Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Fałszywa gra - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
2969 pkt
punktów Virtualo

Fałszywa gra - ebook

Miłość i zdrada w cieniu zbliżającej się wojny…

Rok 1938. Europa stoi na krawędzi wojny. Carl von Wedel, pomorski arystokrata, zostaje zwerbowany przez polski wywiad i rozpoczyna ryzykowną grę o najwyższą stawkę. Dzięki berlińskim koneksjom trafia do samego serca Abwehry, gdzie bierze udział w tajnej operacji przeciwko ZSRR, starając się przy tym pozyskiwać cenne informacje dla obronności Polski. Równocześnie przeżywa miłość do żony polskiego oficera. Przekazywane przez von Wedela polskiej Dwójce informacje o przyśpieszeniu prac nad planami agresji Niemiec na Polskę oraz o zbliżeniu między III Rzeszą a Sowietami podawane są w kraju w wątpliwość i nawet gdy dzięki wysiłkom Carla w ręce rezydenta polskiego wywiadu w Berlinie trafia kopia paktu Ribbentrop-Mołotow, polskie władze wciąż nie chcą wierzyć w skalę nadchodzącego zagrożenia.

Po wybuchu wojny Niemcy odnajdują archiwa z aktami agentów polskiego wywiadu. Czy to koniec berlińskiej siatki i samego von Wedela?

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-740-7
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

W stycz­niu 1933 roku przy­wódca Naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej Nie­miec­kiej Par­tii Robot­ni­ków Adolf Hitler został kanc­le­rzem Rze­szy. W marcu 1935 r. wpro­wa­dził w Niem­czech powszechny obo­wią­zek służby woj­sko­wej. W maju tego samego roku została przy­jęta nowa ustawa woj­skowa, pod­po­rząd­ko­wu­jąca kanc­le­rzowi wszyst­kie sprawy doty­czące pro­ble­ma­tyki mili­tar­nej. Reak­ty­wo­wano Sztab Gene­ralny Wojsk Lądo­wych, a liczeb­ność sił zbroj­nych zwięk­szono do 36 dywi­zji pie­choty. W poło­wie 1935 r. Sztab Gene­ralny pod­jął prace nad ofen­syw­nymi pla­nami wojny. Na prze­ło­mie 1937/1938 r. na roz­kaz Hitlera przy­go­to­wa­nia do pla­no­wa­nego kon­fliktu zbroj­nego zostały zin­ten­sy­fi­ko­wane. W końcu 1938 r. Wehr­macht liczył około 1,2 mln żoł­nie­rzy.

12 marca 1938 roku Wehr­macht wkro­czył do Austrii…¹LISTOPAD 1938 ROKU

Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum

Jan Żychoń zapa­lił kolej­nego papie­rosa. W ciągu ostat­niej godziny był to już chyba piąty, a wypeł­niona petami popiel­niczka świad­czyła o tym, że męż­czy­zna od dłuż­szego czasu szuka w tyto­niu uko­je­nia dla swo­ich pobu­dzo­nych ner­wów. Paląc, cho­dził po miesz­ka­niu, a co jakiś czas zatrzy­my­wał się przy jed­nym z okien wycho­dzą­cych na Rue René Blum i frag­ment Parku Cli­chy. Spo­kojny rejon, w któ­rym znaj­do­wało się jego wyna­jęte miesz­ka­nie, ozna­czał umiar­ko­wany ruch pie­szych i samo­cho­dów o każ­dej porze. Żychoń był prze­ko­nany, że od razu dostrzeże osobę, na którą cze­kał, o ile oczy­wi­ście ona się pojawi. W próż­nym dotąd ocze­ki­wa­niu patrzył na smutne, pozba­wione liści drzewa i krzewy, a ich widok jesz­cze bar­dziej go przy­gnę­biał.

Cof­nął się myślami o kilka godzin, gdy spo­tkali się w bistro Chez Ber­trand. Swo­jego roz­mówcę wcze­śniej poin­for­mo­wał, że wybiera się do Paryża i chciałby się z nim zoba­czyć, oraz podał detale spo­tka­nia. Przy­wi­tali się ser­decz­nie, jak dobrzy zna­jomi, któ­rzy nie widzieli się dłuż­szy czas. Jan zamó­wił tra­dy­cyj­nie koniak. Przez kil­ka­na­ście minut wymie­niali się aktu­al­no­ściami. Potem Żychoń nie­ocze­ki­wa­nie powie­dział roz­mówcy, kim naprawdę jest. Teraz na­dal zasta­na­wiał się, czy poin­for­mo­wa­nie go o tym, że jest ofi­ce­rem pol­skiego wywiadu woj­sko­wego, było dobrym posu­nię­ciem. Czy gdyby wspo­mniał o swoim zaję­ciu przy dru­gim albo trze­cim spo­tka­niu, byłoby to lep­sze roz­wią­za­nie? Nie potra­fił odpo­wie­dzieć sobie na to pyta­nie, a reak­cja roz­mówcy była dosyć zna­cząca. Popa­trzył na Życho­nia zasko­czony, odsta­wił trzy­many w dłoni kie­li­szek koniaku i powie­dział:

– Nie spo­dzie­wa­łem się tego po tobie. Wybacz, muszę ode­tchnąć.

Wstał i szybko wyszedł z lokalu. Jesz­cze przez chwilę Jan widział jego wysoką syl­wetkę zni­ka­jącą pomię­dzy prze­cho­dzą­cymi ulicą Pary­ża­nami. Poczuł zawód i wstyd, że popeł­nił błąd. A jeśli tam­ten już nie wróci i zerwie z nim wszyst­kie kon­takty? Pra­co­wał nad Niem­cem od póź­nej jesieni ubie­głego roku. Żychoń, a było to jego lega­li­za­cyjne nazwi­sko, słu­żył w Kato­wi­cach, w Eks­po­zy­tu­rze numer 4 Oddziału II Sztabu Głów­nego Woj­ska Pol­skiego, która zaj­mo­wała się wywia­dem ofen­syw­nym prze­ciwko Niem­com i Cze­cho­sło­wa­cji. Dzia­łał także w Kra­ko­wie, szu­ka­jąc wśród zagra­nicz­nych i pol­skich stu­den­tów osób przy­dat­nych do wyko­rzy­sta­nia jako agenci lub współ­pra­cow­nicy. Po dłu­giej ana­li­zie nowych słu­cha­czy Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego wyty­po­wał wła­śnie Carla von Wedela. W pierw­szym odru­chu jed­nak odrzu­cił go jako kan­dy­data do opra­co­wa­nia na przy­szłego agenta wywiadu. No bo czy mógł spo­dzie­wać się pozy­tyw­nej reak­cji po Niemcu z boga­tej pomor­skiej szlachty, któ­rego rodzina miała roz­le­głe majątki mię­dzy innymi w Kory­to­wie, Tucz­nie, Wał­czu i Draw­nie? Nie wyklu­czał też, że von Wedel sam może reali­zo­wać misję wywia­dow­czą w Pol­sce, a jeśli nawet nie, to zapewne przy­je­chał wysza­leć się za pie­nią­dze rodzi­ców. Ku zasko­cze­niu Życho­nia Carl od początku oka­zy­wał zde­cy­do­wa­nie pro­pol­skie sym­pa­tie i odże­gny­wał się od popar­cia ruchu naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego. Począt­kowo Jan podej­rze­wał, że demon­stro­wa­nie takich poglą­dów to tylko gra i może sta­no­wić pro­wo­ka­cję. Tak samo uwa­żali jego prze­ło­żeni, gdy po kil­ku­ty­go­dnio­wej zna­jo­mo­ści przed­sta­wił cha­rak­te­ry­stykę figu­ranta. Osta­tecz­nie jed­nak posta­no­wił nie rezy­gno­wać i kon­ty­nu­ował zna­jo­mość, która z cza­sem prze­kształ­ciła się w przy­jaźń. W mię­dzyczasie nabrał pew­no­ści, że von Wedel jest fak­tycz­nie anty­fa­szy­stą, a takie poglądy prze­jął po ojcu. Hen­ryk von Wedel nie tylko był wrogo nasta­wiony do Hitlera i jego par­tii, ale też prze­ja­wiał dziwny sen­ty­ment do Pol­ski i Pola­ków, z któ­rymi sty­kał się na co dzień, gdyż pra­co­wali w jego mająt­kach lub zamiesz­ki­wali w oko­licy.

Jan spo­ty­kał się z Car­lem von Wede­lem aż do lata 1938 roku. Już późną wio­sną przed­sta­wił raport z wnio­skiem o zgodę na wer­bu­nek Niemca. Był prze­ko­nany, że odnie­sie suk­ces i pozy­ska dobrego kan­dy­data. Jed­nak major Kazi­mierz Szpą­drow­ski, szef eks­po­zy­tury w Kato­wi­cach, nie wyra­ził zgody. For­mal­nie kry­tycz­nie oce­nił usta­le­nia Życho­nia oraz per­spek­tywę wer­bunku agenta. Jan podej­rze­wał, że za decy­zją prze­ło­żo­nego stała nie­chęć do mło­dego ofi­cera i suk­cesu, jakim byłby wer­bu­nek per­spek­ty­wicz­nego agenta. W eks­po­zy­tu­rze w Kato­wi­cach wszy­scy wie­dzieli, że słabą stroną Szpą­drow­skiego były dzia­ła­nia ope­ra­cyjne, takie jak pozy­ski­wa­nie współ­pra­cow­ni­ków. Jako ofi­cer arty­le­rii dobrze czuł się w roz­po­zna­wa­niu nie­miec­kich akcji eko­no­micz­nych na Ślą­sku i prze­my­słu cięż­kiego. Osta­tecz­nie wobec von Wedela nie pod­jęto żad­nych dzia­łań i latem Carl wyje­chał na dal­sze stu­dia do Paryża. Wcze­śniej jego zna­jo­mość z Janem przy­brała tak ser­deczną formę, że z ini­cja­tywy Niemca mieli utrzy­my­wać dal­szy kon­takt kore­spon­den­cyj­nie. Oka­zało się to bar­dzo uży­teczne, gdy w paź­dzier­niku ojciec von Wedela został śmier­tel­nie postrze­lony na polo­wa­niu przez nie­na­wi­dzą­cego go, lokal­nego lidera NSDAP. O szcze­gó­łach tra­ge­dii Carl dowie­dział się z listu wujka Fry­de­ryka, który to list dotarł do Paryża zbyt późno, aby von Wedel zdą­żył na pogrzeb. Ta tra­ge­dia spo­wo­do­wała u Carla zmianę dotych­cza­so­wej nie­chęci w głę­boką nie­na­wiść do faszy­stów. Nie krył tego w kore­spon­den­cji z Janem i zapo­wia­dał zemstę na sprawcy zabój­stwa oraz ruchu faszy­stow­skim. Żychoń posta­no­wił to wyko­rzy­stać i tym razem otrzy­mał zgodę na wer­bu­nek. Dla­tego wczo­raj przy­je­chał do Paryża. A teraz oba­wiał się, że przy pierw­szym kon­tak­cie z Car­lem w Chez Ber­trand spie­przył całą sprawę. Przez moment wyobra­ził sobie kon­se­kwen­cje w postaci wykpie­nia go przez majora Szpą­drow­skiego i wstydu przed cen­tralą, bo na dzia­ła­nie we Fran­cji konieczna była for­malna zgoda samego szefa Oddziału II, puł­kow­nika Tade­usza Peł­czyń­skiego.

Zga­sił led­wie tlą­cego się papie­rosa i pod­szedł do okna. Syl­wetki Niemca na­dal nie zoba­czył. Teraz dodat­kowo opa­no­wały go wąt­pli­wo­ści, czy von Wedel będzie go tutaj szu­kał. Kiedy spo­tkali się w bistro, na wstę­pie wymie­nili się pary­skimi adre­sami. A może Carl wró­cił do Chez Ber­trand albo czeka w swoim miesz­ka­niu? Posta­no­wił, że jeśli Carl nie przyj­dzie, to za dwie, trzy godziny wybie­rze się do miej­sca zamiesz­ka­nia Niemca.

Moskwa, posiedzenie Głównej Rady Wojennej Armii Czerwonej

Zebrani w sali obrad mar­szał­ko­wie i gene­ra­ło­wie okla­skami i powsta­niem z miejsc przy­wi­tali wcho­dzą­cego na podium sekre­ta­rza gene­ral­nego Komi­tetu Cen­tral­nego Wszech­związ­ko­wej Komu­ni­stycz­nej Par­tii (bol­sze­wi­ków) Józefa Sta­lina. Wystą­pień przy­wódcy słu­chano zawsze z uwagą, gdyż w ich trak­cie czę­sto poja­wiały się wątki mające wcze­śniej lub póź­niej poważny wpływ nie tylko na losy kraju, ale przede wszyst­kim na sytu­ację człon­ków apa­ratu pań­stwo­wego. Główna Rada Wojenna Armii Czer­wo­nej kon­ty­nu­owała tra­dy­cje kolek­tyw­nego dowo­dze­nia datu­jące się od czasu wojny domo­wej w Rosji. Sys­tem rad wojen­nych został roz­wią­zany w 1934 roku, a powró­cono do niego w 1937 roku w okre­sie Wiel­kiego Ter­roru. Dzi­siej­sze posie­dze­nie było szcze­gól­nie ważne, gdyż w skład Armii Czer­wo­nej wcho­dziły wszyst­kie siły zbrojne kraju, łącz­nie z oddzia­łami NKWD.

Sta­lin w dłu­gim wywo­dzie przed­sta­wił ogólną ocenę sytu­acji w kraju i zagro­żeń zewnętrz­nych. Potem nie­ocze­ki­wa­nie zwró­cił się do zebra­nych z waż­nymi oskar­że­niami:

– Poko­na­li­śmy bur­żu­azję na wszyst­kich fron­tach. Tylko na odcinku wywiadu pobili nas jak małych chłop­ców. To nasza główna sła­bość. Wywiad woj­skowy został ska­żony przez szpie­gów. Jego sze­fo­wie pra­co­wali dla Nie­miec, dla Japo­nii, dla Pol­ski, dla każ­dego z wyjąt­kiem nas. Naszym zada­niem jest odbu­do­wa­nie służb wywia­dow­czych. Są one naszymi oczami i uszami…

Dla nikogo z zebra­nych słowa Sta­lina nie były zasko­cze­niem. Trwa­jący od 1937 roku kolejny etap czystki wśród sta­rych bol­sze­wi­ków, zmie­rza­jący rów­nież do usu­wa­nia wszyst­kich osób podej­rza­nych lub nie­pew­nych, już dopro­wa­dził do śmierci setek tysięcy ludzi okre­śla­nych mia­nem ele­men­tów anty­so­wiec­kich. Dla­tego wska­za­nie aktu­al­nie na funk­cjo­na­riu­szy wywiadu powszech­nie uznano po pro­stu za kolejną fazę oczysz­cza­nia ludo­wego pań­stwa. Czystki trwały już tak długo, że prze­stały wywo­ły­wać powszechne prze­ra­że­nie; budziły jedy­nie ulgę u tych, któ­rych tym razem nie objęły.

Paryż, park Clichy

Wysoki, przy­stojny, dwu­dzie­sto­trzy­letni blon­dyn w kosz­tow­nym płasz­czu szedł par­kową alejką. Jego strój raczej nie koja­rzył się ze stu­den­tem uni­wer­sy­tetu; przy­wo­dził na myśl majęt­nego czło­wieka inte­resu lub kogoś z wyż­szych sfer. Pomimo że był już listo­pad, dobra pogoda, a szcze­gól­nie deli­katne słońce zachę­cały do prze­by­wa­nia na powie­trzu. Lekki wiatr roz­wie­wa­jący bujne włosy męż­czy­zny był zde­cy­do­wa­nie przy­jemny. Von Wedel myślał jed­nak nie o jesien­nej pary­skiej pogo­dzie, ale o spo­tka­niu z pol­skim przy­ja­cie­lem. Bo prze­cież za takiego uwa­żał Jana. Wczo­raj­szy tele­fon od Życho­nia z infor­ma­cją, że jest w Paryżu, był miłą nie­spo­dzianką. Tych kilka wspól­nych mie­sięcy w Kra­ko­wie oka­zało się ważne dla Carla, nie­na­le­żą­cego do osób, które łatwo się zaprzy­jaź­niają – szcze­rze polu­bił Polaka. Także póź­niej­szy kore­spon­den­cyjny kon­takt, po wyjeź­dzie z Kra­kowa, oka­zał się trwały i istotny. Szcze­gól­nie po śmierci ojca. To wspo­mnie­nie wywo­łało u Carla cięż­kie, pełne smutku wes­tchnie­nie. W sumie czuł się jak podróżny na roz­drożu, który nie wie, jaką drogę wybrać. Z jed­nej strony odczu­wał takie napię­cie i chęć zemsty, że był bli­ski powrotu do Kory­towa, szcze­gól­nie że stu­dia nagle prze­stały mieć dla niego jakie­kol­wiek zna­cze­nie. W Paryżu od dawna czuł się samotny, bo zna­jo­mo­ści nawią­zane na uni­wer­sy­te­cie były nija­kie, nawet gdy miało się dwa­dzie­ścia kilka lat i tak naprawdę chcia­łoby się tylko z kimś poga­dać, wypić piwo czy pójść na mecz. W tym okre­sie wymie­nił z Janem kilka listów i zatę­sk­nił za wcze­śniej­szymi cie­ka­wymi roz­mo­wami w Kra­ko­wie. Dla­tego dzi­siej­sze spo­tka­nie w Chez Ber­trand miało pozwo­lić mu poczuć się tak jak w Pol­sce. Wymie­nili się nowo­ściami, po czym nagle Żychoń spo­waż­niał i powie­dział, że chciałby być z nim do końca szczery. Zdzi­wiło go takie sfor­mu­ło­wa­nie, logicz­nie zapo­wia­da­jące ważną wia­do­mość, ale to, co usły­szał, było jak wybuch bomby na środku bistro. Jan Żychoń poin­for­mo­wał go, że jest ofi­ce­rem pol­skiego wywiadu i chce z nim poroz­ma­wiać jako ofi­cer. Carl natych­miast poczuł, że te słowa przy­ja­ciela ozna­czają zmianę w ich rela­cji, i to wła­śnie wtedy, gdy on miał nadzieję na spę­dze­nie czasu w spo­sób, który dobrze znał. To wszystko spo­wo­do­wało, że musiał wyjść. Nie chciał odru­chowo powie­dzieć cze­goś, co znisz­czy ich zna­jo­mość. W pierw­szej chwili pomy­ślał jed­nak, że prze­cież pozo­staje Niem­cem, nawet jeśli jest wrogo nasta­wiony do poli­tyki wła­snego pań­stwa, a Polak to szpieg z obcego kraju.

Dopiero kiedy odbył długi spa­cer pary­skimi uli­cami, uspo­koił się. A nawet wię­cej. Gdy dowie­dział się, czym zaj­muje się Jan, zacie­ka­wiło go to, może nawet mu zaim­po­no­wało. Żychoń wyko­ny­wał nie­bez­pieczną robotę dla swo­jego kraju, a jed­nym z głów­nych jego zadań była zapewne walka z faszy­stow­skimi Niem­cami. Miał poważny cel i takież obo­wiązki, łączące się praw­do­po­dob­nie z nie­ma­łymi emo­cjami i satys­fak­cją z osią­ga­nych suk­ce­sów. Von Wedel pomy­ślał, że w sumie zazdro­ści zna­jo­memu. On sam wła­ści­wie niczym waż­nym się w życiu nie zaj­mo­wał. Korzy­sta­jąc z zaso­bów rodzin­nych, wynaj­dy­wał sobie zaję­cia, takie jak stu­dia w Ber­li­nie, Kra­ko­wie czy Paryżu, a po krót­kim cza­sie tra­cił nimi zain­te­re­so­wa­nie i szu­kał cze­goś nowego. Oce­nił, że wię­cej sensu było w jego życiu na Pomo­rzu, gdy w domu pozna­wał taj­niki gospo­da­ro­wa­nia, uczył się języ­ków obcych, tre­no­wał różne dzie­dziny sportu i… uwo­dził dziew­czyny w oko­licy. No, bez prze­sady. Zda­rzyło mu się kilka flir­tów typo­wych dla nasto­lat­ków i jedno poważ­niej­sze uczu­cie, któ­rego obiek­tem była Mar­lena von Berg. „Czy to, co powie­dział Jan, fak­tycz­nie coś zmie­niało w naszych rela­cjach?”, pomy­ślał, porzu­ca­jąc wspo­mnie­nia. Uznał, że tak – nada­wało im więk­szą war­tość. Co w takim razie powi­nien teraz zro­bić? Po pierw­sze, musiał spo­tkać się ponow­nie z Życho­niem, tego był pewien. Po dru­gie, powi­nien się dowie­dzieć, dla­czego Polak nagle posta­no­wił ujaw­nić przed nim, kim naprawdę jest. Miał wyobraź­nię, więc od razu przy­szło mu do głowy, że zna­jomy będzie chciał coś mu zapro­po­no­wać. Może tego wła­śnie się prze­stra­szył? Czy to miała być oferta współ­pracy z pol­ską służbą? Chyba nie, prze­cież Carl jest zale­d­wie stu­den­tem i dopiero szuka swo­jego miej­sca w życiu, więc dla wywiadu, pol­skiego czy jakie­go­kol­wiek innego, nie wydaje się atrak­cyj­nym kan­dy­da­tem na agenta. A może tylko jemu, Car­lowi, tak się wydaje? Musiał prze­ko­nać się, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

Z tym posta­no­wie­niem skrę­cił w alejkę pro­wa­dzącą do wyj­ścia z parku. Zakła­dał, że Żychoń już nie czeka na niego w bistro. A ponie­waż wcze­śniej podał mu adres miesz­ka­nia, w któ­rym się zatrzy­mał, Car­lowi nie pozo­stało nic innego, jak ruszyć w tam­tym kie­runku. W sumie krą­żąc po Parku Cli­chy, od początku wie­dział, że Rue René Blum znaj­duje się w pobliżu. Nawet nie musiał wycią­gać kartki, którą dał mu Jan – dosko­nale pamię­tał jego adres.

Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum

Von Wedel, docho­dząc do wła­ści­wego budynku, ostroż­nie roz­glą­dał się dookoła. Przy­szło mu do głowy, że skoro spo­tyka się z przed­sta­wi­cie­lem wywiadu, to powi­nien zacho­wać czuj­ność, choć jed­no­cze­śnie nie potra­fił okre­ślić, czego miałby się oba­wiać. No ale wywiad to tajem­nice, zdrady i zasadzki – przy­naj­mniej tak sobie wyobra­żał. Ponie­waż na ulicy nic nie wzbu­dziło jego podej­rzeń, uniósł głowę i prze­biegł wzro­kiem po oknach trzy­pię­tro­wej kamie­nicy. W jed­nym z nich dostrzegł zarys męskiej głowy i nie­mal od razu zorien­to­wał się, że należy ona do zna­jo­mego Polaka. Brama była uchy­lona, a krze­sło kon­sjerża puste. Zado­wo­lony, że dys­kret­nie wej­dzie do budynku, minął bramę. Zaczęły go bawić wła­sne myśli, doty­czące zacho­wa­nia kon­spi­ra­cji w kon­tak­cie z Janem. „Jesz­cze godzinę wcze­śniej do głowy by mi nie przy­szło, żeby tak myśleć o spo­tka­niu z nim”, stwier­dził. Po lewej stro­nie zoba­czył drzwi do klatki scho­do­wej. W budynku była winda, ale Carl na dru­gie pię­tro dotarł scho­dami. Drzwi z nume­rem osiem były zaraz za zało­mem kory­ta­rza. Sta­nął obok i chwilę nad­słu­chi­wał. We wnę­trzu miesz­ka­nia pano­wała cisza, podob­nie w sąsied­nich loka­lach. Uznał, że zacho­wał się czuj­nie, nawet jeśli cała sytu­acja tro­chę go śmie­szyła, i zapu­kał do drzwi. Otwo­rzyły się natych­miast, jakby Żychoń stał za nimi i cze­kał na niego. Uznał, że mogło tak być, jeśli Jan przez okno obser­wo­wał ulicę.

– Cie­szę się, że przy­sze­dłeś – powie­dział Polak, wpusz­cza­jąc gościa do środka.

– Pospa­ce­ro­wa­łem, prze­my­śla­łem twoje słowa i jestem – Carl ruszył przez nie­wielki przed­po­kój do wska­za­nego przez Jana pokoju, poło­żo­nego na wprost drzwi wej­ścio­wych. Kątem oka dostrzegł, że Żychoń zamyka drzwi do przed­po­koju.

– Koniak? – zapy­tał Jan, uno­sząc kształtną butelkę sto­jącą na komo­dzie.

– Pro­szę – mimo wszystko von Wedel czuł lek­kie napię­cie po wej­ściu do miesz­ka­nia przy­ja­ciela.

Zajęli miej­sca w fote­lach usta­wio­nych przy nie­wiel­kim sto­liku. Miesz­ka­nie było urzą­dzone w miesz­czań­skim stylu. W salo­nie domi­no­wały ciemne, cięż­kie meble. Choć uwagę zwra­cał przede wszyst­kim ozdobny potężny komi­nek z zega­rem sto­ją­cym na kamien­nej półce.

– Za spo­tka­nie – zapro­po­no­wał Polak, uno­sząc kie­li­szek.

– Za spo­tka­nie – powtó­rzył von Wedel. – I naprawdę cie­szę się, że przy­je­cha­łeś.

– Domy­ślasz się, że to spo­tka­nie nie jest wyłącz­nie towa­rzy­skie? – zapy­tał Jan, uważ­nie obser­wu­jąc twarz Carla.

– Po tym, co powie­dzia­łeś w Chez Ber­trand, nie­trudno było domy­ślić się dru­giego dna two­jej nie­ocze­ki­wa­nej wizyty w Paryżu – odpo­wie­dział von Wedel. Jed­no­cze­śnie w duchu ucie­szył się, że Żychoń mówi otwar­cie o swo­ich zamia­rach, a nie pró­buje klu­czyć. – Przy­znaję, że w pierw­szej chwili zare­ago­wa­łem ner­wowo na wia­do­mość, że jesteś szpie­giem. Chyba tro­chę się prze­stra­szy­łem, że nasza zna­jo­mość zmieni swój przy­ja­ciel­ski cha­rak­ter. Choć tak naprawdę to nie wiem, czy ofi­cer wywiadu może utrzy­my­wać otwarte zna­jo­mo­ści z oby­wa­te­lami innych państw. W trak­cie spa­ceru przy­szła mi do głowy inna myśl. Poczu­łem, że tak naprawdę mocno mnie zacie­ka­wi­łeś swoją pracą… czy służbą, bo nie wiem jak popraw­nie nazy­wać to, co robisz. Dla mnie zabrzmiało to bar­dzo tajem­ni­czo.

– Cie­szę się, Carl, że nie wystra­szy­łem cię ujaw­nie­niem mojego związku z pol­skim wywia­dem. Oba­wia­łem się, że możesz poczuć się… – Polak szu­kał przez moment wła­ści­wego okre­śle­nia – nie­kom­for­towo i nie zechcesz dalej ze mną roz­ma­wiać. Ale na szczę­ście oka­zało się, że zare­ago­wa­łeś pozy­tyw­nie.

– Przy­ja­cielu, znamy się już dłuż­szy czas i myślę, że możemy sobie ufać – powie­dział von Wedel, uśmie­cha­jąc się lekko. – Tro­chę wódki razem wypi­li­śmy i pew­nie po alko­holu nie raz gada­łem od rze­czy – zaśmiał się swo­bod­nie. – Ale mówiąc poważ­nie, obcy wywiad, i wywiad w ogóle, wiąże się z czymś groź­nym, zło­wro­gim, ale także z pod­nie­ca­jącą tajem­ni­czo­ścią. Zro­biły też na mnie wra­że­nie twoja odwaga i zaan­ga­żo­wa­nie się w ważny cel. Dla­tego posta­no­wi­łem, że musimy szcze­rze poroz­ma­wiać.

– Pozwól, że zacznę od istot­nych kwe­stii doty­czą­cych aktu­al­nej sytu­acji. – Jan wypił łyk koniaku i pochy­lił się w stronę roz­mówcy. – Żyjemy w trud­nych cza­sach, a z całą pew­no­ścią nad­cho­dzą jesz­cze gor­sze. Jak wiesz, w marcu Wehr­macht wkro­czył do Austrii, a we wrze­śniu Zachód sprze­dał nie­pod­le­głość Cze­cho­sło­wa­cji, czyli poprzez układ mona­chij­ski przy­znał Niem­com Kraj Sude­tów. Zapewne za kilka mie­sięcy III Rze­sza posu­nie się jesz­cze dalej i zaj­mie całe Cze­chy, a może i Sło­wa­cję, oku­po­waną od listo­pada przez Węgrów. Wehr­macht zbliża się do mojej ojczy­zny, a real­ność agre­sji bar­dzo wzro­sła. Na wscho­dzie sąsia­du­jemy z ZSRR i prawdę mówiąc, nie wiemy, czego możemy spo­dzie­wać się po poli­tyce Sta­lina. Zapewne niczego dobrego.

Carl poki­wał głową z poważną miną na znak, że zga­dza się z wypo­wie­dziami Polaka. Cze­kał, co będzie dalej.

– W naszych roz­mo­wach nie kry­łeś swo­ich jed­no­znacz­nie anty­fa­szy­stow­skich poglą­dów, wspo­mi­na­łeś o nega­tyw­nym sto­sunku two­jego ojca do poli­tyki Hitlera i NSDAP, także do roz­bu­dowy sił zbroj­nych. Już kilka razy mówi­li­śmy o bar­dzo praw­do­po­dob­nych kon­se­kwen­cjach takich dzia­łań dla pokoju w Euro­pie…

– Zapewne nie tylko na Sta­rym Kon­ty­nen­cie… – wtrą­cił odru­chowo von Wedel.

– Oczy­wi­ście, ape­tyty tej bandy są zapewne nie­ogra­ni­czone, a na świe­cie zna­leźli już innych przy­wód­ców podob­nie myślą­cych – kon­ty­nu­ował Żychoń. – Pod­su­mo­wu­jąc, widzę poważne zagro­że­nie dla mojej ojczy­zny, dla bez­pie­czeń­stwa innych państw w Euro­pie i dla demo­kra­tycz­nego porządku. Ci ludzie wraz z ich chorą dok­tryną sta­no­wią śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo dla nas wszyst­kich i dla naszej wol­no­ści.

– Janie, cał­ko­wi­cie podzie­lam te poglądy – zade­kla­ro­wał Carl. – Jestem Niem­cem, ale nie akcep­tuję tego, co dzieje się w mojej ojczyź­nie. Jestem prze­ko­nany, że wła­dza w rękach Hitlera i jego ako­li­tów to zło i groźba dla wszyst­kich zwo­len­ni­ków demo­kra­cji. Czyli dla znacz­nej czę­ści moich roda­ków. Fak­tycz­nie tylko część z nich gło­so­wała na NSDAP i nie wszy­scy popie­rają faszyzm. A za tra­ge­dią roz­gry­wa­jącą się w Niem­czech, doty­ka­jącą prze­ciw­ni­ków Hitlera, tak jak powie­dzia­łeś, idzie per­spek­tywa wojny prze­ciwko innym wol­nym kra­jom. Zobacz, jaki to para­doks: naro­dowi socja­li­ści zdo­byli wła­dzę dzięki demo­kra­cji i mając ją w rękach, chcą znisz­czyć ten typ ustroju pań­stwa. Kosz­mar!

– Wiem, że jeste­śmy zgodni w naszych oce­nach sytu­acji – powie­dział Polak. – Pisa­łeś w listach do mnie o chęci zemsz­cze­nia się na faszy­stach za śmierć two­jego ojca, ale także za ich zamiar znisz­cze­nia wol­no­ści w two­jej ojczyź­nie i w Euro­pie – patrzył na roz­mówcę, jakby upew­nia­jąc się co do jego reak­cji. Zoba­czył, że von Wedel ski­nął głową. – W związku z całą tą sytu­acją chciał­bym cię zapy­tać, czy zgo­dzisz się na współ­pracę z pol­skim wywia­dem?

W pokoju zapa­dła cisza. Carl von Wedel poczuł, jak rap­tow­nie przy­spie­szyło mu tętno. Wła­ści­wie idąc na Rue René Blum, spo­dzie­wał się tej pro­po­zy­cji, ale kiedy padła ona z ust Życho­nia, sta­nął przed real­nym wybo­rem. Rozu­miał powagę sytu­acji, to już nie była swo­bodna roz­mowa zna­jo­mych przy lampce koniaku. Wyra­ża­jąc zgodę, zdra­dzi swój kraj i narazi się na dotkliwą karę w razie wpadki. Może zapła­cić życiem za to, że teraz zaak­cep­tuje ofertę Polaka. Jed­no­cze­śnie był prze­ko­nany, że jego pozy­tywna decy­zja nie krzyw­dzi Nie­miec i Niem­ców, a jest skie­ro­wana wyłącz­nie prze­ciwko wła­dzy nazi­stów i ma pozwo­lić na poko­na­nie tego wcie­lo­nego zła. Jeżeli przy­czyni się do przy­wró­ce­nia wol­no­ści i demo­kra­cji, a także pokoju, to ze wszech miar warto zary­zy­ko­wać. Przez chwilę pomy­ślał o ojcu i jego ewen­tu­al­nej reak­cji. Natych­miast odrzu­cił to sko­ja­rze­nie, nie chcąc szu­kać uza­sad­nie­nia swo­jej decy­zji w poglą­dach nie­ży­ją­cego taty. Już wie­dział, co powi­nien zro­bić.

– Janie, z pełną świa­do­mo­ścią moż­li­wych kon­se­kwen­cji, tych nega­tyw­nych, ale przede wszyst­kim pozy­tyw­nych, zga­dzam się – powie­dział. – Tak jak wspo­mnia­łeś, mój ojciec uczył mnie zasad życio­wych, w tym czy­nie­nia dobra i walki ze złem. Został zabity przez jed­nego z faszy­stów. Liczę na to, że współ­pra­cu­jąc z wami, będę mógł pomścić także jego śmierć.

Moskwa, siedziba NKWD, Łubianka

Ław­rien­tij Beria, ludowy komi­sarz spraw wewnętrz­nych, był zado­wo­lony po pierw­szym dniu wyko­ny­wa­nia swo­ich nowych obo­wiąz­ków. Czuł roz­pie­ra­jącą go satys­fak­cję po tym, jak dzień wcze­śniej sekre­tarz gene­ralny Komi­tetu Cen­tral­nego Józef Sta­lin zdy­mi­sjo­no­wał dotych­cza­so­wego prze­ło­żo­nego Berii Niko­łaja Jeżowa. Beria nie­na­wi­dził „Krwa­wego Karła”, który ten przy­do­mek zyskał ze względu na wzrost około stu pięć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów i swoje okru­cień­stwo. Beria zazdro­ścił mu tego, że przez ponad dwa lata kie­ro­wał apa­ra­tem bez­pie­czeń­stwa i był mie­czem Sta­lina reali­zu­ją­cym czystki w kraju. Jako pod­władny Jeżowa cały czas się bał, że pew­nego dnia on też zosta­nie roz­strze­lany za wymy­ślone winy. Ale dzi­siaj to on mógł podej­mo­wać takie decy­zje.

Od rana usta­lał z zaufa­nymi funk­cjo­na­riu­szami, jak roz­pra­wić się z bli­skimi współ­pra­cow­ni­kami Jeżowa. Osta­tecz­nie zostali w try­bie pil­nym wysłani w teren. Nie wie­dzieli, że na pierw­szej sta­cji za Moskwą zostaną wycią­gnięci z pocią­gów i zawie­zieni do wię­zień NKWD, a wkrótce potem stra­ceni. Beria wydał także roz­kazy ogra­ni­cze­nia aresz­to­wań i wysy­ła­nia na Sybir pra­cow­ni­ków admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej, żoł­nie­rzy i funk­cjo­na­riu­szy służb bez­pie­czeń­stwa. Nie wyja­śnił pod­wład­nym, że tak miało być tylko przez pewien czas, aby uspo­koić atmos­ferę wśród towa­rzy­szy. W końcu ode­słał ofi­ce­rów do reali­za­cji usta­lo­nych zadań, a w gabi­ne­cie został tylko puł­kow­nik Miko­łaj Kuznie­cow. Ich zna­jo­mość zaczęła się jesz­cze w latach dwu­dzie­stych, w Czeka, i cią­gnęła się przez lata.

– Miko­łaju, zro­bi­li­śmy dzi­siaj dużo – Beria się­gnął po kolejną szklankę z gorącą her­batą, którą pijał litrami. Kuznie­cow także trzy­mał naczy­nie z napo­jem. – Ale to dopiero począ­tek. W naj­bliż­szym cza­sie zaj­miemy się zre­or­ga­ni­zo­wa­niem obo­zów pracy. Wcze­śniej chciał­bym, żebyś przy­go­to­wał selek­cję funk­cjo­na­riu­szy wszyst­kich depar­ta­men­tów Głów­nego Zarządu Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego. Szcze­gól­nie wni­kli­wie przyj­rzyj się 7 Depar­ta­men­towi, czyli wywia­dowi zagra­nicz­nemu. I żeby nie było tak jak ostat­nio, kiedy wielu zdraj­ców pozo­stało za gra­nicą. Rozu­miesz?

– Oczy­wi­ście, towa­rzy­szu komi­sa­rzu.

– Masz obser­wo­wać moich pod­wład­nych i wyła­py­wać zarówno wyróż­nia­ją­cych się funk­cjo­na­riu­szy, jak i, przede wszyst­kim, podej­rza­nych o trzy­ma­nie z naszymi wro­gami. Cenię sobie twoje wyczu­cie i jak zawsze chęt­nie przyjmę suge­stie.

– Wypeł­nię wasze roz­kazy.

– I jesz­cze jedno. To tajne zada­nie. Nawiąż kon­takt z Gestapo i zapro­po­nuj im współ­pracę.

– Towa­rzy­szu, taki kon­takt jest ryzy­kowny – zasu­ge­ro­wał Kuznie­cow. – Towa­rzy­szom w Komi­te­cie może się nie spodo­bać. A Niemcy będą pró­bo­wali nas roz­pra­co­wy­wać.

– Spo­koj­nie – Beria uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią. – Może pomogą nam wykryć naszych wro­gów. Współ­praca z nie­miec­kimi służ­bami przy­nie­sie rezul­taty, gdy wkro­czymy do Pol­ski, wcze­śniej zaś możemy im zapro­po­no­wać wyda­nie zbie­głych z Nie­miec komu­ni­stów i Żydów. Będą zado­wo­leni. A teraz ustal mi, jakiego naj­lep­szego agenta mamy w Ber­li­nie.

Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum

Następne listo­pa­dowe tygo­dnie Carl zapa­mię­tał jako okres cięż­kiej, choć jed­no­cze­śnie bar­dzo cie­ka­wej pracy. Prak­tycz­nie od rana do wie­czora prze­cho­dził szko­le­nie wywia­dow­cze. Do Życho­nia dołą­czyło dwóch kolej­nych ofi­ce­rów Oddziału II, pro­wa­dzą­cych na zmianę zaję­cia z nowym agen­tem. Uczył się metod pracy ope­ra­cyj­nej, spo­so­bów uzy­ski­wa­nia infor­ma­cji i pro­wa­dze­nia roz­mów wywia­dow­czych, przy­go­to­wy­wa­nia infor­ma­cji i posłu­gi­wa­nia się sprzę­tem uży­wa­nym przez szpie­gów. Konieczne wypo­sa­że­nie zostało w tajem­nicy prze­wie­zione z pol­skiej amba­sady. Odbył instruk­taż w obsłu­dze radio­sta­cji i prze­sy­ła­niu mel­dun­ków. Czę­sto rów­nież wycho­dzili na ulice Paryża w ramach zajęć doty­czą­cych pro­wa­dze­nia kon­troli, wykry­wa­nia obser­wa­cji i wycho­dze­nia spod obser­wa­cji. Te prak­tyczne ćwi­cze­nia pasjo­no­wały von Wedela. Stop­niowo osią­gnął odpo­wied­nie umie­jęt­no­ści.

Za bar­dzo ważne uzna­wał roz­mowy z Janem, pozwa­la­jące na pozna­wa­nie prak­tyki pracy agenta wywiadu.

– Pamię­taj, Carl – wbi­jał mu do głowy Żychoń – ni­gdy nie lek­ce­waż koniecz­no­ści obser­wo­wa­nia oto­cze­nia. Bez względu na oko­licz­no­ści trzy­maj się tego. Możesz setki razy nic ani nikogo nie wykryć, ale pew­nego dnia dostrze­żesz coś, co ura­tuje ci życie, a może nie tylko tobie. Wszystko, co nie będzie natu­ralne i typowe, powinno zwró­cić twoją uwagę. Myśl z sza­cun­kiem o swo­ich poten­cjal­nych prze­ciw­ni­kach, czyli o kontr­wy­wia­dzie czy innych wywia­dach. Tam pra­cują fachowcy, czę­sto z dużym doświad­cze­niem, dla któ­rych będziesz wro­giem. Przyj­mij, że osta­tecz­nie twoje bez­pie­czeń­stwo i unik­nię­cie dekon­spi­ra­cji jest naj­waż­niej­sze. Waż­niej­sze od dąże­nia za wszelką cenę do wyko­na­nia zada­nia. Zazwy­czaj można pod­jąć kolejną próbę dzia­ła­nia, ale jeśli wpad­niesz, to będzie koniec i tego nie da się już napra­wić. Dla nas twój los i bez­pie­czeń­stwo będzie zawsze prio­ry­te­tem.

– Rozu­miem i będę o tym pamię­tał – obie­cał von Wedel.

Uzgod­nili, że w pracy wywia­dow­czej Carl będzie posłu­gi­wał się pseu­do­ni­mem „Amber”.

Paryż, okolica mieszkania von Wedela

Carl wra­cał do swo­jego miesz­ka­nia. Dzi­siaj przez kilka godzin ćwi­czyli pracę z obser­wa­cją. Von Wedel w ciągu paru poprzed­nich dni budo­wał trasę spraw­dze­niową, któ­rej przej­ście miało zakoń­czyć się pozo­ro­wa­nym spo­tka­niem z agen­tem, a tę rolę odgry­wał Jan Żychoń. Przez pierw­sze pół godziny wędrówki uli­cami sto­licy Fran­cji Carl nie dostrzegł nikogo, kto by go śle­dził. Fak­tem było, że poszedł na łatwi­znę, spo­dzie­wa­jąc się, iż obser­wa­to­rem może być któ­ryś ze zna­nych mu już ofi­ce­rów Oddziału II. Scho­dząc do metra, zru­gał się w myślach za lek­ce­wa­że­nie ćwi­cze­nia. Pomy­ślał, że kie­dyś – tak jak powie­dział Jan – od umie­jęt­no­ści wykry­wa­nia śle­dzą­cych go wro­gów może zale­żeć jego życie, a może także bez­pie­czeń­stwo siatki. W tym momen­cie skon­cen­tro­wał się i zaczął impro­wi­zo­wać. Zna­lazł budkę tele­fo­niczną i uda­wał, że do kogoś dzwoni. Tocząc pozo­ro­waną roz­mowę, wyko­ny­wał ruchy pozwa­la­jące kon­tro­lo­wać oto­cze­nie. Po odwie­sze­niu słu­chawki, zamiast na peron metra, poszedł do toa­lety. Pocze­kał w kabi­nie ponad dzie­sięć minut, co zda­wało się gwa­ran­to­wać, że osoby, które widział wcze­śniej, z pew­no­ścią już odje­chały. Wycho­dząc z WC, ostroż­nie rozej­rzał się po kory­ta­rzu. Wśród prze­chod­niów zauwa­żył męż­czy­znę, który stał w pobliżu scho­dów na perony, zwró­cony w kie­runku toa­let, i nagle się odwró­cił. Von Wedel spo­koj­nie zszedł na peron i wsiadł do kolejki. W wago­nie sie­dział bez ruchu, a po wyj­ściu na wła­ści­wej sta­cji pod­szedł do kio­sku i kupił gazetę. Pła­cąc, dostrzegł, że męż­czy­zna, na któ­rego wcze­śniej zwró­cił uwagę, idzie powoli w stronę kio­sku. Carl wyszedł na ulicę i szyb­kim kro­kiem poko­nał kolejne skrzy­żo­wa­nia, dwa razy zmie­nia­jąc kie­ru­nek. Kiedy dotarł do nie­wiel­kiego skweru, usiadł na ławce i roz­ło­żył gazetę. Prze­glą­da­jąc ją, mógł ostroż­nie spraw­dzić oko­licę. Zauwa­żył, że podej­rzany męż­czy­zna stoi przy naroż­niku pobli­skiego budynku. Miał pew­ność, że wykrył obser­wa­cję. Ponie­waż zało­że­niem ćwi­cze­nia było dotar­cie przez von Wedela na miej­sce spo­tka­nia także w wypadku usta­le­nia obser­wa­cji, skoń­czył czy­tać i poszedł do restau­ra­cji. Od razu poin­for­mo­wał Życho­nia o tym, co dostrzegł, szcze­gó­łowo opi­su­jąc męż­czy­znę. Polak wysłu­chał go, po czym zaczął się śmiać.

– Dla­czego się śmie­jesz? – Carl poczuł się nieco ura­żony reak­cją Jana. – Zro­bi­łem czy może powie­dzia­łem coś głu­piego?

– Spo­koj­nie, Carl – roz­mówca szybko spo­waż­niał. – Śmieję się, ponie­waż wła­śnie wygra­łem zakład.

Von Wedel popa­trzył na Życho­nia, nic nie rozu­mie­jąc.

– Jaki zakład? O co cho­dzi?

– Przy­ja­cielu, wła­śnie wykry­łeś obser­wa­cję – oznaj­mił Jan. – Szedł za tobą attaché woj­skowy naszej amba­sady, bar­dzo doświad­czony ofi­cer służby wywia­dow­czej. Zało­żył się ze mną, że nie uda ci się go roz­pra­co­wać. Ja oczy­wi­ście posta­wi­łem kasę na „Ambera” i wygra­łem! Moje gra­tu­la­cje, zda­łeś dzi­siaj ważny egza­min.GRUDZIEŃ 1938 ROKU

Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum

Wobec zbli­ża­ją­cego się końca seme­stru na uni­wer­sy­te­cie ważna stała się kwe­stia ter­minu powrotu von Wedela do Ber­lina.

– Czy jest coś, co mogłoby wpły­nąć na twoją decy­zję o dal­szym pozo­sta­wa­niu w Paryżu? – pyta­nie Życho­nia padło po zakoń­cze­niu kolej­nego dnia szko­le­nia.

– Zamie­rza­łem wró­cić do Nie­miec na prze­ło­mie roku – odpo­wie­dział Carl. – Powi­nie­nem już wcze­śniej poje­chać do Kory­towa, spo­tkać się z bra­tem i wujem, no i odwie­dzić grób ojca, a wła­ściwe wspólny grób rodzi­ców. Ale wstrzy­my­wa­łem się w oba­wie, że na miej­scu nie wytrzy­mam i zro­bię jakiś głupi ruch wobec tego mor­dercy.

– Czy na­dal takie masz plany?

– Wiesz, Janie – von Wedel zamy­ślił się. – Od chwili, gdy zgo­dzi­łem się na naszą współ­pracę, moje życiowe prio­ry­tety ule­gły zna­czą­cej zmia­nie. Bio­rąc pod uwagę zaję­cie się spra­wami ope­ra­cyj­nymi, cho­ciażby w kon­tek­ście szyb­kich zmian w sytu­acji w Euro­pie, moja wizyta w rodzin­nej sie­dzi­bie prze­stała być taka ważna. Kocham moich bli­skich, ale skoro radzili sobie tak długo beze mnie, to pora­dzą sobie jesz­cze tro­chę. Tych kilka tygo­dni, zamiast wizy­cie na Pomo­rzu, powi­nie­nem poświę­cić budo­wa­niu mojej kariery w Niem­czech. I zakła­dam, że zmie­rzasz wła­śnie do tego.

– Tra­fi­łeś w sedno – przy­znał Polak. – Fakt, że sta­łeś się agen­tem, wymaga ze strony cen­trali pod­ję­cia róż­nych ruchów. W Ber­li­nie mamy rezy­den­turę, dla któ­rej będziesz pra­co­wał. Jej szefa musimy poin­for­mo­wać o two­jej oso­bie i usta­lić spo­sób nawią­za­nia kon­taktu. Drugą, a przy tym nie mniej ważną kwe­stią, jest to, gdzie tra­fisz po powro­cie, czyli na ile przy­datne dla naszej służby będzie miej­sce two­jej pracy.

– Myślę, że dla osoby o takich warun­kach jak ja wła­ści­wie nie ma prze­szkód, żeby wybrać insty­tu­cję cie­kawą dla was – zade­kla­ro­wał Carl. – Zakła­dam, że naj­bar­dziej war­to­ściowa byłaby admi­ni­stra­cja rzą­dowa, w pobliżu kanc­le­rza, MSZ, woj­sko czy wywiad. Nie mylę się?

– Znowu masz rację. Każda z tych insty­tu­cji daje poten­cjalne moż­li­wo­ści dotar­cia do infor­ma­cji waż­nych dla Pol­ski, ale rów­nież dla sytu­acji w Euro­pie. Wspo­mnia­łeś o swo­ich moż­li­wo­ściach i zapewne masz rację w ich oce­nie. Jed­nak spró­bujmy zasta­no­wić się, gdzie byłoby naj­ła­twiej zacząć twoją karierę.

– Wiesz, mam kilku zna­jo­mych jesz­cze z okresu stu­diów w Ber­li­nie, któ­rzy pod­jęli pracę w momen­cie, kiedy ja wyje­cha­łem do War­szawy, a potem do Kra­kowa. Wiem, że pra­cują w woj­sku, w resor­cie spraw zagra­nicz­nych i w innych mini­ster­stwach. Część z nich ma tak dobre układy rodzinne, że przy ich deli­kat­nym wyko­rzy­sta­niu dosta­nie się przeze mnie do każ­dej z wymie­nio­nych insty­tu­cji nie powinno sta­no­wić pro­blemu. Co byłoby naj­waż­niej­sze dla was?

– Nie­wąt­pli­wie naj­cen­niej­szy byłby twój akces do wywiadu, myślę tu o Abweh­rze – oce­nił Jan. – Praca w wywia­dzie zawsze daje moż­li­wo­ści zdo­by­wa­nia war­to­ścio­wych infor­ma­cji, doku­men­tów, uczest­ni­cze­nia w ope­ra­cjach, które mogą być istotne dla Pol­ski. Jed­no­cze­śnie pod przy­kry­ciem dzia­łań ope­ra­cyj­nych łatwiej jest zaka­mu­flo­wać czyn­no­ści zwią­zane z kon­tak­to­wa­niem się z rezy­den­tem czy kimś innym z ber­liń­skiej siatki. A więc główny wysi­łek skie­ruj na wej­ście do Abwehry. Jeśli jed­nak to oka­za­łoby się zbyt trudne, wów­czas pomyśl o woj­sku. Wąt­pię w moż­li­wość zbli­że­nia do ści­słego kie­row­nic­twa Rze­szy, wobec braku two­ich czy two­jej rodziny związ­ków z aktyw­no­ścią poli­tyczną w NSDAP.

– Czyli wszystko jasne, apli­kuję do wywiadu – pod­su­mo­wał Carl. – Mam już nawet pomysł, do kogo zwrócę się na początku.

– Powiedz, o kim myślisz?

– Hans Beck­mann – powie­dział z uśmie­chem von Wedel. – Razem stu­dio­wa­li­śmy, razem pili­śmy w róż­nych knaj­pach, krzy­żo­wa­li­śmy też ręka­wice na ringu i wspól­nie pod­ry­wa­li­śmy dziew­czyny. Bo musisz wie­dzieć, że Hans to praw­dziwy pies na baby. To wszystko two­rzy nie­zły pre­tekst, żeby wyko­rzy­stać jego pomoc. Beck­mann ma świetne konek­sje rodzinne, ojca gene­rała w Szta­bie Gene­ral­nym, więc w Ber­li­nie więk­szość drzwi stoi przed nim otwo­rem, także tam, gdzie ja chciał­bym tra­fić. Ma jesz­cze jedną ważną cechę. Jak coś robi, to zazwy­czaj uważa, że sam wymy­ślił całą kon­cep­cję. Wystę­pu­jąc w mojej spra­wie, będzie wewnętrz­nie prze­ko­nany, że to on mi zapro­po­no­wał zała­twie­nie tej roboty, więc tym bar­dziej się postara. Z pew­no­ścią nie zechce pamię­tać, że popro­si­łem go o wspar­cie w tej spra­wie. Mój mają­tek zawsze mu impo­no­wał, dla­tego jak potrzą­snę kiesą i zapro­szę go do kilku ele­ganc­kich lokali w Ber­li­nie, szybko przy­po­mni sobie o naszych przy­ja­ciel­skich kon­tak­tach.

– Świet­nie, mamy usta­lone, w którą stronę idziemy – skwi­to­wał Żychoń, a Carl dostrzegł, że roz­mówca jest bar­dzo skon­cen­tro­wany. – Teraz posłu­chaj: po przy­jeź­dzie do Ber­lina zadzwo­nisz pod ten numer tele­fonu – Polak wrę­czył von Wede­lowi kartkę z rzę­dem cyfr. – Posta­raj się je zapa­mię­tać, choć jeśli zacho­wasz tę kartkę, niczym to nie grozi. Kiedy skon­tak­tu­jesz się z tym nume­rem, przed­staw się jako „Asbjørn”. Roz­mówca zapyta cię, czy znasz „Alto Douro”. Odpo­wiesz, że wolisz „Guimarães”. Usły­szysz cyfrę i roz­łą­czysz się. Cyfra ozna­czać będzie godzinę spo­tka­nia następ­nego dnia na dworcu Ber­lin Anhal­ter, po lewej stro­nie lady prze­cho­walni bagażu. Zapa­mię­tasz?

– „Asbjørn”, „Alto Douro”, „Guimarães”. Cyfra to godzina spo­tka­nia naza­jutrz, po lewej stro­nie prze­cho­walni.

– Zga­dza się – potwier­dził Jan.

Na koniec spo­tka­nia Żychoń zro­bił coś, czym zasko­czył agenta.

– Jeżeli kie­dy­kol­wiek gdzieś doj­dzie do naszego spo­tka­nia, pamię­taj, że się nie znamy – stwier­dził. – Nie wiesz, jak ja się nazy­wam. Bez mojej ini­cja­tywy ni­gdy nie pró­buj do mnie podejść. I jako dowód mojego zaufa­nia wobec cie­bie powiem ci, że naprawdę wcale nie nazy­wam się Jan Żychoń. To imię i nazwi­sko lega­li­za­cyjne. Praw­dzi­wych moich danych nie poznasz, o ile nie będzie to nie­zbędne. Dla­tego jeśli kie­dy­kol­wiek usły­szysz o Janie Życho­niu z Oddziału II, to praw­do­po­dob­nie nie będzie cho­dziło o mnie. Tym bar­dziej że jest inna osoba, która tak się nazywa.

– Dobrze, Janie. A czy w ogóle jesz­cze kie­dyś się spo­tkamy? – w gło­sie von Wedela poja­wił się nie­sły­szany dotąd ton.

– W tym zawo­dzie wszystko jest moż­liwe, choć jed­no­cze­śnie bar­dzo wąt­pliwe, że tak się sta­nie – sen­ten­cjo­nal­nie powie­dział Polak. – Zbliża się bar­dzo ciężki czas. Pew­nie wybuch­nie wojna i zapewne dotknie całą Europę. Ale w końcu poko­namy wspól­nie zło i nasta­nie pokój. Miejmy nadzieję, że w tych dobrych cza­sach uda nam się ponow­nie spo­tkać. Na razie życzę ci, żebyś prze­trwał ten tra­giczny okres. I pamię­taj, twoje życie zależy od czuj­no­ści, obser­wo­wa­nia oto­cze­nia i roz­sądku. Jeśli będziesz tak postę­po­wał, przy­szłość będzie twoja. Żegnaj Carl.

Paryż, okolica mieszkaniA von Wedela

Roz­mowa z Janem Życho­niem, czy jak tam się naprawdę nazy­wał, spra­wiła, że von Wedel szedł do domu w ogól­nie dobrym nastroju, choć zamy­ślony i nieco zasmu­cony tym, że może już ni­gdy nie zoba­czy przy­ja­ciela. Wra­cał do Nie­miec, cho­ciaż jego sytu­acja ule­gła zasad­ni­czej zmia­nie. Poje­dzie do Ber­lina, żeby pra­co­wać tam dla pol­skiego wywiadu. Skoń­czyło się zwy­czajne życie, był agen­tem i miał wal­czyć z nazi­stow­skim reżi­mem, wykra­da­jąc tajne infor­ma­cje. Ni­gdy wcze­śniej, nawet w mło­dzień­czych wyobra­że­niach, nie przy­szło mu do głowy, że będzie zaj­mo­wał się czymś takim.

W ulicz­nej sza­rówce jego uwagę zwró­cił błysk zapałki. W bra­mie vis-à-vis budynku, w któ­rym znaj­do­wało się miesz­ka­nie Carla, stał młody męż­czy­zna i wła­śnie zapa­lił papie­rosa. Zapewne wcze­śniej taka sytu­acja nie mia­łaby dla niego zna­cze­nia, ale obec­nie zare­ago­wał i zapa­mię­tał tego czło­wieka. Zamiast wejść do swo­jej bramy, poszedł dalej. Tylko w ten spo­sób mógł spraw­dzić, czy męż­czy­zna ma wobec niego jakie­kol­wiek złe zamiary. Pozor­nie wyda­wało się to prze­sadą, ale nauczył się, że w nowym życiu wywia­dow­czym wszystko może być ważne. Skrę­cił w prze­cznicę, potem w kolejną. Przez szybę naroż­nego sklepu zoba­czył, że męż­czy­zna idzie za nim, a przy­naj­mniej w tym samym kie­runku co on przed chwilą. Sytu­acja stała się bar­dziej zło­żona, gdy von Wedel stwier­dził, że tam­ten nie był sam. Towa­rzy­szył mu inny młody czło­wiek. Pomy­ślał, że to może być kon­ty­nu­acja dzi­siej­szych ćwi­czeń, choć nie wie­dział, skąd Polacy zna­leźli nowych nie­zna­nych Car­lowi pozo­ran­tów. Zszedł do metra i poje­chał do swo­jej ulu­bio­nej restau­ra­cji. Zjadł dobrą kola­cję, wypił dwa kie­liszki wina i opu­ścił lokal. Idąc w stronę sta­cji metra, dostrzegł zna­jomą syl­wetkę wła­śnie cho­wa­jącą się w nie­da­le­kiej bra­mie. Po prze­ciw­nej stro­nie ulicy zoba­czył towa­rzy­sza męż­czy­zny. Był pewien, że to oni! Von Wedel inten­syw­nie myślał. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że obaj poja­wili się w oko­li­cach jego miesz­ka­nia, a teraz, tak jak on, znaj­do­wali się w spo­rej odle­gło­ści od tam­tego miej­sca. Przy­pa­dek? Nie­moż­liwe. Był prze­ko­nany, że go śle­dzili. Jeżeli Polacy chcieli go spraw­dzić, to wszystko było w porządku. Jed­nak zaję­cia zostały już ofi­cjal­nie zakoń­czone, więc cała sytu­acja była dziwna. „A jeżeli to nie są ćwi­cze­nia?”, przy­szło mu nagle do głowy. Jeśli ma rację, to kim mogli być tamci dwaj? Oczy­wi­ście, jeżeli fak­tycz­nie cho­dziło o dwóch. Brał pod uwagę, że zain­te­re­so­wali się nim pary­scy ban­dyci, któ­rzy zamie­rzali go okraść. A może te wcze­śniejsze zaję­cia z ofi­ce­rami pol­skiego wywiadu ścią­gnęły na Carla zain­te­re­so­wa­nie fran­cu­skich służb bez­pie­czeń­stwa? W sytu­acji, w któ­rej obec­nie się znaj­do­wał, musiał brać pod uwagę różne moż­li­wo­ści. Uznał, że ze strony Fran­cu­zów raczej nic mu nie grozi, w końcu krę­cąc się po Paryżu, nie zro­bił przez ostat­nie tygo­dnie niczego złego. Poważ­niej­szym zagro­że­niem byli ban­dyci szu­ka­jący w jego oso­bie łatwej ofiary. Posta­no­wił, że powi­nien zacho­wać czuj­ność i wra­cać do domu, a w razie czego podej­mie walkę z nimi. Ruszył w kie­runku sta­cji metra, pamię­ta­jąc, że po dro­dze musi minąć bramę, w któ­rej scho­wał się jeden z męż­czyzn. Posta­no­wił utrud­nić zada­nie poten­cjal­nemu prze­ciw­ni­kowi i zato­czył się w lewo. Ten ruch pozwo­lił mu czła­pać tuż przy ścia­nie budynku. O tym, że się nie pomy­lił, podej­rze­wa­jąc mło­dych męż­czyzn o zain­te­re­so­wa­nie jego osobą, prze­ko­nał się już po chwili. Ten, który dotąd szedł po dru­giej stro­nie ulicy, nagle zna­lazł się na jezdni i ruszył w stronę Carla.

Wyda­rze­nia poto­czyły się bar­dzo szybko. Naj­pierw usły­szał gwizd dobie­ga­jący od strony czło­wieka prze­ci­na­ją­cego jezd­nię. Von Wedel wła­śnie doszedł do bramy, gdy wysko­czył z niej pierw­szy męż­czy­zna. Carl stwier­dził, że tam­ten go nie widzi – zapewne spo­dzie­wał się zoba­czyć go na środku chod­nika. Dru­gie spo­strze­że­nie było waż­niej­sze: męż­czy­zna trzy­mał w dłoni nóż. Von Wedel zawie­rzył sta­remu porze­ka­dłu, że naj­lep­szą formą obrony jest atak. Dla­tego bez waha­nia ruszył na pierw­szego z prze­ciw­ni­ków. Pra­wym sier­po­wym ude­rzył męż­czy­znę w szczękę, jed­no­cze­śnie wyko­nał zwód, aby nie zostać tra­fiony. Wyko­rzy­stu­jąc zasko­cze­nie prze­ciw­nika, zła­pał go za rękę trzy­ma­jącą nóż i szarp­nął mocno do przodu. Tam­ten wypu­ścił broń i pole­ciał przed sie­bie, tra­cąc rów­no­wagę. Nie cze­ka­jąc na jego upa­dek na chod­nik, Carl bły­ska­wicz­nie odwró­cił się w stronę jezdni, aku­rat w porę, żeby spo­tkać dru­giego wroga. Męż­czy­zna, widząc upa­dek swo­jego kolegi, ruszył bie­giem, choć jak się oka­zało, nie miał spre­cy­zo­wa­nej kon­cep­cji ataku. Von Wedel, nie dba­jąc o wymogi honoru, bły­ska­wicz­nie kop­nął tam­tego w kro­cze. Atak był kom­plet­nie zaska­ku­jący, a prze­ciw­nik zwi­nął się z bólu. Gdy pochy­lony trzy­mał się za pod­brzu­sze, Carl ude­rzył go pre­cy­zyj­nie w pod­stawę czaszki, co spo­wo­do­wało cał­ko­wite wyeli­mi­no­wa­nie prze­ciw­nika z walki. Odwró­cił się do pierw­szego męż­czy­zny aku­rat w momen­cie, gdy ten zaczął pod­no­sić się z ziemi. Von Wedel wykrę­cił mu lewą rękę i wcią­gnął do bramy. Tam wzmoc­nił chwyt, co wywo­łało gło­śne jęki prze­ciw­nika.

– Zamknij mordę, bo zła­mię ci rękę! – wysy­czał mu do ucha von Wedel. Męż­czy­zna posłu­chał i zamilkł, w bra­mie sły­chać było jedy­nie płacz­liwe sapa­nie. – Czego ode mnie chce­cie? Tylko mów, kurwa, prawdę!

Męż­czy­zna, poko­nu­jąc ból, uniósł głowę, zwra­ca­jąc twarz w jego stronę.

– Cho­dzi o Jacqu­eline…

– Co ty pier­do­lisz! O jaką Jacqu­eline? – rzu­cił zasko­czony Carl, nie rozu­mie­jąc, co tam­ten ma na myśli. Jed­no­cze­śnie spoj­rzał w stronę ulicy, aby spraw­dzić, czy zno­kau­to­wany prze­ciw­nik nie wraca do sie­bie. Męż­czy­zna jed­nak leżał bez ruchu. Nie­liczni prze­chod­nie go omi­jali. – Nie kłam!

– Ja nie kła­mię – miał to potwier­dzić roz­pacz­liwy ton odpo­wie­dzi. – Naprawdę nie kła­mię.

– Jaka Jacqu­eline? Co to zna­czy?

– To moja narze­czona – wyja­śnił męż­czy­zna. – Ale od kiedy zapro­si­łeś ją na randkę, zacho­wuje się dziw­nie i nie chce ze mną roz­ma­wiać…

– Ja z Jacqu­eline…? – jesz­cze przez moment był zdez­o­rien­to­wany sło­wami Fran­cuza.

W końcu zro­zu­miał. Tak miała na imię kole­żanka z uni­wer­sy­tetu. Sie­dzieli w pobliżu sie­bie w uczel­nia­nej biblio­tece, a uroda dziew­czyny tak olśniła Carla, że zapro­sił ją na kola­cję. Zgo­dziła się chęt­nie, a Carl zupeł­nie nie wziął pod uwagę, że dziew­czyna może być z kimś zwią­zana. Spę­dzili miły wie­czór i to wszystko. Gdy uświa­do­mił sobie, że powo­dem ataku obu Fran­cu­zów na niego była zazdrość o kobietę, chciało mu się gło­śno śmiać. Zamiast tego powie­dział:

– Nic do niej nie mam, jest twoja. Ja jutro wyjeż­dżam z Paryża i zniknę z waszego życia. Dotarło?

– Tak… – potwier­dził nie­szczę­sny narze­czony.

Von Wedel puścił go, a zasko­czony Fran­cuz upadł na bruk. Carl minął leżą­cego na­dal kolegę tam­tego i ruszył w stronę sta­cji metra. Po kil­ku­na­stu kro­kach wresz­cie gło­śno się roze­śmiał. W ten spo­sób odre­ago­wał ner­wową sytu­ację. Czuł zado­wo­le­nie z tego, jak sobie pora­dził. Jed­no­cze­śnie utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że szko­le­nie ope­ra­cyjne nie poszło na marne i wła­śnie dzi­siaj wie­czo­rem zdał kolejny egza­min. Usta­lił obser­wa­cję, kon­tro­lo­wał prze­bieg wyda­rzeń i poznał powód, dla któ­rego był śle­dzony. Uznał, że jest gotowy, aby wra­cać do Nie­miec i zro­bić to, na co się zde­cy­do­wał. Humoru nie zepsuło mu nawet uświa­do­mie­nie sobie, że kolejni prze­ciw­nicy będą dużo groź­niejsi od obu Fran­cuzów.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij