Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ewangelia według Orli - ebook

Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 czerwca 2026
46,00
4600 pkt
punktów Virtualo

Ewangelia według Orli - ebook

„Cicho, cicho. Zrób plan podróży, sprawdź odjazdy pociągów, tylko nie myśl o niej”

Po śmierci mamy Orla próbuje wydobyć się z rozpaczy za pomocą map, przewodników rowerowych i list zakupów, podczas gdy jej dom pogrąża się w dusznej żałobie. Nastolatka ma dość bezradności ojca, dość roli „dzielnej dziewczynki”. Udaje, że wszystko jest w porządku, ale potajemnie planuje ucieczkę z domu w desperackiej próbie odzyskania świata, który miał sens.

Na jej drodze staje nieznajomy o nadprzyrodzonych zdolnościach, podający się za Jezusa, a Orla wciąga go w szaleńczy rajd przez północną Anglię. Chce wymusić na nim cud.

Eoghan Walls  splata realizm magiczny z dynamiką powieści drogi. Pisze w rytmie emocji bohaterki, oddając rwany oddech i histeryczny śmiech - jedyną dostępną jej formę płaczu.

Ewangelia według Orli to poetycki, pełen czarnego humoru zapis buntu wobec spraw ostatecznych. To opowieść o utracie, która zadaje pytanie: jak daleko trzeba uciec i w co uwierzyć, by zaznać pocieszenia?

Orla pragnie odejść, ale zatrzymuje ją spotkanie, które  zmienia kierunek tej opowieści. Kim jest i po co zjawił się ten, którego wybiera na towarzysza podróży? Żeby wrócić do punktu wyjścia, trzeba czasem sięgnąć dna i przejść suchą stopą przez morze. Spodziewajcie się niespodziewanego. To jedna z tych historii najpełniej oddających złożoność świata.
BARBARA SADURSKA, pisarka

Eoghan Walls sprawia, że emocje, które przeżywa Orla – każda myśl, każda odpowiedź i każdy krok – są przekonujące, świeże i oryginalne.
COLM TÓIBÍN

Choć Orla najbardziej pragnie znów zobaczyć matkę, to siebie samą musi przywrócić do życia. W tej wzruszającej, pełnej nadziei, porywającej powieści Walls daje wgląd w duszę targaną skrajnymi emocjami.
SUSIE MESURE, „The Spectator”

Ustąp miejsca, Anno Burns! Z drogi, Sally Rooney! Pojawił się nowy głos prosto ze Szmaragdowej Wyspy. Eoghan Walls, z zawodu poeta, swoją debiutancką powieścią wdziera się przebojem w świat prozy.
Book Culture
Eoghan Walls pochodzi z Irlandii Północnej. Mieszkał i tworzył również w Irlandii, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Ruandzie. W 2006 roku zdobył Eric Gregory Award. Jego tomy poetyckie wielokrotnie trafiały na krótkie listy międzynarodowych nagród literackich. Obecnie wykłada kreatywne pisanie na Lancaster University. Ewangelia według Orli to jego debiut prozatorski. W 2026 roku opublikował kolejną powieść - Field Notes From an Extinction.
Książka została opublikowana ze wsparciem Literature Ireland

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-233-7812-9
Rozmiar pliku: 750 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Smutno mi, że to już, ale nie ma sensu się ociągać. Telefon zostawiam pod poduszką. Listu nie zostawiam, bo to dobre dla samobójców. Nie chcę, żeby byli jeszcze smutniejsi, ale nie chcę też, żeby od razu zaczęli szukać. Ostatnio złapali mnie na dworcu – na szczęście nie zdążyłam kupić biletu, więc nie wiedzieli, dokąd jadę, i teraz też nie będą wiedzieć.

Nie muszę się wykradać na palcach, bo tata chrapie, ale wchodzę do jego pokoju, żeby zobaczyć Lily. Padła, wstanie dopiero o wpół do szóstej. Oboje będą spać jak zabici, dopóki Lily właśnie nie zachce się pić – wtedy wylezie z łóżeczka, pójdzie do taty i pociągnie go za nos. To go zawsze budzi, nawet jeśli pił.

Będę za nią tęsknić, ale nie mogę jej zabrać ze sobą, nie mogę jej też przytulić, bo się obudzi, więc tylko patrzę na nią przez minutę i dotykam jej stopy. Potem zamykam za sobą drzwi i schodzę na dół, sprawdzam nerkę i plecak, zapinam je, odgarniam grzywkę z czoła, biorę wdech, odryglowuję drzwi i wychodzę na zewnątrz.

Rower stoi przy ścianie.

Wyprowadzam go przez furtkę ostrożnie, żeby niczego nie potrącić.

Furtka wydaje skrzypnięcie, na co pies Annie Pomfret zaczyna szczekać, ale ponieważ i tak szczeka całymi nocami, to nikt już nie zwraca na niego uwagi. Wychodzę, raz jeszcze sprawdzam zamki, na ulicy nikogo nie ma, więc wskakuję na rower, przejeżdżam przez światła na most, o tej porze w Arms też nikogo nie ma. Pędzę dalej ścieżką nad kanałem. Nikt mnie nie widzi.

Wygląda na to, że tym razem się uda, co mnie rozwesela.

W plecaku mam jedzenie i picie, jest ciężki, ale nie za ciężki. Mam trzy wrapy z kurczakiem z Boots, wielką butelkę Fanty i sześciopak Hula Hoops, z którego wycisnęłam powietrze, cztery Curly Wurly, a w nerce pięćdziesiąt cztery funciaki, co powinno wystarczyć na co najmniej jeden dodatkowy posiłek przez dzień lub dwa, gdybym zgłodniała, na co się nie zanosi.

Plan jest taki, że jadę rowerem do Liverpoolu, wsiadam na prom do Belfastu, a potem jadę do Drumahoe do domu Sinead, i zostawiam cały ten szajs za sobą. Sinead mnie nie wyrzuci, jestem córką jej zmarłej siostry, a poza tym urodziłam się w Irlandii, jestem chyba obywatelką, więc jeśli będą chcieli mnie odebrać, niech próbują. Jadę wzdłuż kanałów, bo tu nikt nie będzie mnie szukać. Mam przewodnik po trasach rowerowych północnozachodniej Anglii, potrafię nazwać wszystkie rzeki i wsie, które minę, mogłabym jechać z zamkniętymi oczami. Telefon zostawiłam, więc nie będą mogli mnie namierzyć, kiedy już się zorientują, że nie ma mojego roweru; pewnie będą szukali na drogach, barany, a ja będę nad kanałami. Wszystko sprawdziłam w internecie i wyczyściłam historię przeglądania. Zanim się ogarną, będę w połowie drogi do Irlandii.

Na ścieżce jest ciemno, ale mam porządną latarkę po mamie. No i nie pada. Bezchmurna noc. Ćmy brzęczą wokół rowerowej lampki, ziemia jest sucha. Kiedy mijam linię drzew i wyjeżdżam z miasteczka, prawie wybucham śmiechem. Przyspieszam, a potem zwalniam, żeby przejechać pod mostkiem, księżyc jest ogromny. Naprawdę jasny, pięknie odbija się w wodzie. Chyba dlatego nie zauważam, że w krzakach ktoś siedzi, do momentu, kiedy staje tuż przede mną. Wjeżdżam w niego, wypadam ze ścieżki, on chwyta rower, a ja uczepiam się jego ramienia. Trzyma mnie za plecak, rower wisi nad kanałem.

– Proszę – mówi mężczyzna.

Puszczam go i wpadam do wody, cholera, jeszcze mnie zgwałci i zamorduje. Jest wysoki, brodaty i cuchnie, a ja walczę w wodzie z rowerem, który mnie przygniata, i ubraniami. Macham nogami, próbuję płynąć, kanał wcale nie jest głęboki, ale jestem przerażona.

– Mamy psa! – krzyczę, podciągam się w sitowie i uciekam. Buty mam przemoczone, dżinsy też, nie oglądam się za siebie aż do pól przy Cooper’s Ridge. Ścieżka jest prosta, nie ma gdzie się ukryć, nie mogę oddychać, gardło mnie boli, zaraz będę mieć atak. Ale nie słyszę mężczyzny, więc się zatrzymuję, pochylam do kolan i próbuję nasłuchiwać pomimo głośnego oddychania.

Był strasznie włochaty, pojęcia nie mam, dlaczego siedział w krzakach.

Jeśli chciał kogoś zamordować, to dlaczego na wsi? Kretyński pomysł, nie da się znaleźć nikogo do zamordowania na wsi w środku nocy.

Jestem przerażona, brak mi tchu, marznę, ale kiedy się oglądam, dostrzegam go w blasku księżyca w tym samym miejscu, w którym w niego wjechałam. Siada, a ja próbuję odliczać, żeby uspokoić oddech. Przychodzi mi na myśl, że może to nie jest morderca, że to ja zrobiłam mu krzywdę tym rowerem i skończę w więzieniu.

Jestem za młoda na więzienie.

Ale…

Zerwał ze mnie plecak.

Nie mam roweru.

Mój oddech zwalnia.

Nie jest idealnie.

Ale na pewno lepiej.

Nie wiem, co mam robić.

Stoję więc i patrzę, a mężczyzna się nie porusza, sięgam do nerki, wyciągam scyzoryk i żałuję, że nie wzięłam większego noża, tego z kuchni, ale, Boże, nie sądziłam, że się przyda. Rozkładam największe ostrze i powoli skradam się przez sitowie.

– Ej – mówię. – Ej, ty.

Mężczyzna kuca nad brzegiem kanału i mruży oczy, ma na sobie tylko koc. Chyba jest bezdomny, ale bezdomny też może być mordercą. Jedyne źródło światła to księżyc. Mężczyzna ma brodę, zmierzwione włosy i błyszczące oczy. Albo otworzył mój plecak, albo zamek sam się rozsunął, kiedy mnie złapał, i teraz wszystkie moje zapasy leżą na ziemi.

Chowa je do środka.

Boję się, ale jestem też coraz bardziej wściekła, bo to moje cholerne jedzenie, a on je ukradł. Dlaczego go dotyka i gdzie jest mój cholerny rower? No, w wodzie. Zaczynam krzyczeć: „Oddaj mi plecak!” i „Mam nóż!”, i „Dźgnę cię, do cholery, jeśli się ruszysz, choćby się ruszysz!”, a on wrzuca jedzenie do plecaka, chowa się w krzaki i kiwa głową. Raz po raz powtarza „przepraszam”, jego głos jest głęboki, brzmi obco, a ja sięgam po moje rzeczy. Przemykam obok nieznajomego, szaleńczo wymachując nożem, a kiedy staję od strony wioski, zaczynam rozumieć, że mężczyzna mnie nie złapie, jeśli wrócę do domu.

Wrócę, ale jestem cała mokra, i miałam plan. Teraz nie mam roweru i jestem przerażona, najpierw muszę coś powiedzieć. Odwracam się więc:

– Jak się nazywasz? Jak się, do cholery, nazywasz?

Kucający w błocie mężczyzna podnosi na mnie wzrok i odpowiada:

– Jezus.

– Jezus? Jezus, cholerny Jezus, jak ten Jezus Jezus?

Potakuje.

– No to, cholerny Jezusie, zniszczyłeś mój rower. Wisisz mi nowy, dupku.

A on na to:

– Przepraszam, przepraszam.

A mnie się przypomina, że mój nóż wcale nie jest jakiś szczególnie duży, przyciskam więc do siebie plecak i odchodzę, nie odwracam się za siebie i nie biegnę, ale kiedy staję na moście, zaczynam płakać, choć nikt za mną nie idzie. Tylko jedno mi pozostało: wrócić do domu i spróbować ponownie, ale bez roweru nie zdołam podróżować wzdłuż kanałów. Świat znów wymyka mi się spod kontroli, oddech się rwie. Próbuję go opanować i wracam do Glasson, trzęsę się z zimna, pokój wokół mnie wiruje, kiedy chowam mokre ubrania w torbie pod łóżkiem, zakładam piżamę, kładę się i całą wieczność czekam na sen.2

Budzi mnie Lily, która wygrzebuje skarpetki z dolnej szuflady i rozkłada je na łóżku. Bawi się w pakowanie. Jest wpół do siódmej, co oznacza, że dostała butelkę i jeszcze pospała, ale nie jadła śniadania. Tata hałasuje i przeklina w kuchni, więc to nie jest jego najgorszy dzień. Lily wręcza mi skarpetki w marchewki i mówi: „Tata”.

– Tata Orla.

– Tata.

Tata zrobi jej owsiankę, zwykle to ja sprowadzam Lily na dół, ale boli mnie jedna ręka i oba kolana. Odsuwam kołdrę i widzę zaschnięte błoto na obu nogach i całej pościeli, muszę coś z tym zrobić. Pozwalam więc Lily wybrać skarpetki i znoszę ją na dół, krzycząc:

– Tato, zajmij się Lily! Ja muszę wziąć prysznic!

Wracam na górę, zanim coś odpowie.

Jestem taka zmęczona.

Ubrania, które schowałam, są całe umazane czymś, co śmierdzi jak kacza kupa. Wystarczy, że tata je zobaczy, i od razu się dowie, że wpadłam do wody. Od śmierci mamy sama sobie piorę, więc mogę to ogarnąć, zanim zauważy.

Prawdziwy problem to będzie dojechać na prom bez przeklętego roweru.

Zaglądam do plecaka.

Bezdomny otworzył tylko jednego wrapa. A może opakowanie pękło podczas wypadku. Nie mogę mieć jednak pewności, że nie ruszał innych, a Hula Hoops mogą się popsuć, do dupy z tym wszystkim, muszę je wyrzucić. Mój przewodnik po ścieżkach rowerowych północnozachodniej Anglii jest całkiem suchy. Wyrzucam jedzenie do kosza w pokoju, a ubrania do kosza na pranie, na wypadek gdyby bezdomny ich też dotykał.

Kurwa.

Jedzenie mogę zgromadzić, ale zajmie to więcej czasu.

I nie mam roweru.

Tata wyłącza radio na dole, co oznacza, że karmi Lily, więc mam wolną drogę do pralki. Ściągam pościel i nastawiam program na sześćdziesiąt stopni, żeby sprać błoto. Wchodzę pod prysznic.

Nogę mam podrapaną, ale już zrobił się strupek, i cała jestem posiniaczona.

Woda jest taka przyjemna.

Muszę się wyszorować, żeby zmyć błoto. Po mamie zostały różne szczotki do mycia, więc na jedną z nich wylewam szampon i przyciskam ją do skóry. Boli, ale co mi tam.

Mogłabym iść do Liverpoolu, choć to mało wykonalne.

Mogłabym zwinąć rower spod szkoły, jednak wszystkie zawsze są przymocowane łańcuchami.

Taksówki to setki funtów i ogólnie głupi pomysł.

Pieniądze. Potrzebuję forsy.

A potem coś zaplanuję.

Z tą myślą myję zęby, a tata krzyczy pod drzwiami łazienki, że ta baba z opieki społecznej będzie się czepiać, jeśli znów się spóźnimy, więc wypadam z łazienki w ręczniku, ubieram się i szukam komórki, a tata już wciska klakson na zewnątrz. Biorę kosz z pokoju, wyrzucam zawartość do kontenera, upijam łyk soku jabłkowego z kartonu, chwytam plecak, jabłko i siadam na przednim siedzeniu.

– To jest twoje śniadanie?

– Tak.

Patrzy na mnie, a ja zastanawiam się, czy mam błoto na twarzy. Ale przecież sprawdzałam. Kiedy pije, bywa, że rano ledwo widzi na oczy, dzisiaj jednak kojarzy rzeczywistość. Gasi silnik, rzuca przekleństwo i wraca do domu. Zerkam w lusterko na tylne siedzenie i macham do Lily.

– Idę do szkoły, Lily.

– Skoły?

– Tak, idę do szkoły.

– Skoły.

Miałam nie wracać.

Tata otwiera drzwi od mojej strony, wciska mi kurtkę i batonik Belvita, ten z kawałkami czekolady. Nie potrzebuję kurtki, zaraz będzie lato, ale ciastko chętnie zjem, więc biorę wszystko. Kiedy ruszamy, raz po raz na mnie patrzy.

– Musisz jeść, skarbie.

Wzruszam ramionami i sięgam po telefon. Mam mnóstwo powiadomień na WhatsAppie, którego przez całą noc nie sprawdzałam.

– Naprawdę – mówi tata. – Jak nie będziesz jeść, wszyscy wpadniemy w kłopoty.

Nie odpowiadam. Prowadziliśmy już tę rozmowę. Ja wiem, i on też wie, że jeśli baba z opieki społecznej postanowi nas mu odebrać, to nie dlatego, że nie jem i że się spóźniam, ale dlatego, że jej zdaniem tata zaczął chlać po śmierci mamy. Ale i tak sądzę, że nikt mnie ani Lily nie zabierze. Jamie mówi, że rodzin się nie rozdziela. Oboje powiedzieliśmy swoje, więc tylko wzruszam ramionami i gapię się w telefon.

Mam wiadomości od Majelli i Sinead o grillu u Isabelli, a Suzie B, Michaela i chyba z pół klasy napisało coś o koncercie, na którym była Suzie B. Miała wypadek, kiedy wracała, i prawie zginęła. Wiecznie to samo, nudy.

Jamie nie napisał.

Pewnie jego mama mnie zablokowała.

Nie wiem, co tu robię, powinnam być w połowie drogi do Liverpoolu na tym durnym rowerze, mam ochotę krzyczeć, ale nie mogę niczego po sobie pokazać, bo gra się skończy, zanim się zaczęła, więc oglądam się na Lily.

Dla niej istnieje tylko George Świnka.

Będę za nią tęsknić, jak już wyjadę.

Trochę to potrwa, ale nie zostanę tutaj.

Pod szkołą rodzice walczą o miejsca parkingowe, nawet nie jesteśmy ostatni. Wysiadam z samochodu, a tata mówi:

– Orla.

– Co?

Jego oczy wyglądają o wiele starzej, niż kiedy byłam mała.

– Kocham cię, myszko. Uważaj na siebie.

Wyskakuję na deszcz, trzaskam drzwiami i biegnę do szkoły.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij