Gdzie sypiają dzikie konie - ebook
Najnowsza książka Łukasza Barysa, laureata Paszportu „Polityki”, autora m.in. powieści „Kości, które nosisz w kieszeni” i „Jeśli przecięto cię na pół”.
Na prowincji nic nie jest takie, jak się wydaje — a prawda przychodzi do głosu dopiero wtedy, gdy każdy opowie swoją wersję historii.
Kamil wraca do rodzinnego domu z poczuciem porażki, które zna coraz więcej młodych ludzi: niespełnione ambicje, brak pieniędzy, życie „na przeczekanie”. Wplątany w relację bez przyszłości, rozdarty między przeszłością a tym, co dopiero może nadejść, próbuje zrozumieć siebie i ludzi wokół. Ale jego historia to tylko jeden z elementów układanki. Głosy rodziny, przyjaciół i wrogów stopniowo odsłaniają tajemnice, uprzedzenia i dawne krzywdy — pokazując, jak łatwo dziedziczy się przemoc, stereotypy i społeczne podziały.
„Gdzie sypiają dzikie konie” to wielogłosowa opowieść o pokoleniu, które miało mieć łatwiej, a wciąż uczy się dorosłości. O miłości wystawionej na próbę klasowych uprzedzeń. O prowincji bez nostalgii, ale z melancholią i czułością. I o nadziei, która potrafi przetrwać nawet w najbardziej ponurym krajobrazie.
Bo czasem trzeba zgubić drogę, żeby zrozumieć, gdzie naprawdę jest dom.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-120-1 |
| Rozmiar pliku: | 5,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Śniłem o samolotach, które nie mogą odnaleźć swoich lotnisk i wiszą w powietrzu tak długo, aż po prostu znikają. Potem o Basi, we śnie mnie nie pamiętała i chciałem coś powiedzieć, ale ona nie mogła mnie usłyszeć, więc w końcu zamiast mówić, zacząłem machać rękami. Pamiętasz te gołębie z przystanku przed blokiem, chciałem powiedzieć, i w końcu spojrzała na mnie, ale tak, jak się patrzy na gołębia, nie zwróciła na mnie uwagi.
Mama mną potrząsnęła i obudziłem się. Stała nade mną i wciąż potrząsała, aż powiedziałem, że za chwilę wstanę i że musi mi dać się ubrać, wtedy wreszcie odwróciła się i poszła na dół. Jeszcze na chwilę zamknąłem oczy, ale zaraz wstałem, nie mogłem przecież ponownie zasnąć, wciągnąłem spodnie i bluzę, bez skarpetek zszedłem do kuchni, gdzie stała nad kubkiem herbaty i kromką chleba, z dłonią zaciśniętą na rączce walizki, w kurtce i Adidasach. To dla mnie?, spytałem, tak, odpowiedziała, dzięki, powiedziałem, ale nie zjadłem, nie mógłbym nic przełknąć tak wcześnie rano. Wciąż nie wzeszło słońce, kropla światła zdążyła jednak poruszyć ciemność, niebo stało się granatowe, a potem z mebli i ścian zaczął schodzić kożuszek szarości, miałem ochotę go zdrapać, byłoby szybciej.
Wziąłem walizkę i poszedłem z mamą do samochodu. Wciąż zerkała na telefon i zegarek, do lotu pozostały trzy godziny, ale i tak bała się spóźnienia. Nawet nie próbowałem protestować, gdy zarządziła wczesną pobudkę, wiedziałem, że nie zgodzi się jechać później, umarłaby z nerwów.
Wszędzie liście, wszędzie zieleń, która strząsała z siebie noc, czerwcowa zieleń pól i kwitnących drzew. Rześki zapach porannego powietrza. We śnie był listopad, szarość i mrok, ciekawe dlaczego, zastanawiałem się, miałem dużo czasu, bo żadne z nas nic nie mówiło. Jazda wiejską drogą, a potem przez las, krótko, ale zawsze, i wreszcie następna wieś, śpiące duże domy i podwórka śniące świat bez ludzi. Głowa mnie bolała, za dużo ekranów, za mało naturalnego światła, stwierdziłem. Mama kręciła się na siedzeniu obok. I w końcu Łódź, na początku dziwna, nieróżniąca się za bardzo od wsi, aż nagle zaczynały się osiedla i kamienice, nieliczne samochody, które mijaliśmy, ciekawe, co robią ci ludzie, że muszą tak wcześnie wstawać, zastanawiałem się.
– Dziś urodziny dziadka – powiedziała mama. – Pamiętasz?
Łódzkie lotnisko, do którego niebieską wstążką prowadzi nas Google Maps, mieści się dość blisko Janowic, o tej porze podróż zajęła nam dwadzieścia minut. Wiedziałem, że tak będzie, ale trudno, skoro tak chciała, to będzie czekać. Wjechałem na teren lotniska, zatrzymałem się w strefie KISS AND RIDE. Dość niezręcznie stawać tu z mamą, ale nie da się inaczej. Powiedziała, że dziadek czeka na nas i że będzie mu smutno, jeśli nie przyjdziemy, choć nie da tego po sobie poznać. Mruknąłem coś w odpowiedzi. Powiedziała, że wie, że nie chce mi się iść do dziadka, ale chyba mogę poświęcić mu wieczór, co takiego mam do roboty. Bawiłem się drążkiem, zmieniałem biegi.
– No dobrze, tylko dziś poniedziałek – powiedziałem.
– No tak, dziś poniedziałek – odpowiedziała.
– Jutro mam pracę.
– Przecież nie musicie długo siedzieć.
Złapała mnie za dłoń, którą trzymałem na drążku, natychmiast ją cofnąłem.
– Nie rób tak, skrzynia może się popsuć – powiedziała.
– Dobrze.
– Zadzwonisz do Pawła? W ogóle do siebie nie dzwonicie. Powiedz mu o urodzinach. Może kupicie coś dziadkowi. Kupcie też coś od Karo.
– Tak, zadzwonię. Tak, kupię.
Na tabliczce KISS AND RIDE było napisane, że dają nam pięć minut, ale przecież to bardzo dużo, nie rozmawiałem z mamą przez pięć minut od bardzo dawna. Ciekawe, czy nad lotniskiem mogą latać ptaki, na przykład gawrony albo gołębie? Prawdopodobnie tak, przecież nie da się ich stąd przegonić. A może się da, może istnieją jakieś specjalne systemy stworzone do tego celu? A może gołębie naprawdę potrafią porwać samolot?
– Możesz zadzwonić, zagadnąć, co tam u nich. Iść z Olusiem na spacer. Paulina będzie się cieszyć.
– Mamo, bo się spóźnisz.
– Jesteś na mnie zły, że lecę?
– Nie, dlaczego?
– Bo może wolałbyś, żebym została w domu?
– Też masz prawo odpocząć.
– No właśnie, tak pomyślałam. To mogę lecieć?
– Jesteśmy na lotnisku.
– Ale przecież możemy zawrócić do domu.
– Nie no, leć.
Pomogłem mamie wyjąć walizkę. Pociągnęła ją za sobą w stronę terminalu; patrzyłem zza kierownicy, jak rozsuwają się przed nią drzwi, za którymi czekało na nią to, co nie pozwalało jej ostatnio spać – odprawa, hala odlotów, taśmy bagażowe. Pewnie będzie teraz siedzieć i stresować się, że samolot odleci bez niej, mimo że przyszła na czas, zastanawiać się, czy na pewno wszystko dobrze zrozumiała. Wzruszyłem ramionami, nie bardzo obchodziło mnie tak naprawdę, co będzie robić w Budapeszcie, przecież miała prawo od nas odpocząć, ode mnie, od Karo, taty.
Wpisałem w Google Maps adres Basi, nasz adres, sam nie wiem dlaczego. Nie powinienem tego robić, ale to zrobiłem.
Blok na Retkini, wiedziałem, że to blisko, ale nie wiedziałem, że aż tak. Ruszyłem, zostawiłem za sobą lotnisko, ruszyłem prosto do świata ludzi, a świat upiorów zostawiłem za sobą. Właściwie wciąż miałem przy sobie klucze, mogłem zaparkować i wdrapać się na górę, położyć obok Basi, a rano udawać, że nic takiego się nie stało (o ile nie zmieniła zamków), że osiem miesięcy temu nie uciekłem do rodziców, że te osiem miesięcy rozpuściło się gdzieś w połowie drogi między nocą a dniem, że te osiem miesięcy to była godzina przed świtem, gdy sąsiedzi się budzą, w bloku naprzeciwko zapalają się światła i przez chwilę widać obce ręce i łokcie, a teraz wreszcie nadszedł dzień i obudziłaś się w moich ramionach, przecież tego właśnie chciałaś, prawda? Zaparkowałem pod blokiem i stałem tak, słuchałem muzyki, Simon and Garfunkel, przecież mogła z kimś spać, dlaczego sądziłem, że spała sama? Minął mnie samochód, obserwował mnie gołąb, a potem cisza, bo przecież cichy warkot naszego rodzinnego Citroëna nie mógł zakłócić spokojnego snu tego osiedla i wszystkich jego ludzi, ptaków i samochodów.
Pokręciłem się trochę po osiedlu, ale nic się nie zmieniło. Znowu zaparkowałem pod naszym blokiem i stałem tak, aż zobaczyłem, że przygląda mi się jakiś mężczyzna z psem, więc od razu ruszyłem, jakbym otrząsnął się ze snu, pewnie wyglądało to podejrzanie. Poczułem złość na tego porządnickiego faceta, który widział we mnie i w moim tanim aucie złodziejski potencjał, przyspieszyłem i zostawiłem Retkinię za sobą, a po trzydziestu minutach wjechałem na podwórko. Gdy wysiadłem z samochodu, poczułem na twarzy uderzenie wiatru szalejącego od rana po polu, omiatającego dom i rosnące przy siatce sosny. Nie zatrzymał się na mnie, tylko popędził dalej, na pole za naszą stodołą, w następną pustkę, którą można obiec, a potem zostawić taką samą.
Wszedłem na górę, położyłem się do łóżka. Mama pewnie kręciła się teraz po lotnisku, jak ostatnia kobieta na świecie, i nieustannie sprawdzała, czy to na pewno dobre lotnisko. Siadała i wyciągała bilety, czytała, co ma na nich napisane, upewniała się, że LODZ, a potem może sprawdzała w telefonie, ile lotnisk mieści się w Łodzi.
Może i miała rację, że się denerwowała, fakt, że znaleźliśmy się na dobrym lotnisku nie przesądza, że wsiądziemy do dobrego samolotu. Powinienem zapisać to zdanie, ale zasnąłem i wszystko to, podróż mamy, stukot kół walizki o chodnik, mama kręcąca się po terminalu, podobna do obijającej się o ściany akwarium ryby, i ja, kręcący się po osiedlu Basi jak podrzędny gangster, nabrało absurdalnego charakteru. Naprawdę tam pojechałem, po ośmiu miesiącach nieobecności, naprawdę to zrobiłem? Naprawdę, a może mi się śniło? A może i to, i to? Sam nie wiedziałem.
Obudziłem się z czkawką. Słońce wisiało wysoko, dumne i zdziwione, że mogłem w nie zwątpić – dotarło do mnie, że mama wspominała coś o urodzinach dziadka i że to dzisiaj, i że powinienem na nie pójść, ponieważ dziadek będzie na nas czekał, a mama leci teraz pewnie nad Słowacją i zaraz będzie się zniżać, by wylądować na lotnisku w Budapeszcie. Jak ona się tam odnajdzie? Może osoba, z którą leci, nią pokieruje. Nie chciała powiedzieć, kto to, ale podobno z kimś leciała, z jakąś koleżanką poznaną w internecie, kimś takim. Powinienem zadzwonić do Pawła. Tak mi powiedziała. No tak, smuciła się, że mało ze sobą rozmawiamy, a przecież bracia powinni ze sobą rozmawiać. Sam nie wiem, to przecież żaden obowiązek rozmawiać z bratem. Jeśli do mnie zadzwoni, porozmawiam z nim, ale nie będę do niego dzwonił, znowu na mnie warknie albo coś takiego. Według niego mam fobię społeczną i powinienem się leczyć. Nie powiedział tego, ale widziałem po nim, że tak uważa. Kto wie, może to jeden z objawów fobii. A może po prostu dobrze znam Pawła. Gdyby ktoś oglądał nas z boku i miał coś w rodzaju rentgena do prześwietlania ludzkich głów, to nigdy by się nie domyślił, że jesteśmy braćmi.
Paweł miał dwadzieścia dziewięć lat, ja miałem dwadzieścia sześć, a nasza siostra, Karo – piętnaście. Teraz siedziała w szkole, dlatego wyszedłem ze swojego pokoju w samym ręczniku i skierowałem się pod prysznic. Tata miał pięćdziesiąt osiem, od dawna przebywał na policyjnej emeryturze, ale dorabiał sobie na ochronie, biorąc całodobowe zmiany. Powinienem wymieniać dalej. Dziadek miał osiemdziesiąt, a mama pięćdziesiąt cztery. Więc mama miała Pawła w wieku dwudziestu pięciu, a mnie w wieku dwudziestu ośmiu, bo pięćdziesiąt cztery minus dwadzieścia sześć to dwadzieścia osiem. Tata miał mnie w wieku trzydziestu dwóch, a Karo dopiero w wieku czterdziestu trzech. Nieźle, wciąż zostało mi trochę czasu. Dziadek miał mamę w wieku dwudziestu sześciu, ale to dziadek, dawno temu. Babcia umarła w wieku siedemdziesięciu siedmiu, ponad roku temu. Ile lat żyją gołębie?
Wtarłem we włosy odżywkę mamy, którą znalazłem wśród buteleczek z płynami, i stałem tak, nagi, bo na etykiecie napisano, by poczekać przed spłukaniem pięć minut. Nie planowałem myć głowy, po prostu spociłem się w trakcie snu, zapewne ze stresu. Stałem tak i wpatrywałem się w swój brzuch, zastanawiałem się, czy nie za bardzo mi ostatnio urósł. Bałem się wejść na wagę, wciągnąłem brzuch, stwierdziłem, że urósł, i po prostu spłukałem odżywkę z włosów, to i tak nie miało sensu, skoro przytyłem.
Może powinienem był dziś na nią poczekać. Nie wchodzić do mieszkania, po prostu poczekać, aż zejdzie. Wstawała bardzo wcześnie rano, ubierała się, malowała i szła do kancelarii, gdzie siedziała do wieczora. Mógłbym ją złapać na przystanku. Co tu robisz?, spytałaby. Nic, odwoziłem mamę na lotnisko i postanowiłem się zatrzymać, odpowiedziałbym. No to miłego postoju, powiedziałaby. I odeszłaby, oddzieliłoby nas od siebie stado gołębi, które pilnowało przystanku od zawsze. GRU, GRU, GRU, powiedziałyby łódzkie gołębie, by mnie przegonić, ponieważ Basia zasługiwała na coś więcej niż idiotę, który ją porzucił, bo nie mógł znieść swojego niedołęstwa.
Wyszedłem spod prysznica i wróciłem do swojego pokoju, to znaczy naszego pokoju, mojego i Pawła, ale obecnie zajmowanego tylko przeze mnie. Ze ścian uśmiechali się Kurt Cobain oraz Axl Rose, a na szafkach wisiały wycięte z podręcznika od polskiego wiersze Miłosza i Herberta, a nawet Klemensa Janickiego i Jana Kochanowskiego. No i Marcina Świetlickiego, i Jacka Podsiadły. Pamiętam, że zawsze kłóciłem się z bratem o te wiersze i plakaty, dlatego przyklejałem je tylko na meblach należących do mnie i na ścianie nad moim łóżkiem. Paweł kompletnie ignorował sztukę, nawet pieśni patriotyczne czy religijne, które mnie niesamowicie wzruszały. Może dlatego zostałem poetą, a on programistą. Może dlatego wziął ślub i wybudował sobie dom, a mnie zabrakłoby oszczędności choćby na zakup drzwi wejściowych. No ale przynajmniej miałem swoją książkę z wierszami, którą napisałem dawno temu i w sumie nie wiadomo po co, bo dziś się tego raczej wstydziłem.
Zastanawiałem się nad naturą czasu, wróciłem do łóżka,
nie miałem co robić,
czas stanął, a mnie zmienił w lodowatą kukłę,
stwierdziłem,
że przestał pędzić do przodu,
słońce zawisło nad nami,
zamarło,
więc siedziałem tak po prostu,
Paweł, Karo, rodzice,
siedzieli tu ze mną, czułem ich zapach,
samolot odleciał
i wisiał na niebie,
Paweł całe dnie spędzał przed komputerem,
wściekał się, że nakleiłem na meblach wiersze,
Paweł całe dnie spędzał przed komputerem
i chował się w nim ze swoim złamanym nosem
i z pięścią Bartosza Tkaczuka,
którą wciąż na nim czuł, prawdopodobnie,
tak, na pewno,
Bartosz wciąż łamał mu ten nos od nowa.
Siedziałem w domu rodzinnym, miałem nad sobą Kurta Cobaina. Napisała do mnie Marlena. Kurt Cobain uśmiechał się delikatnie, prawie męczeńsko, ale przecież nie. Może i różniłem się od Pawła, może i do niczego się nie nadawałem, zawiodłem swoich rodziców i Basię, ale co miałem zrobić? Marlena napisała. W poniedziałki zawsze pisała, zawsze. I co poniedziałek bałem się, że nie napisze. I że napisze, też się bałem. Właściwie to dziwiłem się, że wciąż to robi. Może traktowała mnie jak odświeżacz powietrza, element higieny osobistej, konieczną dawkę cielesności w swoim wypreparowanym z emocji, idealnym korporacyjnym życiu, w którym wszystko wydawało się zgadzać (może poza relacją z córką, ale na to będzie czas potem), a może naprawdę coś do mnie czuła. Brałem do ręki telefon, odkładałem i znowu po niego sięgałem.KAMIL
Siedziałem na łóżku nagi, stawałem na piętach, znowu siadałem. Drapałem się po kostkach, a potem po rękach. Usiłowałem nie patrzeć na telefon, ale gdy tylko wibrował, od razu po niego sięgałem. Marlena pisała, znowu pisała, bałem się, że nie będzie pisać, a pisała. Bałem się, że będzie pisać – a pisała. Będę w domu przed 14.00. Jak chcesz, to wpadnij. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, co odpisać. Dobrze, pa, wysłałem, zanim przyszło mi do głowy, że brzmi to strasznie spolegliwie. Wiadomość grzecznego chłopca, robiącego to, co mu każą. Ministranta albo kogoś takiego (Marlena nie mogła się dowiedzieć, że dawno temu służyłem do mszy w janowickim kościółku).
Stwierdziłem, że powinienem się ubrać, a po chwili, że mam w sumie sporo czasu, więc wciąż siedziałem, patrząc w ścianę. Trochę przestraszony, trochę podekscytowany, a trochę zmęczony. I nieco rozczarowany. Podszedłem do okna i wpatrywałem się w ulicę, błyszczący od słońca asfalt. Miałem dziś wolne, mogłem robić, co chciałem. A przecież nie mogłem robić tego, czego chciałem. Właśnie przez to, że miałem wolne i obudziłem się w swoim łóżku piętnastolatka.
Spotkam się z moją rozwiedzioną czterdziestoletnią kochanką. Jak na piętnastolatka – nieźle. Więc dlaczego wciąż czułem się źle?
Może powinienem powiedzieć, że nie przyjdę, bo mam do powtórzenia Quo vadis? Quo vadis?.
Maximus Decimus Meridius, powiedziałem głośno i uśmiechnąłem się. Nie zamierzałem powtarzać Quo vadis?, ale w sumie powinienem włączyć Gladiatora. Lubiłem sobie czasami wyobrażać, że walczę na arenie, przecinam wpół innych niewolników, wbijam w ich gardła topór bądź miecz, albo bohatersko ginę od ich toporów i mieczy, i tyle. Oglądałem kiedyś Gladiatora z dziadkiem, obaj byliśmy tak samo zafascynowani odgrywaną na ekranie jatką i obaj na pewno wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy być Maximusami Decimusami Meridiusami, czy nie tego, mimo upływu wieków, wymagało od nas społeczeństwo, mimo że wszyscy mówili, że nie? Mordowania, umierania, mordowania? Czy nie tego właśnie chciałem?
Marlena nie należała do osób, które są szczególnie miłe w esemesach, wiadomości od niej brzmiały jak rozkazy. Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do tej sytuacji, pasywno-agresywnego tonu, a także tego, co działo się potem, pod nieobecność jej córki, kiedy przychodziłem i uśmiechałem się do Marleny, a ona, jakby wkurzona, że jednak przyszedłem, wciągała mnie do środka, pytając dla porządku, czego się napiję, byleby tylko zachować pewne pozory. Wciąż czułem się głupio w jej obecności, jakby w każdej chwili mogła mnie przejrzeć i zobaczyć, jak niedojrzały tak naprawdę jestem. Jesteś piętnastolatkiem!, mogłaby zawołać. W ciele dwudziestosześcioletniego faceta!
Pomyślałem teraz o jej domu i poczułem zalewającą mnie falę gorąca. Postanowiłem, że ewentualnie potem odwiedzę dziadka, a może w ogóle następnego dnia, po szkole – w sensie po pracy. Bo pracowałem w szkole – nie chodziłem do niej, żeby siedzieć w ławce i palić papierosy po kiblach.
Czasami mi się to śniło, ostatnio bardzo często.
We śnie budzę się i idę na lekcje. Siedzę wśród dzieciaków (będąc dwudziestosześcioletnim sobą) i nic nie umiem na sprawdzian. Muszę powtarzać klasę maturalną, bo okazało się, że do niczego się nie nadaję. Muszę obliczać miarę kątów w graniastosłupach i takie tam. Ale nic z tego nie umiem.
Sam nie wiem, co dokładnie czułem do Marleny. Może nic. Właściwie wciąż prowadziliśmy między sobą jakąś skomplikowaną grę, ani przez chwilę nie zdejmując swoich masek. Czasem pozwalaliśmy, by coś spod nich prześwitywało, ale i to kontrolowaliśmy. W chwilach największego emocjonalnego zaangażowania, kiedy leżeliśmy obok siebie, kiedy się kochaliśmy albo przytulaliśmy, nadzy, ale zimni, skryci przed wszystkimi i równocześnie tak żenująco dla wszystkich widoczni, sprzeczne uczucia rozsadzały mnie wręcz od środka; nie mogłem ich stłumić ani się ich pozbyć. Jakbym miał w przełyku twarde, niedojrzałe jabłko, jeszcze zielone i kwaśne, które tylko ona mogła wyciągnąć, które ona tam wcisnęła. Wolałem za bardzo tego nie analizować, wolałem trzymać się faktów. Gdybym zaczął za dużo myśleć, mógłbym dojść do dziwacznych wniosków i Marlena na pewno wyczułaby, że coś się między nami popsuło.
A więc co do faktów – niedługo po powrocie do domu zatrudniono mnie w szkole podstawowej na zastępstwo za polonistkę, która zaszła w ciążę. Dyrektorka skądś wiedziała, że akurat siedzę w domu, zadzwoniła. Od razu się zgodziłem; kilka ostatnich tygodni bardzo nadwerężyło mnie psychicznie. Rodzice nieustannie pracowali, na co dawniej nie zwracałem uwagi, a co teraz, szczególnie mnie, bezrobotnego i bezużytecznego, bolało. Pracowali w mieście, potem pracowali w ogrodzie, potem sprzątali w domu i na dodatek zastanawiali się nad postawieniem kurnika i zakupem kur. Ja nic nie robiłem, ale nie dlatego, że buntowałem się przeciwko opresji kapitalizmu, po prostu do niczego się nie nadawałem. Szczerze mówiąc, wizja skrępowania przez kapitalizm bardzo mnie pociągała. Ale tu, w Janowicach, nie było za bardzo kapitalizmu, który mógłby mnie skrępować (dopiero potem poznałem Marlenę). Aż tu nagle dyrektorka powiedziała, że gdybym chciał, to będzie mi niezwykle wdzięczna, zwłaszcza że ukończyłem filologię, pożądaną specjalizację nauczycielską, i napisałem, podobno, tomik wierszy… Nie ma o czym mówić, odparłem, a następnego dnia stawiłem się w szkole z dokumentami, które na szczęście zabrałem ze sobą, uciekając od Basi. Niedługo potem zacząłem pracę. Okazało się, że to całkiem proste. Byłem w tym niezły, tak sądziłem. Jeśli czegoś nie wiedziałem, po prostu pytałem. Jakoś to szło. Pozostali nauczyciele, którzy zresztą pamiętali mnie ze szkolnych lat, byli dla mnie mili. Pochlebiało im, że dobrowolnie wybrałem ten zawód co oni, a ja nie wyprowadzałem ich z błędu.
Po zebraniu z rodzicami podeszła do mnie Marlena, elegancka i pachnąca drogimi perfumami, z włosami wysoko upiętymi, jakby chciała wszystkim pokazać, że powinni koniecznie słuchać tego, co ona ma do powiedzenia. I rzeczywiście, przestraszyłem się, a ona zarzuciła mnie słowami, prosiła o wyjaśnienie, dlaczego córka wciąż otrzymuje dwójki z wypracowań. No tak, Marlena miała wrażenie, że nie wiem, co robię. Skuliłem się i uśmiechnąłem, a to ją tylko zdenerwowało, więc przestałem się uśmiechać i wytłumaczyłem, skąd taka, a nie inna ocena, i że każdą można poprawić. Oznajmiła, żebym w takim razie udzielił córce korepetycji i że tego właśnie ode mnie oczekuje. Nie powinienem się zgadzać, ale się zgodziłem, raz albo dwa, stwierdziłem, a potem przestanę i nikt się nie dowie, że udzielam korepetycji swojej uczennicy. Poza tym nie mogłem odmówić Marlenie.
Wtedy nazywałem ją Panią Marleną, ale wkrótce zaproponowała, byśmy przeszli na ty. Zastanawiałem się, jak by to było, gdybym ją pocałował, nie mogłem przestać o tym myśleć. Leżałem w łóżku i rozmyślałem o matce mojej uczennicy. Tak naprawdę nie była nawet w moim typie. Niska, szeroka w biodrach, zupełnie inna niż eteryczna i smukła Basia. Miałem wrażenie, że i ona zwróciła na mnie uwagę. Pomyślałem sobie, że takie rzeczy po prostu się czuje, ciało rozpoznaje subtelne odruchy drugiego ciała, jakby dogadywały się bez udziału woli swoich właścicieli.
Lekcja oczywiście okazała się porażką. Nela nie wydusiła z siebie ani słowa, choć starałem się ją do tego zmusić, zagadując usilnie, co sądzi o takim albo takim wątku z Balladyny. Bardzo mocno pachniała, takimi truskawkowymi perfumami, którymi spryskują się młode dziewczyny. Starałem się nie zwracać na to uwagi, kolana trzymałem blisko siebie i ograniczyłem ruchy rękami, żeby tylko nie zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie. Uśmiechałem się, żartowałem, ironizowałem – ale po Neli to wszystko spływało, aż w końcu odpuściłem i przez ostatnie piętnaście minut referowałem fabułę tragedii Słowackiego, czując do Neli to samo, co ona prawdopodobnie czuła do mnie – złość i niechęć.
Przyszedłem na drugą lekcję i dowiedziałem się od Marleny, że Neli nie ma, uciekła z domu, a właściwie pojechała do Łodzi odwiedzić koleżankę. Marlena udawała wyluzowaną, ale dobrze wiedziałem, że ma ochotę raczej krzyczeć niż się śmiać. By pokazać, że ma wszystko pod kontrolą, zaprosiła mnie na kawę. Dziękuję, pani Marleno, powiedziałem. Proszę cię, nie mów do mnie pani, czuję się staro.
Na początku trochę się przede mną wstydziła swojej rodzicielskiej porażki, a potem zaczęła się zwierzać ze wszystkich problemów z córką. Sądziłem, że po prostu chce się wygadać albo może uważa mnie – w końcu nauczyciela – za eksperta w kwestiach pedagogicznych. Nie powinnaś się martwić, powiedziałem, w wieku Neli też… (i przypomniałem sobie siebie, rozżalonego, melancholijnego leniwca, całymi dniami siedzącego przed komputerem i nad książkami, opętanego żądzą śmierci, na śmierć zakochanego w Basi). Niespodziewanie Marlena zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie, rodzicach pracujących w kopalni, ciągłej nauce, żądzy zdobycia wykształcenia, a potem (skrótowo) o małżeństwie, rozwodzie, kupnie domu i przeprowadzce do Janowic.
Wróciłem tamtego dnia do domu i długo analizowałem naszą rozmowę – poszczególne wypowiadane przez nią słowa, gesty, uśmiechy. Opanowało mnie dziwne uczucie, byłem uskrzydlony tym spotkaniem, nie mogłem przestać się uśmiechać. Rozpiąłem spodnie. Zapiąłem. Powiedziałem sobie, że to niemożliwe, przecież ona na pewno nie będzie mnie chciała, przecież ona… Nie mieściło mi się to w głowie. Ale ciało mówiło mi, że umówiło się z jej ciałem i że nie mamy nic do gadania. Może masz chęć na spacer?, napisałem po dwóch dniach (wiedziałem, że dobrze trochę odczekać, nie chciałem przecież, by uznała mnie za natręta bądź gościa, który nie ma nic do roboty). To chyba zły pomysł, odpisała, a mnie zrobiło się przykro i strasznie głupio, że w ogóle o tym pomyślałem. Ona kupiła sobie dom, miała świetną pracę i żadnego powodu, by w ogóle na mnie patrzeć. Miałem ochotę cisnąć telefonem o ścianę. Lepiej wpadnij do mnie, odezwała się po chwili i wyznaczyła mi godzinę.
Nela przeprosiła mnie dopiero po kilku tygodniach, gdy moja znajomość z Marleną zdążyła się rozkręcić. Podeszła po lekcji do mojego biurka i powiedziała, że przeprasza, ale musiała odwiedzić koleżankę, bo się o nią bała. Rozumiem, odpowiedziałem, nie masz się czym martwić, a przecież sam się martwiłem, że ona wkrótce zacznie coś podejrzewać. Ona albo Karo, która kręciła się obok Neli i wpatrywała się w nią z uwielbieniem.
No ale minęło trochę czasu, a nikt się o nas nie dowiedział. Widocznie umieliśmy się chować. Przed ludźmi i sami przed sobą, prawdopodobnie. Czasami, po nocach, zastanawiałem się, dlaczego to robię, przecież nie powinienem, może po to, by wszystko zepsuć, by wyrzucili mnie ze szkoły i bym mógł wrócić do Basi? Ale przecież to, co robiłem, musiało oznaczać, że między nami wszystko definitywnie zakończone. Ona też na pewno kogoś miała, na pewno.
Jak to się w ogóle stało? Jak to możliwe, że ta krótka rozmowa po ucieczce Neli doprowadziła do…? Nie da się tego do końca wytłumaczyć. To, że Marlena, menadżerka w korporacji, pracująca zdalnie i swobodnie spłacająca dom pod lasem, zwróciła w ogóle uwagę na takiego głupka, nie mieściło mi się w głowie.
Z Basią miałem wspólne: pochodzenie (Janowice), przeszłość (szkoła, łąki), wiek (to wiadomo), charakter (byliśmy zalęknieni, wsobni, niezdecydowani), i choć dzieliło nas też całkiem sporo, to umiałem naszą miłość uzasadnić, a z Marleną nie łączyło mnie nic, w filmach ludzie po prostu na siebie patrzą, a potem się całują i pieprzą, patrzą, całują, pieprzą, z nami też tak było, dokładnie tak, nie mówię o t a k i c h f i l m a c h, po prostu o filmach.
Dziś uświadomiłem sobie, że obudziłem się w poniedziałek, w środku czerwca, tuż przed końcem roku szkolnego. Suchy wiatr – ten, który przywiódł mnie tamtej nocy do Janowic zmęczonego i obitego podróżą trwającą w nieskończoność, bo choć Łódź nie była wcale daleko, to nie miałem samochodu – zniknął na dobre. Ja zostałem, na niedobre, prawdopodobnie.
Od wielu dni świeciło słońce, pełne i blade, zrzucało na wieś żar, słońce podobne do lampy. Miałem czkawkę i stresowałem się uroczystością dziadka. Wcale nie chciałem iść. Mama będzie zwiedzała Budapeszt nie wiadomo z kim, może z jakąś sekretną przyjaciółką, a może z sekretnym przyjacielem, a ja będę musiał siedzieć z dziadkiem i sam nie wiem, z kim jeszcze. Lubiłem dziadka, ale nie umiałem z nim rozmawiać, należeliśmy do trochę innych gatunków.
Miałem czkawkę. Sięgnąłem po Romea i Julię Szekspira, tragedię, którą usiłowałem ostatnio omawiać z uczniami, we fragmentach, ale zawsze. Szło średnio, nie wydawali się zbyt zafrapowani i nawet gdy kazałem im się zastanowić, czy Romeo był pedofilem, nie podjęli tematu. Dlaczego nie interesowali się Romeem i Julią, przecież opisano tam wszystko, co może obchodzić takie dzieciaki?, zastanawiałem się, miłość, śmierć, zdradę… Otworzyłem książkę i zacząłem czytać. Ziemia jest matką natury i grobem. Grzebie i życia obdziela zasobem. Wzdrygnąłem się.
Miałem czkawkę i leżałem na podłodze. Floor person – ostatnio przeczytałem w internecie, że to ktoś taki, kto lubi leżeć na podłodze, nawet jeśli ma do dyspozycji łóżko bądź kanapę. Ostatnio zacząłem kłaść się na podłodze nago, ale tylko w poniedziałki, kiedy miałem wolne. Usiłowałem przemyśleć kwestię Marleny i Basi, ale nie umiałem się skupić. Marlena, która odbiera mnie z przystanku, a ja siadam na fotelu pasażera w czarnym Volvo, pozwalam się obwozić po okolicy, pytam ją, czym właściwie się zajmuje, a ona opowiada o swojej korporacyjnej pracy w audycie. Basia, nieustannie zestresowana i przemęczona, która próbowała: ratować rodzinę, robić karierę, kochać mnie, nie wiedząc, że ją zdradzę. Dom Marleny, mieszkanie, które wynajmowałem z Basią.
Nie dało się tego ogarnąć.
Leżałem na podłodze, w słońcu.
Jak gruszka, która spadła z gruszy.
Ostatnio w ogrodzie, z mamą; pomarańczowe słońce nisko nad ziemią, złote światło na liściach, ogień wypełniający szczeliny w pniach śliw i grusz. Światło, światło – i nasze ciała, drogocenne i zarazem bezwartościowe rzeczy, wrzucone na chwilę do świata śliw i grusz. Niektóre rosną tu od stu lat. To pierdziołki. Pierdziołki będą tu zapewne długo po nas. Kto tak mówi? Wieśniaki. Dawno temu denerwowałbym się, że tak mówią na gruszki – pierdziołki. Wziąłem dwie. Jedną z nich ustawiłem przed sobą, a drugą kręciłem wokół pierwszej, co chwila spoglądając na słońce. A więc stąd biorą się lato i zima: pierdziołka otacza pierdziołkę i sama obraca się wokół własnej osi. Potrzebowałem wziąć do ręki gruszki, by to zrozumieć. Możesz mi pomóc?, zawołała mama. Westchnąłem. Tak, mogę ci pomóc, odparłem, a w duchu stwierdziłem: nic o mnie nie wiesz, mamo.
Jest czerwiec, rano, i dziś pierdziołka obróci się wokół pierdziołki. I nikt nie zwróci uwagi na to, że dziadek ma osiemdziesiąt lat, oprócz niego samego, choć i to nie wiadomo. Przymknąłem oczy i znowu je otworzyłem. Przez dłuższy czas obserwowałem podrygi mojego ciała, które zamieniło się w świetlistą plamę. Nie miałem brzucha, penisa, kości. Nie miałem części. Stałem się plamą.
Wtedy usłyszałem na schodach kroki. Poderwałem się, zacząłem pospiesznie wciągać na siebie spodnie i koszulkę, drzwi się otworzyły i ujrzałem Pawła, ściskającego klamkę z wściekłością wypisaną na twarzy.
– Nie mam na to czasu – powiedział. – Wpadłem po narzędzia.
Minął mnie i uklęknął przed łóżkiem, a następnie wyciągnął spod niego jakąś skrzynkę. Nie wiedziałem, że pod łóżkiem wciąż są narzędzia. Nie zaglądałem tam od lat.
– Nie zdjąłeś nawet plakatów – powiedział i w końcu poszedł.
Obserwowałem przez okno, jak wsiada do swojej Toyoty RAV4. Starałem się uspokoić, ale zamiast tego sięgnąłem po kubek z długopisami i kredkami, a potem cisnąłem nim o ścianę; długopisy i kredki rozsypały się po podłodze jak kości, z których ktoś mógłby powróżyć. Uklęknąłem i zacząłem zbierać te kości do kubeczka. Wróżba, którą miałem w głowie, nie zapowiadała niczego dobrego. Właśnie dlatego z nim nie rozmawiałem. Właśnie dlatego nie mogłem go znieść.
– To mama ich nie zdjęła, idioto! – wrzasnąłem do nikogo.KAMIL
W takie dni szczególnie mocno tęskniłem za swoim łódzkim życiem, które dzieliłem dawno temu (tak mi się wydawało, że minęło bardzo dużo czasu) z Basią. W takie dni, to znaczy w te, w które ktoś z rodziny sprawiał, że czułem się jak niezbyt rozgarnięty skrzat domowy, którym można pomiatać, przestawiać go z kąta w kąt i kompletnie ignorować, co ma do powiedzenia. Dziś wkurzył mnie Paweł, ale przecież równie dobrze do pokoju mogła wejść mama albo tata, gdyby nie robili akurat czegoś innego. Wiem, to żałosne narzekać na ciężko pracujących rodziców, którzy byli dla mnie tak mili, że pozwolili mi do siebie wrócić, karmili mnie i nie brali za to żadnych pieniędzy, ale pogodziłem się ze swoją żałosnością. Jeśli chodzi o Łódź, to tęskniłem za wszystkim, nawet za ciągłym szukaniem pracy i dodatkowych zajęć, byleby tylko móc się dokładać Basi do czynszu, chodzeniem na bezsensowne rozmowy rekrutacyjne do chujowych firm zajmujących się marketingiem internetowym i reklamą, gdzie zawsze mi odmawiano, wysyłaniem skanu swojego dyplomu do łódzkich podstawówek i liceów, skąd do mnie nie oddzwaniali, przesiadywaniem samemu w łóżku, kiedy ona zostawała w pracy do późna (musiała na nas zarobić), podsłuchiwaniem sąsiadów przez ścianę. Nawet nerwowe dni, podczas których modliliśmy się o wizytę cioci z Ameryki (naprawdę się modliliśmy), a Basia wściekała się na mnie, bo tysiąc razy pytałem o to, czy na pewno czuje, że dostanie, kończące się zawsze ulgą, że znowu nam się upiekło i nie będziemy musieli wracać do Janowic z podkulonym ogonem, napełniały mnie teraz rozczulającą melancholią.
Sięgnąłem po telefon, chcąc sprawdzić, czy Marlena czegoś nie napisała, ale uświadomiłem sobie, że nie wziąłem go ze sobą. Krótko zanim wyszedłem zadzwoniła mama jednego z uczniów, pewnego sympatycznego, ale trochę nierozgarniętego grubaska, z pytaniem, czy znam jakieś książki, na których mógłby poćwiczyć czytanie, wymyśliłem coś naprędce, Opowieści z Narnii, a potem wcisnąłem telefon głęboko w kołdę, bo miałem dość ludzi, którzy czegoś ode mnie chcieli – no i skończyło się tak, że wyszedłem bez niego.
Minąłem dom dziadka szerokim łukiem i poszedłem na łąki.
Dziadek mógł przesiadywać na podwórku bądź po prostu gapić się przez okno i chociaż raczej nie rozpoznałby mnie z tej odległości, to przecież nic nie wiadomo. Za jego domem rozciągały się działki – pas ziemi należący do nas od wieków. Łąki, działki rolne, aż do rzeki, a właściwie strumyka pod lasem. Tam właśnie, nad rzeką, pod lasem, miałem się pobudować wraz z Basią, tak to sobie planowaliśmy. Na naszej łące.
Szedłem polną ścieżką, przymykając oczy z powodu palącego słońca. Szedłem do Marleny, jak zawsze tą samą drogą – nieuczęszczaną przez nikogo oprócz saren i kun. Nie mógłbym iść do niej przez wieś. Musiałem iść drogą saren i kun, i może lisów.
Tak, dziadek czasami wspominał o lisach.
Jak mogłem zapomnieć o lisach?
Spotykaliśmy się tu z Basią w dawnych czasach. Mój dziadek, w przeciwieństwie do mnie złota rączka, postawił w brzozowym zagajniku, rosnącym nieopodal brzegu rzeki, ale po naszej stronie, a nie po stronie lasu, kilka ławeczek, ale nigdy nie miał czasu, by tu przychodzić, dlatego przychodziliśmy my. Ja i Basia, dwoje nieszczęśliwych, niezrozumianych w szkole dzieciaków.
Przychodziliśmy tutaj po szkole. Czasami razem, ale częściej osobno, bo przecież wstydziliśmy się tego, że się kochamy. Dawaliśmy sobie dyskretne znaki. Odwracała się do mnie i mrugała albo opuszczała rękę i zaciskała dłoń. To oznaczało: chcę się z tobą spotkać, bądź na łąkach, idź za mną, będę na ciebie czekała, tam na łąkach, idź za mną.
Szła pierwsza. W pewnej chwili, zupełnie niespodziewanie, skręcała ku łąkom, a potem chowała się w naszej brzezinie i czekała na mnie. Przychodziłem nieco później, bo zostawałem trochę na boisku przed szkołą pokopać dla niepoznaki piłkę – ale robiłem to zupełnie od niechcenia, bo myślałem już tylko o tym, by do niej pobiec. Poza tym nie bardzo nadawałem się do grania. I w końcu wołałem, że idę. Biegłem do niej, zastanawiając się, czy będzie na mnie czekać. Szczerze mówiąc, biegłem z myślą, że nie czeka na mnie, że sobie poszła, bo właściwie dlaczego miałaby na mnie czekać, co takiego mogła we mnie widzieć? Spodziewałem się nie zastać nikogo na łące, ale zawsze, ku mojemu zdziwieniu, czekała. I dziwiłem się wtedy, że chce ze mną gadać, taka ładna i w sumie popularna dziewczyna, ze mną, dziwakiem, z którego wszyscy się śmiali.
Jesteś, mówiłem zadyszany i spocony, jesteś.
Jestem, czekałam na ciebie.
Ja na ciebie też.
Jak to?
W sensie… Nie, nieważne.
Siadaliśmy naprzeciwko siebie pod drzewem. Wstydziłem się na nią patrzeć i ona chyba też wstydziła się patrzeć na mnie; rozglądaliśmy się na boki i podziwialiśmy przyrodę, jak to się mówi. Słuchaliśmy śpiewu ptaków, ale nie umieliśmy się na nim skupić. Obserwowaliśmy przesuwające się powoli pracowite ciągniki na polach sąsiadów. I przesuwające się powoli, równie pracowite, co ciągniki, chmury na niebie. Nie widzieli nas, prawda? Nikt nas nie widział. Basia otwierała plecak i sięgała po książki, które kładła sobie na kolanach. Wzdychałem ciężko.
Może odrobimy chociaż lekcje?, pytała.
Dobra, lekcje można odrobić. Ale wolę poleżeć.
Leniuch.
Odrabialiśmy zadania, to znaczy ona odrabiała, a ja zapisywałem w zeszycie dyktowane przez nią liczby czy zdania. Obserwowałem ją, jak ślęczy nad książką i rozwiązuje jakieś równania albo mnoży coś w pamięci, ssąc końcówkę ołówka, a drugą ręką podtrzymując kartki podręcznika, by wiatr ich nie przewrócił. Zawsze brała sobie do serca to, co mówili nauczyciele, a ja prawie nigdy. Lubiłem powieści, które ona czytała trochę z przymusu. Męczyła ją niepewność fikcyjnego świata, wolała, kiedy wszystko się zgadzało, a ona wiedziała, co jest prawdziwe, a co nie.
Przychodziliśmy na tę łąkę co roku aż do końca października, wtedy przeganiały nas stamtąd ciemność i chłód. Ostatnie spotkania przesycone były smutkiem, ale nic przecież nie mogliśmy zrobić – wiatr wiał za mocno, kartki wilgotniały, kiedy tylko otwieraliśmy książki. Nie dało się tam siedzieć. Rozstawaliśmy się z żalem, a potem wracaliśmy do siebie.
Niekiedy rozmawialiśmy w szkole, ale w obecności innych nigdy nie potrafiliśmy się przed sobą otworzyć. Jak w naszej lokalnej wersji mitu o Demeter i Korze rozkwitaliśmy wczesną wiosną, nie robiąc sobie nic z przymrozków i kataru, a gaśliśmy dopiero późną jesienią, zagonieni do domów przez rodziców i mrok. Nie wiem sam, czy właściwie byliśmy parą. Im starszy się stawałem, tym częściej zastanawiałem się, jak ją pocałować i kiedy to zrobić. Ale wydawało mi się, że ona mnie odtrąci, że jest zbyt mądra i czysta na te rzeczy, które chłopaki robiły z dziewczynami. Przez swoje piękno i nieszczęście wydawała się wyrastać ponad inne istoty ludzkie, a przynajmniej ponad inne dziewczyny.
Po latach dowiedziałem się, czemu odrabiała wszystkie prace domowe na łące, pozwalając mrówkom wchodzić między kartki podręczników i mieszać w treści poleceń. Sama mi powiedziała. Opowiedziała mi to wszystko, czego może i powinienem był się domyślić dużo wcześniej. Siedzieliśmy w naszym wynajmowanym łódzkim mieszkaniu, ona na podłodze, z głową opartą o łóżko, mówiła o swoim domu, toczących go chorobach.
Pamiętam ten dom, tę chatkę.
Mama mówiła, że to nie dom, a chatka. Tu mieszka ten Tkaczuk, w chatce, mówiła.
Tuliłem Basię, gładziłem ją po włosach.
Proszę cię, nie płacz, mówiłem.
W mojej głowie wszystko związane z matematyką i chemią nieodwracalnie wiązało się z zapachem trawy i ciepłem padającego mi na policzki słońca. To magiczne wiązanie miało w sobie bardzo wiele z chemii. I kiedy myślę o jakimś chemicznym pierwiastku, choć zdarza mi się to naprawdę rzadko, umysł od razu podsuwa zapach łąki i zapach Basi.
Nie rozmawialiśmy ze sobą wtedy w żaden inny sposób, tylko w języku prac domowych. Jednak z czasem nauczyłem się ją bezbłędnie rozumieć, a ona zaczęła bezbłędnie rozumieć mnie. I kiedy mówiła mi o pierwiastkach kwadratowych, wiedziałem, że coś ją gryzie. A kiedy objaśniała mi budowę komórki i różnice między bakteriami a wirusami, byłem pewny, że się cieszy. Wymieniając się wiadomościami na temat budowy oka, czuliśmy się szczęśliwi, bo przecież chodziło o to, by opatulać się swoimi głosami. Jakie to piękne słowa: spojówka, rogówka, twardówka, komora przednia, tęczówka, ciało rzęskowe i soczewka. Dopiero kiedy wszystkie zagrzechoczą mi w głowie, uświadamiam sobie, jak cudownie było na nią patrzeć, rozpływającą się w słońcu i przeszytą jego promieniami. Cudownie, w sensie, że miało w sobie coś z cudu to wspólne budowanie oka, przez które będzie można patrzeć na świat, na zewnątrz, na poza nami.
Nie odważyliśmy się powiedzieć sobie niczego więcej. Kiedy pierwszy raz zrozumiałem, że ją kocham i że nigdy nie znajdę nikogo, kto by mi ją zastąpił, nie wiedziałem o niej praktycznie nic, ale miałem za to sporą wiedzę z zakresu wodorotlenków, minerałów, a nawet budowy owadzich ciał. Wszystko to, co w książkach, zdarzało się przecież również naokoło nas, praktyka pokrywała teorię, a teoria praktykę.
Wyobrażałem sobie, że zbuduję dom dla siebie i dla Basi, wydawało mi się to naturalną sprawą. Ten dom stanie nad brzegiem rzeki. Ekscytowało mnie, że rodzice niczego się nie domyślają. Układałem sobie w głowie, jak będzie wyglądać nasz dom, ile będziemy mieli dzieci i tak dalej, kiedy poproszę dziadka, by przepisał mi działkę, i w jakich słowach wyjawię mu treść swoich poważnych planów.
A potem wszystko się zmieniło. Basia zniknęła. Spotkałem ją ponownie po latach i znowu się z nią rozstałem.
Dziś obudziłem się z czkawką, obszedłem dom dziadka łukiem, szerokim, może za szerokim, ale chciałem mieć pewność, że mnie nie dostrzeże.
Jakie to dziwne, pomyślałem, wracać pamięcią tak daleko, do czasów, kiedy było się kimś zupełnie innym. Odczuwałem przy okazji takich rozmyślań coś w rodzaju stresu wywołanego separacją od siebie samego – po prostu zastanawiałem się, jak to możliwe, że będąc dziś sobą, mogę mieć coś wspólnego z tamtym chłopcem, siedzącym na ławce pod brzozami, z podręcznikiem do chemii na kolanach. Czy ja w ogóle pamiętam cokolwiek z chemii?
Miałem dużo czasu, postanowiłem iść na naszą łąkę. Marlena nie lubiła, gdy przychodziłem nie w porę. Wszystko musiało być dopasowane do harmonogramu. Miała przecież swoją poważną pracę. Spotkania, zestawienia, tabelki. I tak cud, że mnie między nie wcisnęła.
Skręciłem na działkę.
Zdenerwowałem się, widząc śmieci – jakieś papierki po lodach, plastikową butelkę, foliową torebkę, a nawet parę butelek po piwie. Czyżby ktoś przychodził tutaj pić? Spędziłem kilka chwil na szukaniu śladów po ludziach, którzy mogli tu być przede mną, jak archeolog zastanawiałem się, czy moje odkrycia świadczą o istnieniu jakiejś pradawnej cywilizacji, czy też to tylko coś w rodzaju nałożonego na przeszłość palimpsestu. Kto ośmielał się zakłócać spokój tego miejsca?
Skierowałem się w stronę brzóz. Kogo spodziewałem się zobaczyć wśród nich? Siebie samego sprzed lat? I obok równie małą Basię? Dzieci machające do mnie, mówiące, bym się nie przejmował, bo wszystko można zacząć od początku, jeśli się tylko chce, tyle że w innym wymiarze? Podniosłem ręce i przymknąłem oczy. Chciałem połączyć się z lasem, moją drugą świadomością, i znaleźć w nim samego siebie, nie tego, którego nosiłem ze sobą, tego prawdziwego.
Ktoś głośno chrząknął. Otworzyłem oczy, przerażony. Stał przede mną Olaf. Miał ze sobą plecak, a w nim coś brzęczącego. Butelki. Zamierzał tu pić? Powinienem mu coś powiedzieć. Ale właściwie co?
Olaf miał lekko przymglony wzrok i mrużył oczy, co prawdopodobnie sprawiało, że uważano go za lekko upośledzonego. Rzeczywiście, było z nim coś nie tak, zawsze miał problemy z nauką i dość wolno kojarzył fakty, w szkole nie dawano mu przez to spokoju. Ale nie wydawało mi się teraz, by rzeczywiście był upośledzony, co najwyżej inny.
– Już sobie idę, przepraszam bardzo – powiedział.
– Nic nie szkodzi – odpowiedziałem, starając się ukryć zmieszanie. – Przecież możesz tu być.
– Już sobie idę, przepraszam – powtórzył. – Nie chciałem ci przeszkadzać. Nie wiedziałem, że wróciłeś do domu.
– Nie, nie. Spoko. Po prostu dziwię się, że ktoś tu siedzi.
– Lubię tu przychodzić.
– Tak?
– Jest tu tak pięknie.
Uśmiechnąłem się. Miał rację. Usiadłem obok niego i dotknąłem trawy, suchej i szorstkiej. Przypomniałem sobie, jacy byliśmy dla niego w szkole, jak często się z niego śmialiśmy i jak potem było mi wstyd, kiedy okazało się, że jego rodzice rozmawiają z moimi pod kościołem; szedłem z zakrystii, bo służyłem wtedy do mszy jako ministrant, i przeraziłem się na ich widok. Pomyślałem sobie, że skarżą się na mnie, i zacząłem szukać w duchu wymówek i usprawiedliwień, ale chodziło o coś innego – jakąś błahą sprawę w rodzaju festynu kościelnego. Potem, w domu, nie mogłem się uspokoić. Modliłem się i starałem się przekabacić Jezusa, obiecałem mu, że nigdy więcej nie będę niemiły dla nikogo w szkole, byleby tylko rodzice się nie dowiedzieli.
– Idziesz do lasu? – spytał Olaf.
Prawdopodobnie nie pamiętał, że byłem wśród chłopaków, którzy mu dokuczali. Właściwie dlaczego miałby pamiętać akurat mnie, może po prostu się z niego śmiałem, ale przecież śmiali się z niego prawie wszyscy.
– Tak, do lasu – odpowiedziałem.
– Po co?
– Po prostu, pospacerować.
– Też lubię spacerować po lesie.
– Olaf, pamiętasz mnie w ogóle?
– No przecież, że pamiętam. Jesteś Kamil Kotowicz. Chodziłeś do równoległej klasy. Pamiętam cię, bo zawsze byłeś wporzo.
Uśmiechnąłem się do Olafa, chociaż miałem ochotę go objąć, zdjął mi z serca kamień. A więc miałem rację, nie byłem wcale zły, wręcz przeciwnie.
– Tak? Dzięki.
– I co teraz robisz?
– Uczę w szkole. Polskiego. W Janowicach, wiesz?
– Tak? Tu, w Janowicach? To ciekawie.
– Czemu?
– No po prostu nie spodziewałem się, że cię tu zobaczę. Większość dawno stąd uciekła i nie wraca za często. Siedzą za granicą albo… Wiesz, że Bartosz Tkaczuk był w więzieniu? Ten Bartosz, co miał siostrę Basię, wiesz… ten łobuz. Powinieneś pamiętać, bo dawno temu złamał twojemu bratu nos. W końcu się doigrał. Siedział dwa lata, ha, ha.
Pokiwałem głową. Naszła mnie ochota na papierosa, ale zdusiłem ją w sobie i przełknąłem ślinę. Sięgnąłem do kieszeni po telefon, tyle że przecież zapomniałem go wziąć. Usiadłem obok Olafa i zacząłem coś gadać o szkole, a on nie odpowiadał; sam nie wiem, po co mówiłem, przecież szkoła nie mogła mu się kojarzyć z niczym przyjemnym. Może po prostu chciałem, by nie zmienił o mnie zdania, by wszystkim opowiadał, jaki to byłem dla niego dobry.
– Jakoś dwa lata siedział – powiedział Olaf.
– Co?
– No, Bartosz Tkaczuk.
– Aaa, Bartosz.
– Teraz powinien wyjść. Ciekawe, co będzie robił. Tak po pierdlu to trzeba zacząć od początku.
– Dobrze się orientujesz, co?
– No, Bartosz też był dla mnie wporzo.
Nie odpowiedziałem. Olaf wydawał się bardzo zasmucony losem Bartosza. Jeszcze przez chwilę siedziałem obok, zastanawiając się nad naszą przeszłością. Miał rację, było tu pięknie. Jaskrawa zieleń atakowała nas ze wszystkich stron, a delikatne liście brzóz wydawały się lekko dźwięczeć, poruszane nieśmiałymi podmuchami wiatru. Gdy przymknęło się oczy, wszystko znikało, rozpuszczone w blasku słońca. Nawet rzeka stawała się całkowicie biała. Nie wiedziałem, czego chcę od życia. Bartosz Tkaczuk, Bartosz Tkaczuk… Tak, złamał nos Pawłowi podczas meczu naszego lokalnego Orła, a potem trafił do poprawczaka i całkowicie się stoczył, aż w końcu wylądował w więzieniu. Trafił, wylądował. Jakby ktoś nim ciskał po mapie. Nie znałem go, chociaż był bratem Basi. Jak mówiłem, siedzieliśmy na łące, nie zapraszała mnie do domu.
– Widziałeś coś dziwnego podczas swoich spacerów po lesie? – zagadnąłem Olafa.
– Jak konie?
– Tak.
– Nie, nie bardzo. Ale mam wrażenie, że tam są. Czasami czuję ich obecność.
– Moim zdaniem nie istnieją.
– Może i nie.
Uśmiechnąłem się do Olafa i pożegnałem z nim. Po prostu tu siedział i myślał o koniach. Po prostu tu siedział i zastanawiał się, czy możliwe jest coś więcej ponad to, co jest. Przeszedłem przez most; znalazłem się w lesie. Marlena z pewnością zaczęła się niecierpliwić. Zostawiłem za sobą ziemię, widmo niezbudowanego domu i widmo Olafa.KARO
Już od dawna nie mogłam biec. Szłam, powłócząc nogami, usiłując znaleźć wyjście z lasu; szumiało mi w głowie i strasznie chciało mi się pić. Krew rozsadzała czaszkę, pulsując w szaleńczym tempie.
Szłam w kierunku domu Neli, chciałam powiedzieć Marlenie, jak bardzo mnie zawiodła, i przeprosić Nelę za to, co o niej myślałam. Potem zawróciłam, skręciłam w stronę wsi, chciałam ponownie znaleźć się u Bartosza i się do niego przytulić, i dać mu się pocałować, i pozwolić, by opowiedział mi swoją przeszłość. I znowu zawróciłam, wyciągnęłam telefon i wybrałam numer mamy, chciałam ją poprosić, by jak najszybciej wróciła. Rozpłakałam się z bezsilności, z każdą sekundą coraz bardziej przerażona i zmęczona.
W końcu znalazłam się w lesie. Szłam przed siebie, skręcałam, szłam przed siebie, skręcałam. Wpadałam na drzewa, potykałam się o korzenie. Przedzierałam się.
A może umarłam?, pomyślałam i zrobiło mi się nagle bardzo smutno. Bo przecież nie chciałam wcale umrzeć, nie chciałam stać się duchem. Dopiero zaczęłam swoje życie, dopiero wydało mi się strasznie ważne i wspaniałe. Dopiero dostałam to ciało, z kośćmi i krwią w zestawie. Dopiero chciałam się całować z Bartoszem, owinąć wokół niego, by poczuć siebie w całości ten pierwszy raz – dlaczego więc miałam umrzeć?
Usiadłam na ziemi i zaczęłam płakać z bezsilności, tak po prostu, a potem przestałam i tylko siedziałam oparta o drzewo.
Wtedy właśnie przeszły przede mną,
mokre i potężne,
pachniały najgłębszym lasem,
ziemią i otchłanią,
mchem i paprociami,
pachniały samym wnętrzem,
wyrokami losu.
Kiedy wstałam, nie zwróciły na to nawet uwagi. Wędrowały dokądś i chociaż nie przejmowały się moją obecnością, to pozwoliły mi się dotknąć. Wyciągnęłam przed siebie rękę, a one zaczepiały ją jak kolejną gałązkę na swojej drodze. Ręka poruszała się, bezwolna i miękka, nie należała do mnie, ale do nich. Ręka stała się dzika i swobodna.
Poszłam za końmi. Poruszały się na tyle wolno, bym zdołała nadążyć. Jeśli coś zrozumiałam, to sama nie wiem co. Jednak uspokoiłam się i zaczęłam oddychać z łatwością. Konie odprowadziły mnie na skraj lasu.
Znowu mi pomogłyście, powiedziałam. W najgłębszej nocy zatapiałam dłonie w ich miękkiej sierści, przechodząc w ten sposób przez bramę innego świata. Dotykałam koni i nie mogłam przestać, a one chodziły wokół mnie, rozbawione i zadowolone. Jak mogłam w ogóle wątpić, że udało im się przeżyć tamten pożar? Czułam się lekka; nic nie mogło mi zagrozić.
Biała plama,
czarna plama,
brązowa plama,
biała klacz,
mokra klacz,
zostawiła mi na dłoniach zapach.
Wróciłam do domu. Tata spał w salonie, przed włączonym telewizorem. Na szczęście się nie obudził, gdy wchodziłam, pewnie miałby wyrzuty sumienia, że nie zajrzał do mojego pokoju, by sprawdzić, czy śpię. Nie wyłączałam telewizora, wiedziałam, że tata w końcu się obudzi i sam wyłączy, a potem pójdzie do sypialni. Wdrapałam się do siebie i weszłam pod kołdrę, brudna i zmęczona.
Po prostu mi się ukazały. Właśnie mnie. Tak długo skrywały się przed ludźmi, a kiedy potrzebowałam potwierdzenia, nadeszły i odprowadziły mnie na sam skraj lasu, jakby wyprowadzały z krainy śmierci z powrotem do życia. Sen zabrał mnie ze sobą, posłusznie mu się oddałam.