Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Gdańsk - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
3399 pkt
punktów Virtualo

Gdańsk - ebook

Wielka gdańska saga trwa!

Ciemne chmury zbierają się nad Gdańskiem i losem Johanny. Odważna młoda kobieta walczy o przetrwanie stoczni… i o sekretną miłość.

Johanna jest szczęśliwa. Budowa nowej stoczni Forsterów przebiega zgodnie z planem. Jej mąż, Berthold, i jego syn z pierwszego małżeństwa, Paweł, z zapałem pracują nad pierwszym statkiem, który wkrótce zostanie zwodowany. Johanna również coraz aktywniej pragnie angażować się w działalność stoczni. Berthold i Paweł doceniają jej proaktywne podejście, ale – ku jej niezadowoleniu – jako kobieta wciąż ma niewiele do powiedzenia. Dodatkowo Paweł jej unika. Nie może zapomnieć o tym, co wydarzyło się podczas pożaru magazynu.

Tymczasem brat Johanny, Teodor, nie ustaje w intrygach. Zazdrosny o jej sukces, stawia coraz to nowe przeszkody, by zaszkodzić jej i stoczni. Kiedy podczas uroczystego chrztu pierwszego statku wybucha skandal, na próbę zostaje wystawiona nie tylko reputacja nowego przedsiębiorstwa, ale również małżeństwo Johanny…

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-829-9
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

TEODOR

Ma mocny sen, więc budzi się dopiero, gdy Luiza szar­pie go za ramię. Trudno zro­zu­mieć, co ona tam szepce, bo jej słowa giną wśród jęków i stę­ka­nia.

– Co znowu? – mru­czy pół­przy­tomny.

Nagle trzeź­wieje i już wie, co się dzieje. Dziecko! Ona rodzi dziecko. Ogar­nięty panicz­nym stra­chem wyska­kuje z łóżka i boso bie­gnie przez kory­tarz.

– Traude! Pani Döppel! – krzy­czy ochry­ple.

W poko­jach służby na pod­da­szu sta­rej gdań­skiej han­ze­atyc­kiej kamie­nicy panuje mar­twa cisza; gdy trzeba spro­wa­dzić aku­szerkę w środku nocy, słu­żący robią się przy­głusi. Zwłasz­cza że wszę­dzie leży śnieg i oddech zama­rza na luto­wym mro­zie.

Pan domu w furii łomo­cze w drzwi, za któ­rymi śpi jego brat Ernst.

– Wsta­waj! Luiza rodzi! No już, zbie­raj się!

Z mał­żeń­skiej sypialni dobie­gają gło­śne jęki Luizy. To go napawa stra­chem. Żona led­wie prze­żyła kilka poro­nień i w zasa­dzie – jak ostrze­gał lekarz – kolejna ciąża to dla niej śmier­telne zagro­że­nie. No ale zda­rzyło się, a Bóg zrzą­dził, że tym razem dono­siła dziecko. Tylko czy prze­żyje poród? Luiza jest deli­kat­nej kon­sty­tu­cji, silne krwo­toki przy poro­nie­niach za każ­dym razem dopro­wa­dzały ją na skraj śmierci.

Młod­szy brat naj­wy­raź­niej nie spie­szy się ze wsta­wa­niem. Teo­dor nie­cier­pli­wie łapie lampkę nocną ze sto­ją­cej na kory­ta­rzu komody, otwiera z roz­ma­chem drzwi do sypialni Ern­sta i świeci do wnę­trza. No oczy­wi­ście – na stole leżą zapi­sane arku­sze, obok stoi wypa­lona świeca. Znowu przez pół nocy pisał te swoje bez­u­ży­teczne trak­taty. Ernst uważa się za wiel­kiego lite­rata – cóż za non­sens!

– Nie sły­sza­łeś? Ubie­raj się i ścią­gnij tu aku­szerkę!

– A czemu ja? – Zza zasłon przy łóżku dobiega zaspane bur­cze­nie. – Czy to może moje dziecko?

Teo­dora ogar­nia wście­kłość. Ernst ostat­nio pozwala sobie na imper­ty­nen­cje, na które wcze­śniej wobec star­szego brata ni­gdy by się nie ośmie­lił. Wygląda na to, że zarę­czyny z bogatą córką arma­tora Anną Marią Jon­kers ude­rzyły mu do głowy, w końcu panna wnosi w wia­nie korzystne kon­takty han­dlowe z przed­się­bior­stwem żeglu­go­wym swo­jego ojca.

– Mam cię popę­dzić? – ryczy Teo­dor i groź­nie zbliża się do łóżka. Nie odczuwa skru­pu­łów przed zdar­ciem koł­dry z młod­szego brata i wycią­gnię­ciem go za łeb z pier­na­tów.

– Ja pójdę, jaśnie panie! – roz­lega się za nim czyjś głos.

W kory­ta­rzu roz­bły­ska świa­tło, ale przy­odziana w nocny strój postać nie jest ani gospo­dy­nią, ani Traude. To Danuta, owi­nięta weł­nianą chu­stą.

– Nie! – oświad­cza Teo­dor. – Ty nie.

Jesz­cze tego bra­kuje, żeby aku­rat Danuta błą­kała się po mie­ście w ciemną i zimną noc, niech no jesz­cze ktoś ją napad­nie. Niech Traude albo pani Döppel odmra­żają sobie nogi. Niech Ern­stowi odpadną uszy na mro­zie. Danuta była przez pewien czas słu­żącą w tym domu, ale teraz jest matką jego uko­cha­nego syneczka Chri­stiana, włos jej z głowy spaść nie może.

– Ależ, jaśnie panie, pań­skiej żonie potrzebna jest aku­szerka! – lamen­tuje Danuta. – Pani jest taka deli­katna, a poród wyssie z niej wszyst­kie siły…

W tym momen­cie sły­chać, jak Ernst, klnąc, wstaje z łóżka i zrywa z głowy szlaf­mycę, która w nocy chroni jego arty­styczny lok przed roz­czo­chra­niem.

– Precz z mojego pokoju! – pomstuje. – Ubie­ram się. Danuto, przy­szy­kuj mi futro Teo­dora! I ocie­plane buty z cho­le­wami!

– No wresz­cie! – kwi­tuje Teo­dor z zado­wo­le­niem.

Rusza scho­dami na pod­da­sze, żeby pogo­nić obie słu­żące. Wsta­wać, poza­pa­lać lampy. Napa­lić w sypialni. Pod­grzać wodę. Przy­szy­ko­wać posi­łek dla tej nie­na­żar­tej aku­szerki. Zapa­rzyć her­batę. Cze­kać w goto­wo­ści.

– Do dia­bła cięż­kiego! Rusz­cie kulasy, jak chce­cie tu jesz­cze pra­co­wać!

Kobiety są już ubrane. Oczy­wi­ście, że sły­szały jego woła­nie przed chwilą, ale obie chy­tru­ski wolały zacze­kać w nadziei, że nie wyśle ich na ten ziąb.

– Do usług, jaśnie panie – mam­roce skwa­pli­wie gospo­dyni, dyga­jąc. – Musia­łam tylko wło­żyć suk­nię, nie mogę prze­cież sta­wić się przed jaśnie panem w koszuli…

Döppelowa jest niska i przy­sa­dzi­sta, no i brzydka jak noc; jej widok w koszuli noc­nej raczej nie byłby przy­jemny. Poko­jówka, chuda jak szczapa i pła­ska jak deska Traude, też nie jest pięk­no­ścią. Teo­dor odsyła ją do Luizy, a gospo­dyni zabiera się w kuchni do roboty.

On sam na razie nie wcho­dzi do mał­żeń­skiej sypialni. Nic tam po nim, porody i tym podobne sprawy to rzecz kobiet, tajem­ni­cze pro­cesy, pełne mrocz­nych i prze­ra­ża­ją­cych szcze­gó­łów, o któ­rych męż­czy­zna nie musi się dowia­dy­wać. Czeka na kory­ta­rzu, póki Traude do niego nie wyj­dzie.

– I co? – pyta.

– Ma bóle poro­dowe, jaśnie panie…

– Tyle sam wiem. Coś poza tym?

– To jesz­cze dobrą chwilę potrwa. Będziemy wie­dzieć wię­cej, jak przyj­dzie aku­szerka.

– Zaj­mij się nią!

– Oczy­wi­ście, jaśnie panie.

Teo­dor stoi jesz­cze przez moment w kory­ta­rzu, nasłu­chu­jąc. Gdy znowu dobie­gają go stę­ka­nia i jęki Luizy, nara­sta w nim nie­zno­śne poczu­cie, że sam nie jest bez winy, jeśli idzie o jej cier­pie­nia. W końcu nie dotrzy­mał posta­no­wie­nia, by zanie­chać cie­le­snego obco­wa­nia z żoną.

Uspo­kaja się, że prze­cież sama tego chciała. Prze­cież było to jej naj­go­ręt­szym pra­gnie­niem, no i bądź co bądź tym razem udało jej się dono­sić dziecko. Ile jest warta gada­nina dok­tora Stern­berga? Jeśli Bóg zechce, Luiza powije zdro­wego syna, który będzie dora­stał pod jej okiem.

W nie­opa­la­nym kory­ta­rzu cią­gnie chło­dem, a ponie­waż Teo­dor nijak nie jest w sta­nie przy­spie­szyć biegu rze­czy, wyco­fuje się do swo­jego daw­nego pokoju dzie­cię­cego, który teraz służy gościom. Cia­sno tam, ponie­waż upy­cha się w nim naj­roz­ma­it­sze graty, ponadto prze­ście­ra­dło i poduszki na łóżku są zawil­go­cone z zimna, więc zanim Teo­dorowi uda się zasnąć, mija dobra chwila. Ale wresz­cie zapada w głę­boki i mocny sen.

Budzi się dopiero rano o zwy­kłej porze. Jest jesz­cze ciemno, w domu panuje gro­bowa cisza. Teo­dor siada na łóżku i czuje lodo­waty ziąb prze­ni­ka­jący przez nocną koszulę. Nikt go nie obu­dził, by prze­ka­zać mu nowiny, niczego dobrego to nie wróży. Przy­gnę­biony wstaje i woła Traude, żeby przy­nio­sła mu ubra­nie.

– Jak się czuje moja żona?

– Śpi, jaśnie panie.

– Śpi? To zna­czy, że dziecko już się uro­dziło?

– Nie, jaśnie panie. Bóle poro­dowe ustały. Aku­szerka zja­dła solidne śnia­da­nie i poszła do domu, bo to może jesz­cze potrwać. Mamy ją powia­do­mić, kiedy jaśnie pani znowu zacznie rodzić.

Co za roz­cza­ro­wa­nie! Całe zamie­sza­nie na darmo, pie­nią­dze dla aku­szerki, któ­rych ta bez wąt­pie­nia zażąda, wyrzu­cone w błoto. Dla­czego rodząca raz czuje bóle porodu, a raz nie? Prze­cież uro­dze­nie dziecka to coś, co jak naj­szyb­ciej chcia­łoby się mieć za sobą, prawda? Ale na Luizie ni­gdy nie można było pole­gać…

Z Lange Gasse, z Dłu­giej, dobiega chro­bot łopat do śniegu, po bruku tur­koce fur­manka, koń­skie pod­kowy ude­rzają głu­cho w zmro­żony śnieg. Teo­dor czeka na gospo­dy­nię, żeby przy­nio­sła dzba­nek cie­płej wody, potem myje się, goli i sta­ran­nie zacze­suje włosy na łysinkę pośrodku głowy, pamiątkę po poża­rze hali maga­zy­no­wej w zeszłym roku. Na rękach też widać ślady tam­tego wyda­rze­nia. Na szczę­ście zacho­wał wszyst­kie palce, ale na wewnętrz­nych powierzch­niach dłoni zostało kilka niby to zago­jo­nych miejsc, które trzeba sma­ro­wać maścią, ponie­waż skóra stała się wraż­liwa i utra­ciła dawną ela­stycz­ność. Przy­spa­rza mu to nie­zno­śnych trud­no­ści z chwy­ta­niem cze­go­kol­wiek, a przed­mioty czę­sto wyśli­zgują mu się z rąk. Musi też uwa­żać, żeby nie uma­zać maścią waż­nych doku­men­tów. Jed­nak gdy wspo­mni roz­sza­lały ogień, to w osta­tecz­nym roz­ra­chunku naprawdę nie­źle się z tego wyka­ra­skał. Nie­je­den „dobry przy­ja­ciel” lub zna­jomy widział już Teo­dora na cmen­ta­rzu i tylko cze­kał, aż sza­cowna firma han­dlowa ogłosi ban­kruc­two. Ale on tak pokie­ro­wał swoim przed­się­bior­stwem, że udało mu się unik­nąć kata­strofy. Pozo­stało jesz­cze kilka ostat­nich zobo­wią­zań, któ­rych spłatę mu odro­czono, ale na ile zdoła, dotrzy­muje ter­mi­nów, zaś han­del zbo­żem, do któ­rego wresz­cie zna­lazł doj­ście, pozwala ocze­ki­wać rosną­cych zysków. Mot­tlau, Motława, jest jesz­cze zamar­z­nięta, co unie­moż­li­wia żeglugę, ale zima nie będzie prze­cież trwała wiecz­nie, naj­da­lej za dwa tygo­dnie port gdań­ski znów będzie wolny od lodu. Statki mogą przy­bi­jać do Neu­fahr­was­ser, Nowego Portu, na pół­nocy, gdzie Wisła ucho­dzi do Morza Bał­tyc­kiego; hala maga­zy­nowa byłaby teraz jak zna­lazł. Ale z pia­chu ster­czą na­dal jej zglisz­cza, a doszły do niego słu­chy, że zło­dziej­ski naród zabrał się do sza­brunku jego cegieł. Jakież to wszystko iry­tu­jące!

Śnia­da­nie począt­kowo je sam, ponie­waż Ernst znowu zaspał. Ma więc czas, by roz­my­ślać o nie­pra­wo­ści tego świata, który pozwala takiemu zbrod­ni­czemu sukin­sy­nowi pod­pa­lać z czy­stej żądzy zemsty maga­zyn pełen drewna. Jego dawny słu­żący Oskar Possert, któ­rego twardo podej­rzewa o pod­ło­że­nie ognia pod halę, zapadł się pod zie­mię i nie można go pocią­gnąć do odpo­wie­dzial­no­ści za ten czyn. Świat jed­nak jest tak urzą­dzony, że spra­wie­dliwi muszą cier­pieć, a niespra­wie­dliwi trium­fują, Teo­dor Berend doświad­czał tego nie­stety od dzie­ciń­stwa. Kogo ojciec obda­rzał miło­ścią? Nie jego, naj­star­szego syna, który roz­pacz­li­wie o nią zabie­gał. Ojciec kochał dwójkę młod­szych dzieci, a zwłasz­cza swoją jasno­włosą „Haneczkę”, czyli córkę Johannę, oraz małego Ern­sta, zawsze tak sko­rego do zabaw­nych figli i psot. Teo­dor już wtedy nauczył się zno­sić pod­łość świata i nie upa­dać na duchu. To nie­na­wiść wobec nie­spra­wie­dli­wo­ści pomaga mu prze­trwać, ogrzewa go i daje mu siły do prze­ciw­sta­wia­nia się losowi.

Zzięb­nięty i nie­wy­spany Ernst poja­wia się w jadalni, nalewa sobie kawy i narzeka na ból gar­dła.

– Nie mam pre­ten­sji do Luizy – bur­czy. – Ale mogłem sobie daro­wać nocny spa­cer po śniegu i lodzie.

– Nie można było tego prze­wi­dzieć. – Teo­dor staje w obro­nie żony. – Poród jest skom­pli­ko­waną rze­czą i nie zawsze prze­biega tak, jak byśmy tego ocze­ki­wali.

Ernst kiwa głową ze zro­zu­mie­niem i sma­ruje masłem kromkę chleba.

– Moja Anna Maria jest tego samego zda­nia – obwiesz­cza. – Dla­tego posta­no­wiła nie mieć dzieci. Uwa­żam tę decy­zję za godną uwagi i powie­dzia­łem, że się z nią zga­dzam.

Teo­dor przy­wykł już do kon­fron­ta­cji z nie­co­dzien­nymi poglą­dami narze­czo­nej swo­jego bra­ciszka. Tym razem jed­nak opi­nia Anny Marii jest tak nie­do­rzeczna, że wywo­łuje szy­der­czy uśmiech na jego twa­rzy. Bądź co bądź, to jedyna córka zamoż­nego arma­tora Jana Jon­kersa, a wobec tego zobo­wią­zana do wyda­nia na świat potomka i dzie­dzica.

– Ser­deczne gra­tu­la­cje z powodu tak mądrego usta­le­nia – stwier­dza z iro­nią.

– Bar­dzo dzię­kuję – odpo­wiada Ernst i nad­gryza kanapkę. – Zresztą – cią­gnie, prze­żu­wa­jąc – mógł­byś prze­pi­sać na mnie halę w Neu­fahr­was­ser, w Nowym Por­cie. Ojciec Anny Marii jest zain­te­re­so­wany jej odbu­dową i wyko­rzy­sta­niem w cha­rak­te­rze maga­zynu na roz­ma­ite towary.

Teo­dor mało się nie dławi poranną kawą. Co za bez­czel­ność! Nie da się ukryć, że odkąd bra­ci­szek zarę­czył się z Anną Marią, czuje się coraz bar­dziej pewny sie­bie.

– Prze­pi­sać halę na cie­bie? A skąd ci przy­szedł do głowy tak sza­lony pomysł?

Ernst nie odpo­wiada od razu, przy­pusz­czal­nie musi zebrać całą odwagę, żeby wytrwać przy swoim żąda­niu.

– No… – zaczyna roz­wle­kle. – W końcu stoi na grun­tach, które pap­cio przy­obie­cał mi w testa­men­cie.

Tu cię mamy! Ten nowy prze­jaw aro­gan­cji jed­no­znacz­nie trzeba przy­pi­sać złemu wpły­wowi tej małej.

– Nic mi o tym nie wia­domo – ucina dys­ku­sję Teo­dor. – Testa­ment ojca leży w sza­fie z aktami, możesz prze­czy­tać, co zostało ci prze­zna­czone.

Obaj świet­nie wie­dzą, co zapi­sano w testa­men­cie. Teo­dor spi­sy­wał go pod dyk­tando umie­ra­ją­cego ojca, a następ­nie Ernst i Luiza, obecni w pokoju, poświad­czyli pod­pi­sami praw­dzi­wość doku­mentu.

– Sam wiesz dobrze, że opu­ści­łeś nie­które ustępy, które podyk­to­wał ci ojciec – oświad­cza Ernst i spo­gląda bratu w oczy z nie­znaną do tej pory krnąbr­no­ścią.

Tu ma rację. Teo­dor nie chciał dopu­ścić do roz­pro­sze­nia majątku Beren­dów i dla­tego pomi­nął kilka zapi­sów, któ­rych ojciec w swo­jej poczci­wo­ści chciał doko­nać na rzecz młod­szego rodzeń­stwa. Co z kolei umknęło naiw­nemu Ern­stowi przy skła­da­niu pod­pisu.

– Chyba nie chcesz mi zarzu­cić, że ogra­bi­łem cię z two­jego dzie­dzic­twa? – zwraca się groź­nie do brata. – Spró­buj tylko, sam zoba­czysz, jak na tym wyj­dziesz!

Ernst wbija wzrok w swój talerz. Bra­ci­szek zawsze był tchó­rzem, ustę­puje przed groźbą, od razu pod­kula ogon.

– A co by się takiego stało, gdy­byś prze­pi­sał halę na mnie? – ucieka się do próśb. – I tak się spa­liła, a jej odbu­dowa będzie mnó­stwo kosz­to­wać.

To aku­rat prawda, ale Teo­dor w żad­nym razie nie ma zamiaru odda­wać za darmo ziemi, na któ­rej stoi maga­zyn. Odkąd Nowy Port zaczął się wszech­stron­nie roz­wi­jać, ceny gruntu sko­czyły tam nie­mal w dwój­na­sób. Poza tym sam zamie­rza odbu­do­wać halę.

– Nie zapo­mi­naj, że musia­łem doku­pić trze­cią par­celę, żeby w ogóle ją zbu­do­wać – dorzuca.

W isto­cie Ber­thold For­ster, mąż jego sio­stry Johanny, kazał sobie słono zapła­cić za kawa­lą­tek terenu. Teo­dora do dziś to iry­tuje. Z tru­dem znosi tego zuchwa­łego szkut­nika, który śmiał ubie­gać się o rękę Beren­dówny i z uwagi na trudną sytu­ację rze­czy­wi­ście dostał dziew­czynę. Ale Johanna jesz­cze ni­gdy w życiu nie prze­pu­ściła oka­zji, by zaszko­dzić bratu.

Ernst podej­muje ostat­nią, nie­pewną próbę reali­za­cji swo­jego pra­gnie­nia.

– Jan Jon­kers zapła­ciłby ci prze­cież za tę par­celę – mówi z wes­tchnie­niem. – Gnębi mnie to, że tak zupeł­nie nic nie wno­szę do naszego mał­żeń­stwa.

– No jak to? A twój wielki talent lite­racki i namięt­ność do sztuk pięk­nych? – szy­dzi Teo­dor. – Twój przy­szły teść powi­nien być aż nadto zado­wo­lony.

Na takie dic­tum Ernst milk­nie i zabiera się do dru­giej kanapki. Teo­dor przy­gląda mu się z namy­słem. Lite­rac­kie salony w mie­ście uwiel­biają jego przy­stoj­nego bra­ciszka, zwłasz­cza odkąd wydaje żur­nal „Pochod­nia Lite­racka”. Mógł uszczę­śli­wić jakąś inną młodą damę, skorą do zamę­ścia, ale upa­trzył sobie aku­rat Annę Marię Jon­kers, którą w całym mie­ście powszech­nie znają jako „trudną”. Teo­dor nie żywi ani krzty sym­pa­tii wobec tej dziew­czyny, ale nie jest nie­za­do­wo­lony z decy­zji brata, ponie­waż paran­tela z ojcem wybranki, boga­tym arma­to­rem Janem Jon­kersem, wpły­nęła nad wyraz korzyst­nie na inte­resy jego firmy. Nie­stety młoda dama jest samo­wolna, a jego brat ma słaby cha­rak­ter – dla­tego też trzeba pil­no­wać tej sprawy i w razie potrzeby inter­we­nio­wać.

Traude, która sprząta ze stołu po śnia­da­niu, nie ma żad­nych nowych wie­ści co do stanu swo­jej pani, więc Teo­dor wraz z Ern­stem scho­dzą do sieni, by wpu­ścić pisa­rza kan­toru Kor­bitza i obu nie­dawno zatrud­nio­nych pra­cow­ni­ków maga­zy­no­wych. Wszy­scy trzej wyglą­dają na prze­mar­z­nię­tych. Kor­bitz z miej­sca zabiera się do napa­le­nia w piecu, pozo­stała dwójka musi odśnie­żyć podwó­rze i ulicę przed domem, bo nocą znów napa­dało mnó­stwo śniegu. Teo­dor bie­rze roz­ma­ite próbki towa­rów i kilka doku­men­tów, po czym powie­rza Ern­stowi nad­zór nad kan­to­rem, wkłada futro i wycho­dzi w inte­re­sach. Z posia­dło­ści Beren­dów do Dworu Artusa, gdzie obraca się kupiec­kimi towa­rami, nie­da­leka droga – wystar­czy, że minie ratusz, i już jest na miej­scu.

Przy por­talu impo­nu­ją­cej budowli Teo­dor otrze­puje śnieg z wyso­kich butów i obo­jęt­nie prze­cho­dzi obok dwóch odźwier­nych, któ­rzy stoją tam, pil­nu­jąc, by do wnę­trza nie wszedł nikt nie­upraw­niony. Widzi idą­cego z naprze­ciwka kupca Augu­sta Blotta w towa­rzy­stwie zię­cia Eugena Alber­tusa; wymie­niają pozdro­wie­nia, narze­kają na doj­mu­jący mróz, który unie­ru­cho­mił port, po czym roz­cho­dzą się każdy w swoją stronę. Teo­dor nie jest cza­ru­ją­cym gawę­dzia­rzem, jakim był jego ojciec, który dzięki jowial­nej i życz­li­wej natu­rze ubił nie­je­den dobry inte­res. Syn czę­sto zresztą tego żałuje, ale nie zmieni swo­jego oschłego cha­rak­teru, nauczył się więc wła­sną drogą docie­rać do celu. Prze­cina sień budynku giełdy, którą zdo­bią drew­niane rzeźby, malo­wi­dła i zawie­szone pod sufi­tem modele okrę­tów, i wcho­dzi po krę­tych scho­dach do sali. Jej wystrój świad­czy rów­nież o trwa­ją­cym od wie­ków dobro­by­cie mia­sta i miej­skich kup­ców – gotyc­kie skle­pie­nie, rzeź­bione boaze­rie i bajeczne malo­wi­dła, z jed­nej ze ścian wbija się w prze­strzeń impo­nu­jące jele­nie poroże, w wyso­kim kaflo­wym piecu naj­wy­raź­niej napa­lono. Ale nawet temu potęż­nemu, ponad­dwu­na­sto­me­tro­wemu grzej­ni­kowi nie udaje się ogrzać sali – przy sto­łach, roz­sta­wio­nych pomię­dzy gra­ni­to­wymi kolum­nami, jest zimno i wieje prze­ciąg; żaden z kup­ców, któ­rzy się tam tar­gują, nie zdjął czapki ani płasz­cza.

Teo­dor nie zamie­rza długo zaba­wić. Wystar­czy, jeśli sprzeda mniej­sze par­tie towaru po dobrej cenie, oprócz tego chce się rozej­rzeć za ofertą na wino i buraki cukrowe oraz w miarę moż­no­ści od razu umó­wić się na kupno tych dóbr, bo ma na nie odbiorcę w Holan­dii.

Do połu­dnia nie­wiele jed­nak zdzia­łał, więc ponie­waż mar­twi się o Luizę, posyła gońca, by się dowie­dział o jej samo­po­czu­cie.

– Jaśnie pani nie czuje się dobrze – mel­duje mu chło­pa­czek, który przy­biegł do niego z zaczer­wie­nio­nymi od mrozu uszami. – Bar­dzo prosi, żeby jaśnie pan zechciał już wró­cić do domu.

Zde­ner­wo­wany Teo­dor daje chłopcu drob­niaka i czeka nie­cier­pli­wie na przy­bi­cie oferty na par­tię potażu, do czego w końcu docho­dzi. Uścisk dłoni i pod­pis pie­czę­tują zawar­cie inte­resu, po czym Teo­dor żegna się spiesz­nie i pędzi do domu. Jest zimno, ale i tak po dro­dze robi mu się gorąco, gdy prze­chod­nie i fur­manki tara­sują drogę. Mało się nie prze­wraca, gdyż kilku ucznia­ków urzą­dziło sobie na tro­tu­arze tor łyż­wiar­ski. Wście­kły jak dia­bli wcho­dzi po scho­dach wio­dą­cych na przed­proże swo­jej kamie­nicy i wkra­cza do sieni.

Tam zaś panuje roz­gar­diasz i zamie­sza­nie. Traude zbiega z pierw­szego pię­tra, bie­rze od niego płaszcz i kape­lusz, szep­cąc, że przy­szli goście.

– Pani Jon­kers z córką, a oprócz nich pani von Kle­iwitz, pani Anna Erne­styna Bec­ker i pani Rebeka Oster­tag…

Boże święty, myśli Teo­dor w prze­ra­że­niu. Czy te damy nie mają nic lep­szego do roboty, niż prze­sia­dy­wać u nich i oka­zy­wać swoje współ­czu­cie, pytlu­jąc i plot­ku­jąc ile wle­zie?

– Czy aku­szerka już przy­szła? – dopy­tuje.

– Wła­śnie się zja­wiła. Jaśnie pani nale­gała na spro­wa­dze­nie dok­tora Stern­berga, jest teraz przy niej na górze.

Teo­dor pojąć nie może, dla­czego żona wezwała leka­rza, w końcu cho­dzi o poród, a od tego jest aku­szerka. Ale Luiza ni­gdy nie zwa­żała na zasoby pie­niężne swo­jego mał­żonka, więc teraz też pew­nie uważa, że lepiej być pod podwójną opieką.

Na dole w kan­to­rze Ernst zaj­muje się sta­rym Gro­piu­sem, który z upo­rem zama­wia u nich bursz­tyn, ponie­waż kupo­wał go już u ich świę­tej pamięci ojca. Teo­dor zagląda tam tylko na moment i bie­gnie na górę, żeby w miarę moż­no­ści zamie­nić z dok­to­rem parę słów. Z salonu dobiega gwar – przy­byłe piją her­batę i z oży­wie­niem toczą roz­mowę. Ten głupi zwy­czaj zbie­ra­nia się kobiet w domu położ­nicy, by oka­zać jej wspar­cie, wydaje mu się wybit­nie nie­do­rzeczny. Nie wita się z damami i jak naj­ci­szej prze­krada się scho­dami na dru­gie pię­tro. Dostrzega wycho­dzą­cego z pokoju dok­tora Stern­berga z torbą lekar­ską w ręku. Na widok Teo­dora lekarz zatrzy­muje się pośrodku kory­ta­rza i głę­boko wzdy­cha.

– Nie wygląda to dobrze – wyja­śnia z zatro­skaną miną. – Ale cóż mam powie­dzieć, sza­nowny panie? Ostrze­ga­łem pana. Pań­ska droga mał­żonka nie powinna była zacho­dzić w ciążę…

– Dzię­kuję za poucze­nie – prze­rywa mu w furii Teo­dor. – Ile jestem winien?

– Trzy talary i dzie­sięć srebr­nych gro­szy, jeśli łaska. Uni­że­nie dzię­kuję, sza­nowny panie. I wszyst­kiego naj­lep­szego dla dro­giej mał­żonki…

Teo­dor płaci i jest zado­wo­lony, gdy iry­tu­jący zrzęda znika w dole scho­dów. Od razu dobie­gają go cięż­kie kroki aku­szerki, która wyraź­nie cze­kała w kuchni, bo nie chce się spo­tkać z panem dok­to­rem.

– Poszedł sobie? – pyta nie­uf­nie. – Co też jaśnie pani sobie myślała, żeby go tu ścią­gać! Toż taki pan po uni­wer­sy­te­cie bla­dego poję­cia nie ma o rodze­niu dzieci!

Kobieta znika w sypialni, a Teo­dor sły­szy, jak tam oznaj­mia dono­śnie, że jaśnie pani jesz­cze dzi­siaj wyda na świat zdrowe dziecko.

Gdy­byż tylko tak się stało, myśli pełen obaw.

Przez chwilę czuje pokusę, by pobiec do Kościoła Mariac­kiego i tam modlić się za żonę i dziecko. Ale porzuca tę myśl, bo raz że na dwo­rze jest prze­raź­li­wie zimno, a dwa że czułby się skrę­po­wany, gdyby ktoś go na tym przy­ła­pał. Zamiast tego puka do drzwi izdebki Danuty, by zna­leźć u niej i u swo­jego synka pocie­chę. Nikt mu jed­nak nie odpo­wiada, a gdy otwiera drzwi, nie widzi ani nie­gdy­siej­szej poko­jówki, ani małego Chri­stiana. Pew­nie zeszła na dół do kuchni, żeby pomóc przy robo­cie, i wzięła ze sobą dziecko.

Na kory­ta­rzu gorącz­kowa krzą­ta­nina. Gospo­dyni nad­biega ze stertą bia­łych ręcz­ni­ków, jakaś nie­znana mu słu­żąca dźwiga dzban z gorącą wodą, Traude pędzi z dzban­kiem kawy i o mały włos na niego nie wpada. Teo­dor zre­zy­gno­wany umyka do kan­toru, dokąd Ernst, jego brat, zadys­po­no­wał obiad dla sie­bie i kan­to­ro­wego pisa­rza Kor­bitza.

– Dalej nic? – pyta Ernst i szcze­rzy zęby we współ­czu­ją­cym uśmie­chu. – Siądź z nami, star­szy bra­cie. Mamy gro­chówkę; tro­chę mdła, ale pożywna.

W zasa­dzie Teo­dor nie ma w zwy­czaju żywie­nia pra­cow­nika, ale powściąga repry­mendę, która słusz­nie by się bratu nale­żała. Czeka cier­pli­wie, aż przy­niosą mu posi­łek, nie sprze­ci­wia się rów­nież, gdy Ernst hoj­nie nalewa czer­wo­nego wina.

– Wyglą­dasz, jakby ci się przy­dał porządny łyczek – oświad­cza łaska­wie młod­szy bra­ci­szek i napeł­nia kie­liszki sobie i Kor­bit­zowi. Teo­dor wlewa w sie­bie alko­hol, jakby to była woda, słu­cha papla­niny pisa­rza, który jest potrój­nym ojcem i opo­wiada o trud­nych naro­dzi­nach swo­ich dzieci, a wresz­cie wysyła Ern­sta do piw­nicy po kolejne dwie butelki. Póź­nym popo­łu­dniem, kiedy na dwo­rze już się ściem­nia, orien­tuje się, że znowu sie­dzi na łóżku w gościn­nym pokoju, nie może pozbie­rać myśli, jakby ktoś wepchnął mu do głowy puchową poduszkę zamiast mózgu, w żołądku coś się prze­lewa i drę­czy go jakaś istotna kwe­stia, któ­rej nie potrafi sobie przy­po­mnieć.

– Jaśnie panie!

Teo­dor pod­nosi głowę i roz­po­znaje gospo­dy­nię, która weszła do pokoju.

– Co jest?

Sły­szy swój głos niczym z oddali. Prze­klina czer­wone wino, któ­rego wbrew swoim przy­zwy­cza­je­niom wypił zde­cy­do­wa­nie ponad miarę.

– Pań­ska mał­żonka wła­śnie uro­dziła.

Pod­rywa się z miej­sca, musi jed­nak od razu usiąść, bo kręci mu się w gło­wie.

– Jak… jak ona się czuje?

– Jest nie­po­cie­szona, jaśnie panie. To tylko dziew­czynka…AUGUSTA

Drżąc z zimna, odwraca się od okna i opiera ple­cami o cie­pły piec. Znowu sypie śnieg. Na miły Bóg, kiedy na Boże Naro­dze­nie i Nowy Rok na uli­cach wirują białe płatki, jest naprawdę pięk­nie, zwłasz­cza gdy na rynku można kupić gorącą kieł­basę, sma­żoną rybę i świeże, pach­nące bułeczki. Ale teraz, pod koniec lutego, nikt nie potrze­buje tego dur­nego śniegu, a już na pewno nie tej lodo­wa­tej zim­nicy, która na dwo­rze wprost zapiera dech.

– Greto, pamię­ta­łaś o syro­pie na kaszel dla jaśnie pana? – Augu­sta von Kle­iwitz pyta poko­jówkę, która wła­śnie podaje pań­stwu śnia­da­nie.

– Oczy­wi­ście, jaśnie pani. Jesz­cze wczo­raj przy­go­to­wa­ły­śmy go z cebuli i cukru bura­cza­nego. Dobrze zrobi jaśnie panu.

Od kilku dni jej kochany Klaus cierpi na upo­rczywy kaszel, który męczy go szcze­gól­nie nocą i nie daje spać. Greta już robiła mu okłady na piersi z gorą­cych, świeżo ugo­to­wa­nych ziem­nia­ków, ale ta metoda nie­wiele dała. Zapewne dla­tego, że Klaus jest nie­cier­pli­wym pacjen­tem i po krót­kim cza­sie zrzu­cił z sie­bie roz­grze­wa­jący okład.

– Co za nie­do­rzeczna dzie­ci­nada! – pomsto­wał. – Tylko ziem­nia­ków szkoda!

– Ależ, kocha­nie, prze­cież słu­żący mogą jesz­cze je zjeść! – odpo­wie­działa mu na to, ale słu­chać nie chciał.

Augu­sta ponow­nie lustruje wzro­kiem nakryty do śnia­da­nia stół, prze­suwa na wła­ściwe miej­sce czarkę z kon­fi­tu­rami i woła mał­żonka, zaję­tego poran­nym gole­niem.

– Już idę, aniołku…

Jego sło­wom towa­rzy­szy napad kaszlu, Augu­sta z cięż­kim wes­tchnie­niem sięga po dzba­nek z kawą. Mąż zja­wia się w mun­du­rze; wysoki, szczu­pły rot­mistrz udaje się na służbę, jak na pru­skiego ofi­cera przy­stało. Drobne prze­zię­bie­nie nie jest powo­dem, by zgła­szać cho­robę.

– No, moja miła – zwraca się z uśmie­chem do żony. – Jesz­cze mi nie powie­dzia­łaś, czym takim zaj­mo­wa­łaś się wczo­raj po połu­dniu.

– Och, by­naj­mniej nic przy­jem­nego. – Augu­sta kręci głową. – Ale znasz mnie, kocha­nie. Nie porzu­cam przy­ja­ció­łek w potrze­bie, tak więc spę­dzi­łam popo­łu­dnie w domu Beren­dów. Zro­bi­łam to tylko dla bied­nej Luizy, ale wytrwa­nie tam tak długo kosz­to­wało mnie mnó­stwo wysiłku i nieco ner­wów. Wiesz prze­cież, że Teo­dor Berend działa na mnie jak płachta na byka…

Mał­żo­nek kiwa głową ze zro­zu­mie­niem. Też go nie cierpi, odkąd ten poło­żył łapę na rezer­wach finan­so­wych „Pochodni Lite­rac­kiej”.

– Ach, ta biedna Luiza – cią­gnie pode­ner­wo­wana Augu­sta. – Kiedy wpusz­czono nas do sypialni, żeby­śmy pogra­tu­lo­wały jej szczę­śli­wego roz­wią­za­nia, leżała w pościeli blada jak trup. A dzie­ciątko jest takie malut­kie i słabe, mam gorącą nadzieję, że prze­żyje.

Małą dziew­czynką zaopie­ko­wała się Danuta, ponie­waż Luiza nawet nie spoj­rzała na dziecko, już nie mówiąc o przy­tu­la­niu.

– Potwor­nie pła­kała, kiedy win­szo­wa­ły­śmy jej córeczki – opo­wiada Augu­sta we wzbu­rze­niu. – Czy jesteś w sta­nie wyobra­zić sobie coś takiego, naj­droż­szy? Jest głę­boko roz­cza­ro­wana, gdyż „to tylko dziew­czynka”. Czy dziew­czynka jest może mniej warta od chłopca?

– Ależ skądże znowu – pro­te­stuje Klaus z uśmie­chem. – Wszystko jedno, dziew­czynka czy chłop­czyk, byle tylko było silne i zdrowe.

– Też jestem tego zda­nia…

Augu­sta mil­czy przez chwilę, bo tak bar­dzo chcia­łaby sama uro­dzić dzie­ciątko. Ach, na początku mał­żeń­stwa oboje mieli tak ogromne nadzieje na potom­stwo, ale te się nie speł­niły. Odro­binę zbyt okrą­gła Augu­sta jest rumiana, zdrowa i wesoła, miłość mię­dzy mał­żon­kami kwit­nie, ale ciąża jakoś nie chce się poja­wić.

– Mamy sie­bie, moja kochana przy­ja­ciółko – mówi Klaus, który odgadł, o czym myśli. – To wiel­kie szczę­ście, za które musimy być wdzięczni.

Tym sło­wom pocie­chy towa­rzy­szy gwał­towny atak kaszlu, więc Augu­sta czule wska­zuje na bute­leczkę z brą­zo­wym syro­pem, którą Greta posta­wiła obok koszyczka z bułecz­kami.

– Naprawdę powi­nie­neś zgło­sić cho­robę – stwier­dza, marsz­cząc czoło. – Jeśli na tym zim­nie będziesz peł­nił służbę, to kaszel ci się pogor­szy i w któ­rymś momen­cie kom­plet­nie się roz­ło­żysz.

Ale rot­mistrz von Kle­iwitz nie ma ochoty pójść za radą zatro­ska­nej mał­żonki. Już choćby dla­tego, że dziś wie­czo­rem w domu pań­stwa von Kle­iwitzów znowu odbę­dzie się spo­tka­nie popu­lar­nego w całym Gdań­sku arty­stycz­nego salonu i przez cały dzień jak zwy­kle będą trwały przy­go­to­wa­nia naj­roz­ma­it­szej natury. Chaos, któ­rego Klaus von Kle­iwitz z chę­cią unik­nie, by dopiero wie­czo­rem po służ­bie być świad­kiem arty­stycz­nych erup­cji gości salonu.

Augu­ście nie pozo­staje nic innego, jak zasy­pać uko­cha­nego męża poca­łun­kami na poże­gna­nie i napo­mnieć go, by co godzinę łykał łyżeczkę syropu na kaszel. Co tenże obie­cuje z naj­więk­szą powagą, wkła­da­jąc bute­leczkę do kie­szeni.

Następ­nie Augu­sta woła Gretę i Antona, by omó­wić z nimi prace do wyko­na­nia. Trzeba posprzą­tać pokój dzienny i poprze­sta­wiać meble, przy­nieść krze­sła i fotele, zro­bić miej­sce na płasz­cze i futra gości w przed­po­koju. Zamó­wiony już jest stro­iciel, by nastroił for­te­pian, koło połu­dnia cze­kają na najętą kucharkę, która przy­go­tuje naj­roz­ma­it­sze drobne danka, no i jesz­cze przy­szy­ko­wać kie­liszki i szklanki na napoje, no i jesz­cze… i jesz­cze. Ach, goście jej salonu poję­cia nie mają, ile czasu i pracy kosz­tuje jeden taki wie­czór. Ale robi to dla sztuki i dla arty­stów, któ­rzy tutaj, w jej czte­rech ścia­nach, mogą się roz­wi­jać i demon­stro­wać swój kunszt. Iluż zna­nych w mie­ście wir­tu­ozów uatrak­cyj­niło spo­tka­nia w jej salo­nie, ileż mło­dych talen­tów lite­rac­kich odkryła i wspiera! Nie, Gdańsz­cza­nie, znani raczej jako pro­za­iczni kupcy i bogate ską­pi­ra­dła, mogą być jej naprawdę wdzięczni za nie­stru­dzone wysiłki na rzecz sztuk pięk­nych. Pro­wa­dzi rów­nież oży­wioną kore­spon­den­cję, by pole­cać swo­ich pupi­lów przy­ja­ciół­kom z bli­ska i z daleka. Tak, jej kon­takty się­gają aż do odle­głej Bran­den­bur­gii i do Ber­lina, gdzie ma krew­nych.

Greta i Anton zabie­rają się do roboty w pokoju dzien­nym, Augu­sta zaś udaje się do salo­niku, by prze­li­czyć resztę egzem­pla­rzy „Pochodni Lite­rac­kiej”. Nie­stety, żur­nal, który zało­żyła razem z uzdol­nio­nym pisa­rzem Ern­stem Beren­dem, chwi­lowo wyjąt­kowo słabo się sprze­daje. Zwłasz­cza naj­now­szy numer z początku mie­siąca nie wzbu­dził w zasa­dzie żad­nego zain­te­re­so­wa­nia i sterta ponad pięć­dzie­się­ciu zeszy­tów leży na pod­ło­dze obok sekre­ta­rzyka. No cóż, jeśli ma być szczera, to nie może tego mieć za złe czy­tel­ni­kom. Młody czło­wiek, któ­rego ogromny talent lite­racki wspie­rała od samego początku, prze­cho­dzi wła­śnie kry­zys twór­czy. Ziry­to­wana bie­rze do ręki jeden z egzem­pla­rzy „Pochodni”, kart­kuje go, po czym, krę­cąc głową z nie­chę­cią, odkłada z powro­tem. Gdzie są olśnie­wa­jące eseje, uro­cze, bły­sko­tliwe histo­rie, któ­rymi Ernst Berend potra­fił zachwy­cać publikę? Z tru­dem udało się jej namó­wić go na kon­ty­nu­ację powie­ści w odcin­kach, jed­nak fabuła roz­pada się na coraz licz­niej­sze epi­zody, napię­cie słab­nie i Augu­sta ma nie­do­bre uczu­cie, że autor nie ma poję­cia, jak dopro­wa­dzić opo­wieść do satys­fak­cjo­nu­ją­cego końca. Co on tam jesz­cze pisze? Boże miło­sierny! Odkąd zarę­czył się z Anną Marią Jon­kers, two­rzy wier­sze. _Do uko­cha­nej_, _Do nadob­nej istoty, która wypeł­nia moje serce_, _Nie­odmienna tęsk­nota za naj­pięk­niej­szą_ oraz _Samot­ność ską­pana w świe­tle księ­życa_. Kilka jest nawet ład­nych, ale ostat­nio mnó­stwo fraz się powta­rza i w ogóle liryka nie należy do moc­nych stron Ern­sta Berenda. Dodajmy jesz­cze, że jego liczne wiel­bi­cielki dobrze wie­dzą, do kogo kie­ro­wane są te wynu­rze­nia, a ponie­waż nikt nie jest wolny od zazdro­ści, to sły­chać wię­cej słów kry­tyki niż pochwał. No cóż, zarę­czyny mło­dzieńca z Anną Marią Jon­kers są Augu­ście głę­boko nie w smak. Bywają poeci, któ­rych talent dzięki miło­ści wzbija się na wyżyny. W wypadku Ern­sta Berenda jest nie­stety ina­czej. Młody czło­wiek coraz bar­dziej anga­żuje się w inte­resy firmy han­dlo­wej, żeby wywrzeć wra­że­nie na przy­szłym teściu, lite­racką zaś pro­duk­cję ogra­ni­cza do banal­nych wier­szy­ków. Bar­dzo to iry­tu­jące. Można tylko mieć nadzieję, że ów poża­ło­wa­nia godny stan nie potrwa zbyt długo, jako że Anna Maria Jon­kers znana jest w Gdań­sku z tego, że po kilku mie­sią­cach zrywa zarę­czyny.

W pokoju dzien­nym do pracy zabrał się teraz stro­iciel – zimą, kiedy pali się w pie­cach, to nie­stety konieczne, Augu­sta nie może prze­cież zaofe­ro­wać arty­stom roz­stro­jo­nego instru­mentu. Na dole w kuchni kucharka prze­raź­li­wie jazgo­cze, zapewne bra­kuje jakie­goś skład­nika na kola­cję, a ona go pil­nie potrze­buje. Oka­zuje się, że w domu nie ma ani bia­łego pie­przu, ani miodu i Augu­sta musi posłać Antona po zakupy. Połu­dnie już nie­da­leko – na miłość boską, jak ten czas pędzi! Każe podać sobie prze­ką­skę, zjada pie­czeń z pam­pu­chami i musem jabł­ko­wym, a następ­nie usta­wia na swoim miej­scu krze­sła i fotele w pokoju dzien­nym, płaci stro­icielowi i spie­szy zde­ner­wo­wana do kuchni, gdzie kucharka zacięła się w palec i wszę­dzie pełno krwi.

– Ależ z pani nie­zdara!

Greta ban­da­żuje rękę nie­szczę­snej kucharce, Anton wyciera pod­łogę, a Augu­sta potrze­buje moc­nej kawy, by uspo­koić nerwy.

Żebyż tylko jedze­nie było w porę! – myśli Augu­sta. Anton musi posta­wić musu­jące wino na para­pe­cie, żeby się schło­dziło. Gdzie są kie­liszki? Tale­rze z cia­stecz­kami? Fili­ża­nek na pewno nie star­czy – ach, nie powin­nam była dawać Johan­nie w pre­zen­cie mojego chiń­skiego ser­wisu do her­baty… Nie bacząc na liczne zmar­twie­nia, siada przy sekre­ta­rzyku, chcąc naszki­co­wać pro­gram dzi­siej­szego wie­czoru i zro­bić sobie notatki do tak lubia­nych przez wszyst­kich zapo­wie­dzi. Prze­szka­dzają jej gońcy przy­no­szący kolejne wia­do­mo­ści. Pani Gesine Rade­mayer prze­syła prze­pro­siny, gdyż ma silną migrenę. Elias Oster­tag zawia­da­mia, że przy­pro­wa­dzi szwa­gierkę wraz z córką, star­szy radca szkolny dok­tor Johan­nes Mager cierpi na silne prze­zię­bie­nie, które przy­kuwa go do łoża bole­ści, prosi jed­nak gorąco panią von Kle­iwitz, by prze­czy­tała załą­czony ręko­pis pod kątem opu­bli­ko­wa­nia go w „Pochodni Lite­rac­kiej”. Augu­sta odkłada kopertę na bok, nie zaj­mu­jąc się zawar­to­ścią – uczone trak­taty pana star­szego radcy szkol­nego o zna­cze­niu grec­kiej mito­lo­gii dla filo­zo­fii chrze­ści­jań­skiego Zachodu nie nadają się do żur­nala, głów­nie dla­tego, że nawet wytę­żona lek­tura dzieła nie pozwala pojąć, co autor wła­ści­wie chce powie­dzieć. Około czwar­tej woła Gretę, by pomo­gła jej się prze­brać, i dobrą godzinę spę­dza na stro­je­niu się i ukła­da­niu fry­zury, chcąc poja­wić się przed gośćmi w roli pro­mien­nej gospo­dyni.

Muzycy jak zwy­kle przy­cho­dzą już na piątą, żeby jesz­cze raz prze­ćwi­czyć utwory. Tym razem oprócz pia­ni­sty zaan­ga­żo­wała dwóch mło­dych skrzyp­ków i wio­lon­cze­li­stę Artura Mec­kela. Jest on już wpraw­dzie nieco posu­nięty w leciech i ślepy na prawe oko, ale na wio­lon­czeli wywija solid­nie smycz­kiem jak mało który. Dźwięki roz­no­szą się po całym domu, a Augu­sta wresz­cie czuje to cudowne, pełne napię­cia ocze­ki­wa­nie, które poprze­dza każde z jej przy­jęć i które tak kocha. Wszystko gotowe. Dom oświe­tlony, obie gazowe latar­nie, z jej pole­ce­nia zain­sta­lo­wane na zewnątrz, jasno się palą i wska­zują gościom drogę. Z kuchni dola­tują upa­ja­jące wonie, Anton wło­żył pasia­stą libe­rię i usta­wia kie­liszki na srebr­nych tacach, Greta ma nowy koron­kowy cze­pe­czek i kroch­ma­lony far­tu­szek – będzie poda­wać gościom her­batę.

Ale gdzie się podziewa kochany Klaus? Jest pil­nie potrzebny, ponie­waż musi dobrać wina. Ach, znowu sypie śnieg. Czy aby przed domem nie zatrzy­mała się dorożka? Ależ tak. August Blott w płasz­czu z futrza­nym koł­nie­rzem podaje mał­żonce rękę, by pomóc jej wysiąść z powozu, córka Fry­de­ryka nie potrze­buje pomocy, wyska­kuje sama i mówi coś do matki, przy czym obie zaśmie­wają się do roz­puku. Augu­sta spo­gląda wycze­ku­jąco na muzy­ków, ale ci nie mają naj­mniej­szego zamiaru koń­czyć próby i zawzię­cie rzę­polą dalej. Ach ci arty­ści! Zawsze trzeba wziąć ich za rączkę i przy­wo­łać do porządku.

– Moi pano­wie, bar­dzo pro­szę!

Pokój dzienny się zapeł­nia, a entu­zjazm Augu­sty rośnie z każdą wcho­dzącą damą. Ach, jak to cudow­nie, że wszy­scy się zja­wili! Jej salon na­dal cie­szy się popu­lar­no­ścią, ludzie zabi­jają się, żeby móc tu przyjść. Jest insty­tu­cją w tym mie­ście. Uro­cza gospo­dyni. Zaan­ga­żo­wana mece­na­ska sztuki…

Poeta Artur Hem­pel i księ­garz Peter Lan­glau przy­byli pie­szo, Elias Oster­tag wraz z mał­żonką i szwa­gierką rów­nież dotarli prze­mar­z­nięci i obsy­pani śnie­giem po uszy. Więk­szość pozo­sta­łych bywal­ców stać na wzię­cie dorożki, w tym Ern­sta Berenda, który zja­wia się wspól­nie z narze­czoną Anną Marią i jej rodzi­cami. Wkrótce wszyst­kie krze­sła są zajęte, goście prze­su­wają się nieco na sofie, żeby dok­tor Stern­berg mógł się jesz­cze wci­snąć. Dla Anny Erne­styny Bec­ker, któ­rej sta­ro­modna kry­no­lina led­wie mie­ści się w drzwiach, Anton musi przy­nieść sto­łek z sypialni. W końcu zja­wia się także kochany Klaus, prze­pra­sza, że coś go zatrzy­mało, i przej­muje pie­czę nad winem.

Dokład­nie w chwili, gdy Augu­sta już ma wygło­sić zwy­cza­jowe, pełne humoru powi­ta­nie, do pomiesz­cze­nia wcho­dzi spóź­niony gość, tyko­waty męż­czy­zna z wydat­nym nosem oraz – jak się zdaje Augu­ście – ujmu­ją­cym uśmie­chem. Naj­wy­raź­niej to zna­jomy Ern­sta Berenda, bo kiwa do niego ręką, a następ­nie gnie się w dwor­nym ukło­nie przed gospo­dy­nią i uspra­wie­dli­wia się, nie­po­cie­szony, że się spóź­nił, ale podano mu błędną godzinę.

– Jeśli pani pozwoli, łaskawa pani… Dok­tor Alfred Rie­chert, adwo­kat, nowy w pięk­nym mie­ście Gdań­sku. Jestem dobrym przy­ja­cie­lem Ern­sta Berenda, razem stu­dio­wa­li­śmy w Königsbergu¹.

– Witam ser­decz­nie, panie dok­to­rze. Nie­stety, nie znaj­dzie już pan wol­nego miej­sca…

– Ależ w niczym to nie prze­szka­dza, łaskawa pani – zapew­nia ten nie­spe­szony. – Zado­wolę się dywa­nem, zwy­cza­jem Orientu, gdzie bywa­łem.

Co mówiąc, sadowi się u stóp prze­ra­żo­nej Anny Erne­styny Bec­ker, która spiesz­nie zgar­nia roz­ło­ży­stą spód­nicę, by na niej nie usiadł. Nowo przy­były zbiera zdu­mione i roz­ba­wione spoj­rze­nia, jed­nak wzmianka o podróży po Orien­cie wywiera nale­żyte wra­że­nie i zdaje się podo­bać damom. Teraz wresz­cie Augu­sta może powi­tać swo­ich gości sta­ran­nie dobra­nymi sło­wami, w podzięce roz­le­gają się zachwy­cone okrzyki, po czym przy­cho­dzi kolej na muzy­ków, a Greta bie­dzi się z roz­no­sze­niem kawy i her­baty w zatło­czo­nym pomiesz­cze­niu. Po wystę­pie muzycz­nym nastę­puje kilka utwo­rów lirycz­nych peł­nej zapału Anny Erne­styny Bec­ker, mówią­cych o śmierci i zmar­twych­wsta­niu Pań­skim, które szcze­gól­nie ze strony Eliasa Oster­taga i jego frau­cy­meru zyskują fre­ne­tyczny aplauz. Sam Oster­tag stwo­rzył na ten temat pię­cio­ak­towy dra­mat, nudny jak flaki z ole­jem, a w ubie­głym roku odczy­tał go publicz­nie, co kosz­to­wało Augu­stę kil­koro bywal­ców salonu.

Gdy Anna Erne­styna Bec­ker na powrót siada na tapi­ce­ro­wa­nym sto­łeczku, Augu­sta pozwala gościom na chwilę swo­bod­nej poga­wędki. Toczą się miłe roz­mowy, kochany Klaus odkor­ko­wał już wino, prze­zna­czone na czas po wystę­pach – i wtedy, spóź­niona jak zawsze, poja­wia się jej przy­ja­ciółka Johanna For­ster, sio­stra Ern­sta Berenda. Bez cie­nia skrę­po­wa­nia wcho­dzi do pomiesz­cze­nia, zmie­rza pro­sto do Augu­sty, by ją ser­decz­nie uści­skać, i ze śmie­chem stwier­dza, że znowu jest tu tak tłoczno, że można by zanie­chać pale­nia w pie­cach.

Wita się z bra­tem Ern­stem i jego narze­czoną, wresz­cie zwraca się do roz­ma­itych przy­ja­ció­łek, które odwza­jem­niają jej pozdro­wie­nia uprzej­mie, lecz raczej powścią­gli­wie. Johanna jest „kobietą z prze­szło­ścią”, czyli posta­cią wysoce kon­tro­wer­syjną w porząd­nym gdań­skim towa­rzy­stwie. Dwa lata temu ucie­kła z pew­nym pia­ni­stą, cał­ko­wi­cie się tym skom­pro­mi­to­wała, po czym, niczym się nie przej­mu­jąc, poślu­biła szkut­nika Ber­tholda For­stera i wyka­zała się nie­wia­ry­godną odwagą, bo wraz z mężem i jego synem z pierw­szego mał­żeń­stwa zało­żyła stocz­nię. Tej jed­nak nie­naj­le­piej się wie­dzie, czego nale­żało się spo­dzie­wać. Cho­dzą słu­chy, że nie­wiele bra­kuje do jej upadku. Johanny by­naj­mniej to nie skła­nia do wyco­fa­nia się z życia publicz­nego, wręcz prze­ciw­nie – gdy tylko może, odwie­dza salon Augu­sty i nie ma naj­mniej­szych trud­no­ści z wypo­wia­da­niem swo­ich poglą­dów przy każ­dej oka­zji.

Tak więc uznaje mło­dego pia­ni­stę za „naprawdę uta­len­to­wa­nego”, gani jed­nak jego inter­pre­ta­cję jako „jesz­cze nie­doj­rzałą”, za to wystą­pie­nie dok­tora Artura Hem­pla okre­śla mia­nem „bar­dzo zabaw­nego”. Johanna ma swo­bodny, ujmu­jący spo­sób bycia, który zwłasz­cza panom ogrom­nie się podoba. Nawet młody pia­ni­sta nie czuje się ura­żony, lecz przez chwilę gawę­dzi z nią o swo­jej przy­szło­ści muzycz­nej i słu­cha jej rad. Artur Hem­pel jest tak ura­do­wany, sły­sząc pochwały Johanny, że krztusi się winem i długo kaszle, zanim odzy­ska głos.

Nad­cho­dzi wresz­cie pora szy­ko­wa­nego cały dzień poczę­stunku, wszy­scy pod­no­szą się z krze­seł, by rozej­rzeć się nieco i napeł­nić sobie tale­rze, Anton zaś otwiera drzwi do przy­le­głej jadalni, żeby było wię­cej miej­sca. Augu­sta pod­cho­dzi to do jed­nej, to do dru­giej osoby, wymie­niają uprzej­mo­ści i kom­ple­menty, a ona wyko­rzy­stuje oka­zję, by wspo­mnieć o naj­now­szym nume­rze „Pochodni Lite­rac­kiej”.

I wtedy, cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nie, wybu­cha skan­dal.

– Bra­ciszku, już dawno nie napi­sa­łeś niczego dorzecz­nego. – Augu­sta sły­szy za sobą głos Johanny.

Wielki Boże, cała Johanna, cała ona. Ma wpraw­dzie rację, ale nie musi prze­cież na spo­tka­niu salonu wypo­wia­dać się tak bez ogró­dek.

– Co masz na myśli? – odpo­wiada ura­żony Ernst. – Codzien­nie piszę wiersz. Kilka z nich możesz prze­czy­tać w żur­nalu.

– No wspa­niale, zaj­mu­jesz się liryką. Ale twoje eseje były świetne, bra­kuje mi ich.

– Wszystko w swoim cza­sie, sio­strzyczko – stwier­dza Ernst Berend.

Augu­sta ma nadzieję, że zakoń­czyli już tę wymianę zdań, bo nad­cią­gnęły zain­te­re­so­wane słu­chaczki. Nie­stety w tym momen­cie do roz­mowy włą­cza się Anna Maria Jon­kers, która też nie lubi owi­ja­nia w bawełnę.

– Co ci się nie podoba w wier­szach Ern­sta? – pyta zaczep­nie Johannę.

– Ależ nic. Poza tym, że są złe.

Augu­sta odwraca się, prze­ra­żona, szy­ku­jąc się do medio­wa­nia w razie potrzeby. Tym­cza­sem wokół roz­mów­ców utwo­rzył się krąg zacie­ka­wio­nych gości, a nawet dalej sto­jące osoby spo­glą­dają ku nim z zain­te­re­so­wa­niem.

– Twoim więc zda­niem te wier­sze są złe? – pyta zja­dli­wie Anna Maria. – Cóż, jako żona rze­mieśl­nika z pew­no­ścią wiesz to i owo o liryce, nie­praw­daż?

Młode kobiety stoją naprze­ciw sie­bie. Anna Maria jest odro­binę niż­sza od Johanny, ma zaci­śnięte wargi i ciemne oczy zwę­żone w szparki. Johanna zacho­wuje spo­kój, jej twarz wyraża pogardę, a tylko szare oczy ciskają gromy.

– Wystar­czy, że umiem roz­po­znać, kiedy Ernst pisze banały i mar­nuje swój talent – odpo­wiada zimno. – Nie umiem powie­dzieć, skąd to się bie­rze. No ale może ty wiesz.

– Jak na kogoś, kto wkrótce trafi do przy­tułku dla ubo­gich, jesteś sza­le­nie pyskata! – pada bły­ska­wiczna odpo­wiedź.

Augu­ście zapiera dech w pier­siach, ale w tym momen­cie do gry wkra­cza nowy gość, ów dok­tor Rie­chert. Wci­ska się mię­dzy obie damy i unosi bła­gal­nie ręce.

– Moje panie, bar­dzo pro­szę! Wsz­czy­na­nie takiej kłótni w domu pani von Kle­iwitz to coś wię­cej niż nie­uprzej­mość.

Na chwilę zapada cisza. Widzo­wie wstrzy­mują oddech i wycią­gają szyje, ktoś z tyłu darem­nie pró­buje stłu­mić atak kaszlu.

– Chodź, mój kochany – mówi Anna Maria, bio­rąc Ern­sta Berenda pod ramię. – Twoja sio­stra jest dziś w paskud­nym humo­rze, ufam, że nie­długo doj­dzie do sie­bie. Mamo? Papo? Wycho­dzimy…

Augu­sta musi przy­znać, że wyj­ście ma trium­falne. Anna Maria wsparta na ramie­niu narze­czo­nego odcho­dzi ze zwy­cię­skim uśmie­chem z placu boju, a Johanna może jej tylko życzyć „sze­ro­kiej drogi”, lecz w jej gło­sie publicz­ność sły­szy zakło­po­ta­nie i brak pew­no­ści sie­bie. Nie­mal wszyst­kie obecne damy życzą Johan­nie kom­pro­mi­ta­cji, a Augu­sta z bólem uznaje, że przy­ja­ciółka sama sobie zgo­to­wała ten los.

Wie­czór szyb­ciej niż zwy­kle dobiega końca. Więk­szość gości, zjadł­szy i wypiw­szy, żegna się, za wymówkę bio­rąc zimno i śnieg, nie­liczni zostają nieco dłu­żej, by posłu­chać kolej­nego występu pia­ni­sty.

– Prze­pra­szam cię bar­dzo – mówi Johanna na poże­gna­nie. – Nie wiem, co we mnie wstą­piło. Ale ona kom­plet­nie odmie­niła mi brata i to mnie boli.

Po wyj­ściu wszyst­kich gości Greta wynosi do kuchni naczy­nia i szkło, Augu­sta zaś dostrzega, że kochany Klaus zdą­żył już się poło­żyć.

– Śpisz? – pyta, wycią­ga­jąc rękę, by pogła­dzić go po czole. I z prze­stra­chem ją cofa, gdyż mąż aż pło­nie z gorączki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij