Fałszywa gra - ebook
Miłość i zdrada w cieniu zbliżającej się wojny…
Rok 1938. Europa stoi na krawędzi wojny. Carl von Wedel, pomorski arystokrata, zostaje zwerbowany przez polski wywiad i rozpoczyna ryzykowną grę o najwyższą stawkę. Dzięki berlińskim koneksjom trafia do samego serca Abwehry, gdzie bierze udział w tajnej operacji przeciwko ZSRR, starając się przy tym pozyskiwać cenne informacje dla obronności Polski. Równocześnie przeżywa miłość do żony polskiego oficera. Przekazywane przez von Wedela polskiej Dwójce informacje o przyśpieszeniu prac nad planami agresji Niemiec na Polskę oraz o zbliżeniu między III Rzeszą a Sowietami podawane są w kraju w wątpliwość i nawet gdy dzięki wysiłkom Carla w ręce rezydenta polskiego wywiadu w Berlinie trafia kopia paktu Ribbentrop-Mołotow, polskie władze wciąż nie chcą wierzyć w skalę nadchodzącego zagrożenia.
Po wybuchu wojny Niemcy odnajdują archiwa z aktami agentów polskiego wywiadu. Czy to koniec berlińskiej siatki i samego von Wedela?
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8382-740-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W styczniu 1933 roku przywódca Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników Adolf Hitler został kanclerzem Rzeszy. W marcu 1935 r. wprowadził w Niemczech powszechny obowiązek służby wojskowej. W maju tego samego roku została przyjęta nowa ustawa wojskowa, podporządkowująca kanclerzowi wszystkie sprawy dotyczące problematyki militarnej. Reaktywowano Sztab Generalny Wojsk Lądowych, a liczebność sił zbrojnych zwiększono do 36 dywizji piechoty. W połowie 1935 r. Sztab Generalny podjął prace nad ofensywnymi planami wojny. Na przełomie 1937/1938 r. na rozkaz Hitlera przygotowania do planowanego konfliktu zbrojnego zostały zintensyfikowane. W końcu 1938 r. Wehrmacht liczył około 1,2 mln żołnierzy.
12 marca 1938 roku Wehrmacht wkroczył do Austrii…¹LISTOPAD 1938 ROKU
Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum
Jan Żychoń zapalił kolejnego papierosa. W ciągu ostatniej godziny był to już chyba piąty, a wypełniona petami popielniczka świadczyła o tym, że mężczyzna od dłuższego czasu szuka w tytoniu ukojenia dla swoich pobudzonych nerwów. Paląc, chodził po mieszkaniu, a co jakiś czas zatrzymywał się przy jednym z okien wychodzących na Rue René Blum i fragment Parku Clichy. Spokojny rejon, w którym znajdowało się jego wynajęte mieszkanie, oznaczał umiarkowany ruch pieszych i samochodów o każdej porze. Żychoń był przekonany, że od razu dostrzeże osobę, na którą czekał, o ile oczywiście ona się pojawi. W próżnym dotąd oczekiwaniu patrzył na smutne, pozbawione liści drzewa i krzewy, a ich widok jeszcze bardziej go przygnębiał.
Cofnął się myślami o kilka godzin, gdy spotkali się w bistro Chez Bertrand. Swojego rozmówcę wcześniej poinformował, że wybiera się do Paryża i chciałby się z nim zobaczyć, oraz podał detale spotkania. Przywitali się serdecznie, jak dobrzy znajomi, którzy nie widzieli się dłuższy czas. Jan zamówił tradycyjnie koniak. Przez kilkanaście minut wymieniali się aktualnościami. Potem Żychoń nieoczekiwanie powiedział rozmówcy, kim naprawdę jest. Teraz nadal zastanawiał się, czy poinformowanie go o tym, że jest oficerem polskiego wywiadu wojskowego, było dobrym posunięciem. Czy gdyby wspomniał o swoim zajęciu przy drugim albo trzecim spotkaniu, byłoby to lepsze rozwiązanie? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie, a reakcja rozmówcy była dosyć znacząca. Popatrzył na Żychonia zaskoczony, odstawił trzymany w dłoni kieliszek koniaku i powiedział:
– Nie spodziewałem się tego po tobie. Wybacz, muszę odetchnąć.
Wstał i szybko wyszedł z lokalu. Jeszcze przez chwilę Jan widział jego wysoką sylwetkę znikającą pomiędzy przechodzącymi ulicą Paryżanami. Poczuł zawód i wstyd, że popełnił błąd. A jeśli tamten już nie wróci i zerwie z nim wszystkie kontakty? Pracował nad Niemcem od późnej jesieni ubiegłego roku. Żychoń, a było to jego legalizacyjne nazwisko, służył w Katowicach, w Ekspozyturze numer 4 Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego, która zajmowała się wywiadem ofensywnym przeciwko Niemcom i Czechosłowacji. Działał także w Krakowie, szukając wśród zagranicznych i polskich studentów osób przydatnych do wykorzystania jako agenci lub współpracownicy. Po długiej analizie nowych słuchaczy Uniwersytetu Jagiellońskiego wytypował właśnie Carla von Wedela. W pierwszym odruchu jednak odrzucił go jako kandydata do opracowania na przyszłego agenta wywiadu. No bo czy mógł spodziewać się pozytywnej reakcji po Niemcu z bogatej pomorskiej szlachty, którego rodzina miała rozległe majątki między innymi w Korytowie, Tucznie, Wałczu i Drawnie? Nie wykluczał też, że von Wedel sam może realizować misję wywiadowczą w Polsce, a jeśli nawet nie, to zapewne przyjechał wyszaleć się za pieniądze rodziców. Ku zaskoczeniu Żychonia Carl od początku okazywał zdecydowanie propolskie sympatie i odżegnywał się od poparcia ruchu narodowosocjalistycznego. Początkowo Jan podejrzewał, że demonstrowanie takich poglądów to tylko gra i może stanowić prowokację. Tak samo uważali jego przełożeni, gdy po kilkutygodniowej znajomości przedstawił charakterystykę figuranta. Ostatecznie jednak postanowił nie rezygnować i kontynuował znajomość, która z czasem przekształciła się w przyjaźń. W międzyczasie nabrał pewności, że von Wedel jest faktycznie antyfaszystą, a takie poglądy przejął po ojcu. Henryk von Wedel nie tylko był wrogo nastawiony do Hitlera i jego partii, ale też przejawiał dziwny sentyment do Polski i Polaków, z którymi stykał się na co dzień, gdyż pracowali w jego majątkach lub zamieszkiwali w okolicy.
Jan spotykał się z Carlem von Wedelem aż do lata 1938 roku. Już późną wiosną przedstawił raport z wnioskiem o zgodę na werbunek Niemca. Był przekonany, że odniesie sukces i pozyska dobrego kandydata. Jednak major Kazimierz Szpądrowski, szef ekspozytury w Katowicach, nie wyraził zgody. Formalnie krytycznie ocenił ustalenia Żychonia oraz perspektywę werbunku agenta. Jan podejrzewał, że za decyzją przełożonego stała niechęć do młodego oficera i sukcesu, jakim byłby werbunek perspektywicznego agenta. W ekspozyturze w Katowicach wszyscy wiedzieli, że słabą stroną Szpądrowskiego były działania operacyjne, takie jak pozyskiwanie współpracowników. Jako oficer artylerii dobrze czuł się w rozpoznawaniu niemieckich akcji ekonomicznych na Śląsku i przemysłu ciężkiego. Ostatecznie wobec von Wedela nie podjęto żadnych działań i latem Carl wyjechał na dalsze studia do Paryża. Wcześniej jego znajomość z Janem przybrała tak serdeczną formę, że z inicjatywy Niemca mieli utrzymywać dalszy kontakt korespondencyjnie. Okazało się to bardzo użyteczne, gdy w październiku ojciec von Wedela został śmiertelnie postrzelony na polowaniu przez nienawidzącego go, lokalnego lidera NSDAP. O szczegółach tragedii Carl dowiedział się z listu wujka Fryderyka, który to list dotarł do Paryża zbyt późno, aby von Wedel zdążył na pogrzeb. Ta tragedia spowodowała u Carla zmianę dotychczasowej niechęci w głęboką nienawiść do faszystów. Nie krył tego w korespondencji z Janem i zapowiadał zemstę na sprawcy zabójstwa oraz ruchu faszystowskim. Żychoń postanowił to wykorzystać i tym razem otrzymał zgodę na werbunek. Dlatego wczoraj przyjechał do Paryża. A teraz obawiał się, że przy pierwszym kontakcie z Carlem w Chez Bertrand spieprzył całą sprawę. Przez moment wyobraził sobie konsekwencje w postaci wykpienia go przez majora Szpądrowskiego i wstydu przed centralą, bo na działanie we Francji konieczna była formalna zgoda samego szefa Oddziału II, pułkownika Tadeusza Pełczyńskiego.
Zgasił ledwie tlącego się papierosa i podszedł do okna. Sylwetki Niemca nadal nie zobaczył. Teraz dodatkowo opanowały go wątpliwości, czy von Wedel będzie go tutaj szukał. Kiedy spotkali się w bistro, na wstępie wymienili się paryskimi adresami. A może Carl wrócił do Chez Bertrand albo czeka w swoim mieszkaniu? Postanowił, że jeśli Carl nie przyjdzie, to za dwie, trzy godziny wybierze się do miejsca zamieszkania Niemca.
Moskwa, posiedzenie Głównej Rady Wojennej Armii Czerwonej
Zebrani w sali obrad marszałkowie i generałowie oklaskami i powstaniem z miejsc przywitali wchodzącego na podium sekretarza generalnego Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) Józefa Stalina. Wystąpień przywódcy słuchano zawsze z uwagą, gdyż w ich trakcie często pojawiały się wątki mające wcześniej lub później poważny wpływ nie tylko na losy kraju, ale przede wszystkim na sytuację członków aparatu państwowego. Główna Rada Wojenna Armii Czerwonej kontynuowała tradycje kolektywnego dowodzenia datujące się od czasu wojny domowej w Rosji. System rad wojennych został rozwiązany w 1934 roku, a powrócono do niego w 1937 roku w okresie Wielkiego Terroru. Dzisiejsze posiedzenie było szczególnie ważne, gdyż w skład Armii Czerwonej wchodziły wszystkie siły zbrojne kraju, łącznie z oddziałami NKWD.
Stalin w długim wywodzie przedstawił ogólną ocenę sytuacji w kraju i zagrożeń zewnętrznych. Potem nieoczekiwanie zwrócił się do zebranych z ważnymi oskarżeniami:
– Pokonaliśmy burżuazję na wszystkich frontach. Tylko na odcinku wywiadu pobili nas jak małych chłopców. To nasza główna słabość. Wywiad wojskowy został skażony przez szpiegów. Jego szefowie pracowali dla Niemiec, dla Japonii, dla Polski, dla każdego z wyjątkiem nas. Naszym zadaniem jest odbudowanie służb wywiadowczych. Są one naszymi oczami i uszami…
Dla nikogo z zebranych słowa Stalina nie były zaskoczeniem. Trwający od 1937 roku kolejny etap czystki wśród starych bolszewików, zmierzający również do usuwania wszystkich osób podejrzanych lub niepewnych, już doprowadził do śmierci setek tysięcy ludzi określanych mianem elementów antysowieckich. Dlatego wskazanie aktualnie na funkcjonariuszy wywiadu powszechnie uznano po prostu za kolejną fazę oczyszczania ludowego państwa. Czystki trwały już tak długo, że przestały wywoływać powszechne przerażenie; budziły jedynie ulgę u tych, których tym razem nie objęły.
Paryż, park Clichy
Wysoki, przystojny, dwudziestotrzyletni blondyn w kosztownym płaszczu szedł parkową alejką. Jego strój raczej nie kojarzył się ze studentem uniwersytetu; przywodził na myśl majętnego człowieka interesu lub kogoś z wyższych sfer. Pomimo że był już listopad, dobra pogoda, a szczególnie delikatne słońce zachęcały do przebywania na powietrzu. Lekki wiatr rozwiewający bujne włosy mężczyzny był zdecydowanie przyjemny. Von Wedel myślał jednak nie o jesiennej paryskiej pogodzie, ale o spotkaniu z polskim przyjacielem. Bo przecież za takiego uważał Jana. Wczorajszy telefon od Żychonia z informacją, że jest w Paryżu, był miłą niespodzianką. Tych kilka wspólnych miesięcy w Krakowie okazało się ważne dla Carla, nienależącego do osób, które łatwo się zaprzyjaźniają – szczerze polubił Polaka. Także późniejszy korespondencyjny kontakt, po wyjeździe z Krakowa, okazał się trwały i istotny. Szczególnie po śmierci ojca. To wspomnienie wywołało u Carla ciężkie, pełne smutku westchnienie. W sumie czuł się jak podróżny na rozdrożu, który nie wie, jaką drogę wybrać. Z jednej strony odczuwał takie napięcie i chęć zemsty, że był bliski powrotu do Korytowa, szczególnie że studia nagle przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. W Paryżu od dawna czuł się samotny, bo znajomości nawiązane na uniwersytecie były nijakie, nawet gdy miało się dwadzieścia kilka lat i tak naprawdę chciałoby się tylko z kimś pogadać, wypić piwo czy pójść na mecz. W tym okresie wymienił z Janem kilka listów i zatęsknił za wcześniejszymi ciekawymi rozmowami w Krakowie. Dlatego dzisiejsze spotkanie w Chez Bertrand miało pozwolić mu poczuć się tak jak w Polsce. Wymienili się nowościami, po czym nagle Żychoń spoważniał i powiedział, że chciałby być z nim do końca szczery. Zdziwiło go takie sformułowanie, logicznie zapowiadające ważną wiadomość, ale to, co usłyszał, było jak wybuch bomby na środku bistro. Jan Żychoń poinformował go, że jest oficerem polskiego wywiadu i chce z nim porozmawiać jako oficer. Carl natychmiast poczuł, że te słowa przyjaciela oznaczają zmianę w ich relacji, i to właśnie wtedy, gdy on miał nadzieję na spędzenie czasu w sposób, który dobrze znał. To wszystko spowodowało, że musiał wyjść. Nie chciał odruchowo powiedzieć czegoś, co zniszczy ich znajomość. W pierwszej chwili pomyślał jednak, że przecież pozostaje Niemcem, nawet jeśli jest wrogo nastawiony do polityki własnego państwa, a Polak to szpieg z obcego kraju.
Dopiero kiedy odbył długi spacer paryskimi ulicami, uspokoił się. A nawet więcej. Gdy dowiedział się, czym zajmuje się Jan, zaciekawiło go to, może nawet mu zaimponowało. Żychoń wykonywał niebezpieczną robotę dla swojego kraju, a jednym z głównych jego zadań była zapewne walka z faszystowskimi Niemcami. Miał poważny cel i takież obowiązki, łączące się prawdopodobnie z niemałymi emocjami i satysfakcją z osiąganych sukcesów. Von Wedel pomyślał, że w sumie zazdrości znajomemu. On sam właściwie niczym ważnym się w życiu nie zajmował. Korzystając z zasobów rodzinnych, wynajdywał sobie zajęcia, takie jak studia w Berlinie, Krakowie czy Paryżu, a po krótkim czasie tracił nimi zainteresowanie i szukał czegoś nowego. Ocenił, że więcej sensu było w jego życiu na Pomorzu, gdy w domu poznawał tajniki gospodarowania, uczył się języków obcych, trenował różne dziedziny sportu i… uwodził dziewczyny w okolicy. No, bez przesady. Zdarzyło mu się kilka flirtów typowych dla nastolatków i jedno poważniejsze uczucie, którego obiektem była Marlena von Berg. „Czy to, co powiedział Jan, faktycznie coś zmieniało w naszych relacjach?”, pomyślał, porzucając wspomnienia. Uznał, że tak – nadawało im większą wartość. Co w takim razie powinien teraz zrobić? Po pierwsze, musiał spotkać się ponownie z Żychoniem, tego był pewien. Po drugie, powinien się dowiedzieć, dlaczego Polak nagle postanowił ujawnić przed nim, kim naprawdę jest. Miał wyobraźnię, więc od razu przyszło mu do głowy, że znajomy będzie chciał coś mu zaproponować. Może tego właśnie się przestraszył? Czy to miała być oferta współpracy z polską służbą? Chyba nie, przecież Carl jest zaledwie studentem i dopiero szuka swojego miejsca w życiu, więc dla wywiadu, polskiego czy jakiegokolwiek innego, nie wydaje się atrakcyjnym kandydatem na agenta. A może tylko jemu, Carlowi, tak się wydaje? Musiał przekonać się, o co w tym wszystkim chodzi.
Z tym postanowieniem skręcił w alejkę prowadzącą do wyjścia z parku. Zakładał, że Żychoń już nie czeka na niego w bistro. A ponieważ wcześniej podał mu adres mieszkania, w którym się zatrzymał, Carlowi nie pozostało nic innego, jak ruszyć w tamtym kierunku. W sumie krążąc po Parku Clichy, od początku wiedział, że Rue René Blum znajduje się w pobliżu. Nawet nie musiał wyciągać kartki, którą dał mu Jan – doskonale pamiętał jego adres.
Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum
Von Wedel, dochodząc do właściwego budynku, ostrożnie rozglądał się dookoła. Przyszło mu do głowy, że skoro spotyka się z przedstawicielem wywiadu, to powinien zachować czujność, choć jednocześnie nie potrafił określić, czego miałby się obawiać. No ale wywiad to tajemnice, zdrady i zasadzki – przynajmniej tak sobie wyobrażał. Ponieważ na ulicy nic nie wzbudziło jego podejrzeń, uniósł głowę i przebiegł wzrokiem po oknach trzypiętrowej kamienicy. W jednym z nich dostrzegł zarys męskiej głowy i niemal od razu zorientował się, że należy ona do znajomego Polaka. Brama była uchylona, a krzesło konsjerża puste. Zadowolony, że dyskretnie wejdzie do budynku, minął bramę. Zaczęły go bawić własne myśli, dotyczące zachowania konspiracji w kontakcie z Janem. „Jeszcze godzinę wcześniej do głowy by mi nie przyszło, żeby tak myśleć o spotkaniu z nim”, stwierdził. Po lewej stronie zobaczył drzwi do klatki schodowej. W budynku była winda, ale Carl na drugie piętro dotarł schodami. Drzwi z numerem osiem były zaraz za załomem korytarza. Stanął obok i chwilę nadsłuchiwał. We wnętrzu mieszkania panowała cisza, podobnie w sąsiednich lokalach. Uznał, że zachował się czujnie, nawet jeśli cała sytuacja trochę go śmieszyła, i zapukał do drzwi. Otworzyły się natychmiast, jakby Żychoń stał za nimi i czekał na niego. Uznał, że mogło tak być, jeśli Jan przez okno obserwował ulicę.
– Cieszę się, że przyszedłeś – powiedział Polak, wpuszczając gościa do środka.
– Pospacerowałem, przemyślałem twoje słowa i jestem – Carl ruszył przez niewielki przedpokój do wskazanego przez Jana pokoju, położonego na wprost drzwi wejściowych. Kątem oka dostrzegł, że Żychoń zamyka drzwi do przedpokoju.
– Koniak? – zapytał Jan, unosząc kształtną butelkę stojącą na komodzie.
– Proszę – mimo wszystko von Wedel czuł lekkie napięcie po wejściu do mieszkania przyjaciela.
Zajęli miejsca w fotelach ustawionych przy niewielkim stoliku. Mieszkanie było urządzone w mieszczańskim stylu. W salonie dominowały ciemne, ciężkie meble. Choć uwagę zwracał przede wszystkim ozdobny potężny kominek z zegarem stojącym na kamiennej półce.
– Za spotkanie – zaproponował Polak, unosząc kieliszek.
– Za spotkanie – powtórzył von Wedel. – I naprawdę cieszę się, że przyjechałeś.
– Domyślasz się, że to spotkanie nie jest wyłącznie towarzyskie? – zapytał Jan, uważnie obserwując twarz Carla.
– Po tym, co powiedziałeś w Chez Bertrand, nietrudno było domyślić się drugiego dna twojej nieoczekiwanej wizyty w Paryżu – odpowiedział von Wedel. Jednocześnie w duchu ucieszył się, że Żychoń mówi otwarcie o swoich zamiarach, a nie próbuje kluczyć. – Przyznaję, że w pierwszej chwili zareagowałem nerwowo na wiadomość, że jesteś szpiegiem. Chyba trochę się przestraszyłem, że nasza znajomość zmieni swój przyjacielski charakter. Choć tak naprawdę to nie wiem, czy oficer wywiadu może utrzymywać otwarte znajomości z obywatelami innych państw. W trakcie spaceru przyszła mi do głowy inna myśl. Poczułem, że tak naprawdę mocno mnie zaciekawiłeś swoją pracą… czy służbą, bo nie wiem jak poprawnie nazywać to, co robisz. Dla mnie zabrzmiało to bardzo tajemniczo.
– Cieszę się, Carl, że nie wystraszyłem cię ujawnieniem mojego związku z polskim wywiadem. Obawiałem się, że możesz poczuć się… – Polak szukał przez moment właściwego określenia – niekomfortowo i nie zechcesz dalej ze mną rozmawiać. Ale na szczęście okazało się, że zareagowałeś pozytywnie.
– Przyjacielu, znamy się już dłuższy czas i myślę, że możemy sobie ufać – powiedział von Wedel, uśmiechając się lekko. – Trochę wódki razem wypiliśmy i pewnie po alkoholu nie raz gadałem od rzeczy – zaśmiał się swobodnie. – Ale mówiąc poważnie, obcy wywiad, i wywiad w ogóle, wiąże się z czymś groźnym, złowrogim, ale także z podniecającą tajemniczością. Zrobiły też na mnie wrażenie twoja odwaga i zaangażowanie się w ważny cel. Dlatego postanowiłem, że musimy szczerze porozmawiać.
– Pozwól, że zacznę od istotnych kwestii dotyczących aktualnej sytuacji. – Jan wypił łyk koniaku i pochylił się w stronę rozmówcy. – Żyjemy w trudnych czasach, a z całą pewnością nadchodzą jeszcze gorsze. Jak wiesz, w marcu Wehrmacht wkroczył do Austrii, a we wrześniu Zachód sprzedał niepodległość Czechosłowacji, czyli poprzez układ monachijski przyznał Niemcom Kraj Sudetów. Zapewne za kilka miesięcy III Rzesza posunie się jeszcze dalej i zajmie całe Czechy, a może i Słowację, okupowaną od listopada przez Węgrów. Wehrmacht zbliża się do mojej ojczyzny, a realność agresji bardzo wzrosła. Na wschodzie sąsiadujemy z ZSRR i prawdę mówiąc, nie wiemy, czego możemy spodziewać się po polityce Stalina. Zapewne niczego dobrego.
Carl pokiwał głową z poważną miną na znak, że zgadza się z wypowiedziami Polaka. Czekał, co będzie dalej.
– W naszych rozmowach nie kryłeś swoich jednoznacznie antyfaszystowskich poglądów, wspominałeś o negatywnym stosunku twojego ojca do polityki Hitlera i NSDAP, także do rozbudowy sił zbrojnych. Już kilka razy mówiliśmy o bardzo prawdopodobnych konsekwencjach takich działań dla pokoju w Europie…
– Zapewne nie tylko na Starym Kontynencie… – wtrącił odruchowo von Wedel.
– Oczywiście, apetyty tej bandy są zapewne nieograniczone, a na świecie znaleźli już innych przywódców podobnie myślących – kontynuował Żychoń. – Podsumowując, widzę poważne zagrożenie dla mojej ojczyzny, dla bezpieczeństwa innych państw w Europie i dla demokratycznego porządku. Ci ludzie wraz z ich chorą doktryną stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo dla nas wszystkich i dla naszej wolności.
– Janie, całkowicie podzielam te poglądy – zadeklarował Carl. – Jestem Niemcem, ale nie akceptuję tego, co dzieje się w mojej ojczyźnie. Jestem przekonany, że władza w rękach Hitlera i jego akolitów to zło i groźba dla wszystkich zwolenników demokracji. Czyli dla znacznej części moich rodaków. Faktycznie tylko część z nich głosowała na NSDAP i nie wszyscy popierają faszyzm. A za tragedią rozgrywającą się w Niemczech, dotykającą przeciwników Hitlera, tak jak powiedziałeś, idzie perspektywa wojny przeciwko innym wolnym krajom. Zobacz, jaki to paradoks: narodowi socjaliści zdobyli władzę dzięki demokracji i mając ją w rękach, chcą zniszczyć ten typ ustroju państwa. Koszmar!
– Wiem, że jesteśmy zgodni w naszych ocenach sytuacji – powiedział Polak. – Pisałeś w listach do mnie o chęci zemszczenia się na faszystach za śmierć twojego ojca, ale także za ich zamiar zniszczenia wolności w twojej ojczyźnie i w Europie – patrzył na rozmówcę, jakby upewniając się co do jego reakcji. Zobaczył, że von Wedel skinął głową. – W związku z całą tą sytuacją chciałbym cię zapytać, czy zgodzisz się na współpracę z polskim wywiadem?
W pokoju zapadła cisza. Carl von Wedel poczuł, jak raptownie przyspieszyło mu tętno. Właściwie idąc na Rue René Blum, spodziewał się tej propozycji, ale kiedy padła ona z ust Żychonia, stanął przed realnym wyborem. Rozumiał powagę sytuacji, to już nie była swobodna rozmowa znajomych przy lampce koniaku. Wyrażając zgodę, zdradzi swój kraj i narazi się na dotkliwą karę w razie wpadki. Może zapłacić życiem za to, że teraz zaakceptuje ofertę Polaka. Jednocześnie był przekonany, że jego pozytywna decyzja nie krzywdzi Niemiec i Niemców, a jest skierowana wyłącznie przeciwko władzy nazistów i ma pozwolić na pokonanie tego wcielonego zła. Jeżeli przyczyni się do przywrócenia wolności i demokracji, a także pokoju, to ze wszech miar warto zaryzykować. Przez chwilę pomyślał o ojcu i jego ewentualnej reakcji. Natychmiast odrzucił to skojarzenie, nie chcąc szukać uzasadnienia swojej decyzji w poglądach nieżyjącego taty. Już wiedział, co powinien zrobić.
– Janie, z pełną świadomością możliwych konsekwencji, tych negatywnych, ale przede wszystkim pozytywnych, zgadzam się – powiedział. – Tak jak wspomniałeś, mój ojciec uczył mnie zasad życiowych, w tym czynienia dobra i walki ze złem. Został zabity przez jednego z faszystów. Liczę na to, że współpracując z wami, będę mógł pomścić także jego śmierć.
Moskwa, siedziba NKWD, Łubianka
Ławrientij Beria, ludowy komisarz spraw wewnętrznych, był zadowolony po pierwszym dniu wykonywania swoich nowych obowiązków. Czuł rozpierającą go satysfakcję po tym, jak dzień wcześniej sekretarz generalny Komitetu Centralnego Józef Stalin zdymisjonował dotychczasowego przełożonego Berii Nikołaja Jeżowa. Beria nienawidził „Krwawego Karła”, który ten przydomek zyskał ze względu na wzrost około stu pięćdziesięciu centymetrów i swoje okrucieństwo. Beria zazdrościł mu tego, że przez ponad dwa lata kierował aparatem bezpieczeństwa i był mieczem Stalina realizującym czystki w kraju. Jako podwładny Jeżowa cały czas się bał, że pewnego dnia on też zostanie rozstrzelany za wymyślone winy. Ale dzisiaj to on mógł podejmować takie decyzje.
Od rana ustalał z zaufanymi funkcjonariuszami, jak rozprawić się z bliskimi współpracownikami Jeżowa. Ostatecznie zostali w trybie pilnym wysłani w teren. Nie wiedzieli, że na pierwszej stacji za Moskwą zostaną wyciągnięci z pociągów i zawiezieni do więzień NKWD, a wkrótce potem straceni. Beria wydał także rozkazy ograniczenia aresztowań i wysyłania na Sybir pracowników administracji państwowej, żołnierzy i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa. Nie wyjaśnił podwładnym, że tak miało być tylko przez pewien czas, aby uspokoić atmosferę wśród towarzyszy. W końcu odesłał oficerów do realizacji ustalonych zadań, a w gabinecie został tylko pułkownik Mikołaj Kuzniecow. Ich znajomość zaczęła się jeszcze w latach dwudziestych, w Czeka, i ciągnęła się przez lata.
– Mikołaju, zrobiliśmy dzisiaj dużo – Beria sięgnął po kolejną szklankę z gorącą herbatą, którą pijał litrami. Kuzniecow także trzymał naczynie z napojem. – Ale to dopiero początek. W najbliższym czasie zajmiemy się zreorganizowaniem obozów pracy. Wcześniej chciałbym, żebyś przygotował selekcję funkcjonariuszy wszystkich departamentów Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego. Szczególnie wnikliwie przyjrzyj się 7 Departamentowi, czyli wywiadowi zagranicznemu. I żeby nie było tak jak ostatnio, kiedy wielu zdrajców pozostało za granicą. Rozumiesz?
– Oczywiście, towarzyszu komisarzu.
– Masz obserwować moich podwładnych i wyłapywać zarówno wyróżniających się funkcjonariuszy, jak i, przede wszystkim, podejrzanych o trzymanie z naszymi wrogami. Cenię sobie twoje wyczucie i jak zawsze chętnie przyjmę sugestie.
– Wypełnię wasze rozkazy.
– I jeszcze jedno. To tajne zadanie. Nawiąż kontakt z Gestapo i zaproponuj im współpracę.
– Towarzyszu, taki kontakt jest ryzykowny – zasugerował Kuzniecow. – Towarzyszom w Komitecie może się nie spodobać. A Niemcy będą próbowali nas rozpracowywać.
– Spokojnie – Beria uśmiechnął się z wyższością. – Może pomogą nam wykryć naszych wrogów. Współpraca z niemieckimi służbami przyniesie rezultaty, gdy wkroczymy do Polski, wcześniej zaś możemy im zaproponować wydanie zbiegłych z Niemiec komunistów i Żydów. Będą zadowoleni. A teraz ustal mi, jakiego najlepszego agenta mamy w Berlinie.
Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum
Następne listopadowe tygodnie Carl zapamiętał jako okres ciężkiej, choć jednocześnie bardzo ciekawej pracy. Praktycznie od rana do wieczora przechodził szkolenie wywiadowcze. Do Żychonia dołączyło dwóch kolejnych oficerów Oddziału II, prowadzących na zmianę zajęcia z nowym agentem. Uczył się metod pracy operacyjnej, sposobów uzyskiwania informacji i prowadzenia rozmów wywiadowczych, przygotowywania informacji i posługiwania się sprzętem używanym przez szpiegów. Konieczne wyposażenie zostało w tajemnicy przewiezione z polskiej ambasady. Odbył instruktaż w obsłudze radiostacji i przesyłaniu meldunków. Często również wychodzili na ulice Paryża w ramach zajęć dotyczących prowadzenia kontroli, wykrywania obserwacji i wychodzenia spod obserwacji. Te praktyczne ćwiczenia pasjonowały von Wedela. Stopniowo osiągnął odpowiednie umiejętności.
Za bardzo ważne uznawał rozmowy z Janem, pozwalające na poznawanie praktyki pracy agenta wywiadu.
– Pamiętaj, Carl – wbijał mu do głowy Żychoń – nigdy nie lekceważ konieczności obserwowania otoczenia. Bez względu na okoliczności trzymaj się tego. Możesz setki razy nic ani nikogo nie wykryć, ale pewnego dnia dostrzeżesz coś, co uratuje ci życie, a może nie tylko tobie. Wszystko, co nie będzie naturalne i typowe, powinno zwrócić twoją uwagę. Myśl z szacunkiem o swoich potencjalnych przeciwnikach, czyli o kontrwywiadzie czy innych wywiadach. Tam pracują fachowcy, często z dużym doświadczeniem, dla których będziesz wrogiem. Przyjmij, że ostatecznie twoje bezpieczeństwo i uniknięcie dekonspiracji jest najważniejsze. Ważniejsze od dążenia za wszelką cenę do wykonania zadania. Zazwyczaj można podjąć kolejną próbę działania, ale jeśli wpadniesz, to będzie koniec i tego nie da się już naprawić. Dla nas twój los i bezpieczeństwo będzie zawsze priorytetem.
– Rozumiem i będę o tym pamiętał – obiecał von Wedel.
Uzgodnili, że w pracy wywiadowczej Carl będzie posługiwał się pseudonimem „Amber”.
Paryż, okolica mieszkania von Wedela
Carl wracał do swojego mieszkania. Dzisiaj przez kilka godzin ćwiczyli pracę z obserwacją. Von Wedel w ciągu paru poprzednich dni budował trasę sprawdzeniową, której przejście miało zakończyć się pozorowanym spotkaniem z agentem, a tę rolę odgrywał Jan Żychoń. Przez pierwsze pół godziny wędrówki ulicami stolicy Francji Carl nie dostrzegł nikogo, kto by go śledził. Faktem było, że poszedł na łatwiznę, spodziewając się, iż obserwatorem może być któryś ze znanych mu już oficerów Oddziału II. Schodząc do metra, zrugał się w myślach za lekceważenie ćwiczenia. Pomyślał, że kiedyś – tak jak powiedział Jan – od umiejętności wykrywania śledzących go wrogów może zależeć jego życie, a może także bezpieczeństwo siatki. W tym momencie skoncentrował się i zaczął improwizować. Znalazł budkę telefoniczną i udawał, że do kogoś dzwoni. Tocząc pozorowaną rozmowę, wykonywał ruchy pozwalające kontrolować otoczenie. Po odwieszeniu słuchawki, zamiast na peron metra, poszedł do toalety. Poczekał w kabinie ponad dziesięć minut, co zdawało się gwarantować, że osoby, które widział wcześniej, z pewnością już odjechały. Wychodząc z WC, ostrożnie rozejrzał się po korytarzu. Wśród przechodniów zauważył mężczyznę, który stał w pobliżu schodów na perony, zwrócony w kierunku toalet, i nagle się odwrócił. Von Wedel spokojnie zszedł na peron i wsiadł do kolejki. W wagonie siedział bez ruchu, a po wyjściu na właściwej stacji podszedł do kiosku i kupił gazetę. Płacąc, dostrzegł, że mężczyzna, na którego wcześniej zwrócił uwagę, idzie powoli w stronę kiosku. Carl wyszedł na ulicę i szybkim krokiem pokonał kolejne skrzyżowania, dwa razy zmieniając kierunek. Kiedy dotarł do niewielkiego skweru, usiadł na ławce i rozłożył gazetę. Przeglądając ją, mógł ostrożnie sprawdzić okolicę. Zauważył, że podejrzany mężczyzna stoi przy narożniku pobliskiego budynku. Miał pewność, że wykrył obserwację. Ponieważ założeniem ćwiczenia było dotarcie przez von Wedela na miejsce spotkania także w wypadku ustalenia obserwacji, skończył czytać i poszedł do restauracji. Od razu poinformował Żychonia o tym, co dostrzegł, szczegółowo opisując mężczyznę. Polak wysłuchał go, po czym zaczął się śmiać.
– Dlaczego się śmiejesz? – Carl poczuł się nieco urażony reakcją Jana. – Zrobiłem czy może powiedziałem coś głupiego?
– Spokojnie, Carl – rozmówca szybko spoważniał. – Śmieję się, ponieważ właśnie wygrałem zakład.
Von Wedel popatrzył na Żychonia, nic nie rozumiejąc.
– Jaki zakład? O co chodzi?
– Przyjacielu, właśnie wykryłeś obserwację – oznajmił Jan. – Szedł za tobą attaché wojskowy naszej ambasady, bardzo doświadczony oficer służby wywiadowczej. Założył się ze mną, że nie uda ci się go rozpracować. Ja oczywiście postawiłem kasę na „Ambera” i wygrałem! Moje gratulacje, zdałeś dzisiaj ważny egzamin.GRUDZIEŃ 1938 ROKU
Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum
Wobec zbliżającego się końca semestru na uniwersytecie ważna stała się kwestia terminu powrotu von Wedela do Berlina.
– Czy jest coś, co mogłoby wpłynąć na twoją decyzję o dalszym pozostawaniu w Paryżu? – pytanie Żychonia padło po zakończeniu kolejnego dnia szkolenia.
– Zamierzałem wrócić do Niemiec na przełomie roku – odpowiedział Carl. – Powinienem już wcześniej pojechać do Korytowa, spotkać się z bratem i wujem, no i odwiedzić grób ojca, a właściwe wspólny grób rodziców. Ale wstrzymywałem się w obawie, że na miejscu nie wytrzymam i zrobię jakiś głupi ruch wobec tego mordercy.
– Czy nadal takie masz plany?
– Wiesz, Janie – von Wedel zamyślił się. – Od chwili, gdy zgodziłem się na naszą współpracę, moje życiowe priorytety uległy znaczącej zmianie. Biorąc pod uwagę zajęcie się sprawami operacyjnymi, chociażby w kontekście szybkich zmian w sytuacji w Europie, moja wizyta w rodzinnej siedzibie przestała być taka ważna. Kocham moich bliskich, ale skoro radzili sobie tak długo beze mnie, to poradzą sobie jeszcze trochę. Tych kilka tygodni, zamiast wizycie na Pomorzu, powinienem poświęcić budowaniu mojej kariery w Niemczech. I zakładam, że zmierzasz właśnie do tego.
– Trafiłeś w sedno – przyznał Polak. – Fakt, że stałeś się agentem, wymaga ze strony centrali podjęcia różnych ruchów. W Berlinie mamy rezydenturę, dla której będziesz pracował. Jej szefa musimy poinformować o twojej osobie i ustalić sposób nawiązania kontaktu. Drugą, a przy tym nie mniej ważną kwestią, jest to, gdzie trafisz po powrocie, czyli na ile przydatne dla naszej służby będzie miejsce twojej pracy.
– Myślę, że dla osoby o takich warunkach jak ja właściwie nie ma przeszkód, żeby wybrać instytucję ciekawą dla was – zadeklarował Carl. – Zakładam, że najbardziej wartościowa byłaby administracja rządowa, w pobliżu kanclerza, MSZ, wojsko czy wywiad. Nie mylę się?
– Znowu masz rację. Każda z tych instytucji daje potencjalne możliwości dotarcia do informacji ważnych dla Polski, ale również dla sytuacji w Europie. Wspomniałeś o swoich możliwościach i zapewne masz rację w ich ocenie. Jednak spróbujmy zastanowić się, gdzie byłoby najłatwiej zacząć twoją karierę.
– Wiesz, mam kilku znajomych jeszcze z okresu studiów w Berlinie, którzy podjęli pracę w momencie, kiedy ja wyjechałem do Warszawy, a potem do Krakowa. Wiem, że pracują w wojsku, w resorcie spraw zagranicznych i w innych ministerstwach. Część z nich ma tak dobre układy rodzinne, że przy ich delikatnym wykorzystaniu dostanie się przeze mnie do każdej z wymienionych instytucji nie powinno stanowić problemu. Co byłoby najważniejsze dla was?
– Niewątpliwie najcenniejszy byłby twój akces do wywiadu, myślę tu o Abwehrze – ocenił Jan. – Praca w wywiadzie zawsze daje możliwości zdobywania wartościowych informacji, dokumentów, uczestniczenia w operacjach, które mogą być istotne dla Polski. Jednocześnie pod przykryciem działań operacyjnych łatwiej jest zakamuflować czynności związane z kontaktowaniem się z rezydentem czy kimś innym z berlińskiej siatki. A więc główny wysiłek skieruj na wejście do Abwehry. Jeśli jednak to okazałoby się zbyt trudne, wówczas pomyśl o wojsku. Wątpię w możliwość zbliżenia do ścisłego kierownictwa Rzeszy, wobec braku twoich czy twojej rodziny związków z aktywnością polityczną w NSDAP.
– Czyli wszystko jasne, aplikuję do wywiadu – podsumował Carl. – Mam już nawet pomysł, do kogo zwrócę się na początku.
– Powiedz, o kim myślisz?
– Hans Beckmann – powiedział z uśmiechem von Wedel. – Razem studiowaliśmy, razem piliśmy w różnych knajpach, krzyżowaliśmy też rękawice na ringu i wspólnie podrywaliśmy dziewczyny. Bo musisz wiedzieć, że Hans to prawdziwy pies na baby. To wszystko tworzy niezły pretekst, żeby wykorzystać jego pomoc. Beckmann ma świetne koneksje rodzinne, ojca generała w Sztabie Generalnym, więc w Berlinie większość drzwi stoi przed nim otworem, także tam, gdzie ja chciałbym trafić. Ma jeszcze jedną ważną cechę. Jak coś robi, to zazwyczaj uważa, że sam wymyślił całą koncepcję. Występując w mojej sprawie, będzie wewnętrznie przekonany, że to on mi zaproponował załatwienie tej roboty, więc tym bardziej się postara. Z pewnością nie zechce pamiętać, że poprosiłem go o wsparcie w tej sprawie. Mój majątek zawsze mu imponował, dlatego jak potrząsnę kiesą i zaproszę go do kilku eleganckich lokali w Berlinie, szybko przypomni sobie o naszych przyjacielskich kontaktach.
– Świetnie, mamy ustalone, w którą stronę idziemy – skwitował Żychoń, a Carl dostrzegł, że rozmówca jest bardzo skoncentrowany. – Teraz posłuchaj: po przyjeździe do Berlina zadzwonisz pod ten numer telefonu – Polak wręczył von Wedelowi kartkę z rzędem cyfr. – Postaraj się je zapamiętać, choć jeśli zachowasz tę kartkę, niczym to nie grozi. Kiedy skontaktujesz się z tym numerem, przedstaw się jako „Asbjørn”. Rozmówca zapyta cię, czy znasz „Alto Douro”. Odpowiesz, że wolisz „Guimarães”. Usłyszysz cyfrę i rozłączysz się. Cyfra oznaczać będzie godzinę spotkania następnego dnia na dworcu Berlin Anhalter, po lewej stronie lady przechowalni bagażu. Zapamiętasz?
– „Asbjørn”, „Alto Douro”, „Guimarães”. Cyfra to godzina spotkania nazajutrz, po lewej stronie przechowalni.
– Zgadza się – potwierdził Jan.
Na koniec spotkania Żychoń zrobił coś, czym zaskoczył agenta.
– Jeżeli kiedykolwiek gdzieś dojdzie do naszego spotkania, pamiętaj, że się nie znamy – stwierdził. – Nie wiesz, jak ja się nazywam. Bez mojej inicjatywy nigdy nie próbuj do mnie podejść. I jako dowód mojego zaufania wobec ciebie powiem ci, że naprawdę wcale nie nazywam się Jan Żychoń. To imię i nazwisko legalizacyjne. Prawdziwych moich danych nie poznasz, o ile nie będzie to niezbędne. Dlatego jeśli kiedykolwiek usłyszysz o Janie Żychoniu z Oddziału II, to prawdopodobnie nie będzie chodziło o mnie. Tym bardziej że jest inna osoba, która tak się nazywa.
– Dobrze, Janie. A czy w ogóle jeszcze kiedyś się spotkamy? – w głosie von Wedela pojawił się niesłyszany dotąd ton.
– W tym zawodzie wszystko jest możliwe, choć jednocześnie bardzo wątpliwe, że tak się stanie – sentencjonalnie powiedział Polak. – Zbliża się bardzo ciężki czas. Pewnie wybuchnie wojna i zapewne dotknie całą Europę. Ale w końcu pokonamy wspólnie zło i nastanie pokój. Miejmy nadzieję, że w tych dobrych czasach uda nam się ponownie spotkać. Na razie życzę ci, żebyś przetrwał ten tragiczny okres. I pamiętaj, twoje życie zależy od czujności, obserwowania otoczenia i rozsądku. Jeśli będziesz tak postępował, przyszłość będzie twoja. Żegnaj Carl.
Paryż, okolica mieszkaniA von Wedela
Rozmowa z Janem Żychoniem, czy jak tam się naprawdę nazywał, sprawiła, że von Wedel szedł do domu w ogólnie dobrym nastroju, choć zamyślony i nieco zasmucony tym, że może już nigdy nie zobaczy przyjaciela. Wracał do Niemiec, chociaż jego sytuacja uległa zasadniczej zmianie. Pojedzie do Berlina, żeby pracować tam dla polskiego wywiadu. Skończyło się zwyczajne życie, był agentem i miał walczyć z nazistowskim reżimem, wykradając tajne informacje. Nigdy wcześniej, nawet w młodzieńczych wyobrażeniach, nie przyszło mu do głowy, że będzie zajmował się czymś takim.
W ulicznej szarówce jego uwagę zwrócił błysk zapałki. W bramie vis-à-vis budynku, w którym znajdowało się mieszkanie Carla, stał młody mężczyzna i właśnie zapalił papierosa. Zapewne wcześniej taka sytuacja nie miałaby dla niego znaczenia, ale obecnie zareagował i zapamiętał tego człowieka. Zamiast wejść do swojej bramy, poszedł dalej. Tylko w ten sposób mógł sprawdzić, czy mężczyzna ma wobec niego jakiekolwiek złe zamiary. Pozornie wydawało się to przesadą, ale nauczył się, że w nowym życiu wywiadowczym wszystko może być ważne. Skręcił w przecznicę, potem w kolejną. Przez szybę narożnego sklepu zobaczył, że mężczyzna idzie za nim, a przynajmniej w tym samym kierunku co on przed chwilą. Sytuacja stała się bardziej złożona, gdy von Wedel stwierdził, że tamten nie był sam. Towarzyszył mu inny młody człowiek. Pomyślał, że to może być kontynuacja dzisiejszych ćwiczeń, choć nie wiedział, skąd Polacy znaleźli nowych nieznanych Carlowi pozorantów. Zszedł do metra i pojechał do swojej ulubionej restauracji. Zjadł dobrą kolację, wypił dwa kieliszki wina i opuścił lokal. Idąc w stronę stacji metra, dostrzegł znajomą sylwetkę właśnie chowającą się w niedalekiej bramie. Po przeciwnej stronie ulicy zobaczył towarzysza mężczyzny. Był pewien, że to oni! Von Wedel intensywnie myślał. Nie miał wątpliwości, że obaj pojawili się w okolicach jego mieszkania, a teraz, tak jak on, znajdowali się w sporej odległości od tamtego miejsca. Przypadek? Niemożliwe. Był przekonany, że go śledzili. Jeżeli Polacy chcieli go sprawdzić, to wszystko było w porządku. Jednak zajęcia zostały już oficjalnie zakończone, więc cała sytuacja była dziwna. „A jeżeli to nie są ćwiczenia?”, przyszło mu nagle do głowy. Jeśli ma rację, to kim mogli być tamci dwaj? Oczywiście, jeżeli faktycznie chodziło o dwóch. Brał pod uwagę, że zainteresowali się nim paryscy bandyci, którzy zamierzali go okraść. A może te wcześniejsze zajęcia z oficerami polskiego wywiadu ściągnęły na Carla zainteresowanie francuskich służb bezpieczeństwa? W sytuacji, w której obecnie się znajdował, musiał brać pod uwagę różne możliwości. Uznał, że ze strony Francuzów raczej nic mu nie grozi, w końcu kręcąc się po Paryżu, nie zrobił przez ostatnie tygodnie niczego złego. Poważniejszym zagrożeniem byli bandyci szukający w jego osobie łatwej ofiary. Postanowił, że powinien zachować czujność i wracać do domu, a w razie czego podejmie walkę z nimi. Ruszył w kierunku stacji metra, pamiętając, że po drodze musi minąć bramę, w której schował się jeden z mężczyzn. Postanowił utrudnić zadanie potencjalnemu przeciwnikowi i zatoczył się w lewo. Ten ruch pozwolił mu człapać tuż przy ścianie budynku. O tym, że się nie pomylił, podejrzewając młodych mężczyzn o zainteresowanie jego osobą, przekonał się już po chwili. Ten, który dotąd szedł po drugiej stronie ulicy, nagle znalazł się na jezdni i ruszył w stronę Carla.
Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Najpierw usłyszał gwizd dobiegający od strony człowieka przecinającego jezdnię. Von Wedel właśnie doszedł do bramy, gdy wyskoczył z niej pierwszy mężczyzna. Carl stwierdził, że tamten go nie widzi – zapewne spodziewał się zobaczyć go na środku chodnika. Drugie spostrzeżenie było ważniejsze: mężczyzna trzymał w dłoni nóż. Von Wedel zawierzył staremu porzekadłu, że najlepszą formą obrony jest atak. Dlatego bez wahania ruszył na pierwszego z przeciwników. Prawym sierpowym uderzył mężczyznę w szczękę, jednocześnie wykonał zwód, aby nie zostać trafiony. Wykorzystując zaskoczenie przeciwnika, złapał go za rękę trzymającą nóż i szarpnął mocno do przodu. Tamten wypuścił broń i poleciał przed siebie, tracąc równowagę. Nie czekając na jego upadek na chodnik, Carl błyskawicznie odwrócił się w stronę jezdni, akurat w porę, żeby spotkać drugiego wroga. Mężczyzna, widząc upadek swojego kolegi, ruszył biegiem, choć jak się okazało, nie miał sprecyzowanej koncepcji ataku. Von Wedel, nie dbając o wymogi honoru, błyskawicznie kopnął tamtego w krocze. Atak był kompletnie zaskakujący, a przeciwnik zwinął się z bólu. Gdy pochylony trzymał się za podbrzusze, Carl uderzył go precyzyjnie w podstawę czaszki, co spowodowało całkowite wyeliminowanie przeciwnika z walki. Odwrócił się do pierwszego mężczyzny akurat w momencie, gdy ten zaczął podnosić się z ziemi. Von Wedel wykręcił mu lewą rękę i wciągnął do bramy. Tam wzmocnił chwyt, co wywołało głośne jęki przeciwnika.
– Zamknij mordę, bo złamię ci rękę! – wysyczał mu do ucha von Wedel. Mężczyzna posłuchał i zamilkł, w bramie słychać było jedynie płaczliwe sapanie. – Czego ode mnie chcecie? Tylko mów, kurwa, prawdę!
Mężczyzna, pokonując ból, uniósł głowę, zwracając twarz w jego stronę.
– Chodzi o Jacqueline…
– Co ty pierdolisz! O jaką Jacqueline? – rzucił zaskoczony Carl, nie rozumiejąc, co tamten ma na myśli. Jednocześnie spojrzał w stronę ulicy, aby sprawdzić, czy znokautowany przeciwnik nie wraca do siebie. Mężczyzna jednak leżał bez ruchu. Nieliczni przechodnie go omijali. – Nie kłam!
– Ja nie kłamię – miał to potwierdzić rozpaczliwy ton odpowiedzi. – Naprawdę nie kłamię.
– Jaka Jacqueline? Co to znaczy?
– To moja narzeczona – wyjaśnił mężczyzna. – Ale od kiedy zaprosiłeś ją na randkę, zachowuje się dziwnie i nie chce ze mną rozmawiać…
– Ja z Jacqueline…? – jeszcze przez moment był zdezorientowany słowami Francuza.
W końcu zrozumiał. Tak miała na imię koleżanka z uniwersytetu. Siedzieli w pobliżu siebie w uczelnianej bibliotece, a uroda dziewczyny tak olśniła Carla, że zaprosił ją na kolację. Zgodziła się chętnie, a Carl zupełnie nie wziął pod uwagę, że dziewczyna może być z kimś związana. Spędzili miły wieczór i to wszystko. Gdy uświadomił sobie, że powodem ataku obu Francuzów na niego była zazdrość o kobietę, chciało mu się głośno śmiać. Zamiast tego powiedział:
– Nic do niej nie mam, jest twoja. Ja jutro wyjeżdżam z Paryża i zniknę z waszego życia. Dotarło?
– Tak… – potwierdził nieszczęsny narzeczony.
Von Wedel puścił go, a zaskoczony Francuz upadł na bruk. Carl minął leżącego nadal kolegę tamtego i ruszył w stronę stacji metra. Po kilkunastu krokach wreszcie głośno się roześmiał. W ten sposób odreagował nerwową sytuację. Czuł zadowolenie z tego, jak sobie poradził. Jednocześnie utwierdził się w przekonaniu, że szkolenie operacyjne nie poszło na marne i właśnie dzisiaj wieczorem zdał kolejny egzamin. Ustalił obserwację, kontrolował przebieg wydarzeń i poznał powód, dla którego był śledzony. Uznał, że jest gotowy, aby wracać do Niemiec i zrobić to, na co się zdecydował. Humoru nie zepsuło mu nawet uświadomienie sobie, że kolejni przeciwnicy będą dużo groźniejsi od obu Francuzów.