Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Elizabeth - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 sierpnia 2026
29,90
2990 pkt
punktów Virtualo

Elizabeth - ebook

A co, jeśli przez całe życie byłaś blisko wszystkich — tylko nie siebie? Elizabeth przez lata troszczyła się o rodzinę, dom i innych. Była dla wszystkich. Aż pewnego dnia zaczyna dostrzegać, jak daleko odeszła od własnych potrzeb, marzeń i pragnień. ELIZABETH Glorii Sorel to poruszająca powieść obyczajowa dla kobiet o miłości, rodzinie i relacjach, które zmieniają się, gdy kobieta zaczyna odzyskiwać własny głos. To opowieść o wyborach, emocjach i odwadze, by po latach zatrzymać się i zadać sobie najważniejsze pytanie: A czego chcę ja? Jeśli szukasz współczesnej literatury kobiecej o powrocie do siebie, własnych potrzebach, rodzinnych relacjach i życiowych wyborach — ELIZABETH jest historią, w której możesz odnaleźć cząstkę siebie. Autor: Gloria Sorel Gatunek: powieść obyczajowa / współczesna literatura kobieca Format: e-book

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wszystko gotowe

*

Czajnik miał zwyczaj, o którym nikt poza nią nie wiedział. Przez pierwsze dwadzieścia sekund milczał zupełnie, potem zaczynał od czegoś w rodzaju westchnienia, a dopiero na końcu wchodził w ten swój wysoki, cienki ton, który niósł się przez cały dom aż do sypialni na piętrze. Elizabeth nalewała wodę do połowy. Wtedy ton przychodził później i trwał krócej.

Była za dwadzieścia szósta. Za oknem kuchni stał wrzesień, jeszcze ciemny, jeszcze bez ptaków, i szyba oddawała jej własne odbicie: kobieta w rozciągniętym swetrze, z włosami związanymi gumką znalezioną w kieszeni szlafroka. Odwróciła się plecami do okna.

Kafelki pod stopami były zimne. Zawsze były zimne, od dwudziestu dwóch lat, odkąd kupili ten dom i Adam powiedział, że ogrzewanie podłogowe to pomysł na potem. Potem trwało dwadzieścia dwa lata i Elizabeth przestała już nawet o tym myśleć — po prostu wkładała skarpety, zanim zeszła na dół.

Na blacie leżała poczta z wczoraj. Rachunek za wodę, ulotka z pizzerii, coś z banku dla Adama. Wzięła kopertę po rachunku, rozerwała ją wzdłuż i rozprostowała dłonią na blacie. Papier zaszeleścił. Dobry papier, sztywny, nadawał się.

Długopis leżał w kubku przy telefonie razem z nożyczkami, śrubokrętem i kluczem, który do niczego nie pasował, ale którego nikt nie miał odwagi wyrzucić.

Zaczęła pisać.

_czw — śmieci (zielony!)_

_koszula A. — pralnia, do 17_

_Sam — depozyt akademik, PIĄTEK_

_Nina — ubezpieczenie auta, zadzwonić za nią_

_mama — recepta, potwierdzić dr Ellis_

_Rowan Court — wydruki A3, przed 9_

_mleko, jajka, papier do drukarki_

_oddzwonić do Priyi_

_Sam — pościel? kołdra?_

_Nina — zapytać o sobotę_

_prąd_

_Adam — spotkanie z Denhamem, przypomnieć_

_ryba na niedzielę, zamówić dziś_

_mama — zadzwonić wieczorem, nie rano_

Czternaście. Kiedyś, dawno temu, próbowała je numerować, ale numeracja sugerowała, że któraś pozycja jest ważniejsza od innych, a nie była. Wszystkie były jednakowo konieczne i wszystkie musiały się zdarzyć między szóstą rano a jedenastą wieczorem.

Czajnik kliknął. Nalała wodę na torebkę, popatrzyła, jak brunatna smuga rozchodzi się w kubku, i postawiła go z boku blatu, żeby przestygł. Zaraz go wypije. Najpierw pralnia — nie, pralnia otwierali o dziewiątej. Najpierw wydruki.

Poszła do jadalni, gdzie stał drugi komputer, i włączyła drukarkę. Maszyna zamruczała, mrugnęła pomarańczową diodą i oznajmiła, że brakuje czarnego tuszu. Elizabeth dopisała na kopercie: _tusz_. Piętnaście.

Wróciła do kuchni i wtedy usłyszała na schodach kroki.

Adam schodził w podkoszulku, z telefonem w ręce, i mówił, jeszcze zanim wszedł do kuchni, tak jak zwykle, jakby rozmowa trwała już od jakiegoś czasu i on tylko wracał do niej po przerwie.

— Denham przesunął na wpół do dziewiątej.

— Wpół do dziewiątej — powtórzyła.

— Bo leci do Manchesteru. — Otworzył lodówkę, popatrzył do środka, zamknął. — Nie wiem, gdzie jest ta teczka z Rowan Court. Ta szara.

— W biurze, w dolnej szufladzie po lewej.

— Nie ma jej tam.

— Jest.

— Beth, patrzyłem.

Postawiła kubek, wytarła ręce w ścierkę i poszła do gabinetu, który był kiedyś pokojem gościnnym, a potem przestał nim być, bo goście przestali przyjeżdżać. Szara teczka leżała w dolnej szufladzie po lewej, przyciśnięta katalogiem okien. Wyjęła ją, przejrzała, wyciągnęła dwie kartki, które nie miały tam czego szukać, i zaniosła resztę do kuchni.

— No proszę — powiedział Adam. — Ty to masz jakiś system.

Nie miała systemu. Miała pamięć, w której leżało wszystko, co dotyczyło wszystkich, ułożone tak gęsto, że czasem, kiedy próbowała sobie przypomnieć coś własnego, musiała najpierw przesunąć na bok trzy cudze sprawy.

Potem powiedział coś o Denhamie i o tym, że jeśli Rowan Court wyjdzie, to będą musieli w przyszłym roku wziąć kogoś do biura, i że w takim razie ona miałaby mniej papierów, a przynajmniej mniej tych głupich faktur. Mówił o tym może dwanaście minut. Elizabeth kroiła w tym czasie chleb, wyjmowała masło, ustawiała się bokiem, żeby móc patrzeć na niego i jednocześnie na zegar nad kuchenką.

Za dziesięć siódma. Powinna była już wyjść po tusz, bo o wpół do ósmej robi się korek przy szkole.

— Musisz jechać — powiedziała.

— Muszę jechać. — Wypił łyk jej herbaty, odstawił kubek, skrzywił się. — Zimna.

— Wiem.

Pocałował ją gdzieś w okolicę skroni, zabrał szarą teczkę, kluczyki, telefon, i po chwili trzasnęły drzwi. Dom zrobił się cichy w ten określony sposób, w jaki robił się cichy tylko rano, kiedy wszyscy już wyszli, a jeszcze nikt nie wrócił.

Elizabeth wzięła kubek i wylała do zlewu. Nastawiła czajnik jeszcze raz, do połowy.

Potem popatrzyła na kopertę leżącą na blacie i pomyślała, że coś jest z tą listą nie tak. Przebiegła ją wzrokiem od góry do dołu, dwa razy, szukając, co pominęła — bo zawsze coś było pominięte, na tym polegała rzecz — i nie znalazła niczego.

Wszystko było na miejscu. Wszystko było uwzględnione.

Zostało jej trochę niepokoju, taki cienki, na dnie, jakiego człowiek dostaje, kiedy wychodzi z domu i przez pół drogi nie może sobie przypomnieć, czy zamknął drzwi.

Czajnik kliknął. Tym razem nawet nie zdążyła zauważyć wysokiego tonu.

Napiła się i poparzyła podniebienie.

Odstawiła kubek na blat. Wzięła klucze.

Potem wróciła do koperty leżącej przy czajniku, wzięła długopis i dopisała pod spodem, drobniej, bo miejsca zostało już mało:

_Nina — sprawdzić, czy ma umówione USG na listopad_

Szesnaście.

Wyszła po tusz.

*

W niedzielę pogoda się popsuła i przez to wszyscy przyjechali punktualnie.

Elizabeth wstała o wpół do siódmej, wyjęła rybę, zrobiła ciasto, obrała ziemniaki, wstawiła pierwszą partię do piekarnika o wpół do jedenastej i o dwunastej stała już przy zlewie, myjąc miskę po cieście, kiedy w przedpokoju odezwał się dzwonek i głos Niny, i głos Josha, i za nimi ten szczególny hałas, który robi się, kiedy do domu wchodzą ludzie w mokrych kurtkach.

Mama przyjechała jako druga, przywieziona przez sąsiadkę, w płaszczu zapiętym pod szyję mimo dwunastu stopni. Sam zszedł z góry w ostatniej chwili, boso.

Siedmioro przy stole, na który wystarczało miejsca dla sześciorga. Elizabeth wystawiła krzesło z gabinetu i postawiła je u szczytu, przy drzwiach do kuchni, bo stamtąd najbliżej było do piekarnika.

Ryba wyszła dobra. Wiedziała, że wyszła dobra, jeszcze zanim ją wyjęła — po zapachu, po kolorze skórki, po tym, jak koper puścił.

— Mamo, to jest niesamowite — powiedziała Nina, nakładając sobie po raz drugi. — Naprawdę.

— To zwykły dorsz.

— To nie jest zwykły dorsz.

Josh mówił coś o pracy. Adam nalewał wino. Irene zapytała trzy razy, czyj to samochód stoi przed domem, i za trzecim razem Elizabeth odpowiedziała tak samo spokojnie jak za pierwszym, bo już się nauczyła, że irytacja nic nie daje, a Irene ją słyszy, nawet kiedy nie pamięta pytania.

Elizabeth wstała po sos. Potem po chleb. Potem po drugą butelkę wody, bo Josh nie pił wina, potem po ścierkę, bo Sam przewrócił szklankę, potem wyjąć drugą blachę ziemniaków, potem po sól, bo mama zawsze uważała, że jest za mało soli, a Elizabeth od dwudziestu lat soliła mniej, żeby matka miała co powiedzieć.

Nina stuknęła widelcem o kieliszek. Nie o kieliszek — o szklankę z sokiem, bo od trzech tygodni nie piła wina, tyle że nikt tego nie zauważył.

— Chcieliśmy coś powiedzieć — zaczęła i zaraz się roześmiała, i zrobiła się czerwona, i sięgnęła po rękę Josha. — Boże. Ćwiczyłam to w samochodzie.

Elizabeth stała wtedy z blachą w rękawicy kuchennej, w drzwiach kuchni.

— Jestem w ciąży. Dwunasty tydzień. W marcu.

Zrobiło się głośno, tak jak się robi. Adam wstał tak gwałtownie, że zahaczył o obrus. Josh dostał uścisk dłoni i klepnięcie w plecy, Nina dostała uściski, Irene zapytała, kto jest w ciąży, a potem, kiedy jej powiedziano, rozpłakała się i przez chwilę była zupełnie przytomna i powiedziała: _no proszę_, i to zabrzmiało tak, jakby chodziło o coś, co przewidziała.

Elizabeth postawiła blachę na podstawce, zdjęła rękawicę i podeszła do córki, i Nina wstała, i objęły się, i Elizabeth poczuła pod dłonią jej łopatki, wciąż ostre, dziecinne, i pomyślała: _to niemożliwe, żeby ona miała w sobie dziecko_.

— Cieszysz się? — spytała Nina w jej włosy.

— Głupia jesteś.

— No powiedz.

— Cieszę się. — Odsunęła ją i popatrzyła na nią. — Bardzo się cieszę.

Adam wstał z kieliszkiem.

— No dobra. — Odchrząknął. — Za Ninę i Josha. I za wnuka, bo to będzie wnuk, ja to czuję. — Śmiech. — I jeszcze jedno. Za Beth. Bo ta ryba. I w ogóle. Ten dom stoi na Beth. Serio, ona jest naszym silnikiem. Naszym silnikiem, tak?

— Za Beth! — powiedzieli wszyscy i podnieśli kieliszki, i patrzyli na nią, i się uśmiechali.

Elizabeth stała w drzwiach kuchni z rękawicą kuchenną w dłoni. Uśmiechnęła się i machnęła ręką, tak jak się macha, i powiedziała coś o tym, że dorsz był w promocji.

Zaśmiali się i wrócili do jedzenia.

Ktoś powiedział, że przydałby się jeszcze sos. Poszła po sos.

Później, kiedy Nina i Josh pojechali, a Adam odwoził Irene, a Sam siedział z laptopem w salonie, Elizabeth stała przy zlewie i jadła zimne ziemniaki z blachy, palcami, prosto z blachy, opierając się biodrem o szafkę. Były dobre. Naprawdę były dobre.

Za oknem padało. Zmywarka szumiała.

Przypomniała sobie, w połowie ziemniaka, słowo _silnik_.

Odstawiła blachę do namoczenia.

Nina napisała z drogi: _mamo, będziesz ze mną na każdym USG? będziesz? bo bez ciebie nie idę_.

Elizabeth wytarła ręce i odpisała: _oczywiście_.

Potem wzięła krzesło, które przyniosła po południu z gabinetu i postawiła u szczytu stołu, przy drzwiach do kuchni.

Siedzenie było czyste. Zupełnie czyste — bez okruszyny, bez plamy po sosie, bez niczego, co zostaje na krześle po człowieku, który przy nim jadł.

Zaniosła je z powrotem do gabinetu i wsunęła pod biurko, tak jak stało.

*

Pokój Sama pachniał kurzem i starą wykładziną.

Nie zauważała tego przez osiemnaście lat. Zapach był zawsze, ale przykryty innymi rzeczami — praniem, dezodorantem, tymi jego okropnymi chipsami o smaku octu, mokrymi butami piłkarskimi w kącie. Teraz, kiedy połowa rzeczy była już w kartonach, spod tego wszystkiego wyszedł kurz i wykładzina położona w dwa tysiące drugim.

Sam zdjął ze ściany plakat i pod spodem został jaśniejszy prostokąt.

— Zamalujemy — powiedziała.

— Nie musisz.

— Nie musimy. Ale zamalujemy.

Klęczała przy łóżku i pakowała książki do skrzynki, choć wiedziała, że on ich nie zabierze i że za rok trzeba je będzie stąd wynieść jeszcze raz. Sam siedział na podłodze i sortował kable. Miał do tego niesamowitą cierpliwość, do kabli.

— Wziąłeś kołdrę?

— Wziąłem.

— Bo tam mają być te kołdry, ale ludzie mówią, że—

— Wziąłem, mamo.

— Dobrze.

Milczeli. Deszcz uderzał w okno bokiem, tak jak we wrześniu.

Na dnie skrzynki, pod atlasem, leżała teczka z papierami z podstawówki, których nie umiała wyrzucić. Wyjęła ją odruchowo i otworzyła.

Rysunek kredką. Dom, trzy okna, dym z komina zawinięty jak baranek. Przed domem cztery postacie i jedna z nich, ta największa, miała żółte włosy do ramion i coś, co po dłuższej chwili dało się odczytać jako kubek w ręce. Pod spodem, drukowanymi literami, chwiejnie: MOJA MAMA ROBI WSZYSTKO.

Siedmiolatek. Pamiętała nawet tę koszulkę, w której wtedy chodził.

Trzymała rysunek i coś jej się zrobiło z gardłem, i wtedy — bez uprzedzenia, bez powodu — zobaczyła zupełnie co innego. Korytarz w domu matki, wąski, z tapetą w prążek. Walizka pod ścianą, zielona, wypożyczona od ciotki Bernie. Ona sama, dwadzieścia dwa lata, w kurtce, z ręką na klamce.

I to, że tamta walizka stała tam potem jeszcze trzy tygodnie, spakowana, dopóki matka nie kazała jej wreszcie rozpakować, bo szkoda rzeczy.

— Mamo.

Podniosła głowę.

— Co?

— Pytałem, czy mam zostawić to krzesło.

— Zostaw.

Włożyła rysunek z powrotem do teczki i teczkę do skrzynki, i wygładziła wieko dłonią dwa razy, choć wieko było gładkie.

Skończyli po dziewiątej. W pokoju zostało łóżko, biurko, krzesło i cztery jaśniejsze prostokąty na ścianie. Sam stanął na środku i rozejrzał się z tym swoim wyrazem twarzy, którego nigdy nie umiała odczytać — czy to obojętność, czy on tak po prostu wygląda, kiedy coś czuje.

— Dziwnie — powiedział.

— Bardzo.

Wyszła pierwsza, żeby nie musiał na nią patrzeć. Na progu, za jej plecami, odezwał się jego głos, spokojny, bez żadnego nacisku:

— Dasz sobie radę, co?

Elizabeth zatrzymała się w korytarzu.

— Ja? — powiedziała. — Ja zawsze daję sobie radę.

Nie odpowiedział. Usłyszała tylko, jak zamyka za sobą drzwi.

*

Na dole Adam oglądał program o remontowaniu zamków we Francji.

— Zaniosłem trzy do auta — powiedział. — Reszta się nie mieści, więc pojadę dwa razy.

— Dobrze.

— Bo on chce jeszcze wziąć tę lampę.

— Wiem.

Kartony stały w przedpokoju pod ścianą, podpisane flamastrem: KSIĄŻKI, ZIMOWE, KABLE, RÓŻNE. Elizabeth przeszła obok nich dwa razy i za drugim razem poprawiła ten z napisem RÓŻNE, bo stał krzywo i taśma odchodziła w rogu.

Dociskała ją kciukiem przez dłuższą chwilę, żeby trzymała.

O wpół do jedenastej weszła jeszcze raz na górę po rolkę taśmy, którą tam zostawili.

Drzwi pokoju były otwarte. Światło z korytarza wchodziło do środka i kładło się na wykładzinie do połowy, i dalej już nie sięgało.

Taśma leżała na biurku, obok czterech jaśniejszych prostokątów.

Wzięła ją i zeszła na dół.

*

O jedenastej dom był już cichy.

Elizabeth zeszła na dół w skarpetkach, wstawiła czajnik do połowy i stała przy blacie, czekając. Za oknem ktoś przejechał samochodem i światła przesunęły się po suficie kuchni, z lewej na prawą.

Zaparzyła. Postawiła kubek na blacie i zaczęła robić to, co robiła co wieczór: wyłączyć zmywarkę, wytrzeć blat, sprawdzić drzwi na taras, wystawić kubki na jutro, zerknąć, czy Sam wziął ładowarkę, dopisać _tusz_ na jutrzejszej liście, bo tego tuszu jednak nie kupiła, bo pralnia i mama.

Kiedy skończyła, herbata była zimna.

Wzięła kubek i wypiła, stojąc, opierając się plecami o blat. Ciepła porcelana — nie, zimna. Chłodna od spodu, letnia z boku. Herbata miała ten metaliczny smak, jaki mają zimne herbaty.

I wtedy przyszła jej do głowy rzecz zupełnie bez sensu, taka, jakie przychodzą o jedenastej wieczorem: że nie pamięta, kiedy ostatni raz piła gorącą.

Nie tego dnia. Nie w tym tygodniu. Zaczęła cofać się myślami — w zeszły weekend? na urodzinach Priyi? — i doszła gdzieś do wiosny, i zgubiła się, i przestała szukać, bo to była głupia rzecz, żeby o niej myśleć.

Wypłukała kubek. Zgasiła światło w kuchni. Zostawiła zapalone w korytarzu, jak zawsze, bo Sam czasem schodził w nocy po wodę i po ciemku wchodził na ostatni stopień jak na przedostatni.

W przedpokoju, na stoliku pod lustrem, leżała poczta z popołudnia. Przejrzała ją odruchowo, jednym ruchem kciuka: ulotka, ulotka, coś z serwisu samochodowego dla Adama, katalog.

I jeszcze jedna koperta.

Sztywna, kremowa, z tych grubszych, z nadrukiem kancelarii w lewym górnym rogu. _Ives & Partners, Solicitors. Selwyn Bay._

Adresat wypisany na maszynie, na środku:

*_Mrs Elizabeth Brennan_*

Stała nad tym dłuższą chwilę.

Brennan. Nie Hale. Brennan.

Nikt jej tak nie nazywał od dwudziestu pięciu lat. Nawet matka mówiła _Beth_, nawet w bankach, nawet u lekarza była Hale, przez pomyłkę wpisywana i przez wygodę zostawiana. Elizabeth Brennan była dziewczyną z legitymacji studenckiej, którą wyrzuciła podczas jednej z przeprowadzek.

Wzięła kopertę do ręki. Była ciężka — dwie, może trzy kartki. Odwróciła ją. Z tyłu nic, tylko zaklejona klapka.

Serce zaczęło jej walić i to było najgłupsze, bo przecież nie wiedziała jeszcze niczego. To mogła być pomyłka. Zresztą — mogło chodzić o cokolwiek. O spadek po jakiejś ciotce, o której nikt nie pamięta. O pomyłkę w rejestrach.

_Selwyn Bay._

Postała jeszcze chwilę, z kopertą w ręce, w przedpokoju, w skarpetkach, w tym żółtym świetle, które zostawiała dla wszystkich.

Potem wysunęła szufladę stolika — tę, w której leżały zapasowe klucze, latarka i stare rękawiczki Niny — i włożyła kopertę pod spód, pod rękawiczki.

Zasunęła szufladę.

Zrobiła dwa kroki w stronę schodów.

Wróciła, wysunęła ją jeszcze raz i spojrzała z góry, tak jak się patrzy na coś cudzymi oczami. Róg koperty wystawał spod rękawiczki, biały na tle wełny.

Poprawiła rękawiczkę.

Zasunęła szufladę i poszła na górę spać.ROZDZIAŁ DRUGI

Nazwisko, którego nikt nie używa

*

Otworzyła ją we wtorek, o piętnastej dwadzieścia, na parkingu przed Sainsbury’s.

Nie zamierzała. Miała czterdzieści minut między pralnią a apteką matki i weszła do sklepu po mleko i po papier do drukarki, i dopiero wracając do samochodu, kiedy wkładała siatki do bagażnika, przypomniała sobie, że koperta leży w torebce.

Wyjęła ją, kiedy już siedziała za kierownicą. Nie zapaliła silnika. Deszcz padał od rana, taki miarowy, wrześniowy, i po szybie schodziły strugi, i przez nie widać było rozmyte czerwone światła cofającego samochodu.

Rozerwała kopertę kciukiem. Zabrzmiało głośno w zamkniętym aucie.

Trzy kartki. Papier firmowy, wąskie marginesy, ten szczególny sposób pisania, w którym każde zdanie brzmi jak coś, na co jest już za późno.

_Szanowna Pani,_

_z przykrością zawiadamiamy o śmierci naszej klientki, Pani Nory Vale, zmarłej 14 sierpnia b.r. w Selwyn Bay._

Elizabeth przeczytała to zdanie trzy razy.

Deszcz stukał w dach.

_W testamencie z dnia 3 marca 2019 r. Pani Vale rozporządziła na Pani rzecz nieruchomością przy 4 Quay Lane, Selwyn Bay, zabudowaną budynkiem warsztatowym z częścią mieszkalną, znaną lokalnie pod nazwą „Vale & Daughter”._

_Jednocześnie informujemy, że nieruchomość obciążona jest zaległościami z tytułu podatku od nieruchomości oraz kosztami zabezpieczenia dachu w łącznej wysokości 18 100 funtów, oraz że Rada Miasta Selwyn Bay podtrzymuje ofertę wykupu gruntu, ważną do 31 lipca przyszłego roku._

_Prosimy o kontakt w celu ustalenia terminu spotkania._

_Z poważaniem,_

_R. G. Ives_

Elizabeth siedziała bez ruchu.

Nie płakała. To było ważne, żeby zauważyć, bo później, kiedy próbowała sobie ten moment przypomnieć, wracała do niej głównie ta jedna rzecz: że nie płakała, że nie zrobiła nic, tylko siedziała i patrzyła w kartkę, i przez dobrą minutę czuła absolutną, czystą pustkę.

Dopiero potem zauważyła, że papier drży.

Popatrzyła na własną rękę, jakby to była cudza ręka. Trzymała kartkę i kartka drgała, drobno, równo, i nie było w tym nic, co dałoby się powstrzymać.

Odłożyła listy na fotel pasażera i zacisnęła dłonie na kierownicy.

_Zmarłej 14 sierpnia._

Sierpień. W sierpniu byli w Kornwalii. W sierpniu Elizabeth stała w kolejce po lody dla wszystkich, w sierpniu spierała się z Adamem o parking w Padstow, w sierpniu, któregoś dnia, w jakąś środę czy czwartek, w małym mieście trzy godziny na wschód umarła osiemdziesięciojednoletnia kobieta i nikt nie uznał za stosowne jej o tym powiedzieć, bo skąd ktokolwiek miałby wiedzieć.

Ktoś zapukał w szybę.

Podskoczyła. Za oknem stała młoda kobieta w kurtce z kapturem i wskazywała na miejsce parkingowe, i mówiła coś, czego nie było słychać.

Elizabeth opuściła szybę.

— Przepraszam, pani wyjeżdża?

— Tak — powiedziała Elizabeth. — Tak, przepraszam. Już.

Zapaliła silnik. Wycieraczki poszły raz w jedną stronę, w drugą, i świat za szybą zrobił się na sekundę wyraźny.

Złożyła trzy kartki i wsunęła je z powrotem do rozerwanej koperty.

Torebka leżała na fotelu pasażera. Popatrzyła na nią i nie sięgnęła. Otworzyła schowek, wyjęła książeczkę serwisową w plastikowej okładce, włożyła kopertę między jej strony i zamknęła schowek.

Do książeczki serwisowej nikt nie zaglądał od dwa tysiące dwudziestego pierwszego.

Do apteki dojechała punktualnie.

*

W aptece stała jedenaście minut, bo przed nią było czworo ludzi, a jeden z nich miał receptę na coś, czego trzeba było szukać na zapleczu.

Recepty matki: cztery pozycje. Jednej nie mieli i trzeba było zamówić na czwartek. Farmaceutka zapytała, czy pani Brennan bierze to wieczorem czy rano, i Elizabeth powiedziała, że wieczorem, i to była prawda. Podała numer telefonu. Przeliterowała nazwisko, bo Brennan zapisują na sześć sposobów.

Zapłaciła. Wzięła torbę. Podziękowała.

Wszystko to zrobiła dobrze.

*

Do domu było jedenaście minut i przez całą drogę grało radio.

Zaparkowała tyłem, jak zawsze, bo inaczej nie da się wyjechać, kiedy Adam stanie za nią.

Wniosła siatki. Mleko do lodówki. Papier do drukarki na półkę w gabinecie, obok tonera, którego Adam nie umiał wymienić. Jogurty na dolną półkę, cztery, truskawkowe — i dopiero trzymając je w ręce, przypomniała sobie, że truskawkowe jadł Sam, a Sam był w akademiku od trzech tygodni.

Włożyła je tam, gdzie zawsze.

Torbę z apteki postawiła przy drzwiach, żeby nie zapomnieć zawieźć jej w czwartek.

Potem wyszła jeszcze raz do samochodu po parasol.

Otworzyła drzwi od strony pasażera, wyjęła parasol spod fotela i przez sekundę patrzyła na schowek.

Zamknęła drzwi i wróciła do domu.

*

Makaron nastawiła o wpół do siódmej.

Sos był ten z pomidorami i śmietaną, który Adam lubił i który robiła cztery razy w miesiącu od dwudziestu dwóch lat, i którego dawno już nie musiała mierzyć.

Wsypała sól — i zaraz potem nie wiedziała, czy wsypała.

Stała nad garnkiem z łyżeczką w ręce i próbowała sobie przypomnieć ruch własnej dłoni sprzed czterech sekund, i nie umiała.

Wsypała jeszcze raz.

Z okna nad zlewem widać było podjazd i mokry tył samochodu, i lampę nad garażem, która zapalała się o zmierzchu, odkąd Adam ustawił czujnik.

O siódmej usłyszała, jak wjeżdża i staje za nią.

*

Kolację jedli we dwoje, po raz pierwszy od pięciu lat.

Nie zauważyli tego od razu. Zauważyła Elizabeth, w połowie, stawiając na stole drugi talerz zamiast czterech, i miała przez chwilę wrażenie, że ktoś powinien to skomentować, ale nie było komu.

Nakryła w kuchni, nie w jadalni. Zrobiła makaron z tym sosem, który Adam lubił, i przesoliła. Zorientowała się przy pierwszym kęsie. Adam też się zorientował — zobaczyła to po jego twarzy — i nie powiedział nic, i zjadł wszystko, i to było w pewnym sensie milsze niż komentarz, a w innym sensie gorsze.

W tle leciały wiadomości.

— Denham chce zmienić elewację — powiedział Adam. — Na ostatniej prostej. Wiesz, ile to jest roboty?

— Dużo.

— Trzy tygodnie. Trzy tygodnie na śmietnik.

Elizabeth nawinęła makaron na widelec.

— Adam.

— Mhm?

Nabrała powietrza. To było zupełnie proste. Wystarczyło powiedzieć: _dostałam dziś list. Umarła pewna kobieta. Zostawiła mi dom._ Osiem sekund. Zdanie, które można wypowiedzieć w każdej kuchni na świecie.

— Nic. — Sięgnęła po wodę. — Nieważne.

— No mów.

— Nie, naprawdę. Uleciało mi.

— Kobieto. — Uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od telewizora. — Ty i to twoje uleciało.

W wiadomościach mówili o powodziach na północy. Elizabeth patrzyła na ekran i myślała: _powiedz teraz_. Potem: _powiedz, jak skończy się ten materiał_. Potem materiał się skończył i zaczął następny, o cenach paliw, i pomyślała, że przy cenach paliw byłoby to dziwne.

— Musimy pogadać o Bożym Narodzeniu — powiedział Adam. — Bo Nina będzie wtedy w szóstym miesiącu.

— W siódmym.

— No w siódmym. To znaczy, że u nas.

— To znaczy, że u nas.

Zebrała talerze. Przy zlewie, odwrócona plecami, poczuła coś, czego nie spodziewała się poczuć.

Ulgę.

Naprawdę ostrą, konkretną, fizyczną ulgę, jak wtedy, kiedy człowiekowi odwołają wizytę u dentysty.

Zakręciła wodę i stała przez chwilę z rękami w rękawiczkach, w ciszy, którą wypełniał tylko głos prezentera.

Był jeszcze jeden powód, żeby nie mówić, i ten powód znała dobrze, i nie chciała mu się przyglądać. Gdyby powiedziała, Adam by odpowiedział. Zapytałby, kto to był, a ona musiałaby coś powiedzieć, a potem powiedzieć coś jeszcze, i wtedy — nie od razu, ale w którymś zdaniu — doszliby do dwa tysiące dwunastego.

— Zostawić ci kawę na rano? — zawołała.

— Zostaw.

*

W czwartek pojechała do matki i już przed drzwiami poczuła gaz.

Nie był silny. Ledwie wyczuwalny, słodkawy, w tym mieszany z lawendą, bo Irene od czterdziestu lat używała tego samego odświeżacza i cały dom pachniał nim tak, że Elizabeth rozpoznałaby ten zapach z zawiązanymi oczami w dowolnym miejscu Anglii.

Otworzyła własnym kluczem. W kuchni jeden z palników był odkręcony do połowy i syczał, niezapalony.

Zakręciła. Otworzyła okno. Otworzyła drugie. Stała potem przez chwilę oparta o zlew, z sercem walącym gdzieś pod gardłem, i patrzyła na czajnik postawiony na zimnym palniku.

— Beth? To ty?

— Ja, mamo.

Irene siedziała w salonie z zaciągniętymi zasłonami, w środku dnia, z telewizorem bez dźwięku. Miała na sobie dwa swetry.

— Mamo, zostawiłaś gaz.

— Nie zostawiłam.

— Zostawiłaś. Musimy o tym porozmawiać.

— Ja nigdy nie zostawiam gazu. — Powiedziała to tak spokojnie, tak rzeczowo, że przez sekundę Elizabeth prawie jej uwierzyła. — Ty to zawsze coś wymyślisz.

Elizabeth usiadła. Rozsunęła zasłony. Światło weszło do pokoju i pokazało kurz na komodzie, i zaschnięty pierścień po kubku, i to, że dywan nie był odkurzany co najmniej od dwóch tygodni, mimo że pani Fowler przychodziła w każdy poniedziałek.

Zrobiła herbatę. Postawiła przed matką, wsypała cukier, zamieszała.

— Claire dzwoniła? — spytała Irene.

— W zeszłym miesiącu.

— Ona ma teraz bardzo dużo pracy.

— Wiem, mamo.

— Nie masz do niej pretensji, prawda?

— Nie mam.

Irene napiła się herbaty. Postawiła kubek. Popatrzyła na córkę i coś się w jej twarzy przesunęło, jakby ktoś przekręcił bardzo powoli gałkę ostrości.

— Claire — powiedziała.

Elizabeth nie poprawiła jej. Nauczyła się nie poprawiać.

— Claire, ty masz takie ładne włosy. Zawsze miałaś ładne włosy. — Wyciągnęła rękę i dotknęła jej ramienia, lekko, jak się dotyka czegoś cudzego. — Ale ty nie wróciłaś.

— Mamo.

— Ta druga wróciła. — Irene odwróciła głowę do telewizora, na którym bezgłośnie sprzedawano garnki. — Ta wróciła. Zawsze wraca.

Elizabeth siedziała bardzo prosto.

— Kto wrócił, mamo?

Ale gałka ostrości przesunęła się z powrotem i Irene zapytała, czy przypadkiem nie widziała gdzieś jej okularów, bo od rana ich szuka.

Okulary leżały w łazience, na pralce.

Elizabeth została jeszcze godzinę. Zrobiła zakupy, wstawiła pranie, zadzwoniła do doktor Ellis i umówiła wizytę, wyrzuciła z lodówki serek, który stał tam od sierpnia.

Przed wyjściem sprawdziła gaz.

Włożyła płaszcz i sprawdziła jeszcze raz.

Potem, już z ręką na klamce drzwi wejściowych, wróciła do kuchni, położyła palce na kurku, który był zakręcony, i przekręciła go w stronę, w którą się nie dawał.

W samochodzie, zanim odjechała, siedziała chwilę bez ruchu, tak jak we wtorek na parkingu.

_Ta wróciła. Zawsze wraca._

To nic nie znaczyło. Matka mieszała ludzi, mieszała czasy, kilka tygodni temu opowiadała o pogrzebie swojej siostry, jakby był w zeszłą środę, choć ciotka Bernie umarła w dziewięćdziesiątym siódmym.

To nic nie znaczyło.

Elizabeth wyjechała z Fenn Road i przez całą drogę do domu — jedenaście minut — nie włączyła radia.

*

W domu paliło się światło w gabinecie.

Adam siedział przy biurku z laptopem i drugim ekranem i nie odwrócił się, kiedy weszła.

— Mama zostawiła odkręcony gaz — powiedziała Elizabeth.

Wtedy się odwrócił.

— Zapalony?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij