Dziewczyna szabrownika - ebook
Niewyjaśniona śmierć, dom pełen sekretów i rodzina mająca niejedno do ukrycia.
U stóp wodospadu na krańcu targanej wichurami zachodniej Kornwalii zostają znalezione zwłoki kobiety.
Rok później jej dzieci, Solomon i Grace, są nękane niepokojącymi wizjami.
Pomocy zgadza się udzielić psycholożka Karenza Bray, która sama nie może się otrząsnąć po własnej, bolesnej stracie. Zdeterminowana, by pomóc rodzeństwu, Karenza zostaje wciągnięta w tragiczną historię rodziny i straszliwe sekrety z przeszłości.
Ktoś zna prawdę o tym, co się stało z Natalie Tyack. Jednak im więcej Karenza się dowiaduje, w tym mroczniejszą tajemnicę się zagłębia.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8457-031-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pada, nic tylko pada.
Emma wyjrzała przez otwarte drzwi, podnosząc wzrok na zasnute poranne niebo. Wciąż leje.
Ciężko i boleśnie westchnęła. Koniecznie pragnęła się przejść. W domu było jej co chwila to za gorąco, to za ciasno, to za zimno. Rozmowy z teściami przebiegały sztywno, a jej mąż Andrew co rusz gdzieś przepadał, zostawiając ją na mieliznach konwersacyjnych banałów. Długo wyczekiwany wyjazd do zachodniej Kornwalii absolutnie nie okazał się obiecywanym przez niego w Londynie wytchnieniem.
_Będzie romantycznie, najdroższa. Czekają nas długie spacery we dwoje po klifach_.
Nie było romantycznie. Budziła się co rano przytłoczona grubą czapą burych chmur, które nacierały z taką nieustępliwością i determinacją, jakby wykonywały zlecone zadanie. I sumiennie się do niego przykładały, a na dodatek Andrew gdzieś znikał, zupełnie jakby nie potrafił przebywać w jednym domu ze swoją rodziną, z własną matką i ojcem.
Pada.
Zastygła w progu Emma ponownie rozważała, dokąd wybrał się mąż. Znów zszedł do malutkiej osady? Znów pije Pod Saracenem? Tak czy inaczej, na razie była sama. Chwilowo nikt jej nie obserwował, nikt nie osaczał pytaniami, sondując, taksując, przewiercając na wylot wzrokiem. Stała po prostu przy drzwiach wychodzących na alejkę, która kusiła pięknem. To jedna z nielicznych drogocennych okazji podczas tej wyprawy do Kornwalii, by samodzielnie odkrywać okolicę. A te chwile są najcenniejsze.
Przez sekundę zastanawiała się, czy powinna coś komuś powiedzieć, napisać karteczkę, zostawić wiadomość, ale potem uznała, że nie. Chciała znowu poczuć prawdziwe emocje towarzyszące ucieczce. Zostać sama i po prostu być sobą – cudownie wolna od sztywnych przymusów.
I gdy tak patrzyła, wydało jej się, że nawet trochę przestaje padać. Słyszała już teraz tylko przytłumiony szum morza w oddali. Ale czyżby dobiegał też jakiś głos zza pleców, z głębi domu? Ktoś jej szuka?
Nie może do tego dopuścić. Nie wytrzyma kolejnej tury gier karcianych, kolejnej filiżanki herbaty, kolejnego kluczenia w rozmowie – nie kiedy wszystko jest _na zewnątrz_. Jak ludzie mogą żyć w ten sposób, ciągle w czterech ścianach, gdy otaczają ich takie cuda natury?
Dość!
Zdeterminowana szybko narzuciła na siebie płaszcz, zawiązała botki i wyszła na dziedziniec, cichutko zamknąwszy za sobą drzwi.
Skręcając w lewo, obok stajni i wyszczotkowanych koni, skierowała się jedyną dostępną ścieżką w dół do morza. Dobrze poznała już tę trasę. W przerwach między lodowatymi wichrami w tym tygodniu zdążyła zauroczyć się tą słodką, rzewną, piękną okolicą, pełną jaskinek i zatoczek: Penberth, Le Scathe, Porthguarnon, Zawn Dorlam, gdzie dzikie wrzosowiska schodzą ku bezładnym leśnym zaroślom, wiodącym do klifów i dalej ku bezmiarowi oceanu, nad którym kołują ptaki patrolujące swe prywatne posiadłości na sterczących granitowych głazach.
Pół godziny później Emma trafiła na znane już jej rozwidlenie ścieżki. Bez wahania wiedziała, w którą stronę się skierować.
_Swoją ulubioną_.
Zawn Dorlam, Zatoczka Wodospadu! Wszyscy przestrzegali Emmę, że to miejsce jest niebezpieczne, zdradliwe, śliskie – cudne, ale z groźnymi, poszarpanymi urwiskami, gęstą, częściowo zbutwiałą roślinnością i pokrytymi zgniłą mazią kamieniami. Nic jej to nie wadziło – bo ta dzika ścieżyna, wijąca się między janowcami, jeżynami i tamaryszkiem, otwierała się na przestwór przesiąkniętego morską solą powietrza. Głęboko wdychała tę ambrozję i szła dalej pewnym krokiem przed siebie, przeskakując ostatnie przełazy, przeciskając się między kolczastymi krzewami i coraz bardziej przybliżając się stromą ścieżką do odludnej plaży, na którą praktycznie nikt nie docierał późnym listopadem.
Chociaż dzisiaj?
Dzisiaj w Zawn Dorlam po raz pierwszy w tym deszczowym tygodniu Emma nie była sama.
Wpatrywała się zaskoczona. Ktoś… najwyraźniej spał. Chyba dziecko. Tuż przy urokliwym wodospadzie. Dziecko ubrane od stóp do głów, nieszykujące się do dania nurka w fale. Po prostu leży.
_W zimnie i na deszczu_.
Emma wstrzymała oddech, zaniepokojona. Po plecach przebiegł jej pierwszy dreszcz strachu. Dlaczego późną jesienią dziecko leży na plaży? Czy to miejsce jest bezpieczne? Natychmiast poczuła, że stało się tu coś złego. Może to dziecko usnęło – a może wydarzyło się coś dużo bardziej mrocznego.
Nie miała wyboru. Trzeba było się przekonać. Ostrożnie podeszła po kamieniach do punktu, który zapewniał lepszą widoczność.
To nie jest dziecko. Na zimnych głazach u podnóża wodospadu, gdzie kaskada zmieniała się w rwący do morza strumień, leżała drobna kobieta. Na głowę miała naciągnięty kaptur, który przesłaniał jej twarz. Emma była za to wdzięczna. Bo to z pewnością były zwłoki, szczątki nieżywego człowieka – trup. Nikt pozostający przy życiu, z bijącym w piersi sercem, nie leżałby pod wodospadem, nasiąkając bez drgnienia, bez zmrużenia oka deszczem i morzem.
Cal po calu Emma przysunęła się jeszcze bliżej. Mogła teraz zajrzeć pod kaptur i przekonała się, że to nie są zwyczajne zwłoki. Ta twarz była w stanie potwornego rozkładu, ciało i kości przegniłe, zakrwawione, porozrywane. A obok leżał bucik, pojedynczy, zapomniany skórzany niemowlęcy bucik, gnijący, omszały i rozdarty tak jak głowa kobiety.
Tu wydarzyło się coś gorszego niż nieszczęśliwy wypadek, może nawet gorszego niż zabójstwo. Coś piekielnego.
W akompaniamencie deszczu siekącego w morze i skały, w paprocie i błoto, Emma na całe gardło krzyknęła z przerażenia.1
Spoglądam na drugi koniec pięknego salonu u mojej najmłodszej i najzamożniejszej klientki. Romilly Kelhelland, subtelnie elegancka w ciemnych dżinsach i popielatym kaszmirowym topie, zrobiła właśnie pauzę w swoim monologu, niespiesznie biorąc łyczek przejrzystego zielonkawego płynu, podanego jej na srebrnej tacy przez pokojówkę. Nie zostałam poczęstowana tym napojem, przypuszczam więc, że jest alkoholowy. Romilly wspomaga się czasem szklaneczką czegoś mocniejszego, wymuszając wtedy tak jak teraz naturalną pauzę w naszych sesjach. Albo wypija jeden lub dwa drinki na końcu, kiedy zbieram już swoje rzeczy i myślę o powrocie promem do domu w Falmouth.
Podczas gdy sączy trunek, napawam się słynnym widokiem roztaczającym się z tej rezydencji – Willi Tamariz. Z pewnością właśnie on zadecydował o tym, że bogaty angielski kapitan żeglugi morskiej i jego żona, rodowita Portugalka, właśnie tutaj wybudowali w 1820 roku swój wspaniały dom w stylu regencji.
Z obszernego okna werandowego widać całe miasteczko St Mawes, jego czarującą przystań, tchnącą zielenią posiadłość Place Manor, Plażę Jezusa i Cypel Świętego Antoniego w oddali. Nawet w tak szary listopadowy dzień jak dziś jest to błogi obrazek. Zawsze coś się dzieje na zatoce. Niektóre łódki są już przygotowane na zimę, wyciągnięte na brzeg z pozwijanymi żaglami. Inne wciąż bujają się na rozlewiskach Carrick Roads, zmierzając do Flushing albo błąkając się krajoznawczo to tu, to tam między urokliwymi bliźniaczymi zamczyskami, które Henryk VIII wzniósł z myślą o studzeniu zapędów Hiszpanów.
Zerkam kontrolnie na pokój. Romilly jest zatopiona we własnych myślach. Ponownie korzystam więc z chwili i spoglądam na leżące w dole miasteczko.
Pomimo późnego sezonu nieustraszeni turyści przechodzą uliczkami St Mawes obok Pensjonatu Tresanton, wiktoriańskiego pubu, wymuskanego Hotelu Idle Rocks i sklepu rybnego przy zamkniętej lodziarni z zaciągniętymi roletami. Pogadując i podśmiewając się, mijają pocztę i prom do Falmouth, na który przewoźnik Jago Moyle wpuszcza swoich pasażerów.
Zastanawiam się, czy chociaż jedna osoba zwróci uwagę na atrakcyjny, zadbany, pomalowany na różowo domek w rzędzie wiktoriańskiej zabudowy, w którym kiedyś mieszkała psycholożka sądowa wraz z mężem prawnikiem – państwo Shaplandowie – i ich drobniutka córka Minnie.
Wątpię. Niby czemu?
– Wszystko w porządku, Karenzo?
Wraca rzeczywistość. Ożywam.
– Tak, przepraszam, to tylko… wiesz, wspomnienia.
Upominam się: „Jesteś w pracy”. Romilly Kelhelland to klientka z mojej prywatnej praktyki, płaci za mój czas z własnej kieszeni, a przynajmniej z rodzinnej. Nie siedzę w rzęsiście oświetlonym, białym, sterylnym pokoju rozmów z meblami przyśrubowanymi do posadzki i nie prowadzę wywiadu z zabójcą dzieci o jego fiksacji na punkcie pluszowych misiów. Tamto się skończyło. Tak jak chciałam. Moja nowa praca jest inna. To radykalna zmiana i ja – jak wierzę – powoli rozkręcam swoją prywatną działalność pomimo chwilowego niedoboru klientów. Ale ta praca wymaga niemniejszego, choć nieco innego skupienia.
– Co pijesz, Rom?
– Sbirulino. Jestem totalnie uzależniona.
– To alkohol, prawda?
Romilly odpowiada ze śmiechem:
– Tak, profesor Moriarty. Nakryłaś mnie, zostałam zdemaskowana.
– Czy trochę nie za wcześnie?
– Za wcześnie? No cóż, nic na to nie poradzę, sbirulino jest po prostu zniewalające. Odkryliśmy je z Tashem zeszłego lata we Florencji.
– Co to w ogóle jest?
– Robią to w Rivoire. W tej znanej kawiarni na Piazza della Signoria. Myślę, że to pewnie gin, Finocchietto, szampan, syrop ze spiruliny. Byłaś tam ostatnio? We Florencji? W Rivoire? Musisz popróbować!
Odchrząkuję. Lubię wypić małe piwo Doom Bar w Pubie Victory z Jagiem.
– Nie całkiem moje klimaty. Ale brzmi ciekawie.
Romilly posyła mi uśmiech, który zazwyczaj wywołuje pożądany efekt. Delikatne kości policzkowe, blond włosy, zielonobłękitne oczy, pociągający uśmiech młodej, szczęśliwej kobiety: dwadzieścia trzy lata, bogata, świetnie wykształcona. I wszystko to tylko przykrywka.
Gdybyście zobaczyli Romilly w modnym barze w londyńskim Brixton czy na Brooklynie – a właśnie tam spędza na ogół czas, gdy nie zaszywa się w domu w Kornwalii – nigdy nie powiedzielibyście, że pod tymi drogimi dżinsami skrywają się szramy blizn, sugestywna różowa drabinka samookaleczeń.
Zapewne też byście nie zgadli, że pod kaszmirowym pulowerem widnieją ciemne sińce – ślady po wstrzykiwaniu narkotyków, znamiona traumy, wykorzystania, zagrożenia. Tak dużo pozostaje w cieniu. Te stare arystokratyczne familie z posiadłościami, jachtami i utytułowanymi kuzynami w całej Kornwalii – któż by się domyślił, ile dramatów, a nawet czystego zła nagromadziło się przez pokolenia w dziejach tych szacownych rodów?
Ja wiem. Romilly wie. I właśnie w związku z tym się spotykamy. Tym mamy się zająć, poprawić jej stan psychiczny.
Dlatego nachylając się do niej, proponuję, żebyśmy o tym porozmawiały, zaczynając może od _mamusi_. Romilly Kelhelland zgadza się, nie bez westchnienia, i drugą połowę godziny przewidzianej na naszą sesję przeznaczamy na rozmowę o egoistycznej matce, entuzjastce chirurgii plastycznej i kokainy. Według mnie to z jej powodu Romilly Kelhelland zsuwa niekiedy dżinsy i przeciąga ostrzem noża po obnażonym udzie, podekscytowana sączącymi się kropelkami krwi i wzbierającym bólem.
Kochana mamusia.
Po trzydziestu minutach takiej rozmowy Romilly Kelhelland wygląda na wyczerpaną, ale chyba też oczyszczoną, przynajmniej trochę, jak mam nadzieję. Nie byłoby sensu, żebym wykonywała swoją nową pracę, gdyby nie przynosiła ludziom korzyści. Chcę się sprawdzić.
Sesja niemal się kończy. Dla uczczenia tego Romilly zamawia i otrzymuje następne sbirulino. Tym razem proponuje lampkę również mnie, ale uprzejmie dziękuję.
Podczas gdy sączy swój wyrafinowany drink, siedzę jak uboga krewna, starając się sobie przypomnieć, czy w ogóle byłam kiedyś we Florencji. Z Włoch pamiętam tylko jedną szaloną wycieczkę po całym kraju, którą odbyłam w wieku dwudziestu dwóch lat po zrobieniu licencjatu z psychologii na Uniwersytecie Bristolskim, kiedy staraliśmy się z Kyle’em wycisnąć maksimum z dziesięciu maniakalnych dni, łącznie ze wspaniałym seksem w tanich włoskich hotelikach, w których dawano ręczniki kąpielowe grubości bawełnianych serwetek. Czy zahaczyliśmy o Florencję? Niewykluczone, pewnie z jednym noclegiem, po którym nastąpiła wizyta w potwornie zatłoczonej galerii…
Ale może to była Wenecja?
Zbyt wiele wrażeń w zbyt krótkim czasie na tym urlopie. Tylko że wtedy to nie miało znaczenia. Byliśmy zawsze szczęśliwi, _wtedy_. Cały nasz związek przypominał absurdalnie długi miesiąc miodowy: od chwili poznania się na studiach – w klubie wspinaczkowym, jakby ktoś pytał – i pierwszego seksu trzy dni później wszystko układało się gładko, naturalnie, wydawało się oczywiste i przez długi czas życie toczyło się tym radosnym rytmem. Ja pracowałam jako asystentka w Szpitalu Psychiatrycznym Mauldseya, a Kyle kończył studia prawnicze i oboje korzystaliśmy ze studenckiego rozkładu roku, by wyrywać się co pewien czas na fantastyczny tydzień, często z jakimiś atrakcjami skałkowymi: klify w Pirenejach, szlak The Old Man of Storr w Szkocji…
Z miasteczka w dole dobiega dźwięk kościelnych dzwonów. Opłacona godzina niemal minęła. Podnoszę wzrok i grzecznie pokasłuję, przejęta, by dobrze wywiązać się ze swojej roli.
– Romilly? Czy na tym dziś kończymy? Jeśli chcesz, możemy przedłużyć spotkanie?
Ale Romilly już jest zaaferowana telefonem, uśmiecha się do jakiegoś esemesa albo zdjęcia. Czasem tak robi i nauczyłam się, by to akceptować, płynąć z nurtem sesji, niechaj się kończy po swojemu, jak freejazzowa improwizacja. Zresztą sama jestem teraz głęboko pogrążona we własnych wspomnieniach. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek się nam psuło – _przedtem_. Czy _zrobiliśmy_ coś nie tak _przedtem_? Czy postawiliśmy jakiś fałszywy krok, czy była jakakolwiek zapowiedź?
Nie wydaje mi się. Gdy skończył się okres studencki, zaczęły się gorączkowe pierwsze lata pracy, w których wszystko się zintensyfikowało. Ja ambitnie rzuciłam się w wir doktoratu w Instytucie Psychiatrii przy De Crespigny Park, Kyle przymierzał się do kariery prokuratorskiej.
Później było małżeństwo – uroczy, skromny ślub w uroczym skromnym anglosaskim kościółku, zdobionym osobliwymi gargulcami. Zaraz potem zakwalifikowałam się jakoś jako psycholog sądowy i nasze życie zawodowe stało się trudną, ale ekscytującą ścianką wspinaczkową, którą oboje musieliśmy pokonywać. Dla mnie był to ciąg posiedzeń komisji do spraw zwolnień warunkowych, wywiadów psychologicznych z podejrzanymi i spotkań z kobietami, które zabiły swoje dzieci. Kyle był równie zapracowany, jako że powoli piął się po szczeblach kariery prawniczej.
Wreszcie pojawiła się Minnie. Zaczęliśmy z Kyle’em wić gniazdko, przenieśliśmy się do Kornwalii. Toteż przez te wszystkie lata nie bardzo był czas na wyprawy – na przykład do Rivoire we Florencji.
A potem się stało.
Kolejne taktowne kaszlnięcie. Tym razem w wykonaniu Romilly. Przygląda mi się ze współczującym, choć leniwym uśmiechem.
– Wiesz co, Karenzo, nie musimy się zawsze spotykać tutaj, w Tamariz, jeżeli… hm… w St Mawes jest ci czasami zbyt ciężko.
Kiwam głową, zachowując emocje pod kontrolą. Moja klientka najwyraźniej mówi w swój kulturalny, nienatarczywy sposób: _Jeżeli stresuje cię wracanie do miasteczka po tym wszystkim, z czym ci się kojarzy, możemy się spotykać gdzie indziej_.
Przywołuję się do porządku i kręcę głową.
– Nie trzeba.
Propozycja jest uprzejma, ale nie ma takiej konieczności. Co prawda zazwyczaj spotykam się z klientami swojej prywatnej praktyki w wolnym pokoju w moim mieszkaniu po drugiej stronie zatoki, w Falmouth, ale Romilly dobrze płaci i chcę iść jej na rękę. Ponadto – mimo wspomnień – dobrze jest wybrać się promem z Jagiem Moyle’em, a St Mawes daje mi zwykle przyjemne oderwanie od codzienności. Obecność tutaj co tydzień mobilizuje mnie też, żeby wpadać do położonego w górze osady mieszkania mojej babci, cieplutkiego od miłości i pogaduszek. Potrafię zapanować nad skojarzeniami – albo je odsunąć.
Choć dzisiaj są wyjątkowo uporczywe.
– Naprawdę, Romilly, wszystko w porządku.
Rozmawiamy jeszcze przez moment, ale na przygodne tematy, bez związku z niczym poważnym, lekko.
– Myślę, że na dzisiaj koniec. Widzę duży postęp.
Romilly odwzajemnia uśmiech.
Gdybym tylko miała piętnaście takich majętnych Romilly Kelhelland każdego tygodnia! Na razie nie mam i trudno mi związać koniec z końcem. Gniotą mnie kredyty, ale odmawiam uznania, że przejście na własny rachunek było błędem, bo alternatywa – powrót do starego życia zawodowego – jest po prostu nie do przyjęcia.
Ten powrót oznaczałby więzienia, zamknięte oddziały psychiatryczne i szczękające klucze – oraz słuchanie opowieści jakiegoś pokurcza, który tłumaczy mi, że rozkroił swoją dziewczynę od pępka do brody, bo deptał mu po piętach prezydent Rosji. Bolesne, mroczne sesje, po których zastanawiałam się: dlaczego to _ty_ dalej żyjesz? Dlaczego ty? Nie _ona_? Dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy?
– Czyli, Rom, widzimy się w następny poniedziałek o zwykłej porze?
Romilly uśmiecha się i potwierdza.
Biorę swój nieco znoszony płaszcz przeciwdeszczowy, żegnamy się szybkim siostrzanym uściskiem i opuszczam piękną Willę Tamariz, przeszedłszy wzdłuż antycznych portretów, marmurów i mahoniów oraz ze smakiem dobranych dzieł sztuki współczesnej – trzeba przyznać, że Mamusia ma gust – do rozległego ogrodu na łagodnym zboczu, gdzie owiewa mnie świeże, przesiąknięte morzem kornwalijskie powietrze.
Jest wpół do trzeciej. Zostało więcej niż godzina, zanim Jago skieruje prom w stronę Falmouth w ostatni dzisiejszy rejs przed coraz wcześniej zapadającym listopadowym zmierzchem.
Mam więc czas i miły prezent w torbie.
Betty Spargo!2
Czeka mnie krótkie, strome podejście na inne z zielonych wzgórz okalających St Mawes, do mieszkania mojej babci na jedynym osiedlu komunalnym w miasteczku – i jak się zdaje, jedynym uboższym obszarze w całym St Mawes. Wszystko inne zostało wypucowane, odmalowane i sprzedane po kilkaset tysięcy czy nawet parę milionów funtów. Zresztą większość lokali komunalnych wykupili sami mieszkańcy – i potem oczywiście sprzedali.
Teraz moja babka ze strony mamy, Elizabeth May Spargo – czyli Betty Spargo – mieszka tam w dostojnej izolacji. Zabawiam się czasem myślą, że jest być może ostatnią Kornwalijką pozostałą w St Mawes, nie licząc takich wędrownych ptaków jak ja, które przyfruwają i odfruwają. W rzeczywistości nikt z prawdziwie kornwalijskimi korzeniami nie mieszka już w tym cudnym miasteczku. Mało tego, nikt z kornwalijskimi korzeniami nie mieszka na całym cudnym półwyspie Roseland.
Dzisiaj jest zbyt drogo, by być Kornwalijczykiem w najpiękniejszych rejonach Kornwalii. Urocze St Mawes i całe otaczające Roseland jest dla przybyszy.
Wchodząc po szarych stopniach schodów do szarego bloku lokatorskiego babci, zastanawiam się po raz sto dziewięćdziesiąty ósmy w swoim życiu, dlaczego rada miasta postanowiła wznieść wszystkie budynki komunalne w możliwie najbardziej obskurnym stylu. Czy to miała być jakaś kara, forma celowego zawstydzenia mieszkańców? Jeżeli tak, nie zadziałało to w przypadku mojej babci. Babcia Spargo nie czuje wstydu i nie ma do niego najmniejszego powodu: przekazała swój rodzinny dom w St Mawes nam, to jest mnie i Kyle’owi z naszą małą córeczką. A sama ostatecznie wylądowała tutaj po serii przeprowadzek do wynajmowanych mieszkań, wspinając się coraz wyżej na wzgórzu.
Wita mnie w progu z typowym niepohamowanym entuzjazmem i mocno obejmuje.
– Karenzzzza! Kochana! Wspaniale!
Jak zwykle zachowuje się tak, jakby moja wizyta była istną niespodzianką i jakbyśmy nie odbyły trzech kolejnych rozmów, w których powiadamiałam ją, że przyjdę. Normalnie u starszej pani obawiałabym się, że to oznaka demencji, ale umysł Betty nie jest w najmniejszym stopniu przytępiony. Sama Betty zaś jest jedną z najdrobniejszych znanych mi osób. Ma niecałe sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, farbowane na rudo włosy i błyszczące piwne oczy. Sama się z tego śmieje. Gdy byłam mała, mawiała, czochrając mi włosy: „W dzieciństwie mogłam uchodzić za liska”.
Świetnie pamiętam, jak mi to powiedziała, gdy miałam jakieś sześć lat i jeszcze żyła mama. Zastanawiałam się, czy to prawda, bo babcia była taka malutka, i zapytałam o to mamę, a ona wybuchnęła tylko śmiechem i powiedziała: „Nie, babcia cię nabiera, złotko. To niezłe ziółko, nie wierz w ani jedno jej słowo”.
To był mój pierwszy kontakt z oszustwami, jakich dopuszczają się ludzie, ale dobrodusznymi oszustwami. Zagmatwana sprawa. Być może już wtedy zaczęła mnie ciekawić psychologia – łącznie z moją własną personą, znacznie bardziej nieśmiałą i niezręczną niż ta Betty Spargo.
– Wchodź do środka, Karenzo, wchodź do środka!
– Babciu, już weszłam.
– No tak, dobrze, usiądź sobie. Tak się cieeeszę, że cię widzę. Świetnie wyglądasz.
– Muszę zrzucić parę kilogramów – prycham wesoło. – Zrobił się ze mnie wielki tłusty pasztet.
– Nonsens. – Podśmiewa się, idąc w stronę kuchni, odległej o całe trzy metry. – Mężczyźni lubią trochę ciałka na kobiecie. Co tam w ogóle u Jaga?
– Babciu, zachowuj się!
Śmieje się. Ja się śmieję.
Betty Spargo niestrudzenie stara się wydać mnie ponownie za mąż, najlepiej za Jaga Przewoźnika. Jest zdania, że Kornwalijka taka jak ja powinna poślubić Kornwalijczyka takiego jak on. Kyle nie był według niej dość swojski, bardziej jakby z Devonshire czy wręcz Essexu przez Bristol. Nie bardzo się nadawał.
Podczas gdy krząta się w kuchni, rozglądam się po jej malutkim mieszkanku, pełnym muszelek, bibelotów, powieści sióstr Brontë i jej własnych melancholijnych malunków zatoki St Mawes, wcale niezłych jak na amatorkę. Na kominku widzę jej ulubione fotografie. Ja i mój nomadyczny brat Loic – gdzież on teraz jest? W Algierii, Amsterdamie, na Antarktyce? Obok przyjemna fotka Mamy – córki Betty – niedługo przedtem, zanim zmarła na raka. Dalej Betty i jej, nieżyjący już, mąż w mundurze z czasów, gdy służył po wojnie w lotnictwie – stoi przy nim dumna i rozpromieniona. Jest naprawdę ładna. Równie ładna była moja mama.
Ja nigdy taka nie byłam. Spoglądam na zdjęcie swoje z Kyle’em, zrobione tuż po tym, gdy przeprowadziliśmy się tu z malutką Minnie. Przy pomyślnych wiatrach nie wyglądam najgorzej, ale jestem zdecydowanie pulchniejsza, z okrągłą buzią i miłym – jak mi mówią – słodkim uśmiechem, średniego wzrostu, średniej figury, średnia pod każdym względem. Mam jasnokasztanowe włosy jak mama, tak również wyglądały mocne, lśniące włosy babci, zanim posiwiała i zaczęła się farbować na ognistą czerwień, zmieniając się w półtorametrowy wulkan energii z płonącą głową.
Na kominku nie ma żadnego zdjęcia mojego jedynego dziecka. Domyślam się, że babcia trzyma je w sypialni, żeby nie przygnębiały mnie, kiedy do niej przychodzę. A może sama też nie jest w stanie na nie patrzeć.
– Proszę bardzo, gotowe. Co chcesz? Wybieraj!
Wnosi na tacy dwa napoje. Jest herbata w niewielkim brązowym ceramicznym imbryku… i butelka taniej brandy z Lidla.
– Babciu, zawsze wybieram herbatę.
Uśmiecha się i nalewa nam obu herbatę do kubków, a sobie także szklaneczkę brandy. Żeby nie dać się chłodom i wilgoci, kochana. Czasami się zastanawiam, czy jestem w Kornwalii jedyną osobą powyżej dwudziestu jeden lat, która nie spędza pół roku od listopada do marca lekko wcięta.
– No to – Betty sadowi się w drugim fotelu – opowiadaj mi teraz wszystko. Jak tam El Gburo?
– Ma się dobrze. Ciągle dosyć nieufny.
– Dalej boi się piesków?
– Boi się.
El Gburo to mój ukochany kot, którego Betty dała mi trzy lata temu zaraz po tym, _jak się to stało_. Był wtedy jeszcze kociątkiem – kociakiem po przejściach. I stąd wywodzą się jego tajemnicze problemy charakterologiczne. Połączenie zdystansowanej, gburowatej osobowości z tym, że według Betty wygląda „trochę na Hiszpana”, dało mu nietuzinkowe imię El Gburo.
Porównanie do Hiszpanów u Betty jest dwuznaczne. Z jednej strony z podziwem patrzy na hiszpańskich matadorów – lubi odważnych mężczyzn z krwi i kości, górników z kopalni cyny, szabrowników wraków, piratów, Jaga Przewoźnika – z drugiej uważa, że „Hiszpanie wiecznie łupią kornwalijskie łowiska” – i zawsze używa tego uroczego, dosadnego słowa: łupią. Nie przeławiają czy podkradają.
Betty lubi dużo mówić, tak jak lubiła też mama. Ja jestem cichsza, bardziej zamyślona, raczej obserwuję, niż się włączam.
Przeszywa mnie ostrze smutku. Brak mi entuzjastycznej paplaniny mamy. Tęsknię za nią i przeklinam raka.
– Och, kochana. Myślisz o Janet, tak?
– Jak zgadłaś?
– Ano tak.
– To znaczy?
– Wiesz. – Uśmiecha się, przebiegle odciągając nas od smutnych tematów.
– Babciu – mówię z udawaną stanowczością w głosie. Wiem, dokąd zmierza ta rozmowa. – Tak naprawdę nie masz szczególnego daru, nie masz szóstego zmysłu. Nikt nie ma. To bajki.
Śmieje się, nie czując urazy. Prowadziłyśmy już tę rozmowę chyba z milion razy, ale wciąż obu nam się podoba.
– Wiesz przecież, że to nieprawda, Karenzo. Spargowie mają ten dar od stuleci, to znaczy kobiety w naszej rodzinie. Twoja mama też go miała, a ty jesteś w równej mierze Bray, jak Spargo, więc także go masz. Właśnie dlatego tak dobrze radzisz sobie w swojej pracy, potrafisz spojrzeć z drugiej strony, przejrzeć ludzi na wylot, zobaczyć stojące za nimi duchy.
– Nie, babciu. Potrafię wykryć dystonię ego, efekt brzasku, a jeśli mam dobry dzień, to także początki psychopatii. To się nazywa psychologia sądowa.
– Fiu – prycha, dopijając swoją brandy. – To dar rodzinny Spargo. Powinnaś dziękować swoim celtyckim przodkom. Przywiozłyśmy go z Grenlandii, gdy po plaży Loe biegały jeszcze dinozaury.
Betty Spargo zdaje sobie sprawę, że to całkowity nonsens, a ja wiem, że ona to wie, i obie się śmiejemy. Potem robi przepraszającą minę, która sygnalizuje, że zaraz sięgnie po papierosa. Oficjalnie rzuciła palenie przed dziesięcioma laty, ale w jej rozumieniu oznacza to, że wydmuchuje dym za okno.
Gdy pali na parapecie papierosa, podpierając brodę filigranową dłonią – przez co wygląda trochę jak wamp, kusicielka – pyta o moich klientów. Uwielbia ploteczki jak każda bystra, żwawa starsza pani, a może nawet bardziej. I dla mojej ukochanej babci robię wyjątek. Nigdy z nikim innym nie rozmawiam szczegółowo o swoich klientach. To nieprofesjonalne. Ale z nią tak. Jaką szkodę mogłoby to wyrządzić?
Wypuszcza z płuc kłęby dymu, a ja opowiadam o Kelhellandach: o Romilly, jej matce, całej szalonej rodzince, porąbanej i pogrążonej w smutku, ale nieprzyzwoicie bogatej. Słucha tego wszystkiego, a potem obraca się w moją stronę i rzuca jakby mimochodem:
– Wiesz, że babka Romilly była biseksualna?
– Co takiego?
Betty spędziła w St Mawes całe życie, zna tu praktycznie wszystkich i wie praktycznie wszystko, pamięta każdą historię i każdą pogłoskę. A ewentualne białe plamy często wypełnia listonosz lub Jago albo rzeźnik z nabrzeża. Jestem więc gotowa uznać, że to wiarygodna informacja, ale mnie zaskakuje. To ciekawy trop.
– Naprawdę? Jesteś pewna? Ta matrona Margaret Kelhelland? Myślałam, że była wcieleniem akuratności, a tu… biseksualna?
Betty kiwa głową, gasząc papierosa, i wraca na fotel.
– Tak. W Victory tylko o tym się mówiło. Miała romans z piastunką. Wynajmowały na godziny pokoje w pubie w Ruan Lanihorne. Nic dziwnego, że są tak pokaleczeni, z tym całym kryciem się. Wiesz? Mnie też kiedyś przeszło przez myśl, czy nie zostać lesbijką, ale nie miałam odpowiednich włosów.
Wybucham śmiechem. Betty zawsze umie mnie rozśmieszyć. Niekiedy zostaję u niej godzinami i śmiejemy się razem, ale teraz mój czas się kończy, niedługo odpłynie ostatni prom. Robię więc pożegnalną minę, Betty rozumie, lecz zanim wychodzę, coś mi się przypomina.
Szperam w torbie i wyjmuję owinięte w srebrną folię domowe ciasto, które wczoraj dla niej upiekłam. Najprawdziwszy biszkopt Wiktorii. Betty uwielbia ciasta i kiedyś sama je przygotowywała, ale teraz jej wykrzywione artretyzmem palce nie bardzo na to pozwalają – więc ja piekę. Na pewno nie powinna być zaskoczona, na ogół coś jej przynoszę, ale mimo to oczy jej wilgotnieją, gdy bierze pakunek.
– Och, kochanie, nie musiałaś! Naprawdę. Jesteś taka zajęta, masz tyle tej pracy psychologicznej.
– Chciałabym, żeby tak było! Mam zbyt wiele wolnych popołudni. A to ogromna przyjemność piec coś dla ciebie. – Uśmiecham się. – Poza tym właśnie przekazałaś mi nadzwyczajną wiadomość o Margaret Kelhelland.
Betty z radością odkłada ciasto na stół, po czym ściska mnie wyjątkowo mocno, jakby miała mnie już więcej nie zobaczyć, a ja wychodzę za próg i macham na pożegnanie. Na pewno nie zdążę.
Jago będzie czekać – ale nie w nieskończoność. Listopadowe dni są krótkie.
Zerkam na zegarek i zaczynam zbiegać w ziąbie ulicą. Powoli zapada zmierzch, spowijający rozlewisko Carrick Roads smutnym przygaszonym światłem. Spiesząc się na dół, przejęta, że prom odpłynie beze mnie, zastanawiam się nad tym, co babcia mówi o darze w rodzinie Spargo. Nie ma wątpliwości, że jest bardzo spostrzegawcza, podobnie jak była mama. Bystra, dostrzega rzeczy, które innym umykają, ale to po prostu kobiece triki i umiejętności społeczne. Takie zdolności nie mają ewolucyjnego wyjaśnienia i naukowych podstaw.
Trochę mnie to wszystko złości, choć nigdy nie ujawniłabym tej irytacji przed Betty. Wszelką myśl o jakimś „darze” odrzucam razem z innymi bzdurnymi historiami o „celtyckiej Kornwalii”: obsesją na punkcie kamiennych kręgów, zdrojów płodności, megalitów Men an Tol i utrefionych dziewczyn z koronkowymi wikkańskimi znakami zodiaku w St Agnes i kartami tarota na rynku w Truro. Jedna wielka błazenada.
To jakaś forma religii, tyle że zdecydowanie bardziej spospolitowanej. Tandetne wypieranie śmierci. A śmierci, jak się przekonałam, nie można wyprzeć. Choć nie daje się jej znieść, trzeba ją znosić.3
Jednak zdążyłam. Jago wciąż czeka. Wesoły Jago Moyle, przewoźnik. Jego mały prom buja się zacumowany przy nabrzeżu, tak jakby fale ponaglały go, by ruszał.
– Ahoj tam! – woła w udawanym narzeczu pirackim, jak ma w zwyczaju, kiedy chce się ze mną podroczyć. Uśmiecham się do niego, starając się nie uśmiechać zanadto. Betty Spargo nie myli się, _coś_ wyczuwając. Jago ma kruczoczarne włosy, śnieżnobiałe zęby i pociągające kornwalijskie rysy. Nie przeczę, że bije od niego pewien urok.
– Nieomal przepuściłaś rejs. Nie możemy na to pozwolić.
Podaje mi rękę, pomagając wejść na pokład. Podoba mi się, jak to robi. Podoba mi się, że ma silne, ogorzałe ręce, a w zanadrzu zawsze uśmiech i jakąś niecenzuralną opowieść o swojej frywolnej rodzinie rybaków wychodzących w morze z Coverack, by łapać węgorze i okonie od jakichś siedemdziesięciu milionów lat. Jago Moyle to stuprocentowy Kornwalijczyk. I w wieku trzydziestu pięciu lat wciąż kawaler. Z upodobaniem zerka latem w stronę turystek na plaży Portscatho, ale najwyraźniej zerka też w moją stronę. Zastanawiam się czasem…
Ale potem tłumię tę myśl. Jestem trzydziestoośmioletnią rozwódką bez dzieci – teraz bez dzieci. Trzymam w domu dwa zwierzaki, mam dobrą, mimo że mało dochodową pracę, i to wystarczy. Nie potrzebuję faceta, nawet jeżeli chcę faceta. Prawda?
– Jak tam Kelhellandówna? Kupuje jakiś wypasiony jacht?
– Powinieneś do niej zagadać. Pewnie lubi niegrzecznych starszych panów.
Jago się uśmiecha. Parskam i myślę, jak łatwo przychodzą nam takie lekkie powszednie przekomarzanki. Moyle’owie znali się z Brayami – i ze Spargami – od pokoleń; dawni kornwalijscy górnicy z kopalń cyny, powiązani wzajemnymi więziami równie mocno, jak na innej zasadzie byli powiązani dawni bogaci kornwalijscy właściciele tychże kopalń.
Jago podchodzi do steru i wypływamy z St Mawes. Jak zwykle siadam z przodu promu, wkładam do uszu słuchawki i podnoszę telefon, żeby wybrać jakąś muzykę. Waham się między dwoma gatunkami. Jeden to muzyka minimalistyczna, tak pięknie prosta i powtarzalna, że człowiek świetnie wpada przy niej na nowe pomysły. _Rose Engine_ Spiro albo jakiś kawałek Philipa Glassa.
Potencjalnym drugim gatunkiem jest przejrzały pogański neofolk i ostatecznie decyduję się na niego: Heilung. _Kriksgaldr_, trwająca dwanaście minut pieśń z nieprzerwaną, hipnotyzującą, powtarzalną melorecytacją, wijąca się nić pogańskiego jodłowania, które wprawia mnie w idealny stan umysłowy do skupienia się na zadaniu – jak jutro pomóc mojemu następnemu klientowi – a jednocześnie trwa akurat tak długo, ile trzeba, by przybić do portu w gwarnym Falmouth, które po pobycie w St Mawes wydaje się Londynem.
– Cześć, Jago, do zobaczenia.
– Wpadnijmy może następnym razem na kufelek do Victory. Co ja mówię? Na dwa kufelki!
Uśmiechamy się do siebie, machamy. Idąc główną ulicą Falmouth, mijam sterane puby, schłostane wichrem fasady sklepów i na wpół prosperujące restauracje, dochodzę do okazałego, stosunkowo nowego Muzeum Morskiego na skraju nabrzeża, w końcu zaś docieram do drzwi swojego spartańskiego, nowoczesnego, lśniącego szkłem i drewnem apartamentu z dodatkowym pokojem przeznaczonym na prowadzenie konsultacji oraz wspaniałym widokiem przez przeszkloną ścianę na zatokę Falmouth.
Dom.
Przekręcam klucz w zamku i wchodzę do środka. Cieszę się, że jestem z powrotem. Lubię swoje chłodne, surowe, kojące zmysły mieszkanie. Był to prezent, jaki zrobiłam sobie, kiedy wreszcie przerwaliśmy z Kyle’em dramat obrzucania się oskarżeniami i przyjęliśmy do wiadomości, że tak jak wiele par, które straciły dziecko, weźmiemy rozwód. Wróciłam do swojego starego nazwiska – _znowu Bray!_ – i sprzedaliśmy idealny, tragiczny, uroczy domek w St Mawes za niebotyczną kwotę dzianym Londyńczykom.
Chciałam zostać w tej samej okolicy – w pobliżu przyjaciół, ojca, babci Spargo, pracy, wspomnień, życia – ale pragnęłam też czegoś wyzywająco odmiennego. Dlatego włożyłam wszystkie pieniądze w największy możliwy depozyt za to mieszkanie, dzięki czemu mam małą hipotekę. To zapewne najlepsza z podjętych przeze mnie decyzji, bo gdybym teraz miała duży czy choćby średni kredyt do spłacania, całkiem bym popłynęła.
Potrzebuję więcej klientów.
Wchodzę do pokoju dziennego, rzucam klucze na szklany stolik i wyglądam przez olbrzymie okna na jesienny zmrok. Widok nie jest tak wspaniały jak z Willi Tamariz na St Mawes, ale jego bardziej szorstki klimat też dodaje mi energii: wielka połać wody, na której zawsze coś się dzieje, ospale suną żaglówki z Mylor, w morze wychodzą zwrotne fregaty marynarki wojennej. To druga pod względem wielkości naturalna zatoka na świecie. Czy może trzecia?
Słyszę miauknięcie. Obracam się i uśmiecham do El Gbura na powitanie. Wygląda na mało zainteresowanego i wyniosłego, tylko że zwykle wygląda na mało zainteresowanego i wyniosłego. A teraz także głodnego. W swoim drugim domyślnym nastroju jest szczęśliwym przytulasem, wydającym z siebie terkotliwe pomruki jakby z maszyny, w której coś się zacięło. To prawdziwy ekscentryk i czasami zastanawiam się, czy nie obserwuję na jego przykładzie pierwszego przypadku zaburzenia maniakalno-depresyjnego u kotów.
Podnoszę go, mocno obejmuję i daję mu całusa, on zaś wchodzi w tryb szaleńczego, szczęśliwego mruczenia. Potem idę do kuchni i wyciskam mu trochę pyszności z saszetki.
– Proszę uprzejmie, Gburo. Postaraj się nie mruczeć podczas jedzenia, bo się zakrztusisz.
Teraz pora zajrzeć do mojego drugiego zwierzaka. To Otto. Kameleon. Czasami zastanawiam się, dlaczego kupiłam sobie kameleona. Czy aktywnie starałam się podsycać u siebie ekscentryzmy samotnej kobiety w żałobie o dziwacznych upodobaniach muzycznych, która na dodatek będzie trzymać w domu kameleona? Wszystko jedno. Otto jest nadzwyczajny. Zmienia ubarwienie. Choć nie za często.
– Znowu szary? Otto, jesteś kameleonem. Powinieneś miewać różne kolory.
Otto obraca jedno oko i przypatruje mi się w zamyśleniu, ale bez niechęci. Może szary oznacza: „Ziew, ziew, dobrze się żyje”. Jeżeli tak, to okej.
Słyszę, jak Gburo donośnie mruczy przy jedzeniu. Wszystko jest, jak się zdaje, w porządku. Moje skromne obowiązki domowe zostały spełnione. Parzę sobie duży kubek herbaty, rozkoszując się atmosferą bycia samej we własnym domu. Z restauracją serwującą ostrygi przy skwerze na dole i mewami podkradającymi turystom frytki. To moje miejsce. Moje zamczysko, jaskinia, forteca chroniąca przed nierzadko okrutnym i przerażającym losem; miejsce, w którym nie będę doznawać bólu, już nie, o ile tylko nie będę nikogo zanadto kochać, by jego śmierć nie rozdarła mi serca. Oprócz Betty Spargo. I może Jaga. I mojego brata. I kilkorga przyjaciół. Czasami ojca. Więc oprócz nich wszystkich. Ale co można począć? Żadna forteca nie jest absolutnie niezwyciężona. Zawsze jest jakiś zapomniany tunel pod wschodnią basztą.
Wzdrygam się, gdy mój telefon wprawia szklany blat stołu w wibracje.
Na ekranie wyświetla się _Kyle_.
I od razu się waham. Czy chcę odebrać? Wciąż jestem w nienajgorszych układach ze swoim ponownie ożenionym eksem, ale wspomnieniom nie da się zaprzeczyć. Jestem zdeterminowana, by zrobić krok do przodu, on zaś ciągle pozostaje prokuratorem w Truro, pracującym na co dzień z policjantami, prowadzi śledztwa w sprawie pobitych żon, pije w Wig & Pen, skarży się na trudnych sędziów i jeszcze trudniejsze procesy. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Ani trochę. Postępowania przedsądowe u koronera. Procedury zwolnień warunkowych.
Orzeczenia zgonu z powodu nieszczęśliwych wypadków.
_Nie_.
Telefon nie przestaje brzęczeć. Uparł się. Muszę odebrać.
– Kyle?
Słyszę w swoim głosie nutkę zniecierpliwienia. Nie chcę być nieuprzejma, ale w tej chwili nie mam też ochoty na długą rozmowę ani na luźną pogawędkę.
Wydaje się, że Kyle wyczuwa ten nastrój. Po kilkunastu latach małżeństwa to często normalne. Rozmowa jest konkretna, od razu przechodzi do rzeczy.
– Kaz, kochana, słyszałaś kiedyś o Natalie Tyack? Coś ci to mówi?
– Nie.
Krótka pauza.
– Naprawdę?
– Tak, naprawdę. Dlaczego?
– Natalie Tyack. Młoda kobieta, której zwłoki znaleziono nad morzem w West Penwith jakiś rok temu. Wybrzeże południowe między Penzance i Land’s…
– Kyle! Mieszkam od dwudziestu pokoleń w Kornwalii, pamiętasz? Znam wybrzeże jak własną kieszeń. Piękne, odludne i…?
– Więc jak to możliwe, żebyś nie słyszała o tej sprawie, Kaz? Było o tym w naszych gazetach, poszło nawet w telewizji, a Kornwalia to nie Nowy Jork.
Dopijam herbatę, obserwując ogromną mewę srebrzystą, która czyha na okazję do porwania frytek. Falmouth i wody Roads okrywają się pomarańczowo-ołowiowym poblaskiem zmierzchu.
– Nie wiem, Kyle. W listopadzie rok temu byłam z wykładami w Australii. Pojechałam na dwa semestry, więc pewnie jakoś mi to umknęło. Tak jak kiedy w kraju umiera jakaś sława, gdy jesteś na wakacjach, i przez sześć lat nie zdajesz sobie z tego sprawy, chociaż wiedzą wszyscy naokoło. Poza tym co to ma w ogóle wspólnego ze mną? Próbuję zdobyć klientów.
– No właśnie – mówi Kyle. – To mogłoby być zlecenie! Nowi klienci.
Natychmiast przestawiam się z trybu zdystansowania. Źle oceniłam Kyle’a, stara się pomóc.
– Dobrze, przepraszam, mów dalej.
Jego głos się ścisza.
– Chodzi o dzieci. Dzieci Tyack. Potrzebują pomocy. A ty zawsze miałaś taki dobry kontakt z młodymi. Poradnia Psychologiczna dla Dzieci i Młodzieży, młodociani przestępcy. Jesteś _genialna_ z małolatami.
– Dziękuję.
Zduszam oczywistą refleksję – że nie byłam taka genialna z jednym dzieckiem, prawda? – i pozwalam, by mówił dalej.
– Wiesz, że mogłabyś od jutra wrócić do swojej starej pracy?
– Nie chcę wracać. Przestań na to nalegać, proszę!
– Okej, okej…
– Ale w ogóle dlaczego ty z tym dzwonisz? Jeżeli to sprawa kryminalna, jeżeli był zgon, dlaczego to nie wypływa od inspektora Ellisa czy kogoś takiego?
– Bo oni dupy nie ruszą… Wszyscy szybko przestali się tym interesować… – Wyczuwam, że się waha, rozważając coś, a potem mówi: – Dobra, musisz poznać całą sytuację. Policja położyła na tym lachę. Próbowali coś ustalić, ale nic z tego nie wyszło. Nie znaleźli żadnych poszlak przestępstwa. O ile wiem, nikt nie miał motywu, żeby ją zabić. Ale nie było też powodu, żeby zginęła, to nie był typ samobójczyni. Z drugiej strony zdarzenie nie wyglądało na nieszczęśliwy wypadek. Natalie Tyack znakomicie znała tę zatoczkę. Miejsce jest trochę niebezpieczne, ale ona tam ciągle chodziła. To perełka w tamtej okolicy, wodospad tuż przy plaży.
Patrzę zamyślona przez okno. Szybę zrasza pierwsza fala deszczu.
– Brzmi to jak ciekawa zagadka, ale nie jestem detektywem. I w ogóle nie włączam się już w takie sprawy. Już nie.
Kyle mi przerywa:
– Ale wciąż jesteś tą łebską psycholożką, którą poznałem w Bristolu, prawda? Mistrzynią rozwiązywania zagadek? Założę się, że dalej fascynują cię pokręcone, nietypowe przypadki psychologiczne, szczególnie u dzieci. Uwielbiałaś takie rzeczy w Szpitalu Bethlem. Uwielbiałaś.
Nie przeczę, że ciągle ciągnie mnie do takich tematów. Jedną z moich ostatnich obsesji jest zaburzenie polegające na zaniku zahamowań w nawiązywaniu kontaktów społecznych, przy którym dzieciaki nie wiedzą, jak wchodzić w interakcje z dorosłymi, są zbyt otwarte, towarzyskie i narażają się na niebezpieczeństwo przez nadmierne okazywanie serdeczności. Od tygodni słucham audiobooków o tym, maszerując samotnie po kornwalijskim wybrzeżu. Choć z reguły nie po tym upiornym, odludnym odcinku między Land’s End i Penzance – długi dojazd samochodem w tamten rejon jest dość męczący. To trochę za wielkie odludzie.
– Dobrze, powiedzmy, że połykam haczyk. Młoda kobieta zsunęła się z klifu. I co dalej?
– Jak mówiłem, zostawiła dwoje małych dzieci – opowiada Kyle. – Poznałem je zaraz po wszystkim, podczas pierwszego dochodzenia. To było w szpitalu w Treliske. Serce mi pękało. Kiedy… to znaczy jeżeli je zobaczysz, to zrozumiesz.
– Opowiedz mi o nich.
Kyle przyspiesza, wyczuwając moje zainteresowanie.
– Solomon i Grace. Mieszkają z ojcem Malcolmem w wiejskiej rezydencji jakiejś stukniętej rodziny. Z dala od ludzi, w lesie nad morzem. On skończył siedem lat, ona dziewięć czy dziesięć. Chłopiec jest gadułą, dziewczynka wycofana.
– Słucham dalej.
– Rodzina jest zamożna, mają odziedziczony majątek po kopalniach, błękitna krew. Ojciec rozpaczliwie poszukuje pomocy psychologicznej, jakiejś interwencji. Jest gotów płacić.
– Jakiej interwencji?
– Właśnie w tym rzecz, Kaz. Dzieci zaczęły się zachowywać… dziwnie.
– To niezbyt wyjątkowe, na pewno przeżywają żałobę. Zmarła ich matka, a one są bardzo małe.
– Tak, oczywiście, ale to jest, nie wiem, coś innego. Twierdzą, że wiedzą, co się stało z ich mamą.
Wpatruję się w kubek, żałując nagle, że nie jest pełny. Może nawet pełny czegoś smakowitego i trochę odurzającego, co pasowałoby do tej intrygującej zagadki.
– Coś jeszcze?
– Nie bardzo. Ale to z pewnością wystarczy. Prawdziwa tajemnica. Jak te dzieciaki miałyby wiedzieć, co się stało? Nikogo przy tym nie było. One leżały smacznie w piżamkach. Skąd miałyby cokolwiek wiedzieć? A jednak tak jakby wiedziały. Po rozmowie z nimi każdy wychodzi z takim przeświadczeniem.
– Ludzie pewnie już je przepytywali?
– Jasne. Ale one nic więcej nie mówią. Buzia na kłódkę. I to właśnie wszystkich stawia na baczność – w szkole, wszędzie – bo twierdzą, że ktoś zrobił krzywdę ich mamie, ale nie chcą puścić pary z ust. Dziwne, co? Do tego trzeba naprawdę dobrego psychologa, Kaz, kogoś, kto potrafi przenikać tajemnice i rozumie, jak zachowują się dzieci. Trzeba ciebie.
Rozmawiamy jeszcze przez jakiś czas, po czym rozłączamy się w przyjaznej atmosferze. Kyle dyktuje mi numer telefonu, a ja obiecuję, że o tym wszystkim pomyślę.
Z kubkiem świeżej herbaty w dłoniach kręcę się po spokojnym, cichym apartamencie i myślę. Esemesuję do swojej najlepszej i najdawniejszej przyjaciółki Diny – wesołej, uwodzicielskiej, błyskotliwej, będącej towarzyskim przeciwieństwem nieco aspołecznej mnie – i pytam ją o zdanie. Czy słyszała o Natalie Tyack, o tej rodzinie, o tej sprawie? Szybko odpisuje mi: „Tak, coś sobie przypominam, to może być fascynujące”. Na koniec emotka z podniesionymi kciukami.
Brzmi to zachęcająco, ale Dina zawsze jest taka, zawsze ma pozytywne nastawienie, więc wciąż nie wiem. Dzieci w żałobie to sytuacja trochę zbyt bliska mi osobiście, ale zagadka nęci. I potrzebuję pieniędzy.
Jeszcze jedno okrążenie mieszkania, jeszcze jeden przegląd moich możliwości. El Gburo śpi pod oknem niewzruszony. Tutaj bez zmian. Ale Otto nagle zabłysnął nowym kolorem. Zrobił się zielonkawy. Odrobinę jak sączone przez Romilly sbirulino. A co ważniejsze, ten kolor to niewątpliwie sygnał: Ruszaj!