-
nowość
-
promocja
Erika Foster. Zabójcze tajemnice. Tom 6 - ebook
Erika Foster. Zabójcze tajemnice. Tom 6 - ebook
Aby popełnić morderstwo doskonałe, potrzebna jest idealna przykrywka.
W mroźny poranek matka znajduje przed domem zamarznięte, przesiąknięte krwią ciało swojej córki. Zadaniem Eriki Foster jest ustalić, kto mógł dokonać tak okrutnej zbrodni. Po ostatniej sprawie kobieta czuje się podle, jednak jest zdeterminowana, by poprowadzić nowe śledztwo. Gdy zabiera się do pracy, otrzymuje doniesienia o napadach w tej samej dzielnicy Londynu, w której doszło do morderstwa. Za wszystkimi atakami stoi człowiek w czerni, kryjący twarz za maską przeciwgazową.
Erika wyrusza na poszukiwanie zabójcy. Ze względu na swojego teścia jest zmuszona przekazać dowodzenie komuś innemu, a sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy jeden z jej ludzi znajduje się w niebezpieczeństwie…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-340-3 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Było już późno w Wigilię Bożego Narodzenia, kiedy Marissa Lewis wysiadła z pociągu na peronie w Brockley i poszła wraz z pijanym tłumem w kierunku kładki dla pieszych. Pierwsze płatki śniegu wirowały leniwie w powietrzu, a rozgrzani i pełni alkoholu ludzie chcieli tylko wrócić do domu i rozpocząć święta.
Marissa była piękną kobietą o kruczoczarnych włosach, fiołkowych oczach i figurze klepsydry. To przed takimi dziewczynami matki ostrzegają swoich synów. Wracała do domu z klubu w Londynie, gdzie występowała jako tancerka burleski, i miała na sobie długi czarny płaszcz vintage z wyszukanym futrzanym wykończeniem. Tego dnia zrobiła mocny makijaż, malując usta szkarłatną pomadką i przyklejając sztuczne rzęsy. Gdy dotarła do schodów prowadzących na kładkę, kilku młodych mężczyzn stojących przed nią odwróciło się, chciwie się w nią wpatrując. Popatrzyła tam, gdzie oni, czyli w dół swojego ciała, i zobaczyła, że dolna połowa jej długiego płaszcza rozpięła się, odsłaniając pończochy i podwiązki, które założyła na występ. Zatrzymała się, aby zapiąć duże mosiężne guziki, i wtedy wokół niej się gromadzić się tłum.
– Mam nadzieję, że to sztuczne futro – mruknął jakiś głos z tyłu.
Marissa spojrzała na kościstą młodą kobietę i jej równie kościstego chłopaka. Oboje mieli na sobie znoszone zimowe kurtki, a włosy kobiety były przetłuszczone.
– Tak, sztuczne – odparła Marissa i natychmiast zamaskowała swe kłamstwo olśniewającym uśmiechem.
– Moim zdaniem wygląda jak prawdziwe futro – upierała się młoda kobieta.
Jej przyjaciel stał z lekko otwartymi ustami i wpatrywał się w skrawki koronki i podwiązki, które nadal były widoczne, gdy Marissa kończyła poprawiać płaszcz.
– Frank! – warknęła kobieta, i zaczęła ciągnąć go po schodach.
Futro na płaszczu Marissy było prawdziwe. Kupiła go na wyprzedaży w sklepie z używaną odzieżą w Soho. Razem z torebką, która wisiała teraz na jej ramieniu.
Weszła po schodach i ruszyła przez kładkę. Tory kolejowe pod nią lśniły w świetle księżyca, a na dachach okolicznych budynków pojawiła się cienka warstwa śniegu. Gdy Marissa zbliżyła się do końca kładki, zauważyła, że dwaj młodzi mężczyźni odłączyli się od reszty i czekali na nią na szczycie schodów. Jej serce biło coraz szybciej.
– Czy mogę pani pomóc? – zapytał wyższy, oferując swoje ramię.
Przystojny mężczyzna miał rude włosy i gładką, rumianą twarz. Ubrany był w trzyczęściowy garnitur, długi brązowy płaszcz zimowy, a jego skórzane buty lśniły. Niższy był ubrany niemalże identycznie, ale też mniej przystojny.
– Poradzę sobie – odparła.
– Jest ślisko – zaczął się upierać i złapał ją pod rękę.
Blokowali teraz połowę schodów w dół.
Przez chwilę mu się przyglądała i doszła do wniosku, że może łatwiej będzie, jeśli przyjmie jego propozycję.
– Dziękuję – powiedziała i chwyciła dłoń mężczyzny.
Jego niższy kolega chciał zabrać od niej torebkę, ale pokręciła głową i się uśmiechnęła. Sól chrzęściła pod ich stopami, gdy schodzili, trzymając Marissę wciśniętą między sobą. Cuchnęli piwem i papierosami.
– Jest pani modelką? – zapytał wysoki.
– Nie.
– Co oznacza skrót M.L.? – zapytał jego niższy kolega, wskazując wyhaftowane na torebce litery.
– To moje inicjały.
– I? Jak się pani nazywa?
– Ja jestem Sid, a to jest Paul – powiedział ten wyższy.
Paul się uśmiechnął, odsłaniając duże żółte zęby. Dotarli na dół, Marissa im podziękowała i zabrała rękę.
– Ma pani ochotę na drinka?
– Dziękuję, ale wracam do domu – odparła.
Mężczyźni nadal blokowali połowę schodów, tłum przechodniów musiał się przeciskać między nimi. Stali tak przez chwilę, czekali, rozważali opcje.
– Och, proszę dać się namówić, są święta – zauważył Sid.
Marissa odsunęła się, żeby inni pasażerowie ją od nich oddzielili.
– A może panią podwieziemy? – dodał, przepychając się obok ludzi, by do niej dołączyć.
Paul podążył za nim i zepchnął z drogi młodego chłopaka. Jego paciorkowate oczy były zarówno przenikliwe, jak i zamglone.
– Nie. Naprawdę. Muszę wracać do domu, ale dziękuję. Wesołych Świąt.
– Na pewno? – spytał Paul.
– Tak, dziękuję.
– Możemy sobie zrobić z panią selfie? – zapytał Sid.
– Co?
– Po prostu chcemy sobie zrobić z panią zdjęcie. Lubimy ładne dziewczyny, a dzięki takim zdjęciom mamy na co patrzeć, gdy chłodnymi nocami leżymy samotni w naszych łóżkach.
Patrzyli na nią w taki sposób, że Marissa od razu pomyślała o wilkach. Głodnych wilkach. Podeszli do niej z obu stron i się pochylili. Poczuła dłoń na plecach, gdy Sid wyciągnął iPhone’a i zrobił jedno selfie, a potem kolejne. Jego palce zaczęły zmierzać między jej pośladki.
– Świetnie – powiedziała i się odsunęła.
Pokazali jej zdjęcie. Miała na nim szeroko otwarte oczy, ale nie wyglądała na tak przerażoną, jak się czuła.
– Naprawdę jesteś seksowna – zauważył Sid. – Na pewno nie dasz się namówić na drinka?
– Mamy wódkę, Malibu, wino – wtrącił Paul.
Marissa zerknęła z powrotem na kładkę i zobaczyła, że wciąż jest na niej kilku pasażerów. Spojrzała na mężczyzn i zmusiła się do kolejnego uśmiechu.
– Przykro mi, panowie, ale nie dzisiaj.
Popatrzyła na znajdującą się nad nimi jedną z kamer monitoringu w plastikowej osłonie. Skierowali wzrok w to samo miejsce. Wydawało się, że w końcu zrozumieli sugestię, i ruszyli przed siebie.
– Co za uparta suka – usłyszała jeszcze głos Paula.
Nie odezwała się, tylko obserwowała, jak podchodzą do stojącego przy krawężniku samochodu, kiedy jednak się odwrócili, spojrzała gdzie indziej. Usłyszała śmiech, trzaśnięcie drzwiami, a następnie odgłos uruchamianego silnika.
Dopiero po ich odjeździe poczuła, że cały czas wstrzymuje oddech. Wypuściła powietrze i zobaczyła, że kilku ostatnich pasażerów schodzi na dół. Na samym szczycie stał wysoki, przystojny mężczyzna po pięćdziesiątce, a obok jego bardzo blada żona.
– Cholera – mruknęła pod nosem Marissa.
Szybko podeszła do rzędu samoobsługowych automatów biletowych i zaczęła wpatrywać się w jeden z ekranów.
– Marisso! Widzę cię! – powiedział kobiecy głos, niepewny od alkoholu. – Widzę cię, dziwko!
Na schodach rozległ się stukot, gdy kobieta pospieszyła w jej kierunku.
– Jeanette! – krzyknął mężczyzna.
– Zostaw nas w spokoju – wrzasnęła kobieta i podbiegła do Marissy. Wyciągnęła długi palec, jego opuszek znalazł się centymetr od jej twarzy. – Trzymaj się od niego z daleka.
Miała przekrwione oczy, czerwoną i opuchniętą twarz, a szkarłatna szminka spłynęła w zmarszczki wokół ust.
– Jeanette! – syknął mężczyzna, dogonił ją i odciągnął.
Chociaż para była w tym samym wieku, on miał surową, ale przystojną twarz. Kolejne przypomnienie, że dla mężczyzn czas jest o wiele łaskawszy.
– Staram się nie wchodzić wam w drogę, ale mieszkamy na tej samej ulicy. Więc siłą rzeczy będziemy się spotykać – zauważyła Marissa i uroczo się uśmiechnęła.
– Jesteś zdzirą!
– Byłaś w pubie, Jeanette?
– Tak! – warknęła kobieta. – Z moim mężem.
– Wyglądasz na trzeźwego, Don. A ja myślałam, że bardziej ty będziesz potrzebował się napić.
Jeanette podniosła rękę, by uderzyć Marissę w twarz, ale Don ją złapał.
– Dość tego. Dlaczego nie potrafisz trzymać języka za zębami, Marisso? Przecież widzisz, że ona kiepsko się czuje – powiedział.
– Kurwa, nie mów o mnie w trzeciej osobie! – burknęła Jeanette.
– Chodź, idziemy – zarządził.
Zaczął ją prowadzić prawie jak inwalidkę.
– Pieprzona dziwka – mruknęła jeszcze na odchodnym Jeanette.
– Nikt nigdy nie zapłacił mi za seks! – krzyknęła za nią Marissa. – Zapytaj Dona!
Odwrócił się i zobaczyła jego smutną minę. Nie wiedziała, czy to z powodu żony alkoholiczki, czy sam z siebie był smutny. Pomógł Jeanette dojść do stojącego na ulicy samochodu i posadził ją na miejscu dla pasażera. Gdy odjechali, Marissa zamknęła oczy i zaczęła wspominać. Czasy, kiedy pukał do jej drzwi późno w nocy, gdy jej matka już spała, i gdy zakradali się do sypialni. Jego ciepłe ciało na jej skórze, kiedy się kochali…
Gdy ponownie otworzyła oczy, zobaczyła, że ostatni pasażerowie rozeszli się po okolicznych ulicach, a ona została sama. Śnieg zaczął już porządnie sypać, widać go było w łukach jasnych świateł wokół hali dworca. Marissa doszła do wyjścia ze stacji, i skręciła w prawo w Foxberry Road. W oknach domów świeciły choinki, a śnieg chrzęszczący pod jej stopami zakłócał ciszę.
Koniec drogi skręcał ostro w prawo i przechodził w Howson Road. Zawahała się. Panowała tam ciemność. Kilka ulicznych latarni zgasło i tylko dwie z nich oświetlały pięciusetmetrowy odcinek, wzdłuż którego, po obu stronach, ciągnęły się szeregowce. Planowała iść tędy razem z innymi osobami, które wysiadły z ostatniego pociągu. Zawsze tą trasą szło z nią co najmniej kilku pasażerów, przez co droga wydawała się bezpieczniejsza. Jednak Jeanette i ci dwaj dranie ze stacji wszystko zepsuli.
Marissa pośpiesznie mijała zacienione alejki i ciemne, puste okna, szła od oświetlonej plamy do oświetlonej plamy. Odetchnęła z ulgą, gdy z ciemności wyłoniła się Coniston Road, jasno oświetlona dzięki znajdującej się na jej końcu szkole. Kobieta skręciła w lewo i minęła plac zabaw, po czym przeszła przez ulicę do bramy wejściowej. Zaskrzypiała, gdy ją otworzyła. We wszystkich oknach było ciemno, w małym ogródku z przodu budynku panowała ciemność. Miała już przygotowane klucze i właśnie zamierzała otworzyć drzwi, gdy usłyszała za sobą ciche stuknięcie.
– Jeeezu, Beaker, ale mnie przestraszyłeś – powiedziała na widok smukłego, czarnego kota siedzącego na koszu obok bramy. Wzięła go na ręce. – Chodź, jest za zimno, by kręcić się po dworze. – Beaker zamruczał i spojrzał na nią intensywnie zielonymi oczami. Wtuliła twarz w jego ciepłe futro. Przez chwilę godził się na pieszczoty, a potem zaczął się wiercić. – W porządku, ty mały gówniarzu. – Zeskoczył i uciekł przez żywopłot do ogrodu sąsiada.
Marissa właśnie miała włożyć klucz do zamka, gdy znajdująca się za nią brama skrzypnęła. Kobieta zamarła. Usłyszała chrzęst stóp na śniegu. Powoli się odwróciła.
Za nią stała postać w długim czarnym trenczu. Jej twarz była ukryta za maską przeciwgazową ze szczelnie okrywającym czaszkę kapturem z błyszczącej czarnej skóry. Dwa duże, szklane, okrągłe otwory na oczy wpatrywały się w nią pustym wzrokiem, a zbiornik lub przyrząd do oddychania wydłużał twarz tak, że wisiała tuż nad klatką piersiową. Postać miała na rękach czarne rękawiczki, a w lewej dłoni trzymała długi, cienki nóż.
Marissa próbowała włożyć klucz do zamka, ale ten ktoś rzucił się na nią, złapał ją za ramię i przycisnął plecami do drzwi wejściowych. Błysnęło coś srebrnego, a krew trysnęła na szklane otwory na oczy w masce.
Torebka upadła na ziemię, a Marissa dotknęła szyi, i dopiero wtedy poczuła potworny ból płynący z głębokiej rany. Próbowała krzyczeć, ale wydała z siebie tylko bulgotanie, a jej usta wypełniły się krwią. Podniosła ręce, gdy napastnik się zachwiał i machnął nożem, przecinając jej dwa palce i materiał płaszcza na przedramionach. Nie była w stanie oddychać i łapała powietrze, bulgocząc i tryskając krwią. Postać chwyciła ją za tył głowy i pociągnęła wzdłuż ścieżki, uderzając jej twarzą w ceglany słupek bramy. Marissa poczuła nieznośny ból i usłyszała trzask łamanych kości.
Dyszała i wymiotowała, nie była już w stanie nabierać powietrza do zalanych krwią płuc. Była zupełnie obojętna, gdy ta dziwna postać z trudem usiłowała ciągnąć ją po ziemi, z dala od słupka bramy, na środek małego ogrodu. Postać zachwiała się i wyglądało na to, że zaraz upadnie, ale utrzymała równowagę. Obiema rękoma przyłożyła nóż do gardła i szyi dziewczyny, tnąc je i dźgając. Gdy krew lała się na śnieg i życie opuszczało ciało, Marissie wydawało się, że rozpoznaje twarz za dużymi szklanymi otworami maski przeciwgazowej.