Enoch - ebook
W cieniu pustynnych karawan, starożytnych kamiennych miast i tajnych ekspedycji III Rzeszy granica pomiędzy nauką, obsesją i szaleństwem zaczyna całkowicie zanikać. Na południu pustyni czeka coś, czego nie powinien odnaleźć żaden człowiek. Alojzy Mlent i Karl-Heinz Adler ruszają śladem Projektu Enoch. Tymczasem w Berlinie Rzesza powoli kona. Hitler coraz bardziej pogrąża się w paranoi, a Goebbels wierzy, że Projekt Enoch może stać się ostatnią nadzieją dla umierającego imperium.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-529-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Uciekali przez trzy dni niemal bez snu.
Rzym został za nimi, ale jego cień nadal ciągnął się za każdym krokiem.
Alojzy i Claire przemieszczali się nocami — ciężarówkami z uchodźcami, pieszo wzdłuż torów kolejowych, czasem na platformach przepełnionych wagonów towarowych jadących na południe Italii. Wojna rozrywała kraj na kawałki.
Wszędzie było czuć rozpad.
Spalone stacje. Kolumny niemieckich pojazdów. Włoscy cywile śpiący w ruinach kościołów. Alianci bombardujący drogi kilka kilometrów dalej.
Claire coraz częściej kaszlała od pyłu i zimna.
Alojzy wyglądał jeszcze gorzej.
Rany z Koloseum zaczynały się otwierać przy każdym większym wysiłku, ale nie zwalniał nawet na chwilę.
Bo wiedział jedno:
jeśli Adler zrozumiał prawdę… Europa znowu zacznie się zamykać.
I właśnie to się stało.
Neapol przywitał ich dymem.
I morzem.
Miasto wyglądało jak organizm, który przeżył zbyt wiele bombardowań, by jeszcze reagować na kolejne. Część kamienic przy porcie była wypalona do gołych ścian, a wąskie uliczki cuchnęły benzyną, rybami i wilgocią.
Nad wszystkim górował Wezuwiusz.
Ciemny. Milczący.
Jakby obserwował miasto z obojętnością starszą niż wojna.
Claire siedziała ukryta pomiędzy skrzyniami w opuszczonym magazynie portowym i próbowała ogrzać dłonie.
Alojzy stał przy wybitym oknie, obserwując doki.
Port był pełen ludzi.
Żołnierzy. Przemytników. Uchodźców. Marynarzy.
I Niemców.
Zbyt wielu Niemców.
Na nabrzeżach pojawiły się dodatkowe posterunki. Reflektory przeczesywały statki stojące przy kei, a żandarmi sprawdzali dokumenty każdego, kto próbował dostać się na pokład.
Claire spojrzała na niego cicho:
— On już wie.
Alojzy nie odpowiedział od razu.
Bo wiedział, że ma rację.
Kilka godzin wcześniej, w Rzymie, Vogt rzucił notesem o ścianę z taką siłą, że kartki rozsypały się po gabinecie.
— On nas okłamał.
Adler stał nieruchomo przy oknie.
Wpatrzony w nocne światła Wiecznego Miasta.
Nie wyglądał na zaskoczonego.
Wyglądał na człowieka, który właśnie utracił ostatnie resztki cierpliwości.
— Kiedy?
Vogt oddychał ciężko.
— Od początku. Morze Północne nie ma sensu. To była desperacka improwizacja.
Adler bardzo powoli odwrócił głowę.
I Vogt po raz pierwszy od dawna naprawdę się go przestraszył.
Bo w oczach Adlera nie było już gniewu.
Była pustka.
— Egipt — powiedział cicho Adler. — Abu Mena.
Potem podszedł do telefonu polowego.
I uruchomił całą machinę wojenną.
Rozkazy poszły natychmiast.
Porty południowych Włoch. Neapol. Salerno. Sycylia. Patrole Kriegsmarine. Kontrole dokumentów. Listy gończe.
Schwytać żywych lub martwych.
W dokach Neapolu Alojzy poczuł nagle ten sam chłód co wtedy na Syberii.
Nie strach.
Polowanie.
Claire podeszła do niego powoli.
— Nie wydostaniemy się stąd normalnie, prawda?
Pokręcił głową.
— Nie.
Spojrzał na port.
Na statki kołyszące się w ciemności.
Na marynarzy przemykających pomiędzy magazynami.
Na żołnierzy SS sprawdzających kolejne listy pasażerów.
— Adler zamknie każdy oficjalny szlak.
Claire oparła głowę o zimną ścianę magazynu.
— To co robimy?
Alojzy milczał chwilę.
Potem spojrzał na morze.
Czarne. Ogromne. Nieznane.
I właśnie wtedy usłyszeli gwizdek.
Krótki.
Umówiony.
Nie byli sami.
W cieniu doków ktoś właśnie ich obserwował.ROZDZIAŁ 284
Gwizdek rozległ się ponownie.
Krótki. Nerwowy. Jak sygnał człowieka, który nie chce czekać zbyt długo w jednym miejscu.
Alojzy momentalnie odsunął się od okna magazynu.
Claire zesztywniała.
W cieniu pomiędzy skrzyniami portowymi stał niski, siwiejący mężczyzna w wyblakłej marynarce i czapce rybackiej naciągniętej głęboko na oczy.
Palił papierosa.
Nie wyglądał groźnie.
I właśnie dlatego był niebezpieczny.
Mężczyzna spojrzał na nich szybko.
— Wy jesteście od „księdza”?
Alojzy zmrużył oczy.
Nie znał tego hasła.
Ale w Neapolu nie było już miejsca na ostrożne gry.
— To zależy, kto pyta.
Włoch prychnął cicho.
— Człowiek, który może was stąd zabrać… albo sprzedać Niemcom za skrzynkę koniaku.
Claire poczuła, jak napięcie wraca natychmiast.
Mężczyzna rzucił niedopałek na ziemię i rozgniótł go butem.
— Decydujcie szybko. Port zaraz zostanie zamknięty.
Daleko nad dokami zawyły syreny.
Alojzy spojrzał na Claire.
Potem podszedł bliżej.
— Dokąd płynie statek?
— Malta. Może Aleksandria. Zależy, kto więcej zapłaci i kto pierwszy zacznie strzelać.
Brzmiało to jak żart.
Ale jego oczy nie żartowały ani trochę.
Kilka godzin później szli już przez najciemniejszą część portu.
Przemytnik miał na imię Salvatore i poruszał się po dokach z pewnością człowieka, który przeżył tutaj pół życia pomiędzy mafią, wojną i marynarką wojenną.
Prowadził ich wąskimi przejściami pomiędzy magazynami i zniszczonymi kutrami rybackimi.
Wszędzie pachniało smołą, solą i gnijącymi rybami.
Claire szła blisko Alojzego.
Coraz bardziej zmęczona.
— Możemy mu ufać? — wyszeptała po polsku.
Salvatore nawet się nie odwrócił.
— Nie.
Claire zamilkła momentalnie.
Włoch uśmiechnął się lekko.
— Ale Niemcom możecie ufać jeszcze mniej.
W końcu dotarli do końca drewnianego pomostu.
Tam czekał kuter.
„Santa Maria”.
Nazwa była ledwo widoczna pod odpadającą farbą.
Jednostka wyglądała bardziej jak wrak niż statek zdolny przepłynąć Morze Śródziemne. Kadłub nosił ślady starych uszkodzeń, maszt był krzywy, a silnik wydawał niski, nierówny pomruk.
Claire spojrzała niepewnie na morze.
— Tym mamy dopłynąć do Afryki?
Salvatore wzruszył ramionami.
— Jeśli Matka Boska będzie miała dobry humor.
Na pokładzie kręciło się jeszcze trzech marynarzy.
Brudni. Zmęczeni. Uzbrojeni.
Jeden z nich spojrzał na Claire trochę zbyt długo.
Alojzy momentalnie stanął bliżej niej.
Salvatore zauważył to natychmiast.
— Spokojnie, Polacco. Dopóki płyniecie z nami, jesteście ładunkiem. Nie problemem.
Alojzy wyciągnął mały woreczek.
Resztki kosztowności Claire.
Pierścionek. Srebrny medalik. Kilka monet.
Całe ich dawne życie praktycznie mieściło się teraz w dłoni.
Salvatore zważył woreczek w ręce.
— Mało.
— To wszystko, co mamy.
Włoch spojrzał na nich chwilę.
Potem schował kosztowności do kieszeni.
— W takim razie resztę zapłacicie szczęściem.
Nagle nad portem rozległ się krzyk.
Niemieckie głosy.
Reflektory zaczęły przeczesywać kolejne doki.
Salvatore zaklął po włosku.
— Cholera. Szybciej!
Marynarze natychmiast zaczęli odpinać cumy.
Silnik Santa Marii zawył ciężko.
Alojzy pomógł Claire wejść na pokład.
W tej samej chwili gdzieś za nimi rozległ się niemiecki megafon:
— HALT! KONTROLA PORTOWA!
Reflektor przeciął ciemność i przesunął się niebezpiecznie blisko ich pomostu.
Claire ścisnęła rękę Alojzego.
Alojzy spojrzał na Neapol po raz ostatni.
Na ruiny miasta. Na Wezuwiusza majaczącego w oddali. Na Europę płonącą za ich plecami.
Potem Santa Maria oderwała się od nabrzeża i zaczęła powoli wpływać w czarne wody Morza Śródziemnego.
Ku Malcie.
Ku Egiptowi.
Ku Abu Mena.ROZDZIAŁ 285
Morze nocą było czarne jak smoła.
„Santa Maria” kołysała się ciężko na falach, opuszczając powoli neapolitański port. Silnik pracował nierówno, kaszląc co chwilę chmurami ciemnego dymu, które mieszały się z mgłą unoszącą się nad wodą.
Claire siedziała skulona pod brezentem przy burcie.
Alojzy nie spuszczał wzroku z oddalającego się brzegu.
Neapol wyglądał z morza jak płonące widmo.
Daleko nad miastem wisiała czerwona łuna wojny.
Salvatore stał przy sterze z papierosem w ustach.
Nie wyglądał na człowieka przejętego sytuacją.
I właśnie to niepokoiło najbardziej.
— Jeśli dopisze szczęście, za godzinę miniemy patrolową strefę — mruknął.
— A jeśli nie? — zapytała Claire cicho.
Włoch splunął za burtę.
— To wszyscy będziemy mieli bardzo krótki wieczór.
Morze odpowiedziało tylko szumem fal.
Przez chwilę naprawdę wydawało się, że mogą się wymknąć.
Port zostawał coraz dalej. Reflektory na wybrzeżu robiły się mniejsze.
Aż nagle…
na wodzie pojawiło się światło.
Silne. Białe. Przesuwające się szybko po falach.
Salvatore momentalnie zesztywniał.
— Merda…
Z ciemności wyłoniła się sylwetka niemieckiej motorówki patrolowej.
Schnellboot.
Niska. Szybka. Uzbrojona.
Reflektor przeciął noc i zatrzymał się dokładnie na „Santa Marii”.
Claire pobladła.
Alojzy poczuł lodowaty ciężar w żołądku.
Z motorówki rozległ się głos przez megafon:
— ZATRZYMAĆ SILNIK! PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO KONTROLI!
Marynarze Santa Marii zaczęli przeklinać pod nosem.
Jeden odruchowo sięgnął po nóż przy pasie, ale Salvatore natychmiast spojrzał na niego ostro.
— Schowaj to, idioto. To nie wojna dla bohaterów.
Spojrzał szybko na Alojzego i Claire.
— Wy. Natychmiast pod pokład.
Nie trzeba było powtarzać.
Zaprowadził ich do małego luku rybackiego przy rufie.
Claire zatrzymała się gwałtownie, gdy poczuła zapach.
Ryby. Krew. Sól. Zepsuta woda.
Alojzy spojrzał do środka.
Ciemna, ciasna przestrzeń pełna skrzyń i sieci.
Piekło.
— Nie mamy czasu — syknął Salvatore. — Jeśli was znajdą, wszyscy kończymy na dnie.
Claire weszła pierwsza.
Niemal od razu zaczęła kaszleć od smrodu.
Alojzy zsunął się za nią.
Luk zamknął się nad ich głowami.
Ciemność pochłonęła wszystko.
Słyszeli tylko własne oddechy.
I kroki Niemców wchodzących na pokład.
Na górze rozległy się ciężkie buty i metaliczny stuk broni.
— Dokumenty.
Głos oficera SS był zimny i znudzony.
Salvatore odpowiedział spokojnie:
— Rybacki transport do Salerno. Wracamy pusti.
— O tej godzinie?
Krótka cisza.
Alojzy siedział w całkowitej ciemności, obejmując Claire ramieniem. Czuł, jak drży.
Nie ze strachu.
Z wyczerpania.
Nad nimi rozległ się trzask otwieranych skrzyń.
Potem kroki coraz bliżej luku.
Claire ścisnęła dłoń Alojzego tak mocno, że aż zabolało.
— Jeśli otworzą…
Alojzy przyłożył palec do jej ust.
Cisza.
Kroki zatrzymały się dokładnie nad nimi.
Oficer SS odezwał się chłodno:
— Co jest tutaj?
Sekunda.
Dwie.
Potem śmiech Salvatore.
— Ryby, Herr Offizier. Chce pan sprawdzić? Ostrzegam tylko, że od smrodu można umrzeć szybciej niż od wojny.
Kilku Niemców parsknęło śmiechem.
Ale oficer nie odszedł.
Alojzy słyszał, jak przesuwa but po pokrywie luku.
Jeszcze chwila… jeszcze jeden ruch…
i wszystko się skończy.
Claire wtuliła twarz w jego ramię, próbując powstrzymać oddech.
Na górze zaległa długa cisza.
W końcu oficer powiedział:
— Ostatnio wielu ludzi próbuje uciekać na południe.
Salvatore odpowiedział spokojnie:
— A dokąd mają uciekać? Wszędzie jest wojna.
Kolejna chwila ciszy.
Potem nagle rozległ się głośny huk.
Pięść oficera uderzyła w pokrywę luku dokładnie nad ich głowami.
Claire drgnęła.
Alojzy zamknął oczy.
Ale pokrywa się nie otworzyła.
Po kilku sekundach kroki zaczęły się oddalać.
Oficer rzucił tylko:
— Możecie płynąć. Ale jeśli znajdziemy kogokolwiek na pokładzie… wrócimy po was.
Silnik motorówki zawył.
Reflektory przesunęły się po wodzie i zaczęły oddalać w noc.
Dopiero wtedy Alojzy pozwolił sobie odetchnąć.
A nad nimi „Santa Maria” powoli wypływała z portu.
Ku otwartemu morzu. Ku Afryce. Ku miejscu, którego wszyscy bali się bardziej niż wojny.ROZDZIAŁ 286
Neapol o świcie wyglądał jak miasto po końcu świata.
Port tonął w mlecznej mgle i dymie unoszącym się nad dokami. Żurawie przeładunkowe sterczały nad wodą niczym szkielety gigantycznych zwierząt, a fale Morza Tyrreńskiego uderzały o nabrzeża ciężko i monotonnie.
I właśnie tam, pomiędzy syrenami okrętów i wrzaskami żołnierzy, pojawił się Adler.
Czarny samochód SS zatrzymał się gwałtownie przy głównym pomoście.
Drzwi otworzyły się niemal zanim pojazd całkiem stanął.
Adler wysiadł pierwszy.
Bez płaszcza. Bez rękawiczek. Z twarzą tak napiętą, że wyglądała jak wykuta z kamienia.
Vogt wysiadł chwilę później.
Zmęczony. Blady. Coraz bardziej świadomy, że sytuacja zaczyna wymykać się poza obsesję Codexu.
Żołnierze Kriegsmarine natychmiast wyprostowali się na widok oficera SS.
— Gdzie jest statek? — rzucił Adler jeszcze zanim ktokolwiek zdążył zasalutować.
Nikt nie odpowiedział od razu.
To wystarczyło.
Adler podszedł do pierwszego marynarza i chwycił go brutalnie za kołnierz.
— GDZIE. JEST. STATEK.
— Herr Standartenführer… odpłynął przed pół godziną…
Cisza.
Krótka. Przerażająca.
Vogt widział już ten stan wcześniej.
Na froncie wschodnim.
Moment, w którym Adler przestawał być człowiekiem kierującym operacją.
A zaczynał być drapieżnikiem.
— Kto ich przepuścił?
Marynarz spojrzał nerwowo w stronę magazynów.
I wtedy wyprowadzono informatora.
Niski Włoch w brudnym garniturze, który jeszcze poprzedniej nocy sprzedawał Niemcom informacje o ruchu przemytników w porcie.
Był przerażony.
— Herr Offizier, ja nie wiedziałem — myślałem, że chodzi o zwykłych uchodźców—
Adler patrzył na niego bez emocji.
— Nie wiedziałeś.
Nie było w tym pytania.
Tylko wyrok.
Włoch zaczął mówić szybciej:
— Mogę ich znaleźć! Mam ludzi w Salerno! Na Sycylii! Ja mogę—
Strzał przeciął poranne powietrze.
Krótki. Suchy.
Informator osunął się martwy na mokre deski nabrzeża.
Wokół zapadła absolutna cisza.
Nawet marynarze Kriegsmarine patrzyli na Adlera z niepokojem.
Vogt zamknął oczy na sekundę.
— Karl-Heinz…
Adler schował pistolet powoli.
— Żadnych więcej błędów.
Spojrzał na morze.
Daleko na horyzoncie nie było już widać Santa Marii.
Tylko mgłę.
I wodę.
— Oni płyną do Afryki.
Vogt podszedł bliżej.
— Jeśli naprawdę kierują się do Abu Mena… powinniśmy działać precyzyjnie. Nie impulsywnie.
Adler odwrócił się bardzo powoli.
— Precyzyjnie?
Na jego twarzy pojawił się zimny uśmiech.
— Wiesz, co dała nam precyzja? Koloseum. Rzym. Kłamstwa Mlenta.
Vogt milczał.
Bo wiedział, że Adler już go nie słucha.
Nie naprawdę.
Kilku oficerów Kriegsmarine podeszło niepewnie.
— Herr Standartenführer, mamy do dyspozycji jedynie jednostki patrolowe i—
— Nie.
Adler spojrzał w stronę większego okrętu stojącego dalej przy wojskowym pomoście.
Smukły. Elegancki. Uzbrojony.
Luksusowy jacht rewirowy Kriegsmarine wykorzystywany dotąd do transportu oficerów wysokiego szczebla.
— Bierzemy tamten.
Oficer marynarki pobladł.
— Herr Standartenführer, ta jednostka wymaga zgody dowództwa floty—
Adler podszedł tak blisko, że marynarz natychmiast zamilkł.
— W takim razie przekaż dowództwu, że teraz ja jestem zgodą.
Kilka minut później na pokładzie jachtu trwała już gorączkowa mobilizacja.
Silniki uruchamiano w pośpiechu. Ładowano broń. Przygotowywano mapy Morza Śródziemnego.
Vogt stał przy relingu i patrzył na Adlera wydającego kolejne rozkazy.
I po raz pierwszy naprawdę zrozumiał coś przerażającego.
Adler przestał ścigać Codex.
On ścigał Mlenta.
Osobiście. Instynktownie. Z nienawiścią tak głęboką, że wojna stała się już tylko tłem.
Morze rozbłysło pierwszym światłem poranka.
Silniki jachtu zawyły ciężko.
Adler spojrzał ku południu.
Ku Afryce.
I wyszeptał niemal spokojnie:
— Tym razem już nie uciekniesz.PIERWSZA KREW NA WODZIE
Morze o świcie wyglądało spokojnie.
Zbyt spokojnie.
„Santa Maria” przecinała ciemne fale ciężko i powoli, zostawiając za sobą smugę dymu i oleju. Silnik pracował nierówno, ale nadal płynęli na południe.
Ku Malcie. Ku Aleksandrii. Ku Egiptowi.
Claire siedziała oparta o skrzynie rybackie przy burcie, owinięta starym kocem znalezionym pod pokładem. Była wyczerpana do granic możliwości.
Alojzy stał obok sterówki i patrzył na horyzont.
Nie ufał ciszy.
Po wszystkim, co przeszli, cisza wydawała się bardziej niebezpieczna niż strzały.
Salvatore zapalił kolejnego papierosa.
— Jeśli morze będzie spokojne, za dwa dni—
Urwał nagle.
Alojzy momentalnie zauważył zmianę w jego twarzy.
Włoch patrzył gdzieś za ich rufę.
We mgłę.
— Co jest?
Salvatore nie odpowiedział od razu.
Tylko wyrzucił papierosa za burtę.
— Cholera.
Claire podniosła głowę.
I wtedy też to zobaczyła.
Cień.
Długi. Niski. Szybko rosnący pomiędzy poranną mgłą.
Potem rozbłysły reflektory.
A chwilę później rozległ się niski ryk silników wojskowej jednostki.
Alojzy poczuł, jak serce momentalnie zamienia się w lód.
— Nie…
Mgła rozsunęła się szerzej.
I zobaczyli go.
Elegancki, uzbrojony jacht Kriegsmarine pruł wodę z ogromną prędkością prosto ku nim. Na maszcie wisiała bandera III Rzeszy.
A na dziobie stał Adler.
Nieruchomy.
Patrzący dokładnie na Santa Marię.
Claire wyszeptała:
— On nas znalazł…
Na niemieckim okręcie rozległ się megafon:
— ZATRZYMAĆ JEDNOSTKĘ! PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO KONTROLI!
Salvatore roześmiał się nerwowo.
— Kontroli… Tak, jasne.
Odwrócił się gwałtownie do załogi.
— PEŁNA MOC!
Silnik Santa Marii zawył rozpaczliwie.
Kuter przyspieszył, ale było to żałosne porównanie wobec wojskowej jednostki Kriegsmarine.
Adler nawet się nie poruszył.
Tylko uniósł rękę.
I wtedy rozpoczęło się piekło.
Ciężkie karabiny maszynowe otworzyły ogień.
Morze eksplodowało fontannami wody wokół kutra. Kule rozrywały drewno burty, maszty i sieci rybackie.
Claire rzuciła się na pokład.
Alojzy natychmiast przykrył ją własnym ciałem.
Salvatore wrzeszczał coś po włosku do załogi.
Jeden z marynarzy runął przy relingu, trafiony odłamkiem drewna.
Kolejna seria.
Sterówka eksplodowała szkłem.
„Santa Maria” zakołysała się gwałtownie.
— Oni nas zatopią! — krzyknęła Claire.
Alojzy spojrzał na Adlerowski okręt.
Był coraz bliżej.
Za blisko.
Na jego pokładzie niemieccy marynarze przygotowywali już liny abordażowe.
Adler chciał ich żywych.
Przynajmniej jeszcze przez chwilę.
Nagle rozległ się huk.
Jedna z kul trafiła w zbiornik paliwa przy rufie.
Ogień buchnął natychmiast.
Płomienie rozlały się po pokładzie Santa Marii jak żywe stworzenie.
Claire krzyknęła.
Dym zaczął dusić wszystkich niemal natychmiast.
Salvatore wypadł ze sterówki z zakrwawionym ramieniem.
Spojrzał na Alojzego dzikim wzrokiem.
— KONIEC! SKACZCIE!
Alojzy zawahał się sekundę.
Morze było wzburzone. Lodowate. Ogromne.
Ale za nimi była Kriegsmarine.
I Adler.
Salvatore chwycił go brutalnie za kurtkę.
— Jeśli zostaniecie na pokładzie, spłoniecie albo was zabiorą!
Kolejna seria przecięła pokład.
Płomienie były już wszędzie.
Claire kaszlała od dymu.
Alojzy spojrzał na nią.
Potem na morze.
I wtedy zobaczył coś jeszcze gorszego.
Adlera schodzącego już na dziób okrętu.
Z pistoletem w dłoni.
Czekającego, aż skoczą.
Jak myśliwy obserwujący zwierzynę wpadającą do oceanu.
Salvatore wrzasnął ostatni raz:
— TERAZ!
Alojzy objął Claire.
I razem skoczyli w płonące, czarne Morze Śródziemne, podczas gdy za ich plecami „Santa Maria” zaczynała zamieniać się w tonący wrak.ROZDZIAŁ 287
Uderzenie o wodę odebrało im oddech.
Morze Śródziemne było lodowate mimo południowego klimatu. Fale natychmiast pochłonęły ich pod powierzchnię, a huk płonącej „Santa Marii” mieszał się z odległymi seriami niemieckich karabinów.
Claire spanikowała pierwsza.
Szarpnęła się gwałtownie pod wodą, tracąc orientację.
Alojzy chwycił ją instynktownie.
Wynurzyli się kilka metrów dalej pośród piany, dymu i szczątków kutra.
Claire kaszlała rozpaczliwie.
— Alojzy…!
— Trzymaj się mnie!
Nad nimi rozległ się kolejny wybuch.
„Santa Maria” stała już cała w ogniu.
Sylwetka niemieckiego jachtu krążyła wokół płonącego wraku niczym drapieżnik. Reflektory przeczesywały fale w poszukiwaniu ludzi.
Alojzy rozejrzał się gorączkowo.
I wtedy zobaczył szalupę.
Małą. Drewnianą. Oderwaną od tonącego kutra.
Dryfowała kilka metrów dalej pomiędzy szczątkami.
— Tam!
Fale utrudniały każdy ruch. Claire była coraz słabsza, a mokre ubrania ciągnęły ich w dół jak kamienie.
Alojzy płynął praktycznie za dwoje.
Każdy ruch palił mięśnie.
W końcu dopadli szalupy.
Alojzy wepchnął Claire do środka pierwszy, potem sam ledwo wdrapał się przez mokrą burtę.
Przez chwilę oboje leżeli nieruchomo, kaszląc i próbując odzyskać oddech.
Wokół nich rozciągało się tylko morze.
Bez końca.
Bez brzegu.
Bez ratunku.
Daleko za nimi „Santa Maria” przechyliła się ciężko.
Płonęła jeszcze kilka sekund.
A potem zniknęła pod wodą.
Claire patrzyła na miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu był ich jedyny transport.
— Salvatore…
Alojzy milczał.
Nie wiedział, czy ktokolwiek z załogi przeżył.
Niemiecki okręt nadal krążył niedaleko wraku, ale dym i poranne fale utrudniały dostrzeżenie małej łodzi ratunkowej.
Na razie byli niewidoczni.
Na razie.
Claire objęła się ramionami.
Drżała.
Alojzy spojrzał na jej rany z Koloseum i przecięty policzek. Sól morska sprawiała, że każda rana wyglądała teraz jeszcze gorzej.
— Musimy utrzymać cię przytomną.
— Ty też wyglądasz jak trup…
Spróbowała się uśmiechnąć.
Nie wyszło.
Słońce zaczynało powoli wschodzić nad Morzem Śródziemnym.
I wtedy zaczęło się coś znacznie gorszego niż nocny pościg.
Upał.
Nie mieli wody. Nie mieli jedzenia. Nie mieli żagla ani silnika.
Tylko kawałek drewna unoszący się pośrodku ogromnego morza.
Alojzy rozejrzał się po szalupie.
Dwie wiosła. Mokra lina. Mała skrzynka ratunkowa.
Natychmiast ją otworzył.
W środku znajdowały się tylko: stary kompas, flara, i pół butelki deszczówki.
Claire spojrzała na wodę jak na cud.
Alojzy natychmiast zakręcił butelkę.
— Powoli.
— Alojzy—
— Jeśli wypijemy wszystko teraz, jutro umrzemy.
Te słowa zawisły pomiędzy nimi ciężko.
Bo oboje wiedzieli, że mówi prawdę.
Słońce wspinało się coraz wyżej.
Niemiecki jacht na horyzoncie nadal był widoczny.
Czasami znikał za falami. Potem pojawiał się znowu.
Jak rekin.
Claire położyła głowę na mokrej burcie.
— Myślisz, że nadal nas szukają?
Alojzy patrzył na oddalony okręt długo.
— Adler nie przestanie.
Morze kołysało szalupę coraz dalej od płonącego miejsca katastrofy.
Ku południu.
Ku Afryce.
Ale też…
ku śmierci z pragnienia.
A nad nimi bezlitosne śródziemnomorskie słońce zaczynało swoją własną wojnę.ROZDZIAŁ 288
Dzień na morzu wypalił z nich resztki sił.
Słońce wisiało nad Morzem Śródziemnym jak rozgrzany metal, a mała szalupa dryfowała bez celu pośród fal, które z każdą godziną stawały się coraz cięższe.
Claire była blada.
Jej usta popękały od słonej wody i pragnienia, a rany z Koloseum zaczynały wyglądać coraz gorzej.
Alojzy siedział przy burcie i wpatrywał się w kompas, choć doskonale wiedział, że bez żagla i silnika kierunek nie miał już większego znaczenia.
Morze prowadziło ich samo.
I właśnie to było najgorsze.
Wieczorem niebo zaczęło ciemnieć.
Najpierw powoli.
Potem nagle.
Na horyzoncie pojawiły się ciężkie chmury przypominające ścianę dymu.
Wiatr zmienił kierunek.
Fale uderzyły mocniej.
Claire spojrzała niespokojnie ku zachodowi.
— Alojzy…
Nie musiała kończyć.
On też to czuł.
Burza.
Pierwszy grzmot rozdarł niebo dokładnie w chwili, gdy morze gwałtownie się podniosło.
Szalupa zakołysała się niebezpiecznie.
Alojzy natychmiast złapał linę przy burcie.
— Trzymaj się!
Wiatr uderzył z pełną siłą kilka sekund później.
Deszcz spadł niemal poziomo.
Fale zaczęły rzucać ich łodzią jak zabawką.
Claire krzyknęła, gdy zimna ściana wody przelała się przez pokład.
Alojzy próbował utrzymać równowagę, ale szalupa przechyliła się tak mocno, że przez moment naprawdę byli pewni, że to koniec.
Morze ryczało wokół nich.
Niebo błyskało białym światłem.
Każda fala wydawała się większa od poprzedniej.
Claire zacisnęła dłonie na burcie tak mocno, że pobielały jej knykcie.
— Nie dam rady…
— Dasz.
Sam nie wierzył już w to, co mówił.
Burza trwała godzinami.
Albo minutami.
Na morzu czas przestawał istnieć.
Liczyły się tylko kolejne fale.
Kolejne oddechy.
Kolejne sekundy życia.
A potem…
wszystko nagle ucichło.
Nie całkiem.
Ale wystarczająco, by usłyszeli coś nowego.
Niski. Metaliczny dźwięk.
Claire uniosła głowę powoli.
Alojzy momentalnie zesztywniał.
Kilka metrów od nich, pośród ciemnych fal, coś wynurzało się z morza.
Najpierw cień.
Potem stalowy kadłub.
Długi. Czarny. Nieludzko cichy.
U-Boot.
Okręt podwodny przesuwał się przez noc niemal bezszelestnie, rozcinając fale jak morski potwór.
Claire odruchowo nabrała powietrza.
Alojzy natychmiast zasłonił jej usta dłonią.
— Cicho.
Wyszeptał to niemal bezgłośnie.
Burza osłabiła się na tyle, że każdy dźwięk na wodzie mógł zostać usłyszany.
Szalupa dryfowała teraz tuż obok stalowego kolosa.
Zbyt blisko.
Z pokładu U-Boota dochodziły niemieckie głosy.
Niewyraźne. Zmęczone.
Ktoś się śmiał. Ktoś palił papierosa.
Błysk czerwonego żaru pojawił się na kiosku okrętu.
Claire drżała.
Nie tylko ze strachu.
Z wyczerpania.
Alojzy czuł, jak serce wali mu tak mocno, że był pewien, iż Niemcy zaraz je usłyszą.
Szalupa uniosła się na fali.
I przez krótką chwilę znaleźli się niemal przy samym burcie U-Boota.
Tak blisko, że widzieli krople wody spływające po stalowym kadłubie.
Tak blisko, że jeden reflektor wystarczyłby, by ich zobaczyć.
Nagle na pokładzie rozległ się głos oficera:
— Kurs südlich halten. Keine unnötigen Stopps.
Po chwili silniki zawarczały mocniej.
U-Boot zaczął oddalać się powoli w ciemność.
Ale fala wywołana jego ruchem uderzyła w szalupę gwałtownie.
Claire niemal krzyknęła, tracąc równowagę.
Alojzy objął ją natychmiast i przyciągnął do siebie, tłumiąc każdy dźwięk.
Przez kilka sekund oboje pozostali nieruchomi.
Absolutnie nieruchomi.
Na U-Boocie ktoś odwrócił głowę.
Cisza.
Morze. Deszcz. Silniki.
I nic więcej.
Po chwili okręt podwodny zniknął znowu w czerni Morza Śródziemnego.
Jakby nigdy tam nie istniał.
Claire wtuliła twarz w ramię Alojzego.
Drżała cała.
A on patrzył w miejsce, gdzie zniknął stalowy cień.
I po raz pierwszy od bardzo dawna zrozumiał coś przerażającego.
Na tym morzu wojna była wszędzie.
Nawet pod wodą.ROZDZIAŁ 289
Ranek po burzy był nienaturalnie spokojny.
Morze wygładziło się niemal całkowicie, jakby nocne piekło nigdy się nie wydarzyło. Tylko ciężkie, ciemne chmury wiszące jeszcze daleko na zachodzie przypominały o sztormie, który prawie ich zabił.
Szalupa dryfowała bez celu.
Mokra. Obita. Coraz bardziej rozpadająca się.
Claire spała półprzytomnie oparta o burtę, owinięta mokrym kocem. Oddychała płytko. Gorączka wracała falami.
Alojzy siedział nieruchomo z kompasem w dłoni.
Nie wiedział już nawet, czy nadal płyną ku Afryce.
Słońce znowu zaczynało palić.
Morze pachniało solą i rdzą.
I wtedy Alojzy zobaczył dym.
Daleko na horyzoncie.
Najpierw cienką smugę.
Potem sylwetkę.
Natychmiast poczuł chłód przebiegający po całym ciele.
Nie musiał zgadywać.
Claire otworzyła oczy powoli.
— Co się stało…?
Nie odpowiedział od razu.
Tylko patrzył.
Jacht Kriegsmarine przecinał morze z metodycznym spokojem drapieżnika pewnego, że ofiara nie może już uciec.
Nie pędził.
Nie musiał.
Słońce odbijało się od stalowego kadłuba i szyb mostka kapitańskiego. Reflektory były wyłączone. Teraz polowali za dnia.
Dokładnie. Systematycznie.
Claire momentalnie zrozumiała.
— Nie…
Alojzy chwycił wiosła.
— Musimy zmienić kierunek.
Ale oboje wiedzieli, jak absurdalnie to brzmi.
Mała szalupa przeciw wojskowej jednostce.
Mimo to zaczął wiosłować.
Każdy ruch sprawiał ból.
Rany otwierały się na nowo pod mokrą koszulą.
Claire próbowała pomóc drugim wiosłem, ale była zbyt słaba.
Na jachcie Kriegsmarine ktoś podniósł lornetkę.
Alojzy widział to wyraźnie.
Na dziobie stał Adler.
Sam.
Nieruchomy jak posąg.
Morze wokół niego wydawało się spokojniejsze niż wszędzie indziej.
Claire wyszeptała:
— On nas widzi…
Tak.
Adler widział ich doskonale.
Przez kilka sekund patrzył przez lornetkę bez ruchu.
Na maleńką szalupę. Na ludzi ledwo żywych od słońca i morza.
I wtedy powoli opuścił lornetkę.
Na jego twarzy pojawił się cień czegoś znacznie gorszego niż gniew.
Satysfakcji.
Na pokładzie jachtu Vogt podszedł bliżej.
— To oni?
Adler skinął głową.
— Tak.
Vogt spojrzał na małą łódź dryfującą pośród bezkresnej wody.
Przez moment wyglądał niemal… niepewnie.
— Karl-Heinz… oni już praktycznie nie żyją.
Adler nie odpowiedział.
Jeden z oficerów Kriegsmarine czekał na rozkaz.
— Herr Standartenführer?
Adler nadal patrzył na szalupę.
— Zwolnić.
— Herr?
— Powiedziałem zwolnić.
Silniki jachtu zeszły na niższe obroty.
Jednostka zaczęła krążyć szerokim łukiem wokół szalupy.
Jak rekin badający ranną zdobycz.
Claire obserwowała to z przerażeniem.
— Dlaczego nie strzelają…?
Alojzy wiedział.
Adler nie chciał szybkiej śmierci.
Chciał kontroli.
Na pokładzie jachtu kilku marynarzy przygotowywało już liny i broń.
Adler uniósł megafon.
Jego głos poniósł się po spokojnym morzu z przerażającą wyrazistością:
— Mlent!
Echo odbiło się od pustki wody.
— To koniec. Nie masz już dokąd uciekać.
Claire zacisnęła palce na burcie szalupy.
Alojzy milczał.
Adler mówił dalej:
— Rzym. Koloseum. Morze. I nadal uciekasz.
Krótka pauza.
— Zaczynam podziwiać twoją determinację.
Vogt odwrócił wzrok.
Bo słyszał już w głosie Adlera coś niebezpiecznego.
Coś, co nie miało nic wspólnego z wojną ani rozkazami.
Obsesję.
Alojzy spojrzał na jacht.
Potem na morze wokół nich.
Nie mieli dokąd płynąć. Nie mieli czym walczyć.
Tylko słońce. Woda. I demon stojący kilka setek metrów dalej.
Adler opuścił megafon.
I wtedy wykonał spokojny gest dłonią.
Jacht zaczął powoli zacieśniać krąg wokół szalupy.ROZDZIAŁ 290
Krąg wokół szalupy zaciskał się coraz bardziej.
Jacht Kriegsmarine płynął powoli, niemal leniwie, przecinając spokojne fale Morza Śródziemnego z chłodną pewnością drapieżnika.
Claire siedziała nieruchomo.
Zbyt wyczerpana, by nawet mówić.
Alojzy nadal trzymał wiosło, choć oboje wiedzieli, że nie ma już żadnego znaczenia.
Adler stał na dziobie i obserwował ich bez mrugnięcia.
Jakby chciał zapamiętać tę chwilę.
Moment, w którym człowiek przestaje mieć gdzie uciekać.
Megafon znów zatrzeszczał.
— Oddaj Codex, Mlent. To jedyna rzecz, która może jeszcze uratować wam życie.
Alojzy spojrzał na niego z pustym spokojem.
Codex był zawinięty pod mokrym płaszczem przy dnie szalupy.
Cięższy niż kiedykolwiek wcześniej.
Adler zrobił kolejny gest dłonią.
Marynarze Kriegsmarine zaczęli przygotowywać liny abordażowe.
Kilku żołnierzy podniosło broń.
Claire zamknęła oczy.
I wtedy usłyszeli dźwięk.
Niski. Daleki. Mechaniczny.
Alojzy uniósł głowę pierwszy.
Adler również.
Wszyscy spojrzeli ku niebu.
Z chmur nad Morzem Śródziemnym wyłonił się samolot.
Dwusilnikowy. Ciężki. Lecący nisko nad wodą.
Brytyjski Wellington patrolujący wybrzeże.
Przez sekundę nikt się nie poruszył.
Potem na jachcie Kriegsmarine rozległy się wrzaski.
— Flugzeug! ALARM!
Adler odwrócił się gwałtownie ku mostkowi.
— Otworzyć ogień!
Karabiny przeciwlotnicze poderwały się natychmiast.
Ale Wellington już schodził niżej.
Pilot najwyraźniej zobaczył niemiecką jednostkę wojenną na otwartym morzu i nie zamierzał przepuścić okazji.
Claire wyszeptała:
— Boże…
Samolot przemknął nad wodą z ogłuszającym rykiem silników.
Na sekundę Alojzy zobaczył nawet sylwetki lotników w kabinie.
Potem od spodu maszyny oderwały się ciemne kształty.
Bomby.
Adler wrzasnął coś do marynarzy, ale było za późno.
Pierwsza eksplozja rozerwała morze kilkadziesiąt metrów od jachtu.
Ściana wody wystrzeliła wysoko w powietrze.
Druga bomba trafiła bliżej.
Zbyt blisko.
Potężny huk wstrząsnął całym morzem.
Jacht Kriegsmarine przechylił się gwałtownie. Fragment pokładu eksplodował drewnem i ogniem, a jeden z reflektorów wyleciał w powietrze.
Karabiny przeciwlotnicze zamilkły.
Chaos wybuchł natychmiast.
Marynarze biegali po pokładzie. Ktoś krzyczał o pożarze. Ktoś inny wypadł za burtę.
Vogt został rzucony o reling tak mocno, że stracił okulary.
A Adler…
Adler nadal stał.
Mokra fala eksplozji uderzyła w niego niemal frontalnie, ale nawet wtedy nie oderwał wzroku od szalupy.
Jakby wszystko inne przestało istnieć.
Kolejna eksplozja wstrząsnęła wodą.
I wtedy fala uderzeniowa dotarła do nich.
Szalupa została poderwana gwałtownie przez morze.
Claire krzyknęła.
Alojzy chwycił ją instynktownie, gdy łódź niemal przewróciła się bokiem.
Potem fala popchnęła ich z ogromną siłą.
Daleko od jachtu.
Daleko od eksplozji.
Ku czemuś jeszcze.
Mgła.
Gęsta, ciężka śródziemnomorska mgła zaczynała rozlewać się nad wodą po burzy i bombardowaniu.
W kilka sekund pochłonęła szalupę niemal całkowicie.
Na jachcie Kriegsmarine rozległy się rozpaczliwe rozkazy.
— Wo ist das Boot?! WO?!
Ale było już za późno.
Alojzy i Claire znikali w mlecznej pustce morza.
Ostatnie, co zobaczył Alojzy przed całkowitym zanurzeniem się we mgle, to Adler stojący pośród chaosu uszkodzonego jachtu.
Nieruchomy.
Patrzący za nimi z nienawiścią tak wielką, że wydawała się silniejsza od wojny, ognia i morza razem wziętych.
A potem mgła zamknęła się całkowicie.ROZDZIAŁ 291
Mgła nie chciała się kończyć.
Szalupa dryfowała przez wiele godzin, może nawet dni — Alojzy przestał już odróżniać czas. Morze i niebo zlały się w jedną, mlecznoszarą pustkę, w której istnieli tylko oni, fale i cisza.
Claire leżała nieruchomo przy burcie.
Jej oddech był płytki.
Usta miała spękane do krwi.
Alojzy siedział obok niej, próbując chronić ją przed słońcem własnym ciałem, choć sam ledwo utrzymywał przytomność.
Butelka deszczówki była już prawie pusta.
Morze odbierało im wszystko powoli.
Nie gwałtownie jak wojna. Nie brutalnie jak Adler.
Tylko spokojnie. Nieubłaganie.
Claire otworzyła oczy ledwie na moment.
— Alojzy…
— Jestem tutaj.
Spojrzała gdzieś ponad nim.
W dal.
— Widzisz to…?
Podniósł głowę.
Na początku pomyślał, że to kolejna fatamorgana.
Na horyzoncie pojawił się cień.
Wysoki. Nierealny. Jak miasto wyrastające z morza.
Potem usłyszał dźwięk.
Głęboki pomruk silnika.
Statek.
Prawdziwy.
Alojzy zerwał się tak gwałtownie, że niemal wypadł z szalupy.
— STATEK!
Głos ledwo wyszedł z gardła.
Machnął ręką rozpaczliwie.
Jeszcze raz.
I jeszcze.
Statek był większy niż wszystko, co widzieli od czasu opuszczenia Włoch. Handlowy parowiec o ciemnym kadłubie przecinał mgłę spokojnie i ciężko.
Na maszcie powiewała grecka bandera.
Claire próbowała się podnieść, ale zabrakło jej sił.
— Oni nas nie zobaczą…
Alojzy chwycił flarę z dna szalupy.
Ostatnią rzecz, która mogła ich uratować.
Przez sekundę bał się, że jest zamoczona.
Że nie zadziała.
Potem pociągnął za mechanizm.
Czerwona smuga wystrzeliła w niebo.
Jasna. Płonąca. Piękna jak krzyk człowieka, który nie chce umrzeć.
Na statku rozległy się okrzyki.
Syrena zawyła nisko.
Claire zaczęła płakać.
Nie z bólu.
Z ulgi.
Kilka minut później lina opadła z burty statku.
Greccy marynarze wyciągali ich z wody niemal bez słów.
Alojzy ledwo czuł własne ciało.
Pamiętał tylko silne dłonie chwytające go pod ramiona i twarz starego kapitana o pooranej zmarszczkami skórze.
Kapitan mówił po grecku z domieszką włoskiego.
— Spokojnie… już dobrze… jesteście bezpieczni…
Bezpieczni.
To słowo brzmiało obco.
Claire straciła przytomność niemal natychmiast po wniesieniu na pokład.
Alojzy próbował jeszcze sięgnąć pod mokry płaszcz.
Codex.
Nadal tam był.
Przemoczony z zewnątrz, ale ocalony.
Ukrył go instynktownie pod posłaniem w ciasnej kajucie, zanim sam niemal runął na podłogę.
Lekarz pokładowy pojawił się chwilę później.
Niski, siwy człowiek w poplamionym fartuchu.
Spojrzał na ich stan i tylko pokręcił głową.
— Odwodnienie. Gorączka. Rany zakażone solą…
Przyłożył Claire dłoń do czoła.
— Jeszcze kilka godzin i morze zabrałoby ją pierwszą.
Alojzy próbował coś powiedzieć, ale lekarz uciszył go natychmiast.
— Nie mów. Śpij.
Kapitan wszedł do kajuty dopiero wieczorem.
Usiadł ciężko przy stole i zapalił papierosa.
— Nazywam się Nikolaos. Płyniemy do Aleksandrii.
Alojzy uniósł wzrok powoli.
Aleksandria.
Egipt.
Byli blisko.
Naprawdę blisko.
Kapitan obserwował go chwilę uważnie.
— Ścigał was niemiecki okręt.
To nie było pytanie.
Alojzy milczał.
Nikolaos uśmiechnął się lekko.
— Spokojnie. Na tym morzu wszyscy przed kimś uciekają.
Za ścianą kajuty morze uderzało spokojnie o kadłub statku.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie słyszeli strzałów.
Tylko fale.
I oddech życia, które cudem udało się odzyskać.ROZDZIAŁ 292
Morze wokół niemieckiego jachtu było spokojne.
Zbyt spokojne po chaosie bombardowania.
Uszkodzona jednostka Kriegsmarine dryfowała ciężko na południe, zostawiając za sobą smugę oleju i dymu. Jedna z burt była osmalona, część relingu wyrwana eksplozją, a silniki pracowały nierówno, wydając niski, drażniący jęk przy każdym większym przeciążeniu.
Załoga poruszała się po pokładzie w napiętej ciszy.
Nikt nie żartował. Nikt nie palił.
Wszyscy czuli atmosferę gęstszą od dymu unoszącego się nad maszynownią.
Adler stał przy dziobie od wielu godzin.
Nieruchomy.
Patrzył w morze tak, jakby próbował dostrzec na horyzoncie samą nienawiść.
Vogt obserwował go z daleka.
I po raz pierwszy od początku tej podróży naprawdę zaczął się bać.
Nie wojny. Nie Codexu.
Adlera.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Karl-Heinz Adler był dla niego idealnym narzędziem Rzeszy.
Bezwzględnym. Inteligentnym. Zdolnym do wszystkiego.
Ale nadal racjonalnym.
Teraz racjonalność znikała z niego z każdym kolejnym dniem pościgu.
Koloseum. Morze. Bombardowanie. Mlent wymykający się po raz kolejny.
To wszystko zaczynało niszczyć w Adlerze coś fundamentalnego.
Vogt zauważył to wyraźnie kilka minut wcześniej, gdy mechanik Kriegsmarine zameldował stan jednostki.
— Herr Standartenführer… uszkodzona śruba ogranicza prędkość. Powinniśmy zawinąć do portu na Sycylii albo do Tarentu.
Adler nawet się nie odwrócił.
— Nie.
Mechanik zawahał się.
— Ale jeśli przeciążymy silniki—
— Powiedziałem nie.
Ton jego głosu wystarczył, by człowiek natychmiast zamilkł.
Vogt podszedł wtedy bliżej.
— Karl-Heinz. On ma rację. Potrzebujemy napraw. Bez tego nie dopłyniemy dalej niż Kreta.
Adler spojrzał na niego powoli.
I Vogt poczuł coś dziwnego.
Jakby patrzył w oczy człowieka, który od dawna nie śpi.
— A ty nadal tego nie rozumiesz.
— Czego?
Adler zrobił krok bliżej.
Morze odbijało się w jego oczach ciemnym światłem.
— To już nie jest kwestia Codexu.
Te słowa zabrzmiały gorzej niż krzyk.
Bo Vogt natychmiast zrozumiał, że Adler mówi prawdę.
— Karl-Heinz…
— On mnie okłamał. Upokorzył. Uciekł mi w Rzymie. Na morzu. W Koloseum.
Każde kolejne zdanie wypowiadał coraz ciszej.
Coraz spokojniej.
A właśnie to było najbardziej niepokojące.
— Myślisz, że chodzi jeszcze o rozkazy Berlina? O Rzeszę? O twoje mistyczne fantazje?
Vogt milczał.
Adler uśmiechnął się blado.
— Nie, Vogt. Teraz chodzi tylko o niego.
Wiatr poruszył czarnym płaszczem oficera SS.
Gdzieś pod pokładem uszkodzony silnik zawył ciężko.
Vogt spojrzał na Codex leżący na stole nawigacyjnym.
Jeszcze niedawno uważał tę księgę za największą tajemnicę Europy.
Teraz zaczynał rozumieć coś znacznie bardziej przerażającego.
Codex nie niszczył ludzi wiedzą.
Niszczył ich obsesją.
A Adler był już praktycznie stracony.
— Jeśli dalej będziemy przeciążać jednostkę — powiedział ostrożnie Vogt — możemy zatonąć zanim dopłyniemy do Egiptu.
Adler odwrócił się ku morzu.
Daleko na południu niebo miało już inny kolor.
Jaśniejszy. Suchszy.
Afryka była coraz bliżej.
— W takim razie dopłyniemy szybciej.
Vogt patrzył na niego długo.
I po raz pierwszy od początku tej historii przemknęła mu przez głowę myśl, której nigdy wcześniej nie dopuściłby do siebie.
Może Mlent powinien wygrać.
Może są rzeczy, których świat naprawdę nie powinien odnaleźć.
Za plecami Adlera załoga uruchamiała silniki ponownie.
Uszkodzony jacht Kriegsmarine ruszył ciężko ku południu.
Ku Egiptowi.
Ku Abu Mena.
Ku końcowi czegoś znacznie większego niż wojna.ROZDZIAŁ 293
Aleksandria pojawiła się o świcie.
Najpierw jako jasna linia na horyzoncie.
Potem jako miasto.
Ogromne. Rozgrzane słońcem. Żywe.
Statek Nikolaosa wpływał do portu powoli, przecinając zatłoczone wody pełne brytyjskich jednostek wojskowych, greckich statków handlowych, arabskich łodzi rybackich i barek załadowanych skrzyniami.
Claire stała przy burcie w milczeniu.
Patrzyła na Afrykę tak, jakby nie wierzyła, że naprawdę istnieje.
Po wszystkim, co przeszli — Syberii, Tatrach, Rzymie, morzu — Egipt wydawał się bardziej snem niż miejscem.
Powietrze pachniało inaczej niż Europa.
Solą. Piaskiem. Tytoniem. Przyprawami.
I czymś jeszcze.
Życiem.
Port Aleksandrii pulsował gwarem dziesiątek języków. Angielski mieszał się z arabskim, greckim, francuskim i włoskim. Brytyjscy żołnierze spacerowali po nabrzeżach obok handlarzy owoców i mężczyzn prowadzących osły pomiędzy skrzyniami z towarem.
Claire prawie się uśmiechnęła.
— To wygląda jak inny świat…
Alojzy milczał.
Bo wiedział, że dla nich świat nadal wygląda tak samo.
Uciekają. Są ścigani. I mają coraz mniej czasu.
Nikolaos zatrzymał ich jeszcze przed zejściem z pokładu.
Stary Grek wręczył Alojzemu niewielki pakunek.
— Jedzenie. Woda. I trochę pieniędzy.
Alojzy spojrzał zaskoczony.
— Dlaczego nam pomagasz?
Nikolaos wzruszył ramionami.
— Widziałem ludzi uciekających przed wojną przez całe życie. Po pewnym czasie przestajesz pytać przed czym.
Claire ścisnęła dłoń kapitana.
— Dziękujemy.
Grek spojrzał jeszcze raz na nich oboje.
Zmęczonych. Poszarpanych przez Europę.
— Cokolwiek tam wieziecie… mam nadzieję, że jest warte tego piekła.
Alojzy odruchowo dotknął torby z ukrytym Codexem.
Nie odpowiedział.
Aleksandria uderzyła ich pełnią życia niemal natychmiast po opuszczeniu portu.
Słońce paliło bez litości.
Ulice były zatłoczone tak bardzo, że momentami trudno było oddychać. Brytyjskie ciężarówki przeciskały się pomiędzy dorożkami i starymi samochodami, a handlarze nawoływali klientów z każdej strony.
Claire obracała głowę co chwilę.
Wszystko było nowe.
Kobiety w jasnych sukniach. Arabskie targi. Zapach kawy i kardamonu. Meczety wyrastające ponad kolonialne budynki.
Po raz pierwszy od dawna wyglądała bardziej na zafascynowaną niż przerażoną.
Alojzy jednak co chwilę oglądał się za siebie.
Nawet tutaj.
Nawet w Afryce.
Nie potrafił już przestać.
— Musimy zdobyć transport — powiedział krótko. — I zniknąć zanim Adler dotrze do Egiptu.
Claire spojrzała na niego.
— Myślisz, że naprawdę za nami tu przypłynie?
Alojzy odpowiedział bez zawahania:
— Tak.
Van znaleźli dopiero pod wieczór.
Stał za warsztatem mechanicznym na obrzeżach portowej dzielnicy — stary, piaskowy samochód dostawczy z popękaną szybą i drzwiami trzymającymi się chyba wyłącznie siłą woli.
Handlarz był Egipcjaninem w białej galabii i brytyjskiej czapce wojskowej.
Uśmiechał się zbyt szeroko.
— Piękna maszyna.
Claire spojrzała na vana z niedowierzaniem.
— To ledwo jeździ.
— Ale jeździ! — odparł handlarz z dumą. — A na pustyni to najważniejsze.
Alojzy obszedł samochód powoli.
Silnik był stary. Opony zużyte. Bak prawie pusty.
Idealne warunki do katastrofy.
Ale nie mieli wyboru.
— Dokąd jedziecie? — zapytał handlarz.
Claire spojrzała szybko na Alojzego.
Alojzy odpowiedział spokojnie:
— Na zachód.
Mężczyzna zmrużył oczy lekko.
Jakby wiedział, że to kłamstwo.
Ale nie zadał więcej pytań.
Na tym kontynencie ludzie również uciekali przed wojną.
I nauczyli się nie pytać dlaczego.
Wieczorem opuścili Aleksandrię.
Van kaszlał i trząsł się przy każdym większym wyboju, gdy jechali przez obrzeża miasta ku pustynnym drogom prowadzącym w głąb Egiptu.
Za nimi zostawały światła portu.
Przed nimi rozciągała się pustka.
Piasek. Ciemność. I Abu Mena gdzieś pośród niej.
Claire spojrzała przez okno na bezkresną noc pustyni.
— Wiesz, co jest najgorsze?
— Co?
— W Europie mogliśmy się ukryć.
Spojrzała przed siebie.
Na pustynię.
— A tutaj… nie ma gdzie zniknąć.