Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Gdańsk - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
2980 pkt
punktów Virtualo

Gdańsk - ebook

Porywający finał burzliwej sagi!

Po śmierci męża Johanna musi zawalczyć o swoje miejsce w stoczni. Paweł, jako prawowity spadkobierca, przejmuje kierownictwo i skrycie pragnie mieć Johannę u boku nie tylko jako współpracownicę, lecz także jako partnerkę życiową. Jednak nad przedsiębiorstwem zbierają się czarne chmury, a kolejne przeciwności losu wystawiają ich relację na coraz cięższe próby.

Tymczasem przyjaciółka Johanny, Augusta, robi wszystko, by nie dopuścić do zbliżenia młodej wdowy i Pawła, podsuwając jej znacznie „stosowniejszego” kandydata na męża.

Gdy dramatyczny skandal wstrząsa gdańskim towarzystwem, a następne nieszczęście stawia przyszłość stoczni pod znakiem zapytania, Johanna i Paweł znajdują się w obliczu rozpadu rodzącego się uczucia.

Czy zdołają odłożyć dumę na bok i wreszcie odnaleźć drogę do siebie? Johanna nie przeczuwa jeszcze, że los postawi na jej drodze niespodziewanego sprzymierzeńca…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-930-2
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PAWEŁ

_Sier­pień 1863 r._

– Zanosi się na burzę!

Jest wpół do szó­stej rano. Paweł, marsz­cząc czoło, odrywa wzrok od pro­jektu statku i stwier­dza, że Johanna sta­wia mu na stole robo­czym kubek kawy i talerz chleba z masłem. Nie pro­sił jej o to, by go kar­miła, kiedy pra­cuje na Para­dies­gasse, na Raj­skiej, dziew­czyna robi to z wła­snej ini­cja­tywy. A on musi przy­znać, że jego pro­te­sty brzmią nader słabo.

– Gdzie? – pyta krótko, ponie­waż Johanna patrzy na niego z wycze­ku­ją­cym uśmie­chem.

– Idzie od morza – wyja­śnia. – I to chyba cał­kiem porządna.

Paweł kiwa głową w mil­cze­niu i ostrzy pióro nożem. Następ­nie sta­ran­nie spraw­dza efekt dzia­ła­nia, cały czas sta­ra­jąc się nie patrzeć na Johannę. Nie­bez­piecz­nie jest pochwy­cić jej spoj­rze­nie; kiedy tak się uśmie­cha, czło­wiek może ulec sła­bo­ści. Ale odrzu­cone oświad­czyny na­dal ranią jego dumę – powziął sta­now­czy zamiar, by naj­pierw oka­zać jej chłód i obo­jęt­ność. Niech dobrze uro­dzona panna Beren­dówna zapa­mięta, że on nie jest męż­czy­zną, z któ­rym może sobie pozwa­lać na jakieś gierki.

– Pawle, prze­cze­kaj tu lepiej nie­po­godę – radzi Johanna i bie­rze kała­marz, by go napeł­nić. – Jeśli zaraz lunie, to i tak nic nie zdzia­ła­cie na Sien­nej Gro­bli.

Paweł odkłada pióro i się prze­ciąga. Johanna pew­nie ma rację, sam czuje w powie­trzu napię­cie, które aż trzesz­czy, zapo­wiedź nad­cho­dzą­cej burzy. Od wielu tygo­dni wil­gotny upał zalega nad mia­stem, tak że czło­wiek wdzięczny jest za każdy powiew pły­nący od morza. Co jakiś czas poja­wiają się krót­kie, gwał­towne nawał­nice, już dwa razy pio­run ude­rzył w kościelną wieżę, a kilka dni temu tra­fił w rosnący na Wester­platte dorodny świerk, który buch­nął jasnym pło­mie­niem.

– Ech, co znowu – bur­czy chło­pak. – Nie będzie tak źle.

W stoczni For­ste­rów praca wre. Dwa statki stoją na pochylni, mały kuter rybacki i dwu­masz­towy bryg, który Paweł buduje dla Jana Jon­kersa. Najął około trzy­dzie­stu pra­cow­ni­ków, sami doświad­czeni cie­śle okrę­towi, więc swoje kosz­tują – on musi być na miej­scu, burza czy nie, trzeba roz­dzie­lić zada­nia i nad­zo­ro­wać ich wyko­na­nie. Jeśli tego zanie­dba, chłopy się roz­le­ni­wią, będą sie­dzieć bez­czyn­nie i palić fajkę w cza­sie, za który im płaci. Paweł czeka, aż Johanna znowu postawi kała­marz na stole, po czym wykre­śla linie, posy­puje je pia­skiem, by szyb­ciej wyschły, i wpi­suje obok obli­cze­nia. To kolejne zle­ce­nie, zdo­byte, trzeba przy­znać, dzięki Johan­nie. Nic wiel­kiego, ale bądź co bądź to slup, jed­no­masz­to­wiec do żeglugi przy­brzeż­nej. Zamó­wie­nia na więk­sze statki tra­fiają się rzadko, co przede wszyst­kim wynika z kon­ku­ren­cji, jaką sta­no­wią dla nich duże stocz­nie Kla­wit­tera czy Schi­chaua, nie mówiąc już o Stoczni Kró­lew­skiej. Ale stocz­nia For­ste­rów dobrze sobie radzi – można być zado­wo­lo­nym.

Ciche, lecz nie­po­zo­sta­wia­jące żad­nych wąt­pli­wo­ści dud­nie­nie odle­głego grzmotu zapo­wiada nad­cią­ga­jącą burzę. Johanna wybie­gła, by poza­my­kać okien­nice, jej śla­dem ruszyło wiel­kie psi­sko. Suł­tan pod­kula jed­nak ogon, bo i on czuje bli­ską nawał­nicę. Przez otwarte drzwi Paweł widzi, jak niebo nad domami sąsia­dów prze­szywa bły­ska­wica. Trza­skają zamy­kane okien­nice, szew­cowa wciąga na podwó­rze zapo­mniany na ulicy drew­niany wózek. Paweł wpi­suje na rysunku ostat­nie kilka liczb, po czym koń­czy pracę. Ściem­nia się, zaraz burza pochwyci mia­sto w swoje szpony, a wtedy przez jakiś czas nie będzie widać dalej niż na wycią­gnię­cie dłoni.

Kolejny pio­run wpę­dza naj­pierw Suł­tana, a zaraz potem Johannę z powro­tem do warsz­tatu. Paweł pod­nosi się z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem i wkłada robo­cze buty.

– Ty chyba nie zamie­rzasz iść w samym środku burzy na Sienną Gro­blę! – obu­rza się Johanna.

– A czemu nie?

– Chcesz, żeby cię pio­run tra­fił? A poza tym ni­gdzie się nie prze­pra­wisz, póki sza­leje burza.

Chło­pak uśmie­cha się sze­roko. W grun­cie rze­czy podoba mu się, że ona tak się o niego trosz­czy. Mimo oka­zy­wa­nego dystansu poczy­nił już kilka ustępstw – kobiety mogą zadbać o jego bie­li­znę i ubra­nie oraz zapra­szać go na posiłki, wyko­rzy­stuje także warsz­tat zmar­łego ojca jako swoją pra­cow­nię, zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Johanny. Omija za to sze­ro­kim łukiem pokój, który przy­go­to­wała mu na sypial­nię. Ma kwa­terę na pod­da­szu na Brotbänkergasse, na Chleb­nic­kiej.

– I tak się tam dostanę, pro­mem czy bez niego! – popi­suje się Paweł.

Prze­chwałki odno­szą zamie­rzony sku­tek – dziew­czyna jest prze­ra­żona.

– Chyba nie chcesz wsiąść do tej lichej łupiny, która leży na brzegu? Masz zamiar rzu­cić się do Motławy i uto­pić?

– Umiem pły­wać – śmieje się zado­wo­lony chło­pak.

Roz­złosz­czona Johanna potrząsa głową – och, w gnie­wie jest jesz­cze bar­dziej pocią­ga­jąca niż zwy­kle. Paweł czę­sto czuje wtedy pokusę, by ją chwy­cić w ramiona, potrzą­snąć nią nieco, a potem czule przy­cią­gnąć do sie­bie i… Ale nie wolno mu odda­wać się takim fan­ta­zjom. Jesz­cze nie. Jesz­cze długo nie. On nie jest kimś, kto dwu­krot­nie popeł­nia ten sam błąd. Zaczeka, aż będzie jej pewien.

Burza dotarła już do nich, pio­runy walą, jakby nad Raj­ską roz­trza­skał się gigan­tyczny moź­dzierz. Johanna musi się bro­nić przed psem, który w panicz­nym stra­chu usi­łuje się scho­wać pod jej sze­roką spód­nicą.

– Pawle, posłu­chaj – odzywa się, odzy­skaw­szy rów­no­wagę. – Chcia­łam dziś wie­czo­rem omó­wić z tobą coś, co ma wielką wagę dla nas obojga. Dobrze by było, gdy­byś mógł w porę wró­cić ze stoczni…

Paweł otwo­rzył już drzwi i zamie­rza wyjść. Niebo zasnuły ciemne chmury, uli­cami gna wicher, wzbi­ja­jąc kurz, sąsiad znika spiesz­nie w podwó­rzu. Johanna chcia­łaby coś z nim „omó­wić”? O wiel­kiej wadze dla nich obojga? Jest zain­try­go­wany, ale udaje obo­jęt­ność, żeby nie mieć potem do sie­bie pre­ten­sji.

– Wiesz chyba, że musimy wyko­rzy­stać dłu­gie let­nie dni, żeby posu­nąć się do przodu z robotą…

– Jestem w tym świet­nie zorien­to­wana. Ale mimo to pro­szę cię, żebyś nie wra­cał zbyt późno. Ta sprawa nie jest dla mnie łatwa i bar­dzo liczę na twoją życz­li­wość i uczyn­ność…

Ależ ona ma miękki głos, jeśli tylko chce. Ta jego piękna maco­cha potrafi się łasić jak kotka. Czło­wiek się musi dia­bel­nie natru­dzić, by jej nie ulec.

– Spró­buję – rzuca non­sza­lancko Paweł. – Ale niczego nie mogę obie­cać. Sama wiesz, że kiedy praca dobrze idzie, to trzeba ją dopro­wa­dzić do końca.

– Oczy­wi­ście. Cze­kaj, masz tu na drogę, led­wie tkną­łeś śnia­da­nie…

Johanna pakuje dwie kromki chleba z masłem i mu wrę­cza. Co to się dzieje? Dziś wprost wycho­dzi ze skóry, by mu dogo­dzić, można by sądzić, że szy­kuje się do roli kocha­ją­cej mał­żonki. Ponętna myśl, wła­śnie w tę stronę kie­rują się wszyst­kie jego nadzieje i pra­gnie­nia. Ale jesz­cze nie jest w sta­nie uwie­rzyć, że ona poważ­nie go trak­tuje.

Nie­cały rok temu zło­żył u jej stóp swoje serce, tęsk­notę i miłość, a w zamian dostał bru­talną odprawę. No dobrze, Johanna póź­niej się opa­mię­tała – kiedy wró­cił z podróży do Kró­le­stwa Pol­skiego, przy­brała inny ton i nawet dała mu do zro­zu­mie­nia, że byłaby gotowa przy­jąć jego oświad­czyny. Zra­niona duma powstrzy­mała go jed­nak przed tym posu­nię­ciem. Nie jest kimś, kto pozwoli się wodzić za nos roz­ka­pry­szo­nej córeczce patry­cju­szy. Jest uczci­wym, pro­sto­li­nij­nym czło­wie­kiem, rze­mieśl­ni­kiem, który zna swoją war­tość i wie, co potrafi. Dla niego „tak” zna­czy „tak”, a „nie” zna­czy „nie”. A to „nie”, które wtedy mu cisnęła, tkwi w nim głę­boko niczym drza­zga. Tak, to prawda, czuje się zra­niony. Gdyby tak po pro­stu dał się zmięk­czyć jej pochleb­stwom, nie mógłby potem spoj­rzeć w lustro.

Takie to myśli prze­la­tują mu przez głowę, gdy prze­cho­dząc przez mosty i wąskie uliczki, spie­szy ku przy­stani promu. Dociera tam dokład­nie w chwili, gdy nad jego głową pęka wał czar­nych chmur. Potężne stru­mie­nie desz­czu zale­wają mia­sto.

Wście­kły szuka schro­nie­nia na ganku domu prze­woź­nika i czeka, aż przej­dzie ulewa. Ma więc chwilę, by upo­rać się z chle­bem z masłem, który scho­wał przed desz­czem pod obszerną koszulą. Fak­tycz­nie jest głodny, iry­tuje się, że nie wypił kawy, którą Johanna posta­wiła mu na stole. Dla­czego nie miałby przy­stać na to, by trosz­czyła się o niego razem ze starą Bar­barą? Ma do tego prawo, w końcu jest jej pasier­bem, a dom, który ojciec zapi­sał w testa­men­cie Johan­nie, jest jego rodzin­nym domem. Dom dla żony, stocz­nia dla syna, tak zarzą­dził Ber­thold For­ster przed śmier­cią. Było to słuszne i spra­wie­dliwe. Paweł zawsze kochał i sza­no­wał ojca, zacho­wuje go też w czu­łej pamięci.

Oczy­wi­ście o wiele milej byłoby sie­dzieć ran­kiem wraz z Johanną przy śnia­da­niu w miesz­ka­niu na górze. Żar­to­wać z nią i gawę­dzić, a także roz­ma­wiać o stoczni i pro­wa­dze­niu inte­re­sów. Czule ją obej­mo­wać przed wyj­ściem na Sienną Gro­blę. A jesz­cze przy­jem­niej byłoby wra­cać do niej wie­czo­rem i cie­szyć się razem z nią rado­ściami życia mał­żeń­skiego. Takie pra­gnie­nia towa­rzy­szą Paw­łowi dzień i noc, nie dają mu spo­koju nawet pod­czas pracy w stoczni, naj­go­rzej jest jed­nak, gdy Johanna jest w pobliżu, a on czuje jej urok.

Co też takiego chce z nim omó­wić dziś wie­czo­rem? Czyżby tak już jej doja­dła jego obo­jęt­ność, że sama chce mu się oświad­czyć? Na samą myśl o tym gorąco mu się robi. Byłoby to wpraw­dzie bar­dzo nie­zwy­kłe, ponie­waż kobieta ma cze­kać, aż męż­czy­zna zada jej wia­dome pyta­nie, tak każe oby­czaj. Ale po Johan­nie można się wszyst­kiego spo­dzie­wać.

– No to ruszamy, panie maj­ster! – woła prze­woź­nik, wyry­wa­jąc go z zadumy. – Ej, Jasper! Han­nes? Gdzie wy się podzie­wa­cie? Mamy chęt­nych na prze­wóz!

Rze­czy­wi­ście na przy­stani czeka już kilka osób. Wśród nich trzech robot­ni­ków, któ­rych Paweł zatrud­nia w swo­jej stoczni, pozo­stali chcą się dostać do Stoczni Kró­lew­skiej, bo tam rów­nież poszu­kują mło­dych, krzep­kich ludzi, któ­rzy chcie­liby się wyuczyć rze­mio­sła cie­śli okrę­to­wego. Paweł wita kole­gów ski­nie­niem głowy, ale nie bie­rze udziału w poga­węd­kach i gru­bych żar­tach, rzu­ca­nych pod­czas krót­kiej prze­prawy. Roz­my­śla, co zrobi, jeżeli Johanna fak­tycz­nie poru­szy dziś wie­czo­rem kwe­stię mał­żeń­stwa. Przy­pusz­czal­nie będzie przede wszyst­kim pod­kre­ślać biz­ne­sowe zalety wię­zów matry­mo­nial­nych. Już taka jest, prawa Beren­dówna, córka wiel­kiego rodu kupiec­kiego. Zresztą będzie miała rację, on jej w isto­cie bar­dzo potrze­buje do pro­wa­dze­nia ksiąg, obli­cza­nia wypłat i zaj­mo­wa­nia się wszyst­kimi tymi uciąż­li­wymi papie­rami. Ale może powie coś wię­cej? Wyzna mu, że ona też mu sprzyja? Że on się jej podoba? A może nawet da mu do zro­zu­mie­nia, że go kocha i pra­gnie? W takim przy­padku dia­bel­nie ciężko by mu było zacho­wać zimną krew.

Ale jeśli ona wystąpi z taką pro­po­zy­cją, to czy on będzie w ogóle chciał na nią przy­stać? No cóż, gdyby Johanna rze­czy­wi­ście porzu­ciła wszelką ostroż­ność i zaczęła mówić o uczu­ciach, to w zasa­dzie należy jej się rzu­cone w twarz: „Nie, dzię­kuję”.

Ale nie, tak daleko się nie posu­nie. Wysłu­cha jej, po czym stwier­dzi, że patrzy na tę sprawę jak naj­bar­dziej przy­chyl­nie. Tak, to dobrze brzmi. Przy­chyl­nie. Tyle że z mał­żeń­stwem nie należy się spie­szyć, on potrze­buje czasu, by wszystko prze­my­śleć, no i trzeba by wspól­nie omó­wić parę spraw, poczy­nić przy­go­to­wa­nia. W ten spo­sób nie ska­pi­tu­luje z miej­sca i nie rzuci się z okrzy­kiem szczę­ścia w jej ramiona, tylko potrzyma ją jesz­cze chwilę na wol­nym ogniu. To jego prawo.

W zna­ko­mi­tym humo­rze scho­dzi na ląd i wraz z pra­cow­ni­kami kie­ruje się wąską polną dro­żyną ku stoczni For­ste­rów. Docho­dzi siódma, bry­ga­dzi­sta jesz­cze przed burzą porząd­nie osa­dził główne wręgi slupa, teraz zabie­rają się do wręg rufy. Paweł wysyła do goto­wa­nia smoły trzech maru­de­rów, któ­rzy prze­pro­sili za spóź­nie­nie, a potem spraw­dza, czy wręgi zostały pra­wi­dłowo osa­dzone.

– Dobra robota – chwali bry­ga­dzi­stę, który nazywa się Till Johan­sen i pocho­dzi z Danii. Ten też się cie­szy z wyko­na­nego zada­nia i z uśmie­chem wska­zuje na niebo, po któ­rym prze­myka jedy­nie kilka pucha­tych obłocz­ków.

– Led­wie skoń­czy­li­śmy, jak porząd­nie nas pokro­piło.

– Nie zaszko­dzi wam – odpo­wiada roze­śmiany Paweł. – Teraz znowu zrobi się gorąco. Dzi­siaj po połu­dniu będziemy tęsk­nić za ochłodą.

– Tak to jest, panie maj­ster.

Burza była wpraw­dzie gwał­towna, ale pozo­sta­wiła po sobie nie­wiele śla­dów. Zie­mia jest jesz­cze mokrawa, ale w kilku miej­scach prze­świ­tuje już jasny, suchy piach, a drewno kadłuba łodzi szybko odpa­ro­wuje wil­goć na słońcu. Paweł zleca pracę nad oby­dwoma stat­kami rów­no­cze­śnie, ale kuter rybacki jest już na ukoń­cze­niu i w naj­bliż­szych tygo­dniach zosta­nie spusz­czony na wodę. Jesz­cze kilka dni na zro­bie­nie wnę­trza, po czym będą mogli go oddać zle­ce­nio­dawcy. To koope­ra­tywa paru ryba­ków, któ­rzy połą­czyli siły i wspól­nie finan­sują budowę łodzi. Johanna wypi­sze rachu­nek i zadba o to, by został zapła­cony co do ostat­niego feniga. W takich spra­wach jest nie­prze­ści­gniona, potrafi nie tylko racho­wać, ale i twardo się tar­go­wać, nie godzi się na żadne ulgi ani odro­cze­nia ter­mi­nów spłaty. W końcu potrze­bują pie­nię­dzy, ludzie muszą dostać swój zaro­bek, drewno i narzę­dzia też nie są za darmo. Trzeba myśleć także o podat­kach i opła­tach, a do tego wszyst­kiego powinni odkła­dać na budowę kolej­nych obiek­tów na Sien­nej Gro­bli.

Następ­nym pro­mem przy­pły­wają dwie kobiety, które najął do goto­wa­nia. Musi prze­cież zapew­nić ludziom obiad, pod ręką trzeba też mieć stale kilka beczek piwa i dosta­teczną ilość wody. Ta jest dar­mowa, ale za kufel piwa się płaci. Wódka poja­wia się tylko przy wyjąt­ko­wych oka­zjach, jak chrzciny statku lub obchody uro­dzin, bo Paweł nie jest zwo­len­ni­kiem picia w pracy.

Piasz­czy­stą dróżką idą dziś w kie­runku stoczni nie dwie, lecz trzy kobiety. Obie kucharki łatwo roz­po­znać po skrom­nym odzie­niu. Cią­gną wózek pełen warzyw i mięsa, z tego przy­go­tują obiad. Trze­cia kobieta różni się od nich, jest cia­sno ści­śnięta gor­se­tem, a sze­roka suk­nia przy­spa­rza jej kło­po­tów, ponie­waż bez prze­rwy zaha­cza o osty rosnące na pobo­czu ścieżki. Paweł podejrz­li­wie spo­gląda w jej stronę i widzi, że jego prze­czu­cia się potwier­dzają – to Anna Maria Jon­kers, córka zamoż­nego arma­tora Jana Jon­kersa, jed­nego z naj­lep­szych zle­ce­nio­daw­ców Pawła. Musi więc trak­to­wać dziew­czynę z całą uprzej­mo­ścią, co nie przy­cho­dzi mu łatwo, bo ma ona trudny cha­rak­ter. Chwi­lowo znów jest zarę­czona, tym razem szczę­śli­wym wybran­kiem jest dok­tor Alfred Rie­chert, który pro­wa­dzi wielką kan­ce­la­rię na Bre­ite Strasse, na Sze­ro­kiej. Jeśli w ogóle w takim przy­padku można mówić o szczę­ściu, bo śliczna Anna Maria ma zwy­czaj zmie­niać narze­czo­nych jak ręka­wiczki.

Począt­kowo Paweł nie zwraca uwagi na przy­byłą, tylko rusza z pomocą przy osa­dza­niu wręg, a potem sku­pia się na ludziach, któ­rzy mocują wewnętrzne poszy­cie kutra. Dopiero po chwili posta­na­wia ser­decz­nie pozdro­wić gości­nię i powi­tać ją w swo­jej stoczni. Tak wypada, to winien swo­jemu ojcu. Dziew­czyna przy­sia­dła na drew­nia­nym balu nie­opo­dal obu kucha­rek i coś rysuje. W porządku – czyż Johanna nie wspo­mi­nała nie­dawno, że Annę Marię Jon­kers trudno spo­tkać bez szki­cow­nika i że jej kary­ka­tury kil­ka­krot­nie dru­ko­wano już w żur­nalu wyda­wa­nym przez Ern­sta, brata Johanny? Jak się to pismo nazywa? „Wieczny Pło­mień”? „Iskra Gore­jąca”? Ech, to było coś podob­nie napu­szo­nego. Wresz­cie sobie przy­po­mina: „Pochod­nia Lite­racka”.

Panna Jon­kers od razu go oczy­wi­ście dostrze­gła i uśmie­cha się do niego szel­mow­sko. Powabna jest nie­wąt­pli­wie i do tego naprawdę ładna. Ma w sobie coś dzie­cię­cego, ale lepiej się nie łudzić – Anna Maria rów­nie dobrze jak Johanna wie, czego chce, a czego nie chce. Tylko że Johanna w swo­ich dąże­niach jest dzięki Bogu o wiele mądrzej­sza i roz­trop­niej­sza niż ta pan­nica, która dziś chcia­łaby to, a jutro tamto.

– Witam pana ser­decz­nie, panie maj­strze – woła do niego Anna Maria. – Mam nadzieję, że nie prze­szka­dza panu, że zro­bię tu parę szki­ców? Mię­dzy pań­skimi robot­ni­kami można zna­leźć tak cudow­nie oso­bliwe fizjo­no­mie, a ta waląca się buda sta­nowi wspa­niałe tło dla roman­tycz­nego rysunku.

Paweł z tru­dem zmu­sza się do uśmie­chu. „Waląca się buda” to drew­niana szopa, w któ­rej trzyma pod klu­czem sprzęt i narzę­dzia, a obok zada­szo­nej wiaty to jedyny jak dotąd budy­nek w jego stoczni. Może tylko zga­dy­wać, co ma na myśli Anna Maria, mówiąc o „fizjo­no­miach”, ale pew­nie będą to twa­rze, które roz­po­znaje w jej szki­cow­niku. Nie są prze­sad­nie pochleb­nie nary­so­wane, raczej wręcz prze­ciw­nie.

– Pro­szę się nie krę­po­wać, łaskawa pani – mówi uprzej­mie Paweł. – Cie­szę się, że moja stocz­nia dostar­cza pani pomy­słów do rysun­ków. A może nawet będzie nas można oglą­dać w „Pochodni Lite­rac­kiej”?

Panna Jon­kers wybu­cha dźwięcz­nym śmie­chem, brzmi on niczym srebrne dzwo­neczki. Typowy śmiech dobrze sytu­owa­nej mło­dej damy z naj­lep­szego towa­rzy­stwa, które widuje się na lite­rac­kich salo­nach Augu­sty von Kle­iwitz. Paweł nie znosi takich prze­mą­drza­łych bab.

– A to cał­kiem moż­liwe, panie maj­strze – stwier­dza Anna Maria i przy­gląda mu się zmru­żo­nymi oczami. Czyżby go ryso­wała? Tego mu tylko bra­ko­wało! Paweł prze­jeż­dża ręką po zwi­chrzo­nych wło­sach i orien­tuje się, że roz­piął koszulę, bo było mu za gorąco przy pracy.

– Jeśli pan chce, podam nazwę stoczni w opi­sie rysunku – mówi życz­li­wie dziew­czyna. – To byłaby piękna reklama, nie­praw­daż?

Paweł jest mniej zachwy­cony, zwłasz­cza że Anna Maria robi się roz­mowna i zaczyna opo­wia­dać, że jej rysunki publi­ko­wane są w sto­licy Prus – Ber­li­nie – i że ma pro­po­zy­cje z roz­ma­itych cza­so­pism uka­zu­ją­cych się w innych wiel­kich mia­stach.

– To rado­sna wia­do­mość – kon­klu­duje Paweł. – Zapewne pani narze­czony jest dumny z pani suk­cesu.

– Ach, on! – wykrzy­kuje pogar­dli­wie Anna Maria. – Nie, pan dok­tor Rie­chert nie ma nie­stety ani krzty zro­zu­mie­nia dla sztuki kary­ka­tury. Czego bar­dzo żałuję…

Aha, myśli Paweł. Szy­kuje się, jak widać, kolejne zerwa­nie zarę­czyn. No cóż, pan dok­tor Rie­chert jakoś to prze­bo­leje, nie zna go wpraw­dzie oso­bi­ście, ale Johanna ma złe doświad­cze­nia z tym osob­ni­kiem, więc jemu też się on nie podoba.

Gong obia­dowy roz­brzmiewa z meta­licz­nym brzę­kiem, tę rolę bowiem odgrywa stara pokrywka od garnka, zawie­szona na wysta­ją­cej belce szopy. Paweł grzecz­nie zapra­sza swoją gości­nię na ein­topf i jest zdu­miony, gdy Anna Maria rado­śnie przyj­muje zapro­sze­nie.

– Ach, ser­decz­nie dzię­kuję, panie maj­strze! Tyle się uczę, mogąc obser­wo­wać pracę w stoczni – paple Jon­ker­sówna. – Ileż wie­dzy i umie­jęt­no­ści tkwi w budo­wie statku! Żywię naj­głęb­szy sza­cu­nek wobec pana, drogi panie maj­strze…

Paweł wbrew sobie czuje się pochle­biony i w zakło­po­ta­niu mru­czy parę słów podzię­ko­wa­nia. Na szczę­ście Anna Maria zaraz po posiłku rusza w drogę powrotną, praw­do­po­dob­nie jest jej już za gorąco, gdyż na Sien­nej Gro­bli słońce pali nie­mi­ło­sier­nie. Razem z obiema kuchar­kami dziew­czyna kie­ruje się na przy­stań promu i raz tylko się zatrzy­muje, by wytrzą­snąć pia­sek z butów.

Paweł i jego ludzie raźno pra­cują mimo skwaru, więc cho­ciaż cie­szy się on na wie­czorną roz­mowę, to jed­nak nie może przed­wcze­śnie zarzą­dzić faj­rantu. Dopiero gdy cie­nie robią się coraz dłuż­sze, a słońce znika już za Bischo­fs­berg, za Bisku­pią Górką, ogła­sza koniec dnia robo­czego, cie­szy się z postę­pów w pracy i zamyka narzę­dzia w szo­pie, do któ­rej klucz ma tylko on i bry­ga­dzi­sta. Te środki ostroż­no­ści są aż nadto konieczne, ponie­waż nad brze­giem Wisły włó­czy się nocami zło­dziej­ski ele­ment wszel­kiej maści, dla któ­rego dro­gie narzę­dzia byłyby pożą­da­nym łupem. Zmierzch już zapada, kiedy Paweł prze­pra­wia się ostat­nim pro­mem i wiel­kimi kro­kami spie­szy do swo­jej kwa­tery na Chleb­nic­kiej, by przy­szy­ko­wać się na wie­czorne spo­tka­nie. Dokłada nad­zwy­czaj­nego wysiłku, myje się ład­nie pach­ną­cym mydłem, goli policzki i brodę oraz wkłada naj­lep­szą koszulę. Rezy­gnuje z dłu­giej wyj­ścio­wej kurty – po pierw­sze jest za cie­pło, a po dru­gie nie ma powodu, by Johanna myślała, że to z jej powodu tak się wystroił.

Jest już ciemno, gdy staje przed domem na Raj­skiej, jed­nak Johanna prze­wi­du­jąco wywie­siła zapa­loną latar­nię – czeka na niego. W progu wita go stara Bar­bara, od pew­nego czasu nosi sta­ro­modny cze­pek z fal­ban­kami, który dość oso­bli­wie okala jej wąską twarz o ciem­nych oczach i spi­cza­stym nosie.

– Lepiej późno niż wcale – rzuca pogod­nym tonem i zamyka za chło­pa­kiem drzwi.

Na górze nakryto do stołu, roz­cho­dzą się wspa­niałe aro­maty ryby i pie­czeni, a jeśli Pawła wzrok nie myli, to deser też jest prze­wi­dziany. Nie­mal ogar­niają go wyrzuty sumie­nia, że tak się spóź­nił. Zwłasz­cza że Johanna pięk­nie się ubrała do kola­cji i w nowy spo­sób upięła włosy.

Jeśli nawet jest na niego zła, to nie daje tego po sobie poznać.

– Sia­daj, Pawle – poleca mu cie­pło. – Dużo dziś zro­bi­li­ście? No tak, kiedy robota dobrze idzie, to nie wolno prze­ry­wać, masz abso­lutną rację…

Kobiety nakła­dają mu jedze­nie, a on nie daje się długo pro­sić, popija wino, które nalewa mu Johanna, nie odma­wia rów­nież deseru. Roz­mowa obraca się wokół codzien­nych spraw, Johanna żałuje, że na targu ceny są coraz wyż­sze, Bar­bara donosi, że sąsiadka uro­dziła dzi­siaj rano zdro­wego chłop­czyka, on zaś opo­wiada o wizy­cie Anny Marii w stoczni.

– Te jej bazgroły chcą publi­ko­wać w żur­nalu? – zżyma się Johanna, która nie ma dobrego zda­nia o Jon­ker­sów­nie. – No cóż, posta­ram się temu zapo­biec. Wszystko, co rysuje, obraca w kary­ka­turę, szy­dzi, by szy­dzić. Bóg raczy wie­dzieć, w jak dzi­waczny spo­sób ukaże naszą stocz­nię.

Powie­działa „naszą stocz­nię”! Nie­sły­chane. Ale w grun­cie rze­czy to dobry znak. Paweł sta­wia na stole kie­li­szek z winem i spo­gląda ku niej. Jakaż ona jest piękna! Ład­nie upięte bujne włosy blond, policzki zaru­mie­nione od wina, wpa­trzone w niego szare oczy błysz­czą wesoło. Chcąc, nie chcąc, chło­pak myśli o tym, jak też dziew­czyna wygląda z roz­pusz­czo­nymi wło­sami…

– Mówi­łaś dziś rano, że chcesz o czymś ze mną poroz­ma­wiać…

– Tak jest – przy­ta­kuje Johanna i dolewa mu wina. – Jest coś, co mi ciąży na duszy…

Bar­bara pod­nosi się, by poza­no­sić naczy­nia do kuchni, a on czeka z odpo­wie­dzią, póki sta­ruszka nie wyj­dzie z pokoju. Och, kobiety mają wyczu­cie, sta­ro­wina z pew­no­ścią chce ich zosta­wić samych, by uła­twić Johan­nie wyzna­nie…

– Tak się zło­żyło… – zaczyna Johanna i przy­suwa się z krze­słem nieco bli­żej – …że oboje, ty i ja, żyjemy niby obok sie­bie, a jed­nak razem…

Paweł mil­czy i czuje, jak serce bije mu szyb­ciej. Ona chyba rze­czy­wi­ście zamie­rza wygło­sić czułą dekla­ra­cję.

– Co masz na myśli, mówiąc „razem”?

Johanna potrząsa z uśmie­chem głową, jak gdyby pytał o coś, o czym dawno powi­nien był wie­dzieć.

– Cóż, jedno wiąże się z dru­gim – odpo­wiada. – Tu na dole kre­ślisz pro­jekty stat­ków, a my dbamy o twoją odzież. Ty jesteś maj­strem w stoczni, ja pro­wa­dzę księgi, wypi­suję rachunki, trosz­czę się o to, by pie­nią­dze z udzia­łów w statku wpły­wały na czas, przy­go­to­wuję wypłaty… Chęt­nie robię to wszystko dla cie­bie, Pawle. Bo nie znam nikogo, z kim czu­ła­bym się tak zwią­zana, komu mogła­bym do tego stop­nia zaufać…

– Johanno, ja rów­nież ogrom­nie się cie­szę z tego powodu – woła wzru­szony chło­pak i ujmuje ją za rękę.

Dziew­czyna się nie wzbra­nia, nie opiera się też, gdy on pró­buje przy­cią­gnąć ją do sie­bie. Ale jed­nak zamiast z zawsty­dze­niem, jak to przy­stoi kobie­cie, mówić o miło­ści, pero­ruje dalej o czymś zupeł­nie innym.

– I słusz­nie się cie­szysz, ponie­waż od rana do nocy pra­cuję dla cie­bie i naszej stoczni. Ale czy choć raz się zasta­no­wi­łeś, jak ja sobie radzę? Pra­wie już nie mam pie­nię­dzy, które zosta­wił mi Ber­thold, i wkrótce nie będę wie­działa, z czego mam żyć.

Paweł jest odro­binę roz­cza­ro­wany, że Johanna mówi o pie­nią­dzach zamiast o innych rze­czach, któ­rych by chęt­nie posłu­chał. No ale cóż, to Beren­dówna z krwi i kości, a poza tym przy­pusz­czal­nie ma rację.

– A jak ja miał­bym ci w tym pomóc? – pyta ją i zagląda jej głę­boko w oczy. – Powiedz mi, Johanno. Niech się dowiem, co wymy­śli­łaś.

Czy uchwyci pomocną dłoń, którą do niej wycią­gnął? Och, Paweł chce usły­szeć, jak ona go prosi, ba, jak go błaga o to, by ją poślu­bił. Nie będzie jej długo męczył, zresztą nie da rady. Zamknie ją w ramio­nach i wyzna, że jest naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem pod słoń­cem…

Johanna odwza­jem­nia jego spoj­rze­nie, przez chwilę Paweł czuje jej cie­pło, siłę, odda­nie.

– Wymy­śli­łam, żebyś mi pła­cił stałe wyna­gro­dze­nie za moją pracę – odpo­wiada. – To słuszne i spra­wie­dliwe, ponie­waż w innym wypadku musiał­byś zatrud­nić kie­row­nika, który kosz­to­wałby cię o wiele wię­cej, niż ja żądam dla sie­bie.

Paweł potrze­buje kilku sekund, by zro­zu­mieć, o czym ona mówi. Ma wra­że­nie, jakby ktoś chlu­snął mu wia­drem zim­nej wody w twarz. Mowy nie ma o słod­kich wyzna­niach, nie mówiąc już o oświad­czy­nach! Ona chce pie­nię­dzy. Ma jej pła­cić pen­sję.

– Nie znaj­dziesz nikogo lep­szego na to sta­no­wi­sko – stwier­dza z wielką powagą Johanna. – Wiesz prze­cież, jak bar­dzo dobro naszej stoczni leży mi na sercu.

Paweł bie­rze głę­boki oddech i szy­kuje się do udzie­le­nia jej odpo­wie­dzi, na którą zasłu­żyła.TEODOR

Budzi się, bo ma ohydne wra­że­nie, że zaraz się udusi, i kopie na wszyst­kie strony, ponie­waż lniana narzuta, którą był przy­kryty, owi­nęła mu się wokół nóg.

– Au! No co ty robisz? Czemu tak sza­le­jesz, mój mocarny tygry­sie? Cze­kaj, wezmę tę głu­pią narzutę… – Teo­dor sły­szy obok sie­bie czyjś głos.

Uświa­da­mia sobie, że nie jest u sie­bie w domu, w swo­jej sypialni, lecz nocuje u mag­da­lenki na Peter­si­lien­gasse, na Warzyw­ni­czej⁵. Bogu dzięki, jest jesz­cze ciemno, nie zaspał do rana, tylko mu się zdrzem­nęło po sto­sunku. Błą­dzi ręką za ubra­niem, które leży obok łóżka na pod­ło­dze, wyma­cuje kami­zelkę, w któ­rej tkwi zega­rek kie­szon­kowy, po czym odnaj­duje mary­narkę z pugi­la­re­sem i port­mo­netką. Prze­klęta lek­ko­myśl­ność – jak łatwo zło­dziej mógłby go obra­bo­wać. Tu, na tej uliczce, prze­wi­jają się naj­roz­ma­it­sze ciemne typki i na poli­cji nie­zręcz­nie byłoby mu podać miej­sce kra­dzieży. Teo­dor naci­ska dźwi­gienkę repe­tiera⁶ i liczy. Jest wpół do dru­giej – cał­kiem późno.

– Nie wsta­waj… Jesz­cze wcze­sny wie­czór, nie musisz prze­cież iść do domu… Przy­niosę ci wina…

Męż­czy­zna sły­szy, jak dziew­czyna wstaje i boso idzie do sąsied­niego pokoju, by zapa­lić lampę. W docie­ra­ją­cym do niego sła­bym bla­sku Teo­dor pospiesz­nie się ubiera i wypija łyk wody z dzbanka, który stoi na umy­walni. Woda ma stę­chły posmak – ma nadzieję, że niczego nie zła­pie, bo sły­chać, że cho­lera znowu się poja­wiła. Na Sta­rym Mie­ście było kilka przy­pad­ków, które źle się skoń­czyły⁷. Obciera sobie usta grzbie­tem dłoni i zabiera się do odli­cza­nia usta­lo­nej ceny, monety kła­dzie na szafce noc­nej. Wła­ści­wie to wszystko jest o wiele za dro­gie. Posi­łek, który mu wczo­raj­szego wie­czoru zaofe­ro­wała mag­da­lenka i który w więk­szo­ści sama zja­dła, nie był wart tych pie­nię­dzy. Wino też nie, tani sort, któ­rego w ogóle nie należy pić albo mie­szać z wodą. No ale poza tym dziew­czyna zna się na swoim rze­mio­śle, jest chętna i doświad­czona, nie broni się też, gdy ją mocno przy­ci­śnie. Przy­pusz­czal­nie nie do takich rze­czy jest przy­zwy­cza­jona ze strony mary­na­rzy. Nawet jeśli twier­dzi z upo­rem, że ni­gdy nie zadaje się z pro­stymi majt­kami, lecz obsłu­guje klien­tów od mata w górę – Teo­dor nie wie­rzy w ani jedno jej słowo. Mówi tak tylko, żeby pod­bić cenę.

Dla­czego więc cią­gle do niej cho­dzi? Cza­sem nawet dwa, trzy razy w ciągu tygo­dnia? Mógłby sobie prze­cież zna­leźć inną, ale stale wraca do tej. Dopiero po pew­nym cza­sie zorien­to­wał się, jaki jest praw­dziwy powód – dziew­czyna wyka­zuje fatalne podo­bień­stwo do Danuty. Nie tylko jej ciało, ale i głos przy­po­mina mu o kochance, która go tak pod­stęp­nie opu­ściła, okra­dła i do tego, co naj­gor­sze, zabrała ze sobą jego syna – Chri­stiana. Znie­na­wi­dził ją za to, życzył jej nędzy i głodu, kaza­ma­tów i hanieb­nej śmierci, bo ukra­dła mu syna, któ­rego kocha każ­dym włó­kien­kiem serca i który jest całą jego rado­ścią, nadzieją i szczę­ściem. No ale teraz, kiedy utra­cił oboje, Danutę razem z Chri­stia­nem, powoli dotarło do niego, że tęskni rów­nież za nią. Trudno, to nie­wdzięczna, wia­ro­łomna dia­blica – ale chce ją mieć z powro­tem. Za każdą cenę. Znaj­dzie ją, znaj­dzie ich oboje, Danutę z Chri­stia­nem. Znaj­dzie ich i spro­wa­dzi do Gdań­ska – nawet jeśli mia­łaby to być ostat­nia rzecz, jaką w życiu zrobi.

Mag­da­lenka pod­suwa mu pełny kie­li­szek wina, ale Teo­dor nie zwraca na nią uwagi i wycho­dzi z miesz­ka­nia tyl­nym wyj­ściem. W wąskich ulicz­kach uboż­szej dziel­nicy jest o tej porze ciemno choć oko wykol, więc musi uwa­żać, by nie wejść na ścianę domu lub nie potknąć się o jakiś przed­miot leżący na ziemi. Raz i drugi koło stóp prze­myka mu jakieś małe stwo­rze­nie – pew­nie szczur – potem dociera wresz­cie na Chleb­nicką, którą oświe­tla kilka latarni gazo­wych. Teo­dor unika jasnych krę­gów świa­tła, idzie do Dłu­giej wzdłuż kamie­nic i tam spiesz­nie wcho­dzi na przed­proże kamie­nicy Beren­dów.

Ku jego iry­ta­cji ktoś otwiera mu drzwi – nawet o tej porze, kiedy ludzie śpią, Traude jest na poste­runku, wścib­ska ta osoba musiała go dostrzec z okna.

– Dobry wie­czór, jaśnie panie… Cie­pła noc, nie­praw­daż? Jaśnie pani ma brzydką migrenę, musia­łam jej robić zimne okłady…

– Ubo­le­wa­nia godne – bur­czy Teo­dor bez cie­nia rze­czy­wi­stego współ­czu­cia. – Wzięła pro­szek?

– Oczy­wi­ście, już po połu­dniu. Ale nie działa…

– Jutro będzie się lepiej czuła – stwier­dza pan domu, żeby uciąć narze­ka­nia. – Czy mój brat jest w domu?

– Jest u sie­bie na górze, jaśnie panie. Myślę, że jesz­cze nie śpi, sły­sza­łam, jak cho­dzi po pokoju.

Oczy­wi­ście Ernst znowu sie­dzi do ciem­nej nocy nad swoją żało­sną powie­ścią. Rano znowu się spóźni na śnia­da­nie, a przez cały dzień led­wie będzie na oczy patrzył ze zmę­cze­nia. To dener­wu­jące, bo jego mały bra­ci­szek byłby cał­kiem nie­złym kup­cem, czego dowiódł pod­czas tych paru mie­sięcy, kiedy był zarę­czony z Anną Marią. Chciał zaim­po­no­wać narze­czo­nej i wresz­cie zaczął przy­kła­dać się do pracy na rzecz firmy Beren­dów. Nie­stety jed­nak ta kapry­śna osóbka zerwała zarę­czyny i od tej pory z Ern­stem nie można się już doga­dać. Powieść chce pisać. Jakby kie­dy­kol­wiek dało się zaro­bić pie­nią­dze na takiej dur­nej pisa­ni­nie!

Teo­dor wcho­dzi po scho­dach, korzy­sta z ustępu na pierw­szym pię­trze, po czym rusza dalej na dru­gie pię­tro. Już na kory­ta­rzu sły­chać stę­ka­nia Luizy, cie­szy się więc nie­zmier­nie, że nie śpi już z nią w mał­żeń­skiej sypialni, lecz w pokoju na dru­gim końcu kory­ta­rza. Nie ma poję­cia, co ją znowu ugry­zło, i nie ma naj­mniej­szej ochoty się dowia­dy­wać. W końcu się uspo­koi.

Jest naprawdę zmę­czony, pada więc na posła­nie, ledwo się roze­braw­szy, i natych­miast zasy­pia kamien­nym snem. Nad ranem, gdy sen staje się lżej­szy, pełen drę­czą­cych kosz­ma­rów, Teo­dor sły­szy jak zwy­kle krzyki swo­jej córki Elż­biety. Siada więc na łóżku, trze policzki, by się zbu­dzić, po czym wstaje, goli się i ubiera. Potrze­buje dobrej chwili na poranną toa­letę, ponie­waż po opa­rze­niach, jakich doznał dwa lata temu, zostały mu na skó­rze wraż­liwe miej­sca i musi je sma­ro­wać maścią. Włosy też wyma­gają sta­ran­nego cze­sa­nia i ukła­da­nia, żeby ukryć łyse placki, ręce zaś czę­sto osła­nia ręka­wicz­kami. To wszystko zawdzię­cza temu pozba­wio­nemu skru­pu­łów pod­pa­la­czowi, Oska­rowi Posser­towi, który pod­ło­żył ogień w jego maga­zy­nie, a potem uciekł. Ale hala sta­nęła na nowo i dobrze dziś służy jako skład roz­ma­itych towa­rów, a tego nędz­nego szu­brawca znaj­dzie jesz­cze pew­nego dnia i pocią­gnie do odpo­wie­dzial­no­ści.

W jadalni zastaje ku swemu zasko­cze­niu mał­żonkę, która sie­dzi przy stole i sior­bie her­batę. Nosi jeden z tych swo­ich paskud­nych koron­ko­wych czep­ków, pod któ­rymi skrywa nie­ucze­sane włosy, a poza tym blada jest jak śmierć – fak­tycz­nie głowa musiała ją bar­dzo boleć.

– Dzień dobry – wita ją. – Widzę, że lepiej się już czu­jesz. To mnie cie­szy.

– Dzię­kuję… Wpraw­dzie jesz­cze nie­do­ma­gam, ale nie robię wokół sie­bie wiele szumu. Spę­dzi­łeś spo­kojną noc?

– Oczy­wi­ście, spa­łem mocno i głę­boko…

– Bar­dzo mnie to cie­szy… Sen przed pół­nocą jest ponoć naj­lep­szy…

Odpy­cha go jej fał­szywy uśmiech. Z całą pew­no­ścią Luiza wie, gdzie mąż spę­dził wczo­raj­szy wie­czór, i jest rów­nież zde­cy­do­wana znieść jego wyskoki z chrze­ści­jań­ską pokorą. Ale nie może się powstrzy­mać od cierp­kich uwag co pewien czas. Cóż, on nie ma by­naj­mniej wyrzu­tów sumie­nia, dla­tego przyj­muje to ze spo­ko­jem.

– Nie mia­ła­byś ochoty na pla­ste­rek wędzo­nej szynki? – pyta ją i pod­suwa jej talerz.

– Dzię­kuję, naj­droż­szy. Jesz­cze nie wró­cił mi ape­tyt. Ale chcia­ła­bym z tobą poroz­ma­wiać o pew­nej drob­nej spra­wie, która ciąży mi na duszy…

– Teraz? – odzywa się nie­chęt­nie Teo­dor. – To bar­dzo nie­do­godna pora, Luizo. Mam mało czasu… Traude! Przy­po­mnij mojemu bratu, że jemy śnia­da­nie. Niech natych­miast zej­dzie na dół!

– Och, szybko powiem, o co cho­dzi, naj­droż­szy. – Luiza nie daje się tak łatwo zbić z tropu. – W zasa­dzie to oczy­wi­stość, ale jed­nak trzeba o tym pomy­śleć zawczasu, by rów­nież praw­nie ure­gu­lo­wać takie rze­czy…

Teo­dor patrzy nie­uf­nie na żonę. Czyżby roz­ma­wiała z tym filu­tem Rie­cher­tem? Jak ina­czej wpa­dłaby na pomysł, by chcieć coś „praw­nie ure­gu­lo­wać”?

– Wia­domo prze­cież, jak nie­przy­jemne są kłót­nie przy podziale spadku dla wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych – cią­gnie Luiza. – Dla­tego cię pro­szę, żebyś już teraz wyzna­czył w testa­men­cie naszą córkę Elż­bietę na jedyną dzie­dziczkę firmy Beren­dów. Zro­zum mnie dobrze, naj­droż­szy, nie­do­brze by się prze­cież stało, gdyby w razie czego doszło do jakichś nie­ja­sno­ści lub wręcz spo­rów. Pomyśl też o tym, że twój brat, a ewen­tu­al­nie nawet i sio­stra, mogliby wnieść jakieś rosz­cze­nia, co osta­tecz­nie wpę­dzi­łoby firmę w ruinę.

A więc o to jej cho­dzi. Z tru­dem ukrywa wzbie­ra­jącą w nim złość. Musiała jakoś się dowie­dzieć, że kazał szu­kać Danuty i Chri­stiana. Czyni tak od mie­sięcy – jak dotąd posłał za nimi dzie­się­ciu czy jede­na­stu szpie­gów – nie­stety bez nama­cal­nych suk­ce­sów. Za to Luiza wie już o tym i się boi, że znowu usta­nowi dzie­dzi­cem swo­jego nie­ślub­nego syna, gdy tylko go odnaj­dzie. Podej­muje zatem sto­sowne środki. Rze­komo dla dobra firmy Beren­dów. Ależ jest szczwana! I żało­sna zara­zem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Mowa o postaci auten­tycz­nej – Leopol­dzie von Win­te­rze (1823–1893), któ­remu mia­sto zawdzię­cza prze­kształ­ce­nie w nowo­cze­sną metro­po­lię. Spra­wo­wał on funk­cję naj­pierw pierw­szego bur­mi­strza (od grud­nia 1862 r.), a potem nadbur­mi­strza Gdań­ska (od stycz­nia 1863 r. do czerwca 1890 r.). Do jego zasług zali­cza się przede wszyst­kim poprawę fatal­nego stanu sani­tar­nego mia­sta, które zma­gało się z wysoką śmier­tel­no­ścią miesz­kań­ców, tra­pio­nych m.in. przez epi­de­mie cho­lery – nad­bur­mistrz dopro­wa­dził do zało­że­nia sieci wodo­cią­gowo-kana­li­za­cyj­nej z oczysz­czal­nią ście­ków (był to pierw­szy w Euro­pie zin­te­gro­wany, cało­ściowy sys­tem łączący wodo­ciągi i kana­li­za­cję). Za jego rzą­dów roz­po­częto też moder­ni­za­cję ulic, czyli ich masowe bru­ko­wa­nie, otwarto pierw­szą linię kon­nych tram­wa­jów czy nowe połą­cze­nia kole­jowe, zwłasz­cza z Nowym Por­tem. Zob. https://gdansk.geda­no­pe­dia.pl/gdansk/?title=WINTER_LEOPOLD_von,_nad­bur­mistrz_Gda%C5%84ska, dostęp 5.02.2026 (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki).

2.

Warto zauwa­żyć, że w tym rejo­nie mieszka rów­nież Johanna (okna jej pokoju wycho­dzą wprost na wspo­mniany kościół). To Stare Mia­sto, które wów­czas zamiesz­ki­wali ubożsi miesz­kańcy, drobni rze­mieśl­nicy, robot­nicy itp. Nie były to może slumsy, ale przed refor­mami nad­bur­mi­strza von Win­tera pano­wały tam zde­cy­do­wa­nie złe warunki sani­tarne, a zagęsz­cze­nie lud­no­ści było duże. Ponadto na początku lat 60. XIX w. nie­da­leko ul. Raj­skiej, gdzie stoi dom For­ste­rów, zbu­do­wano koszary pie­choty, co też raczej nie pod­nio­sło pre­stiżu oko­licy.

3.

To daw­niej­szy i obecny Kró­le­wiec.

4.

Mowa o woj­nie duń­skiej, do któ­rej osta­tecz­nie doszło w 1864 r., czyli pró­bie zawłasz­cze­nia przez Danię Holsz­tynu. Na mocy trak­ta­tów mię­dzy­na­ro­do­wych księ­stwa Szle­zwik i Holsz­tyn były zwią­zane unią per­so­nalną z kró­lem Danii, ale Holsz­tyn nale­żał rów­nież do Związku Nie­miec­kiego i zamiesz­ki­wali go głów­nie Niemcy. Bismarck sko­rzy­stał z pre­tek­stu, wystą­pił w roli obrońcy prawa mię­dzy­na­ro­do­wego i z pomocą Austrii zmu­sił Danię do zrze­cze­nia się obu księstw (począt­kowo na rzecz obu koali­cjan­tów, póź­niej Prusy prze­jęły i Szle­zwik, i Holsz­tyn). Był to pierw­szy krok Żela­znego Kanc­le­rza ku zjed­no­cze­niu Nie­miec. Dla Gdań­ska pru­skie zwy­cię­stwo ozna­czało jed­nak utratę zna­cze­nia jako głów­nego portu wojen­nego – na mor­ską potęgę wyro­sła Kilo­nia.

5.

W ówcze­snym Gdań­sku rolę dziel­nicy czer­wo­nych latarni odgry­wał raczej znaj­du­jący się dalej na pół­noc Osiek, czyli zamiesz­ki­wana przez ubogą lud­ność część Sta­rego Mia­sta. Peter­si­lien­gasse, jedna z uli­czek na obrze­żach Głów­nego Mia­sta, bli­sko Motławy i por­to­wego nabrzeża, leżała jed­nak w stre­fie sze­roko poję­tego zagłę­bia roz­ryw­ko­wego dla mary­na­rzy, dzia­łały tam tanie tawerny, więc powie­ściowy adres nie jest nie­praw­do­po­dobny.

6.

To typ zegarka ze spe­cjal­nym mecha­ni­zmem (przy­ci­skiem albo suwa­kiem z boku), który umoż­li­wia wybi­ja­nie na żąda­nie aktu­al­nej godziny, kwa­dransa lub w naj­bar­dziej pre­cy­zyj­nych mode­lach minuty. Repe­tiery, zwy­kle w zło­tych koper­tach, były oznaką luk­susu, miały też prak­tyczne zna­cze­nie jak tutaj – w cza­sach sprzed oświe­tle­nia elek­trycz­nego pozwa­lały spraw­dzić godzinę nawet w kom­plet­nych ciem­no­ściach, w słabo oświe­tlo­nych domach czy na uli­cach.

7.

To nie jest fik­cja lite­racka – prze­cin­ko­wiec cho­lery prze­nosi się przez zanie­czysz­czoną wodę, a do 1869 r., kiedy ruszyła ogól­no­miej­ska sieć wodo­cią­gowo-kana­li­za­cyjna, epi­de­mie tej cho­roby cyklicz­nie tra­piły Gdańsz­czan (co zresztą było bez­po­śred­nim powo­dem do dzia­ła­nia dla nad­bur­mi­strza von Win­tera, zob. przy­pis 1). W latach 1848–1859 cho­lera poja­wiła się w Gdań­sku sie­dem razy, a naj­sil­niej­szy jej atak nastą­pił cztery lata przed akcją powie­ści, w 1859 r.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij