-
nowość
-
promocja
Gdańsk - ebook
Gdańsk - ebook
Porywający finał burzliwej sagi!
Po śmierci męża Johanna musi zawalczyć o swoje miejsce w stoczni. Paweł, jako prawowity spadkobierca, przejmuje kierownictwo i skrycie pragnie mieć Johannę u boku nie tylko jako współpracownicę, lecz także jako partnerkę życiową. Jednak nad przedsiębiorstwem zbierają się czarne chmury, a kolejne przeciwności losu wystawiają ich relację na coraz cięższe próby.
Tymczasem przyjaciółka Johanny, Augusta, robi wszystko, by nie dopuścić do zbliżenia młodej wdowy i Pawła, podsuwając jej znacznie „stosowniejszego” kandydata na męża.
Gdy dramatyczny skandal wstrząsa gdańskim towarzystwem, a następne nieszczęście stawia przyszłość stoczni pod znakiem zapytania, Johanna i Paweł znajdują się w obliczu rozpadu rodzącego się uczucia.
Czy zdołają odłożyć dumę na bok i wreszcie odnaleźć drogę do siebie? Johanna nie przeczuwa jeszcze, że los postawi na jej drodze niespodziewanego sprzymierzeńca…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8382-930-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Sierpień 1863 r._
– Zanosi się na burzę!
Jest wpół do szóstej rano. Paweł, marszcząc czoło, odrywa wzrok od projektu statku i stwierdza, że Johanna stawia mu na stole roboczym kubek kawy i talerz chleba z masłem. Nie prosił jej o to, by go karmiła, kiedy pracuje na Paradiesgasse, na Rajskiej, dziewczyna robi to z własnej inicjatywy. A on musi przyznać, że jego protesty brzmią nader słabo.
– Gdzie? – pyta krótko, ponieważ Johanna patrzy na niego z wyczekującym uśmiechem.
– Idzie od morza – wyjaśnia. – I to chyba całkiem porządna.
Paweł kiwa głową w milczeniu i ostrzy pióro nożem. Następnie starannie sprawdza efekt działania, cały czas starając się nie patrzeć na Johannę. Niebezpiecznie jest pochwycić jej spojrzenie; kiedy tak się uśmiecha, człowiek może ulec słabości. Ale odrzucone oświadczyny nadal ranią jego dumę – powziął stanowczy zamiar, by najpierw okazać jej chłód i obojętność. Niech dobrze urodzona panna Berendówna zapamięta, że on nie jest mężczyzną, z którym może sobie pozwalać na jakieś gierki.
– Pawle, przeczekaj tu lepiej niepogodę – radzi Johanna i bierze kałamarz, by go napełnić. – Jeśli zaraz lunie, to i tak nic nie zdziałacie na Siennej Grobli.
Paweł odkłada pióro i się przeciąga. Johanna pewnie ma rację, sam czuje w powietrzu napięcie, które aż trzeszczy, zapowiedź nadchodzącej burzy. Od wielu tygodni wilgotny upał zalega nad miastem, tak że człowiek wdzięczny jest za każdy powiew płynący od morza. Co jakiś czas pojawiają się krótkie, gwałtowne nawałnice, już dwa razy piorun uderzył w kościelną wieżę, a kilka dni temu trafił w rosnący na Westerplatte dorodny świerk, który buchnął jasnym płomieniem.
– Ech, co znowu – burczy chłopak. – Nie będzie tak źle.
W stoczni Forsterów praca wre. Dwa statki stoją na pochylni, mały kuter rybacki i dwumasztowy bryg, który Paweł buduje dla Jana Jonkersa. Najął około trzydziestu pracowników, sami doświadczeni cieśle okrętowi, więc swoje kosztują – on musi być na miejscu, burza czy nie, trzeba rozdzielić zadania i nadzorować ich wykonanie. Jeśli tego zaniedba, chłopy się rozleniwią, będą siedzieć bezczynnie i palić fajkę w czasie, za który im płaci. Paweł czeka, aż Johanna znowu postawi kałamarz na stole, po czym wykreśla linie, posypuje je piaskiem, by szybciej wyschły, i wpisuje obok obliczenia. To kolejne zlecenie, zdobyte, trzeba przyznać, dzięki Johannie. Nic wielkiego, ale bądź co bądź to slup, jednomasztowiec do żeglugi przybrzeżnej. Zamówienia na większe statki trafiają się rzadko, co przede wszystkim wynika z konkurencji, jaką stanowią dla nich duże stocznie Klawittera czy Schichaua, nie mówiąc już o Stoczni Królewskiej. Ale stocznia Forsterów dobrze sobie radzi – można być zadowolonym.
Ciche, lecz niepozostawiające żadnych wątpliwości dudnienie odległego grzmotu zapowiada nadciągającą burzę. Johanna wybiegła, by pozamykać okiennice, jej śladem ruszyło wielkie psisko. Sułtan podkula jednak ogon, bo i on czuje bliską nawałnicę. Przez otwarte drzwi Paweł widzi, jak niebo nad domami sąsiadów przeszywa błyskawica. Trzaskają zamykane okiennice, szewcowa wciąga na podwórze zapomniany na ulicy drewniany wózek. Paweł wpisuje na rysunku ostatnie kilka liczb, po czym kończy pracę. Ściemnia się, zaraz burza pochwyci miasto w swoje szpony, a wtedy przez jakiś czas nie będzie widać dalej niż na wyciągnięcie dłoni.
Kolejny piorun wpędza najpierw Sułtana, a zaraz potem Johannę z powrotem do warsztatu. Paweł podnosi się z niezmąconym spokojem i wkłada robocze buty.
– Ty chyba nie zamierzasz iść w samym środku burzy na Sienną Groblę! – oburza się Johanna.
– A czemu nie?
– Chcesz, żeby cię piorun trafił? A poza tym nigdzie się nie przeprawisz, póki szaleje burza.
Chłopak uśmiecha się szeroko. W gruncie rzeczy podoba mu się, że ona tak się o niego troszczy. Mimo okazywanego dystansu poczynił już kilka ustępstw – kobiety mogą zadbać o jego bieliznę i ubranie oraz zapraszać go na posiłki, wykorzystuje także warsztat zmarłego ojca jako swoją pracownię, zgodnie z przewidywaniami Johanny. Omija za to szerokim łukiem pokój, który przygotowała mu na sypialnię. Ma kwaterę na poddaszu na Brotbänkergasse, na Chlebnickiej.
– I tak się tam dostanę, promem czy bez niego! – popisuje się Paweł.
Przechwałki odnoszą zamierzony skutek – dziewczyna jest przerażona.
– Chyba nie chcesz wsiąść do tej lichej łupiny, która leży na brzegu? Masz zamiar rzucić się do Motławy i utopić?
– Umiem pływać – śmieje się zadowolony chłopak.
Rozzłoszczona Johanna potrząsa głową – och, w gniewie jest jeszcze bardziej pociągająca niż zwykle. Paweł często czuje wtedy pokusę, by ją chwycić w ramiona, potrząsnąć nią nieco, a potem czule przyciągnąć do siebie i… Ale nie wolno mu oddawać się takim fantazjom. Jeszcze nie. Jeszcze długo nie. On nie jest kimś, kto dwukrotnie popełnia ten sam błąd. Zaczeka, aż będzie jej pewien.
Burza dotarła już do nich, pioruny walą, jakby nad Rajską roztrzaskał się gigantyczny moździerz. Johanna musi się bronić przed psem, który w panicznym strachu usiłuje się schować pod jej szeroką spódnicą.
– Pawle, posłuchaj – odzywa się, odzyskawszy równowagę. – Chciałam dziś wieczorem omówić z tobą coś, co ma wielką wagę dla nas obojga. Dobrze by było, gdybyś mógł w porę wrócić ze stoczni…
Paweł otworzył już drzwi i zamierza wyjść. Niebo zasnuły ciemne chmury, ulicami gna wicher, wzbijając kurz, sąsiad znika spiesznie w podwórzu. Johanna chciałaby coś z nim „omówić”? O wielkiej wadze dla nich obojga? Jest zaintrygowany, ale udaje obojętność, żeby nie mieć potem do siebie pretensji.
– Wiesz chyba, że musimy wykorzystać długie letnie dni, żeby posunąć się do przodu z robotą…
– Jestem w tym świetnie zorientowana. Ale mimo to proszę cię, żebyś nie wracał zbyt późno. Ta sprawa nie jest dla mnie łatwa i bardzo liczę na twoją życzliwość i uczynność…
Ależ ona ma miękki głos, jeśli tylko chce. Ta jego piękna macocha potrafi się łasić jak kotka. Człowiek się musi diabelnie natrudzić, by jej nie ulec.
– Spróbuję – rzuca nonszalancko Paweł. – Ale niczego nie mogę obiecać. Sama wiesz, że kiedy praca dobrze idzie, to trzeba ją doprowadzić do końca.
– Oczywiście. Czekaj, masz tu na drogę, ledwie tknąłeś śniadanie…
Johanna pakuje dwie kromki chleba z masłem i mu wręcza. Co to się dzieje? Dziś wprost wychodzi ze skóry, by mu dogodzić, można by sądzić, że szykuje się do roli kochającej małżonki. Ponętna myśl, właśnie w tę stronę kierują się wszystkie jego nadzieje i pragnienia. Ale jeszcze nie jest w stanie uwierzyć, że ona poważnie go traktuje.
Niecały rok temu złożył u jej stóp swoje serce, tęsknotę i miłość, a w zamian dostał brutalną odprawę. No dobrze, Johanna później się opamiętała – kiedy wrócił z podróży do Królestwa Polskiego, przybrała inny ton i nawet dała mu do zrozumienia, że byłaby gotowa przyjąć jego oświadczyny. Zraniona duma powstrzymała go jednak przed tym posunięciem. Nie jest kimś, kto pozwoli się wodzić za nos rozkapryszonej córeczce patrycjuszy. Jest uczciwym, prostolinijnym człowiekiem, rzemieślnikiem, który zna swoją wartość i wie, co potrafi. Dla niego „tak” znaczy „tak”, a „nie” znaczy „nie”. A to „nie”, które wtedy mu cisnęła, tkwi w nim głęboko niczym drzazga. Tak, to prawda, czuje się zraniony. Gdyby tak po prostu dał się zmiękczyć jej pochlebstwom, nie mógłby potem spojrzeć w lustro.
Takie to myśli przelatują mu przez głowę, gdy przechodząc przez mosty i wąskie uliczki, spieszy ku przystani promu. Dociera tam dokładnie w chwili, gdy nad jego głową pęka wał czarnych chmur. Potężne strumienie deszczu zalewają miasto.
Wściekły szuka schronienia na ganku domu przewoźnika i czeka, aż przejdzie ulewa. Ma więc chwilę, by uporać się z chlebem z masłem, który schował przed deszczem pod obszerną koszulą. Faktycznie jest głodny, irytuje się, że nie wypił kawy, którą Johanna postawiła mu na stole. Dlaczego nie miałby przystać na to, by troszczyła się o niego razem ze starą Barbarą? Ma do tego prawo, w końcu jest jej pasierbem, a dom, który ojciec zapisał w testamencie Johannie, jest jego rodzinnym domem. Dom dla żony, stocznia dla syna, tak zarządził Berthold Forster przed śmiercią. Było to słuszne i sprawiedliwe. Paweł zawsze kochał i szanował ojca, zachowuje go też w czułej pamięci.
Oczywiście o wiele milej byłoby siedzieć rankiem wraz z Johanną przy śniadaniu w mieszkaniu na górze. Żartować z nią i gawędzić, a także rozmawiać o stoczni i prowadzeniu interesów. Czule ją obejmować przed wyjściem na Sienną Groblę. A jeszcze przyjemniej byłoby wracać do niej wieczorem i cieszyć się razem z nią radościami życia małżeńskiego. Takie pragnienia towarzyszą Pawłowi dzień i noc, nie dają mu spokoju nawet podczas pracy w stoczni, najgorzej jest jednak, gdy Johanna jest w pobliżu, a on czuje jej urok.
Co też takiego chce z nim omówić dziś wieczorem? Czyżby tak już jej dojadła jego obojętność, że sama chce mu się oświadczyć? Na samą myśl o tym gorąco mu się robi. Byłoby to wprawdzie bardzo niezwykłe, ponieważ kobieta ma czekać, aż mężczyzna zada jej wiadome pytanie, tak każe obyczaj. Ale po Johannie można się wszystkiego spodziewać.
– No to ruszamy, panie majster! – woła przewoźnik, wyrywając go z zadumy. – Ej, Jasper! Hannes? Gdzie wy się podziewacie? Mamy chętnych na przewóz!
Rzeczywiście na przystani czeka już kilka osób. Wśród nich trzech robotników, których Paweł zatrudnia w swojej stoczni, pozostali chcą się dostać do Stoczni Królewskiej, bo tam również poszukują młodych, krzepkich ludzi, którzy chcieliby się wyuczyć rzemiosła cieśli okrętowego. Paweł wita kolegów skinieniem głowy, ale nie bierze udziału w pogawędkach i grubych żartach, rzucanych podczas krótkiej przeprawy. Rozmyśla, co zrobi, jeżeli Johanna faktycznie poruszy dziś wieczorem kwestię małżeństwa. Przypuszczalnie będzie przede wszystkim podkreślać biznesowe zalety więzów matrymonialnych. Już taka jest, prawa Berendówna, córka wielkiego rodu kupieckiego. Zresztą będzie miała rację, on jej w istocie bardzo potrzebuje do prowadzenia ksiąg, obliczania wypłat i zajmowania się wszystkimi tymi uciążliwymi papierami. Ale może powie coś więcej? Wyzna mu, że ona też mu sprzyja? Że on się jej podoba? A może nawet da mu do zrozumienia, że go kocha i pragnie? W takim przypadku diabelnie ciężko by mu było zachować zimną krew.
Ale jeśli ona wystąpi z taką propozycją, to czy on będzie w ogóle chciał na nią przystać? No cóż, gdyby Johanna rzeczywiście porzuciła wszelką ostrożność i zaczęła mówić o uczuciach, to w zasadzie należy jej się rzucone w twarz: „Nie, dziękuję”.
Ale nie, tak daleko się nie posunie. Wysłucha jej, po czym stwierdzi, że patrzy na tę sprawę jak najbardziej przychylnie. Tak, to dobrze brzmi. Przychylnie. Tyle że z małżeństwem nie należy się spieszyć, on potrzebuje czasu, by wszystko przemyśleć, no i trzeba by wspólnie omówić parę spraw, poczynić przygotowania. W ten sposób nie skapituluje z miejsca i nie rzuci się z okrzykiem szczęścia w jej ramiona, tylko potrzyma ją jeszcze chwilę na wolnym ogniu. To jego prawo.
W znakomitym humorze schodzi na ląd i wraz z pracownikami kieruje się wąską polną drożyną ku stoczni Forsterów. Dochodzi siódma, brygadzista jeszcze przed burzą porządnie osadził główne wręgi slupa, teraz zabierają się do wręg rufy. Paweł wysyła do gotowania smoły trzech maruderów, którzy przeprosili za spóźnienie, a potem sprawdza, czy wręgi zostały prawidłowo osadzone.
– Dobra robota – chwali brygadzistę, który nazywa się Till Johansen i pochodzi z Danii. Ten też się cieszy z wykonanego zadania i z uśmiechem wskazuje na niebo, po którym przemyka jedynie kilka puchatych obłoczków.
– Ledwie skończyliśmy, jak porządnie nas pokropiło.
– Nie zaszkodzi wam – odpowiada roześmiany Paweł. – Teraz znowu zrobi się gorąco. Dzisiaj po południu będziemy tęsknić za ochłodą.
– Tak to jest, panie majster.
Burza była wprawdzie gwałtowna, ale pozostawiła po sobie niewiele śladów. Ziemia jest jeszcze mokrawa, ale w kilku miejscach prześwituje już jasny, suchy piach, a drewno kadłuba łodzi szybko odparowuje wilgoć na słońcu. Paweł zleca pracę nad obydwoma statkami równocześnie, ale kuter rybacki jest już na ukończeniu i w najbliższych tygodniach zostanie spuszczony na wodę. Jeszcze kilka dni na zrobienie wnętrza, po czym będą mogli go oddać zleceniodawcy. To kooperatywa paru rybaków, którzy połączyli siły i wspólnie finansują budowę łodzi. Johanna wypisze rachunek i zadba o to, by został zapłacony co do ostatniego feniga. W takich sprawach jest nieprześcigniona, potrafi nie tylko rachować, ale i twardo się targować, nie godzi się na żadne ulgi ani odroczenia terminów spłaty. W końcu potrzebują pieniędzy, ludzie muszą dostać swój zarobek, drewno i narzędzia też nie są za darmo. Trzeba myśleć także o podatkach i opłatach, a do tego wszystkiego powinni odkładać na budowę kolejnych obiektów na Siennej Grobli.
Następnym promem przypływają dwie kobiety, które najął do gotowania. Musi przecież zapewnić ludziom obiad, pod ręką trzeba też mieć stale kilka beczek piwa i dostateczną ilość wody. Ta jest darmowa, ale za kufel piwa się płaci. Wódka pojawia się tylko przy wyjątkowych okazjach, jak chrzciny statku lub obchody urodzin, bo Paweł nie jest zwolennikiem picia w pracy.
Piaszczystą dróżką idą dziś w kierunku stoczni nie dwie, lecz trzy kobiety. Obie kucharki łatwo rozpoznać po skromnym odzieniu. Ciągną wózek pełen warzyw i mięsa, z tego przygotują obiad. Trzecia kobieta różni się od nich, jest ciasno ściśnięta gorsetem, a szeroka suknia przysparza jej kłopotów, ponieważ bez przerwy zahacza o osty rosnące na poboczu ścieżki. Paweł podejrzliwie spogląda w jej stronę i widzi, że jego przeczucia się potwierdzają – to Anna Maria Jonkers, córka zamożnego armatora Jana Jonkersa, jednego z najlepszych zleceniodawców Pawła. Musi więc traktować dziewczynę z całą uprzejmością, co nie przychodzi mu łatwo, bo ma ona trudny charakter. Chwilowo znów jest zaręczona, tym razem szczęśliwym wybrankiem jest doktor Alfred Riechert, który prowadzi wielką kancelarię na Breite Strasse, na Szerokiej. Jeśli w ogóle w takim przypadku można mówić o szczęściu, bo śliczna Anna Maria ma zwyczaj zmieniać narzeczonych jak rękawiczki.
Początkowo Paweł nie zwraca uwagi na przybyłą, tylko rusza z pomocą przy osadzaniu wręg, a potem skupia się na ludziach, którzy mocują wewnętrzne poszycie kutra. Dopiero po chwili postanawia serdecznie pozdrowić gościnię i powitać ją w swojej stoczni. Tak wypada, to winien swojemu ojcu. Dziewczyna przysiadła na drewnianym balu nieopodal obu kucharek i coś rysuje. W porządku – czyż Johanna nie wspominała niedawno, że Annę Marię Jonkers trudno spotkać bez szkicownika i że jej karykatury kilkakrotnie drukowano już w żurnalu wydawanym przez Ernsta, brata Johanny? Jak się to pismo nazywa? „Wieczny Płomień”? „Iskra Gorejąca”? Ech, to było coś podobnie napuszonego. Wreszcie sobie przypomina: „Pochodnia Literacka”.
Panna Jonkers od razu go oczywiście dostrzegła i uśmiecha się do niego szelmowsko. Powabna jest niewątpliwie i do tego naprawdę ładna. Ma w sobie coś dziecięcego, ale lepiej się nie łudzić – Anna Maria równie dobrze jak Johanna wie, czego chce, a czego nie chce. Tylko że Johanna w swoich dążeniach jest dzięki Bogu o wiele mądrzejsza i roztropniejsza niż ta pannica, która dziś chciałaby to, a jutro tamto.
– Witam pana serdecznie, panie majstrze – woła do niego Anna Maria. – Mam nadzieję, że nie przeszkadza panu, że zrobię tu parę szkiców? Między pańskimi robotnikami można znaleźć tak cudownie osobliwe fizjonomie, a ta waląca się buda stanowi wspaniałe tło dla romantycznego rysunku.
Paweł z trudem zmusza się do uśmiechu. „Waląca się buda” to drewniana szopa, w której trzyma pod kluczem sprzęt i narzędzia, a obok zadaszonej wiaty to jedyny jak dotąd budynek w jego stoczni. Może tylko zgadywać, co ma na myśli Anna Maria, mówiąc o „fizjonomiach”, ale pewnie będą to twarze, które rozpoznaje w jej szkicowniku. Nie są przesadnie pochlebnie narysowane, raczej wręcz przeciwnie.
– Proszę się nie krępować, łaskawa pani – mówi uprzejmie Paweł. – Cieszę się, że moja stocznia dostarcza pani pomysłów do rysunków. A może nawet będzie nas można oglądać w „Pochodni Literackiej”?
Panna Jonkers wybucha dźwięcznym śmiechem, brzmi on niczym srebrne dzwoneczki. Typowy śmiech dobrze sytuowanej młodej damy z najlepszego towarzystwa, które widuje się na literackich salonach Augusty von Kleiwitz. Paweł nie znosi takich przemądrzałych bab.
– A to całkiem możliwe, panie majstrze – stwierdza Anna Maria i przygląda mu się zmrużonymi oczami. Czyżby go rysowała? Tego mu tylko brakowało! Paweł przejeżdża ręką po zwichrzonych włosach i orientuje się, że rozpiął koszulę, bo było mu za gorąco przy pracy.
– Jeśli pan chce, podam nazwę stoczni w opisie rysunku – mówi życzliwie dziewczyna. – To byłaby piękna reklama, nieprawdaż?
Paweł jest mniej zachwycony, zwłaszcza że Anna Maria robi się rozmowna i zaczyna opowiadać, że jej rysunki publikowane są w stolicy Prus – Berlinie – i że ma propozycje z rozmaitych czasopism ukazujących się w innych wielkich miastach.
– To radosna wiadomość – konkluduje Paweł. – Zapewne pani narzeczony jest dumny z pani sukcesu.
– Ach, on! – wykrzykuje pogardliwie Anna Maria. – Nie, pan doktor Riechert nie ma niestety ani krzty zrozumienia dla sztuki karykatury. Czego bardzo żałuję…
Aha, myśli Paweł. Szykuje się, jak widać, kolejne zerwanie zaręczyn. No cóż, pan doktor Riechert jakoś to przeboleje, nie zna go wprawdzie osobiście, ale Johanna ma złe doświadczenia z tym osobnikiem, więc jemu też się on nie podoba.
Gong obiadowy rozbrzmiewa z metalicznym brzękiem, tę rolę bowiem odgrywa stara pokrywka od garnka, zawieszona na wystającej belce szopy. Paweł grzecznie zaprasza swoją gościnię na eintopf i jest zdumiony, gdy Anna Maria radośnie przyjmuje zaproszenie.
– Ach, serdecznie dziękuję, panie majstrze! Tyle się uczę, mogąc obserwować pracę w stoczni – paple Jonkersówna. – Ileż wiedzy i umiejętności tkwi w budowie statku! Żywię najgłębszy szacunek wobec pana, drogi panie majstrze…
Paweł wbrew sobie czuje się pochlebiony i w zakłopotaniu mruczy parę słów podziękowania. Na szczęście Anna Maria zaraz po posiłku rusza w drogę powrotną, prawdopodobnie jest jej już za gorąco, gdyż na Siennej Grobli słońce pali niemiłosiernie. Razem z obiema kucharkami dziewczyna kieruje się na przystań promu i raz tylko się zatrzymuje, by wytrząsnąć piasek z butów.
Paweł i jego ludzie raźno pracują mimo skwaru, więc chociaż cieszy się on na wieczorną rozmowę, to jednak nie może przedwcześnie zarządzić fajrantu. Dopiero gdy cienie robią się coraz dłuższe, a słońce znika już za Bischofsberg, za Biskupią Górką, ogłasza koniec dnia roboczego, cieszy się z postępów w pracy i zamyka narzędzia w szopie, do której klucz ma tylko on i brygadzista. Te środki ostrożności są aż nadto konieczne, ponieważ nad brzegiem Wisły włóczy się nocami złodziejski element wszelkiej maści, dla którego drogie narzędzia byłyby pożądanym łupem. Zmierzch już zapada, kiedy Paweł przeprawia się ostatnim promem i wielkimi krokami spieszy do swojej kwatery na Chlebnickiej, by przyszykować się na wieczorne spotkanie. Dokłada nadzwyczajnego wysiłku, myje się ładnie pachnącym mydłem, goli policzki i brodę oraz wkłada najlepszą koszulę. Rezygnuje z długiej wyjściowej kurty – po pierwsze jest za ciepło, a po drugie nie ma powodu, by Johanna myślała, że to z jej powodu tak się wystroił.
Jest już ciemno, gdy staje przed domem na Rajskiej, jednak Johanna przewidująco wywiesiła zapaloną latarnię – czeka na niego. W progu wita go stara Barbara, od pewnego czasu nosi staromodny czepek z falbankami, który dość osobliwie okala jej wąską twarz o ciemnych oczach i spiczastym nosie.
– Lepiej późno niż wcale – rzuca pogodnym tonem i zamyka za chłopakiem drzwi.
Na górze nakryto do stołu, rozchodzą się wspaniałe aromaty ryby i pieczeni, a jeśli Pawła wzrok nie myli, to deser też jest przewidziany. Niemal ogarniają go wyrzuty sumienia, że tak się spóźnił. Zwłaszcza że Johanna pięknie się ubrała do kolacji i w nowy sposób upięła włosy.
Jeśli nawet jest na niego zła, to nie daje tego po sobie poznać.
– Siadaj, Pawle – poleca mu ciepło. – Dużo dziś zrobiliście? No tak, kiedy robota dobrze idzie, to nie wolno przerywać, masz absolutną rację…
Kobiety nakładają mu jedzenie, a on nie daje się długo prosić, popija wino, które nalewa mu Johanna, nie odmawia również deseru. Rozmowa obraca się wokół codziennych spraw, Johanna żałuje, że na targu ceny są coraz wyższe, Barbara donosi, że sąsiadka urodziła dzisiaj rano zdrowego chłopczyka, on zaś opowiada o wizycie Anny Marii w stoczni.
– Te jej bazgroły chcą publikować w żurnalu? – zżyma się Johanna, która nie ma dobrego zdania o Jonkersównie. – No cóż, postaram się temu zapobiec. Wszystko, co rysuje, obraca w karykaturę, szydzi, by szydzić. Bóg raczy wiedzieć, w jak dziwaczny sposób ukaże naszą stocznię.
Powiedziała „naszą stocznię”! Niesłychane. Ale w gruncie rzeczy to dobry znak. Paweł stawia na stole kieliszek z winem i spogląda ku niej. Jakaż ona jest piękna! Ładnie upięte bujne włosy blond, policzki zarumienione od wina, wpatrzone w niego szare oczy błyszczą wesoło. Chcąc, nie chcąc, chłopak myśli o tym, jak też dziewczyna wygląda z rozpuszczonymi włosami…
– Mówiłaś dziś rano, że chcesz o czymś ze mną porozmawiać…
– Tak jest – przytakuje Johanna i dolewa mu wina. – Jest coś, co mi ciąży na duszy…
Barbara podnosi się, by pozanosić naczynia do kuchni, a on czeka z odpowiedzią, póki staruszka nie wyjdzie z pokoju. Och, kobiety mają wyczucie, starowina z pewnością chce ich zostawić samych, by ułatwić Johannie wyznanie…
– Tak się złożyło… – zaczyna Johanna i przysuwa się z krzesłem nieco bliżej – …że oboje, ty i ja, żyjemy niby obok siebie, a jednak razem…
Paweł milczy i czuje, jak serce bije mu szybciej. Ona chyba rzeczywiście zamierza wygłosić czułą deklarację.
– Co masz na myśli, mówiąc „razem”?
Johanna potrząsa z uśmiechem głową, jak gdyby pytał o coś, o czym dawno powinien był wiedzieć.
– Cóż, jedno wiąże się z drugim – odpowiada. – Tu na dole kreślisz projekty statków, a my dbamy o twoją odzież. Ty jesteś majstrem w stoczni, ja prowadzę księgi, wypisuję rachunki, troszczę się o to, by pieniądze z udziałów w statku wpływały na czas, przygotowuję wypłaty… Chętnie robię to wszystko dla ciebie, Pawle. Bo nie znam nikogo, z kim czułabym się tak związana, komu mogłabym do tego stopnia zaufać…
– Johanno, ja również ogromnie się cieszę z tego powodu – woła wzruszony chłopak i ujmuje ją za rękę.
Dziewczyna się nie wzbrania, nie opiera się też, gdy on próbuje przyciągnąć ją do siebie. Ale jednak zamiast z zawstydzeniem, jak to przystoi kobiecie, mówić o miłości, peroruje dalej o czymś zupełnie innym.
– I słusznie się cieszysz, ponieważ od rana do nocy pracuję dla ciebie i naszej stoczni. Ale czy choć raz się zastanowiłeś, jak ja sobie radzę? Prawie już nie mam pieniędzy, które zostawił mi Berthold, i wkrótce nie będę wiedziała, z czego mam żyć.
Paweł jest odrobinę rozczarowany, że Johanna mówi o pieniądzach zamiast o innych rzeczach, których by chętnie posłuchał. No ale cóż, to Berendówna z krwi i kości, a poza tym przypuszczalnie ma rację.
– A jak ja miałbym ci w tym pomóc? – pyta ją i zagląda jej głęboko w oczy. – Powiedz mi, Johanno. Niech się dowiem, co wymyśliłaś.
Czy uchwyci pomocną dłoń, którą do niej wyciągnął? Och, Paweł chce usłyszeć, jak ona go prosi, ba, jak go błaga o to, by ją poślubił. Nie będzie jej długo męczył, zresztą nie da rady. Zamknie ją w ramionach i wyzna, że jest najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem…
Johanna odwzajemnia jego spojrzenie, przez chwilę Paweł czuje jej ciepło, siłę, oddanie.
– Wymyśliłam, żebyś mi płacił stałe wynagrodzenie za moją pracę – odpowiada. – To słuszne i sprawiedliwe, ponieważ w innym wypadku musiałbyś zatrudnić kierownika, który kosztowałby cię o wiele więcej, niż ja żądam dla siebie.
Paweł potrzebuje kilku sekund, by zrozumieć, o czym ona mówi. Ma wrażenie, jakby ktoś chlusnął mu wiadrem zimnej wody w twarz. Mowy nie ma o słodkich wyznaniach, nie mówiąc już o oświadczynach! Ona chce pieniędzy. Ma jej płacić pensję.
– Nie znajdziesz nikogo lepszego na to stanowisko – stwierdza z wielką powagą Johanna. – Wiesz przecież, jak bardzo dobro naszej stoczni leży mi na sercu.
Paweł bierze głęboki oddech i szykuje się do udzielenia jej odpowiedzi, na którą zasłużyła.TEODOR
Budzi się, bo ma ohydne wrażenie, że zaraz się udusi, i kopie na wszystkie strony, ponieważ lniana narzuta, którą był przykryty, owinęła mu się wokół nóg.
– Au! No co ty robisz? Czemu tak szalejesz, mój mocarny tygrysie? Czekaj, wezmę tę głupią narzutę… – Teodor słyszy obok siebie czyjś głos.
Uświadamia sobie, że nie jest u siebie w domu, w swojej sypialni, lecz nocuje u magdalenki na Petersiliengasse, na Warzywniczej⁵. Bogu dzięki, jest jeszcze ciemno, nie zaspał do rana, tylko mu się zdrzemnęło po stosunku. Błądzi ręką za ubraniem, które leży obok łóżka na podłodze, wymacuje kamizelkę, w której tkwi zegarek kieszonkowy, po czym odnajduje marynarkę z pugilaresem i portmonetką. Przeklęta lekkomyślność – jak łatwo złodziej mógłby go obrabować. Tu, na tej uliczce, przewijają się najrozmaitsze ciemne typki i na policji niezręcznie byłoby mu podać miejsce kradzieży. Teodor naciska dźwigienkę repetiera⁶ i liczy. Jest wpół do drugiej – całkiem późno.
– Nie wstawaj… Jeszcze wczesny wieczór, nie musisz przecież iść do domu… Przyniosę ci wina…
Mężczyzna słyszy, jak dziewczyna wstaje i boso idzie do sąsiedniego pokoju, by zapalić lampę. W docierającym do niego słabym blasku Teodor pospiesznie się ubiera i wypija łyk wody z dzbanka, który stoi na umywalni. Woda ma stęchły posmak – ma nadzieję, że niczego nie złapie, bo słychać, że cholera znowu się pojawiła. Na Starym Mieście było kilka przypadków, które źle się skończyły⁷. Obciera sobie usta grzbietem dłoni i zabiera się do odliczania ustalonej ceny, monety kładzie na szafce nocnej. Właściwie to wszystko jest o wiele za drogie. Posiłek, który mu wczorajszego wieczoru zaoferowała magdalenka i który w większości sama zjadła, nie był wart tych pieniędzy. Wino też nie, tani sort, którego w ogóle nie należy pić albo mieszać z wodą. No ale poza tym dziewczyna zna się na swoim rzemiośle, jest chętna i doświadczona, nie broni się też, gdy ją mocno przyciśnie. Przypuszczalnie nie do takich rzeczy jest przyzwyczajona ze strony marynarzy. Nawet jeśli twierdzi z uporem, że nigdy nie zadaje się z prostymi majtkami, lecz obsługuje klientów od mata w górę – Teodor nie wierzy w ani jedno jej słowo. Mówi tak tylko, żeby podbić cenę.
Dlaczego więc ciągle do niej chodzi? Czasem nawet dwa, trzy razy w ciągu tygodnia? Mógłby sobie przecież znaleźć inną, ale stale wraca do tej. Dopiero po pewnym czasie zorientował się, jaki jest prawdziwy powód – dziewczyna wykazuje fatalne podobieństwo do Danuty. Nie tylko jej ciało, ale i głos przypomina mu o kochance, która go tak podstępnie opuściła, okradła i do tego, co najgorsze, zabrała ze sobą jego syna – Christiana. Znienawidził ją za to, życzył jej nędzy i głodu, kazamatów i haniebnej śmierci, bo ukradła mu syna, którego kocha każdym włókienkiem serca i który jest całą jego radością, nadzieją i szczęściem. No ale teraz, kiedy utracił oboje, Danutę razem z Christianem, powoli dotarło do niego, że tęskni również za nią. Trudno, to niewdzięczna, wiarołomna diablica – ale chce ją mieć z powrotem. Za każdą cenę. Znajdzie ją, znajdzie ich oboje, Danutę z Christianem. Znajdzie ich i sprowadzi do Gdańska – nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobi.
Magdalenka podsuwa mu pełny kieliszek wina, ale Teodor nie zwraca na nią uwagi i wychodzi z mieszkania tylnym wyjściem. W wąskich uliczkach uboższej dzielnicy jest o tej porze ciemno choć oko wykol, więc musi uważać, by nie wejść na ścianę domu lub nie potknąć się o jakiś przedmiot leżący na ziemi. Raz i drugi koło stóp przemyka mu jakieś małe stworzenie – pewnie szczur – potem dociera wreszcie na Chlebnicką, którą oświetla kilka latarni gazowych. Teodor unika jasnych kręgów światła, idzie do Długiej wzdłuż kamienic i tam spiesznie wchodzi na przedproże kamienicy Berendów.
Ku jego irytacji ktoś otwiera mu drzwi – nawet o tej porze, kiedy ludzie śpią, Traude jest na posterunku, wścibska ta osoba musiała go dostrzec z okna.
– Dobry wieczór, jaśnie panie… Ciepła noc, nieprawdaż? Jaśnie pani ma brzydką migrenę, musiałam jej robić zimne okłady…
– Ubolewania godne – burczy Teodor bez cienia rzeczywistego współczucia. – Wzięła proszek?
– Oczywiście, już po południu. Ale nie działa…
– Jutro będzie się lepiej czuła – stwierdza pan domu, żeby uciąć narzekania. – Czy mój brat jest w domu?
– Jest u siebie na górze, jaśnie panie. Myślę, że jeszcze nie śpi, słyszałam, jak chodzi po pokoju.
Oczywiście Ernst znowu siedzi do ciemnej nocy nad swoją żałosną powieścią. Rano znowu się spóźni na śniadanie, a przez cały dzień ledwie będzie na oczy patrzył ze zmęczenia. To denerwujące, bo jego mały braciszek byłby całkiem niezłym kupcem, czego dowiódł podczas tych paru miesięcy, kiedy był zaręczony z Anną Marią. Chciał zaimponować narzeczonej i wreszcie zaczął przykładać się do pracy na rzecz firmy Berendów. Niestety jednak ta kapryśna osóbka zerwała zaręczyny i od tej pory z Ernstem nie można się już dogadać. Powieść chce pisać. Jakby kiedykolwiek dało się zarobić pieniądze na takiej durnej pisaninie!
Teodor wchodzi po schodach, korzysta z ustępu na pierwszym piętrze, po czym rusza dalej na drugie piętro. Już na korytarzu słychać stękania Luizy, cieszy się więc niezmiernie, że nie śpi już z nią w małżeńskiej sypialni, lecz w pokoju na drugim końcu korytarza. Nie ma pojęcia, co ją znowu ugryzło, i nie ma najmniejszej ochoty się dowiadywać. W końcu się uspokoi.
Jest naprawdę zmęczony, pada więc na posłanie, ledwo się rozebrawszy, i natychmiast zasypia kamiennym snem. Nad ranem, gdy sen staje się lżejszy, pełen dręczących koszmarów, Teodor słyszy jak zwykle krzyki swojej córki Elżbiety. Siada więc na łóżku, trze policzki, by się zbudzić, po czym wstaje, goli się i ubiera. Potrzebuje dobrej chwili na poranną toaletę, ponieważ po oparzeniach, jakich doznał dwa lata temu, zostały mu na skórze wrażliwe miejsca i musi je smarować maścią. Włosy też wymagają starannego czesania i układania, żeby ukryć łyse placki, ręce zaś często osłania rękawiczkami. To wszystko zawdzięcza temu pozbawionemu skrupułów podpalaczowi, Oskarowi Possertowi, który podłożył ogień w jego magazynie, a potem uciekł. Ale hala stanęła na nowo i dobrze dziś służy jako skład rozmaitych towarów, a tego nędznego szubrawca znajdzie jeszcze pewnego dnia i pociągnie do odpowiedzialności.
W jadalni zastaje ku swemu zaskoczeniu małżonkę, która siedzi przy stole i siorbie herbatę. Nosi jeden z tych swoich paskudnych koronkowych czepków, pod którymi skrywa nieuczesane włosy, a poza tym blada jest jak śmierć – faktycznie głowa musiała ją bardzo boleć.
– Dzień dobry – wita ją. – Widzę, że lepiej się już czujesz. To mnie cieszy.
– Dziękuję… Wprawdzie jeszcze niedomagam, ale nie robię wokół siebie wiele szumu. Spędziłeś spokojną noc?
– Oczywiście, spałem mocno i głęboko…
– Bardzo mnie to cieszy… Sen przed północą jest ponoć najlepszy…
Odpycha go jej fałszywy uśmiech. Z całą pewnością Luiza wie, gdzie mąż spędził wczorajszy wieczór, i jest również zdecydowana znieść jego wyskoki z chrześcijańską pokorą. Ale nie może się powstrzymać od cierpkich uwag co pewien czas. Cóż, on nie ma bynajmniej wyrzutów sumienia, dlatego przyjmuje to ze spokojem.
– Nie miałabyś ochoty na plasterek wędzonej szynki? – pyta ją i podsuwa jej talerz.
– Dziękuję, najdroższy. Jeszcze nie wrócił mi apetyt. Ale chciałabym z tobą porozmawiać o pewnej drobnej sprawie, która ciąży mi na duszy…
– Teraz? – odzywa się niechętnie Teodor. – To bardzo niedogodna pora, Luizo. Mam mało czasu… Traude! Przypomnij mojemu bratu, że jemy śniadanie. Niech natychmiast zejdzie na dół!
– Och, szybko powiem, o co chodzi, najdroższy. – Luiza nie daje się tak łatwo zbić z tropu. – W zasadzie to oczywistość, ale jednak trzeba o tym pomyśleć zawczasu, by również prawnie uregulować takie rzeczy…
Teodor patrzy nieufnie na żonę. Czyżby rozmawiała z tym filutem Riechertem? Jak inaczej wpadłaby na pomysł, by chcieć coś „prawnie uregulować”?
– Wiadomo przecież, jak nieprzyjemne są kłótnie przy podziale spadku dla wszystkich zainteresowanych – ciągnie Luiza. – Dlatego cię proszę, żebyś już teraz wyznaczył w testamencie naszą córkę Elżbietę na jedyną dziedziczkę firmy Berendów. Zrozum mnie dobrze, najdroższy, niedobrze by się przecież stało, gdyby w razie czego doszło do jakichś niejasności lub wręcz sporów. Pomyśl też o tym, że twój brat, a ewentualnie nawet i siostra, mogliby wnieść jakieś roszczenia, co ostatecznie wpędziłoby firmę w ruinę.
A więc o to jej chodzi. Z trudem ukrywa wzbierającą w nim złość. Musiała jakoś się dowiedzieć, że kazał szukać Danuty i Christiana. Czyni tak od miesięcy – jak dotąd posłał za nimi dziesięciu czy jedenastu szpiegów – niestety bez namacalnych sukcesów. Za to Luiza wie już o tym i się boi, że znowu ustanowi dziedzicem swojego nieślubnego syna, gdy tylko go odnajdzie. Podejmuje zatem stosowne środki. Rzekomo dla dobra firmy Berendów. Ależ jest szczwana! I żałosna zarazem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
Mowa o postaci autentycznej – Leopoldzie von Winterze (1823–1893), któremu miasto zawdzięcza przekształcenie w nowoczesną metropolię. Sprawował on funkcję najpierw pierwszego burmistrza (od grudnia 1862 r.), a potem nadburmistrza Gdańska (od stycznia 1863 r. do czerwca 1890 r.). Do jego zasług zalicza się przede wszystkim poprawę fatalnego stanu sanitarnego miasta, które zmagało się z wysoką śmiertelnością mieszkańców, trapionych m.in. przez epidemie cholery – nadburmistrz doprowadził do założenia sieci wodociągowo-kanalizacyjnej z oczyszczalnią ścieków (był to pierwszy w Europie zintegrowany, całościowy system łączący wodociągi i kanalizację). Za jego rządów rozpoczęto też modernizację ulic, czyli ich masowe brukowanie, otwarto pierwszą linię konnych tramwajów czy nowe połączenia kolejowe, zwłaszcza z Nowym Portem. Zob. https://gdansk.gedanopedia.pl/gdansk/?title=WINTER_LEOPOLD_von,_nadburmistrz_Gda%C5%84ska, dostęp 5.02.2026 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
2.
Warto zauważyć, że w tym rejonie mieszka również Johanna (okna jej pokoju wychodzą wprost na wspomniany kościół). To Stare Miasto, które wówczas zamieszkiwali ubożsi mieszkańcy, drobni rzemieślnicy, robotnicy itp. Nie były to może slumsy, ale przed reformami nadburmistrza von Wintera panowały tam zdecydowanie złe warunki sanitarne, a zagęszczenie ludności było duże. Ponadto na początku lat 60. XIX w. niedaleko ul. Rajskiej, gdzie stoi dom Forsterów, zbudowano koszary piechoty, co też raczej nie podniosło prestiżu okolicy.
3.
To dawniejszy i obecny Królewiec.
4.
Mowa o wojnie duńskiej, do której ostatecznie doszło w 1864 r., czyli próbie zawłaszczenia przez Danię Holsztynu. Na mocy traktatów międzynarodowych księstwa Szlezwik i Holsztyn były związane unią personalną z królem Danii, ale Holsztyn należał również do Związku Niemieckiego i zamieszkiwali go głównie Niemcy. Bismarck skorzystał z pretekstu, wystąpił w roli obrońcy prawa międzynarodowego i z pomocą Austrii zmusił Danię do zrzeczenia się obu księstw (początkowo na rzecz obu koalicjantów, później Prusy przejęły i Szlezwik, i Holsztyn). Był to pierwszy krok Żelaznego Kanclerza ku zjednoczeniu Niemiec. Dla Gdańska pruskie zwycięstwo oznaczało jednak utratę znaczenia jako głównego portu wojennego – na morską potęgę wyrosła Kilonia.
5.
W ówczesnym Gdańsku rolę dzielnicy czerwonych latarni odgrywał raczej znajdujący się dalej na północ Osiek, czyli zamieszkiwana przez ubogą ludność część Starego Miasta. Petersiliengasse, jedna z uliczek na obrzeżach Głównego Miasta, blisko Motławy i portowego nabrzeża, leżała jednak w strefie szeroko pojętego zagłębia rozrywkowego dla marynarzy, działały tam tanie tawerny, więc powieściowy adres nie jest nieprawdopodobny.
6.
To typ zegarka ze specjalnym mechanizmem (przyciskiem albo suwakiem z boku), który umożliwia wybijanie na żądanie aktualnej godziny, kwadransa lub w najbardziej precyzyjnych modelach minuty. Repetiery, zwykle w złotych kopertach, były oznaką luksusu, miały też praktyczne znaczenie jak tutaj – w czasach sprzed oświetlenia elektrycznego pozwalały sprawdzić godzinę nawet w kompletnych ciemnościach, w słabo oświetlonych domach czy na ulicach.
7.
To nie jest fikcja literacka – przecinkowiec cholery przenosi się przez zanieczyszczoną wodę, a do 1869 r., kiedy ruszyła ogólnomiejska sieć wodociągowo-kanalizacyjna, epidemie tej choroby cyklicznie trapiły Gdańszczan (co zresztą było bezpośrednim powodem do działania dla nadburmistrza von Wintera, zob. przypis 1). W latach 1848–1859 cholera pojawiła się w Gdańsku siedem razy, a najsilniejszy jej atak nastąpił cztery lata przed akcją powieści, w 1859 r.