Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dziesięć pomidorów, które zmieniły świat - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
4159 pkt
punktów Virtualo

Dziesięć pomidorów, które zmieniły świat - ebook

Niegdyś pomidor nie miał łatwego życia – przez wieki tkwił na marginesie historii, podejrzewany o trujące właściwości, i służył co najwyżej do obrzucania wrogów. W XIX wieku uwierzono jednak, że ekstrakt z niego jest cudownym lekarstwem na wszelkie dolegliwości. Teraz pomidor jest najpopularniejszym owocem (a może warzywem?) na świecie i zmienia oblicze rolnictwa, przenosząc się z pól do klimatyzowanych megaszklarni wielkości małych miast. Każdego lata w wielu krajach odbywają się festiwale pomidora, a butelka ketchupu stanowi podstawowe wyposażenie każdej lodówki.

Oparta na skrupulatnych badaniach i opowiedziana żywym, dowcipnym językiem, książka Dziesięć pomidorów, które zmieniły świat to historia oszustów, konkwistadorów i mafiosów, a także podróży, przygód i łutów szczęścia.

Poznaj fascynujące losy pomidora na przestrzeni wieków!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68846-21-8
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP. CENNIEJSZE NIŻ ZŁOTO

Wstęp

Cen­niej­sze niż złoto

Tenochtitlán, Meksyk. 1 lipca 1520.

Hisz­pań­ski kon­kwi­sta­dor Her­nando Cortés srogo się pomy­lił. Sie­dem mie­sięcy wcze­śniej spi­sek i rzeź otwo­rzyły mu drogę do aztec­kiej sto­licy-wyspy Tenochtitlán, ale on i jego mała armia byli w strzę­pach. Mon­te­zuma, jego wię­zień, a jed­no­cze­śnie obrońca, już nie żył, raniony kamie­niem przez wście­kłych pod­da­nych, któ­rzy teraz zwró­cili swój gniew prze­ciwko najeźdź­com. Najeźdź­com zdzie­siąt­ko­wa­nym, odcię­tym od sta­łego lądu i oblę­żo­nym. Kon­kwi­sta­dor widział tylko jedną moż­li­wość, by ura­to­wać życie swo­ich dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ludzi. W przy­padku klę­ski lepiej byłoby im zgi­nąć w walce; jeśliby któ­ryś z nie­szczę­śni­ków tra­fił do nie­woli, pozo­sta­łoby mu tylko cze­kać, aż jego bijące jesz­cze serce zosta­nie wyrwane z piersi.

Hisz­pa­nie spa­ko­wali tyle skra­dzio­nych skar­bów, ile tylko się dało, i zapla­no­wali despe­racką ucieczkę w środku nocy, wyko­rzy­stu­jąc zbu­do­wane w tajem­nicy prze­no­śne mosty, które miały połą­czyć prze­rwane gro­ble. Cięż­kie złoto oka­zało się nie­po­ręczne i wylą­do­wało na dnie jeziora Texcoco. Świat nie widział dotąd rów­nie wiel­kiej straty. Cortés zdo­łał jed­nak uciec, prze­gru­po­wał się i wró­cił żądny zemsty. Na prze­strzeni czter­na­stu mie­sięcy wspa­niała nie­gdyś cywi­li­za­cja zna­la­zła się w ruinie, padł­szy ofiarą hisz­pań­skiej agre­sji, zarazy i nie­po­skro­mio­nego pra­gnie­nia sre­bra i złota. Praw­dziwy skarb Mek­syku, który miał wywrzeć na świat wpływ nie mniej­szy niż wszyst­kie cenne kruszce Nowego Świata, miał jed­nak nie­długo zna­leźć się na statku pły­ną­cym do Europy, by na zawsze zmie­nić bieg histo­rii.

Mówię oczy­wi­ście o pomi­do­rze.JEDEN. POMODORO MEDYCEUSZY

Jeden

_Pomo­doro_ Medy­ce­uszy

Dziwne, obce warzywo zostaje wpierw nazwane, potem zapo­mniane

Piza, Włochy. Wigilia Wszystkich Świętych, 1548.

Wielki książę Toska­nii Kosma I Medy­ce­usz scho­dził po dłu­gich scho­dach Palazzo Vec­chio, bo dowie­dział się wła­śnie od zarządcy dworu, że z jego wiej­skiej posia­dło­ści pod Flo­ren­cją przy­wie­ziono do pałacu kosz. Cały dwór zebrał się, by przyj­rzeć się dziw­nemu warzywu, które dopiero co przy­było z Nowego Świata. Wyda­wało się, że pomi­dory zostaną Wło­chom przed­sta­wione wła­śnie przez słyn­nego i wpły­wo­wego Kosmę I Medy­ce­usza. Czy kto­kol­wiek byłby lep­szy w tej roli? Hojny mece­nas sztuki i nauki, który wła­śnie sfi­nan­so­wał pierw­szy ogród bota­niczny w Pizie, książę obecny w życiu publicz­nym, odkąd miał sie­dem­na­ście lat, i bota­nik-ama­tor, szcze­gól­nie zain­te­re­so­wany rośli­nami z Nowego Świata – czego dowo­dziły całe rzędy grzą­dek kuku­ry­dzy wita­jące zdzi­wio­nych gości w jed­nym z jego licz­nych toskań­skich mająt­ków, Villa di Castello. Co wię­cej, był mężem Hisz­panki, Ele­onory di Toledo, któ­rej rodzina miała dostęp do wielu gatun­ków roślin docie­ra­ją­cych z obu Ame­ryk.

Tym razem do Kosmy tra­fiły pomi­dory, które nie tylko miały się stać nie­mal syno­ni­miczne z Wło­chami, ale które wpły­nąć miały na kuch­nie całego świata, od ame­ry­kań­skiego ket­chupu po indyj­skie tikka masala. Praw­dzi­wie donio­sła chwila! Co miało nastą­pić póź­niej? Naro­dziny pizzy i spa­ghetti? Zapro­sze­nie na kola­cję skie­ro­wane do Michała Anioła? Zarządca pisze o tej dra­ma­tycz­nej chwili uni­żo­nym, nie­mal biblij­nym tonem: „I otwarto kosz, i wszy­scy popa­trzyli na sie­bie, głę­boko zamy­śleni”.

To, co powie­dzieli wów­czas zgro­ma­dzeni, nie zostało zano­to­wane, ale podej­rze­wam, że wznie­śli wzrok do nieba i pomy­śleli: „Co to, do cho­lery, jest?”.

Bio­rąc pod uwagę, że następ­nego dnia przy­pa­dał Dzień Wszyst­kich Świę­tych – a więc tra­dy­cyjne święto – mogli­by­śmy się zasta­na­wiać, czy pomi­do­rów nie prze­zna­czono spe­cjal­nie na tę oka­zję. Nie podano ich jed­nak na kola­cję ani tego dnia, ani następ­nego. Ani w kolej­nym roku i dzie­się­cio­le­ciu, ani nawet sto lat póź­niej. W rze­czy­wi­sto­ści warzywo to – tak bli­sko zwią­zane z wło­ską kuch­nią, że można by wyba­czyć każ­demu, kto (podob­nie jak ja) był prze­ko­nany o jego wło­skim rodo­wo­dzie – nie zagrzało miej­sca na tam­tej­szych sto­łach przez trzy­sta kolej­nych lat.

Mimo to mówimy o wyda­rze­niu histo­rycz­nym, jako że mamy do czy­nie­nia z pierw­szym udo­ku­men­to­wa­nym poja­wie­niem się pomi­dora we Wło­szech. A uprzejmy zarządca, wysy­ła­jąc do wiej­skiej rezy­den­cji bile­cik z infor­ma­cją, że kosz bez­piecz­nie dotarł do pałacu, po raz pierw­szy w Euro­pie nadaje nazwę tej dziw­nej, impor­to­wa­nej z Nowego Świata rośli­nie – _pomo­doro_.

Jeśli zaś cho­dzi o ostatni towar impor­towy, jaki z Nowego Świata przy­był do Palazzo Vec­chio, współ­cze­śni jego rezy­denci rów­nież nie wie­dzą, co ze mną zro­bić ani czemu przy­je­cha­łem aż z Ame­ryki, żeby odwie­dzić miej­sce, które służy dziś za _pre­fet­tura_, czyli sie­dzibę samo­rządu pro­win­cji Pizy. Pałac, w któ­rym zbie­rali się nie­gdyś ksią­żęta i księżne (i, przy co naj­mniej tam­tej jed­nej oka­zji, pomi­dory), jest dzi­siaj urzę­dem, gdzie płaci się podatki albo wyra­bia licen­cję na łowie­nie ryb. Wspa­niałe kom­naty Kosmy Medy­ce­usza prze­kształ­cone zostały w sta­no­wi­ska pracy i wypo­sa­żone w meta­lowe biurka i szafki na doku­menty, krysz­ta­łowe żyran­dole zastą­piono ostrym, flu­ore­scen­cyj­nym świa­tłem lamp, a co naj­bar­dziej roz­cza­ro­wu­jące, nikt z tu obec­nych nie ma naj­mniejszego poję­cia, jak donio­słą bota­niczną rolę ode­grało dawne _palazzo_ (cho­ciaż wszy­scy z uśmie­chem biorą mnie za słowo).

Rzecz jasna, nie spo­dzie­wa­łem się pamiąt­ko­wej tablicy na cześć pomi­do­rów – może zasłu­ży­łyby na nią, gdyby Kosma coś z nimi zro­bił! – a w Pizie można zna­leźć parę obiek­tów o więk­szym zna­cze­niu histo­rycz­nym, w tym pewną pochy­loną wieżę, ale i tak czu­łem się nieco zawie­dziony. Sekre­tarka słu­żąca mi za prze­wod­niczkę musiała zauwa­żyć moje roz­cza­ro­wa­nie na widok biu­ro­wych deko­ra­cji.

– Gdy­by­śmy zosta­wili wszyst­kie zabyt­kowe budynki w ich pier­wot­nym sta­nie, nie mie­li­by­śmy gdzie miesz­kać ani pra­co­wać. Jeste­śmy we Wło­szech.

Trudno się z tym nie zgo­dzić. Sytu­ację rów­no­waży fakt, że we Flo­ren­cji Kosma zbu­do­wał Uffizi, dziś jedną z naj­wspa­nial­szych gale­rii sztuki na świe­cie, jako – nie uwie­rzy­cie – budy­nek admi­ni­stra­cyjny. A więc zasada działa w obie strony. Marne to jed­nak pocie­sze­nie, bo kiedy po mie­sią­cach zma­gań z wło­ską biu­ro­kra­cją, barierą języ­kową i, co dość istotne, glo­balną pan­de­mią udało mi się wresz­cie zor­ga­ni­zo­wać tę piel­grzymkę (z per­spek­tywy czasu myślę, że powi­nie­nem był uda­wać, że wybie­ram się na ryby), wygląda na to, że poko­na­łem sześć tysięcy kilo­me­trów, żeby zoba­czyć salę pełną kse­ro­ko­pia­rek.

Sekre­tarka wycho­dzi z ponu­rych biur i pro­wa­dzi mnie przez dzie­dzi­niec do, jak mówi, nie­wy­re­mon­to­wa­nego skrzy­dła pałacu, gdzie na dru­gim i trze­cim pię­trze mieszka _pre­fetto_ – regio­nalny przed­sta­wi­ciel admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej. Klatki scho­do­wej strzeże wyrzeź­biona na balu­stra­dzie impo­nu­jąca głowa lwa. Prze­cho­dzę przez drzwi i… co do _fan­culo_???

Jeste­śmy w daw­nej kuchni Kosmy, gdzie wzdłuż nie­mal całej ściany cią­gnie się długi, drew­niany stół. Zamon­to­wano tu insta­la­cję hydrau­liczną i zaku­piono nowe sprzęty (_pre­fetto_ ma na górze wła­sną kuch­nię, ale tej używa się pod­czas przy­jęć i podob­nych oka­zji), ale dowia­duję się, że poza tym od cza­sów Medy­ce­uszy nie­wiele się tu zmie­niło. W prze­stron­nym i jasnym pomiesz­cze­niu zmie­ści­łoby się bez trudu pół tuzina kucha­rzy, lecz mój wzrok szcze­gól­nie przy­ciąga prze­piękna szes­na­sto­wieczna posadzka z kafli, które zacho­dzą też wyżej, na ściany, a to ozna­cza – co zauwa­żam z nutą zazdro­ści – że zabru­dzoną po wiel­kim goto­wa­niu kuch­nię można po pro­stu umyć od góry do dołu.

Dwa okna oto­czone gru­bymi, drew­nia­nymi okien­ni­cami wpusz­czają dużo natu­ral­nego świa­tła, a z sali wycho­dzi się pro­sto na główną ulicę, z któ­rej widać pobli­ską rzekę Arno. Sekre­tarka mówi, że bez­po­średni dostęp do drogi i wody był klu­czowy, bo to wła­śnie w kuchni odbie­rano wszyst­kie dostawy, zarówno te przy­by­wa­jące drogą lądową, jak i mor­ską.

– Zaraz, a zatem to tu…

– Tak – potwier­dza z uśmie­chem.

To wła­śnie tutaj Medy­ce­usze zebrali się, żeby powi­tać tajem­ni­czy kosz z owo­cami przy­by­łymi z odle­głej cywi­li­za­cji.

Tyle że ich nie goto­wali.

Co możemy powie­dzieć o pomi­do­rach Kosmy? Jego zarządca nie­stety nie pozo­sta­wił nam żad­nego opisu, ale mam nadzieję, że dowiem się cze­goś wię­cej, gdy udam się do kate­dry. W tym celu muszę minąć nie­mal nie­na­tu­ral­nie białą wieżę, która wydaje się pochy­lać tak wyraź­nie, jakby miała runąć na zie­mię niczym talia kart, gdyby tylko jakaś grupa tury­stów posta­no­wiła wdra­pać się na górę i sta­nąć po jej jed­nej stro­nie.

To na krzywą wieżę w Pizie można wejść?. Jestem w szoku – można by sądzić, że ten bez­cenny zaby­tek, który ist­niał już (i pochy­lał się na połu­dnie) sto czter­dzie­ści dzie­więć lat przed tym, jak Kosma wzru­szył ramio­nami na widok swo­ich pomi­do­rów, jest nie­do­stępny dla gości, oprócz może Quasi­moda. A skoro już przy tym jeste­śmy, uwaga do przy­szłych budow­ni­czych wież: „_pisa_” to grec­kie słowo ozna­cza­jące „bagno”. Może gdy następ­nym razem posta­no­wi­cie zbu­do­wać wielką wieżę, wybierz­cie mia­sto z „pod­ło­żem skal­nym” w nazwie.

Cho­ciaż dzi­siaj wieża jest naj­więk­szą oko­liczną atrak­cją, powstała jako doda­tek – dzwon­nica mająca towa­rzy­szyć kate­drze, która po ukoń­cze­niu budowy w 1118 roku była naj­więk­sza i naj­wspa­nial­sza w Euro­pie. Obecne drzwi powstały „nie­dawno”, to zna­czy w 1600 roku, po tym jak te ory­gi­nalne stra­wił pożar. Trzy pary ogrom­nych, bogato deko­ro­wa­nych wrót wej­ścio­wych z brązu skła­dają się z płyt, na któ­rych wid­nieją sceny ze Sta­rego i Nowego Testa­mentu, opra­wione we fryzy prze­sta­wia­jące lokalną i egzo­tyczną florę i faunę; są tam ogórki, strączki groszku, jabłka, orze­chy, wie­wiórki i żół­wie. Jest nawet noso­ro­żec, który był emble­ma­tem kuzyna i poprzed­nika Kosmy na sta­no­wi­sku księ­cia Flo­ren­cji, Alek­san­dra Medy­ce­usza – jego śmierć z ręki naj­bliż­szego przy­ja­ciela w 1537 roku wpro­wa­dziła nasto­let­niego Kosmę na to sta­no­wi­sko.

Jeśli zaś przyj­rzeć się dokład­nie, w lewym dol­nym rogu pra­wego skrzy­dła bez waha­nia roz­po­zna się pomi­dora. Nie jest to jed­nak pomi­dor, jakiego naj­czę­ściej widu­jemy dzi­siaj. Jest podzie­lony na sześć „czą­stek”, żebro­wany niczym dynia piż­mowa. Gładki pomi­dor miał zade­biu­to­wać dopiero dwie­ście lat póź­niej – a tego kar­bo­wa­nego wciąż da się zna­leźć na pizań­skich tar­gach.

Drzwi kate­dry powstały w warsz­ta­cie fla­mandz­kiego rzeź­bia­rza Giam­bo­lo­gni, członka zało­ży­ciela Acca­de­mia delle Arti del Dise­gno – pre­sti­żo­wej aka­de­mii sztuk pięk­nych ufun­do­wa­nej przez Kosmę Medy­ce­usza w 1563 roku. Znów ten Kosma! Fak­tycz­nie, dobrze znał Giam­bo­lo­gnę, cho­ciaż intry­gu­jąca kon­cep­cja o związku mię­dzy pomi­do­rami Kosmy a rzeź­bia­rzem zostaje pod­wa­żona przez fakt, że wielki książę zmarł w wieku pięć­dzie­się­ciu czte­rech lat na ćwierć wieku przed powsta­niem drzwi. Mimo to wize­ru­nek pomi­dora (a wła­ści­wie dwóch) pod­po­wiada nam, że _pomo­doro_ był w sie­dem­na­sto­wiecz­nej Ita­lii dobrze znany. Po pro­stu go nie jedzono.

Fryz na drzwiach kate­dry w Pizie uka­zu­jący szes­na­sto­wiecz­nego pomi­dora.
(Zdję­cie autora).

Tym­cza­sem inne jadalne rośliny przy­byłe z Nowego Świata przy­jęto z otwar­tymi ramio­nami; kuku­ry­dzę mie­lono na polentę, fasolę doda­wano do potra­wek i zup, całą Europę miała zaraz spo­wić chmura tyto­nio­wego dymu, a ziem­niak miał nawet dotrzeć do odle­głej Irlan­dii, gdzie sta­nie się nie­zbędny dla rzesz chło­pów – nie bez kata­stro­fal­nych kon­se­kwen­cji. Tyle zdą­żyło się wyda­rzyć, zanim Włosi zaczęli jeść pomi­dory. Czemu zajęło im to tyle czasu?

Zadaję to pyta­nie Giu­lii Mari­nelli, prze­wod­niczce w Museo del Pomo­doro, jedy­nym na świe­cie muzeum poświę­co­nym pomi­do­rom, leżą­cym w odda­lo­nym o parę godzin drogi od Pizy regio­nie Emi­lia-Roma­nia.

– Przez wiele lat uwa­żano go za roślinę deko­ra­cyjną – mówi Gulia i dodaje, że pomi­dory hodo­wano w ogro­dach bota­nicz­nych. – Cho­ciaż był pewien fran­cisz­ka­nin, który już w XVI wieku wie­dział, że Mek­sy­ka­nie jadali te owoce, zarówno ugo­to­wane w postaci sosów, jak i surowe.

Mowa o Hisz­pa­nie Ber­nar­di­nie de Sahagún, który udał się do Mek­syku jako misjo­narz w 1529 roku. Nie wiem, jak długo zamie­rzał tam zostać, ale praw­do­po­dob­nie kró­cej niż sześć­dzie­siąt jeden lat, a więc resztę swo­jego życia. Ber­nar­dina cie­ka­wiła kul­tura Azte­ków, nawet ruiny Tenochtitlán, które Cortés swego czasu uznał za „tak cudowne, że wręcz nie­wia­ry­godne”. Zanim kon­kwi­sta­dor obró­cił je w proch, wyspiar­skie mia­sto, poprze­ci­nane kana­łami, po któ­rych pły­wały łódki i kanoe, połą­czone było ze sta­łym lądem pię­cioma gro­blami i mogło się poszczy­cić par­kami, ogro­dami, wiel­kimi pla­cami, a nawet ogro­dami zoo­lo­gicz­nymi – na długo przed tym, jak na pomysł ich zakła­da­nia wpa­dli Euro­pej­czycy. Cał­kiem moż­liwe, że Tenochtitlán (poło­żone na tere­nie współ­cze­snego Mexico City) było naj­więk­szym, naj­czyst­szym i naj­le­piej pro­spe­ru­ją­cym mia­stem na świe­cie, a pra­cu­jący tam jubi­le­rzy two­rzyli fine­zyjne, kunsz­towne dzieła, które mogłyby rywa­li­zo­wać z naj­pięk­niej­szymi pra­cami rene­san­so­wych arty­stów euro­pej­skich.

Zaawan­so­wana aztecka cywi­li­za­cja obej­mo­wała także rol­nic­two, któ­rego duża część reali­zo­wała się na pły­wa­ją­cych far­mach _chi­nam­pas_. Na pły­ci­znach jezior wbi­jano w dno paliki wzdłuż krzy­żu­ją­cych się linii i na stwo­rzo­nej w ten spo­sób kra­tow­nicy zapla­tano trzciny; powsta­wało coś w rodzaju pod­wod­nych skrzy­nek, które wypeł­niano mate­rią orga­niczną (w tym ludz­kimi odcho­dami). Te tak zwane farmy akwa­po­niczne wyko­rzy­sty­wano do uprawy kuku­ry­dzy, papry­czek chili, dyni, fasoli i okrą­głych czer­wo­nych lub żół­tych warzyw, które Azte­ko­wie nazy­wali _xito­matl_.

Pomi­dory to gatu­nek ende­miczny dla górzy­stych wybrzeży Peru i Ekwa­doru, gdzie jed­nak ich owoce wiel­ko­ści groszku naj­wy­raź­niej nie były szcze­gól­nie doce­niane ani zbyt czę­sto upra­wiane. W Mek­syku zago­ściły zaś już co naj­mniej tysiąc lat przed przy­by­ciem Hisz­pa­nów. Azte­ko­wie uży­wali ich do zup i potra­wek, sma­żyli je z papryką albo sie­kali surowe razem z paprycz­kami chili i zio­łami, przy­go­to­wu­jąc coś, co Hisz­pa­nie nazwali „salsą” (a ozna­cza po pro­stu „sos”), która towa­rzy­szyła rybom i mię­som – w tym mięsu ludz­kiemu, jako że na aztec­kich ban­kie­tach z oka­zji zwy­cię­stwa nie­rzadko ser­wo­wano potrawy z ciał poko­na­nych. Pewien kon­kwi­sta­dor dono­sił, że kiedy w przed­dzień bitwy poczuł dobie­ga­jący z obozu wroga aro­mat gotu­ją­cych się pomi­do­rów, zaczął się oba­wiać, że to on jest bra­ku­ją­cym skład­ni­kiem. W pew­nym sen­sie był to pierw­szy prze­pis na coś w rodzaju hisz­pań­skiej potrawki pomi­do­ro­wej.

W Tenochtitlán Ber­nar­dino de Sahagún zna­lazł taką obfi­tość róż­no­rod­nych pomi­do­rów, że współ­cze­sne ame­ry­kań­skie targi warzywne mogłyby się przy tym scho­wać:

Sprze­dawca pomi­do­rów ma do wyboru duże pomi­dory, małe pomi­dory, zie­lone pomi­dory, pomi­dory na gałąz­kach, podłużne pomi­dory, słod­kie pomi­dory, wiel­kie pomi­dory w kształ­cie węży i pomi­dory w kształ­cie sut­ków. Sprze­daje rów­nież pomi­dory dzi­kie, pomi­dory rosnące na pia­sku i pomi­dory żółte, bar­dzo żółte, dosyć żółte, czer­wone, bar­dzo czer­wone, dość rumiane, rumiane, jasnoczer­wone, czer­wo­nawe, barwy różo­wego świtu.

Trzeba było jed­nak uwa­żać, od kogo się kupuje, bo „zły han­dlarz sprze­daje popsute pomi­dory, obite pomi­dory i pomi­dory, co spo­wo­dują bie­gunkę”. (Nie­które rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają).

Fran­cisz­ka­nina nazywa się cza­sem „pierw­szym antro­po­lo­giem”, jako że w swo­ich ory­gi­nal­nych pra­cach wpro­wa­dził pio­nier­skie stra­te­gie meto­do­lo­giczne, które pozwo­liły mu zba­dać aztecką kul­turę: uwa­żał kobiety i star­ców za źró­dła infor­ma­cji, nauczył się języka nahu­atl, a histo­rię pisał z per­spek­tywy rdzen­nych miesz­kań­ców. Kul­mi­na­cją jego badań była licząca sobie 2400 stron, prze­ło­mowa praca pod tytu­łem _Histo­ria gene­ral de las cosas de Nueva España_ (Ogólna histo­ria spraw Nowej Hisz­pa­nii).

Ber­nar­dino okre­sowo wysy­łał szkice swo­ich szcze­gó­ło­wych badań na temat aztec­kiej kul­tury (i diety) do Hisz­pa­nii i Waty­kanu, a pro­wa­dził je aż do śmierci w 1590 roku. Jego opisy dawały jasną odpo­wiedź na pyta­nie o jadal­ność pomi­do­rów.

– Tyle tylko – wyja­śnia mi Giu­lia – że ręko­pisu nie publi­ko­wano aż do 1829 roku. – Dla kościoła oka­zał się zbyt „empa­tyczny” wobec pogan, któ­rych Ber­nar­dino prze­ko­ny­wać miał do zachod­niej kul­tury i reli­gii, a nie odwrot­nie. Ostat­nim, co chciała widzieć hisz­pań­ska monar­chia, była histo­ria kon­kwi­sty z punktu widze­nia rdzen­nych miesz­kań­ców. – Cze­kał trzy­sta lat. – Giu­lia lekko wzdy­cha.

Nie wia­domo, czy wcze­śniej­sza publi­ka­cja książki cokol­wiek by zmie­niła, jeśli cho­dzi o losy pomi­do­rów. Inni hisz­pań­scy misjo­na­rze i bota­nicy rów­nież doku­men­to­wali wyko­rzy­sta­nie pomi­do­rów w Mek­syku, ale rośliny te oka­zały się zbyt dużym wyzwa­niem; póki mają zie­lony kolor, są nie­ja­dalne, potem przez chwilę są doj­rzałe, ale zaraz gniją, a po ugo­to­wa­niu się roz­pa­dają i zyskują kon­sy­sten­cję i smak nie­przy­po­mi­na­jące niczego, co było już obecne w euro­pej­skiej die­cie. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że z Ame­ryk przy­były całe tuziny inte­re­su­ją­cych przy­sma­ków – w sumie sto dwa­dzie­ścia sie­dem róż­nych odmian roślin – a pomi­dory, jak­kol­wiek wspa­niałe, to jed­nak nie cze­ko­lada.

Kiedy dokład­nie pomi­dory przy­były do Europy? Wiele wyda­rzeń okresu kon­kwi­sty możemy umie­ścić w cza­sie nie­mal co do minuty, ale histo­ry­kom nie udało się prze­ko­nu­jąco usta­lić nawet dekady, w któ­rej pomi­dory wylą­do­wały na Sta­rym Kon­ty­nen­cie. Kasty­lij­scy poborcy podat­kowi, któ­rzy w por­cie w Sewilli zbie­rali _quinto real_ – „kró­lew­ską jedną piątą” – reje­stro­wali każdą monetę, każdy wisior i srebrny pół­mi­sek przy­byłe na pokła­dach gale­onów, ale nie byli ani tro­chę zain­te­re­so­wani rośli­nami, a tym bar­dziej nasio­nami. (Przy­szli histo­rycy naszego stu­le­cia będą mieli łatwiej­sze zada­nie, jako że będą mogli zba­dać na przy­kład sprawę uda­rem­nio­nego prze­mytu do Sta­nów Zjed­no­czo­nych jed­nego pla­stra pomi­dora w kanapce w maju 2018 roku, przez co zosta­łem ozna­czony przez ame­ry­kań­skich cel­ni­ków jako „osoba naru­sza­jąca prze­pisy rolne”, praw­do­po­dob­nie doży­wot­nio. Co naj­gor­sze, był to pomi­dor paskudny).

– Kiedy pomi­dory zaczęły krą­żyć po Wło­szech – opo­wiada Giu­lia – były dla miesz­kań­ców tak zaska­ku­jące, że ci nie wie­dzieli nawet, która ich część nadaje się do spo­ży­cia. Nie­któ­rzy sma­ko­sze okre­ślili je jako nie­ja­dalne po spró­bo­wa­niu liści.

Giu­lia dodaje, że „wielu uzna­wało roślinę za tru­jącą” (jej liście, zje­dzone w dużych ilo­ściach, fak­tycz­nie takie są). Fakt, że pomi­dor należy do roślin psian­ko­wa­tych, z pew­no­ścią nie popra­wiał jego repu­ta­cji, jako że pocho­dząca z tej samej rodziny wil­cza jagoda, ina­czej bel­la­donna, to jedna z naj­bar­dziej tru­ją­cych roślin na świe­cie: zabiła wię­cej papieży, kar­dy­na­łów i rzym­skich cesa­rzy niż syfi­lis. Tok­sycz­ność bel­la­donny skrywa się pod nie­groźną nazwą (po wło­sku „piękna kobieta”), która pocho­dzi od jej daw­nego uży­cia. Wło­skie kobiety sto­so­wały tę roślinę, by powięk­szyć sobie źre­nice do kuszą­cych roz­mia­rów, ale gdy robiły to zbyt czę­sto, śle­pły zamiast zyski­wać na uro­dzie.

Mimo to nie spo­sób się nie zasta­na­wiać, dla­czego pomi­dora uznano za roślinę tru­jącą, pod­czas gdy inni przed­sta­wi­ciele psian­ko­wa­tych, w tym ci przy­po­mi­na­jący pomi­dora znacz­nie bar­dziej niż wil­cza jagoda, jak bakła­żan czy papryka, szybko weszli do wło­skiej diety. Co wię­cej, szes­na­sto­wieczni bota­nicy cza­sem błęd­nie uzna­wali pomi­dora za nowy rodzaj bakła­żana, a zatem wie­dzieli, że nie jest tru­jący.

Dopiero na początku XVII wieku zaczęto jeść pomi­dory, które naj­praw­do­po­dob­niej z początku zyskały akcep­ta­cję w Anda­lu­zji, hisz­pań­skiej pro­win­cji, na któ­rej tere­nie leży por­towe mia­sto Sewilla. W archi­wach tam­tej­szego Hospi­tal de la San­gre znaj­du­jemy zapis z 1608 roku o zaku­pie pomi­do­rów – ale tylko jeden, co suge­ruje, że pacjenci nie doma­gali się dokła­dek. Nie jest zasko­cze­niem, że pierw­sze hisz­pań­skie pomi­dory przy­go­to­wy­wano w stylu aztec­kim, duszone na oli­wie z chili. Dopiero w XIX wieku – trzy­sta lat po ich euro­pej­skim debiu­cie – Hisz­pa­nie zaczęli doda­wać je do tra­dy­cyj­nych już dań takich jak gaz­pa­cho czy paella.

Tak naprawdę naj­waż­niej­szy szes­na­sto­wieczny wkład Hisz­pa­nii w histo­rię pomi­do­rów – nie licząc ich „odkry­cia” – to pomy­le­nie ich z _toma­til­los_, czyli mie­chunką pomi­do­rową. Azte­ko­wie nazy­wali pomi­dory _xito­matl_, a ich dale­kich krew­nych, _toma­til­los_ – _mito­matl_. Źró­dłem obu tych nazw jest słowo _tomatl_, ozna­cza­jące „okrą­gły owoc”, do któ­rego doda­wano przed­rostki, by roz­róż­nić poszcze­gólne gatunki. Nie­stety szes­na­sto­wieczni hisz­pań­scy uczeni, w tym naj­słyn­niej­szy bota­nik epoki Fran­ci­sco Hernández, wzięli z tego słowa tylko rdzeń i oba owoce nazwali _tomate_.

Hernándeza do Mek­syku wysłał w 1571 roku król Filip II, by stu­dio­wał florę i faunę Nowego Świata. Pięć lat póź­niej uczony ukoń­czył pracę nad szes­na­stoma tomami peł­nymi opi­sów zna­le­zio­nych przez sie­bie roślin i zwie­rząt. Dzieło to było godne podziwu, cho­ciaż za sprawą swo­bod­nego podej­ścia do nazew­nic­twa opi­sowi pomi­dora towa­rzy­szyła ilu­stra­cja nie­wła­ści­wego _tomate_. Co gor­sza, błąd towa­rzy­szył tym gatun­kom aż do Włoch, gdzie oba nazwano _pomo­doro_, co do dzi­siaj nęka kro­ni­ka­rzy jed­nego i dru­giego.

Kiedy we Wło­szech zaczęto jeść pomi­dory, tra­fiły one na stoły boga­czy jako egzo­tyczna cie­ka­wostka – jak dzi­siaj poten­cjal­nie tru­jąca ryba fugu z rodziny roz­dym­ko­wa­tych, któ­rej odważni sma­ko­sze pró­bują w Japo­nii. Dla zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści Euro­pej­czy­ków jed­nak pomi­dory, nawet kiedy roz­po­znano w nich jadalne owoce, pozo­sta­wały rzad­ko­ścią przez cały okres rene­sansu – a główną przy­czyną był, no wła­śnie, rene­sans.

O dziwo, okres bez­pre­ce­den­so­wego roz­woju kul­tury i nauki, który wycią­gnął Europę z mro­ków śre­dnio­wie­cza, mógł przy­czy­nić się do nadej­ścia trwa­ją­cych trzy­sta lat „wie­ków ciem­nych” dla pomi­dora. Dla­czego? Iskrą, która roz­pa­liła rene­sans, było ponowne odkry­cie i doce­nie­nie kla­sycz­nego antyku, czyli kul­tury sta­ro­żyt­nego Rzymu i Gre­cji. Wszystko, co stare, znów było nowe, cza­sem dosłow­nie: jedną z pierw­szych prac zamó­wio­nych u mło­dego Michała Anioła po okre­sie ter­mi­no­wa­nia na dwo­rze Waw­rzyńca Wspa­nia­łego (dale­kiego kuzyna naszego zna­jo­mego Kosmy) była replika rzym­skiego Kupi­dyna, która oka­zała się tak prze­ko­nu­jąca, że pozba­wiony skru­pu­łów han­dlarz lekko ją pod­nisz­czył i sprze­dał jako świeżo odkryty arte­fakt. Oszu­stwo zostało ujaw­nione (z powodu błę­dów w posta­rza­niu dzieła, nie samym wyko­na­niu), ale nie zakoń­czyło to kariery Michała Anioła w skan­da­licz­nych oko­licz­no­ściach, wręcz prze­ciw­nie; jego zdol­ność odtwa­rza­nia antycz­nych dzieł dowio­dła, jak uta­len­to­wa­nym jest rzeź­bia­rzem. Oszu­kany klient, pewien rzym­ski kar­dy­nał, był pod tak wiel­kim wra­że­niem, że cho­ciaż samo fał­szer­stwo potę­pił, fał­sze­rza zapro­sił do Rzymu. Reszta, jak mawiają, jest histo­rią. Intry­gu­jącą kwe­stią sporną pozo­staje to, czy Michał Anioł na początku kariery świa­do­mie wziął udział w fał­szer­stwie.

Pod koniec życia twór­czego Michał Anioł otrzy­mał zle­ce­nie prze­pro­jek­to­wa­nia Placu Kapi­to­liń­skiego w Rzy­mie, aby stwo­rzyć godną oprawę dla jedy­nego zacho­wa­nego rzym­skiego pomnika kon­nego – wspa­nia­łego, nad­na­tu­ral­nej wiel­ko­ści posągu z brązu przed­sta­wia­ją­cego Marka Aure­liu­sza, który rzą­dził Impe­rium Rzym­skim w latach 161–180 n.e. A to wła­śnie jego oso­bi­sty lekarz, Galen z Per­ga­monu, mógł być odpo­wie­dzialny za nędzny los rene­san­so­wego pomi­dora.

Cha­rak­te­ry­styczne dla rene­sansu uwiel­bie­nie kla­sy­cy­zmu nie ogra­ni­czało się by­naj­mniej do sztuki i archi­tek­tury. Antyczna lite­ra­tura, nauka i medy­cyna rów­nież stały się obiek­tem zain­te­re­so­wa­nia i poszu­ki­wa­nia wska­zó­wek, jak lepiej żyć. Rene­san­sowi Włosi uwa­żali, że od Galena można się wiele nauczyć.

Galen z Per­ga­monu, z uro­dze­nia Grek, był jak Jug­ger­naut z Marvela: łączył w sobie cechy zna­nych leka­rzy: dr. Spo­cka, dr. Salka i dr. Oza. W wieku trzy­dzie­stu trzech lat zamiesz­kał w Rzy­mie i szybko wdra­py­wał się po szcze­blach kariery, słu­żąc kilku cesa­rzom i wzbu­dza­jąc tak wielką zazdrość wśród kole­gów po fachu (sam zresztą twier­dził, że wcale ich nie ma), że żył w cią­głym lęku przed otru­ciem.

Galen był jed­nak nie tylko ambit­nym mistrzem auto­pro­mo­cji. Był leka­rzem, naukow­cem, filo­zo­fem i jako pierw­szy zade­mon­stro­wał (prze­ci­na­jąc odpo­wied­nie nerwy kwi­czą­cej świni), że krtań gene­ruje głos. Jako pierw­szy zauwa­żył róż­nice mię­dzy krwią tęt­ni­czą a żylną; odróż­nił też nerwy czu­ciowe od rucho­wych, a nawet prze­pro­wa­dził pierw­sze udane ope­ra­cje kata­rakty.

Pisał książki o far­ma­ko­lo­gii i prak­ty­ko­wał wcze­sną formę cze­goś, co dziś nazwa­li­by­śmy „psy­cho­ana­lizą”. Jego bada­nia ana­to­miczne – pro­wa­dzone na mał­pach i świ­niach, bo w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie sek­cja ludz­kich zwłok była nie­le­galna – pozo­stały w Euro­pie głów­nymi źró­dłami wie­dzy w tej dzie­dzi­nie na kolej­nych tysiąc pięć­set lat. Galen był bez wąt­pie­nia jed­nym z naj­wspa­nial­szych umy­słów swo­ich cza­sów. Być może jedyną jego wadą (obok prze­ro­śnię­tego ego) było jego bez­na­dziejne odda­nie Hipo­kra­te­sowi i stwo­rzo­nej przez tego grec­kiego medyka w IV wieku p.n.e. teo­rii humo­ral­nej.

Teo­ria humo­ralna nie doty­czy dow­ci­pów, ale „humo­rów” – sub­stan­cji, które miały regu­lo­wać ludz­kie zdro­wie i zacho­wa­nie. Hipo­kra­tes twier­dził, że są to: krew, flegma, żółć i czarna żółć. Pisał: „Zdo­wie to stan, w któ­rym te sub­stan­cje skła­dowe znaj­dują się w odpo­wied­nich pro­por­cjach”. Nie brzmi to szcze­gól­nie rewo­lu­cyj­nie, póki nie zdamy sobie sprawy, że przed Hipo­kra­tesem wszyst­kie cho­roby przy­pi­sy­wano woli bogów. To jeden z powo­dów, dla któ­rych Hipo­kra­tesa uznaje się za „ojca medy­cyny”.

W II wieku n.e. Galen roz­wi­nął teo­rie Hipo­kra­tesa, zary­so­wu­jąc zwią­zek mię­dzy humo­rami a kon­kret­nymi rodza­jami pokarmu i typami oso­bo­wo­ści. Jeśli byłeś melan­cho­li­kiem, to dla­tego, że w twoim orga­ni­zmie znaj­do­wał się nad­miar czar­nej żółci, opty­mi­ści z kolei zawdzię­czali swoją pogodną oso­bo­wość obfi­to­ści krwi. Jako wcze­sny pro­pa­ga­tor idei „jesteś tym, co jesz”, Galen, któ­rego można by uznać za pierw­szego słyn­nego die­te­tyka, uwa­żał, że zmiana jadło­spisu może pozy­tyw­nie wpły­wać na zdro­wie i nastrój.

Bez względu na to, czy mówimy o die­cie South Beach, Atkinsa czy Galena, każda teo­ria die­te­tyczna wymaga wpro­wa­dze­nia kla­sy­fi­ka­cji pokar­mów, a Galen stwo­rzył pro­sty sche­mat: gorące albo zimne i mokre albo suche. Pod­czas gdy jedne pokarmy mogły być, na przy­kład, gorące i suche, inne były zimne i mokre albo zimne i suche. W gorą­cej wodzie kąpany Rzy­mia­nin mógł usły­szeć, że powi­nien jeść pokarmy „zimne”, by sko­ry­go­wać swój brak rów­no­wagi. Masz katar? Jedz to, co gorące i suche, by zawal­czyć z flegmą. Ist­niały także pro­dukty, któ­rych w ogóle nale­żało uni­kać.

W epoce rene­sansu liczące sobie tysiąc czte­ry­sta lat zapi­ski Galena – oparte na teo­riach opra­co­wa­nych kolej­nych pięć­set lat wcze­śniej – zostały odkryte na nowo. Działo się to mniej wię­cej w tym samym cza­sie, kiedy z Nowego Świata napły­nęła obfi­tość nie­zna­jo­mych warzyw: wszyst­kie je nale­żało wpi­sać w gale­niczny sche­mat pokar­mów gorą­cych, zim­nych, mokrych, suchych, zdro­wych i niezdro­wych.

Pomi­dory nie wyszły na tym naj­le­piej. Przy­pi­sano je do naj­mniej cenio­nej kom­bi­na­cji i uznano za „mokre i zimne” niczym wil­gotna piw­nica. Były według bota­ni­ków „nie­bez­pieczne i szko­dliwe” i „o naj­wyż­szym stop­niu chłod­no­ści”. W 1585 roku napi­sano, że „są zimne, ale nie aż tak jak man­dra­gora”, dając im nie­znaczną prze­wagę nad tym halu­cy­no­gen­nym korze­niem. Ich chłodna, wil­gotna natura miała szko­dzić tra­wie­niu – kwa­so­wość pomi­dora tylko wzmac­niała to prze­ko­na­nie.

Gale­niczna kla­sy­fi­ka­cja pomi­dora była nie­przy­chylna, ale słuszna: pomi­dory naprawdę są zimne i mokre. Zawsze zaska­kuje mnie, że nawet doj­rzały pomi­dor, zerwany w sło­necz­nym ogro­dzie w cie­pły dzień, w ustach wydaje się chłodny, co nie zawsze jest przy­jemne. Podej­rze­wam, że odpo­wiada za to wysoka zawar­tość wody; pomi­dory skła­dają się z niej w dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cen­tach, co sta­nowi jeden z naj­wyż­szych wyni­ków wśród owo­ców i warzyw.

Łatwo było zakla­sy­fi­ko­wać pomi­dory jako nie­zdrowe rów­nież dla­tego, że nie­wielu chciało je jeść. Owoce sma­ko­wały dość kwa­śno, a liście, jak twier­dzili nie­któ­rzy bota­nicy, „cuch­nęły”. Zawsze zwra­ca­łem uwagę na to, że liście pomi­dora naprawdę pachną jak owoce, nawet u kil­ku­cen­ty­me­tro­wej sadzonki. Nie przy­cho­dzi mi do głowy żadna inna roślina, która mia­łaby tę wła­ści­wość – sze­fo­wie kuchni cza­sem wyko­rzy­stują ją, wrzu­ca­jąc parę liści do sosu. Pod­czas gdy jed­nak współ­cze­śni wiel­bi­ciele pomi­do­rów uwiel­biają ten zapach, będący zwia­stu­nem jada­nej latem kanapki z bocz­kiem, sałatą i pomi­do­rem wła­śnie, silna woń liści (być może wtedy jesz­cze sil­niej­sza niż dzi­siaj) raziła rene­san­so­wych wraż­liw­ców. Fla­mandzki zie­larz Mat­thias de l’Obel ostrze­gał w 1581 roku, że „silna, cuch­nąca woń wyraź­nie wska­zuje, jak bar­dzo są nie­zdrowe i nie­zdatne do jedze­nia”, pod­czas gdy szes­na­sto­wieczny angiel­ski bota­nik John Gerard twier­dził, że pomi­dory są „zgniłe i cuch­nące”. Jesz­cze w 1731 roku w angiel­skim _Gar­de­ners Dic­tio­nary_ czy­tamy: „Rośliny roz­ta­czają tak silną woń, że nie powinno się ich sadzić w pobliżu ludz­kich sie­dzib ani w żad­nym innym uczęsz­cza­nym miej­scu”.

W Gale­nicz­nym sche­ma­cie, do któ­rego powró­cono w cza­sach rene­sansu, pomi­dory uzna­wane były za tak zimne i mokre, że led­wie mie­ściły się na skali.(ilu­stra­cja autora).

Poje­dyn­cze ówcze­sne recen­zje smaku pomi­dora są nie­wiele bar­dziej przy­chylne. (Ludzie rzadko pisują o smaku rze­czy, któ­rych nie jadają). Pocho­dzący z Padwy lekarz Gio­vanni Dome­nico Sala w 1628 roku opi­sy­wał odpy­cha­jący zwy­czaj jedze­nia sza­rań­czy, pają­ków i świersz­czy przez ludzi innych kul­tur, a do „dziw­nych i wstręt­nych rze­czy” zali­czył pomi­dory, które jadali tylko „nie­liczni głupcy”. Hernández z kolei zamie­ścił pomi­dory w roz­dziale o „kwa­śnych rośli­nach”, a pewna „nie­mą­dra osoba”, któ­rej zda­rzyło się je jadać, pora­dziła, by goto­wane pomi­dory posło­dzić… kwa­śnymi wino­gro­nami.

Bez wąt­pie­nia sie­dem­na­sto­wieczne pomi­dory nie były rów­nie smaczne co dzi­siej­sze odmiany, które w toku wie­lo­let­niej hodowli stały się znacz­nie słod­sze. Sami Azte­ko­wie woleli _toma­til­los_ (co wiele nam mówi) i rzadko jadali pomi­dory same w sobie. Zazwy­czaj doda­wali do nich papryczki chili, przy­prawy i – raz na jakiś czas – poj­ma­nego jeńca.

Nie­zdrowe, cuch­nące i dziwne; nic dziw­nego, że nie­ła­two było prze­ko­nać do pomi­do­rów rene­san­sową Europę. A to jesz­cze nie koniec. Jakby nie dość szkód wyrzą­dził powrót do kon­cep­cji Galena, repu­ta­cja warzywa z Nowego Świata ucier­piała jesz­cze bar­dziej za sprawą innego sko­ja­rze­nia z tym sta­ro­żyt­nym leka­rzem. Wielu uznało pomi­dora za „wil­czą brzo­skwi­nię Galena”: zagi­niony, tru­jący owoc, o któ­rym napi­sał on, że ma cuch­nący, żółty sok i że dzieli się na seg­menty, co wydaje się cał­kiem traf­nym opi­sem żół­tych pomi­do­rów, jakie poja­wiały się w szes­na­sto­wiecz­nych Wło­szech. Cho­ciaż przy­pusz­cze­nie to zostało oba­lone przez bota­ni­ków, łącz­nie z Hernándezem, który zwró­cił uwagę, że pomi­dory nie mogły być wil­czą brzo­skwi­nią, skoro poja­wiły się we Wło­szech dopiero w XVI wieku, to jed­nak sko­ja­rze­nie prze­trwało do dziś w nauko­wej, łaciń­skiej nazwie pomi­dora, _Sola­num lyco­per­si­cum_. _Lyco­per­si­cum_ ozna­cza bowiem ni mniej, ni wię­cej, tylko „wil­czą brzo­skwi­nię”.

Zarówno sko­ja­rze­nie z wil­czą brzo­skwi­nią Galena, jak i toskań­ska nazwa – _pomo­doro_ – suge­rują, że wcze­sne pomi­dory we Wło­szech nie­ko­niecz­nie musiały być czer­wone. _Pomo­doro_ (pier­wot­nie zapi­sy­wane jako _pomo d’oro_) ozna­cza „złote jabłko” lub – pre­cy­zyj­niej – „owoc przy­po­mi­na­jący złote jabłko”. Dziwna to nazwa na coś, co nie­wąt­pli­wie nie rosło na drze­wach, ale histo­ryk David Gen­til­core zwraca uwagę, że uży­wano jej do opisu wielu róż­nych owo­ców: fig i melo­nów, a nawet cytru­sów. Ist­niał też antyczny, mito­lo­giczny owoc _pomo d’oro_, który poja­wia się w opo­wie­ści o grec­kich nim­fach i mitycz­nych zło­tych jabł­kach, zamiast więc doda­wać do słow­nika nowe słowo, Toskań­czycy się­gnęli do sta­ro­żyt­no­ści – a pamię­tajmy, że w tam­tym cza­sie czę­sto wra­cano do antyku – by nazwać nowy owoc.

Warto doce­nić Toskań­czy­ków za to, że popraw­nie roz­po­znali w pomi­do­rze owoc. I tak, wiem, że dotąd naj­czę­ściej pisa­łem o nim „warzywo”. W następ­nym roz­dziale zwró­cimy się do ame­ry­kań­skiego Sądu Naj­wyż­szego w celu roz­wią­za­nia tej spor­nej kwe­stii, ale póki co będę okre­ślał go warzy­wem, ponie­waż jem sałatkę z pomi­do­rów, a nie lody pomi­do­rowe. Cza­sem jed­nak nazwę pomi­dora „owo­cem”, kiedy ta ter­mi­no­lo­gia wyda mi się wła­ściwa. _Capi­sci_?

Dla więk­szo­ści szes­na­sto­wiecz­nych Wło­chów _pomo­doro_ nie był ani owo­cem, ani warzy­wem. W ogóle nie był jedze­niem. A cho­ciaż sku­piamy się na Wło­szech, bo to one osta­tecz­nie roz­sła­wią pomi­dora, w pozo­sta­łych kra­jach Europy też nie zyskał on popu­lar­no­ści. Do Anglii dotrze dopiero w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XVI wieku i z początku nazy­wany będzie jabł­kiem miło­ści. Fran­cuzi rów­nież okre­ślali go mia­nem _pomme d’amour_ („jabłko” było wów­czas ogól­nym ter­mi­nem sto­so­wa­nym do wszyst­kich owo­ców).

Sko­ja­rze­nie pomi­do­rów z miło­ścią przez Angli­ków i Fran­cu­zów pozo­staje tema­tem dys­ku­sji. Być może cho­dziło o to, że owoc uzna­wano za afro­dy­zjak, że przy­po­mi­nał ludz­kie serce albo że nale­żał do tej samej bota­nicz­nej kate­go­rii co wspo­mniana wcze­śniej man­dra­gora (po hebraj­sku „roślina miło­ści”), którą koja­rzono z płod­no­ścią już od cza­sów biblij­nych. Gen­til­core uważa, że powią­za­nie pomi­dora z miło­ścią to kolejna kon­se­kwen­cja pomy­le­nia go z _toma­tillo_, jako że skórka tego dru­giego po wyschnię­ciu pęka, uka­zu­jąc znaj­du­jący się w środku owoc, któ­rego barwa prze­cho­dzi od bla­dej zie­leni aż do fio­letu. Hisz­pań­ski bota­nik Fran­ci­sco Hernández uwa­żał tę „wul­garną i lubieżną” wła­ści­wość, przy­wo­łu­jącą na myśl kobiece narządy płciowe, za „obsce­niczną i obrzy­dliwą”. Być może na nazwę „jabłko miło­ści” wpa­dli ci, któ­rych ten widok mniej raził.

Jako czło­wiek, któ­remu nauka języ­ków obcych spra­wia tak dużą trud­ność, że kie­dyś zwró­ci­łem się po fran­cu­sku do kel­nera trzy­gwiazd­ko­wej pary­skiej restau­ra­cji sło­wami: „Ja popro­szę szynkę w gaze­cie, a mój syn poprosi córkę”, myślę, że praw­dziwe wyja­śnie­nie jest znacz­nie prost­sze: „_pomo­doro_” pomy­liło się obco­kra­jow­com z „_pom’amoro_” – jabł­kiem miło­ści. I tyle. Nie­za­leż­nie od źró­dła, okre­śle­nie to miało prze­trwać aż do XIX wieku, kiedy zarówno Anglia, jak i Fran­cja porzu­ciły miłość i prze­jęły ter­min hisz­pań­ski zamiast wło­skiego. Tak powstały, kolejno, _tomato_ i _tomate_, cho­ciaż rodzaj męski _el tomate_ z Hisz­pa­nii we Fran­cji zmie­nił się w żeń­ski _la tomate_. Pod wzglę­dem języ­ko­wym świat dzieli się na dwie czę­ści: cała zachod­nia Europa (oprócz Włoch) i Afryka Pół­nocna uży­wają hisz­pań­skiej waria­cji _tomate_, pod­czas gdy różne wer­sje _pomo­doro_ prze­kro­czyły Adria­tyk i Bał­kany i wylą­do­wały w Pol­sce, Ukra­inie, Rosji i innych kra­jach wschod­niej Europy.

Nie­za­leż­nie od nazwy, pomi­dory pozo­staną nie­po­pu­larne, nie­ko­chane i nie­je­dzone jesz­cze przez dużą część XVII wieku. Oczy­wi­ście dowody (w tym dwa moje ostat­nie posiłki) wska­zują na to, że w pew­nym momen­cie sytu­acja ule­gnie zmia­nie. Gdy zawi­ta­łem do Muzeum Pomi­dora, spy­ta­łem Giu­lię Mari­nelli, czemu Włosi przez dłu­gie wieki nie jadali tych warzyw. Wycho­dząc, zada­łem jej odwrotne pyta­nie: co skło­niło ich, by jed­nak się do nich prze­ko­nać? Czy była to zmiana kul­tu­rowa, czy może zmie­niła się sama roślina?

Moja roz­mów­czyni chwilę się zasta­na­wiała.

– Przy­czyn było wiele. Ale, jak pew­nie wiesz, na początku XIX wieku w Ame­ryce orga­ni­zo­wano spe­cjalne pokazy, by prze­ko­nać ludzi, że pomi­dory nie są tru­jące.

Nie, nie wie­dzia­łem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij