiem rozciągał się kolejny kamienny rumosz, spomiędzy kamieni wyrastały wiązówka, trzciny i pięć zawziętych olch.
Na wyspie był też Antti.
Antti siedział na ganku z książką w ręce, filiżanką wystygłej kawy i czytał Annie na głos. Od czasu do czasu Antti chodził na koniec cypla obserwować morze i mierzyć siłę wiatru. Unosił wiatromierz pod wiatr i stał jak Statua Wolności ze swoją pochodnią.
Antti miał jasne, bujne włosy, które uparcie opadały na czoło, a na czubku głowy sterczały w powietrzu, zwłaszcza kiedy chodził spać z włosami wilgotnymi po saunie. Może dlatego spojrzenie Anttiego było tak przenikliwe, bo zawsze musiało pokonywać najpierw przeszkodę z grzywki. Od czasu do czasu dmuchał w górę, by zrobić oczom miejsce. Robił tak już jako dziecko. Skóra Anttiego miała barwę skał na wyspie, była blado nakrapiana piegami, szorstka od wiatru. Z biegiem lat jego broda zrobiła się ruda i w kącikach oczu pojawiły się zmarszczki od słońca.
Skała należała do wyspy, a Antti do życia Anny. Antti był synem nauczycielki biologii i od podstawówki chodził z Anną do jednej klasy. Tak właściwie miała wrażenie, że Antti od zawsze był gdzieś w pobliżu, z tymi samymi poważnymi oczami wciąż obserwującymi innych, ustami ssącymi długopis lub wykałaczkę. I chociaż w szkole nie znali się jeszcze za dobrze, to szaleli na tych samych wycieczkach szkolnych, stresowali na tych samych klasówkach, w tych samych latach wystrzeliwali w górę, uwielbiali tę samą nauczycielkę języka ojczystego, popalali papierosy za tym samym transformatorem, znali swoich przyjaciół i rodziny.
Gdy poszli na uniwerek, zaczęli się spotykać. Na trzecim roku studiów wyremontowali dla siebie stary domek letniskowy i każdej wiosny, gdy lody puściły, płynęli na wyspę łódką wiosłową, którą otrzymali w prezencie zaręczynowym.
Psy zmieniały się na przestrzeni lat, lecz wszystkie polowały na ptaki, wszystkie wykopywały z ziemi krety. Samica nurogęsi z młodymi zdołała utopić jednego, gdy popłynął za nią za daleko, prosto w stronę otwartego morza i Związku Radzieckiego. Anna z Anttim stali na skale i zdzierali od krzyku gardła. Antti brodził w przybrzeżnej wodzie, wspinał się na skałę, rzucał kamieniami i próbował zachęcać zwierzę patykiem. Anna wabiła kiełbasą, groziła i przeklinała psa oraz nurogęś, poniżała się, oglądana przez wszystkich. Choć przecież nikt nie patrzył, oprócz Anttiego, który krzyczał tuż przy niej. Gdyby tylko mieli wtedy łódkę – ale zostawili ją na drugim brzegu z powodu sztormu. W końcu pies zniknął, opadł na dno. Tych kilka razy, kiedy zawahał się i zwolnił tempo, samica nurogęsi zataczała wokół niego koła, podpływała bliżej i terkotaniem zachęcała psa do kolejnego ataku.
Anna z Anttim siedzieli cały wieczór na brzegu w oczekiwaniu, że pies jednak się wyłoni. Z zawstydzonym, zwieszonym łbem, przemokniętą do cna sierścią, w całej swej skundlonej okazałości. Lecz tak się nie stało, pies przepadł.
Po tym zdarzeniu Anna znienawidziła nurogęsi do tego stopnia, że włos jeżył jej się na sam dźwięk dobiegającego z brzegu terkotania. Gdy mewa morska zaatakowała miot nurogęsi, Anna siedziała na ganku z nadzieją, że mewa zdoła pochwycić jak najwięcej małych nurogęsi. I gdy pewnego ranka po burzy samotne oddzielone od reszty pisklę pływało w tę i we w tę wzdłuż brzegu, popiskiwało rozpaczliwie, coraz bardziej zmęczone poszukiwaniem matki, w tę i we w tę, w tę i we w tę, nawet wtedy jej serce nie zmiękło ani odrobinę.
Były poranki, kiedy Antti był w mieście, a Anna budziła się we dwoje z psem. Parzyła kawę i słuchała wiadomości, spoglądała na zegar i myślała, że jeszcze czternaście godzin i znów będzie można iść spać. W takie poranki siedziała na ganku w fotelu, obserwowała podwórko i myślała po prostu: kamień, brzoza, trawa, fotel. Kamień, brzoza, trawa, fotel.3
Policjanci znaleźli Annę w lesie. Była przemarznięta i straciła czucie w palcach u stóp, chociaż miała na sobie wełniany płaszcz i wyściełane futrem kozaki. Przyczynił się do tego mróz i obsikane spodnie.
Z początku Anna była zawstydzona do tego stopnia, że próbowała dać nogę, ale gdy młodszy z policjantów zwrócił się do niej per pani, okrył ją kocem i obiecał poczęstować kawą, zmieniła zdanie i pozwoliła się zaprowadzić do auta.
Na komisariacie Anna zdała sobie sprawę, że nie pamięta swojego adresu. Poprosiła o książkę telefoniczną, ale otworzyła ją na zakładach krawieckich i sama nie wiedziała już, co robi. Policjantka przyniosła Annie suche ubranie i pustą reklamówkę, do której mogła wrzucić swoje. Nikt nie wspomniał słowem o zmoczonych spodniach, co Anna przyjęła z ulgą.
– No to będzie pranie – wymamrotała Anna i zamknęła książkę telefoniczną.
Annie przydarzył się wypadek, bo kiedy spacerowała po lesie, nadepnęła na ciało, upadła w ośnieżoną kępę i przydzwoniła twarzą w lód. Tak właściwie, gdy nadepnęła na ciało, nie miała nawet świadomości, co miała pod stopami, bo przynależne do ciała łydki zdawały się twarde jak korzenie drzewa. Dopiero gdy wstała, odwróciła się i spojrzała w dół, dotarło do niej, że w śniegu leży martwa kobieta. I wtedy popuściła w spodnie.
Kobieta była w okolicach czterdziestki, miała ciemne włosy i ubrana była w kremową kurtkę. Przez to, co miała na sobie, trudno było ją zauważyć, a zarówno ziemię, jak i kobietę zdążyła przykryć cienka warstwa śniegu. Śnieg zgromadził się w zagłębieniach kurtki, dołku na szyi, uchu i na skroni. Także za sprawą śniegu kobieta wyglądała na tak bardzo zimną i martwą.
Jej oczy były zamknięte. Na skórze twarzy utworzyła się cienka glazura ze szronu, jak gdyby kobiecie wyrósł biały meszek lub broda. Kobieta leżała na boku w pozycji embrionalnej, z jedną dłonią między udami, a drugą pod głową, jakby zrobiła z niej sobie poduszkę. Wrażenie zastygnięcia burzył jedynie kosmyk ciemnych włosów, który opadał po policzku na czoło i poruszał się delikatnie przy powiewach wiatru. Wyglądał zaskakująco czarno i żywo pośród całej tej bieli.
Anna wpatrywała się w ciało, a po chwili puściła się biegiem. Musiała dostać się do domu, żeby zmienić majtki. Biegła na oślep w głąb lasu, nie przejmując się śniegiem, który spadał jej z gałęzi na głowę, ani butami, którymi zagarniała całe zaspy. Jedna rękawiczka wypadła jej gdzieś po drodze. Nie miała pojęcia, w którą stronę skręcić, by dotrzeć z powrotem na ścieżkę. Stała więc pośrodku szlaku narciarskiego i rozglądała się niepewnie na lewo i prawo.
– Simo! Simo! – Zza zbocza dobiegło ją nawoływanie i chwilę później spośród kamieni wyłonił się pies gończy. Popędził prosto do Anny i zaczął obwąchiwać jej spodnie narciarskie. Za psem biegł młody mężczyzna i przywoływał zwierzę do siebie.
Anna rzuciła się do ucieczki, a wtedy pies rzecz jasna ruszył za nią, podobnie jak młody mężczyzna. Dopiero kiedy nieznajomy złapał psa na smycz, a Anna zdołała zaczerpnąć powietrza, wydusiła z siebie:
– Tam leży martwa kobieta.
Potem był telefon, spacer, oczekiwanie na policję, wściekły narciarz, kolejne telefony, ciepły koc i policyjny radiowóz. W końcu Anna dotarła na komisariat, gdzie dostała suche ubranie i ciepłą zupę. Nogi owinięto jej grubym kocem, a pod stopy wsunięto poduszkę elektryczną.
Do pokoju weszła policjantka w średnim wieku. W ręku trzymała mapę i przedstawiła się jako posterunkowa Tuomainen. Zajęła miejsce naprzeciwko Anny i rozłożyła mapę na stole. Posterunkowa była postawną, obdarzoną bujnym biustem kobietą – taką, która przytula cię silnym uściskiem i w której ramionach z pewnością przyjemnie się siedzi. Anna w opakowaniu z koca czuła się jak mała dziewczynka. Z poduszki elektrycznej promieniowało relaksujące ciepło.
– Pani Lehtonen, czy zgadza się pani, żebyśmy spisali pani dane?
Anna pokiwała głową i zerknęła niepewnie na leżący przed posterunkową formularz
– Zostawiłam okulary w domu.
– Ja mogę zapisywać. Adres – zaczęła Tuomainen.
Anna poprosiła o drugi talerz zupy.
– Poranek był taki zimny – wyjaśniła Anna i podała swój talerz mężczyźnie, który wszedł do pokoju. – Na moim termometrze było minus cztery, ale zawsze pokazuje mniej, niż jest w rzeczywistości.
Potem nagle przypomniała sobie, że mieszkająca pod nią Piironen otwierała okno w kuchni na oścież, przez co temperatura na termometrze rosła. Do mieszkania Anny wpadał z dołu smród spalenizny. Anna poszła nawet zagaić w tej sprawie, ale nic nie wskórała.
– Pormestarintie 3 B 24. – W końcu odetchnęła z ulgą.
– Tam niedaleko szpitala?
– Po drugiej stronie ulicy.
– W takim razie zrobiła pani sobie niezły spacer, skoro wyszła pani o dziewiątej.
– Która jest godzina?
– Dochodzi wpół do trzeciej. Harri Niemelä zadzwonił do nas o pierwszej.
Anna ze zdumieniem spojrzała na posterunkową. Wydawało jej się, że wyszła tylko na krótką poranną przechadzkę, aż tu nagle zrobiło się popołudnie. Nic dziwnego, że tak przemarzła. Anna opatuliła się szczelniej kocem.
– Musiałam trochę pobłądzić.
Anna zauważyła, jak policjantka wymienia spojrzenia z mężczyzną, który przyniósł zupę.
– I naprawdę zobaczyła pani w lesie ciało?
Teraz już nawet jej nie wierzyli. Sprawdźcie sobie sami, wystarczy iść po śladach. Po co ją przepytują, skoro nawet jej nie wierzą. Anna skupiła się na siorbaniu zupy i nie odpowiedziała.
– I to ciało, które pani widziała, było kompletnie zamarznięte? Czy zauważyła pani coś, co mogłoby wskazywać na przyczynę śmierci?
– Zapadła w sen zimowy – stwierdziła Anna.
– Chyba będzie najlepiej, jak zawieziemy teraz panią do domu.
– A to przesłuchanie? – zapytała Anna.
– Najpierw zobaczymy, co się nam uda znaleźć w lesie.